czwartek, 20 sierpnia 2026



Kluczowe w tej sprawie są wyjaśnienia Marka Falenty, biznesmena, który stał się twarzą afery podsłuchowej. W marcu 2021 r. podczas śledztwa dotyczącego obrotu taśmami przyznał, że działał na zlecenie CBA. Miał kupować nagrania od kelnera i przekazywać je funkcjonariuszom. Jak zeznał, współpracował ze służbami także po wybuchu afery.

— Moja rola polegała na pozyskiwaniu nagrań i przekazywaniu ich do CBA lub wskazanym przez nich dwóm dziennikarzom: panu Nisztorowi i Gmyzowi. To są ich zaufani dziennikarze — mówił śledczym Falenta.

Według jego relacji wszystkie taśmy trafiały do CBA aż do wygranych przez PiS wyborów parlamentarnych w 2015 r. Pierwsze przekazywał Jarosławowi Wojtyckiemu, funkcjonariuszowi CBA, który od 2004 r. był jego oficerem prowadzącym. Po wybuchu afery Falenta miał przekazywać nagrania także pracownikom prawicowych mediów. Wprost wskazał Cezarego Gmyza, który — jak twierdził — przekazywał je później funkcjonariuszom.

"Przekazania taśm odbywały się w wyznaczonych przez CBA mieszkaniach, najczęściej przy ul. Hożej i Pięknej (…) Po wybuchu afery bałem się tego robić i chciałem to zakończyć. Panowie z CBA obawiali się, że śledzi mnie inna służba i dlatego wymyślili, żeby przekazywać taśmy przez pana Cezarego Gmyza" — wyjaśniał Falenta.

Biznesmen twierdził również, że jego współpracę z CBA potwierdzają raporty, które wyciekły do mediów. Według jego zeznań Gmyz miał je otrzymywać od agenta CBA Artura Chodzińskiego, a następnie pokazywać Falencie jeszcze przed publikacją. Jeden z raportów miał nakazywać dalsze pozyskiwanie nagrań.

Chodziński to były dziennikarz "Gazety Wyborczej", który po 2005 r. trafił do CBA. W 2015 r. został zwolniony ze służby w związku z dochodzeniem dotyczącym wynoszenia tajnych materiałów. Po powrocie PiS do władzy w 2015 r. wrócił do CBA i awansował. Nadzorował m.in. operację "Okser", wymierzoną w Romana Giertycha.

(...)

Wróćmy do słów Falenty o zwolnieniu Cezarego Gmyza z tajemnicy dziennikarskiej. To jedna z podstawowych gwarancji wolności mediów — chroni źródła informacji i co do zasady uniemożliwia zmuszenie dziennikarza do ujawnienia informatora. Wyjątkiem jest m.in. zwolnienie z tajemnicy przez sąd lub samo źródło.

W lutym 2015 r. Gmyz zeznawał, że po raz pierwszy usłyszał o Falencie dopiero po jego zatrzymaniu w związku z aferą podsłuchową. Kilka miesięcy później przekazał prokuraturze kopię nagrania rozmowy wicepremier Elżbiety Bieńkowskiej z szefem CBA Pawłem Wojtunikiem, zarejestrowanej 5 czerwca 2014 r. w restauracji "Sowa i Przyjaciele". Odmówił jednak odpowiedzi na pytania o źródło nagrania i o to, czy posiada inne taśmy. Powołał się na tajemnicę dziennikarską.

W styczniu 2023 r., już po zwolnieniu z tajemnicy, Gmyz przyznał, że jego pierwszym źródłem informacji o aferze był Marek Falenta. Zeznał też, że to od niego otrzymał kilkadziesiąt nagrań z warszawskich restauracji, zapisanych na zaszyfrowanym dysku. Część materiałów przekazał prokuraturze.

