poniedziałek, 13 lipca 2026



Do incydentu doszło w autobusie linii numer 8 w Bielsku-Białej. Na nagraniu widać mężczyznę stojącego w pobliżu dziewcząt, do których kieruje obraźliwe i ksenofobiczne komentarze. – Gówniary wyrosły na naszych pieniądzach – mówi agresywnym tonem napastnik.

Sugeruje przy tym, że nie powinny mieszkać w Polsce i każe wyjechać do kraju, z którego – jak twierdzi – pochodzą. Jedna z dziewczynek spytała mężczyznę, dlaczego tak na nią krzyczy. – Wyp… z tego kraju. Jesteś tak samo ukraińską kur… – wykrzykuje.

„Z przeprowadzonej analizy zapisu monitoringu wynika, że kierowca prowadzący autobus, po usłyszeniu krzyków dobiegających z wnętrza pojazdu, natychmiast zareagował. Zwrócił się do agresywnego pasażera, podejmując z nim rozmowę i odwracając jego uwagę od osób poszkodowanych. Następnie, na najbliższym możliwym przystanku, wyprosił sprawcę z autobusu. Sprawca opuścił pojazd, natomiast dziewczynki wysiadły na kolejnym przystanku” – czytamy w oświadczeniu. 

Policja zatrzymała już mężczyznę. Okazało się, że 54-latek jest kierowcą autobusu MZK, który obecnie przebywa na zwolnieniu lekarskim. Spółka podjęła decyzję o zwolnieniu kierowcy.

„Z głębokim ubolewaniem przyjęliśmy tę informację. Nie ma i nie będzie naszej zgody na jakiekolwiek przejawy agresji, przemocy czy dyskryminacji. W związku z tym podjęliśmy decyzję o zakończeniu współpracy z tym pracownikiem” – czytamy w komunikacie. 

tvp.info


👁️ Data House Res Futura 💾 ID raportu: Tranton_5 || 📡 Data support: www.sentione.com
🔐 Dostęp: 🟢 Free

📅 Okres danych: 12.07.2026 – 13.07.2026
Zasięg w sieci: 14 MLN
🤖 Bot Spot: ok. 6% – znaczna liczba wpisów o niemal identycznej treści powielanych na wielu kontach wskazuje na koordynowane wzmacnianie wybranych wątków narracyjnych.

Część 1 – Brief narracyjny

Czternaście milionów zasięgu i jeden dorosły mężczyzna krzyczący na dwunastoletnią dziewczynkę w autobusie – tyle wystarczyło, żeby w niecałą dobę powstał gotowy materiał do politycznej wojny na kolejny tydzień. Pole dyskursu zdominowała fala potępienia sprawcy, która błyskawicznie przesunęła się z samego zdarzenia na cały obóz polityczny kojarzony z prawicą – Grzegorza Brauna z jego Konfederacji Korony Polskiej, Sławomira Mentzena i Krzysztofa Bosaka z Konfederacji Wolność i Niepodległość oraz Przemysława Czarnka z Prawa i Sprawiedliwości wymienia się z nazwiska jako współodpowiedzialnych za klimat, w którym taki atak w ogóle mógł się wydarzyć. Obok tej fali rośnie kontrnarracja, która sięga po Wołyń, przypomina incydenty z udziałem obywateli Ukrainy wobec Polaków i podważa autentyczność samego nagrania, sugerując ustawkę służb – nie dominuje liczebnie, ale jest wyjątkowo spójna językowo, a wielokrotne powielanie identycznych fragmentów tekstu na różnych kontach zdradza częściowo koordynowany charakter jej rozprzestrzeniania. Czysto informacyjny wątek zatrzymania sprawcy już wygasa – wyczerpał się w momencie, gdy potwierdzono, że napastnik to pracownik miejskiego przewoźnika. Największe znaczenie ma najbliższy tydzień, w którym rozstrzygnie się, czy sprawa zostanie zapamiętana jako pojedynczy incydent obyczajowy, czy jako dowód systemowego wzrostu wrogości wobec Ukraińców w Polsce – a to przekłada się wprost na polaryzację przed nadchodzącym sezonem politycznym.

To wyłącznie wina jednego zwyrodnialca: ✅ 38% [szacunkowe] / To efekt szczucia polityków: ❌ 62% [szacunkowe]

Na osi oceny obraz jest wyraźnie przechylony, ale to nie jest konsensus – to przewaga, którą można kontrować. Strona obstająca przy winie jednostki podkreśla, że to zachowanie pojedynczego, wyizolowanego człowieka, wynikające z jego własnej frustracji, a nie z żadnej instrukcji czy inspiracji politycznej, i przywołuje wybiórczość mediów oraz pamięć zbrodni wołyńskiej jako dowód na to, że sprawę nieproporcjonalnie rozdmuchano. Strona przeciwna odpowiada, że dorosły mężczyzna zaatakował słownie i fizycznie dzieci wyłącznie z powodu ich narodowości, a bierność współpasażerów razem z wcześniejszą retoryką polityczną stworzyły warunki, w których taka agresja stała się możliwa.

Narracyjnie wygrywa środowisko liberalno-lewicowe i krytycy obecnej prawicy – przejęli inicjatywę interpretacyjną szybciej niż ktokolwiek inny, wiążąc zdarzenie z całościową krytyką retoryki antyukraińskiej promowanej przez Konfederację i część środowiska Prawa i Sprawiedliwości. Ich przewagę napędza połączenie emocjonalnego ładunku sprawy z dzieckiem jako ofiarą, silna obecność dziennikarzy i komentatorów o dużym zasięgu oraz szybka reakcja instytucji państwowych, która w naturalny sposób wzmacnia tę wersję wydarzeń. Kontrnarracja prawicowa, choć głośna, pozostaje w defensywie – częściej odpowiada na zarzuty, niż nadaje ton całej dyskusji.

Część 2 – Analiza narracyjna

🗺️ Mapa narracji – fazy i wektory

Pole rozkłada się na pięć narracji, a kluczem interpretacyjnym jest to, że żadna z nich nie zbliża się do większości – to spór rozproszony, w którym nawet najsilniejszy wątek mówi tylko do części odbiorców.

Największa nośność, 14% szacunkowo, przypada narracji „prawica wyhodowała klimat nienawiści, który doprowadził do ataku”, obecnie w fazie eskalacji. Wywodzi się przede wszystkim z kręgów dziennikarskich i politycznych związanych z Koalicją Obywatelską, Lewicą oraz częścią komentatorów niezależnych, którzy od pierwszych godzin łączyli zdarzenie z wypowiedziami polityków Konfederacji i części Prawa i Sprawiedliwości. Niosą ją głównie dziennikarze o dużych zasięgach, politycy opozycji wobec prawicy oraz liczni użytkownicy Twittera komentujący sprawę w kontekście nadchodzących wyborów, a kierunek, w jakim idzie, to coraz bardziej generalizujące oskarżenie całego środowiska politycznego o współodpowiedzialność za akty agresji wobec Ukraińców. Potencjał przebicia się do głównego nurtu jest średni do wysokiego – wzmacniają ją rozpoznawalne konta medialne i sama dynamika sprawy z dzieckiem jako ofiarą, choć w całym zbiorze wypowiedzi stanowi wyraźną, lecz niedominującą liczebnie mniejszość. Charakter ma organiczny, choć wzmacniany świadomie przez konta o wyraźnym profilu politycznym, które tę samą argumentację powtarzają regularnie przy okazji innych zdarzeń.

Druga linia, 12%, to „wstyd za bierność świadków jako osobny, ponadpartyjny problem”, w fazie plateau. Pojawia się niezależnie od sympatii politycznych autorów, zarówno wśród krytyków prawicy, jak i jej obrońców, co czyni ją jedną z najbardziej spójnych społecznie narracji w całym zbiorze. Niosą ją zwykli użytkownicy mediów społecznościowych bez wyraźnego zaangażowania partyjnego, skupieni na fakcie, że nikt z pasażerów nie stanął w obronie dzieci, a idzie ku ogólniejszej refleksji nad stanem współczesnego społeczeństwa i zjawiskiem znieczulicy społecznej. Potencjał przebicia się do głównego nurtu jest średni, bo temat bywa dalej wykorzystywany przez obie strony sporu politycznego do własnych celów, ale charakter ma w pełni organiczny i spontaniczny.

