piątek, 26 czerwca 2026

 
 
 
Na przełomie wieków sytuacja demograficzna państw zachodnich była znacznie gorsza od sytuacji państw aspirujących. Wówczas, mimo przewagi technologicznej, ekonomicznej i militarnej, mogliśmy zakładać, że w drugiej połowie stulecia nastąpi zmierzch ery Zachodu. Dziś, założenia te okazały się błędne.

W nowe tysiąclecie kolektywny Zachód wchodził mając niekwestionowaną przewagę w prawie każdym aspekcie życia gospodarczego i technologicznego, z jednym wyjątkiem: demografii. Państwa aspirujące wskazywały na tą słabość Zachodu, bowiem zarówno kraje Azji Wschodniej jak i obszaru MENA czy Azji Południowej mogły liczyć na to, że długofalowo to właśnie demografia zniweluje jego przewagę. Okazało się, że to błąd.

Na przestrzeni ostatniej dekady doszło do całkowitego przetasowania demograficznego na świecie, nie wynikającego ze wzrostu dzietności na Zachodzie, ale z załamania demograficznego państw aspirujących. Jeszcze na początku XXI wieku Europa była uważana za kontynent bez dzieci, ze skrajnie niskim poziomem dzietności, USA było na granicy poziomu zastępowalności pokoleń, a jednocześnie państwa aspirujące miały dzietność powyżej dwojga dzieci (z wyłączeniem Chin, które były jednak przekonane, że są w stanie szybko podnieść jej poziom).

Obecnie wśród największych gospodarek świata oraz państw aspirujących: 
  • Chiny mają poziom dzietności na poziomie 71% dzietności UE oraz 66% dzietności USA
  • Japonia ma poziom dzietności na poziomie 78% dzietności UE oraz 73% dzietności USA
  • Korea Południowa ma poziom dzietności na poziomie 57% UE oraz 53% USA
  • Turcja ma poziom dzietności porównywalny z unijnym oraz niewiele niższy niż USA, natomiast poziom ten bardzo szybko spada
  • Rosja ma poziom dzietności niewiele niższy od unijnego oraz USA
  • Iran prawdopodobnie ma poziom dzietności niższy niż UE i USA
  • Brazylia ma poziom dzietności niewiele wyższy niż UE i zbliżony do USA
  • Jedynie Indonezja i Indie mają przewagę nad państwami Zachodu, jednak w obu przypadkach z roku na rok przewaga ta topnieje
Powyższe dane pokazują, że procesy cywilizacyjne, które spowodowały spadek dzietności w państwach zachodnich, dotarły zarówno do ich konkurentów jak i jawnych wrogów. 

Zachód posiada natomiast trzy kluczowe przewagi nad swoimi potencjalnymi konkurentami.

Pierwszą z nich są pieniądze. Starzenie się społeczeństwa dotknęło państwa zachodnie, gdy były one bardzo bogate. Dzięki temu stać je było na inwestycje w politykę prorodzinną i utrzymanie poziomu dzietności na stałym (choć niskim) poziomie. Przykładowo, poziom dzietności UE w roku 2001 i 2022 był praktycznie ten sam, natomiast w USA spadł znacznie mniej (zarówno w ujęciu procentowym jak i nominalnym) niż w większości państw aspirujących. Dodatkowo zasoby ekonomiczne pozwalają na wzrost produktywności oraz robotyzację gospodarki, co w pewnym stopniu amortyzuje wpływ negatywnych procesów demograficznych. Natomiast państwa aspirujące zestarzeją się, zanim staną się bogate (nie dotyczy to Japonii i Korei Południowej); nie posiadają więc niezbędnych środków finansowych do jednoczesnego prowadzenia polityki wsparcia dzietności oraz wzrostu innowacyjności w gospodarce.

