piątek, 17 kwietnia 2026



Skala tego zjawiska jest trudna do jednoznacznego określenia, ale to już nie jest faza eksperymentów i frontowych samoróbek jak rok temu. Tak jak w powietrzu 1-2 lata temu, robotyzacja na ziemi wyraźnie przyśpieszyła. Drony lądowe są już produkowane w dużych seriach, zaczyna się standaryzacja i powszechne użycie. Nagrania z działań na froncie z ich udziałem to już nie nowinki, ale właściwie codzienność.

Temat ten poruszył w poniedziałek Wołodymyr Zełenski podczas swojego wystąpienia z okazji Dnia Pracownika Przemysłu Zbrojeniowego. Prezydent wykorzystuje tę okazję, aby podkreślić osiągnięcia ukraińskie w dziedzinie produkcji i rozwoju uzbrojenia, wybierając obszary, które pozwalają osiągnąć jak najlepszy efekt promocyjny. W tym roku były to właśnie między innymi drony lądowe. - Nasze robotyczne systemy lądowe wykonały ponad 22 tysiące misji na froncie w ciągu ostatnich trzech miesięcy. Ujmując to inaczej, ponad 22 tysiące razy uchroniono ludzkie życie, kiedy robot wyruszył do najniebezpieczniejszej strefy zamiast żołnierza - mówił Zełenski. Stwierdził też, że "po raz pierwszy w historii tej wojny, wroga pozycja została zajęta wyłącznie przez systemy bezzałogowe, powietrzne i lądowe". - Okupanci się poddali, a operacja odbyła się bez udziału naszej piechoty i strat po naszej stronie - stwierdził prezydent.

(...)

Do miana pierwszego udanego ataku robotów kończącego się pojmaniem Rosjan aspiruje 3. Samodzielny Korpus Szturmowy, który w lipcu 2025 roku zaatakował wyjątkowo uporczywie broniącą się grupę Rosjan lądowymi dronami-kamikadze, czyli znanymi już od prawie stu lat minami samojezdnymi. Pierwsza wybiła dziurę do wnętrza ziemianki, w której schronili się żołnierze. Kiedy druga wtoczyła się do środka, Rosjanie się jej poddali, nie chcąc ryzykować tego, co stanie się po detonacji kolejnych 30 kg materiałów wybuchowych. Jest możliwe, że prezydent nawiązywał do styczniowego wydarzenia z rejonu Hulajpola, które zaowocowało bardzo dobrym nagraniem poddawania się Rosjan robotowi. Widać na nim trzech rosyjskich żołnierzy, którzy najpewniej zostali wcześniej zaatakowani przez jakiegoś drona latającego. Jeden jest ranny, a jego towarzysze wyraźnie trwożnie spoglądają w niebo. Poddają się jednak dronowi lądowemu. Te mają najczęściej zamontowane głośniki, aby móc za ich pośrednictwem przekazywać komendy. Dalsze szczegóły wydarzenia nie są znane.

(...)

Jednak bezpośrednia walka to nie jest to, do czego lądowe bezzałogowce są najczęściej używane. Mają inne zadania które, choć może są mniej spektakularne, mają ogromne znaczenie. To logistyka i ewakuacja rannych. Codzienna konieczność, bez której nie da się prowadzić wojny, a która stała się bardzo niebezpieczna ze względu na rozwój dronów latających. Zarówno rozpoznawczych, jak i uderzeniowych. Aktualnie około 15-20 kilometrów za linią kontaktu rozciąga się tak zwana strefa śmierci, gdzie jakikolwiek ruch oznacza wystawienie się na poważne ryzyko. Dostarczanie zaopatrzenia na wysunięte pozycje, rotowanie ich obsad czy ewakuacja rannych, to obecnie zadania bardzo trudne. W początkowym okresie używano do tego głównie samochodów terenowych. Potem zaczęto szerzej stosować mniej rzucające się w oczy quady z przyczepkami. Teraz nawet one są często za duże i w wielu miejscach dotarcie na wysunięte pozycje to długa wyprawa piesza, najlepiej nocami czy we mgle, co jest nadal bardzo ryzykownym zadaniem.

Dlatego już od dobrze ponad roku zaczęto stosować drony. Na początku na większą skalę te powietrzne, których na froncie było znacznie więcej. Zamiast granatów zaczęto pod nie podwieszać małe pakunki z wodą, jedzeniem i amunicją, które zrzucano na własne pozycje. Kiedy teraz czasem pojawiają się informacje o ukraińskich żołnierzach trzymających jedną pozycję miesiącami bez zmiany, to właśnie dzięki takim dostawom zaopatrzenia. Problem tego rozwiązania jest taki, że drony latające mają mały udźwig - góra kilka kilogramów lub kilkanaście-kilkadziesiąt w przypadku tych największych. To ciągle mało, kiedy trzeba zaopatrywać kilku ludzi siedzących w ziemiance. Oznacza to częste loty oznaczające ryzyko utraty maszyny, ale też wykrycia jej operatorów.

