środa, 5 sierpnia 2026



Kathleen Curlee z Center for Security and Emerging Technology na Uniwersytecie Georgetown ocenia sytuację bardziej trzeźwo: branża sztucznej inteligencji pochłania praktycznie wszystkie zyski Starlinka, a to, czy centra danych w kosmosie w ogóle się opłacą, pozostaje całkowicie otwartą kwestią. To ryzykowny zakład. Na początku 2026 r. SpaceX przejęło start-up Muska xAI i od tego czasu łączy technologię rakietową, satelity oraz rozwój sztucznej inteligencji, aby dotrzymać kroku firmom OpenAI i Anthropic.

Projekt Starship również pozostaje w tyle: pod koniec lipca odbył się dopiero 13. lot testowy, a żaden egzemplarz nie osiągnął jeszcze orbity okołoziemskiej. Według Agencji Reutera w marcu w raporcie nadzorczym NASA ostrzegano, że opóźnienia mogą zagrozić lądowaniu na Księżycu, które zostało zaplanowane na 2028 r.

W przypadku SpaceX nieustannie widać ponadto, jak ściśle model biznesowy firmy jest powiązany z Waszyngtonem. Prezes Gwynne Shotwell oszacowała łączną wartość zamówień federalnych na koniec 2024 r. na ok. 22 mld dol. (81 mld zł). "Washington Post" szacuje tę kwotę dla samej firmy SpaceX nawet na ok. 38 mld (141 mld zł). Shotwell stwierdziła, że firma jest "bardzo optymistyczna" w odniesieniu do rządu.

Jednym z największych zleceniodawców jest NASA. Od 2012 r. SpaceX transportuje ładunki, a od 2020 r. również astronautów na Międzynarodową Stację Kosmiczną (ISS). Tylko na loty zaopatrzeniowe do 2030 r. przeznaczonych ma zostać nawet 14 mld dol. (52 mld zł). Obecnie jednak ciężar finansowania przesuwa się w stronę Pentagonu i służb wywiadowczych. Wojsko płaci miliardy za tajną usługę satelitarną Starshield oraz rakiety nośne w ramach programu startów związanych z bezpieczeństwem narodowym. Według Agencji Reutera w maju 2026 r. Space Force przeznaczyła 2,29 mld dol. (8,5 mld zł), a wkrótce potem kolejne 4,16 mld dol. (15 mld zł) na dwa nowe programy satelitarne.

(...)

Opinie ekspertów na temat tego, w jakim stopniu SpaceX utrzyma swoją passę sukcesów, są podzielone. Analityk Goldman Sachs, Eric Sheridan, widzi przewagę SpaceX. W rozmowie z CBS stwierdził, że firma wielokrotnie osiągała cele, które nawet doświadczeni znawcy branży uważali wcześniej za nierealne. To właśnie zdecydowanie odróżnia ją od konkurencji.

Bardziej sceptycznie wypowiedział się analityk Cory Johnson. Ostrzegł, że obecna wycena wynika bardziej z entuzjazmu wobec osoby Muska niż z konkretnych wyników finansowych — a rzeczywistość rynkowa ostatecznie zawsze dogania przewartościowane akcje.

onet.pl\Die Welt


Według dwóch rozmówców Reutersa, wojska lądowe USA zużyły "praktycznie wszystkie" pociski typu ATACMS (Army Tactical Missile System) oraz PrSM (Precision Strike Missile). To broń ziemia-ziemia, kosztująca 1,5-2 milionów dolarów za sztukę. To właśnie ATACMS dostarczone Ukrainie umożliwiły Kijowowi atakowanie celów w głębi terytorium Rosji. Z kolei nowszy PrSM ma docelowo zastąpić ATACMS-y - mają zasięg większy o kilkaset kilometrów.

(...)

Jedno ze źródeł wskazało, że pomimo wysokiego zużycia broni precyzyjnej, Dowództwo Centralne USA (CENTCOM), nadzorujące siły amerykańskie na Bliskim Wschodzie, jest w stanie uzupełniać zapasy z globalnych rezerw wojskowych.


(...)

Problem dotyczy nie tylko uzbrojenia ofensywnego. Jak wynika z raportu Center for Strategic and International Studies (CSIS) opublikowanego w zeszłym tygodniu, między lutym a lipcem zużyto około 65 proc. pocisków przechwytujących systemu Patriot, a zapasy pocisków THAAD, służących do zwalczania rakiet balistycznych, są co najmniej o 38 proc. niższe niż na początku wojny. Dwóch rozmówców agencji Reutera potwierdziło, że choć agencja nie miała bezpośredniego wglądu w te dane, pokrywają się one z wewnętrznymi informacjami USA. Zmniejszyły się również zapasy pocisków manewrujących Tomahawk. 

gazeta.pl


— W Ukrainie wiele osób zadaje sobie pytanie: "a co to było?" — mówi Nowej Gazecie Iwan Stupak, analityk wojskowy i były pracownik Służby Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU). — Nikt nie jest w stanie tego do końca zrozumieć. Ogłoszono jakąś operację. Co się na nią składało, jakie cele przed nią postawiono — nie jest jasne.

Jak dodaje ekspert, uderzenia na rosyjskie rafinerie miały miejsce już wcześniej. — Podobnie jak miały miejsce ostrzały obiektów infrastrukturalnych. Tak, w ostatnich dniach ataki zaczęły skupiać się na magazynach Wildberries. Celem jest nie tylko osłabienie systemu bankowego, który udziela tej firmie kredytów, oraz wyrządzenie szkody budżetowi państwowemu, który nie otrzyma podatków na wojnę, ale także dotarcie do zwykłych Rosjan. W ciągu tych 40 dni ataki rzeczywiście się nasiliły. Nie wykraczają one jednak poza ogólne statystyki — mówi Stupak.

Według niego nie wiadomo jeszcze, jakie skutki przyniosą ataki na magazyny komercyjnych firm w Rosji. Z jednej strony — mogą nasilić się nastroje protestacyjne, a ludzie będą domagać się od Putina zakończenia wojny. Z drugiej strony — zazwyczaj to właśnie w czasie wojny społeczeństwo "jednoczy się wokół flagi", zbliża się do władzy i zaczyna jeszcze mocniej "kibicować" kontynuacji działań. A co najważniejsze — jasne jest, że po 40 dniach ataki się nie zakończą.

Obecnie zniszczono ok. 27 proc. magazynów Wildberries. Aby wyrządzić odczuwalne szkody w działalności tej firmy, trzeba atakować ją na taką samą skalę do końca roku. Nie przyniesie to jednak znaczącego efektu na polu bitwy.

(...)

— Pytanie o znaczenie militarne ogłoszonej przez Zełenskiego operacji mającej na celu zmuszenie Rosji do pokoju należy kierować do strategów politycznych i specjalistów od PR — mówi Nowej Gaziecie ekspert wojskowy i pułkownik sił Ukrainy w stanie spoczynku, Roman Switan. — To przecież czysta autopromocja! Po prostu nie było żadnej operacji. Z wojskowego punktu widzenia przed armią stawia się zadania strategiczne. Na przykład pozbawienie przeciwnika bazy surowcowej i gospodarczej, a także zasobów niezbędnych do kontynuowania wojny, oraz zniszczenie jego zaplecza. Mówienie teraz o jakichkolwiek wynikach ostrzałów rosyjskiego zaplecza jest absolutnie przedwczesne.

