wtorek, 1 marca 2022


W niedzielę 27 lutego (na dzień przed spotkaniem rosyjskich i ukraińskich zespołów negocjacyjnych) prezydent Władimir Putin poinformował o postawieniu w stan podwyższonej gotowości sił nuklearnych Federacji Rosyjskiej. Dodajmy, że Putin nie doprecyzował, czy mowa tu o siłach strategicznych, czy też niestrategicznych.

Nie był to pierwszy przykład sygnalizacji strategicznej Kremla odnoszący się do broni jądrowej podczas trwającego kryzysu. Już pod koniec ubiegłego roku Kreml poinformował o przełożeniu na luty dorocznych ćwiczeń strategicznych sił jądrowych Grom, które odbywają się zazwyczaj jesienią. W przededniu kryzysu natomiast Kreml kapitalizował nieprzemyślaną, jak się wydaje, wypowiedź Wołodymyra Zełenskiego, który podczas konferencji MSC w Monachium oświadczył, że w obliczu agresji Rosji oraz braku adekwatnej reakcji państw Zachodu Kijów uznaje zapisy memorandum budapeszteńskiego za nieobowiązujące, co odczytywać należy (i taka była również percepcja Rosji) jako wycofanie się przez Ukrainę z decyzji o porzuceniu programu pozyskania broni nuklearnej. W reakcji na słowa Zełenskiego zarówno Putin, jak i minister obrony Rosji Siergiej Szojgu zareagowali formułowanymi mniej lub bardziej explicite groźbami, odnoszącymi się do poczucia zagrożenia Rosji oraz konieczności „zareagowania na realne niebezpieczeństwo, w wypadku gdyby Ukraina weszła w posiadanie broni masowego rażenia”; warto odnotować, że słowa Putina nie odnosiły się wyłącznie do broni nuklearnej, ale również do broni chemicznej czy biologicznej – co wydaje się istotne w kontekście hipotetycznych prób dotrzymania przez Ukrainę kroku Rosji na drabinie eskalacyjnej. Prezydent Rosji starał się uwiarygodnić swoje obawy, stwierdzając, że nie uważa ukraińskich gróźb za puste, a Kijów „posiada znaczące kompetencje” w zakresie technologii potrzebnych do skonstruowania broni nuklearnej. Poniedziałkową wypowiedź Putin w sposób oczywisty kierował również do Zachodu, który „może pomóc Ukrainie zdobyć ową broń, tworząc kolejne niebezpieczeństwo dla naszego państwa”. Wreszcie podczas przemówienia, będącego w gruncie rzeczy wypowiedzeniem Ukrainie wojny, Putin sformułował kolejne ostrzeżenie mające na celu odstraszenie państw zachodnich od potencjalnego zaangażowania się w konflikt ukraiński, mówiąc, że „Rosja pozostaje jednym z najpotężniejszych mocarstw nuklearnych” oraz że „posiada przewagę w pewnych najbardziej nowoczesnych typach uzbrojenia (…) nikt nie powinien mieć złudzeń, że każdy potencjalny agresor dozna porażki i przerażających skutków, jeżeli spróbuje zaatakować nasz kraj”. W piątek media opublikowały nagranie – według części komentatorów z obwodnicy Moskwy – na którym widoczna była przenosząca ładunki nuklearne rakieta balistyczna o zasięgu międzykontynentalnym Yars. Wreszcie w niedzielę świat obiegła wspomniana już wyżej informacja o podwyższeniu stanu gotowości sił jądrowych.

Działania Rosji nie powinny stanowić zaskoczenia w świetle zarówno rosyjskiej polityki deklaratywnej (sformułowanej w opublikowanym 2 czerwca dokumencie zatytułowanym „Fundamenty polityki państwa w zakresie odstraszania nuklearnego”), poprzednich działań Federacji Rosyjskiej (chociażby po aneksji Krymu) oraz wystąpień przedstawicieli kremlowskiej administracji. Rosja począwszy od lat 90., gdy zrewidowała obowiązującą od czasów sowieckich deklarację nieużywania broni nuklearnej jako pierwsza (NFU, no first use), konsekwentnie rozbudowywała zdolności w zakresie niestrategicznej (a więc ujmując rzecz niezwykle skrótowo: o krótszym zasięgu i ograniczonej sile eksplozji) broni nuklearnej; z biegiem czasu koncepcja użycia tejże broni została na Zachodzie ochrzczona mianem doktryny deeskalacji nuklearnej (ang. escalate to de-escalate). Jak zauważyliśmy w części raportu Armii Nowego Wzoru poświęconej problemowi zarządzania dynamiką eskalacji i rosyjskim groźbom nuklearnym, doktryna ta stypuluje, że „Rosjanie mogliby zdecydować się na użycie broni nuklearnej, aby galwanizować zdobycze terytorialne lub polityczne osiągnięte w toku szybkiej, kilku- lub najwyżej kilkunastodniowej, kampanii. Lub też mogliby podjąć próbę zakończenia konfliktu na akceptowalnych dla siebie warunkach w momencie, w którym w toku nieudanej kampanii realna staje się porażka uniemożliwiająca Kremlowi osiągnięcie celów wojennych. Wówczas Rosjanie mogą wyzyskać groźbę wykorzystania doktryny deeskalacji nuklearnej w celu zakomunikowania Amerykanom niebezpieczeństwa niekontrolowanej eskalacji, jeżeli działania wojenne będą kontynuowane”.

W części dotyczącej eskalacji jądrowej raportu Armii Nowego Wzoru stwierdzamy, że charakterystyczną cechą rosyjskich gróźb użycia broni nuklearnej w paradygmacie deeskalacji jądrowej jest to, iż nie są one kierowane pod adresem państwa, wobec którego zostałaby ona użyta, ale nade wszystko wobec jego (dysponującego bronią nuklearną) patrona – zazwyczaj Stanów Zjednoczonych. Jest tak przede wszystkim dlatego, że groźba użycia przez Moskwę broni nuklearnej ma wymusić na Zachodzie gotowość do zaakceptowania ustępstw względem Rosjan, alternatywą może być bowiem konflikt nuklearny – w założeniu początkowo ograniczony, ale grożący zajściem niekontrolowanej eskalacji, jeżeli Zachód „nie odpuści”. Grożąc użyciem broni nuklearnej w toku konfliktu konwencjonalnego, Rosjanie celowo i świadomie przedstawiają się jako państwo gotowe do doprowadzenia do asymetrycznej, i być może niekontrolowanej, eskalacji. Esencją rosyjskiej strategii deeskalacji nuklearnej – a więc gotowości do „wejścia” w ograniczoną wojnę nuklearną – jest więc to, co Thomas Schelling nazwał kiedyś „zawodami w podejmowanie ryzyka” (competition in risk taking) – gdzie ryzykiem jest niebezpieczeństwo zajścia niekontrolowanej eskalacji. Rosjanie wierzą, iż będą w stanie owe zawody wygrać, stawka rozgrywki jest bowiem większa dla nich niż dla państw Zachodu – a tym samym w obliczu gróźb rosyjskich mogących doprowadzić do katastrofalnej, pełnej wymiany nuklearnej zachodnie stolice będą musiały powiedzieć „pas”.

Warto zwrócić uwagę na fakt, że kalkulacja ta nie znajduje zastosowania w wypadku państwa, które pada ofiarą rosyjskiej agresji. Jeżeli stawką rozgrywki z Rosją jest dalsze istnienie państwowości (oraz przeżycie władz zaatakowanego państwa), potencjał odstraszający rosyjskich gróźb jest ograniczony. W przeciwieństwie do Zachodu mogą być gotowe sprawdzić, czy Rosjanie przypadkiem nie blefują – zwłaszcza jeżeli są powody, aby tak uważać. Taką tolerancją ryzyka wykazali się w toku konfliktu Ukraińcy; wkrótce po podniesieniu przez Rosję stopnia gotowości sił nuklearnych minister spraw zagranicznych Ukrainy Dmytro Kułeba oznajmił, że jest to „próba podbicia stawki oraz wywarcia nacisku na ukraińską delegację”, a ewentualne użycie broni nuklearnej przez Rosję „będzie katastrofą dla świata, ale nas nie złamie”. Kułeba sygnalizował więc, że Rosjanie, próbując wymusić na Ukraińcach za pomocą gróźb użycia tej broni deeskalację konfliktu oraz akceptację części ich postulatów, ponieśli porażkę; jego słowa implikowały również, że jeżeli Moskwa faktycznie posunęłaby się do ich realizacji, musiałaby sięgnąć po broń nuklearną więcej niż raz. Tu jednak pojawia się problem, bowiem chociaż Ukraina sygnalizuje gotowość do sprawdzenia rosyjskiego blefu (lub nawet kontynuacji walki w mało prawdopodobnym scenariuszu spełnienia przez Rosję jej gróźb), to istnieją powody, aby podejrzewać, że Amerykanie – z przyczyn oczywistych – mogą nie wykazać się podobną tolerancją ryzyka co Ukraińcy. Zachodzi więc niebezpieczeństwo, że – o ile potraktują rosyjskie groźby poważnie – Amerykanie w pewnym sensie mogą stać się narzędziem Rosjan, i w obawie przed użyciem przez Rosję broni jądrowej zaczną naciskać na Ukraińców, aby ci zaakceptowali niektóre przynajmniej warunki stawiane przez Kreml. Roli nacisków Zachodu nie należy ignorować; wydaje się, że to właśnie presja Stanów Zjednoczonych i zachodnioeuropejskich partnerów Ukrainy zadecydowała o tym, że Ukraina nie zarządziła powszechnej mobilizacji przed wybuchem konfliktu, a to realnie wpłynęło na zdolność ukraińskich sił zbrojnych do stawienia oporu siłom rosyjskim. Istotną kwestią stanie się więc podatność kierownictwa państwa ukraińskiego na naciski Waszyngtonu, Londynu, Berlina czy Paryża. Na razie jednak wydaje się, że biały Dom z dużą rezerwą podchodzi do rosyjskich prób sygnalizacji; w odpowiedzi na pytanie: „Czy Amerykanie powinni obawiać się wybuchu wojny jądrowej”, zadane mu podczas niedzielnego wystąpienia, prezydent USA Joe Biden odpowiedział po prostu: „Nie”. Natomiast rzecznik prasowa Białego Domu Jen Psaki oznajmiła podczas briefingu prasowego, że Stany Zjednoczone „nie widzą uzasadnienia dla podniesienia gotowości” własnych sił nuklearnych.

Autor pozostaje sceptyczny co do prawdopodobieństwa użycia przez Rosję broni nuklearnej w toku trwającego obecnie konfliktu. Ukraina jest (znacznie) słabszym konwencjonalnie państwem nieposiadającym zdolności projekcji siły wobec Moskwy oraz niedysponującym bronią jądrową; użycie broni nuklearnej wobec niej byłoby reakcją skrajnie nieproporcjonalną oraz – z punktu widzenia interakcji z Kremlem na scenie międzynarodowej – nieracjonalną. Nie ma wątpliwości, że w wyniku złamania przez Rosję nuklearnego tabu (i to w toku wojny agresywnej) nie tylko Zachód, ale również chociażby Chiny czy Indie musiałyby co najmniej dokonać głębokiej reewaluacji analizy zysków i strat związanych ze współpracą z Kremlem, i prawdopodobnie wynik tej analizy oznaczałby gwałtowne i daleko idące ograniczenie współpracy z Moskwą.

