niedziela, 24 maja 2026



Książka Minxin Pei to przede wszystkim historia pewnego zawodu życiowego. Od nadziei, że reformy rynkowe osłabią KPCh, przez realizację, że doszło do „uwięzionej transformacji”, po konstatację, że dengowskie reformy ostatecznie odtworzyły warunki do powrotu totalitaryzmu.

Najważniejsza teza Pei to stwierdzenie, że Chiny po 1978 roku nie przeszły od totalitaryzmu do „normalnego autorytaryzmu”, lecz zachowały kluczowe instytucje totalitarne: monopol partii leninowskiej, kontrolę nad wojskiem i aparatem bezpieczeństwa, kontrolę informacji oraz decydujący wpływ partii na gospodarkę. Reformy Deng Xiaopinga ograniczyły najbardziej destrukcyjne praktyki Maoizmu, ale nie stworzyły niezależnych mechanizmów kontroli władzy. Pei pisze wprost, że modernizacja gospodarcza miała służyć utrwaleniu monopolu KPCh, a nie liberalizacji politycznej, dlatego wzrost gospodarczy po masakrze na Tian’anmen raczej wzmocnił partię, niż ją osłabił.

Pei dobrze odróżnia liberalizację stylu rządzenia od liberalizacji systemu. W latach 1980–2012 rzeczywiście istniały ograniczenia personalistycznej władzy, większy pluralizm biurokratyczny, pewna przestrzeń społeczna i intelektualna, ale nie istniały trwałe, niezależne zabezpieczenia instytucjonalne: sądy, media, wybory, legalna opozycja, autonomiczne organizacje społeczne. Z tym zastrzeżeniem, że dzisiejszy system nie jest prostym powrotem do Maoizmu, ponieważ dopuszcza mechanizmy rynkowe (które niektórzy mylą z wolnym rynkiem), selektywną mobilność społeczną, konsumpcję, prywatne bogactwo i technokratyczne zarządzanie. Ja bym to nazwał cyberstalinizmem 2.0.

Pei także argumentuje, że „model Deng Xiaopinga”: kapitalizm pod trwałym monopolem partii, był skuteczny przez pewien czas, ale strukturalnie niestabilny. Autokracja potrzebowała rynku, aby generować wzrost, ale bała się pełnego rynku, bo ten osłabiałby władzę partii. W efekcie reformy musiały zatrzymać się w połowie drogi. Pei opisuje to jako pułapkę częściowej reformy: brak rządów prawa, niepewne prawa własności, klientelizm, uprzywilejowanie państwowych przedsiębiorstw i ubezwłasnowolnienie elit oraz narastającą korupcję. To stworzyło zarazem kryzys legitymizacji i materiał polityczny dla Xi Jinping, który mógł użyć kampanii antykorupcyjnej jako narzędzia czystki.

Największą zaletą pracy Pei jest pokazanie, że Xi Jinping nie spadł z nieba, to nie jest jakiś deus-ex-machina, który odwrócił rzekomy kurs na liberalizację systemu. Jego centralizacja była ułatwiona przez wcześniejszą degenerację systemu: korupcję, frakcyjność, zadłużenie lokalne, uzależnienie od rynku nieruchomości, spowolnienie reform i rosnącą nierównowagę między sektorem państwowym a prywatnym. Pei przyznaje, że wybór Xi był „wypadkiem”, ale jego późniejszy sukces wynikał już z zachowanych instytucji leninowskich.

Pei twierdzi też, że Chiny pod rządami Xi Jinping weszły w fazę „neo-stalinowską”, która charakteryzuje się personalistyczną władzą, kultem przywódcy, permanentnymi czystkami, ideologizacją, pogłębioną kontrolą społeczną i bardziej agresywną polityką zagraniczną. W jego ujęciu to nie są oddzielne zjawiska, ale logicznie powiązane skutki odbudowy totalitarnych mechanizmów. Centralizacja osłabia korektę błędów, uderza w sektor prywatny, zwiększa niepewność inwestorów, wzmacnia priorytety bezpieczeństwa nad wzrostem, a zarazem prowadzi do bardziej konfrontacyjnej polityki wobec USA i Zachodu.

zawielkimmurem.net


Weźmy najbogatszy i najludniejszy kraj XVII-wiecznej Europy - Francję, rządzoną przez Ludwika XIV. Megalomana pragnącego być najwspanialszym monarchą najpotężniejszego mocarstwa.

W rozgrywce, jaką prowadził z Habsburgami, rządzącymi Austrią i Hiszpanią oraz Anglią, kluczowym elementem stało się panowanie nad Niderlandami. Francja próbowała podporządkować je sobie podczas czterech długich i bardzo kosztownych wojen.

Pech Króla Słońce polegał na tym, że za jego rządów nastąpiła radykalna zmiana w sposobie prowadzenia działań zbrojnych.