Według Switana przed wojskami Kijowa stoi zadanie — i jest z powodzeniem realizowane. — Jest to jednak cel na kilka kolejnych lat. A jego realizacja rozpoczęła się wcale nie 40 dni temu — dodaje ekspert.

Switan twierdzi, że operacja mająca na celu odcięcie Krymu i przerwanie rosyjskiej logistyki na okupowanych terytoriach również rozpoczęła się już w sierpniu 2025 r., a w styczniu 2026 r. weszła w fazę aktywną. Nie ma ona związku z oświadczeniem Zełenskiego.

Iwan Stupak potwierdza, że operacja odcięcia Krymu rozpoczęła się znacznie wcześniej niż w czerwcu i przynosi efekty: niszczy radary, systemy obrony powietrznej, lotniska wojskowe i inne cele. Nie dzieje się tu nic zasadniczo nowego.

onet.pl\Nowa Gazieta

wtorek, 4 sierpnia 2026



Rosja przegrała I wojnę światową częściowo z powodu nadmiernej mobilizacji. Ta prawda nie jest dziś oczywista, ale 100 lat temu została jasno sformułowana zarówno przez analityków, jak i bezpośrednich uczestników wydarzeń.

Imperium Rosyjskie zmobilizowało do armii około 15,5 mln mężczyzn, co pozwoliło mu utrzymywać siły liczące w danym momencie około 7 mln żołnierzy. To było zbyt wiele jak na tę wojnę i pozostawiło kraj ze zbyt wieloma nieproduktywnymi ustami do wyżywienia.

I wojna światowa bardzo szybko przekształciła się w to, co Niemcy nazywali "Materialschlacht" — bitwę materiałową — polegającą na tym, kto wystrzelił więcej ładunków wybuchowych w metalowych łuskach w kierunku okopów, a nie na tym, ile "mięsa armatniego" udało się w nich upchnąć. Pod tym względem armia rosyjska przez całą wojnę pozostawała w tyle za Niemcami w stosunku 2:8.

Według radzieckich specjalistów wojskowych idealna liczebność armii na potrzeby tej wojny wynosiłaby 3–3,5 mln żołnierzy. Ówcześni oficerowie szacowali tę liczbę na 4,2 mln, wierząc, że będą w stanie zrekompensować niedobór pocisków i ciężkiej artylerii "materiałem ludzkim".

W związku z mobilizacją tak dużej liczby żołnierzy i pozyskaniem dla armii 5 mln koni w kraju zaczęło brakować siły roboczej i zwierząt pociągowych, a logistyka zaczęła się załamywać. Jednocześnie zawaliła się infrastruktura kolejowa, a wynikający z tego brak transportu doprowadził do niedoborów chleba w Piotrogrodzie, masowych niepokojów i upadku monarchii.

Podpułkownik Werchowski doszedł do wniosku, że jedynym sposobem na kontynuowanie wojny byłaby częściowa demobilizacja, choć brzmiało to "absurdalnie". W 1917 r. niektórzy wojskowi zaproponowali właśnie to rządowi tymczasowemu.

onet.pl\The Moscow Times


Kaczyński dostał na biurko fragmenty wywiadu Morawieckiego, byłego premiera i szefa stowarzyszenia Rozwój Plus, u Bogdana Rymanowskiego. A w nim Morawiecki mówił, że Kaczyński był zwolennikiem przymusowych szczepień przeciwko COVID-19, a także, że prezes PiS doprowadził do wyroku Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji, aby załagodzić gniew partyjnych konserwatystów po nieudanym forsowaniu "piątki dla zwierząt".

Prezes PiS napisał na X: "Ostatnie wypowiedzi Mateusza Morawieckiego pokazują jasno: wrogiem dla Mateusza Morawieckiego nie jest Tusk, ale ja oraz Prawo i Sprawiedliwość. Najwyraźniej Mateusz Morawiecki ma plan poszukiwania swoich sojuszników gdzie indziej. Były premier zrzuca z siebie odpowiedzialność za podejmowane decyzje na innych, często niezgodnie z prawdą… Skoro tak bardzo się z nimi nie zgadzał, wypada zapytać: dlaczego nie odcinał się od tych decyzji publicznie albo nawet nie zrezygnował z funkcji premiera? Co jakiś czas słyszę, że członkowie rozłamowego stowarzyszenia byli zapewniani przez Mateusza Morawieckiego, że i tak lista będzie wspólna… Po takich wypowiedziach ich szefa uwierzyć w to jest niezmiernie trudno. Mam wrażenie, że pan premier jest w jakimś dziwnym stanie. Odnosiłem je również w trakcie naszych rozmów. Daj Boże, żebym się mylił".

(...)

Z naszych źródeł w rządzie poprzedniej kadencji wynika, że prezes faktycznie był zwolennikiem obowiązkowych szczepień przeciwko covid-19. Toczyła się wówczas zawzięta dyskusja w ekipie rządzącej, jak dalece zamykać gospodarkę i czy uczynić szczepienia obowiązkowymi czy jedynie dobrowolnymi. Sam prezes PiS był gotów na daleko idące restrykcje — nie godził się, jak to czasami ujmuje, na darwinizm społeczny. Ostatecznie rząd nie wprowadził jednak obowiązkowych powszechnych szczepień przeciwko COVID-19.

(...)

To, co Morawiecki mówił o podejściu Kaczyńskiego do aborcji, też zwróciło uwagę Nowogrodzkiej. Generalnie były premier miał rację co do tego, jak doszło do wydania przez TK pod wodzą Julii Przyłębskiej wyroku stwierdzającego niekonstytucyjność przepisu dopuszczającego aborcję ze względu na duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu.

A było tak: Kaczyński forsował "piątkę dla zwierząt", przeciwko niej była grupa najbardziej konserwatywnych posłów PiS i media katolickie jak Radio Maryja. Wśród używanych przez nich argumentów pojawił się i taki: prezes PiS chce chronić norki i krowy, a nie chce chronić życia poczętego. Kaczyński pozawieszał posłów PiS, którzy się przeciwko niemu zbuntowali — byli to przede wszystkim parlamentarzyści ze skrzydła konserwatywnego i posłowie zajmujący się rolnictwem. "Piątka dla zwierząt" upadła, a skrzydło konserwatywne się wściekło. Posłowie z Bartłomiejem Wróblewskim i Piotrem Uścińskim na czele grozili Kaczyńskiemu, że albo pozwoli na wydanie wyroku TK, albo odejdą z partii.

Aby ich udobruchać, prezes PiS dał Julii Przyłębskiej zgodę na wydanie wyroku. Gdy TK to zrobił, okazało się, że wyrok jest bardziej restrykcyjny, niż Kaczyński się spodziewał.