Po drugie, choć może się wydawać, że wraz z katastrofalnym przebiegiem kampanii na Ukrainie i zachodnimi sankcjami w jej następstwie Rosja już teraz stała się pariasem na scenie międzynarodowej, autor artykułu jest zdania, iż użycie przez Rosję broni nuklearnej wobec Ukrainy w celach deeskalacyjnych miałoby konsekwencje znacznie dalej idące niż te, z którymi Moskwa musi się mierzyć obecnie. Wydaje się, że fakt, iż sankcje Zachodu zostały nałożone tak nagle i z przeskoczeniem kilku co najmniej szczebli na drabinie eskalacyjnej (jeszcze w czwartek sankcje nałożone na Rosję przez USA i UE były przecież wciąż dość zachowawcze), pozwala się zastanawiać, czy nie były one mniej owocem chłodnej kalkulacji, a bardziej wynikiem reakcji emocjonalnej oraz rezultatem ogromnej presji społecznej, wywołanej percepcją kryzysu przez społeczeństwa państw zachodnich. To z kolei może oznaczać, że wraz ze stopniowym wygaszeniem emocji wśród decydentów i społeczeństw Zachodu (które nadejdzie przecież nieuchronnie) konsekwencje owych sankcji, takie jak pełne wepchnięcie Rosji w orbitę Chin czy też gwałtownie rosnące ceny energii i towarzysząca im inflacja, nakażą zachodnim decydentom częściowe przynajmniej ich złagodzenie. Użycie broni jądrowej uniemożliwi jednak tego rodzaju działanie, permanentnie relegując Rosję do statusu państwa zbójeckiego. Wreszcie, choć Ukrainy nie obejmują gwarancje bezpieczeństwa ani Stanów Zjednoczonych, ani innych państw dysponujących bronią nuklearną, Rosja musi być świadoma, że wraz z użyciem broni nuklearnej, być może wielokrotnym, rośnie (w wyniku pomyłki, błędnej kalkulacji czy też błędów technicznych) faktyczne ryzyko niekontrolowanej wymiany jądrowej z innymi mocarstwami nuklearnymi.

Rosjanie mogą – i najprawdopodobniej spróbują – kontynuować sygnalizację strategiczną, gdy ich próby nacisku na Ukrainę się nie powiodą, a Amerykanie i Europejczycy nie będą chcieli lub mogli nakłonić Kijowa do przystąpienia do negocjacji i zaakceptowania przez Ukrainę części przynajmniej rosyjskich postulatów. Jeżeli faktycznie tak się wydarzy, można sobie wyobrazić zarówno kolejne wystąpienia Putina lub/oraz innych przedstawicieli rosyjskich władz (Gierasimowa, Szojgu), w których wobec Ukrainy oraz Zachodu formułowane będą groźby. Sami Rosjanie mogą także pielęgnować narrację, w myśl której Władimir Putin jest coraz bardziej nieprzewidywalny i zdesperowany obrotem spraw na Ukrainie; strategię taką przyjęła chociażby administracja Richarda Nixona na przełomie lat 60 i 70. Wówczas to elementy amerykańskiej administracji wykonywały „wrzutki” wobec przedstawicieli Moskwy, w których sugerowali, że Nixon „to szaleniec, który ma obsesję na punkcie komunizmu (…) nie możemy go powstrzymać, jest szalony, i trzyma palec na guziku nuklearnym”. „Madman Nixon” był klasycznym przykładem nuklearnego „brinkmanship” – a więc balansowania na krawędzi mającego przekonać oponenta o gotowości do doprowadzenia do niekontrolowanej eskalacji; Korea Północna uczyniła z tejże metody formę sztuki. Być może Rosjanie wykonają również sygnalizację wobec USA polegającą na dalszym podwyższaniu stanu gotowości, rozproszeniu sił nuklearnych oraz sparowaniu środków przenoszenia z głowicami. W bardziej skrajnych scenariuszach możliwe jest również przeprowadzenie testów broni nuklearnej przez Rosję (co wiązałoby się jednak ze złamaniem zapisów traktatu PTBT (Partial Nuclear Test Ban Treaty); taki rezultat wydaje się jednak mało prawdopodobny.

strategyandfuture.org

poniedziałek, 28 lutego 2022


W czwartej dobie walk strona ukraińska zaczęła wprowadzać coraz szersze embargo na informacje o bieżącej sytuacji (strona rosyjska od początku w ogóle nie powiadamia o przebiegu walk). W porannym komunikacie Sztab Generalny Sił Zbrojnych Ukrainy poinformował enigmatycznie, że siły rosyjskie kontynuowały ofensywę powietrzną, w ramach której niszczone są lotniska wojskowe i cywilne, ukraińskie stanowiska dowodzenia i obrony powietrznej, ważna infrastruktura krytyczna, a także obszary zamieszkane i broniące się pododdziały ukraińskie. Według Kijowa wróg zmniejszył tempo ofensywy, ale nadal stara się rozwinąć powodzenie na wybranych kierunkach. Zdaniem strony ukraińskiej wszelkie rosyjskie próby osiągnięcia celu operacji militarnej nie powiodły się, a jednostki rosyjskie są zdemoralizowane i ponoszą duże straty. W komunikacie po raz pierwszy nie pojawiły się żadne konkrety dotyczące działań ukraińskich ani ich ocena.

Siły rosyjskie zacieśniają blokadę Kijowa od strony północnej i zachodniej, a także zmniejszają odległość dzielącą je od ukraińskiej stolicy po stronie wschodniej. Rosyjskie wojska inżynieryjne przygotowały kolejną przeprawę w okolicach miasta. Trwają walki o graniczące z Kijowem miasto Irpień. W stolicy mają działać grupy dywersyjno-rozpoznawcze (3–15 żołnierzy w każdej). Ukraińcy kontrolują dojazd do Kijowa tylko od strony południowej i najbliższych miejscowości od strony wschodniej (w tym niszczonego atakami portu lotniczego Boryspol). Nieugaszony pozostaje pożar składów paliwa w Wasylkowie, zbombardowanych przez Rosjan nocą 26/27 lutego.

Na południu działania przeniosły się z obwodu chersońskiego do obwodu zaporoskiego. 27 lutego Rosjanie zajęli Berdiańsk nad Morzem Azowskim (poprzedniego dnia wyminęli miasto, kierując kolumny w stronę Mariupola). Kontynuując działania wzdłuż wschodniego brzegu Dniepru, osiągnęli Wasylówkę, 160 km w górę biegu rzeki, licząc od Nowej Kachowki. Dochodzą sprzeczne informacje na temat kontroli nad Zaporoską Elektrownią Jądrową w Enerhodarze (największą na Ukrainie), zablokowaną przez Rosjan 27 lutego.

Trwają walki o Charków, przy czym działania prowadzone są już w granicach miasta, a także – ze zmiennym powodzeniem stron – w Donbasie (wieczorem 27 lutego siły ukraińskie odzyskały kontrolę nad Wołnowachą). Nie ma informacji o przebiegu walk w innych okrążonych bądź blokowanych miastach obwodowych (Czernihów, Sumy, Mariupol, Odessa). Według doniesień ukraińskich Odessa i obwód odeski mają być „naszpikowane” dywersantami. Brakuje także informacji o działaniach dużego zgrupowania desantowego połączonych sił Flot Czarnomorskiej, Bałtyckiej i Północnej (łącznie 11 dużych okrętów desantowych), które miały wyjść z Sewastopola 27 lutego wieczorem i kierować się w stronę Odessy (wcześniejsze desanty prowadzone były mniejszymi jednostkami sił specjalnych). Ataki rakietowe dotknęły porty lotnicze w Mikołajowie i Żytomierzu, a także Czerkasy i obwód czerkaski.

Według amerykańskiego Departamentu Obrony Rosja wykorzystała dotychczas w walkach dwie trzecie zgromadzonego wcześniej potencjału, a na Ukrainie znajduje się ok. 100 tys. rosyjskich żołnierzy (Siły Zbrojne Ukrainy liczą ok. 250 tys. żołnierzy rozciągniętych wzdłuż całej granicy, liczba zmobilizowanych w ostatnich dniach wynosi dalsze 100 tys.), a w bezpośredniej rezerwie wzdłuż granic Ukrainy pozostaje jeszcze 50 tys. żołnierzy rosyjskich. Amerykanie odnotowali także przypadki problemów z zabezpieczeniem logistycznym nacierających wojsk FR, w tym z dostawami paliwa. Do 27 lutego na Ukrainę miało spaść 320 rakiet, w większości balistycznych krótkiego zasięgu.

Wojska obrony terytorialnej wezwały ludność cywilną do zorganizowanego oporu i przedstawiły instrukcję działań. W związku z pojawianiem się kolumn sił nadchodzących od północy wezwano do zorganizowania punktów obserwacyjnych w celu identyfikowania ruchu jednostek rosyjskich, a w przypadku ich zauważenia – do blokowania przejazdu wszelkimi sposobami, niszczenia mostów, obrzucania kolumn „koktajlami Mołotowa”, wykorzystania sztucerów myśliwskich z celownikami optycznymi do precyzyjnego strzelania w opony pojazdów opancerzonych, przekazywania informacji o jeńcach, wywieszania banerów „Tutaj czeka cię tylko śmierć” oraz wzmacniania antyrosyjskiego przekazu w sieciach społecznościowych.

Ministerstwo Obrony Ukrainy przekazało kolejny komunikat o stratach wojsk rosyjskich od początku inwazji. Siły zbrojne FR od 24 lutego miały stracić 5300 ludzi, 191 czołgów, 816 pojazdów opancerzonych, 29 samolotów, 29 śmigłowców. Strona ukraińska podkreśla, że informacje mają charakter orientacyjny i wymagają doprecyzowania. Rośnie także liczba ofiar cywilnych wśród Ukraińców – od początku agresji zginęło 352 cywilów, w tym 14 dzieci, a rannych zostało 1684 cywilów, w tym 116 dzieci.

Władze Ukrainy zgodziły się na podjęcie bez żadnych warunków wstępnych rozmów pokojowych ze stroną rosyjską na białorusko-ukraińskiej granicy w pobliżu rzeki Prypeć. Organizację spotkania uzgodniono podczas rozmowy telefonicznej prezydenta Zełenskiego z Alaksandrem Łukaszenką (z inicjatyw tego drugiego). Poprzedziła ją ostra i nerwowa reakcja Łukaszenki na niedzielne wystąpienie Zełenskiego, w którym wezwał on społeczeństwo białoruskie do przeciwstawienia się współuczestniczącemu w rosyjskiej agresji reżimowi w Mińsku.

Zełenski oświadczył, że działania wojsk rosyjskich noszą znamiona ludobójstwa. Jego zdaniem celem agresji jest sterroryzowanie i ukaranie społeczeństwa ukraińskiego za dążenie do suwerenności i niezależności. Prezydent poinformował, że rozmawiał w tej sprawie z sekretarzem generalnym ONZ Antonio Guterresem. Ukraina skierowała także pozew przeciwko Rosji do Międzynarodowego Trybunału ONZ. Szef ukraińskiej dyplomacji Dmytro Kułeba oskarżył niektórych polityków zachodnich o chęć kontynuowania współpracy gospodarczej z Rosją pomimo wojny, określając to mianem zdrady i handlem krwią ukraińskich obywateli.

Nadal rośnie liczba osób przekraczających granicę na kierunku polskim, według danych Straży Granicznej RP od początku działań bojowych z Ukrainy wjechało 281 tys. osób (z czego wczoraj prawie 100 tys. osób), zaś kolejka do granicy liczy 20–30 km. Coraz bardziej utrudniony staje się dojazd do zachodnich obwodów Ukrainy i do samej strefy przygranicznej. Na drogach wjazdowych do obwodów lwowskiego czy zakarpackiego ustanowiono posterunki (tzw. blokposty, w obwodzie lwowskim jest ich 40), co wraz ze wzmożonym ruchem powoduje ogromne korki.

Komentarz

W wymiarze militarnym ostatnia doba nie przyniosła poważniejszych zmian. Siły rosyjskie skupiły się na budowaniu podstaw wyjściowych do dalszych walk o Kijów, przygotowując siły drugiego rzutu (część z nich wkroczyła w granice Ukrainy, głównie z Białorusi, 27 lutego). Ofensywa kontynuowana wzdłuż Dniepru, jak również w kierunku Krzemieńczuka od strony Charkowa, pozwala przyjąć, że celem jest nie tylko rozcięcie Ukrainy na część wschodnią i zachodnią, lecz także objęcie kontrolą głównych elementów systemu energetycznego państwa. Analogicznie działania na rzecz opanowania całego wybrzeża (nadazowskie, z wyjątkiem Mariupola, znajduje się w całości pod kontrolą agresora) z głównymi portami wpisują się w plan odcięcia Ukrainy od głównej drogi eksportu jej towarów.