Drugą sprawą natomiast jest kwestia migracji. Państwa zachodnie odnotowują dodatnie saldo migracji, natomiast większość państw aspirujących odnotowuje saldo ujemne. Dodatkowo znaczna część imigrantów przyjeżdżających do państw Zachodu pochodzi właśnie z państw aspirujących. Oczywiście migracja ma też negatywne strony, szczególnie gdy jest prowadzona w sposób niekontrolowany. Jest jednak pozytywna migracja, przyciągająca ludzi pracowitych czy posiadających konkretne umiejętności; Zachód przyciąga znaczącą większość takich migrantów, nawet specjalistów w dziedzinie AI emigrujących z Iranu do… Europy. Jest to kolejny element polityki przetrwania do momentu (teoretycznego) wzrostu poziomu dzietności, na który nie mogą sobie pozwolić państwa aspirujące.

ukladsil.pl

Dla mnie podniesienie cen przez Microsoft i Apple z powodu drożejących półprzewodników to kanarek w kopalni. Ale nie dla Wall Street. Sesja z małymi spadkami. Na Nasdaq Composite formacja RGR jest w pełni uformowana, ale nie potwierdzona. 

/Formacja głowy i ramion należy do klasyki analizy technicznej i jest jedną z podstawowych struktur cenowych odwracających trend wzrostowy. Ta struktura cenowa składa się z trzech maksimów ukształtowanych na szczycie trendu wzrostowego.  Lewy szczyt (lewe ramię) i prawy szczyt (prawe ramię) są ukształtowane na nieco niższym poziomie niż środkowe maksimum ceny (głowa). - edukacjagieldowa.pl/

Na S&P 500 i Nasdaq 100 jest widoczna, ale nie udało się pokonać linii szyi. Jeśli się uda to będzie (wg analizy technicznej) zapowiedź dużych spadków, ale…  załamanie takiej formacji jest mocnym sygnałem kupna. Czekamy na przyszły tydzień (w USA tylko czterodniowy).

x.com/P_W_Kuczynski

czwartek, 25 czerwca 2026


Ministerstwo Obrony Rosji (MON) kontynuowało 25 czerwca swój niedawny schemat publikowania hiperszczegółowych, sfałszowanych raportów na temat zdobyczy Rosji w Kostyantyniwce w celu wywyższenia rosyjskich sukcesów. Kremlowski serwis informacyjny TASS opublikował także 25 czerwca wywiad z zastępcą dowódcy rosyjskiego 1. batalionu 1194. pułku strzelców zmotoryzowanych (4. Oddzielna Brygada Strzelców Zmotoryzowanych, 3. Armia Połączonej Armii [CAA], dawniej 2. Korpus Armii Ługańskiej Republiki Ludowej [LNR AC], Południowy Okręg Wojskowy [SMD]) opisujący rzekome postępy w Kostyantyniwce. Te ciągłe twierdzenia stanowią część wysiłków Kremla w zakresie wojny poznawczej, mających na celu wyolbrzymienie rosyjskiego postępu na całej linii frontu, wbrew wszelkim dostępnym dowodom.

Siły rosyjskie coraz częściej używają bomb szybujących w rejonie taktycznym Kostyantyniwka-Drużkiwka. Ukraińska brygada działająca w tym rejonie poinformowała 24 czerwca, że w zeszłym miesiącu siły rosyjskie zintensyfikowały ataki bombami szybującymi na Drużkiwkę. Rosyjski milbloger opublikował 24 czerwca materiał filmowy, który rzekomo przedstawia siły rosyjskie przeprowadzające ataki bombami szybującymi z przewodnikiem FAB-1500 i FAB-250 na pozycje ukraińskie w pobliżu Bilenke (na północ od Drużkiwki).


(...)


Rzecznik Ukraińskich Południowych Sił Obronnych, pułkownik Władysław Wołoszyn, oświadczył 25 czerwca, że siły rosyjskie nieznacznie ograniczyły ataki naziemne w kierunku Hulajpola, ponieważ siły rosyjskie przegrupowują siły i gromadzą personel w celu wznowienia ataków w sąsiednich kierunkach Ołeksandriwka i Orichów. Wołoszyn stwierdził, że siły rosyjskie zintensyfikowały ataki dronów i artylerii w kierunku Hulajpola, przeprowadzając dziennie około 100 do 120 ataków bombami szybującymi z przewodnikiem w porównaniu z poprzednią intensywnością 20 do 30 nalotów dziennie.

understandingwar.org


Referendum było celem. Afera miała dowieźć emocje.

SOR ma już własną stronę i próg 132.290 podpisów pod odwołanie Trzaskowskiego. To nie przypadek. To zaplecze pod zbiórkę.

