niedziela, 9 listopada 2025



W porządku omawianego państwa cała aktywność polityczna ma de facto charakter wojskowy czy też – patrząc z szerszej perspektywy – organizowana jest przez konflikt (z wrogami wewnętrznymi i/lub zewnętrznymi, zależnie od potrzeby). Wojsko to najwyższy stopień zorganizowania społeczeństwa, a wojna – najważniejszy przejaw jego aktywności. Współczesna Rosja stanowi kontynuację Wielkiego Księstwa Moskiewskiego w jego postaci ukształtowanej po podboju mongolskim i wchłonięciu przez nie ziem i ludów Wielkiego Stepu. Istnieje jednak coś, co mimo tego dziedzictwa odróżnia jej mieszkańców od Azjatów: Imperium Rosyjskie budowały po części elity europejskie, głównie niemieckie, które szybko upajały się naturą i zakresem władzy, jaką oferowała im absolutystyczna Rosja. Dzięki nim państwo rządzone z Petersburga uzyskało formę, która zewnętrznie przypominała europejską, ale pozostało azjatyckie w treści. Trudno czasem nie mieć wrażenia, że Rosja to mongolska horda z pruskim szlifem.

(...)

Mieszkańcy Sewastopola i górnicy z Doniecka są otwarci i serdeczni do momentu, gdy gość z Polski pozostaje w poetyce doskonale pamiętanego jeszcze wówczas na obszarze posowieckim serialu Czterej pancerni i pies. Kiedy zaś próbuje poruszać jakieś trudne tematy – z historii Rosji i ZSRR oraz wzajemnych relacji z Polską i, szerzej, Zachodem – to mu się bardziej lub mniej dyskretnie i grzecznie sugeruje, by tego nie robił. Trudne tematy nie istnieją, a jeśli były czy są, to nie ma sensu ich rozpamiętywać. „Komu to służy? Tylko naszym wspólnym wrogom!”. Pozostaje być zachwyconym krążownikiem rakietowym „Moskwa”. No, może jeszcze okrętem podwodnym „Ałrosa”, zwłaszcza w zestawieniu z tym złomem „Zaporoże”, co to go Ukraińcy trzymają w „rosyjskim” doku i naprawić nie potrafią.

Były i są na terenach ruskiego miru jednostki, z którymi człowiekowi z Zachodu rozmawia się dobrze i swobodnie, o czym kilka słów dalej. Problemu nie generuje to, że mają inne poglądy i uważają je za jedynie słuszne, lecz ich powiązanie ze specyficznym systemem wartości. Przeciętni Rosjanie najczęściej godzą się z rolą przedmiotów polityki państwa, swoistych trybików w militarystyczno-mocarstwowej machinie, w której życie współobywateli (ale już niekoniecznie ich własne) ma znaczenie mniejsze niż inne narzędzia znajdujące się w dyspozycji imperium.

Najlepiej opisać to za pomocą kolejnego wspomnienia. Sierpień 2000 r., po katastrofie atomowego okrętu podwodnego „Kursk”. Górnik (znów górnik, ale podejście jest typowe nie tylko dla tego zawodu) z Workuty: „No tak, ponad setka chłopaków zginęła [to przykre – AW], ale TAKI OKRĘT żeśmy stracili! [to prawdziwa tragedia – AW]”. „Cywilizacja rosyjska” czy – jak kto woli – ruski mir myśli inaczej, a przez to często podejmuje działania co najmniej trudne do zrozumienia z naszej perspektywy.

Komentarz górnika o katastrofie „Kurska” potwierdza rangę, jaką zwłaszcza w Rosji cieszą się wiadomości dotyczące sfery militarnej. Ich ilość na niemal całym obszarze posowieckim jest ogromna. Likwidacja ZSRR i ogłoszona przez jego ostatniego przywódcę Michaiła Gorbaczowa głasnost (ros. гласность – jawność, otwartość) skutkowały m.in. lawiną ukazujących się publicznie materiałów o byłej armii sowieckiej – wcześniej objętych ściśle strzeżoną tajemnicą – a następnie o formacjach militarnych powstałych na jej gruzach. Wraz z krzepnięciem putinowskiej Rosji ich charakter ulegał stopniowej zmianie, a informacja w coraz większym stopniu stawała się dezinformacją.

Drogą tą podążyła również łukaszenkowska Białoruś. Do lutego 2022 r. swoista głasnost w kwestiach związanych z wojskowością utrzymywała się natomiast na Ukrainie, a i pełnoskalowa wojna nie zdołała jej w pełni zlikwidować. Postęp dezinformacji nie ograniczył jednak ilości słowa drukowanego i materiałów audiowizualnych, przez które trzeba przebrnąć, badając militarne aspekty funkcjonowania byłych republik sowieckich. Systematycznie poszerza ona zaś swoją przestrzeń życiową w internecie, jednak nie zawsze kosztem tradycyjnych nośników. Jeden człowiek nie da rady wszystkiego obejrzeć, przeczytać i wysłuchać. Przed badaczem trudna sztuka wyboru.

Jak zatem ma się sprawa z rosyjskimi źródłami wiedzy mogącej posłużyć do analizowania sektora wojskowego? Czy wszystko, co się w nich pojawia, to nieprawda? Odpowiedź na drugie pytanie jest przecząca. Co więcej, w warstwie stricte informacyjnej Rosjanie prawie zawsze opierają się na faktach. Dezinformują natomiast poprzez odpowiednio dobrane interpretacje i przyjętą narrację. Jeśli w tamtejszych źródłach pojawiają się wieści o wynaturzeniach w jednostce wojskowej numer taki i taki, ewentualnie o wykrwawieniu się batalionu w walkach o stację honorowego krwiodawstwa w „Krwiopijsku”, to najprawdopodobniej takie sytuacje miały miejsce i prędzej lub później się potwierdzą. Zarazem jeśli w tamtejszych źródłach pojawiają się wieści o pomyślnym zakończeniu prób z nową rakietą balistyczną i skierowaniu jej do produkcji, ewentualnie o zajęciu kolejnej wsi w Donbasie, najprawdopodobniej takie sytuacje także miały miejsce i prędzej lub później się potwierdzą. Ogólnie rzecz biorąc, warto być cierpliwym. Natomiast budowany na podstawie takowych (najczęściej kilku pokrewnych) informacji całościowy obraz Sił Zbrojnych FR czy jakiejkolwiek wojny z ich udziałem, co wciąż serwują nam Rosjanie, a od 2022 r. także – przeważnie ku pokrzepieniu serc – Ukraińcy, będzie fałszywy.

Jeśli mamy się posługiwać pojęciami z zakresu sztuki wojennej, to na poziomie taktycznym, najniższym, dotyczącym szczegółów, a nie całościowej oceny jakiejś sytuacji, Rosjanie zwykle nie kłamią. Trzeba jednak pamiętać, że ta „prawdomówność” odnosi się wyłącznie do zdarzeń, szczególnie takich, które trudno ukryć lub – zwykle – nie ma potrzeby tego robić. Nie obejmuje ona natomiast sfery deklaracji i opinii, w tamtejszym przekazie z reguły wymieszanej z faktami. Sztandarowy przykład to określanie nowo wprowadzanych do służby typów uzbrojenia mianem „niemający odpowiedników w świecie” (ros. не имеющий аналогов в мире). Wbrew zdaniu niektórych zachodnich analityków zwrot ten nie odnosi się do danych taktyczno-technicznych (które z reguły pozostają niejawne), ale stanowi formę promocji skierowaną na ogół do własnego społeczeństwa.

Dezinformacja pojawia się na szczeblu operacyjnym – gdzie z odpowiednio dobranych prawdziwych wydarzeń tworzy się fałszywy obraz całości – a dominuje na poziomie strategicznym (najwyższym, z innej perspektywy można o nim rzec – politycznym), na którym FR stara się wmówić światu, że jest ofiarą agresji Ukrainy i/lub Zachodu. Na tym ostatnim istnieje jeden wyjątek, w którym rosyjski przekaz zgadza się z rzeczywistością: jeśli Moskwa konsekwentnie powtarza, że coś niesie żywotne zagrożenie dla jej specyficznie rozumianego interesu narodowego, i wręcz wprost grozi interwencją zbrojną, to w sprzyjających jej okolicznościach się na to zdecyduje. Rozumowanie to dotyczy jednak tylko potencjalnego konfliktu konwencjonalnego, czym innym zaś jest w jej retoryce straszak atomowy. Kreml zdaje się mieć świadomość, że użycie broni jądrowej to ostateczność, a w wojnie nuklearnej – przynajmniej na obecnym poziomie rozwoju technologicznego – nie będzie zwycięzców. Zdaje się także przekonany, że analogicznie rozumują pozostałe mocarstwa atomowe. Dzięki temu może mniej lub bardziej oficjalnie straszyć tych, którzy jej nie mają, lecz na straszeniu poprzestaje. Owszem, trudno wykluczyć użycie przez Rosję broni jądrowej, gdyby wrogie armie maszerowały na jej stolicę. Jeszcze trudniej jednak wyobrazić sobie sytuację, w której to nie ona jest agresorem. Warto o tym pamiętać w kontekście oceny potencjalnych przyszłych działań militarnych FR.

Skoro Rosjanie na poziomie taktycznym zasadniczo posługują się faktami, to w czym problem? Otóż w tym, że nigdy nie przedstawiają ich w sposób kompleksowy – w opisie wydarzeń zawsze pomijają istotne elementy. Czytając wywiad z dowódcą brygady zmechanizowanej z Centralnego Okręgu Wojskowego, poza standardową, „ogólnowojskową” laurką dla jednostki poznamy otczestwo (imię ojca) jej szefa, ale często zabraknie informacji o miejscu jej dyslokacji – o numerze, strukturze i liczebności nie wspominając. Nie poznamy liczby dostarczonych czołgów lub samolotów (inna sprawa z okrętami – pod czujnym okiem satelitów trudno je ukryć), a przede wszystkim nie dowiemy się nic o problemach. Co więcej, wszystkie dane zostaną potraktowane niezwykle wybiórczo. Przeczytamy wywiad z przykładowym dowódcą z Jurgi, a kilkunastu jego odpowiedników nigdy nie poznamy, chyba że któryś malowniczo polegnie i dostanie pogrzeb z honorami. Doniesienia o przekazanym uzbrojeniu pojawią się tylko wtedy, gdy dostawy będą zbyt duże, by je ukryć lub – odwrotnie – gdy Moskwa uzna za stosowne je nagłośnić. Dodatkowo wyłowienie ziarenka przydatnej wiedzy wymaga czasami przebrnięcia przez wiele akapitów lub nawet stron tekstowego bagna.

Z przeciwnej strony rosyjskiej infosfery – tej uchodzącej za mniej lub bardziej niezależną od Kremla – funkcjonują źródła prezentujące sprawy niekorzystne dla armii i floty bądź wręcz je dyskredytujące. Tu również nie znajdziemy kompletu informacji. Często owe źródła są jak odbicie oficjalnego przekazu w krzywym zwierciadle, przy czym zbędna zawartość – wspomniane tekstowe bagno – dominuje w prawie każdym zakątku przestrzeni informacyjnej FR. Bywa jednak, że publikowane treści – nadzwyczaj klarowne – mają charakter swoistego wentylu bezpieczeństwa, zwłaszcza gdy dotykają zagadnień rozgrywających się na styku przeciętnego Rosjanina i machiny wojskowej państwa (vide m.in. zbierający dane o poległych w wojnie na Ukrainie portal Mediazona).

Przeciętny obywatel FR nie czytuje natomiast gazet pokroju „Kommiersanta” czy „The Moscow Times”, skąd o bolączkach krajowej wojskowości dowiaduje się przedstawiciel tamtejszych elit i – nierzadko – zachodni analityk. Podobnie jak poprzednie kategorie źródeł prasa ta też podchodzi do tematu wybiórczo. Jeśli zaś pojawiają – czy raczej pojawiały – się w niej materiały kompleksowe, jak wydawane przez „Kommiersant” raporty Cała armia rosyjska, to zawierały one sporą dawkę dezinformacji. Było to wszak informacyjne wejście z poziomu taktycznego na operacyjny.

Opisując całokształt swojej wojskowości czy odnosząc się do sytuacji ekstraordynaryjnych (roboczo zaliczmy do nich wojnę), Rosjanie tworzą wiele interpretacji i alternatywnych wersji rzeczywistości (naprawdę trudno wymyślić coś ponadto). Manipulując realiami, popełniają jednak błędy, dzięki którym także da się pozyskać ciekawe, a niekiedy decydujące dla odtworzenia przebiegu wydarzeń fakty.

(...)

Czy zbierając wszystkie te rozrzucone po różnych mediach odpryski wiedzy, uda się złożyć całościowy obraz Sił Zbrojnych FR (o ich aktywności nawet nie wspominając)? W dużej mierze tak, lecz pod warunkiem że badacz ma czas i determinację, by sięgnąć dwie lub trzy dekady wstecz. W okresie względnej otwartości mediów w latach 90. XX wieku w Rosji pojawiły się bowiem liczne materiały, które wciąż – mimo upływu lat – mogą służyć jako swego rodzaju szkielet, do którego daje się dopasować nawet najnowsze strzępy danych. Istotną rolę odgrywają tu dokumenty wymiany informacji w ramach traktatu o konwencjonalnych siłach zbrojnych w Europie (CFE), wydane chałupniczo w niewielkim nakładzie i oczywiście na przekór przyjętym przez Kreml zobowiązaniom – dziś białe kruki.

