środa, 1 kwietnia 2026



Jest wiele powodów, dla których Trump tak zaciekle atakuje NATO — a jednym z nich jest kruche ego człowieka, który nigdy nie był w stanie przyznać się do żadnej porażki.

Trump przez całe życie przypisywał sobie sukcesy, a winę zrzucał na innych. Gdy bankrutowało jego kasyno — winni byli współpracownicy. Gdy przegrał wybory w 2020 roku — winni byli demokraci i ich rzekome oszustwa.
Dokładnie ten sam mechanizm działa teraz z Iranem.

W jego głowie wszystko poszło idealnie: zniszczył irańskie systemy rakietowe, zatopił marynarkę wojenną, zmienił trzy reżimy. Odniósł — jak sam uważa — największy sukces militarny w historii świata.

Jest tylko jeden problem: Cieśnina Ormuz nadal zablokowana. Ale to oczywiście nie jego wina. Winni są tchórze z NATO, którzy boją się przeprowadzenia „prostej operacji militarnej” odblokowania Cieśniny.

Nie spodziewam się, że Trump wyprowadzi USA z NATO. To byłoby zbyt kosztowne politycznie. Ale będzie konsekwentnie utrwalał narrację o słabości i tchórzostwie sojuszników — i to jest bardzo szkodliwe dla Paktu.

x.com/Marekwalkuski


W wymiarze polityczno-strategicznym amerykańsko-izraelski atak na Iran przynosi Rosji wiele – zwłaszcza doraźnych – pozytywów, które będą rosnąć w miarę przedłużania się konfliktu. Zarazem jednak niektóre konsekwencje ataku są dla Moskwy niepomyślne, w tym w wymiarze strategicznym, lub rodzą z jej perspektywy nowe trudności i komplikacje.

Rosji sprzyja przede wszystkim zaangażowanie uwagi i środków amerykańskich w wojnę na Bliskim Wschodzie, które wyklucza ewentualne przejście administracji Trumpa do asertywniejszej polityki wobec Moskwy w sprawie Ukrainy oraz otwiera możliwość dalszego ograniczenia dostaw amerykańskiej broni i sprzętu wojskowego dla Kijowa. Potencjalnie może też skłaniać Biały Dom do szukania pomocy Kremla w zakończeniu konfliktu z Iranem w zamian za dalsze ustępstwa, w tym w kwestii Ukrainy. Sygnałem wskazującym na realność takiego scenariusza była rozmowa telefoniczna prezydenta Trumpa z Władimirem Putinem 9 marca, podczas której padła rzekomo (według zachodnich przecieków medialnych) oferta wstrzymania przekazywania danych wywiadowczych Teheranowi w zamian za podobną wstrzemięźliwość Waszyngtonu wobec Kijowa.

Ponadto wojna wywołała poważne tarcia między Waszyngtonem a jego sojusznikami, prowadzące do dalszego osłabienia spójności świata zachodniego. Zwłaszcza wśród zachodnioeuropejskich społeczności mocno nasiliły się nastroje antyamerykańskie. Ucierpiał także wizerunek USA wśród wielu państw na świecie, zwłaszcza Globalnego Południa, co Moskwa usiłuje zdyskontować w swoich działaniach dyplomatycznych i propagandowych.

Wojna w Zatoce Perskiej ma jednak także szereg niekorzystnych dla Rosji konsekwencji. Przede wszystkim torpeduje dotychczasowe nadzieje Kremla związane z jego wcześniejszymi ocenami polityki administracji Trumpa jako nastawionej na ograniczenie globalnego zaangażowania Stanów Zjednoczonych, a w szczególności unikanie działań militarnych na dużą skalę poza półkulą zachodnią oraz szukanie pragmatycznego modus vivendi z mocarstwami, zwłaszcza z Rosją. Seria agresywnych działań Waszyngtonu wobec państw należących do sieci antyzachodnich sojuszników i/lub klientów Moskwy (Wenezuela, Kuba, Iran) prowadzi Kreml do wniosku, że ma do czynienia z administracją, która stawia sobie za cel odbudowę globalnej hegemonii amerykańskiej, i to przy użyciu siły militarnej.

Szczególne obawy na Kremlu wywołały zademonstrowana przez siły zbrojne USA zdolność do niespodziewanego uderzenia likwidującego kierownictwo polityczne i wojskowe zaatakowanego państwa oraz użycie przez administrację pertraktacji jako przykrywki do takiego ataku. W Moskwie zwraca się przy tym uwagę, że z Iranem negocjowały te same osoby, które rozmawiają z Rosją w sprawie Ukrainy.

Ponadto wojna w Zatoce Perskiej obnażyła niezdolność i niegotowość Moskwy do udzielenia realnej i znaczącej pomocy Iranowi – swemu bliskiemu partnerowi polityczno-strategicznemu. W wizerunek Rosji uderza też jej niemoc, aby odegrać rolę pośrednika w konflikcie, co z powodzeniem robią regionalni gracze, tacy jak Pakistan czy Turcja. Zakłóceniu uległy także bliskie dotychczas relacje Rosji z arabskimi państwami Zatoki, które oczekiwały i oczekują od Moskwy opowiedzenia się po ich stronie i jednoznacznego potępienia irańskich ataków.

Największą dla Rosji korzyścią z kryzysu energetycznego wywołanego wojną z Iranem jest wzrost cen eksportowanych paliw (zwłaszcza ropy naftowej). Zgodnie z szacunkami utrzymywanie się ceny marki Brent na poziomie ok. 100 dolarów za baryłkę przyniesie rosyjskiemu budżetowi dodatkowy zysk w wysokości 4–6 mld dolarów miesięcznie, co oznaczałoby podwojenie miesięcznych wpływów z sektora naftowo-gazowego względem pierwszych dwóch miesięcy br. Według założeń budżetowych na 2026 r. rząd FR prognozuje, że podatki z tego sektora sięgną ok. 106 mld dolarów (o 5% więcej niż w 2025 r.), i cel ten zostanie zrealizowany, jeśli obecne ceny ropy utrzymają się do końca roku.

Nie można jednak wykluczyć scenariusza, w którym Rosja zarobi znacznie więcej – głównie dzięki temu, że obniżać się będzie różnica cenowa pomiędzy rosyjską ropą Urals a pozostałymi jej gatunkami, do czego przyczyni się deficyt podaży surowca na rynku (od 28 lutego różnica ta zmalała z 30 dolarów do ok. 14 dolarów).

Korzystny dla rosyjskich koncernów jest także wzrost o ok. 30% cen nawozów mineralnych, do którego doprowadziła blokada cieśniny Ormuz (przechodziło przez nią około jednej trzeciej światowego handlu morskiego nawozami mineralnymi, przede wszystkim azotowymi). Rosja to największy na świecie ich eksporter (w 2025 r. – 45 mln ton).

Najprawdopodobniej jednak rząd FR nie pozwoli koncernom w pełni wykorzystać sprzyjającej im koniunktury. Tamtejszy resort rolnictwa już wprowadził ograniczenia na eksport saletry amonowej w okresie od 21 marca do 21 kwietnia br., aby nie dopuścić do destabilizacji wewnętrznego rynku rolno-spożywczego.