Najpierw Zero - „salonik VIP”, Kacprzyk, „lekarz-milioner”, KO, kolejka dla swoich. Potem 23 czerwca dr Emil Jędrzejewski: „tam giną ludzie, bo ktoś się uczy”.

Dalej poszło jak zawsze.
Stanowski grzeje rozmowę. Słowik chce zabezpieczać dokumenty „na grubo”. Kataryna chce plombować gabinety. Wittenberg podbija wagę słów. Wypartowicz robi z tego sprawę „tak grubą, że trudno uwierzyć”. Nisztor pyta, czy Kacprzyk jest jeszcze w Polsce. Rybicki odpala „najbardziej szokujące 2 minuty”. Żygadło dopisuje, że VIP room to pryszcz. Czarnecki z „Tak dla CPK” niesie dalej historię o zgonie w łazience. Bartkowiak woła o służby.

Potem portale: wPolityce, Republika, NCzas, Niezależna. Cytują X, X cytuje portale, prawica udaje lawinę, choć to ciągle ten sam obieg.

Potem politycy: Morawiecki z laptopem, Sasin z „Łowcami Skór”, Gliński z dymisjami, Paczuska ze Smoleńskiem, Skwarek z pakowaniem Tuska, Kierwińskiego i Trzaskowskiego, Müller z „największym skandalem medycznym”, Kaczyński z komisją, Bosak z „zamkniętym układem”.

A na końcu wyskakuje SOR.
Stołeczna Operacja Referendalna. Maciej Wilk. „Tak dla CPK”. Referendum przeciw Trzaskowskiemu.

I nagle wszystko się składa.
Ten sam numer był już przy CPK, Ukrainie, migrantach i szczepieniach: bierzesz realny problem, dokręcasz emocje, wpuszczasz duże konta, podajesz portalom, domykasz politykiem, a potem sprzedajesz ludziom gotową akcję jako „oddolny gniew”.

Nie zdążyli ustalić pełnych faktów, sprawdzić dokumentów ani oddzielić zarzutów od dowodów.
Ale zdążyli zrobić winnego, hasło, komisję i referendum.
Pacjent był jeszcze bez odpowiedzi, ale Trzaskowski już był na plakacie.

To nie był wybuch oburzenia.
To był start kampanii.

x.com/kon_klu_zja


Pierwszym i najważniejszym buforem, który zamortyzował uderzenie, były gigantyczne zapasy surowca zgromadzone przed wybuchem konfliktu. Świat wszedł w ten trudny okres dysponując rezerwami użytecznej ropy przekraczającymi 400 milionów baryłek. To właśnie te zapasy pozwoliły na płynne zaspokajanie bieżących potrzeb rafinerii w pierwszych, najbardziej nerwowych tygodniach kryzysu.

Dodatkowo Międzynarodowa Agencja Energetyczna podjęła bezprecedensową decyzję o uwolnieniu setek milionów baryłek ze strategicznych rezerw naftowych, co stanowiło jasny sygnał dla rynków, że podaż będzie sztucznie podtrzymywana.

Nie bez znaczenia były również decyzje polityczne, w tym zniesienie części sankcji nałożonych wcześniej na innych dużych producentów, co pozwoliło na wprowadzenie na rynek dodatkowych wolumenów surowca.

Ponadto, jak zauważają eksperci rynkowi, blokada szlaków handlowych nie okazała się całkowicie szczelna. Część transportów nadal opuszczała zagrożony region, wykorzystując alternatywne metody nawigacji i wyłączając systemy identyfikacji, co pozwalało na utrzymanie minimalnego, ale niezwykle ważnego strumienia dostaw. Jednocześnie inni globalni gracze, tacy jak Brazylia czy Wenezuela, niespodziewanie szybko zwiększyli swoje wydobycie. Stany Zjednoczone, choć nie zwiększyły drastycznie własnej produkcji, przejęły rolę dostawcy ostatniej szansy, pomagając w zażegnaniu kryzysów paliwowych w Europie i Australii.

Jednak to strona popytowa odegrała kluczową rolę w stabilizacji cen. Konsumpcja ropy spadła znacznie mocniej, niż ktokolwiek zakładał. Głównym czynnikiem była tu transformacja energetyczna i decyzje gospodarcze podejmowane w Azji. Chiny, dysponując ogromnymi zapasami, w obliczu rosnących cen ropy masowo przestawiły swoje elektrownie na węgiel.