Trzecia narracja, 9%, to „Zełenski i banderyzacja Ukrainy prowokują antyukraińskie nastroje”, w fazie plateau. Pochodzi głównie ze środowisk prawicowych i narodowych krytycznych wobec polityki historycznej władz w Kijowie, w tym gloryfikacji dowódców Ukraińskiej Powstańczej Armii. Niosą ją komentatorzy związani z Konfederacją Mentzena i Bosaka oraz z odrębną od niej Konfederacją Korony Polskiej Grzegorza Brauna, a także część elektoratu Prawa i Sprawiedliwości, którzy jednocześnie potępiają sam akt agresji wobec dzieci, ale odmawiają uznania go za efekt krajowej polityki – kierunek zmierza w stronę przeniesienia odpowiedzialności na politykę zagraniczną Ukrainy i decyzje jej prezydenta, a nie na retorykę krajowych polityków. Potencjał przebicia się do głównego nurtu jest średni, bo narracja trafia głównie do już przekonanego odbiorcy, a charakter ma w większości organiczny, choć wyraźnie skoordynowany wokół kilku powtarzalnych argumentów.

Czwarta narracja, 6%, to „ustawka lub prowokacja służb albo strony ukraińskiej”, w fazie eskalacji. Pojawia się głównie na kontach o wyraźnym profilu antyestablishmentowym oraz wśród części komentujących na Wykopie i Twitterze, którzy podważają autentyczność nagrania lub sugerują, że całe zdarzenie zaaranżowano w celach politycznych. Obejmuje zarówno wąską grupę kont powielających niemal identyczne, gotowe sformułowania w wielu miejscach jednocześnie, jak i szersze grono autorów formułujących tę samą podejrzliwość własnymi słowami, na przykład domagając się pełnego nagrania z monitoringu, a kierunek zmierza w stronę delegitymizacji medialnego przekazu o zdarzeniu jako całości. Potencjał przebicia się do głównego nurtu jest niski, bo nie znajduje potwierdzenia w żadnym niezależnym źródle, ale powtarzalność części tych wpisów wskazuje na możliwą koordynację obok w pełni organicznej nieufności.

Piąta narracja, 4%, to „instytucje zadziałały prawidłowo i to dobry sygnał”, w fazie wygasania. Pochodzi głównie z kont informacyjnych, lokalnych mediów oraz komunikatów instytucji takich jak policja i Miejski Zakład Komunikacyjny, a także od części komentatorów chwalących szybkość reakcji służb. Niosą ją dziennikarze relacjonujący fakty oraz użytkownicy odnoszący się neutralnie do samego przebiegu zatrzymania sprawcy, a kierunek zmierza w stronę wygaszenia wraz z wyczerpaniem się nowości informacyjnej po potwierdzeniu tożsamości sprawcy. Potencjał przebicia się do głównego nurtu jest już w dużej mierze zrealizowany, bo ta warstwa informacyjna trafiła do głównych mediów, a charakter ma organiczny i czysto sprawozdawczy.

⚡ Epicentra i amplifikatory

Narrację o prawicy hodującej klimat nienawiści niosą przede wszystkim komentatorzy i dziennikarze krytyczni wobec Konfederacji, Konfederacji Korony Polskiej i Prawa i Sprawiedliwości, którzy łączą zdarzenie z konkretnymi wypowiedziami polityków tych ugrupowań – dane nie pozwalają jednoznacznie wskazać, kto ukuł tę ramę jako pierwszy, ale widać wyraźnie, że najwięcej nośności nadają jej użytkownicy o dużym zasięgu, tacy jak Jakub Wiech czy Mateusz Rybak, a wśród polityków wprost – poseł Razem Adrian Zandberg, którego wpis wiążący zachowanie sprawcy z wypowiedziami Krzysztofa Bosaka i Przemysława Czarnka w Sejmie należy do najczęściej udostępnianych w całym zbiorze. Wzmacnia ją dalej duża liczba zwykłych użytkowników Twittera, którzy powielają ten sam schemat argumentacyjny, często w niemal identycznym brzmieniu – co samo w sobie sugeruje częściowo zorganizowany charakter tego rozprzestrzeniania, niezależnie od tego, kto stał u źródła.

Narrację o Zełenskim i banderyzacji Ukrainy jako źródle napięć niosą komentatorzy i konta związane ze środowiskiem narodowym, zarówno wokół Konfederacji Mentzena i Bosaka, jak i wokół odrębnej od niej Konfederacji Korony Polskiej Grzegorza Brauna, którzy od dłuższego czasu rozwijają ten wątek polityki historycznej. Amplifikuje ją szeroka grupa użytkowników Twittera i Facebooka, którzy w komentarzach pod postami o zdarzeniu odwołują się do tych samych argumentów o gloryfikacji dowódców Ukraińskiej Powstańczej Armii, nie będąc pierwotnymi autorami tej ramy interpretacyjnej.

Narrację o ustawce lub prowokacji służb zainicjowała niewielka liczba kont o wysokiej aktywności, które jako pierwsze zasugerowały brak wiarygodności nagrania oraz możliwy udział służb w organizacji zdarzenia. Amplifikują ją dalsze konta powielające niemal słowo w słowo te same sformułowania w wielu wątkach i pod różnymi postami – to jeden z najbardziej czytelnych sygnałów koordynowanego wzmacniania w całym zbiorze danych.

🔓 Podatność kontrnarracyjna

Narracja o prawicy hodującej klimat nienawiści jest podatna średnio. Brakuje jej bezpośredniego, udokumentowanego związku między konkretnymi wypowiedziami polityków a działaniem sprawcy, co podnoszą zresztą sami politycy oskarżani o tę odpowiedzialność – podważyć ją mógłby każdy przedstawiciel krytykowanego środowiska, wskazując na brak dowodów przyczynowo-skutkowych i na to, że sprawca działał indywidualnie, a nie w ramach zorganizowanej akcji.

Narracja o Zełenskim i banderyzacji Ukrainy jest podatna wysoko. Przenosi odpowiedzialność za konkretny akt agresji wobec dzieci na politykę zagraniczną innego państwa, co większość odbiorców niezaangażowanych politycznie odbiera jako próbę usprawiedliwienia napastnika – osłabić ją mogliby dziennikarze i komentatorzy podkreślający, że ofiarami były dzieci niemające żadnego wpływu na politykę historyczną swojego kraju, argumentem odwołującym się do zasady indywidualnej odpowiedzialności karnej.

Narracja o ustawce lub prowokacji służb jest podatna wysoko, wręcz wyjątkowo. Opiera się wyłącznie na spekulacji bez jakiegokolwiek materiału dowodowego, a jej powtarzalność w niemal identycznym brzmieniu na wielu kontach ułatwia zdemaskowanie jej jako zorganizowanej akcji – skutecznym kontrargumentem byłoby wskazanie potwierdzonych przez przewoźnika i policję okoliczności zdarzenia oraz udokumentowanie schematu powielania tych samych sformułowań przez różne konta.

🧠 Dominujące emocje w dyskursie

Gniew i pogarda wobec sprawcy (19% [szacunkowe]) dominują w skali emocjonalnej. Przejawiają się w licznych, często bardzo dosadnych określeniach kierowanych wobec mężczyzny z nagrania, a paliwem są głównie krótkie, emocjonalne komentarze na Twitterze i Facebooku. Podatność na instrumentalizację jest wysoka, bo gniew wobec jednostki łatwo przenosi się na całe grupy społeczne lub polityczne kojarzone z podobnymi poglądami.

Oburzenie moralne (14% [szacunkowe]) pojawia się w części reakcji na samo nagranie i dotyczy przede wszystkim faktu, że ofiarami agresji słownej i fizycznej były dzieci. Paliwem są głównie cytaty z nagrania oraz relacje opisujące przebieg zdarzenia, a podatność na instrumentalizację ze strony aktorów zewnętrznych jest wysoka – silne oburzenie łatwo przekierować w stronę szerszych oskarżeń politycznych, co w analizowanych danych rzeczywiście się dzieje.

Poczucie krzywdy i relatywizacja (12% [szacunkowe]) towarzyszy wypowiedziom przywołującym przypadki agresji ze strony obywateli Ukrainy wobec Polaków oraz odwołania do zbrodni wołyńskiej. Paliwem są powtarzalne przykłady i porównania używane jako kontrargument wobec głównej fali potępienia, a podatność na instrumentalizację jest bardzo wysoka, bo ta emocja jest świadomie podsycana w celu przesunięcia uwagi z konkretnego zdarzenia na szerszy spór historyczno-polityczny.

Wstyd narodowy (5% [szacunkowe]) pojawia się głównie w kontekście bierności współpasażerów oraz w refleksji nad tym, jak zdarzenie odbierane jest za granicą. Paliwem są wypowiedzi porównujące sytuację Polaków pracujących za granicą z traktowaniem Ukraińców w Polsce, a podatność na instrumentalizację jest średnia, bo emocja ta bywa wykorzystywana zarówno do budowania empatii, jak i do wzmacniania narracji o kryzysie moralnym społeczeństwa.