Pasywność Sił Zbrojnych Ukrainy w warunkach znaczącej przewagi liczebnej nad przeciwnikiem należy tłumaczyć uzasadnioną obawą, że w przypadku podjęcia aktywnych działań Rosja zdecyduje się na masowe wykorzystanie lotnictwa. Rozwinięte do działań manewrowych jednostki ukraińskie będą znacznie bardziej podatne na rosyjskie uderzenie niż w działaniach obronnych na częstokroć dobrze umocnionych pozycjach. Nie można wykluczyć, że swoją wstrzemięźliwością Rosjanie chcą zachęcić ukraińskie dowództwo do takich posunięć (np. przeciwuderzenia na kierunku północno-wschodnim i odrzucenia nieprzyjaciela od Kijowa), a tym samym zwiększyć swoje szanse na zniszczenie potencjału lądowego armii ukraińskiej przy ograniczeniu strat własnych. Ukraińscy dowódcy wydają się jednak w pełni świadomi zagrożeń związanych z odejściem od działań stricte obronnych.

Fakt, że armia rosyjska nadal nie zdecydowała się na masowe wykorzystanie lotnictwa, a także prowadzi ofensywę lądową skromniejszymi siłami niż te, którymi dysponuje strona ukraińska (w kategoriach sztuki wojennej stanowi to pewne kuriozum), wynika najpewniej z kalkulacji polityczno-ekonomicznej. Należy przyjąć, że – zwłaszcza w przypadku ograniczonego użycia lotnictwa, a także środków walki radioelektronicznej – Moskwa wysyła sygnał do NATO, że są one przeznaczone do walki z bardziej adekwatnym przeciwnikiem i nie będzie ryzykowała w starciu z armią ukraińską niepotrzebnych strat. Z drugiej zaś strony (zwłaszcza w zestawieniu z informacją o postawieniu 27 lutego rosyjskich sił odstraszania nuklearnego w stan „specjalnego” dyżuru bojowego) sugeruje tym gotowość do konfliktu zbrojnego na wschodniej flance Sojuszu. Podobnie informacja o użyciu przez Rosję do uderzeń głównie rakiet balistycznych krótkiego zasięgu świadczy o tym, że armia rosyjska może wykorzystywać (utylizować) pociski poprzedniej generacji systemu Toczka-U i oszczędzać na inne cele nowocześniejsze Iskandery.

Struktury obrony terytorialnej i służb specjalnych Ukrainy zaczęły wdrażać plan „obrony totalnej”, zachęcając ludność do przeciwstawiania się agresorowi. W przypadku powodzenia zapowiadanych przedsięwzięć ukraiński potencjał oporu znacząco wzrośnie. Jego skuteczność będzie jednak zależała nie tylko od rozwiązania kwestii organizacyjnych, logistycznych czy przekazania uzbrojenia i wyposażenia. Równie ważnym czynnikiem będzie podtrzymanie wysokiego morale wśród społeczeństwa gotowego do przeciwstawienia się agresji. Wiele wskazuje na to, że organizacja oporu społecznego przyniesie konkretne efekty i utrudni wojskom rosyjskim bezpieczne działanie na czasowo zajmowanych terytoriach. Aktywność grup ochotników, pomimo przewagi Rosjan, może zakłócić również logistykę wojsk FR.

Nasilająca się ofensywa informacyjna obu walczących stron w coraz większym stopniu utrudnia rzeczywistą ocenę sytuacji w rejonach walk. W otoczeniu prezydenta Zełenskiego od początku przyjęto założenie, by przekaz skupiał się wyłącznie na sukcesach armii ukraińskiej niezależnie od stanu faktycznego, a także fiasku ofensywy rosyjskiej i problemach agresora. Wydarzenia ostatniej doby wskazują jednak, że Ukraińcy starają się ujednolicić swój przekaz, rezygnując z przedstawiania informacji o sytuacji i skupiając na podtrzymywaniu morale społeczeństwa i walczących żołnierzy.

Rezygnacja Moskwy z wyrażanych wcześniej warunków wstępnych przeprowadzenia rozmów pokojowych (złożenia broni przez armię, zgoda na neutralny status) jest najpewniej zasłoną dymną, a nie przejawem gotowości do szukania kompromisu. Putin nie zrealizował dotychczas swoich celów na Ukrainie, a jakiekolwiek porozumienie, nawet formalnie będące ustępstwem strony ukraińskiej, na tym etapie konfliktu zostałoby odebrane jako świadectwo słabości Rosji, co wzmacniałoby Ukrainę oraz potwierdzało słuszność asertywnej polityki Zachodu wobec Moskwy. Zgodę na rozmowy Zełenski tłumaczy zagrożeniem w postaci dołączenia wojsk białoruskich do inwazji na Ukrainę, a także potrzebą chwycenia się każdej, nawet minimalnej możliwości porozumienia.

Wśród społeczeństwa do rekordowego poziomu wzrosła popularność Zełenskiego, który postrzegany jest jako niekwestionowany lider narodu (94% badanych popiera jego działania). Utrzymuje się również wysoka ocena społeczna efektywności Sił Zbrojnych Ukrainy. 70% wyraziło przekonanie o zwycięstwie nad rosyjskimi okupantami, przy czym pewność ta w zachodnich obwodach Ukrainy była wyższa (78%) niż w południowych (66%) czy wschodnich (64%). Obecnie mimo narastających trudności funkcjonowania ludności cywilnej nie widać oznak spadku morale, a pozytywne nastroje są skutecznie podtrzymywane przez polityków i media. Jednocześnie pogłębiają się problemy z zaopatrzeniem w żywność – w wielu sklepach jest wyraźnie mniej artykułów, a ceny podstawowych produktów (np. chleba) mocno wzrosły. W tej sytuacji władze lokalne i media apelują o postawy solidarności, zwłaszcza wobec osób starszych i samotnych. Ponadto zaczynają się pojawiać akty grabieży sklepów i szabrownictwa, co z kolei wywołuje radykalne reakcje niektórych władz lokalnych – w Żytomierzu i Ochtyrce władze miejskie poinformowały, że policja i organy porządkowe będą rozstrzeliwać szabrowników na miejscu, by uniknąć dalszych tego typu aktów.

osw.waw.pl

niedziela, 27 lutego 2022


Minister ubrana na czarno, jakby na pożegnanie. W tle ktoś krzyczy: "dobra, zaczynamy, za pięć, cztery, trzy, dwa, jeden...". Annalena Baerbock (Zieloni) bierze kolejny oddech, po czym mówi do kamery: Drodzy obywatele, obudziliśmy się dziś w innym świecie. Po miesiącach przygotowań, kłamstw i propagandy, prezydent Putin zdecydował się dziś wieczorem na straszliwe czyny, które będą odpowiedzią na jego groźby.

Jest to niezwykłe otwarcie przemówienia, ze względu na to, jak otwarcie Baerbock pokazuje, że jest zaskoczona. Prawie tak, jakby do tej pory nikt nie podejrzewał, że Putin może kłamać i, z drugiej strony, że całkiem szczerze zrobi to, co zapowiedział: rozpocznie wojnę. Można odnieść wrażenie, że zaczyna się coś zupełnie nowego. To uczucie jest wyczuwalne wszędzie wśród elit Zachodu.

"Wydarzenia te wyznaczają początek nowej ery" – napisała na Twitterze przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen. "Putin otwiera nowy, mroczny rozdział w historii Europy" – czytamy w londyńskim "Financial Times". Sekretarz Generalny NATO Jens Stoltenberg stwierdza: "po rosyjskiej inwazji na Ukrainę powstanie nowa Europa". Ta niegdyś potężna, bogata i wolna część świata musi nauczyć się żyć z nowymi zagrożeniami. I to bardzo szybko.

(...)

NATO przygląda się teraz, jak silnie uzbrojone oddziały rosyjskie atakują Ukrainę ze wszystkich stron i zdobywają ją krok po kroku w bezpośrednim sąsiedztwie kilku państw członkowskich Sojuszu. – Nie mamy żadnych wojsk NATO na Ukrainie i nie planujemy wysłania ich na Ukrainę – powiedział szef NATO Stoltenberg.

To, że większość Ukraińców wierzy w ideały demokratyczne, na których opiera się Sojusz, że chcieli wstąpić do NATO, już się nie liczy. Sojusz nie chce być wciągnięty w wojnę, która nie dotyczy bezpośrednio żadnego z jego członków, ponieważ wtedy mogłaby stać się o wiele bardziej niebezpieczna, także dla reszty świata. Oznacza to jednak również, że NATO musi mniej lub bardziej bezczynnie przyglądać się, jak nowa linia frontu przesuwa się w jego kierunku.

Jeśli Putin całkowicie zajmie Ukrainę, zaanektuje ją lub zainstaluje w Kijowie zależny od siebie reżim, Rosja zbliży się znacznie do granic NATO, a bufor zostanie zlikwidowany. Wówczas rosyjska strefa wpływów nie będzie już graniczyć tylko z Polską, Estonią, Łotwą i Norwegią, ale w przyszłości także z Rumunią, Węgrami i Słowacją.

Moskwa może wtedy jeszcze łatwiej odizolować kraje bałtyckie od terytorium NATO i ewentualnie zaatakować je bez możliwości zapewnienia dostaw przez sojuszników. Nowy stan zagrożenia jest konsekwencją porażki politycznej, która trwa już od pewnego czasu i do której Zachód dopiero teraz się przyznaje.

Tak zwane dwutorowe podejście do Rosji, polegające na prowadzeniu dialogu i stosowaniu środków odstraszających, nie sprawdziło się. Była to strategia, za pomocą której państwa zachodnie zareagowały, gdy w 2014 r. separatyści promoskiewscy zajęli część wschodniej Ukrainy, a Putin zaanektował Krym.

Jednocześnie prawdopodobnie jest już za późno na kompromis. Wraz z tą aneksją, niemal dokładnie siedem lat temu, Moskwa pożegnała się już z kompromisem z NATO. Putin najwyraźniej nie chciał już dialogu. Ale Zachód wciąż mówił bez emocji. Teraz gorączkowo próbuje się uzbroić.

NATO jest w stanie podwyższonej gotowości. We wschodnich krajach NATO rozmieszczane są wojska lądowe i powietrzne oraz jednostki marynarki wojennej. Jednocześnie uaktywniono plany obronne Sojuszu. Oznacza to, że głównodowodzący wojskami NATO w belgijskim Mons może w ciągu kilku dni wysłać na wschodnią lub południowo-wschodnią flankę tysiące żołnierzy z tak zwanych Sił Odpowiedzi NATO.

W piątek wieczorem Stoltenberg niespodziewanie ogłosił, że w związku z niebezpieczną sytuacją dla odstraszania Rosji zostanie wysłanych kilka tysięcy żołnierzy sił reagowania. Jest to jedyna jak dotąd operacja, w której wezmą udział także żołnierze niemieccy. Jak jednak Sojusz powinien się strategicznie zachować w przyszłości, by stawić czoła tej nowej sytuacji?

– Wiarygodność natowskiego systemu odstraszania i zdolności obronnych musi być wyraźnie wzmocniona odpowiednią obecnością sił NATO w regionach graniczących z Rosją i narażonych geograficznie – powiedział "Welt am Sonntag" Heinrich Brauss, były generał, wieloletni zastępca sekretarza generalnego NATO ds. polityki obronnej i bliski doradca Stoltenberga.

– Putin jest impulsywny – mówi Brauss. – Może mu się wydawać, że dzięki szybkiemu atakowi o ograniczonym zasięgu regionalnym, połączonemu z groźbami nuklearnymi, może przedstawić to NATO jako fakt dokonany i szantażować Sojusz.