"Nagrania otrzymałem od Marka Falenty (...) Tych nagrań było kilkadziesiąt. Według mojej wiedzy to było większość nagrań z afery taśmowej. (...) Marek Falenta chciał, by materiały trafiły do CBA" — zeznawał Gmyz. Zanim jednak do tego doszło, nagrania zostały opublikowane w mediach. Gmyz twierdził, że kierował się "interesem publicznym", i zapewniał, że sam nie przekazywał ich innym redakcjom.

"Tajemnica dziennikarska obowiązuje mnie, jeżeli chodzi o to, ile i w jaki sposób kontaktowałem się z Markiem Falentą (…) znam go od dobrych kilku lat (…) Chciałem się zasłonić tajemnicą dziennikarską, odmawiając odpowiedzi na pytanie: czy przed publikacją rozmawiałem z Markiem Falentą na temat tych materiałów (…) Oprócz znajomości dziennikarskiej z Markiem Falentą zwyczajowo składamy sobie, czy to SMS-em, czy w innej formie, na przykład życzenia świąteczne" — zeznał pracownik TV Republika w pierwszym śledztwie dotyczącym afery podsłuchowej.

W swojej książce "Jak rozpętałem aferę taśmową" Nisztor opisał też rozmowy z osobami, które miały dostęp do nagrań. Pojawia się w nich wątek prywatnego detektywa i taśmy, która miała dotyczyć Donalda Tuska i jego wiedzy o Amber Gold. Według rozmówców Nisztora nagranie miało także dotyczyć syna byłego premiera.

Z rozmowy Piotra Nisztora z jego informatorami wynikało, że pewien prywatny detektyw miał wejść w posiadanie nagrania z podsłuchów, co pozwoliło mu na uniknięcie problemów prawnych. Nie pada tam żadne nazwisko.

onet.pl


Prezydent Donald Trump oświadczył w tym tygodniu, że ogranicza wspólne ćwiczenia wojskowe z Koreą Południową, a w środę ogłosił, że jeszcze w tym roku spotka się z przywódcą Korei Północnej Kim Dzong Unem. Według azjatyckich dyplomatów i innych osób zaznajomionych z dyskusjami między rządami, sytuacja ta skłania kraje regionu do przyspieszenia wzrostu wydatków na obronność i nawiązywania alternatywnych partnerstw.

— Należy spodziewać się ponownego skupienia się na samowystarczalności — przyznaje jeden z azjatyckich dyplomatów.

— Amerykańska technologia obronna nadal jest najlepsza i dla krajów, które już się na nią zdecydowały, zmiana kierunku lub dywersyfikacja nie jest ani ekonomiczna, ani logiczna ze względu na problemy z kompatybilnością i konserwacją — wskazuje dyplomata. — Sądzę jednak, że te kraje, które mają taką możliwość, będą zwiększać inwestycje w obronę własną, aby w dłuższej perspektywie zmniejszyć zależność od parasola ochronnego Stanów Zjednoczonych — mówi.

— Posunięcie Trumpa wywołuje echo nie tylko w Korei, ale w całym regionie Indo-Pacyfiku /i w Europie Wschodniej - red./, ponieważ wszyscy zastanawiają się, czy ich stosunki ze Stanami Zjednoczonymi są równie niestabilne jak stosunki Koreańczyków — zauważa Ian Brzezinski, który pełnił funkcję zastępcy asystenta sekretarza obrony ds. polityki europejskiej i NATO za prezydentury George’a W. Busha. Brzezinski nadal utrzymuje regularne kontakty z azjatyckimi urzędnikami. /Ian Brzeziński jest synem Zbigniewa Brzezińskiego doradcy prezydenta USA i bratem Marka Brzezinskiego, który w latach 2022–2025 pełnił funkcję ambasadora Stanów Zjednoczonych w Polsce - red./

(...)

Korea Południowa jasno daje do zrozumienia, że postrzega działania administracji Trumpa i jej podejście jako zniewagę.