Nieufność wobec przekazu medialnego (3% [szacunkowe]) towarzyszy wypowiedziom kwestionującym autentyczność nagrania oraz sugerującym prowokację. Paliwem są powtarzające się w niemal identycznym brzmieniu komentarze na różnych kontach, a podatność na instrumentalizację jest bardzo wysoka, bo ta emocja jest bezpośrednio wykorzystywana do podważania wiarygodności całej relacji medialnej o zdarzeniu.

🎯 Oczekiwania społeczne i okna operacyjne

Surowa kara sądowa dla sprawcy (11% [szacunkowe]), okno krótkie – do momentu przedstawienia zarzutów i pierwszej rozprawy. Część autorów dyskursu formułuje wprost oczekiwanie szybkiego i surowego wymiaru sprawiedliwości wobec zatrzymanego mężczyzny, traktując to jako test wiarygodności całego systemu ścigania przestępstw motywowanych nienawiścią, a oczekiwanie to kierowane jest przede wszystkim do organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości. Jeśli w najbliższym czasie nie pojawi się informacja o przedstawieniu konkretnych zarzutów, narracja przejdzie w stronę oskarżeń o pobłażliwość systemu, co dodatkowo napędzi istniejące poczucie niesprawiedliwości po obu stronach sporu.

Uznanie i przeciwdziałanie agresji wobec Polaków ze strony obywateli Ukrainy (9% [szacunkowe]), okno średnie – zależne od pojawienia się kolejnych podobnych spraw. Część autorów oczekuje symetrycznego traktowania podobnych przypadków agresji niezależnie od narodowości sprawcy i ofiary, wskazując na przypadki ataków ze strony obywateli Ukrainy wobec Polaków, a oczekiwanie to kierowane jest głównie do mediów i instytucji państwowych. Brak takiej symetrii w kolejnych tygodniach będzie utrzymywał i wzmacniał poczucie niesprawiedliwości wśród części opinii publicznej, co sprzyja dalszej polaryzacji nastrojów społecznych.

Jednoznaczne potępienie przez czołowych polityków prawicy (4% [szacunkowe]), okno krótkie do średniego – liczone w dniach. Część autorów dyskursu oczekuje od polityków kojarzonych z Konfederacją oraz Prawem i Sprawiedliwością jasnego i jednoznacznego potępienia zdarzenia, bez szukania kontekstu czy relatywizowania, a oczekiwanie to skierowane jest do konkretnych osób publicznych. Jeśli takie oświadczenia się nie pojawią, narracja o współodpowiedzialności politycznej za klimat nienawiści zyska dodatkowe potwierdzenie w oczach jej zwolenników, a temat może zostać wykorzystany w dalszej kampanii politycznej.

📌 Wnioski analityczne

Dziewczynka, która nagrała atak, stała się w ciągu kilku godzin postacią używaną przez obie strony sporu do celów, które nie mają nic wspólnego z jej bezpieczeństwem – dla jednych dowodem na słuszność własnej narracji politycznej, dla drugich pretekstem do podważania wiarygodności całego zdarzenia. To sygnał, że w tego typu sprawach ofiara traci kontrolę nad własną historią znacznie szybciej niż w przypadku dorosłych uczestników publicznych sporów, a instytucje odpowiedzialne za jej ochronę nie mają w tym oknie czasowym żadnego realnego narzędzia, by to powstrzymać.

Rozbieżność między szybkością reakcji instytucjonalnej a trwałością narracji politycznej tworzy ryzyko, że mimo sprawnego działania policji i przewoźnika sama sprawa zostanie na dłużej zapamiętana wyłącznie jako dowód w sporze politycznym, a nie jako precedens skutecznego egzekwowania prawa – co osłabia potencjalny efekt odstraszający wobec podobnych zachowań w przyszłości.

Brak jasnego, jednogłośnego potępienia ze strony części środowiska prawicowego, w połączeniu z jednoczesnym odcinaniem się od samego czynu, tworzy lukę komunikacyjną, którą przeciwnicy polityczni tego środowiska będą wykorzystywać przy każdej kolejnej podobnej sprawie, niezależnie od jej faktycznego związku z bieżącą polityką.

Wątek bierności świadków zdarzenia ma potencjał wyjścia poza spór polityczny i przekształcenia się w odrębną, ponadpartyjną debatę o stanie relacji społecznych w Polsce – to rzadki układ, w którym spór ma okno do budowania wspólnego, niepolaryzującego przekazu.

resfutura.pl

niedziela, 12 lipca 2026



Od samego początku swojego istnienia do upadku za panowania Iwana Groźnego Nowogród zachował charakter typowej dla pradawnych Słowian republiki. Gdy Słowianie budowali gród, nie było jednego zarządcy; dopiero na czas wojny wyznaczano naczelnika. W czasie pokoju władzę naczelną wspólnoty stanowił wiec (wiecze), czyli rada starszych, naczelników rodów, ludzi cieszących się we wspólnocie największym poważaniem. Wiec nie stanowił zgromadzenia ogółu; wiec jako rada ogółu pojawił się znacznie później. W owym czasie słowo „wódz” konotowało tego, który jest najlepszy spośród równych. Dziedziczność wodzostwa pojawiła się wśród ludów słowiańskich później i była legitymizowana bądź mocami uzdrowicielskimi (koncepcja pochodząca od skandynawskich Waregów), bądź wcieloną teokracją – ideą pomazańca bożego (koncepcja pochodząca z kręgu kultury bizantyńskiej i Cerkwi).

Gdy Ruryk na 126 lat przed przyjęciem chrztu przez Ruś mianował Nowogród swoją stolicą, nie mógł doń przybyć w celu pełnienia funkcji książęcej w późniejszym rozumieniu. Obywatele Nowogrodu zapewne w ogóle nie znali tego terminu; wiedzieli natomiast, kim są „wojewoda” (naczelny dowódca wojskowy), „posadnik” (szef administracji grodu), „tysiecznik” (szef oddziału miejskiego pospolitego ruszenia). Co ciekawe, termin „kniaź” pochodzi od wareskiego słowa Konung. Można więc przypuszczać, że gdy Ruryk został kniaziem i wymusił posłuch, to pełnił funkcję wojskową, lecz na pewno nie przybył po to, by pełnić wśród ludności słowiańskiej funkcję sędziowską. Przez 126 lat przed Włodzimierzem Wielkim władzę sądowniczą sprawowała starszyzna – tym samym wykonująca jeden z najważniejszych atrybutów władzy. Opłacani i wybierani przez starców Waregowie nie pełnili swoich funkcji dożywotnio. Ponadto uzupełniali ich bojarzy – elita wojenna miasta. W Nowogrodzie panowała rada panów. Stopniowo władza wyboru przechodziła na coraz szersze kręgi Nowogrodzian. Przykładowo, uczestnicy walk – dziesiętnicy – wyegzekwowali z czasem możliwość współdecydowania o wyborze tych, którzy będą ich sądzili.

W 1136 roku republika miejska Wielkiego Nowogrodu przybrała tytuł „Pan Nowogród Wielki”. Znak silnej i wielkiej tożsamości zbiorowej, a nawet – tożsamości podmiotu prawnego. Ktoś, kto siebie nazywa „Panem”, wymownie demonstruje, że nie potrzebuje nad sobą władców i panów. Powstały w stanie niemal permanentnej wojny ustrój Nowogrodu można uznać za demokrację wojskowo-kupiecką.

Układ społeczny i polityczny Nowogrodu formował się w korelacji z rozwijającym się kształtem miasta. Najpierw były gród i puste podgrodzie, które połączyły się z osadami znajdującymi się na terenach nerwskiego, słowenskiego i lidinskiego konca – dzielnicy. Słowenski konec powstał na miejscu wsi o nazwie Holm (wzgórze). Trzy często skłócone ze sobą regiony miasta mogły być pierwotnie zaludnione osobno przez trzy etnosy zakładające miasto – Słowian, Finów i Bałtów, później jednolicie nazywanych Rusinami, jak wszyscy, którzy przyjęli prawosławie. Nowogród miał liczną wspólnotę zagranicznych kupców mieszkających na wschodnim brzegu rzeki Wołchow, twarzą w twarz z ufortyfikowaną dzielnicą Świętej Sofii na zachodnim brzegu. Nowogród był i jest do dziś podzielony przez rzekę Wołchow na dwie części – stronę Torgowaja (Handlową) i Sofijewska (Zofijska). Na zachodniej stronie znajdują się konce nerewski, zagorodzki i liudin, a na wschodzie – płotnicki i słowenski. Antagonizm między stronami prowadził czasem do walk na moście. Każdy konec (dzielnica) miał lokalny wiec. Każdy wolny obywatel dzielnicy miał prawo uczestniczyć w wiecu dzielnicowym, by np. wybrać naczelnika dzielnicy zwanego konczackim posadnikiem. Każda dzielnica miała obowiązek wystawiać w razie potrzeby 200 wojowników na czele z dowódcą – sotskim.