Liczące po kilkadziesiąt tys. żołnierzy armie, uzbrojone w ciężkie muszkiety i artylerię okazywały się niezdolne do szybkich przemarszy i dalekiego zapuszczenia w głąb terytorium wroga. Groziło to bowiem wyczerpaniem się zapasów żywności, paszy dla koni oraz brakiem prochu i kul.

"O ile przeciwnik nie zdecydował się na przyjęcie bitwy, wszelki marsz w głąb jego terytorium zwykł trafiać w próżnię" - opisał ów paradoks w książce "Żywiąc wojnę. Logistyka od Wallensteina do Pattona" Martin van Creveld.

Olbrzymie armie pokonywały jedynie do 11 km dziennie, ale gdy przemaszerowały ich 100, traciły większość swych zdolności bojowych. Zatem szachowano się i toczono krwawe bitwy na niewielkim obszarze, w pobliżu magazynów polowych.

Po 40 latach wojen o Niderlandy i dominację w Europie najbogatszy niegdyś kraj Starego Kontynentu w 1714 r. zbankrutował. Nieco wcześniej ok 600 tys. Francuzów zmarło z głodu. Ponosząc w ten sposób koszt działań zbrojnych, których nie udawało się Ludwikowi XIV rozstrzygnąć na swą korzyść.

200 lat później za sprawą karabinów maszynowych, artylerii, zasieków i innych nowoczesnych broni działania ofensywne znów stały się niezwykle trudne.

Zapłaciły za to upadkiem swego znaczenia pragnące walczyć: Francja, Wielka Brytania, Niemcy i Rosja. Austro-Węgry zniknęły z mapy świata. Spośród mocarstw skorzystały jedynie Stany Zjednoczone, które czekały z przyłączeniem się do I wojny światowej tak długo, aż ich decyzja nieuchronnie rozstrzygała wynik zmagań.

(...)

Oto Rosja, od wyswobodzenia się Wielkiego Księstwa Moskiewskiego spod władzy Złotej Ordy, przez ponad 550 lat opierała swoją przyszłość na tym samym modelu rozwojowym. Znaczenie polityczne oraz swą mocarstwowość uzależniając od ekspansji terytorialnej. To ona stała się fundamentem potęgi Moskwy.

David Schimmelpenninck van der Oye w pracy pt. "The seventh continent: Russian territorial expansion, 1450-1850" ("Siódmy kontynent: ekspansja terytorialna Rosji 1450-1850") ujął to słowami:

"Mało znane księstwo, ukryte głęboko w lasach na wschodnim krańcu Europy, rozrosło się, stając się największym imperium kontynentalnym na Ziemi - domeną, której ogromne terytorium rozciągało się od Morza Bałtyckiego po Ocean Spokojny i dalej, obejmując jedną szóstą suchej powierzchni planety".

Rosja to cywilizacyjny fenomen. Przez pięć stuleci powiększała swe terytorium w średnim tempie o 1,8 proc. powierzchni rocznie. Historia nie zna innego państwa tak konsekwentnego w podbijaniu ziem sąsiadów przez wiele stuleci.

Dopiero wiek XX okazał się dla imperium katastrofalny. Zaczął się od przegranej wojny z Japonią. Zaś kończył się wycofaniem wojsk radzieckich z Afganistanu, którego atomowe supermocarstwo nie zdołało podporządkować sobie pomimo dziewięciu lat zaciekłych walk.

Potem Związek Radziecki się rozpadł, a granice Rosji nagle zaczęły biec na wschód od Witebska, Charkowa i Doniecka. Mimo to przez następne dekady nie udało się na Kremlu wypracować pomysłu alternatywnego do ekspansji terytorialnej.

Zatem Putin reaktywował stary model rozwojowy i okazało się, że ma podobnego pecha jak Ludwik XIV. Nowe bronie i technologie piekielnie utrudniły militarne rozgromienie Ukrainy. Kreml wplątał się więc w wojnę, której nie potrafi ani wygrać, ani zakończyć.

(...)

"Chińczycy poczuli krew. I choć uważam, że oś Moskwa-Pekin ma niezwykle silne fundamenty i jest dla nas wielkim zagrożeniem, to nie ma tam sentymentów. Chińczycy będą bezwzględnie korzystać z rosnącej zależności Rosji, wyciskając najlepsze dla siebie warunki" - celnie skomentował ową zależność na platformie X wicedyrektor Ośrodka Studiów Wschodnich Jakub Jakóbowski.

Xi odrzucił bowiem prośby Putina o budowę gazociągu "Siła Syberii 2", bo: "warunki chińskie to zrównanie cen surowca z rosyjskimi cenami wewnętrznymi, a także wyłożenie pieniędzy na rurę przez Rosjan" - poinformował Jakóbowski.

Putinowska Rosja, nie potrafiąc wygrać wojny, skazała się na przekazywanie swych zasobów Chinom. Każdego dnia wspierając umacnianie ich globalnej pozycji. Dopóki wojna trwa, nie wyrwie się z objęć Pekinu. A za kilka lat może okazać się to już niemożliwe.