Minister spraw zagranicznych Korei Południowej Cho Hyun powiedział w środę parlamentarzystom w Seulu, że rząd "nie został wcześniej poinformowany" o decyzji Trumpa dotyczącej skrócenia czasu trwania ćwiczeń o tydzień. Prezydent Lee Jae Myung — który w październiku wręczył Trumpowi złotą koronę — stara się przywrócić stosunki wojskowe z USA na właściwe tory poprzez wspólne rozmowy z urzędnikami administracji — dodał Cho.

A rozmowy te "stają się chaotyczne" — twierdzi osoba zaznajomiona z przebiegiem tych dyskusji. — Departament Obrony i Siły Zbrojne USA w Korei są po prostu zaskoczone i nie mają obecnie żadnych konkretnych planów.

Seul już poszukuje innych partnerów. — Prowadzi rozmowy z krajami afrykańskimi, państwami Zatoki Perskiej i Japonią, aby rozszerzyć współpracę — mówi Jung Pak, była wysoka rangą urzędniczka administracji Bidena zajmująca się Koreą Północną i regionem. — Ten spór tylko utwierdzi Republikę Korei w przekonaniu, że musi kontynuować te działania.

Naciski Trumpa na wznowienie głośnych rozmów z przywódcą Korei Północnej, z którym spotkał się trzykrotnie podczas swojej pierwszej kadencji, pojawiają się w momencie, gdy to autorytarne państwo dysponujące bronią jądrową przyspiesza tempo testów rakiet balistycznych oraz gróźb wobec sąsiedniej Japonii.

(...)

Kraje regionu Indo-Pacyfiku już teraz nawiązują alternatywne partnerstwa obronne. Japonia i Filipiny zawarły w czerwcu porozumienie, które tworzy bezpieczny łańcuch dostaw na potrzeby wspólnych ćwiczeń wojskowych, natomiast Indie i Wietnam uruchomiły w maju inicjatywę wspólnej produkcji broni.

— Tokio nieustannie powtarza, że sojusz amerykańsko-japoński jest kamieniem węgielnym jego polityki obronnej, ale w tej chwili sprowadza się to jedynie do pustych słów — mówi Yuki Tatsumi, były specjalny asystent ds. politycznych w ambasadzie Japonii w Waszyngtonie, który pozostaje w stałym kontakcie zarówno z japońskimi dyplomatami, jak i urzędnikami rządowymi w Tokio. — Japonia coraz częściej postrzega siebie jako lidera koalicji sojuszników Stanów Zjednoczonych, odczuwając głęboki niepokój co do długoterminowego zaangażowania USA w regionie.

Rządy azjatyckie odczuwają rosnącą potrzebę podjęcia takich działań ze względu na obciążenia, jakie trwająca wojna w Iranie nakłada na amerykańskie siły zbrojne, oraz wyczerpywanie się kluczowych zasobów amunicji niezbędnych w ewentualnym przyszłym konflikcie z Chinami — twierdzi trzeci dyplomata.

— Zaangażowanie Stanów Zjednoczonych wydaje się coraz bardziej warunkowe, transakcyjne i podatne na to, że wydarzenia w innych częściach świata mogą je przyćmić, co budzi wątpliwości co do tego, czy Stany Zjednoczone będą w stanie utrzymać deklarowany priorytet w regionie Indo-Pacyfiku w obliczu kryzysu rozgrywającego się na wielu frontach — dodaje ta osoba.

onet.pl\Politico


Jest okazja, żeby przywalić PiS i "suwpolizację" tej partii — mówi człowiek z Rozwoju Plus. Nie za ostro, bo w przyszłości może Rozwojowi Plus przyjdzie współpracować z Prawem i Sprawiedliwością, ale wyraźnie odcinając się od linii Nowogrodzkiej. Tym bardziej że PiS jest rozdarte między obroną swojego członka a pytaniami o jego — to wręcz pewne — ucieczkę do Naddniestrza, kontrolowanego przez Rosję separatystycznego terytorium w Mołdawii.