I tutaj przebojem wdzierają się właśnie drony lądowe. Ich standardowy udźwig to zazwyczaj rejon do 250 kilogramów. Baterie wystarczają na kilka godzin jazdy, do nawet 8. Łączność jest zapewniana przez system satelitarny Starlink albo klasyczną radiową. W przypadku tej ostatniej często pomagają drony latające służące jako stacje przekaźnikowe, które znacznie wydłużają zasięg. Czasem używane są też rozwijane światłowody ciągnące się za robotem. Jeden udany kurs takiej maszyny to wiele dni zapasów na wysuniętej pozycji. Używane są nawet do transportu drewna używanego do budowy umocnionych pozycji. Ukraińscy żołnierze rozmawiający na początku kwietnia z dziennikarzem brytyjskiego "The Guardian" szacowali, że obecnie do 90 procent logistyki na tych ostatnich kilkunastu kilometrach przed pozycjami wroga to drony.

Maszyny okazały się też świetnym narzędziem ewakuacji rannych. Klasycznie jest to operacja wymagająca narażenia kilku innych osób, które muszą pomagać rannemu, a przez to wystawiają się na łatwiejsze wykrycie i cios z powietrza. Dlatego ewakuacja medyczna to jedna z tych sytuacji, kiedy jeszcze względnie często na front są kierowane pojazdy opancerzone, dające szansę szybko wywieźć rannego i wytrzymać ciosy dronów. Drony logistyczne oferują wygodną alternatywę. Likwidują ryzyko dla ludzi oraz cennych pojazdów, a przy tym są dość odporne na ataki latających dronów. Miejsca i udźwigu starcza na 1-2 osoby. Po dostarczeniu zapasów na pierwszą linię mogą zabrać ich z powrotem. Dla ochrony ewakuowanych montowane są specjalne osłony przypominające metalową trumnę.

(...)

Lądowym dronom oczywiście ciągle daleko do wizji rodem z filmów science fiction. To ciągle dość proste i niezgrabne maszyny, które właściwie nie są w stanie poruszać się w terenie. Muszą korzystać z dróg czy choćby ścieżek, bo poza nimi ryzyko utknięcia lub wywrotki jest zbyt duże. Świadomość operatora i czas jego reakcji są słabe, bo widzi świat przez prostą kamerę z często rwącym się sygnałem. Zdolności do unikania ciosów właściwie nie ma. We wspomnianym tekście "Guardiana" jeden z żołnierzy deklarował, że jego oddział traci co czwartego drona lądowego wysłanego na misję logistyczną. Obie strony intensywnie polują na nie przy pomocy dronów powietrznych. Jednak pomimo takich ograniczeń i takiego poziomu strat, ich użycie gwałtownie rośnie. Jasno to pokazuje, że jest to znacznie lepsze rozwiązanie niż narażanie ludzi. 

gazeta.pl

czwartek, 16 kwietnia 2026



W środę 15 kwietnia Władimir Putin zażądał pilnych wyjaśnień od rządu i Banku Centralnego po serii rozczarowujących danych z rosyjskiej gospodarki. Maleją inwestycje, kurczą się wpływy z ropy i gazu, a budżet coraz mocniej trzeszczy pod ciężarem wydatków.

Oprócz tego wezwał też do pilnych działań mających przywrócić wzrost gospodarczy.

Jest to już jego druga publiczna skarga na słabość gospodarki w ciągu zaledwie miesiąca.

(...)

Według rosyjskiego Ministerstwa Rozwoju Gospodarczego PKB w styczniu i lutym był o 1,8 proc. niższy niż w tym samym okresie rok wcześniej. Z kolei Instytut Prognoz Gospodarczych Rosyjskiej Akademii Nauk (INP) oszacował, że w pierwszym kwartale gospodarka skurczyła się o 1,5 proc. rok do roku.

Tymczasem Bank Centralny wcześniej prognozował wzrost PKB o 1,6 proc. w analogicznym okresie.

Resort tłumaczył część spadku efektem kalendarzowym, wskazując, że w styczniu były o dwa dni robocze mniej, a w lutym o jeden dzień mniej niż rok wcześniej. Po uwzględnieniu tej korekty PKB w styczniu pozostał na poziomie zbliżonym do ubiegłorocznego, a w lutym wzrósł o 0,3 proc.

Putin uznał jednak takie wyjaśnienia za niewystarczające.

To oczywiście obiektywne okoliczności, ale jasne jest, że są one dalekie od bycia jedynymi czynnikami wpływającymi na aktywność biznesową i inwestycyjną w kraju — powiedział, wskazując na spadki w przemyśle przetwórczym, całym sektorze przemysłowym oraz budownictwie.

onet.pl\The Moscow Times


Dla wielu kremlowskich technokratów wojna stała się osobistą tragedią. Jednak wybierając stabilność za wszelką cenę i delegując decyzje polityczne, stworzyli oni system, w którym wojna stała się ekonomicznie możliwa. Lata konsolidacji fiskalnej stworzyły rezerwę strategiczną, która umożliwiła prowadzenie wojny bez natychmiastowego załamania finansowego.