Wraz ze stałym stacjonowaniem większych kontyngentów NATO we wschodnich państwach członkowskich, Sojusz żegna się z Aktem Założycielskim. W akcie tym obiecała Rosji, że poważnie ograniczy jej obecność wojskową na Wschodzie.

W najbliższych miesiącach wielonarodowe oddziały bojowe w sile brygady, czyli ok. 3 tys. żołnierzy, a nie jak dotychczas tylko 800-1200 mężczyzn i kobiet, będą najprawdopodobniej stacjonować na stałe w wielu państwach członkowskich, a nie jak dotychczas rotacyjnie. Co więcej, w przyszłości wojska NATO znajdą się również na południowo-wschodniej flance Sojuszu, a nie tylko w krajach bałtyckich i w Polsce, jak to ma miejsce obecnie.

– Putin musi wiedzieć, że nie ma żadnej luki, którą mógłby wykorzystać – mówi Brauss. W związku z tym – mówi – szczególnie ważne jest wzmocnienie tych oddziałów. – Zwłaszcza także przez siły z USA – dodaje. Mocarstwo atomowe po drugiej stronie Atlantyku jest jedynym, oprócz Chin, rywalem o władzę polityczną, którego Putin traktuje naprawdę poważnie. A przyszłość Europy będzie zależała od tego, jak ścisły i silny pozostanie sojusz z Ameryką. To także jest punkt zwrotny. Bo tak naprawdę Europejczycy mieli właśnie dążyć do większej niezależności.

(...)

"Pieniądze to nie wszystko", a "pokoju nie zapewnia tylko broń" – możemy usłyszeć od europejskich polityków. Dla Ameryki byłoby to niezrozumiałe. – Stoimy w obliczu gigantycznego ataku o ogromnym potencjale militarnym – mówi politolog z Harvardu Karl Kaiser. Teraz "nie możemy już ciągle przywoływać starych argumentów".

Wojna z Ukrainą zmusza "Europejczyków, a zwłaszcza Niemców, do zwiększenia wydatków na obronność" – dodaje. – Teraz powinno to być teraz naprawdę jasne dla wszystkich – mówi. Fakt, że na przykład Niemcy mają "tylko 260 czołgów, z których nie wszystkie są sprawne", jest "znaczący".

Ale nie tylko niewielka liczba ubrojenia sprawia, że Europa jest bezbronna. Są to również struktury, w których stary kontynent organizuje swoją samoobronę. – Idea czysto europejskiej samoobrony jest najbardziej niejasna w całej tej debacie – mówi Cathryn Clüver Ashbrook z berlińskiego Global Public Policy Institute.

– Wspólne struktury obronne UE, takie jak inicjatywa PESCO, nie są w żadnym wypadku gotowe do samodzielnego użycia w sytuacji kryzysowej. Współpraca europejskich sił zbrojnych w ramach NATO była ćwiczona przez dziesięciolecia, ale w tak dynamicznej sytuacji jak ta, z którą mamy do czynienia obecnie, nie ma przywódcy, który mógłby natychmiast zapewnić największe siły. Nawet dziś tylko Stany Zjednoczone są w stanie to zrobić – mówi ekspertka.

onet.pl

Najwyżsi urzędnicy Rosji są często opisywani jako dwór Władimira Putina. Z poniedziałkowego posiedzenia Rady Bezpieczeństwa Rosji wynika, że jest to raczej komora odbijająca echo prezydenta.

Czasami trudno uciec od filmowych i teatralnych odniesień, ale w tym przypadku wyglądało to, jak spotkanie króla Leara z Ernstem Stavro Blofeldem z filmów o Jamesie Bondzie. Tematem posiedzenia były pseudopaństwa Doniecka i Ługańska, ale choć Putin zapowiedział, że decyzję podejmie później, to widać było, że już wtedy zdecydowany był je uznać.

Prawdziwy dramat tego spotkania polegał na tym, że najpotężniejsi mężczyźni Rosji — i jedna kobieta — tańczyli i kręcili się w kółko wokół prezydenta.

W przeciwieństwie do większości posiedzeń Rady Bezpieczeństwa, to było transmitowane przez telewizję (a dokładniej, retransmitowane, bo Kreml przyznał, że nie odbywało się, wbrew twierdzeniu telewizji, na żywo). Zamiast zdalnie, jak to w czasach epidemii, to posiedzenie odbyło się osobiście. Zgromadzeni urzędnicy siedzieli w oddalonych rzędach z dala od Putina. Ten, usadowiony za biurkiem, po kolei żądał od nich wyrażenia opinii na temat uznania republik w Donbasie. Jasne było, że właściwa odpowiedź jest tylko jedna.

Niektórzy z nich byli prawdziwymi entuzjastami. Dyrektor tajnej policji FSB Aleksander Bortnikow przedstawił surrealistyczny raport o rzekomych ukraińskich prowokacjach i naruszeniach praw człowieka. Jego poprzednik, sekretarz Rady Bezpieczeństwa Rosji Nikołaj Patruszew ujął całą sprawę w pozytywnych, eschatologicznych kategoriach, dając odpór tym, których celem jest "zniszczenie Rosji".

Minister obrony Siergiej Szojgu jest zawsze trudny do odczytania. Do pewnego stopnia podążał on tą samą linią co Bortnikow, ale skupił się również na wątpliwym argumencie, że Ukraina planuje zdobycie broni nuklearnej. Trudno było jednak stwierdzić, jak bardzo sam wierzy w to, co mówi.

(...)

Przewodnicząca Rady Federacji Walentyna Matwijenko zwróciła uwagę na rzekome "ludobójstwo" dokonywane na etnicznych Rosjanach i rosyjskojęzycznych mieszkańcach Ukrainy.

Dmitrij Miedwiediew, którego nowe stanowisko wiceprzewodniczącego Rady Bezpieczeństwa dało mu szansę na ponowne odkrycie siebie w roli jastrzębia, nawoływał wszystkich do myślenia o dzieciach. Potwierdził, że naród rosyjski, na razie wyjątkowo niezachwycony perspektywą wojny na Ukrainie, będzie oczekiwał i rozumiał radykalne działania. Mówił to z całym przekonaniem człowieka, który żyje w pozłacanej izolacji nowoczesnego bojara, spotykając zwykłych Rosjan tylko wtedy, gdy sprzątają jego limuzynę lub karmią jego kaczki.

Podobnie minister spraw wewnętrznych Władimir Kołokolcew mógł pójść w zaparte, przyjmując maksymalistyczne stanowisko, że Rosja powinna nie tylko uznać obecne granice pseudopaństw w Donbasie, ale ich roszczenia do całego obwodu donieckiego i ługańskiego, w tym do Mariupola.

Minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow, podobnie jak premier Michaił Miszustin, starał się unikać odpowiedzi na temat uznania pseudopaństw, dopóki nie został przyciśnięty do ściany. Wyglądał na wyraźnie skrępowanego i niezadowolonego, ale kiedy zaczął mówić o ekonomii, Putin — który z kolei wyglądał na jeszcze bardziej znudzonego niż zwykle — popchnął go do rytualnego poparcia nowej linii władzy.

Ale to Miszustin ma wszelkie powody do niezadowolenia. To właśnie jemu, wraz z Antonem Wajno i Siergiejem Kirijenką z kancelarii prezydenta Rosji, powierzono projekt odrodzenia politycznego i gospodarczego kraju. Każda eskalacja, która w najlepszym wypadku będzie oznaczała sankcje, a w najgorszym wojnę, znacznie utrudni realizację tego celu.

Podobnie Dmitrij Kozak, pragmatyczny tropiciel problemów, który był politycznym punktem odniesienia dla rozmów w Mińsku — i który wychował się na Ukrainie — ukrył się w słowotoku, wygłaszając długie przemówienie, po czym, naciskany, przyznał, że Kijów nie zamierza zaakceptować rosyjskiego rozumienia porozumień mińskich i że on, Kozak, "nie chce zwrócić Donbasu Ukrainie".

Kiedy jednak Kozak chciał się wypowiedzieć na temat szerszej kwestii przyszłości Donbasu, Putin uciął mu szybko i kurtuazyjnie, nie raz, ale dwa razy. Można było odnieść wrażenie, że Putin naprawdę nie jest pasjonatem najlepszych praktyk w dziedzinie stosunków międzyludzkich. Jeśli nigdy nie stanie przed trybunałem do spraw zbrodni wojennych, powinien przynajmniej stanąć przed sądem pracy, ponieważ kultywuje toksyczne i niebezpieczne środowisko pracy.

Wystarczy zapytać Siergieja Naryszkina, dyrektora Służby Wywiadu Zagranicznego, który, jak się wydaje, został wyznaczony na kozła ofiarnego tego zgromadzenia. Może on prawdopodobnie czuć ulgę, że w przeciwieństwie do Blofelda, Putin nie zainstalował jeszcze zbiornika z piraniami na spotkania z nim.

W czasie kryzysu był on dobrym żołnierzem, publicznie forsując oficjalną linię znacznie aktywniej niż Patruszew czy Bortnikow. Ale w przeciwieństwie do nich Naryszkin nigdy nie był w wewnętrznym kręgu Putina i został potraktowany podczas poniedziałkowego spotkania jako ofiara poniżającej i całkowicie niepotrzebnej demonstracji władzy szefa. Był, oczywiście, znacznie mniej elegancki niż jego zwykła publiczna persona, stojąc na podium, gdy został wezwany, jak uczeń wskazany przez dyrektora szkoły.

Kiedy Naryszkin powiedział, że "poprze" uznanie pseudopaństw, Putin ostro go docisnął: — Poprze pan, czy popiera? Proszę powiedzieć mi wprost, Siergieju Jewgieniewiczu". Kiedy wyraźnie zdenerwowany Naryszkin powiedział, że popiera "sprowadzenie ich do Rosji", prezydent od razu postawił go na nogi: — Nie o tym rozmawiamy! Czy popiera pan uznanie ich niepodległości?.

(...)

Kiedyś były oficer rosyjskiego wywiadu powiedział mi, że służby wiedzą, że "nie przynosi się złych wiadomości do carskiego stołu". Wszyscy mieliśmy okazję przekonać się, do jakiego stopnia jest to prawdą nawet w przypadku najpotężniejszych postaci w rosyjskim państwie.

Jeśli Ławrow nie może mu powiedzieć wprost tego, co musi wiedzieć o intencjach Zachodu... Jeśli Bortnikow i Szojgu ograniczają się do przekazywania rosyjskiej linii propagandowej... Jeśli Miszustin nie może mówić o kosztach, a Kozak o prawdziwym charakterze sytuacji na miejscu, to czego można się spodziewać?

onet.pl

Na początku czwartej doby operacji do granic Kijowa po raz pierwszy podeszły rosyjskie pododdziały rozpoznawcze zgrupowania rosyjskiego operującego w północno-wschodniej części Ukrainy. Miasto jest okrążane od zachodu, północy i wschodu. Oddziały agresora operujące z terytorium Białorusi dotarły bezpośrednio do północnych i zachodnich obrzeży Kijowa, z kolei zgrupowanie na lewobrzeżnej Ukrainie rozwinęło się w odległości 60–150 km od centrum miasta. W niedzielę w godzinach przedpołudniowych rosyjskie grupy dywersyjno-rozpoznawcze przeprowadziły pierwszą dywersję w lewobrzeżnej części Kijowa (Trojeszczyna). Siły rosyjskie kontynuowały natarcie w kierunku międzynarodowego portu lotniczego w Boryspolu.