Dodatkowo, trwająca tam rewolucja w sektorze samochodów elektrycznych trwale zmniejszyła dzienne zapotrzebowanie na paliwa tradycyjne. To właśnie to zjawisko, nazywane przez ekonomistów destrukcją popytu, uchroniło światowe zapasy przed całkowitym wyczerpaniem i zapobiegło drastycznym skokom cen na stacjach paliw.

money.pl


👁️ Data House Res Futura 💾 ID raportu: Tranton_5 || 📡 Data support: sentione.com
🔐 Dostęp: 🟢 Free

📅 Okres danych: 25.06.2026
Zasięg w sieci: 1 MLN
🤖 Bot Spot: ok. 4% – dyskurs wokół zwrotu orderu przez Kaczyńskiego wykazuje nieznaczne sygnały skoordynowanej aktywności wspierającej narracje antyukraińskie.

CZĘŚĆ 1 – BRIEF NARRACYJNY

Order Księcia Jarosława Mądrego stał się jednym z tematów dnia. Prezes PiS ogłosił na konferencji prasowej, że zwróci przyznane mu w 2022 roku ukraińskie odznaczenie – jako akt lojalności wobec prezydenta Nawrockiego i wyraz stosunku do elit ukraińskich. Decyzja natychmiast wchłonęła przestrzeń medialną, szczególnie ironicznie – bo zbiegła się co do godziny z Forum Odbudowy Ukrainy w Gdańsku, gdzie Donald Tusk negocjował kontrakty dla polskich firm.

Dyskurs układa się w sposób jednoznaczny. Komentarze są przytłaczająco krytyczne wobec decyzji, ale ta krytyka płynie z dwóch różnych kierunków. Środowiska proukraińskie i liberalne atakują przez pryzmat obłudy – Kaczyński, który jako premier krzyczał „Sława Ukrainie” na Majdanie, przyznawał odznaczenia i otwierał granice, teraz oddaje medal, bo sondaże wskazują na wyżeranie się elektoratu na korzyść Brauna i Mentzena. Środowiska nacjonalistyczne i antyukraińskie są z kolei niezadowolone z całkowicie przeciwnego powodu – gest jest ich zdaniem zbyt mały, spóźniony o lata i niewystarczający bez twardych działań dyplomatycznych. Narracja pozytywna – Kaczyński jako obrona polskiej godności – istnieje, ale jest wyraźnie mniejszościowa i skupiona w środowiskach prawicowych oraz wśród wiernych zwolenników prezesa.

Kaczyński jako obrońca polskiej godności wobec Ukrainy: ✅ 20% [szacunkowe] / Kaczyński jako kalkulator wyborczy destabilizujący relacje polsko-ukraińskie: ❌ 80% [szacunkowe]

Na osiach oceny obraz jest przejrzysty: 20% [szacunkowe] popiera gest jako uprawnioną odpowiedź na ukraińską politykę historyczną, 80% [szacunkowe] traktuje go jako kalkulację wyborczą. Każda strona konsensus buduje z innego materiału. Zwolennicy pierwszej tezy argumentują, że Ukraina gloryfikuje sprawców zbrodni wołyńskiej, a bierność polskich polityków wobec upamiętniania UPA narusza godność ofiar. Strona druga wskazuje na wewnętrzną sprzeczność: Kaczyński sam przyznawał Ukrainie wsparcie i odznaczenia jako premier, więc obecna decyzja jest instrumentalną zagrywką sondażową, nie wyrazem przekonań.

Narracyjnie wygrywa obóz opozycji liberalnej i proukraińskiej – ale nie przez siłę własnego przekazu, lecz przez skuteczne torpedowanie wiarygodności PiS. Archiwum nagrań z Majdanu i kijowskich wizyt Kaczyńskiego krąży po Twitterze i ustawia dominującą interpretację gestu jako teatr. To rzadki układ, w którym wygrywający nie buduje nic nowego – jedynie skutecznie blokuje próby odbudowy narracji przez przeciwnika.