Tym samym wojna w Iranie oddala perspektywę rewizji rosyjskiego budżetu. Zgodnie z ustawą budżetową deficyt budżetu federalnego w 2026 r. zaplanowano na poziomie 1,6% PKB (ok. 41 mld dolarów), ale już po dwóch miesiącach jego wysokość przekroczyła 90% sumy zakładanej na cały rok (3,45 bln rubli wobec 3,8 bln rubli, (...)). 

(...)

Istotną z perspektywy Rosji korzyścią wynikającą z konfliktu z Iranem jest osłabienie skuteczności zachodniego reżimu sankcyjnego ze względu na fizyczny deficyt surowca na globalnym rynku, co zmusza importerów do szukania alternatywnych źródeł dostaw – w tym z Rosji. Co więcej, złagodzenie polityki sankcyjnej USA – w postaci czasowych derogacji dotyczących handlu rosyjską ropą – zwiększa prawdopodobieństwo trwałej erozji restrykcji. Od objęcia władzy w Waszyngtonie przez administrację Trumpa Stany Zjednoczone znacznie zawęziły koordynowanie swojej polityki sankcyjnej z europejskimi partnerami (m.in. w obszarze ścigania jednostek tzw. floty cienia czy obniżania progu cenowego – price cap).

osw.waw.pl


Pozycja Rosji na polu bitwy zmieniła się w ciągu ostatnich sześciu miesięcy (od października 2025 r. do marca 2026 r.), ponieważ ukraińskie kontrataki i ataki średniego zasięgu, blokada w korzystaniu przez Rosję z terminali Starlink na Ukrainie oraz wysiłki Kremla mające na celu ograniczenie Telegramu zaostrzyły istniejące problemy w rosyjskiej armii. ISW zaobserwowało dowody pozwalające ocenić, że siły rosyjskie zajęły 1929,69 kilometrów kwadratowych między 1 października 2025 r. a 31 marca 2026 r., posuwając się średnio o 10,66 kilometrów kwadratowych dziennie. Siły rosyjskie zajęły stosunkowo 2716,57 kilometrów kwadratowych terytorium między 1 października 2024 r. a 31 marca 2025 r., posuwając się w średnim tempie 14,9 kilometrów kwadratowych dziennie. Siły rosyjskie posuwały się naprzód ze średnią prędkością 5,5 km2 dziennie w pierwszych trzech miesiącach 2026 r., w porównaniu ze średnią prędkością 11,06 km2 dziennie w pierwszych trzech miesiącach 2025 r.

(...)

Realia pola bitwy na koniec marca 2026 r. w dalszym ciągu pokazują, że znaczące zdobycze na polu bitwy w Rosji, nie mówiąc już o całkowitym zwycięstwie, nie są nieuchronne ani nieuniknione. Obecna dynamika pola bitwy nie sugeruje, że Rosja szybko odzyska ziemię w kierunku Kupiańska lub na południu Ukrainy. Rosyjski postęp znacznie spowolnił, ponieważ siły rosyjskie w dalszym ciągu ponoszą straty kadrowe i w coraz większym stopniu polegają na słabo wyszkolonej i słabo wyposażonej piechocie, aby osiągnąć zyski. Siły rosyjskie również przeszły na taktykę infiltracji, aby w 2025 r. zyskać na froncie, ale ostatnio miały trudności z skonsolidowaniem swoich infiltracji, co częściowo umożliwiło ukraińskie kontrataki na południowej Ukrainie w lutym 2026 r. Siły rosyjskie realizują inicjatywę obejmującą cały teatr działań od 2023 r., ale niedawne postępy Ukrainy w kierunku Kupiańska i na południu Ukrainy pokazują, że siły ukraińskie są w stanie przeprowadzić udane kontrataki, osiągając taktycznie znaczące zyski, utrudniając rosyjskie przygotowania do operacji ofensywnych, oraz kwestionowanie inicjatywy pola bitwy w niektórych sektorach.

Kreml próbuje stworzyć fałszywe poczucie pilności, podobno próbując zmusić Ukrainę do oddania nieokupowanej części obwodu donieckiego, której siły rosyjskie okazały się niezdolne do zajęcia pola bitwy. Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski oświadczył 31 marca, że Rosja żąda wycofania sił ukraińskich z pozostałej części obwodu donieckiego w ciągu dwóch miesięcy (prawdopodobnie w odniesieniu do końca maja 2026 r.), w tym z silnie ufortyfikowanego Pasa Twierdzy Ukrainy. Zełenski sugerował, że Kreml próbuje stworzyć wrażenie, że Rosja wkrótce zajmie Donbas i narzuci nowe, ostrzejsze żądania, jeśli Ukraina nie wycofa się z obwodu donieckiego. Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow podobnie stwierdził 31 marca, że Ukraina potrzebuje "każdego rodzaju rozejmu, ponieważ dynamika na froncie nie sprzyja Ukrainie, a siły rosyjskie posuwają się wzdłuż całej linii frontu". Te rosyjskie twierdzenia są fałszywe, ponieważ siły rosyjskie bezskutecznie próbowały przejąć Pas Twierdzy w 2014 i 2022 r., a rosyjski postęp uległ spowolnieniu od początku 2026 r. Siły rosyjskie nie wykazały również zdolności do szybkiego okrążania, penetracji lub w inny sposób zajmowania miast wielkości miast w Pasie Twierdzy.

Optymistyczny obraz perspektyw rosyjskiego pola bitwy przez Kreml stoi w jaskrawym kontraście z niedawną krytyką ze strony prominentnych rosyjskich milblogerów i innych ultranacjonalistycznych głosów przestrzeni informacyjnej, które skarżyły się na niekorzystną sytuację Rosji na polu bitwy.

understandingwar.org

poniedziałek, 30 marca 2026



IGOR STRIEŁKOW O ZAGŁADZIE GARNIZONU SZPITALA CENTRALNEGO W KUPIAŃSKU: DO SAMEGO KOŃCA MIAŁEM NADZIEJĘ, ŻE ODBLOKUJĄ CHŁOPAKÓW

Szanowny Frolu Siergiejewiczu! (w nawiązaniu do listu z 22.03.2026 r.). Dziękuję za list!

O ile rozumiem, zniszczenie Telegrama zostanie nieuchronnie doprowadzone do końca – tylko całkowity brak niezależnych źródeł informacji może pozwolić władzom przez jakiś czas „podtrzymywać iluzję stabilności/niezłomności” u części społeczeństwa. Zresztą, kiedy efekt minie (a nie potrwa to długo), konsekwencje okażą się jeszcze cięższe. O „kosztach pobocznych” (typu zniknięcie ostatniego niezawodnego środka łączności na froncie) – nie ma nawet co mówić; ale władze mają teraz głęboko w nosie absolutnie wszystko, poza zachowaniem samych siebie w obecnej, niezmienionej formie. Skoro doszło do tego, że buntować się zaczął nawet sam „Sklejkowy Marszałek” Szojgu, to znaczy, że „sprawa wygląda kiepsko” i „nie w głowie im jacyś tam chłopi, choćby i ci frontowi”.