W badaniu rosyjskiej wojskowości nadal znajduje zastosowanie „zabytkowa” obecnie metoda zbierania informacji, czyli kontakt ze słowem drukowanym. W papierowych wydaniach gazet i periodyków poruszających problematykę militarną często można wyczytać więcej niż w wersjach elektronicznych. Chodzi o drobiazgi, acz z perspektywy analityka stanowiące ważne puzzle – jak doniesienia w „kronice towarzyskiej”  miesięcznika „Morskoj sbornik” wskazujące na sformowanie z marynarzy Floty Bałtyckiej na potrzeby agresji na Ukrainę 9 Pułku Zmechanizowanego. Wydania papierowe, mimo wojny wciąż przez OSW prenumerowane i docierające do Polski okrężnymi drogami, mają też inną przewagę nad internetowymi – ich zawartość nie ulega zmianie, co w wędrówce labiryntem rosyjskiej dezinformacji odgrywa rolę niebagatelną. Zapoczątkowana aneksją Krymu inwazja nie tylko ostatecznie przechyliła szalę na korzyść sieci, lecz także wysunęła na plan pierwszy wieści pojawiające się w serwisach społecznościowych. Przewodzi im Telegram – wytwór rosyjski, ale z powodzeniem wykorzystywany w działaniach informacyjnych przez obie strony konfliktu, ze strukturami Sił Zbrojnych Ukrainy włącznie. Konsekwencją upowszechnienia elektronicznych źródeł informacji, a zwłaszcza dominacji przekazu telegramowo-iksowego (dawniej twitterowego), jest niestety nadprodukcja doniesień niemających pokrycia w rzeczywistości (należy podkreślić, że za ich puszczeniem w obieg nie zawsze stoi czyjaś zła wola), co w ogromnej większości wyjaśnia się po kilku, najdalej kilkudziesięciu godzinach. Jeśli tylko sytuacja na to pozwala, warto być cierpliwym.

Czy w obliczu problemów z ogromem ukazujących się w Rosji doniesień wiedzy o rosyjskiej wojskowości nie warto poszukać gdzieś indziej? Wszak przy okazji konfliktu zbrojnego na Ukrainie sążniste raporty na temat potencjału militarnego FR wydają Amerykanie, Brytyjczycy, Francuzi, o Ukraińcach nie wspominając. Jeśli chcemy badać, a nie wpisywać się w powszechną w przekazie medialnym narrację, w warunkach wojennych ściśle podporządkowaną bieżącej polityce Kijowa i jego partnerów, odpowiedź jest przecząca. Ukraina i państwa NATO, w tym Polska, dysponują źródłami wywiadowczymi, lecz informacji faktycznie z nich pochodzących nie ujawniają. Ukraiński wywiad zdaje się z tego schematu wyłamywać, ale musimy pamiętać, że prowadzenie wojny informacyjnej należy do jego głównych zadań. W tym przypadku trzeba stawiać podobne pytania jak w odniesieniu do źródeł rosyjskich, bo wojna całkiem profesjonalnie dezinformować nauczyła również obrońców. Trafiające do publicznego obiegu wieści o wojskowości agresora – i korzystne, i niekorzystne – prawie zawsze pochodzą z Rosji. I wszyscy z nich korzystają, z Ukraińcami włącznie. Pozyskane w trakcie własnych badań dane dobrze przy tym skonfrontować z pracą innych, gdyż zawsze można przeoczyć coś istotnego.

(...)

Elita moskiewskich ekspertów od wojskowości opowiadała zaś o tym, o czym jej zdaniem gość – nie tylko znad Wisły – chciałby usłyszeć. Do sierpnia 2008 r. powtarzała, że rosyjska armia jest w stanie katastrofalnym. Kolokwialnie mówiąc, ludzie ci wieszali psy na sztabie generalnym, ministrze obrony, a nawet prezydencie. Swobodnie wyjeżdżali na Zachód, gdzie wszystko powtarzali po raz kolejny, wracali do siebie i znów wyjeżdżali. Coś tu nie pasuje – akurat w tak newralgicznej dziedzinie panuje „wolność słowa”, a za wydawałoby się znacznie mniejsze naruszenia „majestatu” armii imperium w 2006 r. zamordowano Annę Politkowską. Sytuacja wyjaśnia się w sierpniu 2008 r., kiedy to zszokowanemu agresją na Gruzję światu główna „europejska” twarz rosyjskiej ekspertyzy wojskowej – Paweł Felgengauer – tłumaczy, że Siły Zbrojne FR podniosły się z kolan i kroczą drogą ku potędze. A z tym katastrofalnym stanem to nie do końca była prawda.

(...)

Mając ku temu merytoryczne podstawy wynikające z możliwie rzetelnej kwerendy źródeł, warto trzymać się swojego zdania, nawet jeśli chwilowo reszta świata kupuje zupełnie odmienną narrację, a jakiś inny ekspert na podstawie własnych (lub prawie własnych) doświadczeń, bijąc się w piersi, przekonuje, że jest jeszcze inaczej. I zachować we wdzięcznej pamięci człowieka z Moskwy, który również nie wpisywał się w narrację, a za to jako jedyny mówił prawdę.

(...)

Doświadczenie uczy owej niezbędnej pokory, ale nawet gdy sprawia już wrażenie naprawdę dużego, i tak od błędów uciec się nie da. Ich przebogatą skarbnicą jest wojna rosyjsko-ukraińska, za której analityczne motto może służyć stare polskie przysłowie „co nagle, to po diable”. Tempo działań, spotęgowane zapotrzebowaniem na informację ze strony przełożonych, nierzadko nie pozwalało ekspertowi wykazać się należytą cierpliwością.

(...)

Wspomnienie z początku 2022 r. Postawiona w OSW w styczniu diagnoza, że armia FR przygotowuje się do uderzenia na Ukrainę, była – jak się później okazało – prawidłowa. Zgromadzone przez przyszłego agresora siły i środki zdawały się jednoznacznie unaoczniać, że Rosja pozazdrościła Stanom Zjednoczonym i planuje swój odpowiednik „Pustynnej Burzy”, czyli operacji w Iraku z 1991 r. Oto Moskwa, dla której Waszyngton pozostawał podstawowym punktem odniesienia, postanowiła wreszcie zrobić coś po amerykańsku!

Już w pierwszych dniach pełnoskalowej agresji na sąsiada coś zaczęło zgrzytać: w jego terytorium modelowo, jak na poligonie, wjechały batalionowe grupy taktyczne, ale gdzie się podziało spodziewane wcześniej zdobycie panowania w powietrzu? W następnych tygodniach, kiedy natarcie zaczęło tracić impet, pojawiły się kolejne pytania – o zmobilizowanie przez najeźdźców dalszych sił i środków. Przecież zgodnie z powszechnym przewidywaniem analityków wojskowych, a jeśli spojrzymy na zgromadzone siły i środki – także Rosjan, Ukraina powinna zostać pokonana w kilka tygodni! Ówczesny szef Kolegium Połączonych Szefów Sztabów USA generał Mark Milley twierdził wręcz, że Kijów padnie w trzy dni! Tymczasem obrońcy się nie dali, a wojna trwa dużo, dużo dłużej.

Niewielkim pocieszeniem dla badacza jest to, że nie tylko on niepoprawnie, bo w tym przypadku nazbyt pesymistycznie, przewidział rozwój wypadków. Przede wszystkim koncertowo zbłaźniły się struktury wywiadowcze agresora. Gdyby nie przekonanie, że oto stoimy w obliczu  wyczekiwanej zmiany, kiedy to Rosjanie będą toczyć wojny jak Amerykanie, analityk zajmujący się Siłami Zbrojnymi FR pamiętałby, że Rosja to Rosja, a nie USA. Pamiętałby, że prowadzi ona wojny po swojemu – z pogardą dla przeciwnika, jeśli uznaje go za słabszego. A do Ukrainy żywi wyjątkową pogardę. W rezultacie w początkowej fazie konfliktu zwykle potyka się o własne nogi (wskutek choćby niedocenienia stopnia zaangażowania po stronie ukraińskiej amerykańskiego rozpoznania i służb wywiadowczych), a później bywa różnie, lecz zawsze długo i krwawo. Agresja na Gruzję w sierpniu 2008 r. pozostaje w dziejach rosyjskiej wojskowości ewenementem najpewniej dlatego, że działania zbrojne przerwano po pięciu dniach.

(...)

Badając wojskowość i wojny – tym bardziej na obszarze posowieckim – nigdy nie uda nam się zbudować pełnego obrazu sytuacji. Często nie radzą sobie z tym nawet machiny wywiadów, zatem trudno wymagać tego od pojedynczego analityka. W czasie pokoju wszyscy lepiej lub gorzej starają się chronić wiedzę o swoich siłach zbrojnych, przynajmniej tę newralgiczną, a w trakcie wojny wszyscy kłamią. Takie jest odwieczne prawo konfliktów zbrojnych. Nie oznacza to, że mamy do czynienia wyłącznie z dezinformacją, ale że każda napływająca wiadomość może nie być zgodna z rzeczywistością – częściowo lub w całości.

Andrzej Wilk - Sztukowanie brakujących puzzli, czyli jak badać wojnę - OSW


Dziennik podkreślił, że działania Hegsetha nie mają precedensu w ostatnich dekadach i nie zostały w żaden sposób uzasadnione. Na dodatek według wysokich rangą wojskowych, w wielu przypadkach decyzje były sprzeczne z radami najwyższych dowódców, którzy walczyli wraz z tymi odsuniętymi generałami.

„NYT” ocenił, że całkowita nieprzewidywalność działań Hegsetha, wyłaniająca się z rozmów z 20 obecnymi i byłymi wojskowymi, stworzyła atmosferę niepokoju i nieufności, która zmusiła wyższych rangą oficerów do opowiedzenia się po jednej ze stron, a czasami skłóciła ich między sobą.

Jak twierdzi „NYT”, Hegseth opóźnił lub anulował awanse co najmniej czterech wysokich rangą oficerów, ponieważ wcześniej pracowali oni dla gen. Marka A. Milleya, byłego szefa Połączonych Sztabów, którego prezydent Donald Trump nie znosi i wielokrotnie oskarżał o nielojalność. Według rozmówców gazety, jednym z nich jest gen. James Patrick Work, który miał zostać zastępcą dowódcy Centralnego Dowództwa USA, nadzorującego wojska na Bliskim Wschodzie.

Gen. Work, jeden z najbardziej doświadczonych w boju dowódców armii, odegrał kluczową rolę w zwycięstwie nad Państwem Islamskim (IS) w Mosulu podczas pierwszej kadencji prezydenckiej Trumpa. W 2018 r. pełnił również funkcję zastępcy gen. Milleya, co mogło, jak twierdzą wysocy rangą oficerowie, skłonić Hegsetha do sceptycznego spojrzenia na niego. Pomimo silnego poparcia ze strony najwyższych dowódców armii, gen. Work pozostaje w stanie zawieszenia, a jego przyszłość jest niepewna.

Inni dowódcy stracili przychylność Hegsetha, gdy zostali zaatakowani na platformach społecznościowych przez prawicowych influencerów lub ponieważ przed laty wyrazili poparcie dla programów promujących różnorodność, równość i inkluzywność. Kontradmirał Milton Sands, dowódca Navy SEALs, który naciskał na zatrudnienie kobiet jako instruktorek w szkoleniach sił specjalnych, został zwolniony przez Hegsetha w sierpniu.

Jak dalej pisze „NYT”, niektórzy dowódcy zostali usunięci ze stanowisk za przedstawianie szczerych ocen sytuacji militarnej. Hegseth miał zrazić się do admirała Alvina Holseya, szefa Południowego Dowództwa Stanów Zjednoczonych, gdy ten zgłosił wątpliwości dotyczące ataków na łodzie na Morzu Karaibskim. Administracja Trumpa twierdzi, nie przedstawiając jasnych dowodów, że łodzie służą do przemytu narkotyków. Holsey w październiku niespodziewanie ogłosił, że ustępuje ze stanowiska, niecały rok po jego objęciu.

Służący od 35 lat w siłach powietrznych gen. Jeffrey Kruse został w sierpniu zmuszony do odejścia ze stanowiska szefa Agencji Wywiadowczej Departamentu Obronny, gdy podała ona w wątpliwość twierdzenie Trumpa, że amerykańskie naloty w czerwcu „zniszczyły” irański program jądrowy.

„NYT” zwraca uwagę, że Hegseth w publicznych wystąpieniach często podkreśla, iż „jedność” jest kluczowym elementem skutecznej armii, ale według rozmówców gazety jego działania tę właśnie jedność w armii osłabiają.

PAP


W irackich wyborach o 329 miejsc w parlamencie ubiega się rekordowa liczba prawie 8 tys. kandydatów z 69 partii i koalicji wyborczych. Kandydatów mogłoby być jeszcze więcej ale ok. 800 zostało zdyskwalifikowanych przez komisję wyborczą, przeważnie pod zarzutem powiązań z obaloną w 2003 r. partią Baas (jej liderem był Saddam Husajn). Mandaty dzielone są proporcjonalnie w skali prowincji, przy czym najwięcej tj. 71 przypada Bagdadowi, a na drugim miejscu jest Niniwa z 34 mandatami. To w tych dwóch miejscach rozegrają się największe wyborcze bitwy. O ile w Bagdadzie stawką jest ponad 1/5 mandatów o tyle złożoność wyborów w Niniwie związana jest z jej skomplikowaną demografią – choć większość stanowią sunniccy Arabowie, to są również szyici, a znaczną cześć mieszkańców stanowią Kurdowie. Ponadto są również Turkmeni, a trzy specjalne mandaty przysługują chrześcijanom, jazydom i szabakom (łącznie w Iraku mniejszościom religijnym przypada dziewięć mandatów).  

Niemal wszystkie listy mają charakter etnosektariański, ale rywalizacja odbywa się zarówno między grupami etnosektariańskimi jak i wewnątrz nich. Stosunkowo najprostsza jest sytuacja wśród Kurdów, gdzie dominują dwie partie:Partia Demokratyczna Kurdystanuoraz Patriotyczna Unia Kurdystanu. Są one obecnie bardzo skłócone i od roku nie są w stanie dogadać się w sprawie stworzenia rządu Regionu Kurdystanu. Kurdowie zgarną prawdopodobnie ok 60 – 65 mandatów i PDK liczy na co najmniej połowę z nich, co dałoby jej kluczową rolę w tworzeniu rządu. W zamian będzie chciała zdobyć urząd prezydenta Iraku, który dotąd piastowali politycy PUK (stanowisko to należy się Kurdom). Wybór prezydenta jest przy tym najcięższym zadaniem parlamentu, gdyż w przeciwieństwie do premiera (należy się szyitom) i przewodniczącego parlamentu (sunnici), wymagana jest większość 2/3 głosów. Choć realna władza jest w rękach premiera to do jego wyboru nie może dojść przed wyborem prezydenta. Nieoficjalnie mówi się, że PDK będzie chciało nominować na prezydenta Iraku obecnego prezydenta Regionu Kurdystanu Neczirwana Barzaniego (realna władza w Regionie jest w rękach jego kuzyna – premiera Masrura Barzaniego). Jeżeli jednak PUK nie dostanie nic w zamian to oznaczać będzie to dalszy paraliż Regionu Kurdystanu. Już obecnie łatwiej jest wjechać z terenów federalnych do części Kurdystanu kontrolowanej przez PUK, niż poruszać się miedzy tzw. „żółtym Kurdystanem” (PDK) a „zielonym Kurdystanem” (PUK). PUK liczy natomiast na odbudowę swojej pozycji, a w okresie kampanii wyborczej kilku liderów konkurencji trafiło za kratki. W szczególności dotyczy to dotychczasowej trzeciej partii Kurdystanu tj. Ruchu Nowej Generacji, której lider Szaswar Abdulwahid został oskarżony o nieprawidłowości finansowe. Z kolei Lahur Talabani, kuzyn lidera PUK Bafela Talabaniego, został uwięziony po zbrojnej konfrontacji z siłami bezpieczeństwa. 