(...)

Jednak rok temu nowy prezydent Stanów Zjednoczonych mógł sobie pozwolić na agresywną politykę wobec Państwa Środka. Próbował więc narzucić własne warunki gry, używając wysokich ceł oraz restrykcji handlowych. Tak usiłując zmusić Xi Jinpinga do ustępstw i ograniczenia ekspansji Państwa Środka.

Wydawało się, że administracja Trumpa wyciągnęła wnioski z kardynalnych błędów, popełnianych przez USA od początku XXI wieku. A jednym z kluczowych było wikłanie się w długoletnie wojny, których nie Ameryka nie potrafiła rozstrzygnąć na swoją korzyść.

Raport sporządzony przez Watson School of International and Public Affairs pt. "Costs of War" informuje, że: "od końca 2001 r. do roku fiskalnego 2022 Stany Zjednoczone przeznaczyły i zobowiązały się wydać około osiem bilionów dol. na wojny (…) - szacunkowo 5,8 biliona dol. w formie środków, plus dodatkowe minimum 2,2 biliona dol. na opiekę nad weteranami".

(...)

Owszem, potencjał militarny USA jest taki, że gdyby skoncentrować go na jednym wrogu, rzucić do walki kilkaset tysięcy żołnierzy i większość ciężkiego sprzętu, nie dbając o straty, wówczas konflikt zostałby rozstrzygnięty definitywnie. Nawet obecny z Iranem.

Ale koszty operacyjne stają się wówczas gigantyczne. Co gorsza, wyborcy zaczną pytać, dlaczego tysiące Amerykanów w mundurach poniosło śmierć gdzieś na drugim końcu świata?

Wydawało się, że administracja Trumpa dostrzega te fakty. Wskazywała na to Strategia Bezpieczeństwa Narodowego USA, opublikowana pod koniec 2025 r. Po czym okazało się, że prezydent wie lepiej i szczerze wierzy, że jemu uda się łatwo pokonać Iran.

(...)

Stany Zjednoczone, aby odnieść sukces w rywalizacji z Chinami, muszą niwelować swoje największe słabości.

Państwo Środka stało się fabryką świata i chińska produkcja przemysłowa jest dwukrotnie większa od amerykańskiej.

Liczba mieszkańców oraz tempo rozwoju sprawiają, że Chiny mają szansę stać się najbardziej chłonnym rynkiem globu. W parze z tym idzie wzrost potencjału finansowego i militarnego.

Aby zrównoważyć te przewagi, Ameryka potrzebuje: inwestycji, w tym zagranicznych, modernizacji infrastruktury i nowych skoków technologicznych. Musi też budować światową sieć sojuszy, równoważącą atuty Państwa Środka oraz osaczającą tandem chińsko-rosyjski, nieuchronnie zacieśniający swój związek.

interia.pl

sobota, 23 maja 2026



Mariia Tsiptsiura: - W ostatnich dniach często natrafiam na doniesienia, że sytuacja na froncie wygląda całkiem dobrze. Nawet wczoraj minister spraw zagranicznych Andrij Sybiha oświadczył, że zbliżamy się do pewnego punktu zwrotnego w wojnie. Chciałabym usłyszeć pańską ekspercką analizę ogólnej sytuacji na froncie i czy rzeczywiście tak jest.

Oleg Żdanow: To bardzo optymistyczne stwierdzenie pana Sybihy — że mamy do czynienia z punktem zwrotnym i że Rosjanie wkrótce wstrzymają ofensywę. Zdecydowanie zbyt optymistyczne. Powiem tak: na chwilę obecną naszym głównym osiągnięciem jest to, że faktycznie zatrzymaliśmy ofensywę wojsk rosyjskich. Skutecznie, ale nie do końca. Niemniej jednak wojska rosyjskie odnoszą częściowe sukcesy na poszczególnych odcinkach kierunków działań operacyjnych. Warto zwrócić uwagę: w ciągu ostatniego półtora tygodnia liczba starć bojowych nie spada poniżej 240 dziennie.

Główne działania wojenne toczą się obecnie na czterech kierunkach. Trzy główne to kierunki: konstantynowski, pokrowski i hulajpolski. Tam rosyjskie wojska dosłownie biją rekordy. Wywierają na nas ogromną presję. A sytuacja naszych sił zbrojnych jest tam bardzo trudna.

Jest jeszcze jeden "zmienny" kierunek — albo północno-słobożański, kurski, albo południowo-słobożański, limanski. Przenoszą siły z jednego kierunku na drugi, próbując rozciągnąć nasze rezerwy i zmusić nas do przeniesienia jak największej liczby sił na południowy wschód kraju.

Są to działania odwracające uwagę i mam nadzieję, że nasz Sztab Generalny to rozumie.