Odnośnie tematów, które „najbardziej przykuły” Pańską uwagę:

Zagłada garnizonu szpitala centralnego w Kupiańsku. – „Do samego końca” miałem nadzieję, że chłopaków odblokują. Wpadłem w furię, kiedy przeczytałem te doniesienia. – CO ZA HAŃBA! W 5. roku wojny pozwalać wrogowi okrążać i niszczyć nasze jednostki i pododdziały? Twierdza Brzeska była symbolem męstwa i waleczności, ofiarności i heroizmu – była z góry skazana na zagładę, ale jej obrońcy o tym nie wiedzieli i nawet się nie domyślali (na początku), co dodawało im nadziei i sił. Ale to było na samym początku Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, a u nas leci 5. rok! Jak w ogóle doszło do tego, że nasze wojska MIESIĄCAMI (DRUGI RAZ!) zdobywały Kupiańsk, żeby potem (DRUGI RAZ!) oddać go w kilka dni, na dodatek zostawiając w okrążeniu część garnizonu?!? A potem przez 100 dni nie zdołały odblokować okrążonych? – Dosłownie wczoraj w telewizji słuchałem kłamstw o „błyskawicznym posuwaniu się” naszych wojsk – to już jakiś ohydny surrealizm na tle śmierci naszych bohatersko walczących żołnierzy w Kupiańsku. Niestety, w tym roku (najwyraźniej) czeka nas jeszcze sporo tego rodzaju „nieprzyjemności” i daj Boże, żeby to, co się stało, nie powtórzyło się nigdzie indziej! – „Wszystkie warunki” do powtórki zostały przez nasze kierownictwo wojskowo-polityczne i wojskowe spełnione: wojska są wyczerpane bezsensownymi atakami czołowymi „w stylu I wojny światowej”, jednostki szturmowe poniosły ogromne straty, a uzupełnienia prawie nie napływają, wróg znów panuje na „małym niebie” i przez zimę zachował swoje rezerwy w stanie prawie nienaruszonym. – Plus konfiguracja frontu – z niebezpiecznymi „występami” i słabo bronionymi flankami (których najlepszym dowodem podatności na ataki jest tenże Kupiańsk, a całkiem niedawno – częściowo (i błyskawicznie!) odbity przez wroga Czasow Jar, który przecież też zdobywano przez długie, długie miesiące!).

Odnośnie zestrzelenia helikoptera Ka-52. – Nic dziwnego. Absolutnie nic dziwnego. Nawet to nie jest już dziwne, że ABSOLUTNIE NIKT, NIGDY I NIGDZIE NIE PONOSI KARY za bezdenną głupotę, tchórzostwo i „mydlenie oczu”, za które „płacić” muszą zwykli żołnierze i oficerowie! – Szokująca czelność „Sklejkowego Marszałka”, który z tupetem i „oburzeniem” złości się na to, że wrogie rakiety i drony swobodnie (i codziennie) bombardują nasze obiekty wojskowe i przemysłowe „aż po Ural włącznie” – to najlepszy dowód tej właśnie rażącej bezkarności: jeden z głównych winowajców naszego ogólnego (systemowego) kryzysu wojskowego; człowiek bezpośrednio odpowiedzialny za gigantyczne złodziejstwo w resorcie obrony i „totalną pokazówkę” zamiast szkolenia bojowego (i tak dalej, i tak dalej, i tak dalej) – dzisiaj z kamienną twarzą oburza się, że „ktoś czegoś nie dopilnował”, a wróg urósł w siłę. Przecież po nim to sąd wojenny „gorzkimi łzami płacze!” – Za te wszystkie przestępstwa, które popełnił za czasów bycia ministrem obrony! ...Ale nie... „siedzą” jego zaufani zastępcy, a po nim to wszystko spływa „jak po kaczce”.

„Masakra krów” w obwodzie nowosybirskim – to, moim zdaniem, bezpośredni i jawny sabotaż. Za coś takiego (w warunkach czasu wojny) też, tak po prawdzie, należałby się sąd polowy... Ale u nas, jak wiadomo, to „tylko Specjalna Operacja Wojskowa i szkodnicy-sabotażyści niszczą bezpieczeństwo żywnościowe Rosji w przekonaniu, że „mają do tego prawo”, niczego się nie obawiając... I nie ma tu nic więcej do komentowania.

Na koniec poruszę temat, którego nie ująłeś w swoim – z konieczności krótkim – przeglądzie: „kazus Riemiesło”. Ogólnie rzecz biorąc, nie ma nic dziwnego w tym, że ten „liberalny kameleon” (przysłano mi tekst jego wypocin) znów „zmienił barwy” – dla niego, jak to mówią, „to nie pierwszy raz”. W końcu fakt, że były współpracownik FBK Nawalnego „nagle” stał się „patriotą” i członkiem ONF, to jest jakiś wyznacznik (obie organizacje, moim osobistym zdaniem, są równie wulgarne i szkodliwe dla Rosji). Po prostu „Riemiesłu” wydało się, że „nadeszła pora”, by opłacalnie „wystąpić z rewelacjami”. Czyli mamy do czynienia z całkiem pospolitym zjawiskiem: „początkiem ucieczki szczurów z tonącego statku”. „Riemiesło” „zeskoczył” jako jeden z pierwszych, ale on to „płotka”. „Wielkie szczury” na razie ostrożnie „ważą szanse” i się nie śpieszą. Ale to tylko do czasu... – Przy tym „składzie kadrowym” (i „rezerwach kadrowych” również), które mamy obecnie – „statek” prędzej czy później na pewno zatonie. Zwłaszcza jeśli wszystkich, którzy szczerze próbują coś zmienić na lepsze, gnoi się jako „ekstremistów” i robi z nich margines tylko za to, że nie wrzeszczą „chwała kapitanowi!” po każdej kretyńskiej wypowiedzi lub ruchu tego ostatniego... Wkrótce, wkrótce zaczną uciekać... rzucając wszystko i oszukując „kapitana” (zresztą, prawie wszyscy z nich zrobili kariery na nieustannym oszustwie i „pozorowaniu intensywnych działań”, przy okazji bez opamiętania kradnąc). Smutne? – I tak, i nie... Inaczej ta cała „wspaniała epoka” skończyć się nie może. Trzeba myśleć o tym, co robić dalej i jak będziemy wydostawać się spod gruzów „wielkiego mocarstwa energetycznego” i surkowowskiej „suwerennej demokracji”...

Czekam na raporty i listy, szczerze oddany,
(podpis) I.W. Girkin 26.03.2026

P.S. Pismo mam „byle jakie” – piszę w wyjątkowo niewygodnych warunkach, przepraszam!

(List do towarzysza broni Frola Władimirowa)

x.com/AryoSomeGumul

niedziela, 29 marca 2026



„Obserwator Finansowy”: - Od marca 2022 r., jeśli chodzi o ceny diamentów naturalnych, trwa wielka bessa. Według notowań IDEX kamienie potaniały o mniej więcej połowę. Jaka jest przyczyna tego zjawiska? Czy chodzi tylko o rozwój rynku diamentów sztucznych, które w warunkach laboratoryjnych powstają w kilka godzin?