Morawiecki dziś mówi, że wydanie takiego wyroku było błędem. Kaczyński również jest tego zdania.

newsweek.pl

Siły rosyjskie zintensyfikowały natarcie w Donbasie, wypierając obrońców z szeregu pozycji na większości kierunków działań. Pod kontrolę agresora przeszła większa część pasa wzniesień na wschód od aglomeracji Kramatorsk–Słowiańsk. Według części ukraińskich źródeł OSINT do granic obu miast zostało najeźdźcom niespełna 5 km. Jednocześnie Rosjanie zintensyfikowali niszczenie ich infrastruktury wszelkimi dostępnymi środkami. Poważnie uszkodzony został jedyny most łączący obie części Słowiańska (pozostał jeden pas jezdni dla ruchu pieszego i lekkich pojazdów), co znacząco utrudnia zaopatrzenie zgrupowania walczącego na wschód od tego miasta. Równocześnie wojska rosyjskie postępują na południe od aglomeracji, gdzie ich grupy szturmowe zaczęły regularnie przenikać do Ołeksijewa-Drużkiwki na północny zachód od Konstantynówki.

Po 840 dniach walk ostatni ukraińscy żołnierze, zagrożeni odcięciem od sił głównych, wycofali się z Czasiw Jaru (przez ponad rok względnie nie niepokojeni utrzymywali się w jego południowo-zachodniej części). Informacji tej zaprzecza dowództwo ukraińskie, którego zdaniem walki o to miasto wciąż trwają. Pod kontrolę rosyjską przeszły kolejne miejscowości na trasie z Pokrowska do Drużkiwki, a według niektórych źródeł wojsko agresora dotarło na odległość nieco ponad 5 km od niej. Rosjanie zajęli też kolejne pozycje na południe i wschód od Dobropola oraz pomiędzy Pokrowskiem a granicą obwodu dniepropetrowskiego.

(...)

30 lipca Rosjanie przeprowadzili zmasowany atak powietrzny na Kijów i Lwów. W stolicy kraju i jej okolicach trafione zostały co najmniej trzy zakłady produkujące drony uderzeniowe oraz komponenty do nich i do rakiet, przy czym zniszczony miał zostać zakład należący do zarejestrowanej w USA amerykańsko-ukraińskiej firmy Terminal Autonomy. We Lwowie zaatakowano zakłady lotnicze. Ponadto w wyniku uszkodzenia budynków mieszkalnych zginęła tam jedna osoba, a 38 zostało rannych (w Kijowie zginęła jedna osoba i trzy zostały ranne). Celami były także zakłady w obwodach iwanofrankiwskim, rówieńskim i dniepropetrowskim. Użyta przez Rosjan północnokoreańska rakieta KN-23 uderzyła w Raduszne na przedmieściach Krzywego Rogu, zabijając sześć osób, w tym troje dzieci. Z kolei jeden z pocisków manewrujących Ch-101 wszedł w przestrzeń powietrzną Polski i eksplodował nad polem w rejonie Tarnawy-Kolonii w województwie lubelskim, 95 km od granicy z Ukrainą. Rosjanie mieli wykorzystać łącznie 83 rakiety, z których – zależnie od źródeł – zestrzelono od 32 do 55.

1 sierpnia głównymi celami zmasowanego ataku powietrznego były obiekty przemysłowe i magazyny w Kijowie i obwodzie kijowskim. Zniszczenia odnotowano w siedmiu rejonach miasta, a uszkodzonych zostało m.in. 13 bloków mieszkalnych, stacja pogotowia ratunkowego i ambasada Litwy. Zginęło dziewięcioro cywili, a 33, w tym czworo dzieci, zostało rannych. Ponadto jedna osoba zginęła, a trzy zostały ranne w podkijowskich Browarach, gdzie celem dwukrotnego ataku były główne magazyny największej ukraińskiej firmy e-commerce Rozetka. W co najmniej pięć zakładów zbrojeniowych w Kijowie trafiła rekordowa liczba 26 pocisków balistycznych i hipersonicznych, a obrońcy wykorzystali zaledwie jedną rakietę przechwytującą PAC-3 MSE z systemu Patriot. Zależnie od źródeł nie zestrzelono żadnego pocisku lub najwyżej jeden.

Rosjanie kontynuowali uderzenia w ukraińską infrastrukturę portową, a intensywność ataków na Mikołajów wzrosła. Miasto to nie jest użytkowane jako port pełnomorski od 2022 r., niemniej w dalszym ciągu służy jako istotny węzeł żeglugi śródlądowej, a jego infrastruktura zaczęła być wykorzystywana jako magazyn części zamiennych dla zniszczonych obiektów w portach obwodu odeskiego. Do uderzeń na Mikołajów doszło 28 i 30 lipca, a od 1 sierpnia następowały one już codziennie. Uszkodzonych zostało dziewięć kotwiczących tam statków (a łącznie od rozpoczęcia ataków 15 lipca – 16). Do ataków na Odessę i okoliczne porty dochodziło codziennie z wyjątkiem 2 sierpnia. Zniszczone zostały m.in. zbiorniki z paliwem (1 sierpnia), a uszkodzono co najmniej pięć statków (w większości na otwartym morzu, gdzie oczekiwały na wznowienie ruchu do portów tzw. Wielkiej Odessy). 1 sierpnia celem uderzenia rakietowego po raz kolejny był niedziałający most w Zatoce nad Limanem Dniestru.

(...)

Niedobór interceptorów do systemów Patriot uczynił ukraińską obronę powietrzną nieskuteczną w przypadku użycia przez Rosjan pocisków balistycznych i hipersonicznych. Z co najmniej 50 rakiet obu kategorii wykorzystanych przez agresora od wieczora 28 lipca do rana 4 sierpnia udało się zestrzelić co najwyżej dwie. W omawianym okresie ukraińskie źródła wojskowe wykazały łącznie 128 rakiet, z których zestrzelonych miało zostać 57 (w tym 55, głównie pocisków manewrujących, w zmasowanym ataku 30 lipca). Według ukraińskiego Dowództwa Sił Powietrznych Rosjanie użyli także 1254 dronów uderzeniowych i ich imitatorów, z których unieszkodliwiono 1068.

(...)

Ukraińskie drony uderzyły w kolejne magazyny największego rosyjskiego sprzedawcy internetowego Wildberries. Zaatakowane zostały należące do tej firmy obiekty w Riazaniu (29 lipca), Penzie oraz Sarapule w Udmurcji (30 lipca), Zielenodolsku w Tatarstanie i Wołgogradzie (31 lipca), Nowosiemiejkinie w obwodzie samarskim (2 sierpnia), Chriastowie w obwodzie włodzimierskim (3 sierpnia) oraz Czechowie w obwodzie moskiewskim, Krasnym Borze w obwodzie leningradzkim i miejscowości Emmauss w obwodzie twerskim (4 sierpnia). Zdjęcia satelitarne potwierdziły całkowite zniszczenie magazynu w Chriastowie. 3 sierpnia rosyjska edycja „Forbesa” poinformowała, że od rozpoczęcia ataków (18 lipca) Wildberries utraciło 17% swoich powierzchni magazynowych.