W późnych latach XII wieku biskup Nowogrodu był nominalnym naczelnikiem miasta z jego ogromnym imperium handlowym. Tylko od czasu do czasu ustanawiano księcia pochodzącego spoza miasta: musiał zostać zaproszony przez wiec, czyli radę miasta. Częstotliwość dymisjonowania książąt odzwierciedlała podział na walczące frakcje wśród bojarów i kupców, którzy faktycznie dominowali w mieście. Mimo swojego bogactwa i milicji (pospolitego ruszenia) miasto rzadko było w stanie samo bronić się przeciwko poważnemu zagrożeniu z zewnątrz. W takich sytuacjach książę był zapraszany do dowodzenia nowogrodzkimi siłami zbrojnymi i do wzmocnienia milicji miejskiej własną drużyną, czyli prywatną armią.

Nowogród był pierwszym z ruskich miast, które ruszyły na wschód. Mniej więcej około 1100 roku jego kupcy przekroczyli nawet północne góry Uralu i wkroczyli na bezkresne bagna dorzecza Obu. Bezpośrednie rządy Nowogrodu wkrótce osiągnęły Arktykę, nazwaną „Krajem Północy”. Rozsiane pogosty (centra administracyjne) kontrolowały fińskich i ugryjskich tubylców, zbierając daniny i utrzymując szlaki wodne. Mimo zimna dzikie północne pustkowia przynosiły zysk: dawały dużo skór, kości morsów i suszonej ryby. Futra dostarczały Nowogrodowi środków finansowych na zakup pożywienia, którego nie sposób było znaleźć w odpowiedniej ilości w okolicznym lesie. Czasami nowogrodzcy kupcy byli zmuszeni stawać się uszkujnikami, czyli piratami rzecznymi. Biedniejsze klasy traktowały północ jako miejsce do wzbogacenia się – średniowieczna wersja amerykańskiego Dzikiego Zachodu. Na północy powstawały też osiedla chłopów, posiadłości bojarskie i prawosławne monastery.

Kampanie organizowane na Daleki Wschód były kosztowne. Jedna z armii wysłanych przeciwko Ugrom w 1079 roku zniknęła bez śladu. W 1193 roku siły skierowane nad rzekę Peczorę zostały zmiecione. Rusini zaczęli więc wierzyć, że źli ludzie zostali zamknięci za górami Ural, gdy Aleksander Wielki poprosił Boga o uwolnienie świata od tego strasznego ludu. Jedynie wejście do nich stanowiła mała miedziana brama w pierścieniu skał, która ma być otwarta w dzień Sądu Ostatecznego. Ugrowie mieszkający na zachód od Uralu chętnie podtrzymywali ten mit, by prawdopodobnie utrzymać kontrolę nad handlem futrami.

Jerzy Pluta - Jezioro Pejpus 1242

sobota, 11 lipca 2026



Naczelnik wydał swym szwadronom rozkaz: anihilować Brauna. Dlatego politycy PiS stają do wyścigu na nacjonalizm i antyukraińskie szaleństwo. W partii pojawił się nawet pomysł, żeby zażądać reparacji za Wołyń, ale został uznany za zbyt ekstremalny. Przynajmniej na tym etapie.

Jeśli zna się to założenie, staje się jasne, dlaczego PiS wyraźnie skręca w stronę ekstremy — otóż Jarosław Kaczyński postawił przed swymi ludźmi zadanie zbicia notowań Korony Grzegorza Brauna poniżej 5 proc. Chodzi rzecz jasna o to, żeby Braun nie wszedł do Sejmu, bo wówczas Kaczyński może być zmuszony dogadywać z nim koalicję — a to partner niebywale trudny i wizerunkowo dla PiS niewygodny. 

Ale jest w tym także drugi cel, znacznie ważniejszy. Otóż prezes obawia się, że jeśli Braun dostanie się do Sejmu, to jeszcze bardziej zyska na popularności i w perspektywie kilku lat drastycznie osłabi notowania PiS. To nie jest obawa bezpodstawna. Wyraźne spadki sondażowe PiS w ciągu ostatniego roku wynikają — jak pokazują wewnętrzne badania Nowogrodzkiej — właśnie z odpływu wyborców do Brauna.

Kaczyński robi więc, co może, by upodobnić PiS do Korony, a siebie do Brauna. To oznacza nade wszystko, że musi się odciąć od swej własnej polityki wsparcia dla Ukrainy po ataku Rosji w 2022 r. To, co pomogło Ukraińcom przetrwać najazd putinowskiej hordy i co kiedyś stanowiło powód do dumy, jest dziś dla PiS niewygodne i wstydliwe.

Stąd kompletnie groteskowe ataki na szefa MON Władysława Kosiniaka-Kamysza za to, że na prośbę Amerykanów i sekretarza generalnego NATO przekazał Ukrainie pięć — powtórzmy: PIĘĆ — pocisków Patriot. Za swych czasów PiS wysłało na Ukrainę sprzęt wart prawie 15 mld zł. Za obecnego rządu pomoc jest jak dotąd 10 razy niższa.

Ekstremizm ma przykryć fakty — dlatego ataki na Ukraińców muszą być intensywniejsze, zaś kult Wołynia tym bardziej okazały. Kaczyński rozumie, że prawicowy vox populi oczekuje wstrzymania pomocy dla Ukrainy i dyskryminacji Ukraińców w Polsce i mu ulega, bo chce wrócić do władzy i ocalić swą partię przed politycznym kanibalizmem ze strony Brauna. W PiS pojawił się nawet pomysł, żeby zażądać reparacji za Wołyń, ale został uznany za zbyt ekstremalny, przynajmniej na tym etapie. Za to już jesienią zeszłego roku prezydent skierował do Sejmu przepisy o zakazie banderyzmu.

W ekstremizm idą nawet politycy uważani dotąd za relatywnie umiarkowanych — jak Mateusz Morawiecki. Jeszcze do niedawna — jako bodaj ostatni w PiS — odmawiał zwrotu medalu, który dali mu Ukraińcy za pomoc po wybuchu wojny. Finalnie zmienił zdanie i przekazał swój medal do Muzeum Pamięci Ofiar Rzezi Wołyńskiej — tak jakby wojna w Ukrainie miała jakikolwiek związek z Wołyniem. To ten sam Morawiecki, którego rząd pomagał Ukrainie, który jeździł do Kijowa w najtrudniejszych chwilach — i którego najbliższy współpracownik Michał Dworczyk zajmuje się ekshumacjami na Wołyniu.

Namaszczenie przez Kaczyńskiego prawicowego ekstremisty Przemysława Czarnka jako kandydata na premiera nie poprawiło notowań partii.

(...)

W PiS nie brakuje jednak sceptyków, którzy uważają, że wyrok wydany przez Kaczyńskiego na Brauna nie ma żadnego znaczenia. Prawicowy elektorat raz urzeczony trydenckim rytem Brauna, jego antyunijną retoryką i wymierzonymi w Ukraińców rozróbami, do PiS już nigdy nie wróci. Powód jest prosty — jak daleko Kaczyński by poszedł w swym ekstremizmie, to są granice, których nie przekroczy. Może na wzór Brauna pomstować na Brukselę i Kijów, ale na Tel Awiw pomstować nie będzie. Odebrał lekcję w 2018 r., gdy Amerykanie wprowadzili nieformalne sankcje na oficjeli PiS po tym, gdy Kaczyński wpadł na pomysł ścigania tych badaczy, którzy przypisują niektórym Polakom współodpowiedzialność za Holokaust.

Przez ćwierć wieku nikt na prawicy nie pokonał Kaczyńskiego ani nie uszczknął mu na stałe poważnej części elektoratu. A Braun zabrał Kaczyńskiemu dobre 10 pkt, i to w niewiele ponad rok. 

onet.pl\Newsweek


— Obecnie PiS licytuje się ze skrajnością wszystkich skrajności w postaci Grzegorza Brauna. I w nieco mniejszym stopniu z Konfederacją, która mówiła o relacjach polsko-ukraińskich innym językiem od PiS, co jej bardzo pomogło wtedy, kiedy nastroje społeczne zaczęły się zmieniać. A działo się to już w 2023 r. — mówi prof. Chwedoruk.

Kto skorzysta na tego rodzaju ruchach oraz na wciąż eskalujących nastrojach antyukraińskich?

— Dopóki trwa wojna, będzie to służyło Braunowi i w dalszej kolejności Konfederacji. Jeśli partie głównego nurtu dokonają czegoś w rodzaju słynnego "zeitenwende" w Niemczech [zmiany w polityce zagranicznej, energetycznej i bezpieczeństwa, ogłoszone przez kanclerza Olafa Scholza w 2022 r. w reakcji na inwazję Rosji na Ukrainę] i dostosują, urealnią politykę do tego, co rzeczywiście ma miejsce w przestrzeni międzynarodowej, to temat przestanie być tak istotny w przestrzeni publicznej — uważa ekspert.