Obie kurdyjskie partie są obecnie w zupełnie innych sojuszach w Bagdadzie. PUK ma układ z proirańskimi grupami szyickimi, podczas gdy PDK jest przez nie znienawidzona. To jednak wcale nie oznacza, że po wyborach nie dojdzie do odwrócenia się sojuszy, gdyż iracka polityka była już świadkiem wielu cudów. Dla PDK najważniejsze jest wyeliminowanie PUK i zagwarantowanie strumienia pieniędzy z budżetu federalnego, podczas gdy PUK chce utrzymania w swych rękach prezydentury oraz przekierowania pieniędzy z Bagdadu bezpośrednio do rządzonej przez siebie Sulejmani, a nie za pośrednictwem Regionu Kurdystanu. Bafel Talabani jest przy tym na tyle pragmatyczny, że jest w stanie łatwo opuścić blok proirański jeśli otrzyma odpowiednią propozycję od USA. Nie można jednak wykluczyć, że dojdzie do dalszego osłabienia spójności Regionu Kurdystanu, co byłoby w interesie sił proirańskich, gdyż USA planują przerzucenie do Irbilu swoich sił stacjonujących obecnie w Iraku (w połowie 2025 r. było to 2,5 tys.). Zgodnie z umową między USA a Irakiem do września 2025 r. miało nastąpić całkowite wycofanie ich z części federalnej, przy czym część miała być przerzucona do Irbilu. Szyici żądają jednak pełnego wycofania, a USA, choć rozpoczęło je w sierpniu, szybko zmieniło plan i postanowiło utrzymać co najmniej 250 żołnierzy w bazie Al Assad, a resztę nie tyle wycofać co raczej przegrupować do Irbilu i Syrii Północno-Wschodniej (do której aby mieć dostęp potrzebna jest obecność w Kurdystanie). Pretekstem jest walka z ISIS, choć faktycznie odrodzenie tej organizacji w Iraku nie grozi (co innego w Syrii), gdyż ma on dostatecznie silne siły zbrojne. Tyle, że ich lwią cześć stanowi Haszed Szaabi, którego rozwiązania żądają USA, gdyż widzi w niej projekcję wpływów irańskich (w rzeczywistości jest ona raczej sojusznikiem Iranu niż jego instrumentem, a jej liderzy wykazują się również dużym pragmatyzmem, unikając włączenia Iraku w konflikt irańsko-izraelski). Niemniej do likwidacji tej formacji dąży też PDK (PUK już niekoniecznie) oraz większość sunnitów. Szyici natomiast chcą dalszego usankcjonowania jej formalnego charakteru poprzez przyjęcie ustawy o Haszed Szaabi (definiuje ona jej status jako odrębnej formacji z własnym ministerstwem), co USA zablokowały grożąc Irakowi sankcjami. Kwestia przyszłości Haszed Szaabi jest jedną z głównych stawek tych wyborów, przy czym obecnie z budżetu państwa jest wypłacany żołd dla 230 tys. członków tej formacji. Oznacza to, że założenie, iż jedną decyzją można ją rozwiązać jest całkowitą utopią. 

Sunnici idą do wyborów znacznie bardziej podzieleni. Cztery główne listy to blok Taqadum Mohammada al-Halbusiego, Azm Muthany as-Samaraiego, Sojusz Suwerenności Khamisa al Khanjara i Hasm Thabita al-Abbasiego. Ten ostatni szczególnie mocny jest w Niniwie. Halbusi, który w poprzednich wyborach okazał się najsilniejszy i przejął stanowisko przewodniczącego parlamentu, wszedł wówczas w koalicję z PDK i Muqtadą as-Sadrem. Wydawało się, że ta trójka będzie rozdawać karty, ale wszystko się wywróciło gdy Sadr przegrał, próbując wyeliminować szyicką konkurencję. W nowym rozdaniu, gdzie pierwsze skrzypce grały szyickie partie proirańskie, Sadr wycofał swoich ludzi z parlamentu, a Halbusi został na lodzie i z inicjatywy sunnickiej konkurencji został usunięty ze stanowiska przez Sąd Federalny. Jeśli szanse wyborcze oceniać po liczbie billboardów w irackiej stolicy to Halbusi jest również obecnie faworytem, przy czym ocenia się, iż raczej nie poprze obecnego premiera Mohammada as-Sudaniego na drugą kadencję jako premiera. Jednym z elementów nacisku na niego ze strony obozu proirańskiego jest to, że obóz ten wciąż ma w rękach Sąd Federalny, który może zablokować Halbusiemu drogę do odzyskania pozycji. Obecnie jednak wydaje się, że obóz proirański stawia na As-Samaraiego, natomiast wrogiem nr 1 jest dla niego Khanjar, który jest oskarżany o powiązania z partią Baas.  

Sunnici teoretycznie powinni zdobyć ok. 50-60 mandatów ale mają szansę na znaczne zwiększenie tej liczby kosztem szyitów. Wynika to z podziałów wewnątrzszyickich, a w szczególności bojkotu wyborów ogłoszonego przez Muqtadę as-Sadra. (...) Obecnie jednak wrogiem nr 1 Sadra jest szyicka konkurencja proirańska, a w szczególności Kais al-Chazali, który niegdyś był jego człowiekiem.

Niekoniecznie jednak oznacza to, że Sadr jest antyirański, choć istnieją spekulacje, że mimo ciągłej antyamerykańskiej i antybrytyjskiej retoryki dogadał się z USA i Wielką Brytanią, w czym miał pośredniczyć jego kuzyn Mohammed Jafaar as-Sadr, który od 2019 r. był ambasadorem w Wielkiej Brytanii, a niedawno objął iracką placówkę w Katarze. Zdaniem niektórych irackich ekspertów to właśnie ten polityk miałby być forsowany na premiera przez Sadra po wyborach i to przy wsparciu amerykańsko-brytyjskim. Sadr liczy na to, że niska frekwencja pozbawi jego konkurentów legitymacji wyborczej, a to z kolei da mu możliwość doprowadzenia do wybuchu społecznego (lub groźby jego zorganizowania). W rezultacie przeciwnicy polityczni zostaną zmuszeni do ustąpienia mu pola. Niemniej jeśli tak jest to stawianie na Sadra może okazać się katastrofalne w skutkach ze względu na zmienność jego nastrojów i w konsekwencji – nieprzewidywalność.  

Poza Sadrem wśród szyitów można wyróżnić dwie główne siły: tzw. Ramy Koordynacyjne oraz Koalicję Rozwoju i Odbudowy Sudaniego. Te pierwsze stanową konglomerat kilkunastu proirańskich ugrupowań politycznych, dysponujących przeważnie własnymi milicjami (formalnie stanowiącymi część państwowych sił bezpieczeństwa jako Haszed Szaabi). Choć idą one do wyborów osobno to przewiduje się, że po nich stworzą jeden blok, mający ambicje bycia „najliczniejszym w parlamencie”, co da im formalnie prawo do nominacji premiera. Niemniej wewnątrz tego bloku również trwa intensywna rywalizacja, w szczególności między Kaisem al-Chazalim, będącym duchowym liderem listy Sadikun i milicji Asaib Ahl al Hak oraz Nurim al-Malikim – b. premierem w latach 2006-2014 (wstawionym wówczas na to stanowisko przez USA), stojącym na czele listy „Państwo Prawa”. Ambicje politycznego przywództwa w obocie szyickim ma jednak tez Kataib Hezbollah (najmniej pragmatyczny z sił proirańskich i odpowiedzialny za większość ataków na siły USA), który stworzył partię o nazwie Hoquq. Warto dodać, że Chazali, uznawany przez USA za terrorystę, ma świetne relacje z ambasadorem Rosji w Iraku Elbrusem Kutraszewem, a jego telewizja al-Ahad promuje narrację prorosyjską. Główny człowiek Chazaliego w rządzie, minister szkolnictwa wyższego i badań naukowych Naem al-Aboudi (możliwy kandydat na premiera) niedawno zainaugurował współprace z Rosjanami w zakresie programu nuklearnego (teoretycznie ma on wymiar badań naukowych, ale może być wstępem do uruchomienia irackiego programu nuklearnego przy wsparciu rosyjskim). Warto dodać, że obóz ten ma też dobre relacje z Chinami, które zainwestowały w spółkę Muhandis będącą zapleczem finansowym Haszed Szaabi, a ostatnio obłożoną sankcjami przez USA.  

USA rozszerzyły też sankcje przeciwko grupom wchodzącym w skład tego obozu, a wielu irackich ekspertów obawia się, że w przypadku wyborczego zwycięstwa tego obozu Irak zostanie obłożony sankcjami USA. Również Sadr zrobi wszystko by zablokować premierostwo Malikiego lub jakiegokolwiek człowieka Chazaliego, gdyż obu tych osób nienawidzi. Z drugiej strony USA nie wydają się również wspierać Sudaniego, którego polityka balansowania relacji z USA, Iranem, sunnickimi państwami Zatoki, a także Chinami i Rosją, coraz mniej satysfakcjonuje którąkolwiek ze stron (w szczególności Iran i USA).

Wciąż jednak ma on szanse na zdobycie ok 60 mandatów, co teoretycznie dałoby mu zwycięstwo wyborcze. Teoretycznie, bo jeśli proirańska konkurencja zjednoczy się po wyborach w jeden blok, to przejmie prymat, a Sudani prawdopodobnie utraci szanse na ponowną nominację na premiera. Sudani próbował zyskać wsparcie Sadra, ale bezskutecznie. Warto dodać, że Sadr trzy lata temu blokował jego wybór gdyż uznawał go za marionetkę Malikiego ale Sudani bardzo szybko wybił się na niezależność. Sudani podjął również próbę zyskania wsparcie PDK doprowadzając do rozwiązania sporu w sprawie środków budżetowych dla Regionu Kurdystanu oraz wznowienia transportu ropy rurociągiem z Kurdystanu do Turcji. To wszystko jednak może się okazać niewystarczające, choć kontynuacja jego rządów wydaje się być obecnie najlepszym scenariuszem dla Iraku. 

defence24.pl


Michał Górski, Defence24: Czy słusznie część ekspertów ocenia, że niedawna decyzja Ministerstwa Handlu ChRL – dotycząca wprowadzenia dla zagranicznych podmiotów obowiązku wnioskowania o licencje na obrót produktami wykorzystującymi chińskie metale ziem rzadkich – jest decyzją, którą można uznać za przełomową, mocno pogarszającą pozycję USA w kontekście wojny handlowej z Chinami?

Paulina Uznańska, OSW: Tak, to decyzja przełomowa. Po raz pierwszy Pekin sięga po narzędzie o charakterze eksterytorialnym w sektorze metali ziem rzadkich: dotyczą one produktów zawierających choćby śladowe ilości chińskich metali ziem rzadkich lub powstałych z użyciem chińskich technologii. W praktyce oznacza to, że jeśli na przykład japońska firma zainwestowałaby w fabrykę baterii w Europie, używając w niej chińskich metali ziem rzadkich, Pekin miałby podstawę prawną do ingerencji w tę inwestycję.

Ta konstrukcja prawna przypomina amerykańską Foreign Direct Product Rule, czyli mechanizm, który USA wypracowały już w 1959 r. i stosowały wcześniej wobec Chin kilkukrotnie, np. wobec Huawei, a potem przy ograniczeniach dot. zaawansowanych półprzewodników i sprzętu do ich produkcji. Innymi słowy, narzędzie, które dotąd było domeną Waszyngtonu w obszarze technologicznym i które ChRL zaciekle krytykowała, Pekin sam zaczął wykorzystywać w domenie surowcowej.

Skutki dla pozycji USA w rywalizacji gospodarczej z Chinami są istotne z kilku powodów. Po pierwsze, uznaniowość mechanizmu licencji pozwala Chinom kalibrować presję sektorowo i geograficznie, co przekłada się na niepewność biznesową i zakłócenia dostaw. Przykładowo po wprowadzeniu „pierwszej tury” ograniczeń eksportowych w kwietniu br. liczba wniosków licencyjnych rozpatrywanych pozytywnie miała być wyższa w przypadku firm europejskich niż amerykańskich. Po drugie, wzrasta wachlarz narzędzi ChRL w zakresie szpiegostwa przemysłowego. System licencji eksportowych umożliwia bowiem pozyskiwanie wrażliwych danych handlowych od zagranicznych przedsiębiorstw: od szczegółów technicznych, przez zdjęcia zakładów produkcyjnych, po informacje o odbiorcach końcowych. Długofalowo decyzja Pekinu przyspieszy dywersyfikację i budowę alternatywnych źródeł przez USA, ale w horyzoncie najbliższych kwartałów wzmacnia przewagę przetargową Pekinu i może prowadzić do zakłóceń w łańcuchach dostaw.

(...)

Decyzja Chin rzeczywiście może znacząco opóźnić rozwój potencjału militarnego NATO? Na jakie zdolności (sprzęt) może wpływać ta decyzja?

W chińskich dokumentach wykonawczych wskazano wprost, że jeśli ostatecznym odbiorcą są podmioty zbrojeniowe, licencje eksportowe na metale ziem rzadkich oraz wytwarzane z nich magnesy trwałe nie będą wydawane. Uzasadnieniem jest „bezpieczeństwo narodowe” i „zobowiązania międzynarodowe w zakresie nierozprzestrzeniania broni”, code facto kieruje środek przeciwko zachodniemu sektorowi obronnemu.