Działające od dwóch dni w okolicach ukraińskiej stolicy jednostki rosyjskich sił specjalnych i Wojsk Powietrznodesantowych FR są wzmacniane przez przemieszczające się z Białorusi pododdziały Wschodniego Okręgu Wojskowego. Zniszczone w ciągu poprzedniej doby przez wycofujące się wojska ukraińskie mosty na północ od Kijowa (na Tereku i Desnie) zostały zastąpione przez jednostki inżynieryjne agresora prowizorycznymi przeprawami. W toku walk prowadzonych na kierunku północno-wschodnim wojska rosyjskie wyminęły i blokują pozostałe tam garnizony ukraińskie, na czele z Czernihowem. W kierunku Kijowa wycofują się siły ukraińskie z zadaniem wzmocnienia jego obrony. Dla potrzeb operacji okrążenia stolicy siły rosyjskie przystąpiły do aktywnych działań w północnej części obwodu żytomierskiego i uderzyły na Korosteń.

Na pozostałych obszarach działań prowadzone są walki pozycyjne o główne ośrodki miejskie, w których Ukraińcy prowadzą uporczywą obronę. Rosjanie przerwali pierścień obrony Charkowa i do miasta wjechały rosyjskie grupy rekonesansowe na lekkich pojazdach opancerzonych (prawdopodobnie SpecNaz GRU), jednak po krótkich walkach zostały one wyparte. Walki trwają również o Sumy, Mariupol (miasto zostało okrążone ze wszystkich kierunków), Mikołajów i Odessę (siły ukraińskie odpierają kolejne desanty morskie). Po przejęciu przez siły agresora kontroli nad lewobrzeżną częścią Zbiornika Kachowskiego (siły rosyjskie podeszły pod Enerhodar) sytuacja na tym odcinku frontu się ustabilizowała.

Kolejną noc Rosja prowadziła uderzenia rakietowo-powietrzne, a także ostrzał artyleryjski i ataki dywersyjne na cele na całym terytorium Ukrainy. Zniszczone zostały m.in. składy paliw w Wasylkowie i gazociąg w Charkowie. Rosyjska rakieta spadła na ogrodzenie składu odpadów radioaktywnych w Kijowie. Działania grup dywersyjno-rozpoznawczych po raz pierwszy na większą skalę miały miejsce na prawobrzeżnej Ukrainie (w obwodzie czerkaskim). Również po raz pierwszy wykorzystane zostało lotnictwo strategiczne operujące znad terytorium Białorusi (bombowiec Tu-22M3, jedna z wypuszczonych z niego rakiet miała zostać zestrzelona). Według części źródeł pododdziały Sił Zbrojnych Białorusi mają – w składzie zgrupowań rosyjskich – brać bezpośredni udział w agresji.

26 lutego prezydent Zełenski poinformował, że Ukraina odparła atak na stolicę, czym pokrzyżowała plany dokonania zamachu stanu. Według strony ukraińskiej, mimo prób przejęcia stolicy, w ciągu dwóch dni rosyjska armia nie dokonała żadnego postępu – walki z okupantem toczą się w tych samych miejscach co na początku wojny. Premier Denys Szmyhal oznajmił, że obrona trwa na całej linii frontu, siły ukraińskie „niszczą okupanta na lądzie, morzu i w powietrzu”, a kraj dopiero „powstaje”, by dać odpór przeciwnikowi. Według strony ukraińskiej szacunkowe straty rosyjskie wynoszą 150 czołgów, 706 pojazdów opancerzonych, 27 samolotów, 26 śmigłowców i około 4300 ludzi. Ukraińskie media pokazują nagrania i zdjęcia rozbitych kolumn wojskowych agresora.

Zełenski odrzucił ofertę udziału w rozmowach pokojowych w Mińsku, argumentując, że Białoruś przestała być państwem neutralnym z chwilą udzielenia swego terytorium wojskom rosyjskim. Zaproponował natomiast możliwość przeprowadzenia negocjacji w każdym innym miejscu, ale bez warunku złożenia przez Ukrainę broni. Optymizmowi w sprawach militarnych towarzyszył entuzjazm wywołany decyzją Zachodu o wykluczeniu Rosji z systemu SWIFT. Prezydent wezwał Ukraińców przebywających za granicą do powrotu do kraju i obrony ojczyzny. Zaapelował ponadto do „przyjaciół Ukrainy” o pomoc w walce z okupantem – poinformował przy tym o utworzeniu specjalnego oddziału międzynarodowego w ramach wojsk obrony terytorialnej. Ponownie zwrócił się także do Rosjan z apelem o wywarcie presji na Kreml w celu powstrzymania wojny. Zaapelował również do Białorusinów – wezwał ich do przeciwstawienia się władzom w Mińsku, które pozwoliły na dokonanie agresji na Ukrainę z terytorium białoruskiego. Ukraińskie Ministerstwo Obrony uruchomiło gorącą linię informacyjną, która ma przekazywać dane o poległych żołnierzach i jeńcach rosyjskich. Jest to kolejny element ukraińskiej polityki informacyjnej mający oddziaływać na nastroje społeczne w Rosji.

W trzecim dniu agresji radykalnie wzrosła liczba ludności cywilnej wyjeżdżającej na zachód Ukrainy oraz do Polski. Według danych Straży Granicznej RP od momentu rozpoczęcia działań zbrojnych do Polski wjechało łącznie 156 tys. osób (z czego 77,3 tys. w sobotę). Mimo wprowadzonych ułatwień napływ ludzi przekracza jednak przepustowość granicy, tworzą się wielokilometrowe korki, a na odprawę trzeba czekać kilkadziesiąt godzin. Kolejki są także na przejściach granicznych ze Słowacją, Węgrami i Rumunią.

Na wschodzie kraju pogarsza się sytuacja bezpieczeństwa mieszkańców, wiele miast i miejscowości funkcjonuje w warunkach ostrzału artyleryjskiego, częste są alarmy powietrzne, znaczną część czasu ludzie spędzają w schronach. Zaczynają się nasilać problemy z zabezpieczeniem żywności z uwagi na zniszczenia części infrastruktury drogowej. W oblężonym Charkowie oraz otaczających miejscowościach już odczuwalne są trudności z zaopatrzeniem sklepów i dostępnością paliw. Równocześnie widoczna jest mobilizacja pozostających w swoich domach mieszkańców. W szeregi obrony terytorialnej w ostatnich dniach wstąpiło 37 tys. ochotników na całej Ukrainie. Wśród mieszkańców liczne są postawy solidarności, a fundacje zbierające środki na wsparcie wojska notują rekordowe wpływy.

Minister energetyki ogłosił, że ukraińska sieć elektroenergetyczna nie powróci do pracy synchronicznej z sieciami rosyjską i białoruską oraz że planuje wezwać UE do przyspieszenia decyzji o przyłączeniu sieci ukraińskiej do europejskiej ENTSO-E. Przeprowadzony przez Ukrainę w ostatnich dniach test pracy w reżimie izolowanym (w tym utrzymania częstotliwości 50 Hz) zakończył się sukcesem.

osw.waw.pl

sobota, 26 lutego 2022


PAP: - Stało się to, co prognozował pan od dłuższego czasu – Rosja zdecydowała się na ruch, który ma doprowadzić do przebudowy światowego ładu. Bo zakładam, że nie Ukraina jest głównym celem.

Jacek Bartosiak: Wojna jest prowadzona przeciwko Stanom Zjednoczonym, tylko per proxy, per procura. Tak naprawdę to są zbrojne negocjacje ze Stanami, które mają doprowadzić do tego, żeby te wycofały się na zachód Europy, a najlepiej w ogóle zniknęły z Europy. A tym samym, żeby Amerykanie skończyli wspieranie Ukrainy i żeby już nie mieli dominującego zdania w Europie Środkowo-Wschodniej.

- Obserwując to, co się obecnie dzieje, widać wyraźnie, jak różne są interesy europejskich państw, i jak one powodują ich zachowaniami. Weźmy Niemcy. Jeszcze niedawno, co pan zresztą chwalił, miały być one takim żandarmem Europy pilnującym na kontynencie bezpieczeństwa przy wsparciu Stanów Zjednoczonych. Teraz wydaje się, że ten układ jest nieaktualny.

Tak, bo Niemcy wybrały hedging, czyli swoją własną grę kontynentalną. Nawet jeśli zrobiły to nieświadomie, to wybrały i poprzedni układ jest nieaktualny. Chyba, że Niemcy teraz staną się posłuszne Stanom Zjednoczonym. Albo wypowiedzą Stanom Zjednoczonym posłuszeństwo i staną się graczem kontynentalnym o sprzecznych interesach do tych, jaki ma niepodległe państwo polskie.

- Co jest w interesie Niemiec?

To bardzo dobre pytanie. Do niedawna, myślę, w interesie Niemiec był spokój i pokój w Europie, prowadzenie handlu, gaz, dominacja gospodarcza na kontynencie, rynki rosyjskie i dogadanie się z Rosją na jakichś zasadach. To wszystko przy jednoczesnym utrzymywaniu przyjaznych stosunków ze Stanami Zjednoczonymi tak, aby Amerykanie nadal gwarantowali przewidywalny system wymiany towarowej w zglobalizowanym świecie. A dzisiaj musiałbym się zastanowić, co jest w ich interesie, bo Niemcy będą musieli podjąć decyzję. Na razie podjęły taką, jaką widzimy – nie chcą drażnić Rosji, nie zgodziły się na blokadę SWIFT-a i tak dalej.

- Podtrzymują też twardo, że nie przekażą broni Ukrainie,

Tak jest. Myślę, że to, czego Niemcy najbardziej by chcieli, to tego, żeby Ukraińcy przegrali. I to jak najszybciej. Wtedy mieliby problem z głowy.

- I co by się wtedy stało?

Założę się, że Niemcy dalej prowadziliby swoją narrację, że trzeba jednak z tą Rosją rozmawiać, żeby nie było ofiar, żeby Ukraińców humanitarnie traktowano, i że Rosja jest niezbędnym elementem gry europejskiej, nie można jej wykluczać i trzeba z nią nadal handlować.

- W tej układance mamy jeszcze jednego, ważnego gracza, którym są Chiny i które są, jak sądzę, zachwycone obecną sytuacją.

Tak, dlatego, że to, co się dzieje, osłabia Amerykanów, osłabia ład światowy, który Chińczycy chcą zmienić. No i jeszcze osłabia to Rosję, przynajmniej czasowo.

- Można się więc teraz spodziewać jakichś ruchów chińskich w rejonie azjatyckim?

Nie daj Boże, bo będziemy mieli wojnę światową, gdyż Amerykanie pójdą wtedy na wojnę na pewno. O Ukrainę nie chcieli iść, ale o Tajwan pójdą. Problem w tym, że Rosjanie, zresztą słusznie, uznali, że Amerykanie nie będą bronić Ukrainy, gdyż inaczej wybuchłby ogólnoświatowy konflikt. I jeszcze, że mają zlokalizowaną przewagę nad Amerykanami. Jednak Tajwanu Amerykanie nie mogą odpuścić, bo gdyby to zrobili, to by ich już nie było w Euroazji.

- Wszystko więc zmierza do tego, że będzie wojna globalna. Wiele wskazuje na to, że Chiny będą chciały wykorzystać sytuację. Już widać wzmożone ruchy chińskich myśliwców nad Tajwanem.

Chodzi o to, żeby pokazać Tajwańczykom: No i co, jesteście sami. Pogódźcie się z tym i lepiej zróbcie z nami okrągły stół. Przerażona jest pani, prawda?

- Tak, jestem, bo widzę, co się dzieje. Sytuacja zdaje się zmierzać w jednym kierunku.

Zobaczymy, jak Ukraińcy będą się bili. Na razie idzie im dobrze, ale pierwsze dwa dni jeszcze nic nie mówią o tym, w jaką stronę zmierza konflikt.

(...)

- Porozmawiajmy jeszcze o Francji, która wydaje się tutaj stać w rozkroku. Czego ona chce?

Spokoju i pokoju. Ona też by chciała, żeby Rosja była częścią systemu europejskiego. Tak samo, jak Niemcy. Tylko Amerykanie i państwa Europy środkowo-wschodniej tego nie chcą. Nie mówię o takich państwach jak Węgry czy Serbia, tylko o Intermarium, czyli Międzymorzu.