— Świetnie to było widać latem 2023 r., kiedy na kanwie konfliktu o zboże gwałtownie rosła Konfederacja, osiągając dwucyfrowe wyniki procentowe. Ale kiedy PiS i w jakimś stopniu także PSL zaczęły podnosić ten problem, który ostatecznie został rozwiązany, to wyniki Konfederacji zaczęły spadać. Analogicznie, jeżeli Polska będzie prowadziła politykę historyczną bardziej asertywną i koncyliacyjną wobec Ukrainy, to ten trend w zmieniających się nastrojach społecznych zostanie zahamowany — ocenia politolog.

onet.pl

piątek, 10 lipca 2026



Wiatraki stały się ciałem – w lipcu do stacji elektroenergetycznej PSE Choczewo na Pomorzu trafiła moc z morskiej farmy wiatrowej Baltic Power budowanej przez Orlen i kanadyjską Northland Power. Energia popłynęła do polskiej sieci elektroenergetycznej, co trudno uznać za cokolwiek innego niż prawdziwy przełom w krajowej energetyce.

Co prawda, Baltic Power nie jest jeszcze ukończona – zainstalowano jak dotąd 54 z 76 turbin, ale część farmy już działa. Farma osiągnęła etap First Power, co oznacza, że uruchomiono produkcję energii przez pierwszą turbinę. Kolejne turbiny będą w najbliższych tygodniach przechodzić rozruch i testy, a wytwarzana przez nie energia będzie trafiać do sieci. Moc farmy będzie rosła, aż osiągnie docelowe 1,2 GW.

„Wszystkie inwestycje niezbędne do wyprowadzenia mocy z pierwszych polskich farm wiatrowych na Bałtyku zostały zrealizowane na czas. Był to duży wysiłek zarówno ze strony PSE, jak i lokalnych, pomorskich firm, które wybudowały stację Choczewo. To także przykład wykorzystywania środków z Krajowego Planu Odbudowy do budowania infrastruktury przyszłości, dzięki której Polska będzie mogła się rozwijać” – skomentował prezes PSE Grzegorz Onichimowski.

(...)

W Łebie działa stacja serwisowa Baltic Power, która przez około 30 lat będzie odpowiadać za sprawne działanie farmy. W znajdującym się tam Morskim Centrum Koordynacyjnym zarządza się ruchem statków pływających po inwestycji.

(...)

Historia Baltic Power sięga 2019 r., gdy rozpoczęły się prace związane z budową infrastruktury potrzebnej do przyłączenia i wyprowadzenia mocy. Wówczas też zakończony kluczowy etap budowy stacji Choczewo.

Na potrzeby wyprowadzenia mocy z odnawialnych źródeł energii (OZE) PSE budują dwie stacje elektroenergetyczne i ponad 250 kilometrów linii najwyższych napięć, a istniejąca infrastruktura jest modernizowana. W planach jest także budowa kolejnych stacji i linii na potrzeby powstającej w regionie elektrowni jądrowej – przekazały PSE w komunikacie.

Po ukończeniu prac na farmie będzie pracować 76 turbin o mocy 15 MW każda. Baltic Power będzie wytwarzać około 4 TWh energii elektrycznej rocznie, co ma pokryć ok. 3% zapotrzebowania na prąd w Polsce, czyli może zasilić ok. 1,5 mln gospodarstw. Baltic Power leży ok. 23 km od brzegu na wysokości Choczewa i Łeby.

Z kolei stacja elektroenergetyczna w Choczewie zajmuje powierzchnię 25 hektarów, co można porównać do 35 boisk piłkarskich. Powstało tam 40 pól 400 kV wyposażonych w blisko 800 aparatów wysokiego napięcia – przekazały PSE. W najbliższym czasie do stacji w Choczewie przyłączone zostaną także dwie inne morskie farmy wiatrowe: budowana przez PGE Baltica 2 i należąca do Ocean Wind C-Wind. W sumie do stacji, według obecnych planów, mają zostać przyłączonych sześć farm, których łączna moc wyniesie blisko 6 GW, czyli więcej niż cała Elektrownia Bełchatów. Ze stacji korzystać mają także centra danych i magazyny.

energetyka24.com
 
 
Po atakach Sił Zbrojnych Ukrainy na rosyjskie statki handlowe, w tym tankowce floty cieni, Rosja wstrzymuje tymczasowo ruch statków na kanale łączącym Don z Morzem Azowskim, co znacznie ograniczy eksport rosyjskich zbóż - poinformował w piątek Reuters, powołując się na źródła w sektorze eksportowym.

Decyzja rosyjskich władz jest następstwem ataków, jakie Ukraińcy przypuścili na statki na Morzu Azowskim.

W ocenie ekspertów odbije się to na sprzedaży rosyjskiej pszenicy transportowanej przez Morzem Azowskie i może ograniczyć eksport o 25 proc.

Wcześniej w piątek dowództwo ukraińskiej armii poinformowało, że w nocy z czwartku na piątek siły ukraińskie zaatakowały 18 rosyjskich statków, w tym 13 tankowców floty cieni. Dobę wcześniej Ukraińcy zaatakowali na Morzu Azowskim 12 tankowców rosyjskiej floty cieni, a także holownik i drobnicowiec. 

PAP


Od końca maja w Rosji rozwija się kryzys paliwowy, który przejawia się fizycznym deficytem paliw w większości regionów oraz rosnącymi cenami benzyny i oleju napędowego. Trudności te – najpoważniejsze w sektorze paliwowym od początku istnienia Federacji Rosyjskiej – stanowią bezpośredni efekt trwającej od marca fali ukraińskich ataków na infrastrukturę energetyczną, przede wszystkim rafinerie naftowe. Siły Zbrojne Ukrainy co najmniej raz zaatakowały każdy z dużych zakładów przerobu ropy w europejskiej części FR, a na początku lipca po raz pierwszy trafiły także największy z funkcjonujących obiektów rafineryjnych w syberyjskim Omsku.

Uderzenia przełożyły się na rekordowy spadek przetwórstwa ropy, którego poziom – według danych platformy Kpler – obniżył się w czerwcu do 4,1 mln bbl/d (w sezonie letnim 2025 r. wskaźnik ten mieścił się w przedziale 5–5,2 mln bbl/d). Biorąc pod uwagę średni przerób rafineryjny z 2022 r. – a więc sprzed ataków ukraińskich – przetwórstwo zmalało o blisko jedną trzecią. Problemy rafineryjne znajdują odzwierciedlenie w rosnących cenach – od początku roku Rosyjski Urząd Statystyczny odnotowuje wzrost cen detalicznych benzyny i diesla w przedziale 11–12%, co dwukrotnie przewyższa oficjalny wskaźnik inflacji. Nie odzwierciedla to rosnących jeszcze bardziej cen na giełdzie (wzrost o nawet 40% od stycznia 2026 r.) ze względu na subsydiowanie sektora z budżetu, co chroni konsumentów indywidualnych.

Rozmiar kryzysu zmusił rosyjskie władze do reakcji, która nie wykracza dotychczas poza interwencyjne działania regulacyjne. Rozwiązania te będą mogły jedynie częściowo załagodzić skutki deficytu paliwa. W około połowie rosyjskich regionów wprowadzono reglamentację jego sprzedaży. Rząd FR m.in. zwiększył import benzyny (głównie z Białorusi, ale również z Indii), zezwolił na produkcję paliwa o obniżonym standardzie emisyjności oraz wprowadził zmiany w zasadach subsydiowania sektora paliwowego.

Przy założeniu wciąż utrzymującego się tempa ataków Ukrainy sytuacja będzie się jednak dalej pogarszać z uwagi na niemożność przeprowadzenia prac naprawczych, a także wyczerpywanie się zapasów paliwowych. Nie można przy tym wykluczyć udanych działań ukraińskich na rzecz powstrzymania zagranicznych dostaw i ich dystrybucji (ataki na infrastrukturę portową oraz bazy paliwowe).