To nie jest zaskoczenie: już w 2010 r. Chiny użyły „dźwigni” metali ziem rzadkich nieformalnie wobec Japonii, ograniczając eksport do tego państwa po tym, jak zaostrzył się spór terytorialny o wyspy Senkaku/Diaoyu. Były to wówczas ograniczenia nieformalne, powoływano się na kwestie środowiskowe. Od 2021 r. funkcjonuje w ChRL ustawa o ograniczeniach eksportowych oraz regulacje administracyjne, które nadają tym instrumentom solidną podstawę prawną. Od 2023 r. Pekin stopniowo rozszerzał i uszczegóławiał reżim kontroli, wpisując do niego kolejne surowce, jak m.in. gal, german, antymon, grafit i wolfram. Kierunek działań ChRL był zatem czytelny.

Skala realnego wpływu na potencjał NATO zależy od przygotowania przemysłu do scenariusza odcięcia od chińskich metali ziem rzadkich: poziomu zapasów, liczby dostawców spoza Chin, tempa rozwoju alternatywnych technologii i łańcuchów dostaw. Zgodnie z decyzjami Kongresu USA od 1 stycznia 2027 r. w systemach uzbrojenia zamawianych przez Pentagon nie powinny być stosowane komponenty zawierające metale ziem rzadkich lub magnesy pochodzenia chińskiego. Nowy chiński reżim licencyjny wymusi jednak korekty harmonogramów i przyspieszenie kwalifikacji łańcuchów dostaw spoza Chin. To będzie jednak trudniejsze, bo ograniczony zostaje również transfer know-how między Chinami a Zachodem. O ile od 2023 r. obowiązywał już zakaz eksportu wybranych technologii przetwórstwa metali ziem rzadkich, o tyle obecny reżim kontroli rozszerza wymogi licencyjne Ministerstwa Handlu ChRL, także na współpracę i świadczenie usług przez chińskich specjalistów dla podmiotów zagranicznych. W praktyce każda forma kontaktu zawodowego (konsultacje, szkolenia, wsparcie techniczne) ma wymagać uzyskania licencji, a w tym obszarze Chiny mają przewagę nie tylko surowcową, lecz także technologiczną i kompetencyjną.

defence24.pl


Groźba znalezienia się pod amerykańskimi sankcjami wtórnymi (nakładanymi na podmioty nadal prowadzące interesy z objętymi sankcjami firmami lub państwami) wprawiła w ruch proces derusyfikacji rafinerii w Europie. Jak domino kolejne kraje wdrażają procedury, które mają zupełnie wyrugować wciąż jeszcze posiadane przez Rosjan udziały w zakładach położonych w Europie. Czasu jest niewiele, ponieważ amerykańska administracja próg zapadalności obostrzeń ustaliła na 21 listopada.

22 października USA nałożyły sankcje na największe rosyjskie koncerny naftowe Rosnieft i Łukoil oraz ich 34 spółki zależne. Te dwie rosyjskie firmy odpowiadają za połowę eksportu surowca z kraju, co przekłada się na eksport 2,2 mln baryłek ropy dziennie. Po dodaniu do tego objętych sankcjami przez poprzednią administrację USA firm Surgutnieftiegaz i Gazprom Nieft amerykańskim sankcjom podlegać będzie już 70 proc. rosyjskiej ropy.

Siła rażenia sankcji okazała się większa, niż początkowo zakładano. Kolejni importerzy, nawet Indii czy Chin, zadeklarowali ograniczenie zakupu rosyjskiej ropy naftowej.

Wdrożenie sankcji wobec Serbskiego Przemysłu Naftowego (NIS), największej firmy naftowej w Serbii, było odkładane sześciokrotnie od momentu ich ogłoszenia w styczniu 2025 roku. Ostatecznie jednak 9 października sankcje weszły w życie.

NIS znalazł się na liście firm zagrożonych sankcjami wtórnymi USA, gdyż większość jego udziałów należała do rosyjskich Gazpromu i Gazprom Nieft. Władze w Belgradzie liczyły, że uda im się uniknąć sankcji po drobnych zmianach w akcjonariacie, tak jak to miało miejsce w 2022 roku (w zamian NIS musiał zrezygnować z przetwarzania rosyjskiej ropy w wyniku embarga UE na jej dostawy drogą morską).

Tym razem jednak USA pozostały nieugięte. Mógł to być również efekt zniecierpliwienia Donalda Trumpa postawą Władimira Putina. Serbski koncern był dotąd kluczowym elementem rosyjskich wpływów na Bałkanach, z którego Moskwa nie zamierzała zrezygnować. Jak przypomina Marta Szpala, analityczka Ośrodka Studiów Wschodnich w swoim ostatnim komentarzu, Rosja wykorzystywała uzależnienie Serbii od rosyjskiego importu, aby powstrzymać ją przed podejmowaniem działań szkodzących interesom Kremla.

22 września Gazprom był zmuszony sprzedać swoje udziały w NIS również rosyjskiej Intelligence, której jednak amerykańskie sankcje miały nie dotyczyć.

Rosyjskie firmy naftowe posiadają udziały w co najmniej 10 rafineriach w Europie. Część z nich, jak choćby niemieckie zakłady, znajdują się pod zarządem komisarycznym. W innych toczy się proces ustawowego wymuszenia sprzedaży rosyjskich pakietów akcji.

Jedną z głośnych likwidacji rosyjskich udziałów była odsprzedaż całego pakietu akcji Łukoilu w rafinerii ISAB S.r.l. w miejscowości Priolo na Sycylii spółce G.O.I. Energy w maju 2023 r.

Najnowszy przykład dotyczy ważnej rafinerii w Bułgarii. Od 6 listopada władze w Sofii przygotowują się do przejęcia zakładu należącego w większości do Łukoilu w Burgas, jedynej w kraju, po tym jak rosyjski koncern został objęty amerykańskimi sankcjami.

Także niemieckie władze rozważają nacjonalizację aktywów spółki Rosnieft, które obecnie znajdują się pod ich zarządem powierniczym. Chodzi przede wszystkim o rafinerię PCK w Schwedt, (...).

Do tej pory Berlin unikał pełnej nacjonalizacji lokalnych aktywów Rosnieftu, obawiając się konieczności wypłaty odszkodowania Rosji.

Jednak to niejedyna niemiecka rafineria, w której udziały mają rosyjskie firmy. W MiRo Karlsruhe Rosnieft wciąż utrzymał 24 proc. udziałów, a w zakładach Bayernoil Vohburg/Neustadt blisko 29 proc.

Problem rosyjskich wpływów jest również w rafineriach Zeeland Refinery (Vlissingen) w Niderlandach, gdzie akcjonariat dzieli Łukoil (45 proc.) z JV i TotalEnergies (55 proc.). Z kolei w rumuńskiej Petrotel-ŁUKOIL w Ploiesti właśnie toczy się proces wymuszonej sprzedaży aktywów Łukoilu, ale właściciel wciąż pozostaje rosyjski.

Rosjanie mają również udziały w Rafinerija Nafte Brod zlokalizowanej w miejscowości Bosanski Brod w Bośni i Hercegowinie. Tamtejszy zakład kontrolowany jest przez rosyjski Zarubezhneft/Neftegazinko. Co istotne, na liście sankcyjnej ("SDN List") znajduje się nie tylko spółka Zarubezhneft, ale wpisany został na nią jej prezes Sergei Kudryashov. Choć Neftegazinko nie figuruje bezpośrednio na czarnych listach, to jest wymieniana jako spółka córka Zarubezhneft. Narażona jest również na sankcje wtórne poprzez współpracę z objętymi sankcjami podmiotami. Do tej pory jednak nie ma informacji, aby zapadły decyzje o sprzedaży, choć BiH poparła politykę sankcji UE wobec Rosji i Białorusi.

Proces rugowania Rosjan z rafinerii jednak wyraźnie przyśpiesza. - To z jednej strony szansa na faktyczną derusyfikację, do której przymuszają nas USA, z drugiej - dość krótki czas na reakcję może stwarzać potencjalne zagrożenia - ocenia w rozmowie z money.pl Tymon Pastucha, analityk PISM.

Jak zaznacza, aktywa Łukoilu i Rosnieftu dla części krajów są aktywami strategicznymi.

- Konieczność ich sprzedaży do 21 listopada może być problematyczne. Mówimy o rafineriach Łukoilu w Bułgarii i Rumunii, Holandii i Rosnieftu w Niemczech. W Serbii już ten problem zaistniał - zaznacza. 

Jak jednak podkreśla, wyrzucenie Rosjan z Europy to strategicznie ważne zadnie, a działania Waszyngtonu dały nowy impuls do przeprowadzenia tego procesu. - Jest jednak druga strona amerykańskich sankcji - zauważa Tymon Pastucha. - One rykoszetem uderzają w Europę Środkową - dodaje.

- Zatrzymanie funkcjonowania może odbić się na bezpieczeństwie paliwowym, dostawach diesla - przypomina. Dodaje jednak, że nie jest to sytuacja bez wyjścia. - Problem aktywów w Europie jest jednak do rozwiązania. Wszystko zależy od elastyczności Trumpa i determinacji poszczególnych państw - wyjaśnia Pastucha.

Przykłady już są. Berlin wynegocjował z Trumpem ustępstwa, aby kupić sobie czas. Waszyngton wydał zgodę na zwolnienie niemieckiego oddziału Rosnieftu z amerykańskich sankcji wobec rosyjskiego sektora naftowego do końca kwietnia 2026 roku.

money.pl

sobota, 8 listopada 2025



Sobota, 10 kwietnia 2010 roku. Po zakończeniu specjalnego wydania „Wiadomości” cała redakcja zebrała się w newsroomie na trzecim piętrze budynku przy pl. Powstańców Warszawy. Miejska legenda głosi, że wówczas Jacek Karnowski, wówczas szef „Wiadomości” miał powiedzieć, że to był zamach.

– Ale to nieprawda – zaprzecza zdecydowanie jedna z osób, która była wtedy na miejscu. – Takie słowa padły, ale nie z ust Jacka. On powiedział tylko, że to, co się wydarzyło, będzie miało wielkie znaczenie dla przyszłości Polski. I że w tej chwili przerasta to każdego z nas – opowiada uczestnik tamtego spotkania. I dodaje: – Ale w tamtym momencie skończył się Jacek Karnowski, spokojny, raczej wyważony dziennikarz. Zaczął się liczyć radykalizm.

Pod koniec października 2010 roku Jacek Karnowski przestanie być szefem „Wiadomości”. – Znał swój los. Odliczał dni. Bardziej skupiony już był na portalu wPolityce.pl – słyszymy od ówczesnej reporterki „Wiadomości”. Michał w tym czasie kończył pracę w dzienniku „Polska The Times”. – Zastanawiali się, co zrobić, by zarabiać kasę. I wpadli wtedy na pomysł z wydawnictwem Fratria, którego są współwłaścicielami.

Zaczęło się od portalu, potem było pismo „W sieci”, kolejne portale… – mówi nam osoba, która była wówczas blisko braci. – Zbudowali imperium medialne będące narzędziem walki politycznej. Pełno jest tam agresji, nienawiści i szczucia. Najgorsze, że to, co publikują, przestało nawet oburzać, bo stało się to normą – dodaje Wojciech Maziarski, były dziennikarz i redaktor naczelny „Newsweeka”.

– Od dziewięciu lat walczycie o prawdę, wolność, sprawiedliwość – mówił przed rokiem premier Mateusz Morawiecki, odbierając nagrodę Biało-Czerwonych Róż przyznaną przez portal wPolityce.pl. Także Jarosław Kaczyński chwalił braci Karnowskich, tłumacząc, że „po tragedii smoleńskiej doszło do aktywizacji wielu grup społecznych…”. – Były wspaniałe pomysły jak ten pomysł z portalem. Tylko dzięki temu można było zmienić bieg historii w Polsce – mówił prezes PiS we wrześniu 2018 roku, również odbierając nagrodę Biało-Czerwonych Róż.

„Stojąc w obliczu wielkiej osobistej tragedii, której rozmiar – wybaczcie państwo tę osobistą nutę – zrozumieć może tylko ktoś, kto sam ma brata bliźniaka, znalazł w sobie siłę, by podjąć zadanie dalszej walki o szansę naprawy państwa polskiego, by gromadzić wokół siebie ludzi, konstruować programy, prowadzić kampanie” – to fragment laudacji wygłoszonej wówczas przez Michała Karnowskiego, który o prezesie mówił dalej: „Ale umiał też dać impuls wielu środowiskom naukowym, medialnym, kulturalnym, lokalnym, które podjęły wysiłek samoorganizacji, oddolnej budowy wysp, które złożyły się na archipelag polskości i wywalczyły zmianę”.

(...)

Po szkole średniej obaj bracia Karnowscy związali się z „Gazetą Olsztyńską”. Szybko jednak trafili do Warszawy. Michał do katolickiego Radia Plus, gdzie pracowali m.in. Piotr Semka, Jacek Łęski, Bogdan Rymanowski. – Dbano o linię programową. Wiadomo było na przykład, że Wałęsa i Okrągły Stół to samo zło – wspomina Beata Tadla, która w radiu Plus przygotowywała wówczas serwisy informacyjne. Zapamiętała Michała jako zdolnego reportera, który bardzo szybko się uczył radia.

– Zbyt szybko szefowie pozwolili mu jednak uwierzyć, że jest wielki. Gdy został wydawcą i dostał odrobinę władzy, popłynął i zmienił się nie do poznania – mówi Tadla. Jedno ze wspomnień opisała w swej książce „Czego oczy nie widzą”. Poszło o sytuację, gdy nie zdążyła wrzucić do serwisu informacji o porwaniu wenezuelskiego księdza w Rwandzie. Gdy wróciła ze studia do newsroomu, czekali na nią przełożeni. „Wydawca urządził pokazówkę, wrzeszcząc na mnie przy szefach, obrażając, wmawiając, że gdyby zabili jakiegoś gangstera, to na pewno zdążyłaby to włożyć do serwisu. Krzyczał jak szalony. Łzy ciekły mi po policzkach” – tak wspominała to zdarzenie dziennikarka, która była wówczas w dziewiątym miesiącu ciąży. – Ani ciąża, ani to, że byłam starsza, ani to, że jestem kobietą, zupełnie mu nie przeszkadzało – wspomina Tadla.