CZĘŚĆ 2 – ANALIZA NARRACYJNA

🗺️ Mapa narracji – fazy i wektory

Pole rozkłada się na pięć narracji, a kluczem interpretacyjnym jest to, że dwie z nich są jednocześnie krytyczne wobec Kaczyńskiego, ale z absolutnie różnych pozycji – co czyni budowanie spójnej obrony przez PiS praktycznie niemożliwym.

Największa nośność, 21% [szacunkowe], to narracja obłudy PiS i kalkulacji wyborczej – faza: plateau. Niosą ją przede wszystkim dziennikarze i komentatorzy o liberalnym profilu, posiadający archiwalne nagrania Kaczyńskiego z Majdanu i kijowskich wizyt. Narracja osiągnęła nasycenie w ciągu kilku godzin – dalszy potencjał wzrostu jest ograniczony, ale pozycja ugruntowana. Jądro argumentu brzmi: człowiek, który krzyczał „Sława Ukrainie” w Kijowie, nie może teraz budować wizerunku obrońcy polskiej godności.

Druga narracja, 13% [szacunkowe], to konieczność obrony polskiej pamięci historycznej – faza: eskalacja. Pochodzi ze środowisk prawicowych i nacjonalistycznych – TV Republika, media katolickie, część elektoratu sympatyzującego z Konfederacją. Idzie ku legitymizacji coraz ostrzejszych żądań wobec Ukrainy: wyznania win za Wołyń, blokowania akcesji do UE, twarde warunki partnerstwa. Pojawia się w niej spójny zestaw argumentów o merze Lwowa jako „banderowcu”, o sprawie Control Process i o gloryfikacji Bandery w ukraińskiej przestrzeni publicznej – co może wskazywać na pewien stopień koordynacji przekazu.

Trzecia narracja, 9% [szacunkowe], to ostrzeżenie przed eskalacją stosunków polsko-ukraińskich – również faza: eskalacja. Niosą ją osoby o profilu proeuropejskim i proukraińskim, często komentujące pod postami TVN24, Onetu czy Polsat News. Jej logika jest prosta: Polska i Ukraina potrzebują siebie nawzajem, wzajemne rzucanie orderami w czasie trwającej rosyjskiej agresji osłabia obydwa kraje. Narracja jest organiczna i nie wykazuje cech koordynacji – to autentyczny niepokój, nie kampania.

Czwarta narracja, 8% [szacunkowe], to ironia i drwina z symbolicznej polityki – faza: plateau. Ona jedyna jest całkowicie apolityczna. Dominuje na Twitterze i karmi się w głównej mierze zestawieniem nazwy orderu – „Jarosław Mądry” – z wizerunkiem prezesa. Nie prowadzi donikąd w sensie politycznym, ale rozbraja napięcie i skutecznie deprecjonuje powagę gestu.

Piąta narracja, 5% [szacunkowe], to sugestia, że Kaczyński działa na rzecz rosyjskich interesów – faza: kiełkowanie. Pojawia się marginalnie wśród komentatorów proukraińskich, często posługujących się określeniem „ruska onuca”. Jest zbyt radykalna, by trafić do mediów referencyjnych, ale może długofalowo rezonować w określonych bąbelkach.

⚡ Epicentra i amplifikatory

Narracja obłudy PiS ma precyzyjne epicentrum: to dziennikarze i publicyści związani z mediami liberalnymi, którzy jako pierwsi wyciągnęli archiwalne nagrania i ustawili dominującą interpretację gestu. Amplifikatorami byli politycy koalicji rządzącej – Dariusz Joński z KO i Jakub Stefaniak z PSL – oraz szerokie grono użytkowników Twittera bez szczególnej afiliacji medialnej, którzy rozsyłali materiały archiwalne dalej.

Narracja historyczna ma inne epicentrum: to konferencja prasowa samego Kaczyńskiego, na której padły słowa o merze Lwowa jako „banderowcu” i niepłacącej polskiej firmie – uzupełnione przez środowisko TV Republiki i mediów prawicowych, które nadały tym słowom kontekst i ramy. Amplifikatorami byli zwolennicy prezesa na Facebooku oraz konta nacjonalistyczne na Twitterze.