Wojna przyspieszyła i obnażyła deformacje, które gromadziły się przez lata. Ważne jest dokładne zrozumienie ich natury, ponieważ nie znikną one wraz z zawieszeniem broni.

(...)

Popyt wojskowy stworzył specyficzną pułapkę, podobną do dochodów z ropy naftowej w pierwszej dekadzie XXI w.: tworzy miejsca pracy, podnosi dochody i stwarza wrażenie funkcjonującego państwa. Płace w kompleksie przemysłowo-obronnym wzrosły o dziesiątki procent w ujęciu realnym. Dochody rodzin żołnierzy kontraktowych są trzy do czterech razy wyższe niż przed wojną. Tymczasem wydatki na obronę osiągnęły w ramach oficjalnej pozycji budżetowej 6,3 proc. PKB i ponad 7 proc., jeśli uwzględnić towarzyszące im wydatki wojskowe.

Z jawnych danych budżetowych wynika, że dzienne koszty wojny wynoszą ok. 36-37 mld rubli (według aktualnego kursu 1,6-1,7 mld zł). Liczba ta nie obejmuje płatności regionalnych, wydatków zaliczanych do innych kategorii oraz innych specyficznych elementów księgowych.

Kwota odpowiada budowie kilkudziesięciu szkół lub pięciu do siedmiu dużych szpitali każdego dnia.

(...)

Co więcej, zakończenie wojny może utrwalić status quo w Rosji, jeśli nie będzie mu towarzyszyła zmiana kierunku politycznego. Reżim będzie miał szansę ogłosić się zwycięzcą, przypisać trudności gospodarcze "konsekwencjom presji sankcji" i kontynuować rządzenie krajem zgodnie z dawną logiką redystrybucji przypominającej system stanowy. Z ekonomicznego punktu widzenia jest to najgorszy możliwy scenariusz: wszystkie problemy pozostaną, ale nie będzie impulsu do ich rozwiązania.

onet.pl\The Moscow Times


Jeszcze parę lat przed pełnowymiarową inwazją na Ukrainę władze podjęły próby zablokowania Telegramu. Wówczas to się nie udało, bo chyba nie było technicznych możliwości. Wyłączenie Telegramu spowodowało awarie w innych częściach internetu, także tych wykorzystywanych przez biznes czy władze.

Ale i tak Kreml tworzył swoje odpowiednik najpopularniejszych serwisów światowych, od Google do Youtube. I w dużej mierze udało się przenieść rosyjski internet na te serwisy.

Teraz jednak poszedł na całość. Telegram jest wyłączany i zastępowany kremlowskim Maxem dość sprawnie, inaczej niż przed laty. Dokładnie nie wiemy, co się w szczegółach dzieje w Rosji, ale wiele wskazuje na to, że w niektórych miejscach uznanych za ważne dla bezpieczeństwa (np. w pobliżu Kremla) są nawet kłopoty z normalnym dzwonieniem przez komórki czy wysyłaniem SMS-ów.

Dlatego najbardziej prawdopodobna wydaje się hipoteza wysunięta przez znanego rosyjskiego dziennikarza śledczego, a obecnie emigracyjnego wideoblogeraś Stanisława Biełkowskiego, że przyspieszenie spowodowała… wojna USA i Izraela z Iranem. Cały świat widział, jak za pomocą szpiegostwa internetowego Amerykanie i Izraelczycy zlikwidowali całe przywództwo reżimu.

centrumeuropy.pl

środa, 15 kwietnia 2026



Dziesiątki tankowców należących do rosyjskiej "floty cieni" czekają w Zatoce Fińskiej na wznowienie działalności terminali naftowych, które zostały uszkodzone w wyniku ukraińskich nalotów. Zdaniem ekspertów zwiększa to ryzyko sabotażu lub szkód środowiskowych na jednym z najbardziej ruchliwych szlaków żeglugowych świata.

Od 30 do 40 tankowców z "floty cieni" skupia się wokół nieoficjalnych miejsc kotwiczenia na wodach rosyjskich, a także na pasie wód międzynarodowych o szerokości 6 mil morskich, czyli ok. 11 km, między Finlandią a Estonią.

(...)

Statki nie mogą zmienić kursu na pobliskie porty ze względu na ryzyko zatrzymania.

W styczniu 2025 r. NATO rozpoczęło operację Baltic Sentry w celu monitorowania podejrzanej aktywności żeglugowej w regionie po serii zdarzeń, w których statki "floty cieni" miały uszkodzić kable podmorskie w Zatoce Fińskiej.

Rosyjska "flota cieni" liczy ponad 3000 statków, a setki z nich zostały objęte sankcjami UE i USA. Stanowią one kluczowe źródło dochodów dla kasy wojennej Kremla w trakcie trwającej inwazji na Ukrainę.

(...)

Ceny ropy Urals, zazwyczaj sprzedawanej z rabatem w stosunku do ropy Brent, wzrosły na początku kwietnia do najwyższego od 13 lat poziomu 116 dol. (według aktualnego kursu 417 zł) za baryłkę, gdy globalni klienci gorączkowo poszukiwali alternatywnych dostawców. "Financial Times" oszacował, że wysokie ceny ropy generowały nawet 150 mln dol. (540 mln zł) dziennie dodatkowych dochodów dla rosyjskiego budżetu.