Jacek w tym czasie pracował w polskiej sekcji BBC. Tam przez kilka siedział biurko w biurko z Renatą Kim, dziś szefową działu Społeczeństwo „Newsweeka”. – Łagodny, uczciwy, sympatyczny, bez rysy arogancji – wspomina Karnowskiego. – Byliśmy na szkoleniu w BBC w Londynie. Byłam u niego na weselu. Przyjaźń to może za duże słowo, ale na pewno się kolegowaliśmy – dodaje.

Ale wszystkie pochlebne opinie wypowiada w czasie przeszłym. – Za każdym razem, gdy patrzę na okładki tygodnika „Sieci”, zastanawiam się, co się stało z moim dawnym kolegą? Co stało się z tymi wartościami, których uczono nas w BBC? Gdzie rzetelność, obiektywizm czy wręcz zwykła przyzwoitość? Pytanie – czy to on się tak zmienił, czy też jest to cyniczna gra obliczona na zarabianie pieniędzy. Zrobili biznes oparty na szczuciu, skłócaniu ludzi i na nieprawdzie – wylicza Renata Kim.

(...)

Z Michałem Karnowskim spotkała się w redakcji „Dziennika”. On był tam najpierw szefem działów, potem jednym z zastępców redaktora naczelnego. Kim – szefową działu opinie i społeczeństwo. Spotykali się na kolegiach. – Pewny siebie, hołubiony przez szefów, dobrze zarządzający zespołem. Bardzo ambitny. Dbający, by dziennikarze zdobywali newsy. By o tekstach zamieszczanych w „Dzienniku”, który wtedy już skręcał w stronę PiS, było jak najgłośniej – opisuje Michała Renata Kim.

(...)

Karnowscy chwalili też oczywiście Jarosława Kaczyńskiego. Dziennikarze zajmujący się polityką do dziś wspominają tekst Michała opublikowany w „Dzienniku” w styczniu 2007 roku pt. „Jarosław Kaczyński chce być żelaznym kanclerzem IV RP”. Była to relacja z jednej z krajowych wizyt ówczesnego premiera. „Krótkie, ale twarde przemówienie. Wyraźny polityczny komunikat. I charakterystyczna reakcja sali, artystów i menedżerów kultury: postawa stojąca, gdy premier wchodzi, mocne oklaski, absolutna cisza i bezruch w czasie 10-minutowego wystąpienia.

Dająca się wyczuć, tu i na innych spotkaniach, świadomość spotkania z politykiem, który jest w stanie narzucić innym swoją wolę” – opisywał Michał Karnowski. I dalej: „Ciepłe przyjęcie przez radnych tej miejscowości, która w styczniu tego roku otrzymała prawa miejskie, wielki kosz lokalnych smakołyków i radosne gaworzenie z babciami i wnukami wspólnie uprawiającymi sztuki plastyczne w miejscowym domu kultury wyraźnie dobrze nastroiły premiera”.

Z kolei Jacek Karnowski z okazji przyznania Jarosławowi Kaczyńskiemu tytułu „Człowieka Roku 2014” Forum Ekonomicznego w Krynicy wymieniając rozliczne talenty prezesa PiS, mówił: „jest naprawdę niewielu ludzi, którzy mając takie talenty, poświęcają je nie osobistej karierze, nie zabieganiu o dobra, zaszczyty, ale służbie publicznej”.

(...)

Nim Michał Karnowski znalazł się w „Dzienniku”, przez pięć lat pracował w tygodniku „Newsweek Polska”. – „Newsweek” to takie moje dziecko – mówił w 2006 roku we wspomnianym już wspólnym wywiadzie dla magazynu „Press”. Brat zwrócił mu uwagę: – Chyba ty jesteś jego dzieckiem? Michał odpowiedział: – Dlaczego? Przecież jestem tam od początku. Współtworzyłem to pismo. Ale dobrze, zmieniam odpowiedź: Jestem dzieckiem „Newsweeka”. Tamta była trochę zarozumiała.

Z tamtego czasu dobrze pamięta go Wojciech Maziarski, były dziennikarz, a potem redaktor naczelny tygodnika „Newsweek”. – Od początku było widać, że Michał jest dość utalentowany. Umie pisać, zbierać materiały, ma pomysły i energię – wspomina. Mistrzem dla młodego wówczas Karnowskiego był – według Maziarskiego – Piotr Zaremba. – To była typowa relacja mistrz – uczeń. Michał był wpatrzony w Piotra. Wszystko z nim konsultował, zasięgał rady.

Z czasem ich drogi zaczynały się coraz bardziej rozchodzić, co pokazuje różnicę osobowości. O Piotrze wciąż można powiedzieć, że choć ma poglądy, to jest dziennikarzem niezależnym. Michał to funkcjonariusz partyjny – opowiada Wojciech Maziarski, który dziś braci Karnowskich traktuje jako sztandarowych przedstawicieli tego, co w obozie dobrej zmiany najobrzydliwsze. – Nie wierzyłem, że tak agresywna retoryka ma szansę się przebić na rynku. Okazało się, jak byłem naiwny – przyznaje Maziarski.

Według niego jest to czysta kalkulacja. Karnowscy uznali, że na rynku medialnym jest wolne miejsce na tak ostre dziennikarstwo i cynicznie poszli tą drogą: – W miarę upływu czasu, nawet siedząc w jakiejś niszy, człowiek nasiąka tym radykalizmem. I to się stało z Karnowskimi.

(...)

Gdy projekt programu informacyjnego w telewizji Puls upadł, Jacek Karnowski pojawił się w Telewizji Polskiej. Najpierw został szefem „Panoramy” w TVP2, potem – „Wiadomości”. „Po jego nominacji główny dziennik informacyjny TVP1 stał się tubą propagandową Prawa i Sprawiedliwości. W trakcie kampanii prezydenckiej, jak podkreślały inne media, „Wiadomości” były niemal sztabem wyborczym PiS i Jarosława Kaczyńskiego” – pisała w październiku 2010 roku „Gazeta Wyborcza”.

– Po katastrofie smoleńskiej Jacek dbał o to, by było wzniośle i patriotycznie. Nie przypominam sobie, by choć raz pojawiło się na antenie słowo „zamach”. To nie był jeszcze ten czas – wspomina jeden z reporterów, który podkreśla, że tamte „Wiadomości” nijak się mają do obecnego programu. – Był skręt w prawo, ale z całą pewnością nie była to taka propaganda jak dziś. Poza tym Jacek bardzo dbał o warsztat dziennikarski. Myślę, że gdyby dziś kierował tym programem, wstydziłby się za warsztat, jaki prezentują reporterzy.

(...)

Byli pracownicy TVP zwracają uwagę, że choć Platforma Obywatelska wygrała wybory w 2007 roku, to jeszcze w 2010 roku szefem „Wiadomości” był nie kto inny jak Jacek Karnowski. A i później zdarzało się, że bracia byli zapraszani do programów TVP. – Skończyło się, gdy portale braci Karnowskich opublikowały informację, że Andrzej Turski miał odejść z redakcji „Panoramy”, ponieważ prowadził program w stanie nietrzeźwości – przypomina były dziennikarz TVP.

– To wyjątkowo ohydne zniesławienie. Idziemy z tym do sądu – mówił wtedy rzecznik TVP Jacek Rakowiecki. – To była po prostu nieprawda. Andrzej Turski źle się czuł, bo był ciężko chory na cukrzycę. Trafił zresztą wtedy do szpitala. Kilkanaście dni później zmarł – wyjaśnia były pracownik TVP. Sprawa zakończyła się ugodą.

newsweek.pl


Maduro stoi przed wyborem: zostać i ponieść potencjalne konsekwencje czy uciec - zaznaczył portal. Jednak Trump nie spieszy się zbytnio z konfrontacją z Maduro, tylko wysyła sojusznikom mieszane sygnały w sprawie tego, czy kampania nacisków jest wstępem do próby odsunięcia przywódcy od władzy siłą militarną, czy też jest to blef - przekazali byli i obecni przedstawiciele władz.

Jednocześnie wygląda na to, że zainteresowanie Trumpa negocjacjami w sprawie odejścia Maduro może się zwiększyć w nadchodzących tygodniach - uważa jedno ze źródeł.

Osoby, opowiadające się za negocjacjami, utrzymują, że próba siłowego odsunięcia Maduro byłaby nieprzewidywalna i potencjalnie ryzykowna. Administracja Trumpa nie sprecyzowała, kogo chciałaby widzieć na stanowisku przywódcy Wenezueli.

Według serwisu Maduro jest skłonny odejść w sposób zorganizowany, gdyby Stany Zjednoczone udzieliły jemu i jego najważniejszym współpracownikom amnestii, zniosły nagrodę za jego schwytanie i zagwarantowały mu wygodne życie na wygnaniu - twierdzą osoby mające kontakty z reżimem w Caracas.

- Jeśli będzie wystarczający nacisk i wystarczająco dużo na talerzu, wszystkie opcje z Maduro są na stole - przekazała osoba, która prowadzi rozmowy z obiema stronami.

Krytycy tego rozwiązania podkreślają jednak, że Maduro nie złożył żadnych poważnych ofert w sprawie pokojowego odejścia od władzy, więc jedyną skuteczną strategią może być siła militarna.

- To nie znaczy, że nie może wyjść z dołka, który sam wykopał, ale jest w nim dosyć głęboko - powiedział wysoki rangą przedstawiciel administracji.

Trump zawsze może się wycofać, przedstawiając gromadzenie sił w regionie jako kampanię antynarkotykową, i ogłosić, że zagrożenie zostało neutralizowane bez ataków na Wenezuelę, nawet jeśli Maduro pozostanie u władzy - zauważył Atlantic.

PAP

piątek, 7 listopada 2025



Podstawowy problem, na jaki natrafiamy już na początku pracy analitycznej z ChRL, dotyczy samego przedmiotu analizy. Wbrew naturalnej intuicji kogoś socjalizowanego w Europie w centrum naszego zainteresowania znajduje się partia – KPCh – a nie państwo. Jego struktury, instytucje i procedury powinny być bowiem traktowane jako element o charakterze wtórnym – najważniejszym podmiotem życia politycznego jest zaś właśnie partia. Ta licząca ponad 100 mln członków masowa organizacja stanowi „system nerwowy” państwa, społeczeństwa i gospodarki. Instytucjonalnie oddzielna od struktur państwowych, choć nierozerwalnie z nimi zrośnięta, jest areną walki o władzę i podejmowania wszelkich decyzji. Posiada własne struktury, tożsamość, ideologię i tradycję. Pisząc lub mówiąc „Chiny”, stosujemy więc w rzeczywistości skrót myślowy dla sformułowania „ChRL jako konstrukcja i zestaw narzędzi wykorzystywanych przez KPCh do rządzenia i utrzymywania stosunków międzynarodowych”. 

Dla partii państwo to przede wszystkim instrument zarządzania populacją i kontrolowania jej oraz konieczny sztafaż w kontaktach ze światem zewnętrznym. KPCh dostosowała się do tego stanu, tworząc swoistą „protezę” państwa, by móc się wpasować w system międzynarodowy, zorganizowany w formie suwerennych podmiotów. Decyzyjność i sprawczość pozostają jednak ulokowane i realizowane w partii i poprzez partię.

Władza Xi Jinpinga nie wyrasta z piastowania przez niego stanowiska przewodniczącego ChRL. Jego zdolność do skutecznego rządzenia wynika z pełnienia funkcji partyjnych, zwłaszcza sekretarza generalnego KPCh i przewodniczącego Centralnej Komisji Wojskowej Komitetu Centralnego (KC) KPCh. Stanowiska przewodniczącego ChRL i szefa państwowej Centralnej Komisji Wojskowej mają tylko pozwolić aktorom spoza partii na rozpoznanie jego roli i znaczenia w systemie. W wysoce sformalizowanych relacjach międzynarodowych pozwalają mu też uczestniczyć w oficjalnych spotkaniach jako głowa państwa, zgodnie z protokołem dyplomatycznym. Z tych samych powodów w latach 80. XX wieku Deng Xiaoping był wicepremierem – inaczej wszystkie podróże zagraniczne, a nawet spotkania z przedstawicielami innych państw w ChRL musiałby odbywać jako osoba prywatna.

Ta sama zależność rozciąga się w dół przez całą hierarchię – członek Biura Politycznego KC prowadzący sprawy zagraniczne ma więcej władzy niż minister, partyjny sekretarz prowincji znaczy więcej od jej gubernatora, a szef komórki KPCh w państwowej spółce – od jej prezesa.

Świadomość, że zajmując się polityką Chin, de facto badamy politykę międzynarodową KPCh, jej metody i cele w zakresie kontroli nad populacją, wykracza poza kwestie semantyczne – to niezbędny fundament analizy, wynikający z faktu, że chociaż interes narodowy państwa i interesy elit partyjnych są często tożsame, to w sytuacji ich rozbieżności interes KPCh jako organizacji i interes osobisty jej przywódców zawsze wezmą górę. Dlatego – przy czym nie jest to zjawisko właściwe wyłącznie dla Chin – tamtejsza polityka, dyplomacja, gospodarka, ale również kultura i sprawy społeczne nie mogą być badane tylko z perspektywy „interesu narodowego”, lecz każdorazowo także przez pryzmat partii, jej celów, sytuacji wewnątrz niej i ewolucji ideologicznej.

Najwyższe kręgi KPCh strzegą swojej prywatności, ale i dbają o zewnętrzny wizerunek partii jako monolitu. O bieżącym układzie sił w jej kierownictwie, które najsilniej ukrywa się za „bambusową kurtyną”, wiemy niedużo. Objęciu władzy przez Xi Jinpinga towarzyszyły dodatkowo rozbicie najbardziej rozpoznawalnych frakcji, likwidacja zagranicznych siatek wywiadowczych oraz zmiażdżenie swobód w zwykle pełnym plotek Hongkongu.

Kremlinologiczne czy właściwie „Zhongnanhailogiczne” próby zarysowania linii podziałów wewnętrznych to hobby części zagranicznych ekspertów, lecz zwykle nie różnią się one od wróżenia z fusów, zaś do ich rezultatów zawsze trzeba podchodzić z ogromną ostrożnością. Brak rzetelnych informacji należy przyjmować z pokorą, a praca analityka do spraw życia politycznego partii sprowadza się nieraz do kolekcjonowania drobnych kawałków pośrednich przekazów, oglądanych wielokrotnie z każdej strony.