- Jest jeszcze Wielka Brytania, jakie ona zajmie stanowisko?

Takie, jak Amerykanie. Brytyjczycy pójdą za Amerykanami.

(...)

- Co w pierwszym rzędzie powinniśmy zrobić?

Jak najszybciej porozmawiać z Amerykanami, żeby zapakowali swoje ciężkie brygady do Europy Środkowo-Wschodniej i żeby już szły morzem. To potrwa, ale chodzi o sygnał. Po drugie musimy natychmiast zaproponować Amerykanom nowy deal w zakresie uzbrojenia i reformy wojska. I nie chodzi tylko o kupowanie uzbrojenia, chodzi o kompetentne budowanie i organizację siły ogniowej i kompetencji operacyjnych.

dziennik.pl

Były komik i aktor o skromnych korzeniach, Wołodymyr Zełenski wszedł do polityki w 2019 r. na hasłach walki z korupcją, po zagraniu nauczyciela historii wybranego na prezydenta na hasłach walki z korupcją w ukraińskim sitcomie "Sługa ludu".

Zełenski z pewnością nie jest idealny, ale nie jest też wycięty z tej samej tkaniny oligarchów, którzy zarobili miliardy na szemranych przedsięwzięciach biznesowych. Wydaje się, że jego dojście do prezydentury było podyktowane realną chęcią poprawy sytuacji Ukraińców.

Ukraina ma teraz przywódcę, w którego może wierzyć, który obiecuje walczyć z militarnym supermocarstwem. To demokratycznie wybrany prezydent, który nie był cynicznym mianowańcem jakiegoś innego kraju, który nie był kimś, kto dążył do prezydentury po to, by się wzbogacić.

W przeciwieństwie do prezydenta Afganistanu Aszrafa Ghaniego i jego rządu Zełenski nie wsiadł do pierwszego samolotu uciekającego z Kijowa, pomimo wyraźnego zagrożenia życia. Kiedy bowiem Putin mówi o dekapitacji rządu Ukrainy, to nie jest przenośnia. Jak powiedział sam Zełenski w wideo zamieszczonym w mediach społecznościowych, prezydent jest celem Putina numer 1, a jego rodzina — celem numer 2.

Zełenski został w Kijowie, odrzucając oferty bezpieczeństwa z Francji i w USA. Założył koszulkę i kurtkę w kolorze khaki i wyszedł na ulice. — Jesteśmy tu. Jesteśmy w Kijowie. Bronimy Ukrainy — powiedział w nagraniu opublikowanym w piątek wieczorem na Telegramie i nakręconym w Kijowie. Na nagraniu obok niego są premier Denys Szmyhal, a także doradca szefa sztabu prezydenta Michaił Podoljak, szef kancelarii prezydenta Andrij Jermak oraz Dawid Arachamia, szef frakcji parlamentarnej partii rządzącej Sługa Narodu.

onet.pl

Jacek Gądek: - Czy Putin mówił wcześniej, że będzie chciał podbić Ukrainę?

Krystyna Kurczab-Redlich: Dzisiaj zaskoczeni tym mogą być tylko ludzie głusi i ślepi.

- Dlaczego?

Od samego początku swojego panowania, od 2000 r., Putin mówił, że jego Rosja będzie agresywna. Już w pierwszym orędziu do Zgromadzenia Federalnego grzmiał o umocnieniu państwa. "Ten najważniejszy dla rosyjskiej polityki cel pozostaje dotychczas w sferze pustych słów. Dokąd doszliśmy? Donikąd! Spór o współzależność siły i wolności jest stary jak świat. Sprzyja spekulacjom na temat dyktatury i autorytaryzmu. Ale tylko silne państwo stworzy warunki do rozwoju naszej ojczyzny". A siłą tego państwa co ma być? Dobrobyt ludności? Wspaniała infrastruktura, drogi, mieszkania, szpitale, fabryki, instytuty badawcze? Ależ skąd - armia!

Na pierwszym posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa grzmiał: "Najważniejsza jest dla nas potężna dobrze wyposażona armia gotowa służyć ojczyźnie w obliczu obecnych i przyszłych poważnych zagrożeń".

- Przyszłych zagrożeń wojennych?

Czy Rosji groziła czyjaś inwazja? Czy musiała się bronić? Dzisiaj jasno widać, że Putin zawsze szykował atak i zawsze, jak jego poprzednicy w ZSRR, będzie nazywał go obroną.

Po inauguracji prezydentury szybko wprowadził nową doktrynę bezpieczeństwa, która zezwala na użycie broni atomowej, "jeżeli wszystkie inne środki rozwiązania konfliktu zostaną wyczerpane". A czy zostaną wyczerpane, to osądzi wyłącznie on sam.

To samo wybrzmiało teraz. W jego mowie rozpoczynającej inwazję na Ukrainę stwierdził: każdy, kto zechce wspierać Ukrainę, musi się liczyć z najgorszymi konsekwencjami. A jakimi? Czyż nie chodzi o rakiety z głowicami atomowymi?

- Ale świat mimo to wydaje się zaskoczony. Emmanuel Macron mówi, że Putin był dwulicowy, a szefowa MSZ Niemiec Annalena Baerbock, że ich okłamał.

Nie odpowiadam za stan umysłu liderów Zachodu. To oni, wszyscy razem, wyhodowali tego potwora, jakim jest Putin. W 2000 r. - jeszcze przed inauguracją prezydentury - mknął do Putina do Petersburga premier Wielkiej Brytanii Tony Blair, aby mu niemalże złożyć hołd. Razem poszli do Opery Petersburskiej. Blair, o czym wiadomo z pamiętników, tuż przed wyjazdem dostał raport o zbrodniach Putina w Czeczeni - nawet na ten raport nie spojrzał. Nie dowiedział się więc, jakie ludobójstwo jest udziałem Putina. Nazwał go demokratą i mówił o nim "my friend".

George W. Bush ujrzał w jego oczach duszę. Gerhard Schröder tylko do 2004 r. złożył mu 42 wizyty. Silvio Berlusconi zabierał go na prywatne orgietki. Jacques Chirac w 2006 r. wręczył mu najwyższe odznaczenie dla cudzoziemców - Order Legii Honorowej.

- A media dostrzegały, kim jest Putin?

Dziennikarze mieli lepsze oko, bo brytyjski "The Economist" w 2000 r. pisał: "Wygląda na to, że Władimir Putin przynależy do paranoidalnego, bezwzględnego świata radzieckich służb specjalnych z czasów zimnej wojny. Poważnym powodem do niepokoju jest jego wojenny zapał, bo może on kiedyś doprowadzić do równie okrutnych i nieadekwatnych działań jak w Czeczenii". Ale kto by tam dziennikarzy słuchał?

Ja w 2002 r. w artykule "Demokracja drugiej świeżości" relacjonowałam poglądy wciskane bojownikom rosyjskiego Specnazu: "Świat jest w stanie wojny. Wodzem tej wojny jest Putin. Teraz może on nie zwracać uwagi na reakcje tzw. postępowej społeczności, bo wie, że gdy wygramy, zwróci nam się wszystko, utracone przy wycofywaniu naszych wojsk z NRD wpływy również. Putin na powrót odkręci ten film, przedstawi światu swoją doktrynę mocarstwa". A Zachód? Był naiwny. Ale demokracja nie jest w stanie rozumować kategoriami wychowanka KGB.

- Nie jest w stanie, czy nie chce?

Według mnie nie chce. Gdy toczyła się wojna w Czeczenii, bomby spadały na Grozny - większe niż teraz na Kijów. Byłam tam. Grozny był jak Warszawa po powstaniu. Chodziłam wśród tych ruin. Dotykałam tych trupów. Wiem, jak wyglądała wojna za Putina. Ale byli tam - jak i ja - nielegalnie korespondenci z Zachodu. Telewizje pełne były obrazów ruin, walk, trupów.

No i co z tego? W 2003 r. Putina na salony zaprasza królowa angielska Elżbieta II. I to jako pierwszego gospodarza Kremla od czasów carów. Pamiętam takie zdarzenie: właśnie wtedy w Londynie odbywał się festiwal filmów o Czeczeni, również moich. Wyszliśmy wszyscy z małej salki, gdzie te ociekające krwią filmy pokazywano, na arterię, po której w królewskiej karocy jechał Putin obok królowej angielskiej. Dorośli faceci, którzy stali obok mnie, mieli łzy w oczach - z bezsilności.

- Może jednak była jakaś przesłanka do nadziei, że jest w Putinie krztyna demokraty?

Dolar szybował. Budżet Rosji pęczniał. Przyjaciele Putina z czasów, gdy był zastępcą mera Petersburga, którzy jak i on wzbogacili się na handlu kolumbijskimi narkotykami, rosyjskimi metalami szlachetnymi czy ropą, stali się partnerami światowego biznesu. Rosyjskie pieniądze zalały londyńskie City, amerykański Manhattan i resztę Zachodu. Gaz! Ropa! Zza nich kiepsko widać choćby to, że już w 2000 r. Putin zlikwidował jedyną wolną telewizję w Rosji; że do łagrów na lata jako szpiedzy idą wybitni rosyjscy uczeni, tylko po to, by koledzy Putina z KGB zajęli ich katedry; że znikają opozycyjne gazety; że kontroli podlega internet; że policja leje manifestantów na ulicach; że zwielokrotniała i tak zawsze wielka korupcja.

Zachód nie chciał tego dostrzec, bo interesy z Gazpromem - czyli Putinem - były ważniejsze. Dobre samopoczucie demokratów z Zachodu wymagało tego, aby w Putinie doszukiwać się tego, czego w nim nie było.

- Był też rok 2007 i wtedy Putin otwarcie - podczas najważniejszego wydarzenia w świecie dyplomatów, czyli konferencji w Monachium - oskarżał Zachód i obiecywał "asymetryczną" odpowiedź. Wówczas bagatelizowano jego wystąpienie?

Nie tyle zbagatelizowano, bo ono było bardzo głośne i komentowane, ile nie wyciągnięto z niego wniosków. Putin mówił, o tym, co go najbardziej boli: że świat jest dwubiegunowy, a liderem tego mocniejszego bieguna są USA. Że nie szanuje się Rosji, czyli nie szanuje się jego.

Putin nigdy nie pojął, że Zachodem rządzą w gruncie rzeczy społeczeństwa, ludzie, demokracja. A ona ma swoje prawa, które Putin z góry odrzuca. Od samego początku miał antyamerykańską obsesję. Już w 2000 r. mówił, a potem powtarzał: "nie zapominajmy, że to USA są jedynym państwem, które zastosowało broń atomową na niewinnych ludziach". Nie dodawał, że zrzucenie bomb na Hiroszimę i Nagasaki zakończyło straszną wojnę. Oskarża też USA o zrzucenie bomb na Belgrad, ale nie dodaje, że zakończyło to straszliwą, wspieraną przez Rosję wojnę na Bałkanach. Od samego początku władzy Putina sączył on antyzachodni jad, a po 2007 r. osiągnęło to już apogeum. Każdy blok informacyjny telewizji musztrowanej przez Kreml jest raportem o rzekomych zbrodniach USA.

- I atak na Ukrainę jest elementem tej antyzachodniej obsesji?

Na atak na Ukrainę składają się różne puzzle. Kolejne z nich obserwowałam od wielu już lat, ale był one dla mnie jakby złem w oddzielnych kawałkach: wojny w Czeczenii, zwalczanie opozycji, zduszenie wolności słowa...

Pierwszy ukraiński puzzel to rok 1994. Petersburg. Merostwo. Tam pierwsze po upadku ZSRR międzynarodowe forum zachodnich polityków i biznesmenów z przedstawicielami byłego bloku wschodniego. Temat: rozszerzenie NATO na Wschód. Nagle zza stołu wstaje niepozorny facet i ostrym tonem mówi, że 25 milionów Rosjan zostało wygnanych ze swoich radzieckich republik i żyją teraz w państwach, w których są obywatelami drugiej kategorii, a Rosja się na to zgadza tylko z uwagi na dyplomację, tak jak na przykład na Krymie. To był rok 1994 i już wtedy Putin mówił o Krymie jako tymczasowo tolerowanym terytorium Ukrainy. W głowie Putina już ok. 30 lat temu formowała się podstawa jego przyszłej polityki.