Ale w przekazie Rozwoju Plus są dwa elementy. Pierwszy jest powtórzeniem tego, co ci politycy — od byłego premiera Mateusza Morawieckiego, przez europosła Michała Dworczyka po nieznanych szerzej posłów — mówili, będąc jeszcze w PiS. A więc, że Ziobro z Romanowskim nie mogą w Polsce liczyć na uczciwy proces. — W Państwie Tuska nie mogą liczyć na sprawiedliwość, ale ucieczka do Naddniestrza skreśla każdego polityka — mówi osoba z otoczenia Morawieckiego.

— Niektórzy się cieszą, bo SuwPol ciągnie PiS na dno — słyszymy o nastrojach panujących w otoczeniu byłego premiera.

Inna osoba z tego kręgu: — A kolejni się cieszą, że już nie trzeba się z obowiązku tłumaczyć się z Romanowskiego i Ziobry.

Politycy Rozwoju Plus korzystają z okazji, by jednocześnie uderzać w Tuska (rządowa prokuratura nie daje gwarancji uczciwego procesu) i Kaczyńskiego (polityk PiS ucieka do prorosyjskiego pseudopaństewka). /Czyli robią to samo co Konfederacja, cały czas, udaje że ma coś innego do powiedzenia niż PiS - red./

Morawiecki mówił: — Nie ma dla mnie żadnego usprawiedliwienia dla kogoś, kto pojechał na terytorium de facto kontrolowane przez ludzi Władimira Putina.

A w kolejnych zdaniach przekonywał: — Posłowie z opozycji nie mogą dzisiaj liczyć na sprawiedliwy wyrok, na normalnie funkcjonujące państwo, ponieważ zostało ono absolutnie zbezczeszczone, zniszczone sądy w dużym stopniu zgodnie z doktryną Neumanna [to określenie prawicy opisujące ujawnione siedem lat temu nagranie rozmowy Sławomira Neumanna, na którym mówił on, że osoby należące do tej partii mogą liczyć na wsparcie w przypadku problemów z prawem — przyp. red.].

Europoseł Michał Dworczyk zastrzegł z kolei, że nie wie, gdzie jest Romanowski, lecz "jeżeli by się potwierdziły informacje dotyczące Naddniestrza, to jest sprawa, której nie da się obronić". — Gdyby ktoś chciał korzystać z jakichś udogodnień, czy nawiązywać relacje z przedstawicielami władz Federacji Rosyjskiej, to jest to sytuacja, którą należy ocenić krytycznie. I w tym sensie jest ona nie do obrony — dodawał Dworczyk.

onet.pl\Newsweek

środa, 19 sierpnia 2026



— Jednym z najważniejszych aspektów terapii dla pacjentów, którzy doświadczyli psychozy, jest uświadomienie im różnicy między faktem a osądem — wyjaśnia. — Kiedy rozmawiają ze mną i przedstawiają swoje myśli lub pomysły jako fakty, mogę skłonić ich do podania tego w wątpliwość. Kiedy przedstawiają coś swojemu chatbotowi jako fakt, AI zazwyczaj traktuje to jako fakt, co tylko utwierdza ich w przekonaniach. Wielu pacjentów to, co mówi im AI, traktuje tak, jakby informacja została zweryfikowana lub była naukowo udowodniona. Nagle muszę podważać coś, co dana osoba przyjęła za fakt w 100 proc., podczas gdy to, co ja jej mówię, jest w jej umyśle jedynie moim przypuszczeniem — dodaje Deb Bushong.

Keith Sakata, psychiatra z UC San Francisco i Amae Health, opisuje ten frustrujący schemat jako "konkurencyjną narrację terapeutyczną". Lekarz może poświęcić godzinę tygodniowo, by pomóc pacjentowi w podważeniu zniekształconego przekonania, a chatbot przez resztę tygodnia będzie je potwierdzał.