Erez Jacob Rivlin: Na początku muszę się nieco pochwalić, bo w dniu, w którym Rosja napadła na Ukrainę – to był czwartek 24 lutego 2022 r. – opublikowałem bardzo pesymistyczną prognozę dla rynku diamentów. Wtedy panowały bardzo „bycze” nastroje. I okazało się, że to był właściwie szczyt hossy na rynku diamentów. W mojej prognozie stwierdziłem, że spodziewam się spadku cen od 30 proc. do 50 proc. od szczytu. Niestety, pomyliłem się. Moja prognoza okazała się zbyt optymistyczna.

Branża, którą kocham od dekad, bardzo cierpi. Są dwie główne przyczyny tego zjawiska. Pierwszą jest oczywiście pojawienie się syntetycznych, czy też sztucznych diamentów. Czasami określa się je mianem „lab-grown diamonds” – diamenty wyhodowane w laboratorium – ale w wielu krajach stosowanie tego terminu w punktach sprzedaży jest nielegalne. Generalnie ten termin mija się z prawdą, bo one są po prostu masowo produkowane w fabrykach. Te sztuczne kamienie są bardzo tanie i zastąpiły te prawdziwe w wielu produktach znanych marek.

Drugą przyczyną jest znaczny spadek popytu po tym, jak wzrósł on dynamicznie w okresie pandemii COVID-19. Otóż w trakcie lockdownów – gdy dla wielu ludzi domy i mieszkania stały się swego rodzaju więzieniem – konsumenci zaczęli wydawać pieniądze na diamenty, zamiast na takie przyjemności, jak wakacje czy wypady do restauracji. Najlepszym w historii okresem, jeśli chodzi o kwoty wydane na biżuterię diamentową, był 2021 r. Gdy jednak skończył się lockdown, to nastąpiło odwrotne zjawisko i doszło do potężnego odpływu pieniędzy z rynku kamieni szlachetnych. Z dwóch powodów: po pierwsze rynek się nasycił, bo przecież ile można mieć pierścionków czy naszyjników, a po drugie – konsumenci zapragnęli znów podróżować.

- Popyt na diamenty w Chinach spadł w sześć lat o połowę. Dlaczego?

Myślę, że nawet o więcej niż połowę. Według moich szacunków, spadł o szokujące 90 proc. Chiny podczas panowania koronawirusa nie płaciły swoim obywatelom „za nic”. Musieli oni korzystać ze swoich oszczędności, jeśli chcieli kupować luksus. Chińczycy to naród, który musi mieć najpierw oszczędności, by wydawać na zbytki – to inna mentalność konsumencka niż na Zachodzie. Sporo oszczędności wydatkowali na inne rzeczy niż luksus. 

(...)

- Podobno popyt na duże diamenty jeszcze jest, a to głównie małe padają ofiarą bessy? Dlaczego tak jest?

W ostatnich 2–3 latach najbardziej potaniały kamienie średnie, czyli w przedziale 0,20 karata do 1,5 karata. Oczywiście to „zasługa” wpływu kamieni syntetycznych. Tego rodzaju kamienie to nie są kamienie inwestycyjne, tylko biżuteryjne, na kieszeń średnio zamożnego człowieka. Niestety, klasa średnia coraz częściej zastępuje prawdziwe kamienie tymi syntetycznymi, bo to tańsza opcja. Ponadto, bardzo mocno tanieją kamienie o niskiej czystości, bowiem właściwie nie da się ich odróżnić od syntetycznego kamienia.

Największe diamenty to wciąż jest forma aktywów inwestycyjnych. Przy czym one nie są dostępne nawet dla kasy średniej, bo mowa tu o kamieniach, których ceny zaczynają się od 30 tys. dol. Według mojej wiedzy takie kamienie wciąż drożeją po kilka procent rocznie.

A czemu najmniejsze kamienie nie tanieją? Bo są skupowane przez producentów luksusowych zegarków.  Nie idą oni w syntetyki, tylko kontynuują produkcję z naturalnymi kamieniami.

- Jak wygląda bilans rynku diamentów w ostatnich latach?

Szacuję, że całkowita produkcja globalna spadła z około 110 mln karatów do około 80 mln. Nie wiadomo dokładnie, bo nie ma precyzyjnych danych z Rosji. Największym producentem jest De Beers, ale jeśli chodzi o kraje to jest Rosja, a dokładnie rosyjska firma Alrosa, która produkuje około 35 mln karatów rocznie. Botswana produkuje około 30–32 mln karatów rocznie.

W Rosji działa Gokhran – rosyjska instytucja państwowa, która w świecie diamentów pełni rolę unikalną na skalę globalną. Jest to bowiem połączenie skarbca narodowego, funduszu inwestycyjnego i regulatora rynku. To jest taka „skarbonka” Kremla na diamenty. Sprzedaż idzie firmie Alrosa bardzo dobrze, bo od czasu do czasu Gokhran potrafi kupić dajmy na to 10 mln karatów za 2 mld dol. Przelewają pieniądze do Alrosy i statystyki wyglądają fantastycznie. Problem w tym, że od czasu ataku Moskwy na Ukrainę właściwie nie wiadomo, co dzieje się na rosyjskim rynku. Strona internetowa Alrosy była atakowana i nie działała przed długi czas. Na Rosję nałożono sankcje, w tym również na jej diamenty, więc liczby nie są jasne. Ale szacuję, że Federacja Rosyjska wciąż produkuje między 10 a 15 mln karatów, czyli jednak znacznie mniej niż przed wojną.

Firma De Beers ścięła produkcję z około 40 mln karatów przed pandemią do około 25 mln karatów. Ta firma to właściwie cztery kraje: Botswana, RPA, Kanada i oczywiście Namibia. Namibia zapewnia około 2 mln karatów rocznie, ale daje kamienie bardzo wysokiej jakości, które bywają nawet około 10 razy droższe niż porównywalne kamienie z innych państw. Konkluzja jest taka, że nastąpiła duża redukcja produkcji w karatach od 2021 r., a wynika to głównie ze spadku popytu z uwagi na pojawienie się syntetyków.

- Jak rynek radzi sobie z sankcjami nałożonymi na produkty z Rosji? Stopniowo budowana jest cyfrowa identyfikowalność diamentów G7 Certificate, to rozwiązanie tworzy grupa krajów kontrolujących około 70 proc. globalnego rynku diamentów. Czy wejście w życie G7 Certificate oznacza upadek Procesu Kimberley? Przypomnijmy, że chodzi o Kimberley Process Certification Scheme – międzynarodowy system certyfikacji, który powstał, aby wyeliminować z globalnego handlu tzw. „krwawe diamenty”.

(...)

Istnienie nowego certyfikatu ma jednak ograniczony wpływ na Proces Kimberley, który zresztą nie jest skuteczny. Owszem, niektóre kraje zostały zablokowane i nie mogły eksportować diamentów, ale nie z powodu samego mechanizmu. Mam wiedzę o tym, że wpisywano w dokumentach fałszywe pochodzenie i diamenty, które powinny być objęte sankcjami, w rzeczywistości trafiały do obiegu. Bardzo trudno jest udowodnić pochodzenie kamieni. Eksperci z GIA (Gemological Institute of America – przyp. red.) i z De Beers prowadzili między sobą dyskusje na temat tego w jaki sposób można byłoby ustalać pochodzenie kamieni. Konkluzja była taka, że po prostu jest to niewykonalne.