Siły Systemów Bezzałogowych kontynuowały operację „Wyłączenie Krymu”, w coraz większym stopniu obejmującą także pozostałe terytoria okupowane. Według ich dowódcy Roberta Browdiego „Madiara” od 28 lipca do 3 sierpnia ukraińskie drony uszkodziły 33 obiekty infrastruktury energetycznej (187 od początku operacji, tj. od 1 lipca). Najpoważniejsze skutki przyniosło uderzenie w podstację zabezpieczającą Mariupol, w rezultacie którego 2 i 3 sierpnia duża część tego miasta została odcięta od dostaw prądu i wody oraz łączności komórkowej i internetu. Znacząco zmniejszyła się natomiast intensywność i/lub efektywność ataków na rosyjską żeglugę w ramach operacji pod kryptonimem MoŁoCZKa. Według „Madiara” od 23 lipca do 30 lipca trafiono dziewięć statków (łącznie 205 od rozpoczęcia operacji 6 lipca). 1 sierpnia w rejonie Noworosyjska ukraiński dron nawodny zatopił nieduży kontenerowiec „Yanina” pod banderą rosyjską. O kolejnych atakach na logistykę i obronę powietrzną (głównie stacje radiolokacyjne) agresora w rejonie Krymu i w sąsiadującym z nim Kraju Krasnodarskim informowały także Sztab Generalny armii ukraińskiej oraz SBU.

29 lipca ukraińskie bezzałogowce uderzyły w rafinerię Łukoilu w Permie, gdzie w rezultacie uszkodzenia instalacji doszło do częściowego wstrzymania produkcji. Celami były także rafinerie w Riazaniu (29 lipca), Wołgogradzie (31 lipca), Ufie (1 sierpnia), Saratowie (2 sierpnia) i Syzraniu w obwodzie samarskim (4 sierpnia) oraz baza paliwowa w Ludinowie w obwodzie kałuskim (2 sierpnia), na których terenie doszło do pożarów. W rejonach przygranicznych FR i na terenach okupowanych obrońcy przeprowadzili także pojedyncze ataki na stacje paliw. Według ukraińskiego Sztabu Generalnego 2 sierpnia do trafienia i pożaru miało dojść w bazie lotnictwa strategicznego Engels w obwodzie saratowskim. Z danych rosyjskich wynika, że tego dnia Ukraińcy wykorzystali kolejną rekordową liczbę dronów uderzeniowych. W ciągu doby nad Rosją i terenami przez nią okupowanymi miało zostać zneutralizowanych 1158 bezzałogowców.

osw.waw.pl


SBU ogłosiła 4 sierpnia, że jej operatorzy dronów przeprowadzili ponad 100 ataków na strategiczne obiekty rosyjskie, w tym przedsiębiorstwa obronnej bazy przemysłowej (DIB), bazy lotnicze, zasoby obrony powietrznej, stanowiska dowodzenia, okręty wojenne, tankowce, rafinerie ropy naftowej oraz transport i logistykę wojskową od rozpoczęcia kampanii 26 czerwca. SBU podkreśliła, że jej operatorzy uderzyli w Zakłady Lotnicze Jewpatoria i bazy lotnicze w okupowanych Saky, Hvardiiske, Belbek i Baherove na Krymie; uderzyli w bazę lotniczą Engels w obwodzie saratowskim i bazę lotniczą Khanskaya w Republice Adygei; zniszczyli bombowiec strategiczny Tu-95MS, dwa myśliwce Su-35 i dwa bojowe samoloty szkoleniowe L-39; i uderzyli w 14 rosyjskich rafinerii ropy naftowej i inne obiekty infrastruktury naftowej, dwa statki towarowe i dwa tankowce floty cieni. Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski poinformował 4 sierpnia, że zatwierdził kolejną operację SBU, ale nie określił czasu trwania, rodzaju ani wyznaczonego celu.

Nasilające się kampanie strajkowe Ukrainy przeciwko rosyjskiej armii, logistyce, DIB i aktywom gospodarczym obejmują znacznie więcej niż strajki SBU. Siły ukraińskie uderzyły w co najmniej 19 magazynów Wildberries w całej Rosji od pierwszego ataku na obiekty Wildberries 18 lipca. Według doniesień siły ukraińskie przeprowadziły co najmniej 200 ataków na rosyjskie statki towarowe i tankowce na Morzu Czarnym i Azowskim oraz na co najmniej 24 obiekty infrastruktury naftowej i benzynowej, zmniejszając zdolność rafineryjną Rosji o co najmniej jedną trzecią. Niektórzy rosyjscy milblogerowie przejęci przez Kreml próbowali odrzucić ukraińską kampanię uderzeniową jako nieudaną, ale jeden z milblogerów przyznał, że ukraińskie strajki były “bolesne dla Rosji". Siły ukraińskie przeprowadziły także intensywną kampanię strajkową przeciwko infrastrukturze elektroenergetycznej na Krymie, powodując przedłużające się przerwy w dostawie prądu. Dodatkowe ukraińskie ataki wymierzone były w mosty i inną infrastrukturę transportową na półwyspie i wokół niego.

(...)

Bloomberg poinformował 4 sierpnia, że strajki Ukrainy zmusiły Rosję do eksportu niemal rekordowych ilości ropy naftowej, ponieważ moce rafinacji ropy naftowej w Rosji osiągnęły najniższe wskaźniki od maja 2002 r.[8] Bloomberg podał, powołując się na platformę analizy rynków energii EA Analytics, że w lipcu 2026 r. rosyjskie wskaźniki przerobu ropy naftowej wynosiły średnio 3,6 mln baryłek dziennie, czyli o około jedną trzecią poniżej normy sezonowej.

(...)

Siły rosyjskie w coraz większym stopniu wykorzystują bezzałogowe pojazdy naziemne (UGV) do misji logistycznych w północnym obwodzie sumskim, ale nadal wykorzystują żołnierzy do dostarczania zaopatrzenia pieszo. Oficer ukraińskiej brygady działającej w północnym obwodzie sumskim poinformował 4 sierpnia, że siły rosyjskie coraz częściej korzystają z UGV, ale pojedynczy rosyjscy żołnierze również pieszo dostarczają amunicję i zaopatrzenie bliżej linii frontu. Rzecznik stwierdził, że większość rosyjskich UGV nie dociera na linię frontu, gdyż nie mogą przekraczać rzek.

(...)