Narracja ostrzeżenia przed eskalacją nie ma jednego epicentrum – wyrasta organicznie ze środowisk proeuropejskich komentujących na profilach mediów ogólnopolskich. Jej amplifikatorami byli komentatorzy i dziennikarze wskazujący na zbieżność konferencji prasowej Kaczyńskiego z Forum Odbudowy Ukrainy w Gdańsku – co nadało narracji dodatkowy wymiar: nie tylko eskalacja, ale i sabotaż dyplomatyczny.

🔓 Podatność kontrnarracyjna

Narracja obłudy PiS jest nisko podatna na kontrnarrację. Opiera się na materialnych dowodach – archiwach zdjęć, nagrań i głosowań parlamentarnych – których PiS nie może skutecznie zanegować. Jedynym możliwym kontrargumentem byłoby uznanie, że decyzja wynika z autentycznej ewolucji poglądów, a nie z sondaży, ale żaden wiarygodny nośnik nie jest w stanie tego również uwiarygodnić. PiS mógłby wskazywać na analogiczne kalkulacje wyborcze KO, ale nie dysponuje teraz infrastrukturą medialną pozwalającą ten argument przebić przez szum.

Narracja historyczna jest średnio podatna. Ma wyraźną lukę: przez osiem lat rządów PiS nie podjął żadnych systemowych działań w kwestii wołyńskiej, a teraz serwuje gest symboliczny. Każdy aktor z autorytetem historycznym lub prawnym może skutecznie pokazać, że polityka historyczna wymaga więcej niż zwrotu odznaczenia – a to okno jest otwarte dla środowisk akademickich i organizacji kombatanckich.

Narracja ostrzeżenia przed eskalacją jest wysoko podatna. Jej luka polega na tym, że automatycznie zakłada, iż każdy gest symboliczny wobec Ukrainy jest eskalacją – co można kwestionować przez narrację symetrii: skoro strona ukraińska odesłała własne odznaczenia, odpowiedź Kaczyńskiego jest po prostu wzajemnością. PiS tego okna dotąd nie zagospodarowało.

🧠 Dominujące emocje w dyskursie

Ironia i kpina (29% [szacunkowe]) to dominująca tonacja dyskursu, niezależna od opcji politycznej. Paliwem jest zestawienie nazwy orderu – „Jarosław Mądry” – z wizerunkiem prezesa, co generuje nieskończony strumień żartów na Twitterze. Ironia ma szczególną właściwość: rozbraja napięcie, ale jednocześnie deprecjonuje powagę samego sporu historycznego – co może być niekorzystne dla środowisk, które chciałyby ten spór traktować poważnie.

Gniew (23% [szacunkowe]) występuje w dwóch wariantach, które nie mają ze sobą wiele wspólnego. Gniew proukraiński uderza w Kaczyńskiego za destabilizację relacji dyplomatycznych; gniew antyukraiński uderza w ukraińskie elity za nieuznawanie win wołyńskich i nieuregulowane długi wobec polskich firm – sprawę Control Process wymienia się wielokrotnie. Paliwem drugiego wariantu jest konkretna, weryfikowalna historia: Lwów zerwał kontrakt z polską firmą przy 95-procentowym zaawansowaniu inwestycji i nie wypłacił należności pomimo przegranego arbitrażu.

Cynizm i zmęczenie polityczne (9% [szacunkowe]) wyraża przekonanie, że cała sprawa jest teatrem politycznym bez rzeczywistego znaczenia. Paliwem jest kumulacja symbolicznych sporów bez przełożenia na działania systemowe. Ta emocja mobilizuje do bierności – i to stanowi ryzyko demobilizacyjne dla każdego obozu liczącego na aktywizację elektoratu przez tematy wschodnie.

Satysfakcja i zadowolenie (6% [szacunkowe]) to emocja mniejszościowa, wyrażana głównie przez zwolenników Kaczyńskiego na Facebooku i profilach TV Republiki. Krótkie „brawo” lub „nareszcie” – bez rozbudowanej argumentacji. Paliwem jest poczucie sprawczości po długim czasie opozycji.

Niepokój i obawy (4% [szacunkowe]) to emocja marginalna, ale strategicznie istotna. Występuje u osób, które rozumieją, że symbole mają realne konsekwencje dyplomatyczne. Paliwem jest świadomość, że Polska i Ukraina potrzebują sojuszu w warunkach rosyjskiej agresji. Ta emocja jest podatna na wzmocnienie przez aktorów zewnętrznych podsycających katastroficzne scenariusze.