- Ale wówczas Putin przed 2014 r. nie odważył się militarnie zaatakować Ukrainy.

Jeszcze nie, bo początkowo korzystał z innych metod. W 2004 r., gdy odbywały się w Ukrainie wybory prezydenckie, siedem razy przyjeżdżał do Kijowa, by wesprzeć swojego kandydata - Wiktora Janukowycza. A Janukowycz, żeby ogłosić się zwycięzcą, sfałszował wybory - przejęcie urzędu prezydenta uniemożliwił mu Majdan, czyli protesty przeciwko fałszerstwom. Ponowione, już uczciwe wybory Janukowycz przegrał, ale nim ta porażka została ogłoszona, Putin dwa razy publicznie i głośno gratulował mu zwycięstwa.

Ukraińcy splunęli Putinowi w twarz niezagłosowaniem na człowieka, którego ten Putin namaszczał. Mało tego: ośmieszyli Putina przed całym światem. Zaczęła się pomarańczowa rewolucja, a u Putina nasiliła się antyamerykańska obsesja. Bo oczywiście według niego tylko na skutek podjudzania i przepłacania ludzi przez Amerykanów wybrali oni nie tego, kogo on wskazał.

- Wedle Putina Ukraina nie ma prawa istnieć jako niezależny od Rosji byt?

W roku 2008 na spotkaniu Rosja - NATO Putin mówi do George'a W. Busha: Ukraina to nawet nie jest państwo. Bo co to jest ta Ukraina? Część jej terytorium to Europa Wschodnia, a część, i to znaczącą, myśmy im podarowali. A w zeszłym roku popełnił artykuł o Ukrainie podporządkowany tezie, że Ukraińcy stanowią odwieczną, nieodłączną część "trójjedynego narodu ruskiego", i że brak historycznych podstaw do mówienia o odrębnym narodzie ukraińskim przed epoką sowiecką.

- Skąd takie przekonania?

Putin wspierał się teoriami dwóch filozofów. Pierwszym był faszyzujący Ivan Iljin, który twierdził, że nie istnieje takie państwo jak Ukraina, a jedynie Małorosja z narodem, który nigdy nie był narodem ukraińskim, ale jest polsko-kozacką zbieraniną. Dziś tomy dzieł Ilijna stoją w każdej bibliotece.

Drugim był generał białogwardyjski Anton Denikin - on też odmawiał Ukrainie prawa do samodzielności, pacyfikował ją - twierdził, że jej istnienie urąga rosyjskiej władzy. Zamknął Ukraińską Akademię Nauk. Twierdził, że ukraińska kultura nie istnieje, a ziemie ukraińskie mają karmić Rosję. Denikin mówił - a były to lata 20. XX w. - że to agenci Zachodu mącą w Ukrainie przeciwko Rosji.

Putin też uważa, że nie ma czegoś takiego jak państwo ukraińskie, a jest właśnie Małorosją poddaną Wielkorosji. Jego antyukraińskość wzmogła się tak bardzo, że sprowadził z Zachodu zwłoki Ilijna i Denikina, postawił im na Cmentarzu Dońskim w Moskwie okazałe nagrobki i w 2009 r. zorganizował tym "wielkim rosyjskim państwowcom" uroczysty pogrzeb. Pouczał wtedy dziennikarzy, aby studiowali dzieła tych wielkich Rosjan. Ich filozofia to podstawa działań Putina.

- Ukraińcy jednak wciąż mają państwo i chcieli na Zachód - do Unii Europejskiej. Putin poprzysiągł, że do tego nie dojdzie?

W 2013 r. Wiktor Janukowycz już jako prezydent Ukrainy dążył do podpisana z UE umowy stowarzyszeniowej. Nie dlatego, że kochał Ukrainę czy UE, ale dlatego, że chciał wygrać kolejne wybory prezydenckie. Jeździł po Europie i miał tam wsparcie. Ale jego kolega Putin najpierw zamknął granice dla ukraińskich towarów i rolnictwo ukraińskie traciło po pięć mln dol. dziennie. Potem osobiście kilkakrotnie straszył Janukowycza odpowiedzialnością za ruinę gospodarki, a wreszcie obiecał mu trzykrotnie większe zyski niż Unia Europejska. Oficjalnie.

A nieoficjalnie po prostu groził Janukowyczowi. Skutecznie. Janukowycz zerwał podpisanie umowy stowarzyszeniowej. I wtedy Ukraińcy zapełnili Majdan Niepodległości. Poległa ich tam co najmniej setka - zastrzelona z amunicji dowożonej z wojskowego lotniska pod Moskwą. Głosu ludu Putin nie przewidział. A cóż to za lud? Naród ukraiński przecież według niego nie istnieje.

gazeta.pl

piątek, 25 lutego 2022


Informacje na temat wydarzeń w innych rejonach walk są fragmentaryczne i trudno o jasne określenie co się właściwie dzieje. Można to zrobić jedynie w przybliżeniu. - Jest ewidentne, że obie strony po prostu zabrały żołnierzom smartfony. I dobrze, ale nie wiemy praktycznie nic konkretnego o przebiegu walk. Są tylko informacje, które wrzucają do sieci cywile - mówi Gazeta.pl Jarosław Wolski, ekspert miesięcznika "Nowa Technika Wojskowa".

Ma być jednak ewidentne, że Rosjanie zagrali pokerowo. - W bój poszły absurdalnie małe siły kompletnie niemogące utrzymać i kontrolować terenu. To, co widać, to rosyjski "szok i przerażenie" obliczony na wywołanie paniki i rozpadanie się sił zbrojnych Ukrainy. Jeżeli Ukraińcy to wytrzymają, to Rosjanie będą mieć potworne problemy. Całość rozegra się w mózgach Ukraińców paradoksalnie - uważa Wolski.

Poza rejonem Kijowa najgorzej sytuacja zdaje się wyglądać w obwodzie Chersońskim na południu. Rosyjskie oddziały atakujące z Krymu weszły na ponad sto kilometrów w głąb terytorium Ukrainy. Pokonały nawet wielką rzekę Dniepr, jedyną istotną przeszkodę terenową w tym rejonie. Stało się tak, ponieważ Rosjanie zdobyli chyba bez większego oporu zaporę wodną w Nowej Kachówce i po niej przeprawiają się na drugi brzeg. Początkowo zdobyli też most w dole rzeki, niedaleko miasta Chersoń, ale według Ukraińców został on następnie wysadzony. W sieci są nagrania całej kolumny wypalonego rosyjskiego sprzętu, rzekomo na obrzeżach miasta. Niezależnie od tego siły przeprawiające się przez tamę w nocy parły naprzód. Pojawiły się nawet doniesienia o rosyjskich żołnierzach na obrzeżach Mikołajewa, około 50 kilometrów dalej.

Równocześnie do uderzenia z Krymu na północ, drugie poszło na wschód, w kierunku kluczowego miasta Mariupol na wybrzeżu Morza Azowskiego. W piątek rano pojawił się szereg nagrań wskazujących na to, że po kilkunastu godzinach walk zostało zajęte miasto Melitopol, położone mniej więcej w połowie drogi. To uderzenie poważnie zagraża ukraińskim siłom, które są zwrócone frontem ku Donbasowi, około 150 kilometrów dalej na wschód. Część rosyjskich sił mogła ruszyć z Melitpola na północ ku Zaporożu.

Doniesienia z Donbasu wskazują na to, że doszło tam jedynie do ograniczonych walk. Żadnej dużej próby ofensywy z terytoriów separatystów.

Dalej na północ toczą się jednak ciężkie walki w rejonie Charkowa. Miasto jest położone kilkadziesiąt kilometrów od rosyjskiej granicy, więc Ukraińcy nie mieli gdzie się cofnąć. Doniesienia mówią o zażartych starciach. Próby okrążenia miasta jak na razie miały się nie powieść, jednak to stanowisko wojska Ukrainy. Mowa o poważnych stratach w rosyjskiej broni pancernej. Na dowód jest kilka zdjęć i nagrań rzeczywiście pokazujących zniszczone i zdobyte czołgi.

Jeszcze dalej na północ ma miejsce kolejny rosyjski atak, wymierzony w miasto Sumy. Tam również cały czwartek toczyły się ciężkie walki. W piątek nad ranem ukraińskie wojsko twierdziło, że Rosjanie zostali zatrzymani. Lokalne władze cywilne mówiły ukraińskim dziennikarzom, że miasto jest pod kontrolą ukraińską. Nie ma jednak jasności, jak wygląda sytuacja w jego okolicy.

Dalej na północ najprawdopodobniej poszło duże uderzenie przez rejon miast Głóchów i Szostka. Rosyjskie czołówki miały dojść aż do Baturyna, około stu kilometrów od granicy. Nie ma jednak praktycznie żadnych konkretnych informacji.

Dalej na zachód Rosjanie mocno uderzyli na Czernihów, stojący im na drodze ku Kijowowi. Ukraińskie wojsko twierdziło w piątek rano, że jak na razie ofensywa na tym odcinku została zatrzymana. Miasto ma być nadal w rękach ukraińskich. Wszystko wskazuje na to, że rzeczywiście po niemal dobie zaciętych walk Ukraińcy utrzymali pozycje.

Dalej na zachód odbywa się opisane oddzielnie silne uderzenie na Kijów z rejonu Mozyra na Białorusi.

Jeszcze dalej na zachód cały odcinek aż do granicy z Polską pozostaje jak na razie spokojny. Pojawiły się jednak nagrania kolumn sprzętu na drogach tuż przy polskiej granicy, w rejonie Brześcia. Wszystko wskazuje na to, że rusza tam uderzenie na południe ku Łuckowi.

- Jest ewidentne, że Rosjanie nie rzucili od początku do ataku całych sił. Tak by się zresztą nie dało. Atakuje około 1/3 zgromadzonych oddziałów, które w kolejnych dniach mogą być stopniowo wzmacniane albo wymieniane na świeże oddziały - mówi Wolski. - Co niezwykle istotne, Rosjanie wyraźnie grają na ogólną dezorganizację państwa i wojska ukraińskiego. Uderzenia właściwie ze wszystkich kierunków, omijanie miast, głębokie rajdy w głąb Ukrainy. Myślę, że Rosjanie liczą na to, iż do czwartego dnia ukraińskie wojsko i państwo zaczną się po prostu rozsypywać pod ciągłą presją - ocenia ekspert.

Zdaniem Wolskiego jest jednak ewidentne, że Rosjanie nie docenili woli oporu Ukraińców. - Nie ma żadnych dowodów, żeby ukraińskie wojsko się rozpadało. Gdyby tak się działo, to na pewno byłoby wiele propagandowych nagrań rosyjskich pokazujących zabitych i zniszczony sprzęt. Niczego takiego nie ma - mówi ekspert. Jest między innymi ewidentne, że pomimo starań Rosjan w pierwszych godzinach walki, Ukraińcom udało się ocalić większość lotnictwa spod ataku rakietowego.

- Jeśli Ukraińcy wytrzymają tę czwartą dobę i nadal będą stawiać zorganizowany opór, to Rosjanie będą w poważnych tarapatach. Zagrali pokerowo. Potem będą mieli problemy z zaopatrzeniem i utrzymaniem tempa natarcia - uważa Wolski.

gazeta.pl

25 lutego prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski podpisał dekret „O powszechnej mobilizacji”, która obejmie osoby w wieku 18 do 55 lat i zostanie przeprowadzona w ciągu 90 dni. Wynika to z pogarszającej się sytuacji militarnej kraju. Jego siły zbrojne starają się powstrzymać napór wojsk rosyjskich z kierunków północnego i północno-wschodniego zmierzających w stronę Kijowa. Dzisiaj w godzinach porannych pododdziały rozpoznawcze Sił Zbrojnych FR osiągnęły przedmieścia ukraińskiej stolicy od północy. Do miasta napływają transporty broni dla formowanych oddziałów Obrony Terytorialnej (OT), co oznacza, że przygotowywana jest jego obrona z udziałem wszystkich dostępnych sił.