Rynek „oczyszcza się” w inny sposób. Największe marki luksusowe są bardzo rygorystyczne, jeśli chodzi o pochodzenie diamentów. Zażądały audytowanej produkcji. Znam ich nazwy, ale nie chciałbym wymieniać ich publicznie, nie mam do tego mandatu. Największe firmy z branży dóbr luksusowych nie chcą podejmować ryzyka korzystania z diamentów objętych sankcjami czy pochodzących z przestępstwa, dlatego kupują tylko z pewnych źródeł, z audytowanej produkcji. Płacą za to około 20 proc. powyżej ceny rynkowej.

To oczywiście bije w rosyjską produkcję i sprzedaż. Szacuję, że od 2022 r. sprzedaż kamieni z Rosji spadła o około 40 proc.

(...)

- Jeśli chodzi o segment diamentów syntetycznych, to pojawiają się szacunki, które mówią, że ten rynek urośnie z 24 mld dol. w 2022 r. do 59 mld dol. w 2032 r., czyli w tempie blisko 10 proc. średniorocznie. Co takiego jest w sztucznych kamieniach, że podobają się konsumentom – chodzi tylko o cenę?

Tak, chodzi głównie o cenę. Poglądowo można powiedzieć, że diamenty syntetyczne są tańsze od naturalnych o około 90 proc., przy zachowaniu tych samych parametrów.

- Firma Tenoris podała, że ceny diamentów sztucznych spadły o około 70 proc. w ciągu 5 lat.

Owszem. I zapewne będą jeszcze tańsze.

- Ten trend może się odwrócić?

Nie. To nie są kamienie inwestycyjne. Tylko diamenty naturalne są kupowane po to, by schować je w sejfie.

- Kim są najwięksi producenci diamentów sztucznych? Gdzie produkuje się takie kamienie?

Obecnie największymi producentami diamentów syntetycznych są, niestety, wielcy producenci diamentów naturalnych. Mówię o szlifierniach. Istnieją firmy mające nawet do 50 tys. szlifierzy i oni obrabiają zarówno kamienie naturalne, jak i sztuczne. Takie firmy od kilku lat zarabiają bardzo dobre pieniądze. Marże były wysokie, więc wykorzystali okazję, ale to bardzo zaszkodziło rynkowi diamentów naturalnych.

(...)

- Czy obecny szok podażowy można porównać z tymi, które miały już miejsce kilka razy na rynku diamentów? Chodzi mi o sytuacje z 1725 r., gdy odkryto złoża w Brazylii, a także z 1867 r., gdy odkryto złoża w RPA. Po tamtych szokach, po pewnym czasie ceny kamieni wracały na dawne poziomy.

Można to porównywać, ale tylko do pewnego stopnia. Otóż przed XIX w. konsumpcjonizm nie istniał. Pojawił się dopiero z początkiem XX w., gdy Edward Bernays stworzył podwaliny pod nowoczesny marketing i public relations, a także odkrył, że można sprzedawać… styl życia i status.

Gdy w RPA pod koniec XIX w. odkryto diamenty, to globalny rynek kamieni dopiero się kształtował. Diamenty były niezmiernie rzadkie, to był rarytas, dziw natury. Dlatego w pewnym sensie można czynić porównania, ale one nie są w pełni uzasadnione.

(...)

- Jak w obliczu diamentowej bessy – która jednak na razie jeszcze trwa – wygląda kondycja najważniejszych firm operujących na tym rynku? Pytam zarówno o producentów, jak i dystrybutorów. Firma De Beers, która ponoć ma wielkie zapasy diamentów, znacznie ścięła produkcję, a jej właściciel – koncern Anglo American – wystawił ją na sprzedaż…

Odpowiadając krótko: głównym problemem przemysłu diamentowego są koszty produkcji, koszty wydobycia. W Angoli jest 15 dużych kopalni, w których Endiama – angolska państwowa firma wydobywcza – jest udziałowcem w ramach partnerstwa publiczno-prywatnego i tam diamenty są wydobywane najtaniej na świecie, po około 20–30 dol. za karat. W Rosji natomiast warunki są bardzo trudne, koszt wydobycia przy -50 st. C jest wysoki, rośnie do 50 dol. za karat.

Gdy spojrzymy na De Beers, to koszt wydobycia wzrósł w ciągu ostatnich trzech lat z okolic 40 dol. do 70–80 dol. za karat, a ta podwyżka wynika z przejścia od wydobycia odkrywkowego do wydobycia podziemnego, które ogólnie kosztuje trzy razy więcej niż odkrywkowe. Właściwie nie ma już na świecie łatwo dostępnych diamentów, które wyniosły na powierzchnię erupcje wulkaniczne. Potrzebne są coraz większe inwestycje, jak ta o wartości 2 mld dol., której dokonał koncern De Beers w RPA, pogłębiając kopalnię Venetia. Dzięki tej inwestycji ma dostęp do kamieni przez kolejne 20–30 lat, ale po wyższym koszcie wydobycia.

Partnerstwa angolskie zbiły zatem ceny na rynku i mają do tego prawo. Wielu graczy – takich jak Botswana i Rosja – robi zapasy diamentów, bo sprzedaż im się teraz nie za bardzo opłaca, ale nie wiem, czy to jest mądre, zapewne nieco zaszkodzi całemu rynkowi w długim terminie.

obserwatorfinansowy.pl


Obecnie na Bliskim Wschodzie USA dysponuje ok. 50 tys. wojsk. Jednakże nie mają możliwości wyprowadzenia ataku z żadnego kraju sąsiadującego, a zatem konieczny jest desant. W tym kontekście kluczowe znaczenie ma 82. Dywizja Powietrznodesantowa, której ok. 2-3 tys. żołnierzy zostało skierowanych do regionu. Ponadto na znajdujących się w pobliżu okrętach USS Boxer, USS Tripoli i lotniskowcu USS Abraham Lincoln znajduje się ok. 5 tys. marines. Mówi się też o przerzuceniu kolejnych 10 tys. marines. Może to wskazywać na to, że deklaracje Trumpa o wstrzymaniu ataków na irańską infrastrukturę oraz równie nieprawdziwe sugestie o prowadzonych z Irańczykami negocjacjach mają na celu zmylenie przeciwnika co do intencji USA. Nie wydaje się, by odnosiło to jakikolwiek skutek po stronie irańskiej, niemniej należy założyć, że przygotowywany jest jednak desant w Zatoce Perskiej.

Od dawna mowa jest o tym, że USA mogą próbować zająć kluczową z punktu widzenia irańskiego przemysłu naftowego wyspę Chark. Problem w tym, że nie odblokuje to Cieśniny Ormuz i jest niemal pewne, że Irańczycy w odpowiedzi zniszczą tę wyspę, doprowadzając do masakry kilku tysięcy amerykańskich żołnierzy. Warto w tym kontekście nadmienić, że według urealnionych szacunków Irańczycy zużyli zaledwie ok. 1/3 swojego arsenału balistycznego i dronowego i nie stracili zdolności produkcyjnych, podczas gdy USA i Izrael mają coraz większe problemy z uzupełnianiem zasobów pocisków przechwytujących.