Charakterystycznym dla życia politycznego ChRL zjawiskiem są „znikający ludzie”. Znane postacie – nierzadko osoby z najwyższych kręgów władzy (funkcjonariusze partyjni, ministrowie, generalicja) czy miliarderzy – nagle „wyparowują” z przestrzeni publicznej. Posiadacze legitymacji KPCh mogą zostać zatrzymani przez służby partyjne i przekazani państwowym organom śledczym po miesiącach dochodzenia wewnętrznego, często z użyciem tortur. Dlatego o przyczynach ich zniknięcia niekiedy dowiadujemy się nawet po latach albo i nigdy. Stawiane potem zarzuty przybierają postać walki z korupcją, co jest ulubioną metodą prowadzenia „czystek” w KPCh przez Xi Jinpinga, lub wiążą się z odstępstwami od linii partyjnej, skandalami obyczajowymi czy oskarżeniami o szpiegostwo. Rekonstruując szerzej zakrojone działania, można następnie próbować odczytać ogólniejsze tendencje dotyczące życia politycznego partii, przy czym „znikanie” osób z pierwszych stron gazet świadczy o tym, że owo życie polityczne nie zanika – ale skrywa się za „bambusową kurtyną”.

Sytuacje tego typu nie zawsze stanowią konsekwencję problemów natury politycznej – nieraz chodzi o zdrowie. Kondycja psychofizyczna przywódców jest owiana tajemnicą, a ludzie ci oficjalnie właściwie nigdy nie chorują – po prostu pewnego dnia umierają na przewlekłą chorobę, której nigdy wcześniej nie doświadczyli. Dlatego nieobecność kogoś z wierchuszki może faktycznie wynikać z jego stanu zdrowia. Niemniej pojawienie się informacji, że ktoś taki choruje, niesie sygnał, że jego dni w polityce są już policzone. Oprócz tego komunikat o chorobie lub zniknięcie z życia publicznego to zazwyczaj ostatni akt upadku politycznego, co oznacza, że z analitycznego punktu widzenia dowiadujemy się o tym za późno.

Na śledzenie stanu walk frakcyjnych między partyjnymi bonzami pozwala obserwowanie kariery osób na niższych szczeblach hierarchii, o których wiemy, że należą do ich frakcji osobistych. Najczęściej mowa o działaczach, z którymi dany lider wcześniej współpracował. Jeżeli ludzie jednego barona KPCh zaczynają awansować szybciej i w większej liczbie niż innego, to znaczy, że stosunek sił w kierownictwie zmienia się.

Trudniej tropić utratę wpływów przez kogoś z kierownictwa, ponieważ dymisje są często nieanonsowane. Odnotowując awans, trzeba każdorazowo sprawdzić, co dzieje się z osobą odchodzącą z danego stanowiska. Jeżeli człowiek ten nie jest w wieku emerytalnym i w ciągu pół roku nie otrzyma nominacji na równorzędną lub wyższą funkcję, to ma problemy polityczne lub naprawdę poważne kłopoty ze zdrowiem – przy czym w drugim z tych przypadków jego nazwisko wkrótce powinno pojawić się wśród partyjnych nekrologów. Trwanie na stanowisku, jak długo się da, to inna cecha systemu ChRL.

Bezcenną wiedzę zapewniają przecieki niepublicznych dokumentów informujących wyższe kadry KPCh o kierunku polityki lub przekazujących niekolorowany obraz sytuacji. Takie źródła trafiają poza Chiny na rozmaite sposoby. Katastrofalny stan państwa po kampanii wielkiego skoku poznano na Zachodzie dzięki tybetańskim partyzantom, którzy zdobyli wewnętrzny raport po ataku na transport Armii Ludowo-Wyzwoleńczej w 1961 r. Czasami dokumenty ujawniają anonimowi członkowie aparatu poprzez przekazanie ich zagranicznym dziennikarzom, ponieważ nie godzą się z kursem Pekinu. Tak było w wypadku tzw. Xinjiang Papers, które w 2019 r. pokazały skalę prześladowań Ujgurów i innych mniejszości.

Niekiedy można podejrzewać, że za kontrolowanym przeciekiem stały same organy partii. (...)

Nie brakuje też sytuacji, kiedy nie wiemy, kto i dlaczego doprowadził do upublicznienia danego dokumentu. Co więcej, nie możemy nawet bezsprzecznie potwierdzić jego autentyczności. Tzw. dokument nr 9 (Komunikat w sprawie obecnego stanu sfery ideologicznej) należy wprawdzie do newralgicznych materiałów prezentujących sposób patrzenia kierownictwa KPCh na świat u progu rządów Xi Jinpinga, lecz do dziś jesteśmy skazani na domysły co do źródeł jego wycieku. Obcy wywiad? Przeciwnicy polityczni? A może to element sygnalizowania Pekinu?

Pojawiających się systematycznie plotek nie wolno nam traktować jako poważnych informacji. Doskonały przykład to książka Xi Jinping i jego kochanki, przedstawiająca barwne życie nie tylko genseka, lecz także licznych innych przywódców. Jej anonimowi autorzy bez podania jakichkolwiek dowodów opisują w niej m.in. związki aktualnego przewodniczącego z agentką CIA, która miała kierować jego karierą. Niemniej plotki, skupiając się na konkretnym zagadnieniu, które wcześniej nie wyróżniało się w debacie, mogą wskazywać na napięcia wewnętrzne w Chinach. Nagminność i rozpowszechnianie się niepotwierdzonych pogłosek mimo cenzury i surowych kar dowodzą też dużej nieufności Chińczyków do oficjalnych środków masowego przekazu. Pamiętajmy przy tym, że władze również wykorzystują plotki w szeptanej propagandzie i kampaniach dezinformacyjnych.

Do tradycyjnych metod odczytywania polityki Pekinu należą obserwacja mediów i dyskursu publicznego, a także osobiste relacje z dyplomatami, naukowcami i ekspertami. W obu tych obszarach chińska sfera informacyjna coraz bardziej ulega jednak wyjałowieniu z treści i coraz częściej powiela linię partii. Z wszechobecną i zaawansowaną technologicznie cenzurą w sieci pole do debaty sukcesywnie się zatem zawęża. O ile podważanie władzy KPCh w ChRL było zawsze zabronione, o tyle jeszcze kilkanaście lat temu w tamtejszej przestrzeni publicznej można było znaleźć wyrazy kontestowania działań skorumpowanych lokalnych urzędników, nieefektywności państwa w różnych sektorach czy wręcz aktywności organizacji pozarządowych i prawników walczących o prawa osób skonfliktowanych ze strukturami państwa. Wiele takich głosów tolerowano – stanowiły wentyl bezpieczeństwa dla niezadowolenia mieszkańców i zapewniały wgląd w ich nastroje.

Wraz z objęciem sterów przez Xi Jinpinga i zacieśnianiem kontroli nad ludnością możliwości wyrażenia zdania w prasie i internecie stopniowo się zmniejszają. Najlepiej ilustruje to dyskusja o gospodarce. Przez długi czas duża i zróżnicowana nisza debaty publicznej na ten temat, bogata w tytuły prasowe oferujące pogłębione i krytyczne artykuły dotyczące wyzwań stojących przed krajem w kontekście sytuacji ekonomicznej, została ograniczona czy wręcz zanikła. Pogłębiające się problemy gospodarcze i na rynkach finansowych popchnęły partię do cenzurowania dyskursu – pozwolono publikować jedynie treści stricte informacyjne lub pozytywne opinie. Mówienie o złej sytuacji ekonomicznej może wręcz skutkować represjami, o czym świadczy historia ekonomisty państwowego think tanku Zhu Hengpenga, aresztowanego za głoszenie dezaprobaty względem polityki gospodarczej Xi Jinpinga na zamkniętej grupie na komunikatorze. Wszystko to sprawia, że media – nawet te, które wcześniej cieszyły się względną niezależnością – coraz ściślej trzymają się linii KPCh, a ich przydatność analityczna spada.

Zbliżone trendy – choć o nieco innym charakterze – łatwo zauważyć w odniesieniu do chińskich intelektualistów i ekspertów. Kontakty z think tankami i instytucjami naukowymi są tradycyjnie istotnym sposobem odczytywania chińskich priorytetów politycznych, szczególnie w zakresie konkretnych elementów polityki zagranicznej. Wprawdzie Chińczycy „dostępni” dla zagranicznych badaczy najczęściej mają niewielką łączność z wierchuszką, lecz rozmowy z nimi umożliwiają odczytanie pewnego „klimatu intelektualnego” w Pekinie. Zaostrzenie walki ze szpiegostwem i kampanie dyscyplinujące wymierzone w ośrodki analityczne powodują, że możliwości prowadzenia bardziej otwartych dyskusji i poznania realnych opinii partnerów wciąż się kurczą. Bezpośrednie spotkania najczęściej sprowadzają się do poznania linii partyjnej – której eksperci stają się przekaźnikami – a przedmiotem analizy czynią niuanse w jej prezentowaniu. Tak samo ma się sprawa ze specjalistycznymi i naukowymi publikacjami, gdy dotyczą one choćby kwestii międzynarodowych.

Stosunkowo najwięcej swobody intelektualnej można znaleźć na niektórych uniwersytetach. Naukowcy wyrażający odmienne od partyjnych poglądy, przykładowo na politykę zagraniczną, sami zarazem przyznają, że są zamknięci w „złotej klatce” i nie mają przełożenia na centrum KPCh. Fakt ten trzeba brać pod uwagę, analizując wypowiedzi tamtejszych badaczy – dyskretnie kontestujących konfrontacyjny kurs Chin względem Zachodu, wskazujących na międzynarodową stabilność jako fundament ich interesów lub postulujących dystansowanie się od Rosji – regularnie docierające do zachodniej infosfery. Przekazy te, błędnie interpretowane na zewnątrz jako „sygnalizowanie strategiczne” ze strony Pekinu, są zwykle bądź przejawem odwagi cywilnej (co nierzadko spotyka się z cenzurą lub represjami), bądź świadomego dopuszczania przez partię głosów mających kreować atmosferę niejednoznaczności w odniesieniu do konkretnych poczynań. Nie są one natomiast w żadnej mierze oznaką dyskusji wewnątrz KC i nie przedstawiają jego prawdziwych intencji.

Zdobywanie wiarygodnych danych to problem każdej struktury biurokratycznej, której naczelną funkcją jest zbieranie, przetwarzanie i interpretowanie informacji w celu podjęcia decyzji dotyczących jakiegoś działania. W przypadku Chin mamy jednak do czynienia jeszcze z dwiema dodatkowymi trudnościami.

Po pierwsze sama KPCh ma kłopot z pozyskiwaniem rzetelnych danych. Słynna anegdota – a w zasadzie przeciek z WikiLeaks – mówi o tzw. indeksie premiera Li Keqianga, szefa rządu ChRL, który nie wierząc oficjalnym przekazom na temat PKB, miał mierzyć aktywność gospodarczą na podstawie intensywności przewozów kolejowych, zużycia energii i wielkości nowych kredytów udzielanych w danym regionie.

Po drugie partia uznaje informację za narzędzie kontroli i efektywnej propagandy wewnętrznej i zagranicznej. Miarodajne dane, zwłaszcza statystyczne, to niezbędna składowa funkcjonowania nowoczesnego państwa: administracji, ale też biznesu i – szerzej – społeczeństwa. W efekcie w Chinach mamy do czynienia z reglamentacją informacji, w ramach której KPCh waży pomiędzy:
  • propagandą,
  • faktami, które nie mogą zbytnio odbiegać od rzeczywistości, aby nie doprowadzić do błędów systemowych,
  • świadomością, że centrum jest oszukiwane przez struktury lokalne.
Dlatego większość statystyk musi być ręcznie korygowana, aby równocześnie były użyteczne politycznie i w miarę odzwierciedlały stan faktyczny, a co za tym idzie – pozwalały podejmować racjonalne i trafne decyzje.

Czasami da się wykryć nieścisłości między różnymi danymi i poznać zakres „korekty”. W 2013 r. Narodowe Biuro Statystyczne (NBS) podało w raporcie, że rok wcześniej PKB ChRL wyniósł 51,9 bln renminbi, ale zsumowany PKB wszystkich 31 prowincji dał 57,6 bln renminbi – najpewniej wskutek chęci „wykazania się” lokalnych włodarzy. Oznacza to, że NBS „skorygował” dochód państwa o wielkość porównywalną ze średnim dochodem jednej prowincji – 5,7 bln renminbi. W 2017 r. Chen Qiufa, nowy szef prowincji Liaoning, przyznał, że tamtejsi urzędnicy przez lata fałszowali dane wysyłane do stolicy. Według Agencji Xinhua jeden z powiatów wykazał 2,4 mld renminbi dochodu, podczas gdy faktycznie nie przekroczył on 1,1 mld renminbi. W rzeczywistości każda jednostka czterostopniowego podziału administracyjnego ChRL dokonuje korekty otrzymywanych danych na własne potrzeby, równocześnie preparując informacje przekazywane wyżej. Na końcu NBS pod nadzorem KC decyduje, co można zakomunikować opinii publicznej.

Także Biuro popełnia błędy pozwalające wykryć „korektę”. Zgodnie z Narodowym Spisem Powszechnym Ludności na rok 2020 w kraju żyło 253,38 mln dzieci w grupie wiekowej 0–14 lat (liczonych rocznikowo). Tymczasem według raportów NBS w latach 2006–2020 przyszło na świat ok. 239 mln Chińczyków, więc różnica wynosi – niebagatelne nawet w ChRL – 14 mln osób. Wyjaśnienie jest dosyć proste: otóż publikowane co roku dane o urodzeniach nie podlegają tak skrupulatnej analizie politycznej KC jak spis powszechny.

W ocenie rzetelności danych statystycznych pomagają też rozmaite przecieki trafiające za granicę. W 2021 r. wyciek z chińskiego odpowiednika bazy PESEL umożliwił skorygowanie dostępnych publicznie informacji na temat wielkości populacji ChRL. Okazuje się, że z dużym prawdopodobieństwem liczy ona dużo mniej niż oficjalne 1,41 mld mieszkańców. Możliwe, że nawet poniżej 1,28 mld – ponieważ tylko tylu widnieje w rejestrze. Wartość ta zgadza się również z szacunkami niezależnych demografów.