Dowódca ukraińskiej kompanii działającej w rejonie Kostyantynówki poinformował 4 sierpnia, że sytuację w mieście kontrolują siły ukraińskie, ale małe rosyjskie grupy szturmowe, w tym dobrze wyszkolony personel i oficerowie, w dalszym ciągu próbują infiltrować Kostyantynówkę. Dowódca poinformował, że siły rosyjskie wysyłają dziennie około trzech małych grup, które przedostają się w głąb miasta zaledwie około 500 metrów. Dowódca dodał, że rosyjskie władze wojskowe wyślą kolejną grupę tą samą drogą, nawet jeśli siły ukraińskie zniszczą pierwszą grupę. Dowódca poinformował, że władze rosyjskie zleciły grupom przeprowadzenie misji podnoszenia flagi w celu uzyskania materiału filmowego przedstawiającego rosyjskie natarcie. Dowódca dodał, że drony FPV zaopatrują żołnierzy w prowiant tylko raz na trzy dni.

understandingwar.org

niedziela, 2 sierpnia 2026



- Rosjanie wyciągnęli wszystko, co mogli. W trakcie poprzedniego ataku na Kijów, 30 lipca, użyli zaledwie dziewięciu pocisków batalistycznych. Dzisiaj to były praktycznie wyłącznie pociski batalistyczne - stwierdził w rozmowie z Espreso TV ekspert ds. lotnictwa Walerij Romanenko.

W ocenie specjalisty tak szerokie zastosowanie rakiet oznacza, że Rosja sięgnęła do zapasów zgromadzonych w odległych bazach. Świadczyć o tym może także obecność bombowców strategicznych Tu-160, które, jak zauważył ekspert, musiały przybyć z Dalekiego Wschodu.
Wojna w Ukrainie. Ekspert o ataku na Kijów

W obecnej sytuacji pociski batalistyczne okazują się być wyjątkowo skuteczną bronią - jak przytoczył rozmówca Espreso, w ostatnim czasie Rosja wystrzeliła 125 pocisków, z czego zestrzelonych zostało tylko 19.

- To wyraźnie świadczy o jednym - brakuje nam systemów przeciwrakietowych, konkretnie pocisków do systemów Patriot, zdolnych do zestrzeliwania rosyjskich rakiet. To gwałtownie wpływa na skuteczność odpierania ataków Rosji - wskazał.

Jak zauważył Ramanenko, w nocy z piątku na sobotę w stronę Kijowa leciało 27 pocisków balistycznych. Zestrzelony został tylko jeden. - Nie chcę używać tego słowa, ale jeżeli miałbym rozwinąć tę myśl, to powiedziałbym wprost - dzisiaj to była egzekucja - stwierdził.

Romanenko ma jednak nadzieję, że w przyszłości sytuacja się poprawi. - Nie sądzę, żeby ta sytuacja trwała długo. Rosjanie po prostu wykorzystują okazję - powiedział, wskazując, że Ukraina czeka obecnie na dostawę pocisków Patriot, które zmienią sytuację.

(...)

Niedobór pocisków do systemów Patriot, o którym od tygodni mówi strona ukraińska, jest obecnie jednym z głównych tematów podejmowanych przez dyplomację Ukrainy w rozmowach z zachodnimi partnerami.

- To niesamowita broń. Musimy bardzo uważać, komu pozwalamy ją produkować - powiedział Trump w prezydenckiej rezydencji w Camp David, odpowiadając na pytanie o możliwość zezwolenia Ukrainie na wytwarzanie pocisków Patriot. Prezydent USA stwierdził następnie, że Ameryka nie wyraziła zgody na wydanie Kijowowi takiej licencji.

Deklaracja ta stoi w sprzeczności z wcześniejszymi zapewnieniami Wołodymyra Zełenskiego, a także samego Trumpa, który o pozwoleniu na produkcję tej broni dla Ukrainy osobiście mówił podczas szczytu NATO w Ankarze.

- Zgodził się wydać nam licencję, a następnie odbyłem spotkanie z przedstawicielami sektora produkcyjnego, bardzo ważnymi amerykańskimi firmami zbrojeniowymi - zapewniał jeszcze w środę Wołodymyr Zełenski, komentując spotkanie z Trumpem na krótko po zakończeniu rozmowy.

interia.pl


Z kolei ludzie Morawieckiego przypomnieli sobie, że w PiS trwa wewnętrzna dyskusja o wyjściu z Unii — czemu dotąd wszyscy, także oni, zaprzeczali. Dowiedzieliśmy się też, kto w PiS prowadzi farmy trolli i dla kogo one pracują — bo każda frakcja ma swoje trolle, które zwalczają frakcję przeciwną. Otóż część dużych, anonimowych kont w mediach społecznościowych, które dotąd atakowały Tuska, a teraz prowadzą natarcie na rozłamowców, prowadzona jest przez niezawodnych działaczy dawnej Suwerennej Polski — Dariusza Mateckiego i Patryka Jakiego.

Ale to rękodzieło. Bo duże farmy trolli w serwisie X prowadzić mają ludzie Morawieckiego — dlatego na tym portalu rozłam zbiera lepsze opinie niż w innych mediach społecznościowych. Nas to nie dziwi, bo pamiętamy ważny wątek afery RARS — ludzie Morawieckiego dawali zarobić setki milionów dyktatorowi prawicowej mody spod znaku „Red is Bad” Pawłowi Sz., który odwdzięczał się im finansując trolling na ich rzecz w kampanii wyborczej.

Ale nas najbardziej wciągnęła wywołana przez "harcerzy" awantura o to, kto w PiS przygotował raport o ciemnych stronach życiorysu Karola Nawrockiego. Dokument ów ujawniliśmy w "Stanie Wyjątkowym" jesienią 2024 r., tuż przed ogłoszeniem nominacji prezydenckiej PiS dla Nawrockiego, opowiadając o wojnach wewnętrznych wokół tej kandydatury. Jego autorstwo pozostawało tajemnicą — do momentu rozłamu.

Znów samo gęste: "Dobrzy znajomi i współpracownicy Nawrockiego przyjaźnią się z psychopatycznymi hitlerowcami i członkami gangów. Wszyscy bywają w tych samych miejscach, jest mnóstwo okazji, by ich wspólnie sfotografowano czy nagrano. Nawrocki tolerował fakt, że tacy ludzie aktywnie uczestniczyli w animowanym przez niego ruchu wokół upamiętnienia Żołnierzy Wyklętych w Gdańsku; można więc mu postawić zarzut splamienia pamięci i nadużycia zaufania starych, schorowanych weteranów, którzy nie wiedzieli, że fotografują się z gangsterami i hitlerowcami. Jako pracownik IPN i dyrektor Muzeum II Wojny Światowej Nawrocki nie przeciwstawiał się obecności na organizowanych przez siebie imprezach patriotycznych bandziorów z gangów motocyklowych i jawnych, wytatuowanych w swastyki neonazistów. Pozwalał im nagrywać filmy na Westerplatte, godził się, żeby powstawały tam teledyski zespołu, którego członków zatrzymywała za propagowanie nazizmu ABW. Głównymi postaciami narracji o uwikłaniach Nawrockiego mogą stać się Olgierd Lipnicki — gangster skazywany m.in. za sutenerstwo i brutalne pobicia, jeden z najbardziej znanych swego czasu polskich neonazistów, a obecnie członek gangów motocyklowych, oraz Grzegorz Horodko, hitlerowiec, członek nielegalnej organizacji Blood and Honour (Blut und Ehre — motto Hitlerjugend), kontaktujący się z najbardziej aktywnymi neonazistami z Europy. Lipnicki i Horodko, a także koledzy Nawrockiego z bokserskiego ringu, powiązani są z gangiem motocyklowym Bad Company, którego trzon stanowią recydywiści, a obecną gwiazdą jest satanista Marcin "Różal" Różalski. Już dzisiaj, w ciągu kilku godzin i tylko korzystając z ogólnodostępnych źródeł, można bez problemu skonstruować przekonującą, spójną, bogato ilustrowaną i świetnie klikającą się w internecie narrację, że kandydat PiS na prezydenta to uwikłany w znajomości z faszystami i gangsterami radykał. Czy, po ogłoszeniu jego kandydatury, pojawią się ludzie z kolejnymi informacjami, zdjęciami, filmami z bliższej i dalszej przeszłości (takie materiały na pewno są, Nawrocki był aktywny w środowisku także w czasach, kiedy zdjęcia czy filmy nie trafiały od razu do internetu, a o mediach społecznościowych nikt nawet nie myślał)? Wydaje się to oczywiste".