Chark to nie jest jedyna opcja desantu. Możliwe jest też uderzenie na wyspy Abu Musa oraz Wielki i Mały Tunb. To sporne wyspy, do których pretensje zgłaszają Zjednoczone Emiraty Arabskie. Są one przy tym strategicznie położone w rejonie cieśniny. Na tę opcję mogło wskazywać nagłe zaostrzenie retoryki przez Zjednoczone Emiraty Arabskie i spekulacje, że gotowe są one do włączenia się do wojny. Niemniej wystarczyło irańskie uderzenie na Khalifa Economic Zone w Abu Dhabi oraz wypuszczenie filmiku propagandowego, na którym irańskie drony niszczą ikoniczny Burj al Arab w Dubaju oraz emirackie budynki Citibanku, a następnie kapitał w postaci duszków odlatuje w panice z tego kraju, by Emiraty złagodziły ton i stwierdziły, że media dokonały nadinterpretacji ich stanowiska, które niezmiennie optuje za rozwiązaniem pokojowym. Kolejną opcją jest opanowanie największej irańskiej wyspy, tj. Keszmu. To tam mają się znajdować kluczowe z punktu widzenia kontroli nad Cieśniną Ormuz instalacje militarne, w tym podziemne miasto rakietowe oraz bazy dronów i szybkich łodzi motorowych. Niemniej opanowanie tej ogromnej twierdzy z całą pewnością nie będzie łatwe i nie można przesądzać, że kilka tysięcy żołnierzy amerykańskich zdoła to w ogóle zrobić. Nie ma też wątpliwości, że straty po stronie amerykańskiej będą spore, a nawet jeśli ostatecznie atak zakończy się sukcesem, to nie tylko nie zakończy to wojny, ale oznaczać będzie eskalację.

Próba desantu na irańskie wyspy z całą pewnością będzie zatem wiązać się z dużymi stratami po stronie USA, a to (zwłaszcza w wariancie niepowodzenia) skłonić może Kongres do przyznania funduszy na wojnę, tak, by skierować tam znacznie większe siły. Póki co wojna już kosztowała USA ok. 36 mld USD, a Pentagon chce na razie dodatkowych 200 mld. To oczywiście tylko koszt działań militarnych, bo koszty ekonomiczne są znacznie większe. Nic na razie nie wskazuje też na to, by jakiekolwiek państwo chciało przyłączyć się do działań zbrojnych przeciwko Iranowi. Widać wprawdzie wyraźny podział wśród państw Półwyspu Arabskiego, gdzie Oman i Katar dążą do deeskalacji i obarczają Izrael winą za sytuację, podczas gdy Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie prezentują bardziej antyirańską postawę. Według różnych doniesień państwa te nie chcą, by USA na tym etapie wycofały się z wojny, gdyż doprowadziłoby to do wzmocnienia pozycji regionalnej Iranu i zmusiłoby je do dogadywania się z nim na jego warunkach. Z drugiej jednak strony zdają sobie sprawę z ryzyka związanego z wejściem przez nie w otwartą konfrontację z Iranem i dlatego wątpliwym jest, by nawet w przypadku inwazji lądowej na to się zdecydowały.

Natomiast Iran może liczyć nie tylko na wsparcie ze strony Hezbollahu, ale również Hutich, którzy właśnie rozpoczęli ataki na Izrael, oraz przynajmniej części ugrupowań zbrojnych funkcjonujących w ramach Al-Haszd asz-Szaabi. Status tej formacji budzi często nieporozumienia, więc warto wyjaśnić, że de facto funkcjonuje ona hybrydowo. Z jednej strony jako integralna część irackich struktur bezpieczeństwa, przy stanie osobowym 238 tys. żołnierzy, z rocznym budżetem 3,6 mld USD, dysponuje ciężkim uzbrojeniem i marynarką, z drugiej strony niektóre ugrupowania żyją równocześnie drugim życiem, prowadząc aktywność niemieszczącą się w ramach sankcjonowanych przez państwo. To jednak nie zmienia faktu, że ataki na nie stanowią atak na instytucje bezpieczeństwa państwa.

Tymczasem od początku wojny z Irakiem trwa w nim konfrontacja między Kataib Hezbollah i innymi ugrupowaniami tworzącymi proirańską muqawamę, a USA. Celem ataków szyickich ugrupowań jest w szczególności bagdadzka baza Camp Victoria, w której pozostała niewielka liczba żołnierzy USA (po wycofaniu większości do Irbilu), a także cele w Regionie Kurdystanu. USA bombarduje natomiast cele związane z tymi ugrupowaniami, nie przejmując się przy tym, czy mają one status państwowych instytucji bezpieczeństwa. Skłoniło to premiera Sudaniego do podjęcia decyzji o daniu zielonego światła całej Al-Haszd asz-Szaabi na bronienie się przed atakami na nie, co może prowadzić do włączenia się Iraku (jako takiego, a nie ugrupowań działających poza ramami państwowymi) do wojny. Sytuacja wydaje się w tej chwili dość zagmatwana, gdyż 28 marca opublikowano wspólną deklarację ambasady USA w Iraku i irackiego Joint Operations Command o stworzeniu wspólnego komitetu mającego na celu „zapobieżenie atakom terrorystycznym i zapewnienie, że terytorium Iraku nie będzie wykorzystywane jako punkt wyjścia do jakiejkolwiek agresji przeciwko narodowi irackiemu, irackim siłom bezpieczeństwa, irackim obiektom i zasobom strategicznym, a także przeciwko personelowi USA, misjom dyplomatycznym i Globalnej Koalicji”. Oznaczało to zatem nie tylko zobowiązanie Iraku do powstrzymania muqawamy przed atakami na kurdyjskie i amerykańskie cele, ale również USA do nieatakowania baz al-Haszd asz-Szaabi. Niemniej już kilka godzin później doszło do zmasowanego ataku na cele w Regionie Kurdystanu, w tym na dom prezydenta Regionu Neczirwana Barzaniego, a potem do odwetowego uderzenia dronowego na szyicką dzielnicę Karrada w Bagdadzie, gdzie są liczne obiekty związane z al-Haszd asz-Szaabi. Warto dodać, że Kurdowie starali się jak dotąd dystansować od ataków na Iran, gdyż zdawali sobie sprawę, że w przypadku odwetu Iranu i jego sojuszników w Iraku nie mieli żadnych gwarancji, iż USA ich ochroni.

Ani siły izraelskie, ani arabskie nie będą garnęły się do uczestniczenia w inwazji lądowej, a następnie okupacji Iranu. Izrael będzie miał wymówkę, że prowadzi wojnę na odcinku libańskim. Natomiast udział Arabów w inwazji na Iran będzie budził bardzo złe konotacje historyczne i przez nikogo nie będzie postrzegany jako „wyzwalanie”. Stąd wzrosną naciski USA na europejskich sojuszników z NATO, by dołączyli do wojny. Byłby to absolutny błąd, nawet jeśli na koniec Islamska Republika upadłaby, gdyż negatywnie wpłynęłoby to na zdolności do odparcia ataku rosyjskiego w Europie. Niestety, już widać, że wpłynie to fatalnie na spójność NATO i relacje transatlantyckie, przynajmniej do zmiany władzy w Białym Domu. A do tego czasu może bardzo wiele nastąpić. Ani Rosja, ani Chiny nie będą przyglądać się bezczynnie rozwojowi sytuacji. (...)