Analiza licznych zmian przeprowadzonych na przestrzeni ostatnich dekad pozwala sformułować tezę, że kiedy Chiny nie znajdują się we „wrażliwym” momencie politycznym (np. transfer władzy, konflikt międzynarodowy, kryzys – jak ten gospodarczy z 2008 r. czy pandemia COVID-19), dane podawane przez NBS generalnie odzwierciedlają trend, choć nominalnie mogą być zawyżone lub zaniżone o kilka punktów procentowych. Jeżeli przykładowo rośnie bezrobocie, to NBS pokaże tę tendencję, lecz można iść o zakład, że obniży skalę zjawiska. Jeżeli natomiast wartości utrzymują się zbyt długo na jednym poziomie albo ich zmiany wyglądają na zbyt miarowe, to warto założyć, że są „ręcznie sterowane”.

Przez kilka lat roczny wzrost PKB wahał się w wyjątkowo wąskim zakresie (+/-0,3 p.p.), co wydaje się nierealne nawet w odniesieniu do małej gospodarki, a co dopiero do takiej jak chińska, o ogromnej wielkości i dynamice. Chociaż w ChRL sferę tę kontroluje państwo i daleko idąca interwencja rządu może prowadzić do bardziej regularnego wzrostu w porównaniu z gospodarkami czysto wolnorynkowymi, to tak niewielkie wahania, jak te raportowane przez NBS, nie pojawiają się naturalnie. Dane podawane w okresach wrażliwych politycznie należy zaś w ogóle traktować z najwyższą podejrzliwością. Pamiętajmy jednocześnie, że sama wiedza o tym, które wartości zmanipulowano i w jakim stopniu, wskazuje, gdzie należy spodziewać się kłopotów.

Partia kontroluje rzeczywistość, kontrolując również przeszłość, co nie tylko ma istotne znaczenie dla badających dzieje najnowsze Chin, lecz także daje pewien wgląd w bieżącą politykę. Okres znajdujący się pod szczególną „opieką” KPCh zaczyna się od powstania Bokserów (1899–1901), ale pod rządami Xi Jinpinga jest stopniowo rozszerzany do pierwszej wojny opiumowej (1839–1842). Każde opracowanie dotyczące państwa i sytuacji międzynarodowej po roku 1839 podlega bardzo ścisłej ocenie Instytutu Badań nad Historią i Literaturą, będącego wydziałem KC. Opiniuje on publikacje pod względem zgodności z narracją partii, ale też sprawdza, czy realizują aktualne cele polityczne. Dlatego porównywanie oceny historycznej wydarzeń z przeszłości dokonywanej w różnych momentach ewolucji KPCh może uwidocznić zmiany obecnych priorytetów.

(...)

Do formułowania nowych pomysłów i sygnalizowania kursu używa ona specjalnie tworzonych określeń językowych znanych jako tifa. Ich zidentyfikowanie, rozpoznanie znaczenia i śledzenie częstotliwości występowania może sporo powiedzieć o wewnętrznej ewolucji KPCh. Przykładowo kiedy centrala mówi działaczom regionalnym, że trzeba budować „kompleksowy system zarządzania cyberprzestrzenią” (wǎngluò zònghé zhìlǐ tǐxì), to ma na myśli, że w Pekinie powstały regulacje dotyczące treści internetowych, a zadanie członków polega na zapewnieniu, że systemy techniczne kontroli nad siecią na szczeblu lokalnym będą dysponowały wystarczającymi zasobami kadrowymi, aby ściśle i właściwie egzekwować odnośne wytyczne.

„Kampanie ideologiczne” – niezwykle istotne narzędzie zarządzania ogromną strukturą KPCh i ChRL – ostatnio zaczęły być również obecne w polityce zagranicznej. Pojęcie mechanizmów ich działania jest niezbędne do zrozumienia „wielkich inicjatyw” Chin oraz intencji i celów ich władz. Co jakiś czas krajowy dyskurs polityczny dominuje nowa idea, najczęściej wychodząca od samego sekretarza generalnego. W niedawnych latach w wymiarze wewnętrznym chodzi o propagujące zaawansowane sektory przemysłu „nowe jakościowe siły wytwórcze” (xīn zhí shēngchǎnlì) i nakierowany na redukcję nierówności „wspólny dobrobyt” (gòngtóng fùyù), a w zagranicznym – kojarzone z Xi Jinpingiem – lansującą wizję pokojowego mocarstwa „wspólnotę losów ludzkości” (rén lèi mìng yùn gòng tóng tǐ) czy rozpalającą wyobraźnię globalnie Inicjatywę Pasa i Szlaku (yī dài yī lù).

Na zewnątrz interpretuje się nieraz te idee – błędnie – jako szczegółowo planowane strategie, podczas gdy w rzeczywistości początkowo używane są jedynie do „popychania” KPCh w określonym kierunku. Po wysłaniu ideologicznego impulsu z samej góry partyjne „doły” starają się twórczo wypełniać go konkretną treścią, konkurując o względy centrum. Zapoczątkowane przemówieniem sekretarza kampanie zwykle owocują powstaniem setek artykułów i instytutów badających myśl lidera, a następnie – tysiącami oddolnych inicjatyw działaczy, mających ją konkretyzować w formie nowych ustaw, instrumentów oraz posunięć podmiotów państwowych i rządów lokalnych.

(...)

Należy w tym miejscu odróżnić propagandę, czyli przekaz kierowany na zewnątrz KPCh lub do szeregowych członków partii, od wewnętrznego dyskursu jej aparatu i rozdzielić je. Partia komunistyczna to zbyt duża struktura, aby móc się z nią komunikować w sposób zamknięty. Nie licząc tajnych dokumentów skierowanych do działaczy od szczebla prowincjonalnego w górę, informacja idąca od kierownictwa do owych „dołów” ma zazwyczaj charakter otwarty i publiczny. Równocześnie, mimo że stosuje się w niej hermetyczną nowomowę, przekazuje ona oczekiwania i dyrektywy centrali, które dopiero później będą przekształcane w określone kroki polityczne, prawne lub administracyjne. Należy zatem do najważniejszych źródeł pomagających interpretować zamierzenia KPCh, a co za tym idzie – wytyczania kursu państwa.

Dyskurs partyjny toczy się natomiast na zamkniętych posiedzeniach oraz za pośrednictwem „gazet wewnętrznych”, znanych powszechnie jako neican. W rzeczywistości są to różnego rodzaju materiały (niektóre faktycznie mają formę gazetową) wytwarzane przez KPCh, a następnie dystrybuowane w partii i rządzie do konsumpcji wewnętrznej. Wykorzystuje się je głównie do rozpowszechniania wytycznych, monitorowania działaczy i urzędników państwowych oraz prowadzenia wśród nich edukacji politycznej. Przekazują one także wiadomości, które nie trafiają do mediów publicznych – zwłaszcza negatywne. Chociaż mówimy o materiałach niepublicznych, to ze względu na ich ilość i dosyć rozległy obieg część z nich trafia za granicę.

Innymi kanałami szerszego przekazu wierchuszki KPCh do mas członkowskich są przemówienia programowe i artykuły w prasie, która – mimo że ogólnodostępna – skierowana jest do aparatu partyjnego. Dobry przykład stanowi „Qiushi” (dosł. szukając prawdy) – oficjalny dziennik teoretyczny i magazyn informacyjny KPCh wydawany co dwa tygodnie przez Centralną Szkołę Partyjną i KC. To tutaj można wychwycić pierwsze sygnały wskazujące na zmianę polityki czy wprowadzenie nowych kampanii. Wynika to z faktu, że te ostatnie muszą najpierw znaleźć uzasadnienie światopoglądowe, a kiedy ono powstanie, to zostaje przekazane właśnie w „Qiushi”. Co jakiś czas w periodykach tego typu umieszcza się też – najczęściej z kilkuletnim opóźnieniem – fragmenty niejawnych wystąpień liderów KPCh w sposób szczególny ją kierunkujących. Dają one wówczas wskazówki jedynie do retrospektywnej analizy poczynań partii, podkreślając zarazem znaczenie jej wewnętrznego dyskursu dla funkcjonowania ChRL.

(...)

Hermetyczność zarówno języka chińskiego, jak i partyjnej debaty ideologicznej umożliwia Wydziałowi Propagandy kreowanie wizerunku ChRL niejako w oderwaniu od dyskursu wewnętrznego, a czasem w sprzeczności z nim. Te same sformułowania odnoszące się do relacji z USA czy Zachodem, w oryginale agresywne i mobilizujące do walki, w wydaniu skierowanym do zagranicznych audytoriów otrzymują wersję znacznie bardziej koncyliacyjną i pokojową. Takiej praktyce towarzyszą często równoległe działania propagandowe zorientowane stricte na odbiorców zewnętrznych, bazujące na – nieraz nieobecnych w debacie wewnątrzpartyjnej – odwołaniach do historii Chin. W zagranicznej narracji mają one maskować marksistowsko-leninowskie konotacje i sugerować inspiracje tradycyjną filozofią chińską, która jako mniej znana jest pozytywnie odbierana na Zachodzie.

W efekcie partii udaje się z sukcesem budować wizerunek oderwany od jej realnych intencji czy posunięć. Podobny mechanizm zauważamy w opisywaniu stosunku do Rosji: w dyskursie międzynarodowym określa się go jako „neutralność”, a w propagandzie wewnętrznej – jako „niewzruszoną braterską relację” wymierzoną we „wrogie działania Zachodu”. Ta dwoistość czyni ze zdolności czytania chińskojęzycznych treści jeden z fundamentalnych elementów warsztatu analityka zajmującego się tym obszarem.

Rolę opinii publicznej w kształtowaniu polityki wewnętrznej i zagranicznej KPCh trudno ocenić. Partia może ją cenzurować i manipulować nią, ale nie może jej ignorować. Da się wyciszyć negatywne komentarze lub spacyfikować protest kilkuset ludzi, ale przyczyny tych zachowań – jeżeli nie znikną – grożą szybkim wzrostem niezadowolenia, którego konsekwencji już się łatwo nie zdusi. Stąd też władze przywiązują ogromną wagę do badania opinii publicznej, do czego wykorzystują specjalistyczne jednostki w aparacie partyjnym. Problem w tym, że nikt z zewnątrz nie ma dostępu do tych sondaży, a i sama KPCh nie może być pewna, czy odzwierciedlają one rzeczywiste nastroje.

Nawet badania opinii publicznej wykonywane przez zagraniczne podmioty należy uznawać za niewiarygodne. Zgodnie z chińskimi regulacjami muszą bowiem być prowadzone we współpracy z lokalnymi partnerami, a rządzący mają zawczasu poznać i zaakceptować pytania. Większość respondentów nie wierzy w anonimowość ankiet – ani krajowych, ani tych dla instytucji zewnętrznych – i zakłada, że przynajmniej niektóre osoby przy nich pracujące są zatrudnione przez aparat bezpieczeństwa. Dlatego trzeba przyjąć, że znaczna część biorących udział w sondażach udziela odpowiedzi, jakich wedle ich mniemania rządzący by sobie życzyli. Nie sposób jednak ustalić, jak silnie zjawisko to zniekształca wyniki badań.

Próbę oceny nastrojów umożliwia też śledzenie dyskursu w chińskich mediach społecznościowych. Zapewne należą one do narzędzi, po które sięgają partyjni analitycy, mający wgląd do nieocenzurowanych archiwalnych baz danych tych platform. Obserwatorzy zewnętrzni zderzają się zaś z poważnymi problemami technicznymi z dostępem do chińskich social mediów w ogóle. Zgodnie z przepisami rejestracja w nich wymaga lokalnego numeru telefonu komórkowego, a czasami dodatkowo krajowego dowodu tożsamości. Aby wejść na daną stronę za granicą, często trzeba natomiast korzystać z serwisów VPN, ponieważ połączenia spoza ChRL są blokowane. Ale nawet posiadanie w pełni funkcjonalnego konta nie rozwiązuje następnego problemu: media społecznościowe w Chinach podlegają cenzurze, a władze wyciszają lub wzmacniają głosy zgodnie z bieżącymi zadaniami. Fakt, że propagandyści zwielokrotniają jakiś przekaz, nie musi oznaczać, że nie cieszy się on autentycznym poparciem przynajmniej części populacji, ale nierzadko brakuje narzędzi, aby to zweryfikować.

Symptomy niezadowolenia pojawiają się spontanicznie i szybko się je tłumi. Aby je zarejestrować, zanim zostaną „zniknięte”, a uwaga Chińczyków przekierowana, trzeba by prowadzić ciągły monitoring social mediów, co wymagałoby zasobów ludzkich i materialnych przekraczających zdolności wielu instytucji. W konsekwencji zazwyczaj odnotowywane są tylko zmasowane i nagłe, viralowe przejawy frustracji, które wywołują niewydolność cenzury i nierzadko docierają do setek milionów ludzi w kilka godzin, zanim zostaną usunięte z internetu.

Oznacza to zarazem, że liczne skromniejsze objawy sprzeciwu w sferze online pozostają niewidoczne. W rezultacie otrzymujemy zafałszowany obraz chińskiej opinii publicznej, ale nie możemy nawet ocenić skali nieprawidłowości.

Michał Bogusz Jakub Jakóbowski - Zerkając za „bambusową kurtynę” - analizowanie Chińskiej Republiki Ludowej - OSW

czwartek, 6 listopada 2025



Sąd Najwyższy wysłuchał w środę racji stron w przełomowej sprawie dotyczącej prawa prezydenta do nakładania ceł na podstawie ustawy IEEPA (International Emergency Economic Powers Act), pozwalającej na wprowadzanie sankcji i innych środków gospodarczych w odpowiedzi na nadzwyczajne i wyjątkowe zagrożenia. Sprawa dotyczy taryf nałożonych przez Trumpa na produkty z niemal wszystkich państw świata. Prezydent argumentował podjęcie takich decyzji "wyjątkowym zagrożeniem" w postaci trwałego deficytu handlowego.

Dwa sądy niższych instancji uznały cła nałożone przez Trumpa za nielegalne, a pytania i komentarze, czynione przez większość sędziów Sądu Najwyższego, sugerowały, że przychylają się do podobnego poglądu.

Neal Katyal, prawnik reprezentujący przedsiębiorców-importerów, którzy wnieśli skargę na cła Trumpa, przekonywał, że cła są podatkiem, a Kongres, do którego należą kompetencje w zakresie wprowadzania podatków, nie mógł i nie dał prezydentowi uprawnień do nakładania ceł na cały świat.