Zatoka Fińska ma kluczowe znaczenie dla tej ekonomicznej linii życia, ponieważ 42 proc. eksportu przechodzi przez porty w Ust-Łudze i Primorsku.

Jednak ukraińskie ataki dronów w ostatnich tygodniach spowodowały tak poważne zniszczenia, że przez kilka dni żadne statki nie mogły zacumować w żadnym z tych portów, co ograniczyło rosyjskie zyski z wojny z Iranem. Dane z otwartych źródeł sugerują, że w okresie od 16 kwietnia do 18 maja w Primorsku mają zacumować tylko dwa tankowce.

onet.pl\The Moscow Times


Trump, który kiedyś był prezbiterianinem, a obecnie nie należy do żadnej wspólnoty, zdobył 59 proc. głosów katolików w 2024 r. w porównaniu z 50 procentami w 2016 r. Były prezydent Joe Biden, katolicki prezydent, zdobył poparcie tej grupy wyborców, uzyskując 52 proc. głosów w 2020 r.

— Odpuść parę katolickich demonstracyjnych gestów, a być może zdobędziesz kilka miejsc w Izbie Reprezentantów — mówi Michael Caputo, wieloletni doradca Trumpa i były urzędnik administracji, obecnie robiący studia magisterskie z teologii w Ave Maria, katolickiej enklawie na Florydzie.

— Demokraci odnaleźli katolickie drzwi do podziału, którego potrzebowali przed wyborami śródokresowymi, a po spotkaniu z głównym doradcą Obamy papież pomógł im nacisnąć klamkę — dodaje, wskazując na niedawne spotkanie byłego doradcy Obamy, Davida Axelroda, z papieżem jako dowód, że opisywana przez niego strategia jest już w trakcie realizacji.

(...)

— To złe pod każdym względem — występuje z tyradą przeciwko papieżowi, a potem próbuje przywłaszczyć sobie Jezusa — komentuje republikanin zajmujący się zbieraniem funduszy na działalność partii, który jest katolikiem. — [Trump] spotkał się z ostrym sprzeciwem po obu stronach chrześcijańskiej sceny politycznej, zarówno ze strony ewangelików, jak i katolików. To zakazana strefa — dodaje.

Inni lojalni zwolennicy Trumpa twierdzą, że osoby krytykujące prezydenta nie doceniają tego, co dla nich zrobił.

— Niektórzy ludzie są sfrustrowani wieloma innymi sprawami i dlatego mówią: "mam tego dość" — mówi jeden z wysokich rangą urzędników administracji i gorliwy katolik. — Jeśli sprawia im przyjemność mówienie: "Uważam, że to bluźnierstwo", to ok, ale nie ma to większego znaczenia, jeśli chodzi o realną zmianę sytuacji.

Zarówno rzeczniczka kierownictwa Partii Republikańskiej Kiersten Pels, jak i rzeczniczka Białego Domu Taylor Rogers powtórzyły ten argument w swoich oświadczeniach, twierdząc, że Trump wprowadził szereg prokatolickich rozwiązań, a także cofnął decyzje poprzedniego prezydenta Joego Bidena, m.in. w kwestiach aborcji i osób transpłciowych.

— Prezydent Trump położył kres wykorzystywaniu rządu federalnego przeciwko wierzącym, dumnie bronił i rozszerzył nasze prawa religijne, ułaskawił działaczy pro life, powstrzymał chemiczne okaleczanie dzieci naszego narodu i chronił prawa rodziców — powiedziała Rogers.

Rozpoczęcie przez Trumpa słownego ataku na papieża Leona XIV podczas lotu powrotnego z Miami w niedzielę wieczorem wprawiło wielu sojuszników w osłupienie. W poście, będącym najwyraźniej reakcją na fragment programu "60 Minutes", w którym trzech wybitnych katolickich kardynałów krytykowało wojnę z Iranem, Trump nazwał Leona "słabym", stwierdził, że powinien "wziąć się w garść" i przypisał sobie zasługi za jego wstąpienie na papieski tron.

"Nie figurował na żadnej liście kandydatów na papieża i został umieszczony na niej przez Kościół tylko dlatego, że był Amerykaninem, a oni uznali, że to będzie najlepszy sposób na poradzenie sobie z prezydentem Donaldem J. Trumpem. Gdybym nie był w Białym Domu, Leon nie byłby w Watykanie" — napisał prezydent na Truth Social.

Jeden z sojuszników Białego Domu stwierdził, że "cel kłótni z papieżem nie jest do końca jasny". — Ludzie nie wiedzą, o co chodzi — mówi.

Wkrótce potem Trump opublikował na swoim koncie w serwisie Truth Social zdjęcie, na którym jest ubrany w białą szatę i owinięty czerwonym szalem, skąpany w świetle, sprawiając wrażenie, jakby uzdrawiał chorego mężczyznę w szpitalnym łóżku, otoczony klasycznymi symbolami Ameryki — Statuą Wolności, amerykańską flagą i bielikiem amerykański.