onet.pl

sobota, 1 sierpnia 2026



Tematem obszernych materiałów otwierających serwisy informacyjne są też sianokosy. 10-minutowy reportaż w miniony weekend wyjaśniał Białorusinom osobliwości "zielonych żniw" i sprytne sposoby kołochoźników, które pozwalają zachować soczystość i wartości odżywcze ściętej trawy. Ta bowiem będzie pożywieniem dla białoruskich krów, bez których nie byłoby tamtejszej prężnej branży mleczarskiej.

- Zwykły proces pracy zamienia się w cyrk i pokazówkę - mówi Hurniewicz. I zwraca uwagę na kolejne absurdy łukaszenkowskich żniw. Nierzadko główną rolę w nich odgrywają narodowi bohaterowie lata - kombajniści.

- Gdy mają przerwę obiadową, na polach organizowane są dla nich koncerty. Czasem wygląda to wręcz komicznie: trzech kombajnistów spożywa posiłek, a przed nimi tańczy i śpiewa 10 osób w strojach ludowych. Odwiedzają ich celebryci i urzędnicy, wygłaszane są patetyczne przemówienia - mówi rozmówca Interii.

Każda bitwa potrzebuje jednak generała. W "bitwie o plony" tę rolę odgrywa oczywiście Alaksandr Łukaszenka.

Jak co roku na początku żniw organizuje szeroko relacjonowane spotkania z rządem, na których wyznacza cele, wskazuje odpowiedzialnych za ich wykonanie i dzieli się licznymi mądrościami na temat gospodarki rolnej.

Nie cofa się też przed groźbami.

Dla reżimu kampania żniwna to bowiem śmiertelnie poważna sprawa. Łukaszenka zażądał, by migających się od ciężkiej pracy w polu i "szkodników", którzy sabotują "kampanię żniwną", wcielić armii.

- Każde niewykonanie rozkazu - do wojska. Niech tam służą. Będą siedzieć w lesie. Tam też potrzebna jest siła robocza. Niech tam posłużą w okresie żniw. Zarówno urzędnik, jak i ten, kto nie chce pracować - orzekł.

(...)

Te wszystkie absurdy nie wzięły się znikąd. Alaksandr Łukaszenka pielęgnuje radziecką opowieść o Białorusi jako kraju ciężko pracujących robotników rolnych. Bo miejsca na indywidualne rolnictwo od czasów sowieckich, jak wiadomo, nigdy nie było.

Kiedy Związek Radziecki jeszcze w latach 20. XX w. próbował szukać swojej legitymacji do sprawowania kontroli nad nierosyjskimi republikami, odwoływał się do opowieści narodowych.

Z racji struktury białoruskiego społeczeństwa, które zamieszkiwało głównie wieś, budowano obraz Białoruskiej SRR jako kraju rolniczego o zdrowych chłopskich korzeniach, a białoruskojęzyczna kultura - jeśli istniała - była przede wszystkim wiejskim folklorem. Podstawą tożsamości była praca na roli i zadanie wykarmienia siebie i innych.

Łukaszenka tę wiejską opowieść o Białorusi przejął i dzielnie kultywuje obraz kraju stojącego rolnictwem.

Problem polega jednak na tym, że taka Białoruś już nie istnieje.

- Jeśli w latach 90. miało to jeszcze pewną logikę, ponieważ na Białorusi mieszkało wiele osób związanych z rolnictwem, a ich poparcie było potrzebne władzy, to dziś wywołuje już tylko gorzki uśmiech. Białoruś jest jednym z najbardziej zurbanizowanych krajów Europy - około 80 proc. obywateli mieszka w miastach - tłumaczy Dzmitry Hurniewicz. Dla porównania w Polsce ten współczynnik wynosi 60 proc.

(...)

- W Związku Radzieckim żniwa były ważnym, ale zwyczajnym procesem gospodarczym. Na Białorusi przedstawia się je jako kwestię przetrwania narodu - mówi Interii Hurniewicz.

Dla Łukaszenki produkcja rolna to podstawa białoruskiej suwerenności. Wgląd w to, jak myśli tu aparat państwowy i co Łukaszenka chciałby, żeby myśleli Białorusini, daje niedawny tekst jednego z ideologów postsowieckiej Białorusi Wadima Hihina, opublikowany na łamach rządowego dziennika "SB. Biełarus' Siegodnia", który do 2018 r. nosił dumną radziecką nazwę "Sowietskaja Biełorussija".

"Na białoruskich polach rozgrywa się zupełnie inna bitwa. Bitwa o chleb" - pisze Hihin w swoim liście miłosnym do kołchozów i Łukaszenki, i dodaje: "To nie przesada. Dziś jedzenie to nie tylko kalorie na talerzu. To suwerenność i główna gwarancja pokoju".

Dalej pisze o tym, jak "niewidzialna ręka rynku" nie sprawdza się w rolnictwie i jaki błąd popełniają na Zachodzie, wspierając nie kolektywizację wsi, a rolnictwo indywidualne. "Białoruś poszła inną drogą. Tutaj nie oddano ziemi na zatracenie żywiołowemu rynkowi. Państwo wzięło na siebie rolę głównego dysponenta, stratega i inwestora" - czytamy.

"Białoruski model udowodnił, że państwo może i powinno być efektywnym właścicielem, jeśli u steru stoją profesjonaliści" - przekonuje Hihin i wskazuje, kto jest czołowym profesjonalistą białoruskiego rolnictwa: "Głównym motorem tego procesu jest Głowa Państwa".

A jak jest naprawdę? - Białoruś musi importować zboże. W 2023 roku wydała na zakup zagranicznej pszenicy około 50 mln dolarów - mówi Hurniewicz i dodaje: - Rolnictwo jest głęboko dotowane, a niemal połowa białoruskich rejonów jest deficytowa i utrzymywana z budżetu państwa. Trzykrotnie mniejsza Litwa zbiera więcej zboża niż Białoruś, a jej plony z hektara są wyższe.