- Czy przy tym straty Rosjan nadal są wysokie?

Tak, choć obecnie liczba tych strat nieco spada. Ale dzieje się tak tylko dlatego, że zmniejszyli liczbę żołnierzy biorących udział w desperackich szturmach. A to, nawiasem mówiąc, powinno nas zaniepokoić.

Skoro wysyłają mniej ludzi do szturmów, to znaczy, że pewną liczbę pozostawiają w rezerwie i gromadzą te rezerwy.

- Czyli mogą przygotowywać wzmocnienie ofensywy?

Tak. Myślę, że taki zryw może nastąpić w drugiej połowie lata — gdzieś w sierpniu. Jeśli mobilizują około 1 tys. ludzi dziennie, to około 500 od razu wysyłają na front, a kolejne 500 pozostawiają w rezerwie. I gromadzą te siły w celu realizacji zadania politycznego, które dosłownie kilka dni temu ponownie potwierdził Putin: całkowite zajęcie Donbasu i uznanie okupowanych terytoriów za rosyjskie — to warunki zakończenia wojny.

Może dojść do eskalacji. Będzie to ostatni zryw w próbie zajęcia Donbasu i zrealizowania przynajmniej jednego punktu z tego, co Putin ogłosił w nocy 24 lutego 2022 r.

(...)

- Czy Putin ma jeszcze jakieś asy w rękawie, którymi mógłby przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę?

Nie. Jedyne, co teraz widzieliśmy, to stary-nowy atut: nuklearna pałka. Kiedy Putin ma kłopoty, wyciąga nuklearną pałkę i zaczyna nią wymachiwać na wszystkie strony. Proszę jednak zwrócić uwagę na reakcję zachodnich służb wywiadowczych: żadna z nich nie poinformowała o przemieszczeniu głowic nuklearnych.

(...)

- W ostatnim czasie wiele mówi się również o zagrożeniu ze strony Białorusi. Na ile jest ono realne?

W ogóle nie rozumiem, po co to się nagłaśnia. Każdy krzyczy: "jutro nastąpi atak z Białorusi". Ale wystarczy zajrzeć do oficjalnych komunikatów Sztabu Generalnego — a tam jest jasno napisane: na kierunkach wołyńskim i poleskim nie obserwuje się formowania grup uderzeniowych.

Kto miałby tam atakować? Łukaszenko z workiem ziemniaków? Nie ma tam żadnych grup uderzeniowych. Mam nadzieję, że nie będziemy przenosić rezerw na granicę z Białorusią. W tej chwili nie ma zagrożenia z tej strony.

onet.pl


Globalna wyprzedaż obligacji grozi podkopaniem rajdu napędzanego dotychczas entuzjazmem wokół sztucznej inteligencji. Ryzyko spadków na rynku akcji jest wysokie – ostrzegają stratedzy banku Morgan Stanley.

„Jeśli rynek obligacji nadal będzie niestabilny, a długoterminowe rentowności będą dalej rosły, możemy spodziewać się pierwszej poważnej korekty cen akcji od czasu, gdy pod koniec marca rynki osiągnęły dołek” – napisali w tym tygodniu w raporcie dla klientów stratedzy Morgan Stanley.

Ich zdaniem, aby rentowności obligacji spadły, konieczne jest trwałe rozwiązanie konfliktu w Iranie.

(...)

W tym tygodniu rentowność 30-letnich obligacji skarbowych USA wzrosła we wtorek do najwyższego poziomu od prawie 19 lat. Nienotowane od kilkunastu i więcej lat poziomy rentowności odnotowuje się również na rynkach obligacji rządowych Europy Zachodniej, Wielkiej Brytanii oraz Japonii.

Jednak te wysokie wskaźniki mogą wzrosnąć jeszcze bardziej – ostrzega Jamie Dimon, szef największego amerykańskiego banku JPMorgan.

– Przeświadczenie niektórych, że rentowności obligacji nigdy nie wzrosną, jest błędne. Firmy takie jak nasza przygotowują się zarówno na ich wzrost, jak i na ich spadek – powiedział Jamie Dimon.

Funkcjonujące w zupełnie odmiennych nastrojach rynki obligacji i akcji znajdują się na kursie kolizyjnym – oceniają analitycy z firmy analiz finansowych BCA Research, zwracając uwagę na wysokie rentowności obligacji i wygórowane ceny akcji.

W tej sprzeczności istnieje tylko jedno rozwiązanie – rentowności obligacji nie spadną, dopóki na rynkach akcji nie dojdzie do poważniejszej wyprzedaży – uważa BCA Research.

(...)

Inwestorzy powinni zapomnieć o marzeniach o dwóch obniżkach stóp procentowych przez Fed – przekonuje gwiazda rynku obligacji Jeffrey Gundlach.