Niektórzy sojusznicy prezydenta potraktowali to jako żart — (według nich) Trump jest po prostu sobą. W końcu wcześniej opublikował grafikę siebie jako papieża.

— Publikowanie bzdur to jego styl, więc nie czuję się tym szczególnie urażony, ale uważam to po prostu za niepotrzebne. Po co to robić? To jak komar. Drażni mnie — komentuje jeden z katolików popierających MAGA blisko związany z Białym Domem.

— Nie sądzę, żeby to była wyjątkowa sytuacja, która rozbije koalicję — dodaje, choć według niego "ludzie, którzy są tym najbardziej zdenerwowani, są zirytowani z wielu powodów, a to kolejny z nich".

Niedawne badanie CBS News/YouGov wykazało, że ogólny wskaźnik poparcia dla Trumpa wynosi około 39 proc., przy czym 35 proc. popiera jego sposób zarządzania gospodarką, a 31 proc. sposób, w jaki radzi sobie z inflacją. Poparcie dla niego w kwestii wojny wynosi około 36 proc.

onet.pl\Politico


Łotwa od początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku przeszła udaną transformację – stała się państwem demokratycznym, wolnorynkowym i weszła w struktury UE i NATO. Bez wątpienia należy dziś do grona krajów wysoko rozwiniętych, jednak pomimo tych sukcesów potrzebuje zdecydowanych reform, by przezwyciężyć obecną stagnację polityczną i gospodarczą. Logika łotewskiej polaryzacji, która pozwalała przez ostatnie 15 lat utrzymać partie prorosyjskie z dala od władzy centralnej, spowodowała powstanie systemu technokratycznych rządów koalicyjnych, bez wizji rozwoju. Polityczny kordon pozwolił ochronić państwo przed rosyjskimi wpływami, ale jednocześnie blokował dalszą modernizację. Bez szeroko zakrojonej reformy Łotwie grozi dalsza długotrwała stagnacja społeczno-gospodarcza.

W centrum łotewskiego systemu politycznego znajduje się jednoizbowy parlament (łot. Saeima) o dość szerokich uprawnieniach. Sprawuje on nie tylko funkcje ustawodawcze i kontrolne, lecz także ma uprawnienia konstytucyjne do nominowania urzędników i rozwijania współpracy międzynarodowej, które czynią go organem o silnej pozycji ustrojowej względem władzy wykonawczej i sądowniczej. Samodzielnie wybiera głowę państwa, ale również najważniejszych urzędników oraz sędziów. Silną pozycję parlamentu osłabia fragmentaryzacja krajowej sceny politycznej. Mimo 5-procentowego progu wyborczego jest on silnie rozdrobniony; do wyborów przystępuje kilkanaście (13–19) bloków wyborczych, z czego zazwyczaj 8–10 uzyskuje mandaty. Większość z nich to sojusze niejednokrotnie niewielkich ugrupowań regionalnych. W praktyce oznacza to, że w jego skład wchodzi nawet kilkanaście partii.

Poza fragmentaryzacją kolejnym problemem jest logika polaryzacji politycznej. W kraju funkcjonują dwa elektoraty – łotewski oraz rosyjskojęzyczny – czego konsekwencją jest tradycja powstawania koalicji kordonowych, tj. łotewskich partii centroprawicowych, których celem jest blokowanie możliwości wejścia do rządu ugrupowań popieranych przez elektorat rosyjskojęzyczny.

(...)

W ciągu ostatnich czterech lat przez Łotwę przeszły dwie silnie polaryzujące debaty publiczne. Pierwsza miała miejsce, gdy po rosyjskiej inwazji na Ukrainę państwo łotewskie postanowiło przeprowadzić (spóźnione) działania desowietyzacyjne. Część z nich była dość spektakularna, jak usunięcie „Pomnika żołnierzy Armii Radzieckiej – wyzwolicieli radzieckiej Łotwy i Rygi z rąk okupantów niemiecko-faszystowskich”. Większość zmian napotkała trudności w realizacji, szczególnie te, których celem było wprowadzenie prawa pozwalającego na odbieranie obywatelstwa osobom otwarcie wspierającym reżim w Moskwie. W praktyce przepisy te okazały się martwe lub bardzo trudne do wdrożenia.

Prawo pisane pod wpływem „patriotycznego wzmożenia” spowodowało pogłębienie nieufności między łotewską większością a rosyjskojęzyczną mniejszością. W konsekwencji zmniejszyła się partycypacja polityczna rosyjskojęzycznej części społeczeństwa.

Drugi wstrząs społeczny nastąpił jesienią 2025 r., gdy po wielogodzinnych obradach parlament przyjął ustawę o wystąpieniu z tzw. konwencji stambulskiej. W reakcji na to w centrum Rygi odbyła się manifestacja, w której uczestniczyło kilka tysięcy osób sprzeciwiających się decyzji Saeimy.