W pozostałych rejonach (dowództwo ukraińskie określiło cztery kierunki rosyjskiego uderzenia: północny – na Kijów, słobodzki, operacji specjalnej w Donbasie i taurydzki) toczyły się zacięte walki, m.in. o Sumy, w których starcia mają trwać na ulicach miasta, a także na północ od stolicy (na linii Iwanków–Dymer) oraz o most Antonowa na Dnieprze k. Chersonia (na kierunku Mikołajowa). Aktywne działania militarne prowadzone są praktycznie na całej linii granicy w obwodzie charkowskim. Rosjanie przejęli kontrolę nad częścią autostrady Kijów–Moskwa. Nad ranem ofensywę rozpoczęło zgrupowanie wojsk rosyjskich z terytorium Białorusi, które poprzedniego dnia przełamywało umocnienia na odcinku granicznym z obwodem żytomierskim.

Poza kontynuowaniem uderzeń rakietowo-powietrznych na cele wojskowe Rosjanie rozpoczęli bombardowanie obiektów cywilnych, także mieszkalnych (m.in. w Kijowie, lotnisko k. Równego). W godzinach nocnych strona ukraińska zaczęła niszczyć infrastrukturę drogową na najbardziej zagrożonych kierunkach. Wysadzono co najmniej cztery mosty – jeden na kierunku Charkowa (od strony wschodniej) i trzy na kierunku Kijowa (z różnych stron, w tym mający zablokować ruch wojsk przeciwnika od północy most na rzece Teterew w Iwankowie).

Nadal trwają walki wokół położonego 20 km od stolicy lotniska Antonow w Hostomlu. Jest ono sporadycznie ostrzeliwane przez artylerię ukraińską i najprawdopodobniej doszło do zniszczenia pasa startowego, co uniemożliwi wykorzystanie obiektu do dalszego przerzutu wojsk rosyjskich. Na odcinku południowym armia ukraińska utraciła kontrolę nad linią rozgraniczenia z Krymem i okolicami Chersonia.

W obliczu zagrożenia okupacją kraju Zełenski kontynuuje starania o uzyskanie jak najszerszego wsparcia międzynarodowego. Telefonicznie rozmawiał m.in. z prezydentami USA, Francji i Polski oraz premierami Wielkiej Brytanii i Kanady – przekonywał ich do wprowadzenia jak „najbardziej bolesnych” sankcji i zerwania relacji dyplomatycznych z Moskwą. Kijów oczekuje wykluczenia Rosji z systemu SWIFT, nałożenia embarga na handel tamtejszymi ropą i gazem oraz wprowadzenia zakazu lotów nad Ukrainą dla lotnictwa FR. Zwrócono się także do Turcji o zamknięcie przeprawy przez cieśniny Bosfor i Dardanele dla rosyjskich okrętów. Zełenski poinformował, że w porozumieniu z prezydentem Andrzejem Dudą zwrócił się do grupy państw Bukaresztańskiej Dziewiątki o udzielenie pomocy wojskowej. Zarazem w wieczornym wystąpieniu stwierdził, że Zachód obawia się podjęcia zdecydowanych kroków i pomimo dotychczasowej pomocy Ukraina pozostaje osamotniona w walce z wrogiem. Zadeklarował też, że pomimo groźby wtargnięcia rosyjskich sił do Kijowa pozostanie wraz z rodziną w stolicy.

W obliczu inwazji zawieszona została większość sporów wewnątrzpolitycznych, a opozycja skupia się na demonstrowaniu postaw patriotycznych. Jednocześnie niektórzy z jej przedstawicieli (m.in. Petro Poroszenko czy Dmytro Razumkow) próbują prowadzić bezpośredni dialog ze społeczeństwem i Zachodem. Mer Kijowa Witalij Kliczko skupia się na bieżącym zarządzaniu miastem i deklaruje wraz z bratem Wołodymyrem gotowość do walki z bronią w ręku. Patriotyzm manifestuje także miliarder Rinat Achmetow, który uchodzi za jednego z głównych oponentów Zełenskiego. Z postawami tymi kontrastuje zachowanie prorosyjskich polityków Opozycyjnej Platformy – Za Życie – większość z nich opuściła Ukrainę jeszcze w przededniu inwazji (notabene udali się oni w większości nie do Rosji, lecz do państw UE czy Izraela). Na „kryzysowym” posiedzeniu Rady Najwyższej 22 lutego praktycznie cały skład frakcji był nieobecny. Wielu z jej członków krytykuje postawę Kijowa w sieciach społecznościowych i apeluje o rozpoczęcie rozmów z Moskwą.

osw.waw.pl

Mateusz Baczyński: - Czy pan już w trakcie swojego pobytu w Moskwie widział te imperialne ambicje Putina?

Andrzej Olborski, dyplomata i podpułkownik Agencji Wywiadu, który pracował w placówkach dyplomatycznych w Mińsku i Moskwie.: Tak. Nawet w raportach dla MSZ używałem sformułowania „polityka rekonkwisty”, czyli odzyskiwania. To było bardzo widoczne odkąd przyjechałem do Rosji w 2006 r. Tak samo niesłychanie widoczna była pogarda dla narodu ukraińskiego. Pamiętam jak naczelnik w rosyjskim MSZ mówił, że nie istnieje coś takiego jak język ukraiński, że nie można czytać książek po ukraińsku, że nie nauczą się matematyki, bo to prymitywny język, który nie ma podstawowych słów wyrażających terminy matematyczne, czy piękno literatury rosyjskiej i światowej. Coś takiego powiedział na spotkaniu dyplomatów z Unii Europejskiej. Nie krępował się. Mówił wprost, że Ukraina to sztuczny twór. Na początku byłem zdziwiony taką jawnością wyrażania opinii. Z czasem okazało się, że to powszechne. W 2008 r. od jednego z rosyjskich urzędników wyższego szczebla usłyszałem: "Aż wstyd się przyznać, bo chciałbym kiedyś pojechać do Polski, a ja nigdy nie byłem we Lwowie, żeby zobaczyć Polskę". Tam nie ma przypadków. Jeśli jeden mówi coś takiego, to pięćdziesięciu innych też.

- Zachód nie odczytał tych sygnałów? Zbagatelizował informacje, które napływały od służb wywiadowczych i dyplomatów?

Wie pan, ktoś w telewizji ostatnio powiedział, że w pewnym sensie jesteśmy ofiarą naszego systemu demokratycznego. Ja się z tym zgadzam.

- W jakim sensie?

Polega to na tym, że jak następuje zmiana ekipy rządzącej, to często popadamy z jednej skrajności w drugą. Zmieniamy całkowicie zasady naszej polityki i sposób patrzenia na świat. Pamiętam słynny reset Obamy w stosunkach z Rosją. Amerykanie przybiegali wtedy do naszej ambasady i mówili, żebyśmy się uspokoili, bo tak naprawdę nic się nie zmieni. Wszyscy ci ludzie w ciągu trzech tygodni zostali odwołani, a w ich miejsce przyszli inni, którzy tłumaczyli, że teraz z Rosją będziemy się „masować”, bo wszystko jest wspaniale i cudownie. To jest właśnie ta choroba demokracji. Zmienia się administracja, zmienia się punkt widzenia i następuje odkrywanie Ameryki na nowo. To jest bardzo poważny problem. Brak instytucjonalnej pamięci. Nagle okazuje się, że nowa ekipa nie pamięta co robiła poprzednia. Ba, nie chce wiedzieć, nie chce słuchać rad, bo przecież wszystko wie najlepiej.

- Pan też przez to przechodził?

Oczywiście. Będąc w Moskwie przeżyłem najpierw pierwsze rządy PiS-u, a potem początek rządów PO. Dla tych pierwszych byłem rusofilem, a dla drugich rusofobem. Przy czym warto podkreślić, że to zjawisko dotyczy wielu państw zachodnich, w tym USA. Chciałbym żebyśmy kiedyś mogli prowadzić taką politykę jak Francja czy Niemcy – skoncentrowaną na sobie i realizowaną z żelazną konsekwencją, niezależnie od tego, kto rządzi. Aczkolwiek nikt nie jest wolny od zagrożeń. (...)

- Zachód nakłada sankcje na Rosję, Niemcy wstrzymały uruchomienie Nord Stream 2. Te zabiegi okażą się skuteczne?

Nie sądzę. Przede wszystkim Rosja ma przygotowane alternatywne scenariusze na każdą sytuację. Przebywając cztery lata w Moskwie, widziałem to na własne oczy. Kiedy kontaktowałem się z instytucją A, to miała ona plany na poprawę stosunków ze Stanami Zjednoczonymi, instytucja B zakładała wojnę z USA, a instytucje C, D i E wszystkie pośrednie warianty. Tak że tych planów jest na każdą okazję sporo i są one wykorzystywane w zależności od rozwoju sytuacji lub widzimisię Putina, jak to się ostatnio coraz częściej zdarza.

Dlatego myślę, że Putin rozpoczynając swoją operację, kalkulował wszystkie możliwe sankcje. Zdawał sobie sprawę z tego, co może się stać i nie świadczą o tym tylko ruchy w rosyjskich bankach pod koniec roku. W pewnym sensie, będzie mu to nawet na rękę. Powie swoim obywatelom – skąd my to znamy – że wszystkiemu jest winny Zachód, imperialiści i Unia Europejska. W sklepach jest drogo? Brakuje chleba? To wina sankcji. Rząd się zawsze wyżywi, natomiast lud kupi propagandową historię o złym Zachodzie. Dla Putina to jest bardzo wygodne, bo będzie miał na kogo zwalić swoją nieudolność gospodarczą. Jestem o tym głęboko przekonany. Zwłaszcza, że w Rosji, podobnie jak w Białorusi, nie ma już w zasadzie niezależnych mediów, które mogłyby wpływać na znaczące grupy społeczne.

- Co w takim razie może zrobić Zachód, żeby powstrzymać ambicje Putina?

Jestem pesymistą. Aleksander Kwaśniewski powiedział niedawno w jednym z wywiadów, że jedyny sposób na uratowanie Ukrainy to jej pilne przyjęcie do NATO. Nawet się uśmiechnąłem jak to przeczytałem, bo okazało się, że nie byłem jedynym, który tak myśli. Ukraina powinna była uznać te republiki, pies je trącał i jednocześnie stać się natychmiast członkiem NATO. Niestety, jest to niemożliwe z przyczyn technicznych, politycznych i wielu innych. Dlatego powiedziałem, że jestem pesymistą.

- A jak pan widzi aktualną sytuację Polski? Z jednej strony eksperci alarmują, że wróg jest u bram, a z drugiej strony przyspieszyło to wiele procesów związanych z naszym bezpieczeństwem m.in. przyjazd kolejnych żołnierzy amerykańskich.

Na pewno konsolidacja Zachodu nastąpiła. Jeszcze miesiąc temu nie spodziewałbym się takiej deklaracji kanclerza Niemiec w sprawie Nord Stream 2. Jakie będą tego skutki? Mam nadzieję, że pozytywne dla nas. Może wszyscy zrozumieją w końcu, że dzisiaj Ukraina, a jutro ktoś inny. Może państwa bałtyckie, a może przesmyk suwalski? Teraz wydaje się to nieprawdopodobne, ale jak w 2008 r. pierwszy raz usłyszałem o planach zajęcia Krymu przy wykorzystaniu buntu mniejszości, to też nie mogłem w to uwierzyć. A w 2014 r. widziałem, jak Rosja realizuje ten plan strona po stronie. Od tamtej pory już nie mówię co jest wiarygodne w planach Rosji, a co nie.

onet.pl