– Moim zdaniem obniżanie stóp jest po prostu niemożliwe, gdy rentowność dwuletnich obligacji skarbowych jest o 50 punktów bazowych wyższa niż stopa procentowa Fedu – twierdzi Jeffrey Gundlach.

Docelowy przedział stóp Fedu wynosi obecnie 3,5–3,75%, podczas gdy rentowność 2-letnich papierów skarbowych oscyluje wokół 4,08%. Rentowności na rynkach obligacji wzrosły z powodu przyspieszającej inflacji, którą napędza wojna w Iranie i zablokowanie Cieśniny Ormuz.

W kwietniu inflacja konsumencka w USA osiągnęła poziom 3,8% i była najwyższa od maja 2023 roku. Modele firmy inwestycyjnej Jeffreya Gundlacha wskazują, że nadchodzący odczyt inflacji w USA będzie miał czwórkę z przodu.

Weteran rynku długu ostrzega, że rynek akcji jest obecnie bardzo przewartościowany.

- Rynek jest bardzo spekulacyjny, ale zyski firm nadal przewyższają oczekiwania. Uważam, że to tylko dodatkowo podsyciło zapał spekulantów – powiedział Jeffrey Gundlach.

Fed musi zrezygnować z planów łagodzenia polityki pieniężnej i zacząć gonić rynek obligacji, na którym wzrosły rentowności, w przeciwnym razie instytucja ryzykuje utratę kontroli nad stopami – ostrzega Yardeni Research.

Na razie członkowie Fedu wciąż prognozują dwie obniżki stóp w tym i przyszłym roku, jednak rynki oczekują, że kolejnym krokiem instytucji będzie podwyżka oprocentowania.

bankier.pl


Ekspert podkreślił, że era, w której armia USA miała reagować głównie na wyzwania terrorystyczne „definitywnie dobiegła końca”.

- W Iraku i w Afganistanie bojówki paramilitarne miały swoje miejsca, w których były okopane i które trzeba było zdobywać. Szczególnie wojska amerykańskie i brytyjskie ponosiły znaczące ofiary w tego typu misjach. Siły zbrojne zostały przekształcone w taki sposób, aby być bardziej przystosowane do tego typu zadań – zaznaczył.

Uznano, że nie ma sensu posiadać dużych dywizji czy korpusów, które będą walczyły wzdłuż jednej linii frontu, ponieważ w Afganistanie teatrem działań był cały kraj - wyjaśnił analityk OSW. Dodał, że rozwijano małe oddziały, które miały mieć jak największą samodzielność. – I ten model działał świetnie – ocenił.

Jednak takie podejście w ostatnich latach uległo zmianie wraz z nowymi zagrożeniami, którym muszą stawiać czoła Siły Zbrojne USA. Dla każdego rodzaju sił zbrojnych opracowano dokumenty określające priorytety ich modernizacji. W wypadku US Army jest to „Army 2030” i „Army Transformation Initiative", które określają przemianę podyktowaną potencjalną wojną z Chinami.

Ten zwrot był długo przygotowywany, ale został ogłoszony publicznie dopiero pod koniec pierwszej kadencji Trumpa w 2021 roku - wyjaśnił Tarociński. Uzupełnił, że chodzi tu o powrót do dywizji jako głównej jednostki taktycznej pola walki, odbudowę roli korpusów i przygotowanie do starcia z przeciwnikiem, który nie będzie ukrywał się z karabinami wśród ludności cywilnej, ale będzie dysponował brygadami i dywizjami pancernymi.

Rozmówca PAP zauważył, że zmiany w Siłach Zbrojnych USA rozpoczęły się na poziomie strategicznym już kilka dekad temu, a więc nie można ich przypisać jednej administracji. Niemniej zarówno pierwsza, jak i druga kadencja Trumpa charakteryzuje się przyspieszeniem wdrażania tych zmian.

Amerykanie są więc w niezwykłym momencie: mają wiele sił przystosowanych już do pełnoskalowego konfliktu, ale też te, które wciąż zachowały charakter z dwóch pierwszych dekad XXI wieku - zauważył analityk OSW.

Zaznaczył, że USA nie mają w planach tworzenia nowych formacji, tylko zreformowania istniejących, a ponieważ priorytetem jest region Indo-Pacyfiku, to traci na tym Europa. Dodał, że według analiz amerykańskich strategów, ponieważ teatrem działań będzie region Indo-Pacyfiku, wojsko musi być przygotowane do operacji na wyspach i w rejonach tropikalnych.

- Wojska Lądowe USA zachowają zdolność transferu pododdziałów wsparcia z tego szczebla dywizyjnego do brygadowego, dzięki czemu, jeżeli nie będzie potrzebne zaangażowanie całej dużej dywizji na wielkim froncie, to nadal będzie możliwe delegowanie pojedynczych brygadowych zespołów bojowych właśnie czy to do Polski, państw bałtyckich, Rumunii, Korei Południowej, gdzie to się dzieje przecież też w formie rotacyjnej – powiedział Tarociński.