Na tym polega fundamentalny problem związany z AI, który dotyczy nie tylko zdrowia psychicznego, ale niemal każdego możliwego jej zastosowania. Sztuczna inteligencja może reagować wyłącznie na przekazane jej informacje, a jakość i dokładność polecenia (promptu) determinują jakość i dokładność odpowiedzi.

O ile za jakość wpisywanego promptu odpowiada tylko użytkownik bota, to specjaliści ds. zdrowia psychicznego mogą uzyskać mnóstwo informacji od osób pozostających pod ich opieką, nawet jeśli pacjenci w ogóle się nie odzywają.

(...)

Dla osoby wrażliwej, podatnej na poważniejsze problemy ze zdrowiem psychicznym, takie jak urojenia, psychoza lub myśli samobójcze, ta luka informacyjna może mieć katastrofalne konsekwencje. Narzędzie to może wydawać się czymś więcej niż tylko źródłem informacji lub nieustannie dostępnym terapeutą; może się stać przewodnikiem duchowym lub partnerem romantycznym, wszechmocnym bóstwem lub współspiskowcem.

(...)

Doktor Suzette Glasner, wykładowczyni na Wydziale Psychiatrii i Nauk Biobehawioralnych Uniwersytetu Kalifornijskiego, wyjaśniła, że takie sytuacje mogą się zdarzać, ponieważ dostępne na rynku chatboty AI są tak projektowane i szkolone, by przypochlebiać się użytkownikom.

— Prawdziwa terapia polega na wspieraniu pacjenta, ale także na wyrażaniu sprzeciwu, kiedy trzeba. Sztuczna inteligencja jest szkolona tak, by ludzie ­czuli się dobrze z otrzymaną odpowiedzią, co zwiększa ich skłonność do angażowania się, ale jest sprzeczne z najlepszymi praktykami terapeutycznymi — tłumaczy Glasner. — Narzędzia AI nie mają też niezawodnej zdolności do odróżniania rzeczywistych doświadczeń użytkownika od tych, które mogą już wskazywać na utratę kontaktu z ­rzeczywistością.

onet.pl\Newsweek


Część 1 (Kobieta):
„I to by było na tyle. Wszystko się skończyło. Srev oficjalnie nie istnieje, bo nie mamy już nic. Dzięki magazynowi w Szuszarach, który był naszym głównym magazynem... Na własnym magazynie, w biznes-centrum nie mamy praktycznie nic.
I tak 8 lat poszło na marne. Wszystko, nie ma nic. Nic.
Tak, są małe... ile tam, 30-40 tysięcy... Przepraszam, 15 milionów.
Nie mam... Ale nie mamy już nic. Mam na myśli, że nie ma zapasów, nie ma oszczędności, żeby jakoś... robić coś dalej. W każdym razie, wyzerowaliśmy się.
Wszystko. Dzisiaj... Siedzę i myślę, no tak naprawdę to niczego nie miałam. Mówiąc szczerze, klienci byli z Wildberries, kupujący z Wildberries, logistyka z Wildberries, reklama z Wildberries. A ja miałam tylko moje majtki i już ich nie ma. Cholera, płakać się chce, ale nie ma już siły.
Przepraszam.
Oficjalnie jestem nędzarką. I w dodatku w długach, k***a. Tak sobie żyjemy.”