Komentarz
  •     Aktualny kryzys na rosyjskim rynku paliwowym ma charakter bezprecedensowy. Systematyczna presja ukraińskich ataków doprowadziła do poważnego zredukowania – a czasami nawet wstrzymania (Tuapse, Moskwa, Kiriszy) – prac rafinerii w okresie podwyższonego w związku z sezonem letnim popytu. W odróżnieniu od poprzedniej fali ataków (lato 2025 r.) obecne uderzenia różnią się większą częstotliwością i skalą. Bezzałogowce rażą też instalacje rafinacji wtórnej, których naprawy – ze względu na brak dostępu do zachodnich komponentów – są utrudnione.
  •     Efekty kryzysu paliwowego rozlewają się na inne sektory gospodarki, stanowiąc najjaskrawszą konsekwencję wojny w szerszej percepcji społecznej. Najdotkliwszy wzrost cen paliw odnotowywany jest przede wszystkim na tych stacjach benzynowych, które nie należą do koncernów paliwowych (około dwóch trzecich wszystkich punktów). Przedsiębiorstwa te kupują towar bezpośrednio od producentów bądź na giełdzie, co zmusza je do podwyższania marży ponad inflację dla uzyskania rentowności. Wysokie ceny w hurcie przekładają się także na opłaty związane z przewozem towarów drogą kołową oraz marże rolników (w obawie o dostawy paliwa dla maszyn rolniczych 8 lipca wprowadzono zakaz eksportu oleju napędowego), co w dłuższej perspektywie będzie rzutować na koszty innych dóbr. Wreszcie – notowany wzrost cen ponad tempo inflacji (ok. 5,3% w maju) oddala szansę na kontynuację cyklu obniżek stóp procentowych przez Centralny Bank Rosji. Negatywne oddziaływanie kryzysu na społeczeństwo widać w sondażach – tych badających zarówno aprobatę dla działań władzy (WCIOM, Centrum Lewady, które notują najniższe od pięciu lat wskaźniki poparcia dla Putina), jak i społeczne postrzeganie kondycji gospodarczej (Instytut Gallupa).
  •     Rozmiar kryzysu zmusił władze do publicznego dostrzeżenia problemu oraz wdrożenia uciążliwych społecznie instrumentów reglamentacyjnych. Do czerwca br. komunikacja Kremla ograniczała się do informowania o „nieplanowych przestojach rafineryjnych” i dezawuowania tym samym skali ukraińskich ataków. Wraz z pojawieniem się deficytów paliwa w sprzedaży detalicznej władze publicznie przyznały, że problem jednak istnieje. Zarazem przedstawiciele rządu częściowo przerzucili winę za kryzys na społeczeństwo i „paniczne” wykupywanie paliwa na zapas, co rzekomo doprowadziło do nadmiarowego wzrostu popytu o 20–30%. Aby temu zapobiec, władze regionalne wdrożyły narzędzia reglamentacyjne (limity zakupowe, zakaz wlewania kupowanego paliwa do kanistrów). Jednocześnie Kreml nie decyduje się na szersze rozwiązania systemowe w postaci chociażby pełnego uwolnienia cen i zbilansowania w ten sposób rynku poprzez destrukcję popytu. W jego rozumieniu pogłębiłoby to negatywne nastroje konsumenckie i jeszcze bardziej przyspieszyło wzrost cen.
  •     Kryzys pociąga za sobą znaczne koszty finansowe, które ponoszą zarówno rosyjskie koncerny, jak i budżet państwa. Dla zniwelowania deficytów podażowych rząd przedsięwziął kroki na rzecz zwiększenia importu benzyny. Mechanizm udzielania subsydiów dla sektora paliwowego rozszerzono również o importowane wolumeny, aby obniżyć końcowe ceny na rodzimym rynku. Wysokość dopłat jest uzależniona od ceny paliw w Indiach oraz kosztów logistycznych (Indie mają największy potencjał, jeśli chodzi o zniwelowanie kryzysu podażowego w Rosji). Zarazem sektor paliwowy domaga się też ulg podatkowych na rzecz modernizacji uszkodzonych rafinerii – koncerny zmagają się bowiem z kosztownymi pracami naprawczymi.
  •     Trudności podażowe potrwają co najmniej do końca sezonu letniego, a bez zastosowania rozwiązań systemowych czy zredukowania tempa ukraińskich ataków zapewne dłużej. Przy wciąż tak regularnej częstotliwości tych uderzeń władze rosyjskie nie będą w stanie zbilansować rynku bez wprowadzenia poważnych reform regulacyjnych (np. uwolnienia cen) bądź skokowego zwiększenia i utrzymywania importu. Co więcej, ataki – skutkujące obniżonymi mocami rafineryjnymi – mogą się przełożyć na długotrwały spadek wydobycia ropy naftowej w Rosji, co będzie negatywnie rzutować na dochody budżetowe.
osw.waw.pl


Wołodia ma naprawdę fajne "miejsce pracy". Wygodnie rozsiadł się przed trzema ekranami. Na dużym tablecie na stole widnieje szczegółowa mapa. Tuż przed oczami — ogromny ekran, na którym widoczny jest fragment terenu miasta z lotu ptaka. Zazwyczaj pochodzi on z kamery drona rozpoznawczego, ale czasami przełącza się na drona bojowego — wtedy jakość obrazu nieco spada. Widać kwadraty ulic, zniszczone budynki, domy z przebitymi dachami i brakującymi piętrami, drzewa ocięte odłamkami. Brakuje tylko ludzi.

— Taka jest ta wojna, wszyscy siedzą w piwnicach — mówi Wołodia. — Jeśli tylko jakiś Rosjanin się pokaże, możesz uznać go za trupa: od razu rzuca się na niego 15–16 dronów FPV [od First Person View, to drony sterowane z perspektywy pierwszej osoby], niszcząc każdą kryjówkę.

Jeden dom z taką piwnicą widzi na trzecim, tajnym ekranie po prawej stronie, gdzie podświetla się konkretny cel operacyjny — wykryto tam rosyjskiego żołnierza. Dom jest identyczny jak u moich sąsiadów w Kramatorsku: ceglany, zwarty, z wyblakłym poddaszem niegdyś pomalowanym na niebiesko. Na działce wokół wszędzie przebija się zieleń: widać, że wszystko jest mocno zarośnięte — właściciele wyjechali co najmniej kilka miesięcy temu. Po prawej stronie obrazu z drona znajdują się kwadraty z sygnałami wywoławczymi operatorów, pilotów i zwiadowców: w sumie około dziesięciu osób. Rozmawiają ze sobą, omawiają cel i ruchy wroga.

A przecież znajdujemy się daleko od strefy walk. Wołodia jest obecnie pilotem "starlinkowca" — tak miejscowi nazywają drony sterowane za pomocą niewielkiego nadajnika Starlink. Są one odporne na zakłócenia i wrogie środki walki radioelektronicznej, można nimi sterować z dowolnej odległości — byleby tylko był dobry internet. W takich okolicznościach operator maszyny bojowej może teoretycznie znajdować się nawet w Żmerynce czy w Użhorodzie i likwidować najeźdźców w Konstantynówce.

My natomiast siedzimy w bezpiecznym budynku w obwodzie donieckim (nie chcę i nie mogę podać konkretnej miejscowości): w sąsiednich pomieszczeniach trwa naprawa i regulacja wszelkiego rodzaju mechanizmów latających i nielatających, a w kuchni buczy ekspres do kawy.

— Teraz widzisz, jak z pozycji naszych sojuszników, czyli zwiadowców, przyleciał dron. To ogólny widok szopy, w której ukrył się Rosjanin — komentuje operator. — Kończą im się baterie i zastąpi je nasz dron. Widzisz, jak zamigotało? To zmiana dronów, jeden poleciał do bazy. Jeśli [przeciwnik] zostanie w domu, spadnie tam duża bomba i wszystko zburzy. Jeśli nie wytrzyma i wybiegnie z domu po wykryciu, to będzie dla niego całkowity koniec!

Na ekranie pojawia się okresowo zamazany obraz z kamery drona. Jak wyjaśnia operator, wynika to z optyki: gdy dron porusza się po światłowodzie, obraz jest znacznie wyraźniejszy. Dron zrzuca bombę, ale ta nie wybucha.

— Wszystko jak na wojnie. Bomby czasem nie wybuchają, drony nie docierają do celu, czasem są zestrzeliwane. Ale jest ich tak wiele, że każdy wykryty wróg i tak zostanie zniszczony — mówi Wołodia.

(...)

Scena rozgrywa się w Konstantynówce, miasteczku w obwodzie donieckim, 30 km od Kramatorska. Przed wojną było to duże centrum przemysłowe liczące prawie 80 tys. mieszkańców. Nawet jeśli zignorujemy oświadczenia rosyjskich urzędników, którzy regularnie oznajmiają, że "kontrolują Konstantynówkę", i spojrzymy na mapę walk w mieście, sytuacja wydaje się przerażająca. Centrum otacza szara strefa, a na obrzeżach widać pojedynczych żołnierzy rosyjskich zwróconych w stronę kolejnej miejscowości, Aleksiejewo-Drużkiwka.