Amerykańska piechota w ramach nowych założeń ma być mobilna i przystosowana do walki w wymagających warunkach. W tym celu siły lądowe są w trakcie wprowadzania pojazdu ISV, czyli Infantry Squad Vehicle (ang. Wóz Drużyny Piechoty). - Ten pojazd nie ma drzwi, nie ma okien, nie ma dachu, jest czystą ramą z Chevroleta Colorado. Ma to być modyfikowalny pojazd lekki służący żołnierzom jako taksówka, która szybko ich dowiezie w pobliże przeciwnika – wyliczył analityk.

(...)

PAP


Jeszcze kilka lat temu, pisząc o budzącej przesadne emocje amerykańskiej ustawie 447, miałem problem ze znalezieniem nawet emerytowanych polskich dyplomatów, którzy chcieliby pod własnym nazwiskiem wypowiadać się na temat relacji polsko-izraelskich i polsko-żydowskich.

Panowało bowiem powszechne przekonanie — co istotne: nie wśród antysemitów, których opinie mnie nie interesowały, ale ludzi szczerze przekonanych do dialogu polsko-żydowskiego — że temat ten jest polem minowym. A jakakolwiek krytyczna uwaga z polskiej strony wobec czy to Izraela, czy środowisk żydowskich, jest czymś, co może łamać kariery, zamykać drzwi i uniemożliwiać rozwój.

W efekcie jeszcze kilka lat temu trudno było sobie wyobrazić dowolny wręcz eksces izraelskiego polityka, który spowodowałby objęcie go zakazem wjazdu do naszego kraju. To, że dzisiaj się to stało, jest pochodną dwóch czynników.

Po pierwsze tego, co w swojej doskonałej książce "Rewolucja ambicji" opisał Jakub Dymek. Dymek opisuje głód asertywności i potrzebę narodowej dumy, która niekoniecznie jest powszechnie odczytywana, szczególnie po liberalnej stronie dyskursu. A ta duma stała się immanentną częścią polskiej polityki.

Dymek stwierdza: "Polska przeżyła w ciągu ostatniej dekady potrójną rewolucję: godności, aspiracji i ambicji, która przeorała społeczną wyobraźnię i fundamenty ideologii III RP. Dzięki niej horyzont oczekiwań społecznych rozciąga się dziś bez granic. (…) Całe spektrum opinii od Adriana Zandberga po Rafała Ziemkiewicza domaga się dziś Wielkiej TurboPolski — krzemowej, atomowej, żelaznej. Polski ambitnej jak młody start-upowiec, muskularnej i o twardej szczęce jak z przedwojennego propagandowego plakatu."

(...)

Znacznie ważniejszym aspektem sprawy jest jednak to, że przy okazji sprawy Ben-Gewira widać skutki polityki Binjamina Netanjahu, który uznał, że opinia o Izraelu i tzw. miękka siła (soft power) nie ma żadnego dziś już znaczenia. Liczyć ma się już tylko naga siła.

onet.pl


❗Politco ujawnia depeszę Ambasady USA w Warszawie do Departamentu Stanu sprzed tygodnia, w czasie afery o wycofanie wojsk: 🇵🇱/🇺🇸

- Ambasada USA: "Dominującą reakcją emocjonalną [w Polsce] jest poczucie zdrady, zwłaszcza biorąc pod uwagę wielokrotne publiczne przedstawianie Polski przez prezydenta Trumpa jako najbardziej wiarygodnego i oddanego sojusznika Ameryki w Europie."

- Ambasada USA: "Rotacyjne rozmieszczenia wojsk [USA] rozpoczęte po inwazji Rosji w 2022 r. nigdy nie miały na celu ustanowienia stałych baz, ale ten fakt nigdy nie był konsekwentnie ani skutecznie komunikowany publicznie. Tymczasowa rotacyjna obecność stopniowo zaczęła być postrzegana w Polsce jako pół-stała gwarancja bezpieczeństwa, czemu nie przeciwdziałaliśmy w najmniejszym stopniu."

Depesza miała również zawierać propozycje ograniczenia negatywnych skutków spięcia [mówiąc wprost: ugłaskania Polaków - M.C.]. Jedną z nich było ograniczenie dużej, rotacyjnej obecności wojsk pancernych przy jednoczesnym ustanowieniu "mniejszej, ale wyraźnie trwałej" roli wojsk USA.

Takie zaangażowanie w Polsce mogłoby koncentrować się na "dowodzeniu i kontroli, logistyce, rozpoznaniu, wstępnie rozmieszczonym sprzęcie, utrzymaniu sprzętu, obronie powietrznej i zdolności do szybkiego wzmocnienia".