Będąc zaangażowanymi w Iranie, USA stracą jakąkolwiek zdolność (zakładając, że administracja Trumpa miałaby w ogóle wolę) interwencji w Europie w przypadku ataku rosyjskiego na terytorium NATO. Zatem z tej perspektywy udział Europejczyków, w tym Polaków, w tej wojnie byłby pozbawiony sensu (z jakiejkolwiek innej również) i naraziłby tylko Europę na odwet. Wzrost zagrożenia terrorystycznego i nowy kryzys migracyjny wzmocnią ugrupowania skrajne w Europie, w szczególności prorosyjskie, otwierając im drogę do władzy. W takiej sytuacji Rosja może uderzyć na Estonię lub Łotwę albo przejść tam do kinetycznego stadium wojny hybrydowej (scenariusz „zielonych ludzików”). Również Chiny mogą skorzystać i podjąć działania wobec Tajwanu. W takiej sytuacji nawet zwycięstwo USA nad Islamską Republiką nie powstrzyma upadku ich supermocarstwowej pozycji. Niemcy przez całą I wojnę światową wygrywały, by na koniec przegrać, a Francja wygrała, ale wyszła z niej tak osłabiona, że 20 lat później błyskawicznie uległa niemieckiemu atakowi. Rosja zaś przegrała, choć była po stronie państw zwycięskich.

Alternatywa dla tego scenariusza nie jest dobra, ale jest ona mniejszym złem. Jednostronne wycofanie się z wojny przez USA będzie oznaczało zwycięstwo Iranu, a co za tym idzie, zmianę układu sił w regionie. Może to prowadzić do wypchnięcia militarnej obecności USA i rewizji polityki zagranicznej przez takie państwa jak Arabia Saudyjska czy Zjednoczone Emiraty Arabskie. Co do Saudów, to już przekonali się oni, że ich traktat z Pakistanem nic im nie dał. Pozostaje jeszcze Turcja, ale jej hegemonia regionalna też nie jest marzeniem Arabów. Niemniej w takim scenariuszu to właśnie Turcja i Iran będą rozdawać karty w regionie. I można się spodziewać, że oba te kraje dążyć będą do uzyskania broni nuklearnej, a USA będą wobec tego bezsilne. 

defence24.pl

piątek, 27 marca 2026



Ukraina już od jakiegoś czasu próbuje utrudniać działanie rosyjskiej zbrojeniówce za sprawą ataków wymierzonych w różnorodne zakłady chemiczne, dostarczające surowce do produkcji amunicji, materiałów wybuchowych czy paliwa rakietowego.

Dziś w nocy Kijów wziął na cel kolejny tego typu zakład — i to nie byle jaki. Jak widzimy na nagraniach w mediach społecznościowych, Ukraina uderzyła w zakłady Apatit w miejscowości Czerepowiec, niemal 1000 km od swojej granicy. Apatit to największy w Europie i jeden z największych na świecie zakładów produkujących nawozy fosforowe, amoniak, azotany, kwas fosforowy i kwas siarkowy.

Tego typu ataki ograniczają dostawy ważnych półproduktów, które są następnie wykorzystywane m.in. do produkcji amunicji artyleryjskiej czy paliwa używanego przez rosyjskie pociski, zatem mogą w bezpośredni sposób przełożyć się na możliwości prowadzenia działań wojennych przez Kreml.
Szczegóły uderzenia na zakłady Apatit nie są na razie znane, nagrania pokazują jednak ogień szalejący na terenie fabryki, która jest położona niemal 1000 km od frontu. 

onet.pl

czwartek, 26 marca 2026



Do przyjazdu rosyjskiej delegacji doszło na zaproszenie kongresmenki Republikanów Anny Pauliny Luny, znanej z prorosyjskich stanowisk. Polityk poinformowała o spotkaniu za pośrednictwem mediów społecznościowych.

"To dla mnie ogromny zaszczyt spotkać się dziś z delegacją Dumy Państwowej Rosji w Instytucie Pokoju im. Donalda Trumpa. Dalszy dialog między organami ustawodawczymi pozostaje kluczowy i cieszymy się, że wspólnie dążymy do pokoju" — czytamy na platformie X.

"New York Times" podaje, że w skład delegacji weszło troje polityków. Wśród nich znalazł się Wiaczesław Nikonow — wnuk szefa MSZ ZSRR za czasów Stalina, Wiaczesława Mołotowa, który podpisał słynny pakt Ribbentrop-Mołotow, będący bezpośrednią przyczyną wybuchu II wojny światowej i "czwartego rozbioru" Polski.

Grupę uzupełniają: była łyżwiarka i mistrzyni olimpijska Swietłana Żurowa oraz członek komisji spraw zagranicznych Aleksandr Czernyszow. Aby umożliwić im przyjazd, Departament Stanu zawiesił obowiązujące przeciwko nim sankcje.

Amerykańskie władze nie zgodziły się natomiast na wizytę szefa komisji spraw zagranicznych Dumy Leonida Słuckiego. To właśnie Słucki określił charakter wizyty w rozmowie z rosyjskimi mediami państwowymi jako "spotkanie testowe", którego celem jest wzajemne poznanie stanowisk i wysłuchanie argumentów.

Nie ujawniono pełnej listy spotkań zaplanowanych dla rosyjskich deputowanych. Według Radia Wolna Europa ich agenda przewiduje także rozmowy z urzędnikami Departamentu Stanu.

Wizyta parlamentarzystów wpisuje się w szerszy kontekst zmian w polityce sankcyjnej USA wobec Rosji. W ubiegłym tygodniu Departament Skarbu Stanów Zjednoczonych skreślił z listy restrykcji parę Rosjan oraz związaną z nimi firmę zaangażowaną w sprowadzanie elektroniki dla rosyjskiego przemysłu. Przyczyny zdjęcia tych sankcji nie zostały wyjaśnione. Z listy usunięto również obywatela Węgier Imre Lasloczkiego, byłego dyrektora Rosyjsko-Węgierskiego Międzynarodowego Banku Inwestycyjnego, który został objęty sankcjami w kwietniu 2023 r.

PAP


Niemcy byłyby gotowe "zabezpieczać pokój" po ewentualnym zawieszeniu broni w wojnie Izraela i USA z Iranem - powiedział w czwartek niemiecki minister obrony Boris Pistorius. Skrytykował przy tym Stany Zjednoczone za "brak strategii".

- Ta wojna jest katastrofą dla światowych gospodarek. Jej skutki są już teraz widoczne niewiele po ponad dwóch tygodniach - ostrzegł Pistorius w Canberze podczas spotkania z autralijskim ministrem obrony Richardem Marlesem.

Jak dodał, przed wojną "wcześniej nie konsultowano się" z Niemcami. - Nikt nas wcześniej nie pytał, to nie jest nasza wojna i dlatego nie chcemy zostać w nią wciągnięci, mówię to zupełnie jasno - stwierdził.

Pistorius podkreślił, że rozwiązanie dyplomatyczne jest potrzebne "tak szybko, jak to możliwe".