🎯 Oczekiwania społeczne i okna operacyjne

Żądanie konsekwencji i symetrii (8% [szacunkowe]) – okno: kilka dni. Część komentujących oczekuje, że zwrot orderu musi mieć następstwo w konkretnych działaniach – blokowanie akcesji Ukrainy do UE, wstrzymanie pomocy, mechanizmy warunkowości. Kierują to oczekiwanie do PiS jako ugrupowania opozycyjnego. Okno jest krótkie: jeśli w ciągu kilku dni nie pojawią się twarde zapowiedzi, gest Kaczyńskiego zamieni się w symbol bez pokrycia i ugruntuje narracje o kalkulacji wyborczej.

Oczekiwanie przeprosin Ukrainy za Wołyń (6% [szacunkowe]) – okno: kilka tygodni. Środowiska prawicowe i nacjonalistyczne formułują konkretne warunki: oficjalne przyznanie się do winy, przeprosiny za rzeź wołyńską, ekshumacje ofiar. Okno jest dłuższe i reaktywowane przez każde kolejne napięcie w relacjach polsko-ukraińskich. Niezaspokojenie tego oczekiwania będzie systematycznie zasilać narracje o „banderyzmie elit ukraińskich” i stwarzać podatny grunt dla radykalizacji.

Oczekiwanie powrotu do rozsądnej polityki wobec Ukrainy (4% [szacunkowe]) – okno: bez horyzontu. Środowiska proukraińskie i proeuropejskie chcą deeskalacji i powrotu do współpracy, adresując to oczekiwanie do wszystkich polskich polityków – Nawrockiego, PiS i rządu Tuska. Brak wyraźnego terminu oznacza, że narracja eskalacyjna może osiągnąć nieodwracalność bezszelestnie, bez żadnego konkretnego momentu przełomowego.

📌 Wnioski analityczne

Konferencja prasowa Kaczyńskiego była testem zdolności PiS do torpedowania dyplomatycznych sukcesów rządu narzędziami narracyjnymi. Zbieżność z Konferencją Odbudowy Ukrainy w Gdańsku nie mogła być przypadkowa – kilku komentatorów to wprost nazwało, a fakt, że wzmianki o Kaczyńskim w ciągu godziny wchłonęły część przestrzeni medialnej, świadczy o skuteczności zabiegu. Jeśli schemat będzie się powtarzać przy kolejnych wydarzeniach dyplomatycznych, warto monitorować korelacje między konferencjami prasowymi PiS a kluczowymi momentami agendy rządowej.

PiS konsekwentnie przesuwa się narracyjnie w stronę elektoratu Konfederacji i ugrupowań nacjonalistycznych. Zwrot orderu jest przez część komentujących wprost odczytywany jako rywalizacja Kaczyńskiego z Braunem o ten elektorat. Okno możliwości dla ugrupowań centrowych: wyraźne zdystansowanie się od tej narracji i zaoferowanie umiarkowanemu elektoratowi języka odpowiedzialności historycznej połączonej z pragmatyczną polityką proukraińską.

Sprawa Control Process to potencjalnie najgroźniejszy element tego dyskursu – nie dlatego, że jest głośna, ale dlatego, że jest weryfikowalna. Lwów zerwał kontrakt z polską firmą przy 95-procentowym zaawansowaniu prac i przegrał siedem postępowań arbitrażowych, nie płacąc. Ten konkretny fakt jest idealnym materiałem na trwałą narracyjną amunicję dla prawicy i będzie krążył w obiegu przez wiele miesięcy, jeśli sprawa nie zostanie uregulowana dyplomatycznie.