KOMENTARZ:

Jeśli ktoś jeszcze uważał, że Amerykanie "nie ogarniają", "mają chaos" i "doszło do nieporozumienia", to już chyba trzeba przestać udawać. Amerykanie bardzo dobrze ogarniają w co grają:

- Brak stałych baz w Polsce to nie jest żadne niedopatrzenie. 
- Nieudzielanie "żelaznych gwarancji" to nie jest żadne niedopatrzenie.
- Redukcja odpowiedzialności na wschodniej flance NATO nie jest żadnym niedopatrzeniem.

Dynamika relacji patron - klient jest przez Amerykanów rozumiana bardzo dobrze, analizowana i  wykorzystywana, przecież to oni stworzyli po IIWŚ całą teorię tego typu relacji. My ich chcemy wciągnąć, a oni się nie chcą dać wciągnąć, tak to działa.

Co do "propozycji ugłaskania Polaków" jak to nazwałem - jakoś dziwnie propozycja Ambasady USA zazębia mi się z komunikacją polskiego MONu w czasie kryzysu. Unikanie liczb, ale mówienie o jakichś "zdolnościach" i "trwałej obecności", co było dosyć dziwne biorąc pod uwagę, że właśnie Amerykanie wstrzymali nam rotację jednej brygady... To może być wskazówka w jaką stronę będzie to wszystko zmierzało.

x.com/MichalCiesinsk_

piątek, 22 maja 2026



Sprawa amerykańskich żołnierzy w Polsce to najważniejszy polityczny temat tygodnia. Donald Trump ogłosił w czwartek wieczorem - w wpisie na platformie X: "W związku z sukcesem wyborczym prezydenta Polski, Karola Nawrockiego, którego z dumą poparłem, oraz naszymi relacjami z nim, z przyjemnością ogłaszam, że Stany Zjednoczone wyślą do Polski dodatkowe 5000 żołnierzy".

Jak komentowała w "Pierwszym programie" w TOK FM politolożka dr Ewa Pietrzyk-Zieniewicz, prezydent USA: "Dał nam trochę na uspokojenie". Od razu też dodała, że sama czeka na konkrety. - Po czynach go poznacie. Jak ci żołnierze przyjadą, to będę pewna, że są - mówiła ekspertka. z Uniwersytetu Warszawskiego.

tokfm.pl


Podczas piątkowej rozmowy z sekretarzem generalnym NATO Markiem Rutte szef dyplomacji USA Marco Rubio mówił o sprzeciwie wobec "protekcjonistycznych środków" w kwestii zakupów uzbrojenia - podał Departament Stanu.

Jak podano w komunikacie rzecznika resortu dyplomacji, Rubio i Rutte omówili w Helsingborgu "sprzeciw Stanów Zjednoczonych wobec środków protekcjonistycznych, które zagrażają interoperacyjności i gotowości NATO, osłabiają transatlantycką bazę przemysłową w dziedzinie obronności i uniemożliwiają dostarczanie sprzętu naszym żołnierzom".

Poza tym tematem, obaj urzędnicy mieli rozmawiać o zwiększaniu wydatków na obronę państw NATO, zbliżający się szczyt NATO w Ankarze oraz "zwiększenie transatlantyckiej produkcji obronnej", a także odblokowaniu cieśniny Ormuz.

Sam Rubio nie wspominał o wątku "protekcjonistycznych środków" podczas oświadczenia po spotkaniu z szefem NATO na marginesie zebrania szefów dyplomacji NATO w Helsingborgu. Jest to odniesienie do dążeń przede wszystkim w Unii Europejskiej do przyjęcia przepisów faworyzujących europejskich producentów uzbrojenia w zakupach sprzętu w UE. Wśród nich jest planowana unijna dyrektywa na ten temat oraz program pożyczek na zakup uzbrojenia SAFE. Przedstawiciele polskiego rządu twierdzą jednak, że administracja USA nie jest przeciwna SAFE. Podczas marcowej wizyty w Waszyngtonie wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz mówił, że przedstawiciele Pentagonu nie są mu przeciwni, bo środki z niego zostaną przeznaczone też na zakup amerykańskiego uzbrojenia.

Jak pisał portal Politico w lutym br. Pentagon groził UE odwetem, jeśli przepisy "buy European" zostaną przyjęte. Wcześniej z kolei zastępca sekretarza stanu Christopher Landau, podczas zamkniętego spotkania ministrów spraw zagranicznych NATO w grudniu ub.r. zaatakował europejskie kraje NATO za chęć postawienia na dostawy europejskie i zastąpienia nimi amerykańskich producentów.

Ten sam temat miał być poruszony podczas niedawnej wizyty w Polsce podsekretarza stanu ds. kontroli zbrojeń i bezpieczeństwa międzynarodowego Thomasa DiNanno.