Część 2 (Mężczyzna w samochodzie):
„Spójrzcie, teraz spaliło się 80% Wildberries. Towarów, magazynów — tego już się nie odzyska.
I pytanie brzmi następująco: to przecież nie są tysiące, nie dziesiątki tysięcy, ani nawet nie setki tysięcy ludzi — to są miliony ludzi, którzy pracowali na Wildberries i wokół Wildberries. Czyli to jest ogromny rynek podatników, ludzi, biznesów. W większości to wszystko jednoosobowe działalności gospodarcze (IP). Oni odpowiadają swoim majątkiem przed bankami.
Czyli w tej chwili jest to bankructwo, no... milionów ludzi. Bezrobocie na rynku wynosi już chyba z 40-50%. Tak, jeśli jesteś tokarzem czy spawaczem, to rzeczywiście znajdziesz pracę. Ale nie każdy chce nim być. Ja na przykład nie chcę być... Jestem raczej za naukami humanistycznymi. Każdy wybiera swoje.
I pojawia się pytanie: co mają robić ci ludzie? Jak mają się dalej rozwijać, jak wyżywić dzieci, jak patrzeć w przyszłość?
Powstaje pytanie — jak mamy dalej żyć w harmonii z tym, co się dzieje? Ja nie mam pytań, bardzo mocno kocham Rosję i nigdy nie myślałem o tym, żeby ją opuszczać. Ale teraz pojawia się myśl, że chyba trzeba zrobić ten krok mając 40 lat i znaleźć coś nowego w innym miejscu. Ale ja tego nie chcę... Po prostu nie rozumiem, jak dalej żyć, tak szczerze.”

/Translacja z materiałów wideo nagrywanych przez zrozpaczonych Rosjan - red./

x.com/CiemnejW


Skandal w rosyjskiej bankowości: Wnieszekonombank właśnie zwolnił swojego głównego ekonomistę Andrieja Klepacza po jego opinii, że Rosja właśnie przegrywa wojnę, bo Ukraina ma sojuszników.

Rosja nie będzie w stanie wygrać rywalizacji w „wojnie na wyniszczenie”, dopóki Ukraina jest wspierana przez świat zachodni. Powiedział o tym podczas sesji Klubu Nikickiego Andriej Klepacz, główny ekonomista Wnieszekonombanku (WNP . RF) — kluczowego rosyjskiego banku państwowego, który finansuje projekty narodowe Kremla i ma status „państwowej korporacji rozwoju”.

Według Klepacza koszty ponoszone przez rosyjską gospodarkę wskutek sankcji i zachodniej blokady rosną, zwiększają się straty spowodowane ukraińskimi uderzeniami w porty, infrastrukturę, zakłady chemiczne i rafinerie, a Rosja coraz bardziej pozostaje w tyle za światem pod względem rozwoju technologicznego.

„Pozostajemy w tyle. Przegrywamy zarówno technologiczną, jak i gospodarczą konkurencję na świecie. Co więcej, jak już mówiłem, przegrywamy ją nie tylko z Chinami i USA — w pewnych obszarach przegrywamy ją nawet z Ukrainą. Ukraińska gospodarka jest oczywiście częściowo zniszczona, kraj przeżywa katastrofę demograficzną. Ale mimo wszystko ukraińska gospodarka przetrwała. Oczywiście otrzymuje ogromną pomoc finansową […] Przy takiej skali pomocy ich wydatki wojskowe i własne wydatki to łącznie mniej więcej niemal 50% naszego budżetu” — powiedział Klepacz.

Według portalu "The Bell"  ekonomistę zwolniono po „telefonie z góry”. Drugie źródło również powiązało tę decyzję z wypowiedzią Klepacza o wojnie.

x.com/AryoSomeGumul

wtorek, 18 sierpnia 2026



Między USA a Rosją trwa "cicha" dyplomacja w sprawie Ukrainy - Financial Times

Według informacji gazety, w czerwcu szef Komisji ds. Sztuk Pięknych w USA, Rodney Mims Cook Jr., uczestniczył w Petersburgskim Forum Gospodarczym, gdzie spotkał się z przedstawicielami Kremla i omawiał możliwość zakończenia wojny.

x.com/WarNewsPL1


Właśnie NATO prowadzi największą od lat demonstracje siły w powietrzu nad Polską i Bałtykami.