- To sprowadza się do zdrowego rozsądku. To po prostu nieprawdopodobne, że uchwalając IEEPA, Kongres przyznał prezydentowi władzę do gruntownej przebudowy całego systemu celnego i amerykańskiej gospodarki, pozwalając mu na ustalanie i zmianę taryf na dowolny produkt z dowolnego kraju, w dowolnym czasie - mówił Katyal. - To jest mechanizm jednokierunkowy. Nigdy nie odzyskamy tej władzy, jeśli rząd wygra tę sprawę - ostrzegał.

Przedstawiciel administracji Trumpa, były osobisty prawnik prezydenta John Sauer, twierdził z kolei, że Trump miał prawo do nakładania ceł, ponieważ leży to w jego uprawnieniach do prowadzenia polityki zagranicznej, a nakładane cła nie są tak naprawdę podatkiem. Sauer przekonywał, że mają one charakter "regulacyjny", a ich celem nie jest zapewnienie wpływów do budżetu. Dowodził w ten sposób, że nie chodzi w nich o nakładanie podatku, co jest konstytucyjnym uprawnieniem Kongresu. Jego zdaniem cła działałby najlepiej, gdyby nie generowały w ogóle przychodów, lecz zmieniły bilans handlu zagranicznego (ograniczyły import).

Sędziowie - w tym prezes sądu, konserwatysta John Roberts - odpowiadali, że prezydent miał w tym celu inne narzędzia, np. embarga i kwoty, które nie nakładałyby podatków na Amerykanów. Inny konserwatywny sędzia, Neil Gorsuch, zwracał uwagę na niebezpieczeństwo związane z przyznawaniem przez Kongres własnych uprawnień prezydentowi (w tym przypadku nakładania ceł) i to, że parlament - w praktyce - nie może ich odebrać z powrotem ze względu na prezydenckie prawo weta.

Znaczna część dyskusji skupiała się na kwestiach semantycznych dotyczących ustawy IEEPA, na którą powołał się Trump, nakładając swoje cła. W szczególności chodziło o to, czy zawarty w ustawie zapis, przyznający prezydentowi prawo do "regulacji (...) importu", zawiera w sobie również prawo do nakładania ceł. Wielu sędziów - wszystkie trzy liberalne sędzie, a także dwoje konserwatystów, prezes sądu John Roberts i Amy Coney Barrett - wydawało się nastawionych sceptycznie do argumentów administracji, reprezentowanej przez prawnika Johna Sauera.

Kilkoro sędziów przyznawało, przepytując przedstawicieli powodów, że mają oni solidne argumenty. Sędzia Barrett podkreśliła jednak, że gdyby cła zostały unieważnione przez sąd, rezultatem byłby "bałagan", związany ze zwrotem pieniędzy pobranych przez państwo z ceł. Katyal przyznał, że to prawda, lecz nie powinno być to przeszkodą do ich pozostawienia. Zarówno on, jak i sędziowie sugerowali też, że Trump mógłby nałożyć cła, korzystając z innych uprawnień, niż IEEPA, choć ten proces byłby bardziej skomplikowany, dłuższy i miał ograniczony charakter.

Środowa ponaddwugodzinna rozprawa w Sądzie Najwyższym, zgodnie z oczekiwaniami, nie przyniosła rozstrzygnięcia. Teoretycznie, Sąd może wydać orzeczenie w dowolnym czasie. Zwykle orzeczenia wydawane są w czerwcu, lecz obecna sprawa prowadzona jest w przyspieszonym tempie. Według wpływowego bloga poświęconego Sądowi Najwyższemu, SCOTUS Blog, decyzja zapadnie prawdopodobnie przed Bożym Narodzeniem.

Prezydent USA Donald Trump wielokrotnie dotąd przekonywał, że sprawa przed sądem, dotycząca ceł, jest jedną z najważniejszych w historii, a jego przegrana będzie oznaczać gospodarczą ruinę państwa. Choć ostatecznie zrezygnował z osobistej obecności w sądzie, reprezentował go tam minister finansów Scott Bessent.

PAP


Rosyjski system jest przede wszystkim biurokratyczny, z własnymi wewnętrznymi zasadami, instrukcjami, obawami i bezwładnością. Jego głównym celem jest zapewnienie sobie przetrwania, a kluczowym zadaniem każdego urzędnika jest wykazanie, że pracuje i pozostaje czujny i responsywny.

Najniebezpieczniejszą sytuacją dla szeregowego funkcjonariusza jest ta, w której wszystko jest spokojne i nic szczególnego nie trzeba robić. W takich przypadkach przełożeni zaczynają pytać, co robi przez cały dzień i kwestionować jego kompetencje. Nie wystarczy, że urzędnicy wykonują swoją pracę; muszą sprawiać wrażenie, że ją wykonują — nawet jeśli oznacza to udawanie energicznej aktywności.

W ramach tego systemu istnieje niepisana, ale niemal powszechna zasada: jeśli zauważysz naruszenie i nic nie zrobisz, jesteś winny. Jeśli tego nie zauważysz, jesteś niekompetentny (a także winny). Nie ma bezpiecznej ścieżki. Każda bierność to ryzyko. Jedynym sposobem na zabezpieczenie się jest działanie. Albo lepiej — przesada. Nadmierna gorliwość może doprowadzić do zbesztania, ale bezczynność prowadzi do pytań, a nawet odrzucenia. To nie strach przed represjami, ale przed utratą komfortu i pozycji.

Ten strach przed wyjściem na tego, który nie podjął działania, tego, który nie zauważył lub milczał, jest jedną z kluczowych psychologicznych sprężyn rosyjskiego aparatu państwowego. Zmusza ludzi na niższych i średnich szczeblach władzy do działania z własnej inicjatywy, bez czekania na rozkazy. Nie robią tego z ideologicznej nienawiści ani dlatego, że Putin osobiście ich poinstruował. Działają prewencyjnie, aby uniknąć obwiniania ich jako słabego ogniwa, które przyciągnęłoby uwagę z góry.

W ten sposób działa większość mechanizmów represji: nie tylko od góry do dołu, ale także od dołu do góry, napędzane strachem przed reakcją wyższych władz. Każdy krok jest następnie zgłaszany w górę z powodu skrajnej czujności na potencjalny ekstremizm. Ostatecznie stwarza to wrażenie, że państwo świadomie zdecydowało się walczyć z dziewczyną śpiewającą piosenkę na ulicy, podczas gdy wszystko zaczęło się od jednej osoby, która nie chciała wyglądać na niedbałą lub bierną.

onet.pl


Rosyjskie zyski w sektorze Pokrowska były w dużej mierze możliwe dzięki rosyjskiemu atakowaniu ukraińskich dronów. Ukraińska jednostka dronów operująca w kierunku Pokrowska poinformowała, że ​​siły rosyjskie wysyłają do Pokrowska prawie 100 drużyn szturmowych dziennie, składających się z maksymalnie trzech osób każda. Ukraińska jednostka dronów stwierdziła, że ​​te rosyjskie drużyny ogniowe przeważają nad ukraińskimi pozycjami, uniemożliwiając ukraińskim operatorom dronów ich użycie. Ukraińskie źródła wojskowe poinformowały niedawno, że rosyjskie grupy infiltracyjne celowo atakują ukraińskie załogi dronów, aby zaangażować je w walkę wręcz, co utrudnia ukraińskie operacje dronów. Połączenie rosyjskiej taktyki naziemnej i wdrożenia efektów BAI stworzyło środowisko, w którym ukraińskim siłom bardzo trudno jest operować dronami. BAI to użycie sił powietrznych do atakowania celów na bliskim zapleczu linii frontu, aby w krótkim czasie wpłynąć na operacje na polu walki; ma to na celu uniemożliwienie przeciwnikowi dostępu do kluczowych linii logistycznych i obiektów niezbędnych do utrzymania operacji na polu walki. Ukraiński obserwator wojskowy Kostiantyn Maszowec wskazał, że siły rosyjskie stworzyły w Pokrowsku środowisko uniemożliwiające dostęp do dronów, stosując specjalne taktyki, które osłabiły organizację i skuteczność ukraińskich operacji obronnych i dronów przed rosyjskimi misjami infiltracyjnymi, co dodatkowo osłabiło te ukraińskie operacje. Maszowec poinformował, że rosyjskie dowództwo wojskowe ustanowiło nowy, trzyetapowy proces infiltracji: przygotowanie, realizacja i wykorzystanie. Maszowec stwierdził, że w fazie przygotowawczej dowództwo wojskowe priorytetowo traktuje identyfikację ukraińskich taktycznych i taktyczno-operacyjnych naziemnych linii komunikacyjnych (GLOC) wspierających wysunięte pozycje ukraińskie, pozycje ukraińskich operatorów dronów i miejsca startu dronów oraz inne obszary nadające się do wykorzystania. Maszowec stwierdził, że siły rosyjskie wysyłają siły Specnazu do przeprowadzenia początkowych misji infiltracyjnych i późniejszych zaskakujących ataków na pozycje ukraińskie w fazie przygotowawczej, po czym standardowe siły szturmowe przeprowadzają własne misje infiltracyjne w fazie wykonawczej. Maszowets stwierdził, że siły rosyjskie wysyłają wiele małych grup szturmowych w celu przeprowadzenia dalszych misji infiltracyjnych oraz konsolidacji i wzmocnienia pozycji podczas fazy eksploatacji, prawdopodobnie licząc na przytłoczenie sił ukraińskich przy jednoczesnym poniesieniu dużych strat. 

Siły rosyjskie potrzebowały 21 miesięcy, aby pokonać 39 kilometrów (nieco ponad 24 mile) z Awdijiwki do Pokrowska. Siły rosyjskie rozpoczęły ofensywę na Pokrowsk w lutym 2024 roku po zajęciu Awdijiwki i rozpoczęły przygotowania do ataku na Pokrowsk w marcu 2024 roku poprzez bezpośrednie ataki frontalne. Operacja ta zakończyła się jednak niepowodzeniem, a jesienią 2024 roku wojska rosyjskie przeszły do ​​kampanii okrążającej. Zimą 2025 roku wojska rosyjskie przeprowadziły krótką serię ataków w kierunku Pokrowska, ale nie zmieniły priorytetów aż do lipca 2025 roku. Udane operacje ukraińskich dronów w dużej mierze uniemożliwiły rosyjskie postępy w kierunku Pokrowska od końca 2024 roku do lata 2025 roku.

(...) Rosyjskie innowacje techniczne, takie jak drony z widokiem z pierwszej osoby (FPV) o zwiększonym zasięgu, głowice termobaryczne i drony „uśpione” lub „czekające” wzdłuż GLOC-ów, pozwoliły siłom rosyjskim generować efekty BAI i ograniczać przemieszczanie się wojsk ukraińskich, ewakuacje i logistykę. Rosja wysłała również elitarnych operatorów dronów z Centrum Zaawansowanych Technologii Bezzałogowych Rubikon na kierunek Pokrowsk i inne priorytetowe sektory w obwodzie donieckim, aby skupić się na przechwytywaniu ukraińskich GLOC-ów i eliminowaniu ukraińskich operatorów dronów. Siły rosyjskie rozpoczęły próby infiltracji Pokrowska pod koniec lipca 2025 r. równolegle z ich zaangażowanymi wysiłkami BAI w tym obszarze. Siły rosyjskie osiągnęły ograniczoną penetrację na północny wschód od Pokrowska na taktycznym kierunku Dobropole w sierpniu 2025 r., prawdopodobnie wykorzystując nieszczelną linię frontu, jednocześnie starając się zabezpieczyć wschodnią flankę kierunku Pokrowska. Maszowec oświadczył 4 listopada, że ​​Rosja utworzyła Centrum Rubikon Zaawansowanych Technologii Bezzałogowych, którego głównym zadaniem jest atakowanie i namierzanie ukraińskich załóg dronów, i zauważył, że siły rosyjskie w przypadku ataków na szczeblu taktycznym, operacyjnym i strategicznym priorytetowo traktują ukraińskie załogi dronów.

Te rosyjskie działania interdykcyjne BAI nie okazały się jednak tak skuteczne na całej linii frontu i niekoniecznie będą możliwe do przeniesienia na inne części teatru działań. Środowisko miejskie w Pokrowsku zapewniło siłom rosyjskim osłonę i ukrycie dla grup infiltracyjnych i załóg dronów, których brakuje w innych obszarach frontu, a Rosja przeznaczyła oszałamiające i niemożliwe do utrzymania ilości siły roboczej i sprzętu na zdobycie Pokrowska. Siły rosyjskie na krótko zredukowały priorytet działań w Pokrowsku, aby skupić się na taktycznej penetracji Dobropole w sierpniu 2025 r. Siły rosyjskie nie wykorzystały jednak tej penetracji, prawdopodobnie częściowo z powodu zagrożenia ukraińskimi atakami dronów na siły rosyjskie próbujące nacierać przez otwarty teren. Następnie, do września 2025 r., siły rosyjskie ponownie skupiły się na priorytetowym traktowaniu kierunku Pokrowsk, a siły ukraińskie z powodzeniem oczyszczały wyłom Dobropole, kontynuując działania w kierunku Pokrowska od listopada 2025 r. Siły rosyjskie również próbowały przebić się przez słabe punkty ukraińskiej obrony i wkroczyć w pobliże Kupjańska, ale nie udało im się zdestabilizować ukraińskiej obrony w takim samym stopniu, jak w Pokrowsku. Różnice między rosyjskimi wysiłkami mającymi na celu zdobycie Kupjańska i Pokrowska wynikają prawdopodobnie częściowo z otwartego terenu otaczającego Kupjansk i niezdolności Rosji do poświęcenia takiej samej ilości siły roboczej i zasobów na działania ofensywne na kierunku Kupjańskim, zwłaszcza że rosyjskie wysiłki mające na celu zniszczenie ukraińskiego kotła na kierunku Pokrowska są w toku. Siły rosyjskie nie nadały również takiego samego priorytetu generowaniu efektów typu BAI na kierunku Kupjańskim, jak w Pokrowsku. Rosja musiałaby zaangażować się w potencjalnie wieloletnie, wymagające dużych zasobów operacje lądowe i wdrożenie BAI, aby odtworzyć warunki w Pokrowsku w innych częściach teatru działań.

understandingwar.org