/Mało, że USA produkują za mało swojej broni i trzeba na nią długo czekać, mało że jest to broń najdroższa - na koniec USA wymuszają na UE brak radzenia sobie z tymi problemami; cynizm, upadek pozycji i wiarygodności, chciwość - red./

PAP


Siły izraelskie od początku marca zniszczyły bądź uszkodziły 45 proc. zabudowy libańskich miast i wsi w obrębie "żółtej linii" - wynika z opublikowanej w piątek analizy dziennika "Le Monde". Tzw. żółta linia jest granicą okupowanej przez Izrael części południowego Libanu.

Zniszczono miejscowości, które zostały oszczędzone w trakcie poprzednich ofensyw Izraela w latach 2024-25 - zaznaczyła gazeta. Wśród nich m.in. liczący przed wojną ok. 30 tys. mieszkańców Bint Dżubajl. 75 proc. miasta zostało zrównane z ziemią bądź znacząco zniszczone.

Dziennik zwrócił uwagę, że ze zweryfikowanych nagrań wynika, iż siły izraelskie niszczą domy za pomocą materiałów wybuchowych, bombardowań bądź przy pomocy buldożerów.

Izrael wyznaczył żółtą linię w połowie marca, oddzielając w ten sposób zajęte przez siebie tereny południa Libanu. Władze w Jerozolimie utworzyły tam strefę buforową, która ma ochronić północ Izraela przed atakami Hezbollahu.

Analiza "Le Monde" i firmy Masae Analytics opiera się na zdjęciach satelitarnych. Francuscy dziennikarze porównywali obrazy z listopada 2025 r. i 29 kwietnia 2026 r. i weryfikowali je przy pomocy narzędzi białego wywiadu

Autorzy raportu tłumaczą, że ich wyliczenia skupiają się na centrach tych niewielkich ośrodków i nie obejmują ich obrzeży.

Od 2 marca Izrael prowadzi operację przeciwko Hezbollahowi, który w wojnie Izraela i USA przeciwko Iranowi, stanął po stronie Teheranu, pełniącego od zawsze rolę kluczowego partnera tej organizacji.

Mimo zawarcia 16 kwietnia zawieszenia broni, miejscowości w obrębie żółtej linii są wciąż niszczone - podkreślił "Le Monde".

W nocy z 23 na 24 kwietnia prezydent USA Donald Trump ogłosił kolejne przedłużenie rozejmu. Od jego ogłoszenia niemal codziennie informowano jednak o izraelskich ostrzałach południowego Libanu. 

PAP


Chińczycy od dawna samodzielnie rozwijają swoje własne rozwiązania, a niektóre ich osiągnięcia mogą budzić podziw. Szkoda tylko, że nie mamy zbyt wielu okazji do ich szczegółowego omówienia - w końcu nie da się ukryć, że trudno je dostać i przetestować w porządnych warunkach. Ale niektórym czasem się to udaje. Ekipa Phoronix sprawdziła 12-rdzeniowy procesor Loongson 3B6000 w licznych testach wydajnościowych opartych na Linuksie.

Model 3B6000 posiada 12 rdzeni obsługujących symultaniczną wielowątkowość (SMT2), co przekłada się na 24 wątki. Procesor pracuje z częstotliwością bazową 2,4/2,5 GHz. Chip ten został ulokowany ma platformie micro-ATX 3B6000x1-7A2000x1-EVB z dwoma gniazdami DIMM, jednym gniazdem M.2, dwoma gniazdami PCIe x16 i zaledwie kilkoma portami USB. Taki zestaw został przetestowany przez zespół Phoronix w dziesiątkach testów, w tym w aplikacjach obsługujących AVX-512. Ogólnie rzecz biorąc, chiński układ 3B6000 nie wypadł najlepiej. Zazwyczaj osiągał trzy razy gorsze wyniki niż sześciordzeniowy Ryzen 5 9600X firmy AMD. Omawiana jednostka była w stanie regularnie wyprzedzać jedynie czterordzeniowy procesor ARM z Raspberry Pi 500.

Należy jednak podkreślić, że w niektórych zastosowaniach Loongson 3B6000 wcale nie wypadł źle. Na przykład w C-Ray 2.0 chip dorównał wydajnością Ryzenowi 5 9600X, a w OpenSSL 3.6 zbliżył się do poziomu Intela Core Ultra 5 245K. W QuickSilver 20230818, 3B6000 zdołał nawet nieznacznie przewyższyć Core Ultra 5 245K i osiągnąć wynik porównywalny z Core Ultra 9 285K. Były to jednak tylko wyjątki. Według zapewnień producenta, architektura procesora LA664 chińskiego układu podobno oferuje wydajność IPC równą architekturze Zen 3, ale wydaje się, że bardzo niskie taktowania uniemożliwiają "wskoczenie" na odpowiedni poziom mocy obliczeniowej. Być może jednak w przyszłości będzie lepiej - w końcu zeszłym roku dowiedzieliśmy się, że chiński producent procesorów pracuje nad nową architekturą LA864, która według doniesień ma potencjalnie zapewnić wydajność na poziomie modeli Intel Raptor Lake 13./14. generacji. 

purepc.pl