Hurniewicz przywołuje też garść statystyk, które pokazują, w jakim stanie jest białoruskie rolnictwo. - Powierzchnia gruntów rolnych na Białorusi stale się zmniejsza. W 1994 roku wynosiła 6,2 mln hektarów, obecnie to około 5,7 mln hektarów. W ciągu ostatnich 20 lat liczba pracowników państwowych przedsiębiorstw rolnych spadła z 380 tysięcy do 250 tysięcy osób. Liczba kołchozów zmniejszyła się w tym czasie o około 500 - z 2000 do 1500. Bez wsparcia państwa aż 60 proc. z nich przynosiłoby straty - wylicza.

O znaczeniu kolektywnego rolnictwa dla białoruskiej gospodarki mówi Interii Wojciech Konończuk - Nie jest ono kluczowe dla gospodarki białoruskiej, bo to sektor, który generuje kilka procent PKB - wskazuje szef OSW.

Jak mówi, w 2020 roku - w roku niedokończonej rewolucji antyłukaszenkowskiej - sektor IT był niemal na poziomie rolnictwa. - Rozwój IT został zahamowany, a wręcz ograniczony w związku z emigracją wielu informatyków, którzy wsparli protesty. Ale to pokazuje priorytety Łukaszenki. Branża IT to mogła być kura, która znosi złote jaja. Łukaszenka, mając do wyboru ograniczenie swojej władzy lub wstrzymanie rozwoju sektora IT, wybrał oczywiście to drugie - wskazuje Konończuk.

interia.pl


Tomasz Żółciak i Grzegorz Osiecki, dziennikarze Wirtualnej Polski: - A jeśli spróbować to uprościć: kto w tej chwili wygrywa narracyjnie - PiS "nowogrodzki" czy obóz Morawieckiego?

Michał Fedorowicz z kolektywu Res Futura, analizującego nastroje w mediach społecznościowych: To zmienia się codziennie i dobrze pokazuje, jak chwiejni są dziś odbiorcy prawicy. W piątek, gdy dokonywał się rozpad w partii, dominowało zawodzenie: "po co to robicie". W sobotę i niedzielę - "Morawiecki zdrajca". Po wystąpieniu Kurskiego wahadło wróciło: "przegięliście, po co się kłócicie". A gdy prezes Kaczyński ogłosił, że nie będzie nikogo wywalał, tylko zajmie się tym rzecznik dyscypliny Karol Karski, część odbiorców odczytała to jako słabość prezesa, który przestraszył się Morawieckiego.

To wszystko jest bardzo kruche - obie strony są bardzo podatne na nastroje w mediach społecznościowych, a wyborcy reagują raczej jak stado: po prostu biegną za impulsem.

- Kto zgromadził wokół siebie ludzi, którzy naprawdę potrafią robić zasięgi - rolki, TikToki itd.? To wszakże kwestia tego, jaką "armią" się dysponuje w budowaniu własnej narracji.

Jest taka teoria, że PiS rozpadł się, bo był zbyt dobry w internecie. Brzmi paradoksalnie, ale wytłumaczę: partia produkowała ogromne ilości treści, które wzajemnie się wykluczały. Z jednej strony bardzo skrajnie prawicowe - tu prym wiedli politycy dawnej Suwerennej Polski - z drugiej treści prorozwojowe, bardziej progresywne. I te dwa nurty zaczęły się zwalczać. Tak naprawdę państwo pokłócili się o komunikację: kto gdzie udziela wywiadów, kto nagrywa jakie rolki, po co w ogóle ścigać się z Konfederacją i powielać jej przekaz.

Jeśli odłożyć na chwilę ambicje polityczne, to przez ostatnie dwa lata w PiS wykrystalizowały się dwa silne obozy komunikacyjne: ekipa Mateckiego (zwykle pierwsza piątka pod względem zasięgów) i ekipa Morawieckiego (też czołówka). Tematy, którymi żyją, całkowicie się wykluczają.

Paradoks polega na tym, że po rozłamie obie strony wciąż mają mocny internet i wcale się nawzajem nie potrzebują. Najsłabszy internet ma dziś PiS jako taki - bo politycy tacy jak Czarnek, Błaszczak czy Sasin są w mediach społecznościowych słabi. Morawieckiemu interakcje spadły o jakieś 15 proc., Mateckiemu odrobinę.

- Czy kandydat PiS na premiera Przemysław Czarnek nie dostał rykoszetem i w efekcie jest największym przegranym tego podziału pod względem zasięgów i interakcji w mediach społecznościowych?

Od kiedy Czarnek został kandydatem, nigdy nie robił dobrych internetów, nie miał milionowych zasięgów.

- Dlaczego tak się dzieje?

Czarnek nie mówi nic oryginalnego. Wszystko, co powtarza, już dawno powiedzieli Patryk Jaki, Dariusz Matecki czy reszta Konfederacji.

- A co oryginalnego mówi Morawiecki?

Morawiecki myśli do przodu, mówi o przyszłości, o CPK, o rozwoju.

- Ale Czarnek też mówi np. o wyjściu z ETS.

To od czterech-pięciu lat mówi Grzegorz Braun i cała Konfederacja. To nie jest oryginalne.

(...)

- Politycy PiS-u mówią czasem: "brylujemy na X, ale nasi wyborcy siedzą na Facebooku". Widać wyraźny rozdźwięk między tymi platformami?

Po pierwsze: większością grup PiS-u na Facebooku zarządza pośrednio lub bezpośrednio Dariusz Matecki - robiliśmy taką analizę wśród polityków Suwerennej Polski. Te "15 tysięcy lajków" pod postem to często efekt tzw. masowego udostępniania w powiązanych grupach - taki swoisty "Sok z buraka", gdzie udzielają się solidarni z Owsiakiem, solidarni z TVP, solidarni z TVN, solidarni z Trzaskowskim, solidarni z Tuskiem czy solidarni z solidarnymi.

Jedna osoba siedząca w dziesięciu takich grupach polajkuje wszędzie i powstaje pozorny zasięg - ale to puste liczby. Tak samo działa to po stronie Suwerennej Polski.

Facebook jest oczywiście kluczowy jako miejsce kontaktu polityka z wyborcą, ale politycy, którzy odeszli z PiS, mają silne własne profile i mówią wprost do swoich odbiorców - nie muszą już dogadywać się z fanami Suwerennej Polski. Z tej perspektywy walka w social mediach między dawnymi frakcjami wygląda tak samo, jak przed rozłamem, choć z jedną różnicą: dziś PiS jako całość jednoznacznie konkuruje o fanów z Konfederacją i Koroną Polski. I tę walkę przegrywa od roku.

Każdy komunikat Czarnka - w sprawie ETS czy progu podatkowego - jest skutecznie kontrowany przez fanów Konfederacji i Korony: "kłamiecie", "wpuściliście Ukraińców", "Braun miał rację".

- A czy linie narracyjne Rozwoju Plus w tej sytuacji nie okażą się po prostu obłe, by zrobić wrażenie?