Tymczasem w mieście w ogóle nie toczą się klasyczne walki. Rosyjscy bojownicy, w grupach liczących zaledwie kilka osób, zinfiltrowali obszary, gdzie praktycznie nie było ukraińskiej piechoty i tam się ukryli. Ukraińcy nie mają jeszcze środków, aby ich wszystkich znaleźć i "wykurzyć" w tradycyjny sposób. Moi rozmówcy z ukraińskich sił zbrojnych debatują, ilu wrogich żołnierzy zinfiltrowało ulice Kostyantynówki: nieco ponad 100 czy nieco ponad 200? W końcu trudno ich znaleźć w tutejszych piwnicach.

Tymczasem wojna toczy się jak zwykle. Rosyjskie szybowce, myśliwce przechwytujące, wszelkiego rodzaju drony, samoloty szturmowe i działa przeciwlotnicze nadlatują do miasta. Drony FPV brzęczą dniem i nocą, w nocy jest ich znacznie więcej. Żaden pojazd nie dotarł do Kostantynówki od ponad dwóch miesięcy — żołnierze poruszają się tam pieszo, ciągnąc "krawczuczki" (torby na zakupy na kółkach), nazwane tak w latach 90. na cześć pierwszego prezydenta Ukrainy Leonida Krawczuka. W drodze są również naziemne systemy robotyczne oraz różnorodne kołowe i gąsienicowe platformy robotyczne.

— Wjazd do miasta daje ci gwarancję, że w ciągu 24 godzin doznasz urazu ciśnieniowego — mówi znajomy mi oficer z jednostki systemów bezzałogowych.

(...)

— To Konstantynówka — to nie Rosjanie. Są tutaj, ale tutaj i tutaj — Wołodia wskazuje na ekran — są nasze pozycje. Sytuacja zmienia się dynamicznie. Praktycznie cała Konstantynówka zamieniła się w strefę śmierci.

Wołodia nie rozumie moich pytań dotyczących "zmian roboczych". 42-letni weteran batalionu, który niedawno powrócił do kwatery, mieszka tutaj, na pozycjach, zajmuje się swoimi zadaniami, parzy kawę — radiostację ma zawsze pod ręką. Gdy wykryje kolejnego wroga, odrywa się od zajęć i kieruje swój "bombowiec" w stronę celu. To przypomina niekończącą się grę wideo, tyle że za sterami nie siedzą nastolatkowie.

— Teraz wszystko odbywa się wyłącznie w ten sposób, tylko za pomocą dronów, żadnej artylerii, cała jest gdzieś tam, na poziomie brygady — mówi z zapałem operator. "Rozpoznawców" wystarczy dla wszystkich. Będą krążyć nad wykrytym celem, zmieniać się, Ukraińcy wyślą tam wszystkie dostępne środki rażenia, dopóki cel nie zostanie zniszczony. —Taka właśnie jest teraz wojna! — mówi Wołodia. — W pobliskiej wsi nie ma już grup wroga. Jeśli się pojawiają, są natychmiast niszczone. Teraz [Rosjanie] poruszają się pojedynczo — taka jest rosyjska taktyka, nazywana "przenikaniem". Ich żołnierz idzie na śmierć bez żadnej nadziei na pomoc, jest przecież sam, nikt mu nie pomoże. Straszna wojna…

Batalion realizuje swoje zadania w sposób kreatywny, opierając się na dostępnym arsenale środków bojowych. Przykładowo dowódca batalionu narzeka na tymczasowy brak ciężkich dronów bombowych — wszystkie są w naprawie. Tymczasem od batalionu wymaga się "rozebrania" improwizowanych schronów żelbetowych, których nie da się od razu zniszczyć zwykłym dronem FPV.

— Będziemy działać kompleksowo! — mówi dowódca do podwładnych. — Zdalne minowanie, bomby zapalające, zrzuty termobaryczne, miny przeciwpiechotne. Tak wszystkich tam dopadniemy.

Na dzień przed naszym spotkaniem z Wołodą znalazłem się z dala od strefy działań wojennych, 30-40 km od jego pozycji, w opuszczonym domu w opustoszałej wsi. Stacjonuje tu pluton inżynieryjno-saperowy. Jego członkowie, pracujący z materiałami wybuchowymi, i tak narażeni są na wystarczające ryzyko, dowódcy starają się więc rozmieścić ich tak, by znaleźli się poza zasięgiem dronów bojowych wroga. Dowódca batalionu ma do ogarnięcia skomplikowaną i rozgałęzioną strukturę: oprócz ludzi bezpośrednio na pozycjach jest tu stacja serwisowa dla licznych pojazdów, warsztat naprawy naziemnych systemów zrobotyzowanych, pluton wsparcia technicznego wszystkiego, co lata (nazwa ta brzmi jakoś wyjątkowo wyszukanie) — i inżynierowie-saperzy.

W zwykłej misce z wodą, w średniej wielkości rondlu na łaźni wodnej, mężczyzna w szortach i czapce z daszkiem podgrzewa papkę, która konsystencją przypomina karmę dla psów. W powietrzu unosi się zapach owczego nawozu — zdążyłem pomyśleć, że przygotowują jakąś mieszankę odżywczą. Nagle słyszę, jak ktoś radzi mężczyźnie: "dorzuć jeszcze trochę Sieriebrianki!". Tak właśnie wygląda tutaj laboratorium.

— Mieszamy tu zwykły trotyl z saletrą, Sieriebrianką i różnymi innymi składnikami. Otrzymujemy z tego materiał wybuchowy, który nie tylko wybucha, ale też podpala, tworzy coś w rodzaju wybuchu objętościowego — wyjaśnia mi były stolarz, którego również nazywają Wołodią.

Obok, na ziemi, stoi duże pudełko z korpusami przyszłych bomb — proste cylindry przeznaczone do wypełnienia dowolnym ładunkiem — na których zachowały się nawet fabryczne etykiety: "Termos 1.2, amunicja kumulacyjno-odłamkowa, kaliber 75 mm. Zalecana ilość materiału wybuchowego 500 g" — i tak dalej. Trzy mniej więcej takie same, ale nieco większe cylindry, napełnia się właśnie z tej samej miski z gotującą się mieszanką.

— To całkiem standardowy pocisk, waży 1,5 kg — wyjaśniają mi inżynierowie. — Dron FPV go przeniesie, w terenie się sprawdzi. [Rosjanie] chodzą teraz najczęściej pojedynczo, więcej materiałów wybuchowych po prostu nie potrzeba. To taka prosta mina przeciwpiechotna.

(...)

W przeciwieństwie do swojej partnerki Wołodia, który służy już ponad dwa lata, jest doświadczonym bojownikiem i potrafi przeanalizować, jak zmienia się rola jego oddziału.

— Nasza kompania stacjonowała w obwodzie kurskim i sumskim. Jeszcze rok temu wszystko wyglądało zupełnie inaczej — wyjaśnia. — Wjeżdżaliśmy samochodem z ładunkiem na pozycję — tak po prostu, załadowaliśmy się i ruszyliśmy. A teraz nie tylko nie da się dojechać, ale nawet pieszo nie da się dotrzeć na pozycje — trzeba iść 10-12 km, a do tego ciągnąć ładunek na plecach i na "krawczukach". Idziesz, a nad głową huczy. Nie każdy wytrzyma fizycznie 10–15 km, bo przecież nie idziesz na spacer: chowasz się, przyspieszasz, odpierasz ataki. Mam 42 lata, wydaje się, że z kondycją fizyczną wszystko w porządku — a jednak pojawia się zadyszka. Podczas ostatniej akcji bojowej wracaliśmy z pozycji w grupie, wszyscy tam byli młodsi ode mnie. Oni się spieszyli, przecież chcą żyć. A ja musiałem od czasu do czasu złapać oddech, schować się w kryjówce. Wszystko się zmieniło! Jeszcze rok temu takiej wojny nie było — mówi.

Nikt teraz nie biegnie z karabinem, nie przeprowadza szturmów. Operator wspomina szturmy, które jeszcze niedawno widział w obwodzie kurskim — tam, jak twierdzi, obserwował ataki, w których brali udział Koreańczycy z Północy.

— Broń Boże! — mówi Wołodia. — Czyste pole, jak podczas II wojny światowej. Na każdego Koreańczyka wystrzeliwano po pięć naszych dronów FPV. Wszyscy zginęli podczas tej akcji. Oni w ogóle nie rozumieli, czym jest współczesna wojna — po prostu wysłano ich do ataku na polu koło Sudży. Rosyjska jednostka systemów bezzałogowych Rubikon wyparła nas stamtąd — i to również za pomocą dronów FPV.

onet.pl\Nowa Gazieta


Geneza UPA jest zatem prosta, a jednocześnie skomplikowana. Kto w rzeczywistości jest twórcą UPA? Banderowcy? „No, z tym musimy uważać - twierdzi cytowany już prof. J. Pełenśkyj. - Historycznie biorąc pierwsze oddziały zorganizował na Wołyniu w 1942 roku ataman Bulba-Boroweć. Później dopiero banderowcy je przejęli i rozbudowali. Nie jestem sympatykiem Borowca; można uważać, że był on klasycznym ukraińskim atamanem, watażką z anarchistycznym zacięciem. Boroweć nie należał do-żadnej partii, po prostu zebrał sobie ludzi i założył UPA”.