Można szacować na ponad 50 maszyn jednoczasowo w powietrzu. Przy czym tylko część maszyn wsparcia ma włączone transpondery. 

Ewidentny sygnał dla Rosjan lub…przygotowania do sojuszniczej  operacji obronnej gdyby coś miało wlecieć nad Polskę i Bałtyki.

Najpierw były ostrzeżenia na poziomie politycznym że NATO wie o planowanej prowokacji Rosjan a teraz pojawiają się główni aktorzy potencjalnej „Krainy marzeń” (...). 

Nie ma przypadków - brak było ogłaszanych ćwiczeń tej skali zatem to co widać to nagła dyslokacja na teren działań  tzw sojuszniczych sił wsparcia. 

NATO jest gotowe i demonstruje to dobitnie Kremlowi.

x.com/wolski_jaros


Zwiększoną obecność natowskich maszyn nad Polską jako pierwsze zauważyło konto Faytuks Network w serwisie X, które informuje o myśliwcach F-35, tankowcach i samolotach walki elektronicznej, które dziś pojawiły się nad naszym krajem.

I faktycznie tak jest. Na godz. 11.51 w serwisie Flightradar24 widzimy aż siedem natowskich maszyn operujących obecnie na naszym niebie. Jest to aż pięć powietrznych tankowców, ultranowoczesny samolot walki elektronicznej EA-37B i Boeing E-3 Sentry, czyli samolot wczesnego ostrzegania i kontroli powietrznej, którego głównym zadaniem jest wykrywanie innych samolotów oraz okrętów i statków. 

O ile obecność "elektronicznych oczu" NATO nad Polską nie jest niczym nowym, zastanawia głównie spora liczba tankowców, które przebywają obecnie na naszym niebie. Aż pięć takich konstrukcji krążących w pobliżu Szczecinka oraz Bydgoszczy sugeruje jakąś większą lotniczą operację sojuszu, ale w tym momencie nie wiemy, jaką misję dostały samoloty.

onet.pl


„Południowokoreańscy urzędnicy są wciąż w szoku z powodu wypowiedzi Trumpa, powiedziała osoba znająca poglądy Seulu na tę sprawę, której udzielono anonimowości ze względu na drażliwy charakter komentarzy. Coraz powszechniejsze jest jednak przekonanie, że Korea Południowa, podobnie jak Japonia, może potrzebować własnej broni jądrowej, aby zrównoważyć działania Pjongjangu i Pekinu – co niemal na pewno zapoczątkowałoby nowy wyścig zbrojeń w Azji.

„Zmierzamy powoli do nuklearnego potencjału Azji Północno-Wschodniej” – powiedział dziennikowi NatSec Daily JOEL WIT, koordynator Departamentu Stanu ds. porozumienia między USA a Koreą Północną z 1994 roku, mającego na celu zamrożenie programu zbrojeń nuklearnych Pjongjangu. „Koreańczycy z Południa są już zdenerwowani, a to podsyca ich zainteresowanie alternatywnymi rozwiązaniami”.

Seul prawdopodobnie monitoruje, czy Arabia Saudyjska sfinalizuje proponowaną umowę z USA dotyczącą technologii jądrowej, umożliwiającą Rijadowi wzbogacania uranu nadającego się do celów zbrojeniowych.

„Jeśli umowa z Arabią Saudyjską dojdzie do skutku, mogę zagwarantować, że Koreańczycy z Południa będą chcieli takiego samego rozwiązania” – dodał Wit.

„To kolejny gwóźdź do trumny nierozprzestrzeniania broni jądrowej i o wiele trudniej będzie argumentować przeciwko temu, że Korea Południowa nie opracowała własnej broni jądrowej” – powiedział DAVE RANK , były urzędnik ds. Korei w Departamencie Stanu w administracji Clintona.