Występując po spotkaniu z Marlesem w National Press Club w australijskiej stolicy polityk SPD skrytykował także podejście USA. - Nie ma strategii, nie ma jasnego celu, a najgorsze z mojego punktu widzenia jest to, że nie ma pomysłu na zakończenie wojny - oświadczył.

Minister obrony zadeklarował, że Niemcy "są gotowe zabezpieczać każdy pokój". Jak doprecyzował, w przypadku zawieszenia broni Berlin będzie rozważać różne formy operacji mających na celu utrzymanie porozumienia, zwłaszcza w kontekście zapewnienia swobody żeglugi przez cieśninę Ormuz.

We wtorek prezydent Niemiec Frank-Walter Steinmeiera stwierdził, że wojna z Iranem jest "politycznie fatalnym błędem". Ocenił też, że atak Stanów Zjednoczonych i Izraela na Iran jest "sprzeczny z prawem międzynarodowym".

Kanclerz Friedrich Merz powstrzymuje się od określenia działań USA i Izraela jako sprzecznych z prawem międzynarodowym. Wzywa natomiast Stany Zjednoczone i Izrael do przedstawienia planu zakończenia wojny z Iranem i podkreśla, że Berlin nie jest zainteresowany "niekończącą się wojną". 

PAP


Pentagon rozważa przekierowanie broni dla Ukrainy na Bliski Wschód, gdyż wojna przeciw Iranowi wyczerpuje zapasy części kluczowej amunicji amerykańskiego wojska - poinformował w czwartek dziennik "Washington Post", powołując się na trzy osoby zorientowane w sprawie.

Choć nie podjęto jeszcze ostatecznej decyzji o przekierowaniu sprzętu, to taka zmiana podejścia wskazywałaby na konieczność pójścia na kompromisy w celu dalszego prowadzenia wojny przeciw Iranowi, gdzie w ciągu niespełna czterech tygodni wojsko amerykańskie uderzyło w ponad 9 tys. celów - podkreśla "WP".

Wśród broni, która mogłaby zostać przekierowana z Ukrainy, są pociski przechwytujące, zamówione w ramach program PURL, czyli mechanizmu NATO umożliwiającego sojusznikom finansowanie zakupu dla Ukrainy broni i amunicji z amerykańskich składów - podały trzy źródła.

Rzecznik Pentagonu zapewnił w oświadczeniu, że ministerstwo wojny "zadba o to, by siły USA oraz naszych sojuszników i partnerów miały to, czego potrzebują do walki i zwycięstwa". Odmówił jednak dalszych komentarzy.

Ambasadorka Ukrainy w USA Olha Stefaniszyna ze swej strony oznajmiła, że jej kraj na bieżąco informuje partnerów o swych potrzebach, w tym w sferze obrony powietrznej, ale zdaje sobie sprawę ze "znacznej niepewności" podczas wojny.

Dodała, że "wszelkie zakłócenia na początku niedawnych operacji na Bliskim Wschodzie zostały uśmierzone".

Przedstawiciel NATO, zapytany o to, czy Sojusz niepokoi się o ewentualne przekierowanie sprzętu USA, napisał w e-mailu, że sojusznicy "nadal uczestniczą w PURL i do Ukrainy stale płynie sprzęt".

Dodał, że od lata ubiegłego roku w ramach tej inicjatywy dostarczono 75 proc. rakiet do baterii Patriot w Ukrainie i niemal całą amunicję wykorzystywaną w innych systemach obrony powietrznej.

Według przedstawiciela władz amerykańskich sojusznicy przeznaczyli na zakupy dla Ukrainy w ramach PURL około 4 mld dolarów.

"WP" pisze, że kraje europejskie obawiają się, iż Waszyngton szybko wykorzysta na Bliskim Wschodzie istniejące zapasy amunicji, co spowoduje opóźnienie zamówionych przez nich dostaw na Ukrainę.

- Amunicja dosłownie pali im się w rękach, powstaje więc pytanie, jak długo będą wywiązywać się z umowy - powiedział jeden z dyplomatów.

Wśród amunicji najbardziej potrzebnej w wojnie przeciw Iranowi są najnowocześniejsze pociski przechwytujące, w tym Patrioty, oraz system THAAD. Armia USA przekazała takie pociski z innych części świata, w tym z Europy i Azji Wschodniej, Centralnemu Dowództwu USA, które odpowiada za operacje na Bliskim Wschodzie. Takich pocisków najbardziej potrzebuje także Ukraina.

Jedna z osób zaznajomionych ze sprawą powiedziała, że według wewnętrznych szacunków Pentagonu dostawy w ramach PURL będą najpewniej kontynuowane, ale w następnych pakietach może zabraknąć środków obrony powietrznej.

- Trwa dyskusja nad tym, jak dużo dać Ukrainie. To rzeczywista debata - powiedziała inna osoba.

Według dwóch przedstawicieli władz USA, Pentagon powiadomił w poniedziałek Kongres, że zamierza przekierować około 750 mln dolarów przekazanych przez kraje NATO w ramach PURL na uzupełnienie zapasów armii amerykańskiej zamiast wysłania dodatkowej pomocy Ukrainie.

Jeden z rozmówców powiedział, że nie ma jasności, czy kraje europejskie uczestniczące w PURL zdają sobie sprawę, jak te fundusze są wydawane. 

PAP


Prezydent USA Donald Trump oświadczył w czwartek, że negocjatorzy z Iranu "błagają o porozumienie", które zakończy trwającą od 28 lutego wojnę przeciw temu państwu. We wpisie na własnej platformie społecznościowej Truth Social zarzucił im zarazem grę na zwłokę i wezwał do szybkiego zawarcia umowy.

Trump określił postawę irańskich negocjatorów mianem dziwnej. Stwierdził, że z jednej strony "błagają o zawarcie umowy", a z drugiej - twierdzą publicznie, że "rozpatrują naszą propozycję". W opinii prezydenta USA, Iran "został militarnie zmieciony z powierzchni ziemi i nie ma szans na powrót".

"Lepiej, żeby szybko podeszli do sprawy poważnie, zanim będzie za późno, bo kiedy to nastąpi, NIE BĘDZIE ODWROTU i nie będzie to nic przyjemnego" - zagroził Trump.

W ostatnich dniach Trump sugerował, że wysłannicy Waszyngtonu negocjują z przedstawicielami irańskich władz warunki zakończenia wojny, a osiągnięcie porozumienia ma być kwestią czasu. W poniedziałek napisał, że oba kraje przeprowadziły "bardzo dobre i produktywne" rozmowy na temat "całkowitego i ostatecznego zakończenia działań wojennych na Bliskim Wschodzie".

W reakcji na ten wpis władze Iranu poinformowały, że nie było żadnych negocjacji, a w środę szef irańskiej dyplomacji Abbas Aragczi ogłosił, że jego państwo zamierza dalej walczyć z Izraelem i USA i po raz kolejny zaprzeczył, by toczyły się rokowania pokojowe. Rzeczniczka Białego Domu Karoline Leavitt zapowiedziała natomiast, że "jeśli Iran nie zawrze porozumienia i nie zrozumie, że został pokonany, prezydent Trump jest gotowy rozpętać piekło".

(...)

PAP