(...)

Zarówno banderowcy, jak i melnykowcy natknęli się na tym obszarze na zorganizowane zastępy „Tarasa Bulby”, który z upoważnienia emigracyjnego prezydenta Ukraińskiej Republiki Ludowej Andrija Liwyćkiego jako ataman i komendant główny kierował petlurowską UPA. 

Ataman nowożytnych kozaków, bo taką nazwę mieli bulbowscy konspiratorzy, noszący imię i nazwisko gogolow- skiego bohatera, urodził się w tym samym 1909 roku, co Stepan Bandera. Ukończył cztery klasy szkoły podstawowej, a z zawodu był kamieniarzem. To on m.in. wykonał płytę granitową na grób matki marszałka Józefa Piłsudskiego w Wilnie. Historia jest przedziwna, lubi najmądrzejszym płatać figle. To właśnie jemu „...los kazał stanąć na czele ukraińskiej powstańczej siły” - jak to zauważa „Misija Ukrajiny” nr 1/16/ z 1964 roku.

Gdy OUN zaczęła się wysługiwać hitlerowcom, Boroweć także poszedł w jej ślady, nawiązując kontakt z Abwehrą. Wcześniej jednak stworzył antypolską organizację pod nazwą Ukraińskie Odrodzenie Narodowe (Ukrajinśke Nacionalne Widrodżennia - UNW), którą zwrócił na siebie uwagę niemieckiego wywiadu, ale nie tylko - dostrzegła to także polska defensywa, która spowodowała, że przyszły ataman znalazł się w Berezie Kartuskiej. Przed utworzeniem linii demarkacyjnej radziecko-niemieckiej we wrześniu 1939 roku Borowiec zbiegł z obozu wprost do Warszawy. Z Generalnej Guberni powrócił do USRR na wyraźny rozkaz A. Liwyćkiego i tu zaczął przeistaczać klityny (komórki) w antyradziecką UPA.

Gdy Niemcy w 1941 roku usadowili się już na Wołyniu, Boroweć przemianował zastępy UPA w oddziały ukraińskiej kolaboranckiej policji pomocniczej i zorganizował swój ośrodek dyspozycyjny w Sarnach. Tu także założył szkołę policyjną będącą faktycznie podoficerską szkołą wojskową szkolącą kadrę dla UPA.

Edward Prus - Atamania UPA



Po odtworzeniu (do stanu około 11.500 ludzi), pododdziały dywizji, zorganizowane w dwie grupy bojowe (SS-Kampfgruppe Wildner i SS-Kampfgruppe Wittenmeyer) walczyły z partyzantką na Słowacji w okolicach Żyliny. Dywizja zepchnęła partyzantów na północ, w kierunku Tatr, i ochraniała niemieckie linie komunikacyjne. Następnie skierowano dywizję do Austrii, gdzie 28 lutego 1945 zajęła pozycje w pobliżu granicy jugosłowiańskiej, skąd przerzucono ją w okolice Mariboru z zadaniem zwalczania komunistycznej partyzantki Tity oraz obrony Bad Gleichenberg. Od 1 kwietnia 1945 dywizja walczyła w rejonie Grazu w Austrii, gdzie w ciężkich walkach z Armią Czerwoną straciła około tysiąca zabitych i rannych.

19 kwietnia 1945 do sztabu dywizji przybył gen. Pawło Szandruk, od 15 marca 1945 przewodniczący Ukraińskiego Komitetu Narodowego i głównodowodzący Ukraińskiej Armii Narodowej, podporządkowując sobie SS-Brigadefuhrera Fritza Freitaga i przejmując bezpośrednio dowodzenie dywizją. Na rozkaz gen. Szandruka 25 kwietnia żołnierze dywizji złożyli przysięgę na wierność Ukrainie i nałożyli na czapki ukraińskie godło państwowe (tryzub).

Po opuszczeniu na rozkaz generała Pawło Szandruka linii frontu 7 maja 1945, oddziały dywizji przeszły rzekę Mur, przechodząc do brytyjskiej strefy okupacyjnej Austrii. 10 maja 1945 SS-Brigadeführer Fritz Freitag popełnił samobójstwo, bezpośrednią komendę nad dywizją przejął gen. Mychajło Krat. Oddziały dywizji skapitulowały przed Brytyjczykami i Amerykanami w rejonie Tamsweg. Po kapitulacji jeńcy zostali przez Brytyjczyków poprzez obóz w Spittal przewiezieni do obozu w Bellaria, a następnie Rimini (w Romanii), na terenie operacyjnym II Korpusu Polskiego we Włoszech.

Generał Pawło Szandruk bezpośrednio po kapitulacji jednostki zażądał od Brytyjczyków spotkania w cztery oczy z generałem Władysławem Andersem, swym dowódcą z września 1939 r. (ówcześnie dowódcą II Korpusu Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie na froncie włoskim), które mu umożliwiono. W konsekwencji osobistej interwencji gen. Andersa w Londynie, a także stanowiska Stolicy Apostolskiej, Brytyjczycy mimo sowieckich żądań nie wydali żołnierzy ukraińskich Józefowi Stalinowi, gdyż uznali ich za obywateli polskich (byli nimi bezsprzecznie do 1939 – agresja i okupacja sowiecka z 17 września 1939 nie zmieniała ich statusu prawnego) i umożliwili im osiedlenie się w r. 1947 w Wielkiej Brytanii i krajach Wspólnoty Brytyjskiej.

Wbrew powszechnej opinii[30] dywizja nie uczestniczyła w tłumieniu powstania warszawskiego.

(...)

24 lipca 1944, w okolicach Iwonicza, SS Galizien przeprowadziła mord 72 osób, w tym. członków AK i BCh. W Polsce Główna Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu wszczęła śledztwo w sprawie zbrodni wojennej popełnionej w Hucie Pieniackiej przez żołnierzy SS-Galizien i nacjonalistów ukraińskich gdzie 28 lutego 1944 zamordowano 868 Polaków. 16 kwietnia 1944 roku policjanci 4 pułku policji zamordowali Polaków w Chodaczkowie Wielkim, gdzie zginęło według różnych źródeł od 250 do 854 mieszkańców wsi.

Główna Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu prowadzi również śledztwa w sprawie okoliczności pacyfikacji wsi Prehoryłe i Smoligów. Dnia 2 lutego 1944 jednostka ukraińska brała udział w pacyfikacji wsi Borów oraz okolicznych wsi. Oddziały żandarmerii i SS w sile około 3 tysięcy żołnierzy wkroczyły w nocy do wsi całkowicie niszcząc całość 280 gospodarstw przy użyciu broni pancernej.

Sprawcami zbrodni na ludności polskiej w wymienionych miejscach były, według dotychczas poczynionych ustaleń śledczych, 4 i 5 galicyjskie pułki policyjne SS (w niemieckiej nomenklaturze określane jako Galizische SS Freiwillige Regimenten), skierowane do walk przeciwpartyzanckich na bezpośrednim zapleczu frontu wschodniego. Były one złożone z pierwszego naboru ukraińskich ochotników do 14 Dywizji, dokonanego przed jej formalnym powołaniem w lipcu 1943, odkomenderowanego przez Niemców do służby policyjnej. W śledztwie IPN w sprawie ustalenia sprawców zbrodni w Hucie Pieniackiej określa się 4 pułk policji SS jako 4 Pułk Dywizji „SS-Galizien”.

Po rozbiciu 14 Dywizji w bitwie pod Brodami policjanci ukraińscy z pułków policyjnych (rozbitych również w tym samym czasie na froncie wschodnim) zostali wcieleni do 14 Dywizji Grenadierów SS w ramach jej odtwarzania w obozie ćwiczebnym w Świętoszowie.

W październiku 1947 roku, po zgodzie rządu Wielkiej Brytanii na imigrację żołnierzy Ukraińskiej Armii Narodowej do Wielkiej Brytanii i odmowę ich wydania ZSRR, ówczesny rząd polski wniósł skargę do Organizacji Narodów Zjednoczonych przeciwko „SS-Galizien”, stwierdzając, że jej jednostki spacyfikowały Hutę Pieniacką, mordując 800 cywilów.

(...)

Formacje SS, w tym 14 Dywizja Waffen SS-Galizien, (z wyjątkiem SS-Reiterei), zostały uznane przez Międzynarodowy Trybunał Wojskowy w Norymberdze za organizację zbrodniczą.

pl.wikipedia.org