Wchodzimy tu w rejon komunikacji zbliżonej do Polski 2050. Problem w tym, że robi ona wrażenie, ale nie przekłada się na żadne realne poparcie - nie widać tego w procentach.

- Czyli, mówiąc językiem młodzieży, ta komunikacja "nie grzeje"?

Morawiecki od dwunastu miesięcy porusza się dwiema ścieżkami: mówi o rozwoju i o dobrych czasach, które wrócą - to dawało mu lajki i fanów, bo trafiał w niszę. Teraz jednak wchodzi na teren, który częściowo zajmuje Polska 2050, częściowo PSL, a nawet Razem - komunikację centrową, rozwojową, lekko lewicową, na pewno nie platformianą. Licytuje się więc z tymi samymi odbiorcami. Może teraz mówić: "nie mam przy sobie tych wrednych pisiorów, jestem lepszy". Ale sondaże i lajki pokazują, że niewielu chce to klikać i udostępniać. Bo centrum w mediach społecznościowych się nie klika - jest zbyt "obłe", bez skrajności.

(...)

- A jak w internecie postrzegany jest dziś Jarosław Kaczyński? Dominuje ocena, że prezes osłabł, zużył się, dał się rozegrać i doprowadził do największego exodusu z partii od czasu ziobrystów w 2011 r.? Czy raczej widziany jest jako gracz, który w dogodnym momencie po prostu pozbył się kłopotu w postaci Morawieckiego?

Algorytm w ogóle nie interesuje się Kaczyńskim. Jest dla niego jakimś tam symbolem, ale ani on sam, ani jego wypowiedzi nie robią "czadu", nie polaryzują. Jego wywiady się nie sprzedają - zostaje z nich jeden, może dwa cytaty. To nie jest to, co kiedyś.

- Czyli media społecznościowe właściwie już odwołały go z funkcji lidera PiS?

Dla użytkownika, który nie jest maszyną, wciąż jest symbolem. Ale dla samego algorytmu to polityk mało atrakcyjny w strumieniu treści. Klika się gorzej nawet u "Silnych Razem".

(...)

- Jakie wnioski polityczne można wysnuć z tego, co dzieje się dziś w socialach po prawej stronie? Co zdominuje przyszłoroczną kampanię?

Po prawej stronie widzimy trzy główne tematy-drivery. Pierwszy to stosunek do Ukrainy i wojny - licytacja na "antyukraińskość" widoczna była już w kampanii prezydenckiej, teraz stanie się stałym czynnikiem.

Drugi to ceny energii i ogólnie koszty życia - temat, który mocno "grzeje" społecznie. Trzeci: wszystkie partie będą atakować PiS za jego rządy - PiS czeka kampania w okrążeniu. Od trzech lat w opozycji jest skutecznie obijany przez Konfederację i Koronę, teraz dołoży mu się jeszcze reszta - za stosunek do Ukrainy, za zboże, rolnictwo, ETS, kwotę wolną. PiS nie miał jeszcze tak trudnej kampanii, bo pierwszy raz będzie mocno atakowany w mediach społecznościowych z prawej strony.

(...)

- Wracając do drugiego wątku - poziomu życia. Mieliśmy wygaszenie tarczy paliwowej -CPN, a teraz zapowiedź Tuska, że wróci na ostatnie dwa tygodnie wakacji. Czy to wystarczy?

Z jednej strony mamy rekordowo pozytywne badania CBOS o sytuacji materialnej Polaków, a z drugiej strony w sieci mamy rekordowe nasilenie narracji o bezrobociu, wzroście cen, drożyźnie. Więc jak Polak, któremu żyje się dobrze otwiera internet to się boi. A mistrzem dowożenia tego gniewu w sieci jest Konfederacja. Tematy energetyka i paliwo wywołują złość i strach - ludzie boją się, że będzie coraz drożej i stracą status. Nakłada się na to temat szpitali. A do tego dochodzi obawa przed ETS-em i "zielonym ładem", który - jak się mówi - ma zamykać fabryki. To temat stale żywy w social mediach i generujący lęk.

- A jak może się to rozwinąć, mimo że wskaźniki gospodarcze są raczej dobre?

Istnieje prawda życia i prawda ekranu. Szczerze nie wiem, jak zareagują użytkownicy czytający codziennie, że jest bardzo źle. To trochę przypomina jesień 2022 r., gdy rząd Morawieckiego po raz pierwszy zaczął mieć z tym problem - sytuacja się powtarza. Mimo że wskaźniki mówią, że żyje się lepiej, ludzie wciąż czytają, że jest źle. Pytanie, czy w końcu powiedzą "to pier***lolo, nie wierzymy w to", czy będą się sami nakręcać. Na tym żerują wyłącznie Konfederacja i Korona - mówią wyborcom, że będzie jeszcze gorzej, bo przyjdzie Trybunał Sprawiedliwości UE, zielony ład, Unia Europejska "wyrzuci was z domów", bo nie będzie na opał - klasyka gatunku.

(...)

- Czy zwolennicy obozu rządzącego przestali się bać samego PiS-u, a punktem odniesienia stali się dziś Braun i Konfederacja?

Dziś ich największym lękiem jest Braun - wizja koalicji PiS z Konfederacją.

- Czarny sen.

Właśnie dlatego wracam do wątku Kaczyńskiego - on już nikogo nie polaryzuje, nikt się go nie boi. Wszyscy po tej stronie boją się Brauna. Hasło "nie pójdziesz na wybory, przyjdzie Braun" stało się dziś swoistą odezwą mobilizacyjną.

- Ale z perspektywy Tuska to chyba dobra wiadomość - ma czym straszyć?

I tak właśnie to komunikują. Tyle że oczekiwanie jest, by robić więcej - zamykać, aresztować.

- Rozumiemy, że w tym kontekście mieszczą się ruchy ministra Kierwińskiego - deportacje w reakcji na incydenty z udziałem Ukraińców.

To są oczekiwania niezależne od bańki - bo nastroje antyukraińskie są dziś zjawiskiem ponadbańkowym. Naturalnie znajdzie się ktoś, kto broni Ukraińców, ale to margines. Za to oczekiwanie wobec Brauna - delegalizacji, zamknięcia - jest bardzo szerokie i otwarte.

- Na koniec - na ile w sieci aktywni są zewnętrzni gracze? Widać długą rękę Moskwy?

Moskwy i Kijowa. Propagandę rosyjską znamy dobrze - wiemy, jakie konta, jakie kanały. Ale bardzo sprawne operacje komunikacyjne prowadzi też strona ukraińska.

Propaganda kijowska działa na dwóch frontach: po pierwsze wokół sprawy Orderu Orła Białego i na forum unijnym, pokazując Polaków jako naród szowinistyczny - co paradoksalnie nakłada się na to, co mówili Rosjanie na początku 2022 r. - próbując zbudować wśród Niemców i Francuzów obraz niewdzięcznych Polaków wrogo nastawionych do Ukraińców. Po drugie, w Polsce koncentruje się głównie na podbijaniu przekazów antynawrockich, przedstawiających prezydenta jako szowinistę i nacjonalistę.

wp.pl