Deficyty zaufania społecznego oraz niezdolność instytucji państwowych do szybkiego reagowania na potrzeby społeczeństwa mają swój wyraz m.in. w przedłużającej się debacie dotyczącej „przerostu biurokracji” w kraju. Nabrała ona nowego tempa wraz z drugą kadencją Donalda Trumpa w USA i zapowiedziami powołania przez Elona Muska Departamentu Efektywności Rządowej (DOGE). Jesienią 2024 r. prezydent Łotwy Edgars Rinkēvičs wskazał jako główny problem państwa „supernormatywizm” biurokracji, a jej przerost uznał za czynnik blokujący rozwój. Poskutkowało to powołaniem wiosną 2025 r. przez premier Siliņę specjalnej instytucji zajmującej się zmniejszeniem biurokracji.

Paradoksalnie administracja publiczna na Łotwie wcale nie jest nadmiernie rozbudowana. Liczba pracowników tego sektora jest porównywalna z ich liczbą w innych państwach bałtyckich (i nordyckich), choć jest wyższa niż średnia w UE i OECD. O wiele większy problem stanowi nieefektywność. Powodem jest logika działania, zgodnie z którą główny nacisk kładzie się na prawomocne przeprowadzenie procesu i bardziej formalny niż rzeczywisty jego rezultat. Część reform i planów modernizacyjnych pozostaje więc w zawieszeniu, a większości z tych koniecznych i publicznie popieranych nie wdraża się konsekwentnie, co skutkuje medialną narracją o przeroście biurokracji i takim odbiorem społecznym.

Problemy państwa łotewskiego są wykorzystywane m.in. przez szerzoną za pomocą mediów rosyjską propagandę, która wyolbrzymia realne wyzwania do poziomu absurdu, tworząc fałszywy obraz państwa upadłego, zależnego od UE i w kontrze stawiając „cudowne lata sowieckiej prosperity”. Długotrwałe rozpowszechnianie narracji o państwie upadłym ma na celu dyskredytację Łotwy nie tylko na świecie, lecz także wśród jej społeczeństwa, co ma skutkować utrzymywaniem się niskiego zaufania społecznego. Jednocześnie prowadzi to do skrajnego upolitycznienia debaty dotyczącej reformy państwa – nawet uzasadniona krytyka niewydolności czy problemów społeczno-gospodarczych jest przez stronę rządzącą podważana jako atakowanie państwa i uleganie rosyjskiej propagandzie.

osw.waw.pl

wtorek, 14 kwietnia 2026



Prezydent USA Donald Trump powiedział we wtorek włoskiemu dziennikowi "Corriere della Sera", że premier Włoch Giorgia Meloni nie chce pomagać Stanom Zjednoczonym w wojnie z Iranem. Podkreślił, że jest tym "zszokowany".

Trump oznajmił w rozmowie telefonicznej z włoską gazetą, że Meloni "nie chce pomóc (Stanom Zjednoczonym) pozbyć się broni nuklearnej". Dodał, że szefowa rządu w Rzymie nie chce pomóc podobnie, jak NATO.

Amerykański przywódca przyznał, że od dawna nie rozmawiał z Meloni.

"Jest bardzo inna niż myślałem" - ocenił prezydent USA. "To nie jest ta sama osoba, a Włochy nie będą tym samym krajem" - ocenił.

"Jestem nią zszokowany. Myślałem, że ma odwagę, myliłem się" - dodał Trump, odnosząc się do braku zaangażowania Włoch w wojnę z Iranem.

Po tym, gdy Meloni uznała za niedopuszczalną krytykę Trumpa pod adresem papieża Leona XIV, prezydent USA powiedział, że "niedopuszczalne" jest to, co robi włoska premier.

"Nie obchodzi jej to, czy Iran ma broń nuklearną, i że wysadziłby Włochy w powietrze w dwie minuty, gdyby miał taką możliwość" - ocenił Trump.
Wyraził także opinię, że "papież nie ma pojęcia, co dzieje się w Iranie".

"Nie rozumie i nie powinien wypowiadać się o wojnie, bo nie wie, co się tam dzieje. Nie rozumie, że w ubiegłym miesiącu zabili w Iranie 42 tys. manifestantów" - powiedział prezydent USA.

Władze Włoch nie zgodziły się w marcu na lądowanie amerykańskich bombowców w bazie lotniczej Sigonella na Sycylii. Meloni argumentowała, że w tej sprawie strona włoska "skrupulatnie przestrzegała traktatów i porozumień, regulujących relacje z USA".

Prezydent USA w niedzielę mocno skrytykował papieża na swojej platformie społecznościowej Truth Social oraz w późniejszej rozmowie z dziennikarzami w bazie wojskowej Andrews pod Waszyngtonem. Napisał, że Leon XIV jest "słaby w kwestii przestępczości i innych rzeczy" oraz "fatalny w polityce zagranicznej". Trump opublikował też grafikę wygenerowaną przez sztuczną inteligencję, na której widoczny jest on sam, ubrany w szaty Jezusa. Obrazek w poniedziałek został usunięty z prezydenckiego konta.