Osiemdziesiąt procent Koreańczyków z Południa popiera stworzenie „rodzimego potencjału broni jądrowej” – wynika z wyników sondażu opinii publicznej, opublikowanego w kwietniu przez działającą w Seulu organizację non-profit Asan Institute for Policy Studies.

Źródło: Politico NatSec Daily

x.com/MStefan92


Trump, Rubio oraz sekretarz obrony Pete Hegseth co rusz powtarzają, iż Ameryka prowadzi dzisiaj politykę pod hasłem "Pokój poprzez siłę" ("Peace through strength"). Tak jak niegdyś, w czasach zimnej wojny, hołdował tej zasadzie Ronald Reagan.

Dzisiaj jednak nie widać ani pokoju, ani siły. Wręcz przeciwnie: chyba nigdy jeszcze w historii Stanów Zjednoczonych nie widzieliśmy tak jaskrawej przepaści między wielkomocarstwową retoryką, buńczucznymi groźbami, górnolotnymi hasłami a niekompetencją, ignorancją i infantylnymi zachowaniami obecnej administracji.

Za każdym razem, kiedy Trump zapowiada, iż "zrówna z ziemią Iran", wiadomo, że nic się nie wydarzy. Za każdym razem, kiedy mówi, że "cieśnina Ormuz jest pod całkowitą kontrolą USA", można się spodziewać, że jeszcze tego samego dnia kilka następnych tankowców zostanie trafionych irańskimi rakietami. Za każdym razem, kiedy szef Pentagonu zapewnia, że Ameryka nie ma żadnych problemów z produkcją amunicji, można stawiać dolary przeciwko orzechom, że magazyny są puste.

Wróćmy na moment do "Ulchi Freedom Shield". Otóż Trump ogłosił swoją decyzję w sprawie manewrów dwa dni po tym, jak władze w Pjongjangu ostro przeciwko nim zaprotestowały (jak co roku zresztą), uznając je za "prowokację". Jeśli największa globalna potęga kuli ogon po tupnięciu nogą przez Kim Dzong Una, to nie pozostaje nam nic innego, jak tylko gromko zawołać: "Ratuj się kto może".

Ameryka się zwija - i politycznie, i militarnie. "Peace through strength" jest jedynie na pokaz. W rzeczywistości mamy do czynienia z niebezpieczną mieszanką chaosu, ignorancji i tchórzostwa. Niedawno Elbridge Colby, prawa ręka Pete’a Hegsetha, w trakcie kilkunastominutowego wystąpienia w stolicy Filipin Manili nie wymienił ani razu Chin. Prawdopodobnie po to, by nie drażnić smoka.

(...)

Dodajmy do tego zainicjowany właśnie proces przeglądu obecności amerykańskich sił w Europie, który ma w założeniu doprowadzić do ich redukcji. Pentagon wysłał do stolic państw członkowskich specjalny formularz z pytaniami testującymi polityczną "lojalność" sojuszników (czy np. wspierają oni operację USA przeciwko Iranowi i czy kupują amerykańskie uzbrojenie). Cel jest jasny: Biały Dom chce mieć pretekst, aby cięcia były jak najgłębsze. /To raczej nie Colby, który jest rozsądnym realistą, a Hegseth - bezreflaksyjne przedłużenie woli Trumpa - red./

Trump może zaoszczędzić na ćwiczeniach w Korei Południowej i na wycofaniu amerykańskich kontyngentów z Europy. Może wybłaga jeszcze jeden szczyt z Kim Dzong Unem ("Zapraszamy do Pjongjangu!") oraz z Władimirem Putinem ("Zapraszamy do Moskwy!"). Może nawet doczeka się jakiegoś komplementu od Xi Jinpinga, czego łaknie jak kania dżdżu. Aczkolwiek jednej rzeczy już nie odzyska: wiarygodności Stanów Zjednoczonych jako poważnego, odpowiedzialnego sojusznika.

Ta bowiem leży w gruzach.

wp.pl