Leon XIV powiedział w poniedziałek dziennikarzom, że będzie kontynuował apele o pokój i wypowiadał się przeciwko wojnie. Oznajmił też, że nie boi się administracji USA i nie zamierza wchodzić z Trumpem w dyskusję. 

PAP


W obliczu porażki Viktora Orbána Rosja skupiła się na bagatelizowaniu znaczenia i możliwych skutków zmiany władzy na Węgrzech, przede wszystkim w odniesieniu do kontynuacji wojny z Ukrainą. Przedstawiciele rosyjskiej klasy politycznej i bliscy Kremlowi komentatorzy podkreślali, że wygrana opozycji to jedynie taktyczny sukces „Brukseli”, który nie rozwiązuje żadnego z fundamentalnych problemów, skazujących jakoby Unię Europejską na porażkę w jej konflikcie z Rosją. Wskazuje się, że zwycięzca wyborów – Magyar – wcale nie jest przychylniej nastawiony do Ukrainy niż dotychczasowy premier Orbán oraz że linia polityczna przyszłego węgierskiego rządu nie jest jasna i że najprawdopodobniej przyszły premier będzie – z pewnymi symbolicznymi korektami – kontynuował politykę pragmatycznej współpracy gospodarczej z Rosją.

Jednocześnie formułowane są prognozy dotyczące ostatecznego załamania relacji pomiędzy Europą i administracją Donalda Trumpa. Rosyjscy oficjele i komentatorzy zwracają uwagę, że odsunięcie od władzy na Węgrzech Orbána oznacza przejście tego państwa do głównego prounijnego nurtu politycznego w Europie, co będzie pogłębiało podziały między Unią Europejską a Stanami Zjednoczonymi. Liczą przy tym, że klęska polityka demonstracyjnie popieranego przez administrację Trumpa (co unaoczniła wizyta wiceprezydenta J.D. Vance’a w Budapeszcie przed wyborami) przyczyni się do dalszego pogorszenia atmosfery w relacjach transatlantyckich, z korzyścią dla Moskwy. Należy zakładać, że Rosja będzie próbowała aktywnie sprzyjać temu pogorszeniu, kierując do USA – z wykorzystaniem kanałów zarówno oficjalnych, jak i propagandowych – przekaz skupiający się na podkreślaniu, że porażka Orbána to wynik rzekomych nacisków i manipulacji brukselskiego establishmentu.

Przyjęta przez Moskwę linia propagandowa bagatelizująca istotność zmiany władzy w Budapeszcie ostro kontrastuje z przedwyborczą propagandą Kremla. Przypisywała ona wyborom na Węgrzech fundamentalne wręcz znaczenie dla relacji Rosji z Zachodem. Sugeruje to, że Moskwa stara się obecnie ukryć swój zawód związany z klęską polityka uważanego przezeń za głównego lidera tych sił politycznych w Europie, które dla zakończenia wojny rosyjsko-ukraińskiej gotowe są wstrzymać wsparcie dla Ukrainy. Wzrost ich znaczenia (po zwycięstwie Roberta Ficy na Słowacji i Andreja Babiša w Czechach) stanowił ważny element w kalkulacji politycznej Kremla, pozwalającej mu wierzyć w ostateczne zwycięstwo nad Ukrainą. Klęska Orbána przynosi załamanie się tego trendu i oddala perspektywy realizacji strategii Rosji.

osw.waw.pl


Prof. Chwedoruk tonuje emocje. Swój komentarz do ultimatum Kaczyńskiego zaczyna od krótkiej lekcji historii.

— Prawo i Sprawiedliwość powstało na bazie traumy prawicy ukształtowanej w latach 90. Traumy wiecznych wewnętrznych podziałów ideologicznych i personalnych. Remedium na to okazało się być silne przywództwo Jarosława Kaczyńskiego, jego umiejętność tasowania politycznych kart, wygrywania przeciwko sobie różnych frakcji i dbania o to, by żadna nie wyrosła powyżej pozostałych — przypomina.

— Obok Jarosława Kaczyńskiego najbardziej rozpoznawalnym politykiem PiS jest teraz Mateusz Morawiecki. I dlatego pozbycie się Morawieckiego byłoby problemem. Nie chodzi wcale o to, że Morawiecki stworzyłby własną partię, która osiągnęłaby niebotyczny rezultat, ale dlatego, że podważyłoby to morale działaczy i wyborców. A także pogłębiłoby chaos towarzyszący tej partii i być może odebrało parędziesiąt czy paręset tysięcy głosów, które mogą zadecydować o ostatecznym wyniku wyborów — dopowiada.

ak więc należy odczytywać ultimatum Kaczyńskiego? — Jarosław Kaczyński zdaje się mówić: "Morawiecki tak, wypaczenia nie". Kaczyński akceptuje Morawieckiego w sytuacji, w której Morawiecki akceptuje reguły gry wewnątrz PiS.

Ostatnie zapowiedzi Morawieckiego m.in. tworzenia swojego stowarzyszenia mogą dowodzić, że były premier nie akceptuje tych reguł. Co Morawieckiemu daje siłę, by w tak ostry sposób stawiać się Kaczyńskiemu?

— To nie jest siła. To jest desperacja — kwituje politolog.

— Mateusz Morawiecki był premierem bardzo długo. W efekcie znają go wszyscy. Jest rzeczą drugorzędną, czy go lubią, czy nie i co deklarują w sondażach. Morawiecki jest jednym z nielicznych polityków na prawicy, którego głos dotrze do każdego. Paradoksalnie przy tych wszystkich atutach Morawiecki po 15 października przestał być komukolwiek do czegokolwiek w polskiej polityce potrzebny — zauważa prof. Chwedoruk.

Analityk podkreśla, że "Morawieckiego nie potrzebuje PiS, ponieważ miał być liberalnym reformatorem tej partii, a stał się żyrantem radykalnej polityki, dalekiej od wizji reform".

— W efekcie nie może być reformatorem, bo gwarantował radykalną wizję. Ale nie może też być radykałem, bo w PiS zawsze był postrzegany jako ciało obce — dodaje.

Zdaniem politologa, Morawiecki nie jest też potrzebny nikomu po prawej stronie. — Przez wiele lat wyborcy i działacze Konfederacji specjalizowali się w kontrze do rządu właśnie Mateusza Morawieckiego. Jest więc chyba ostatnim możliwym kandydatem na premiera, wspólnego rządu. Nie jest też oczywiście do niczego potrzebny Platformie ani Lewicy, bo jest politykiem z drugiej strony barykady.

onet.pl

poniedziałek, 13 kwietnia 2026


Chociaż dyplomatyczne manewry, w tym wiadomości o tymczasowym zawieszeniu broni na linii Waszyngton-Teheran, nieco uspokoiły nastroje wśród giełdowych spekulantów – co widać po spadku notowań kontraktach na ropę – w świecie fizycznego handlu surowcem panuje ogromne napięcie. Ze względu na paraliż kluczowego szlaku przez Cieśninę Ormuz rafinerie muszą ostro walczyć o zabezpieczenie natychmiastowych dostaw.

Doprowadziło to do rzadko spotykanej anomalii: giełdowe wyceny (bazujące na kontraktach futures) żyją własnym życiem, a ceny na rynku kasowym (tzw. rynku spot), gdzie płaci się za fizyczny towar dostarczany bezzwłocznie, poszybowały w górę. Sytuację zaostrza fakt, że weekendowe rozmowy pokojowe zakończyły się fiaskiem, a Stany Zjednoczone grożą wzmocnieniem blokady irańskiego eksportu, co może objąć działania militarne w rejonie cieśniny.

Analitycy Investment Institute przy banku UniCredit zobrazowali ten problem, zestawiając ceny najbliższych kontraktów terminowych (ICE Brent) z cenami dla fizycznych dostaw ropy w Europie Północno-Zachodniej (tzw. wskaźnik Dated Brent). Różnica tych cen stała się w ostatnich dniach niespotykanie wysoka.

Analitycy przypominają, że w czasie pandemii COVID-19, gdy światowa gospodarka zamarła, a magazyny pękały w szwach, fizyczny surowiec był drastycznie tańszy niż w kontraktach terminowych. Sytuacja odwróciła się po inwazji Rosji na Ukrainę – strach przed załamaniem podaży z kierunku wschodniego wywindował ceny surowca z bieżącą dostawą.

Jednak to, co dzieje się teraz w związku z wojną w Iranie, przyćmiewa wydarzenia z ostatnich lat. Nabywcy na rynku fizycznym są dziś zmuszeni płacić gigantyczną premię za możliwość otrzymania namacalnego towaru z Morza Północnego w najbliższym czasie.

Sytuację tę w żargonie rynków finansowych określa się jako backwardation. W stabilnych warunkach gospodarczych standardem jest zjawisko odwrotne (contango), gdzie surowiec z odroczonym terminem dostawy jest droższy, by zrekompensować koszty jego magazynowania w czasie. Obecnie jednak skrajny strach przed niedoborami odwrócił tę krzywą. Tak wysokie premie na rynku natychmiastowym ograniczają pole do spadków cen na giełdach i sprawiają, że rynek jest niezwykle podatny na powrót silnego backwardation, jeśli tylko napięcia zbrojne znów się nasilą.

Mimo deklaracji Donalda Trumpa o rychłym odblokowaniu Cieśniny Ormuz (przez którą przed eskalacją przepływała jedna piąta światowej ropy), rynek fizyczny zupełnie nie wycenia tego optymistycznego scenariusza. Ewentualne polityczne rozejmy nie rozwiążą problemu z dnia na dzień. Zniszczona infrastruktura, zawyżone stawki ubezpieczeń statków oraz chroniczne zatory logistyczne sprawiają, że fizyczny dostęp do ropy będzie poprawiał się bardzo opornie i nierównomiernie. Europejskie rafinerie, zamiast liczyć na dyplomatyczne zabiegi, w tej sytuacji godzą się na przepłacanie za towar tu i teraz.

bankier.pl