Polska traci pozycję adwokata Ukrainy w debacie o jej integracji z UE – i to ryzyko jest praktycznie niewidoczne w krajowym dyskursie. Symboliczne spory osłabiają siłę polskiego głosu w Brukseli w kwestii warunków akcesji Kijowa, przesuwając tę rolę ku innym stolicom europejskim. To jest gra, której stawki są o rząd wielkości większe niż jeden order.

resfutura.pl


Dokładnie to przewidywałem w czasie wojny irańskiej. Po pierwsze stworzenie nowej osi: Turcja-Pakistan-Arabia Saudyjska-Katar-Egipt, po drugie dogadywanie się tych państw z Iranem w kwestii regionalnego bezpieczeństwa.

x.com/WitoldRPL

środa, 24 czerwca 2026



Przedstawiciele rządu zdają sobie sprawę, że po decyzji Nawrockiego Zełenski musiał odwołać przyjazd do Polski. Ale jednocześnie zauważają, że zrobił wszystko, aby nie doprowadzić do odwołania konferencji — dlatego przysyła do Polski premier Ukrainy Julię Swyrydenko. — Ważne jest, aby relacje z Polską miały konstruktywny charakter. Dziękuję wszystkim, którzy przygotowali merytoryczne propozycje na spotkanie w Gdańsku — powiedział Zełenski po naradzie z panią premier.

Premier Tusk zapewnił, że jest w stałym kontakcie z Julią Swyrydenko. — Z mojego punktu widzenia oznacza to być może nawet sprawniejsze przeprowadzenie konferencji, bez niepotrzebnych napięć i traktuję to jako gest na rzecz deeskalacji napięcia — oznajmił Tusk.

W tej sytuacji ludzie Nawrockiego ruszyli do kolejnych ataków. "Zaproszenia na Konferencję do Gdańska były wspólnie podpisane przez premiera Tuska i prezydenta Zełenskiego. Obaj mieli więc być gospodarzami i przyjmować gości. Prezydent Ukrainy, mimo zaproszenia już gości, rezygnuje z udziału i wystawia tym samym premiera Tuska na pośmiewisko. Nie mam żadnej satysfakcji z tego, że Premier Rzeczypospolitej jest upokarzany na arenie międzynarodowej. W przypadku tego premiera nie jest to niestety pierwszy raz" — ogłosił w serwisie X Marcin Przydacz, minister Nawrockiego do spraw międzynarodowych.

Nasz rozmówca z rządu, ważny minister zaangażowany w kontakty z Ukrainą: - Zełenski podjął właściwą decyzję. Jego przyjazd budziłby ogromne emocje. Z drugiej strony ranga premiera jako szefa delegacji jest nie do podważenia. W Gdańsku podpiszemy naprawdę ważne umowy.

Według premiera chodzi o ok. 200 porozumień i umów, w tym wiele bezpośrednio polsko-ukraińskich dotyczących biznesu po zakończeniu wojny. Tusk szacuje, że gra toczy się o setki miliardów dolarów.

onet.pl
 

Obecnie Rada Współpracy Zatoki Perskiej (GCC) podzieliła się na dwie: jedną sojuszniczą z Ameryką, składającą się z krajów, które odwiedził sekretarz stanu Marco Rubio, a mianowicie Zjednoczone Emiraty Arabskie, Kuwejt i Bahrajn, oraz drugą, sojuszniczą z Iranem, składającą się z Arabii Saudyjskiej, Kataru lub Omanu, której Rubio nie odwiedził.

x.com/hahussain

wtorek, 23 czerwca 2026



Branża nowoczesnych technologii stanowi jeden z najważniejszych sektorów amerykańskiej gospodarki, firmy należące do tego sektora dominują na tamtejszej giełdzie, a biznesmeni z nimi związani należą do najbogatszych osób w USA. Rozwój tej branży ma ogromne znaczenie dla państwa: jego dalszego rozwoju gospodarczego czy zyskania przezeń przewagi nad geopolitycznymi rywalami, przede wszystkim Chinami. Zarazem jednak szybki rozwój takich technologii jak sztuczna inteligencja niesie za sobą poważne ryzyka, np. dla przyszłości rynku pracy czy cyberbezpieczeństwa. Ponadto pojawiają się obawy przed monopolistycznymi praktykami ze strony cyfrowych gigantów, jak również ich wpływem na konsumentów (np. w przypadku mediów społecznościowych) oraz na środowisko naturalne (w przypadku budowy potężnych centrów danych).

Państwo podejmuje więc próby regulacji branży technologicznej i określenia ram dla rozwoju kluczowych technologii. Wynikają stąd zagrożenia natury politycznej – firmy technologiczne mają bezpośredni interes w kształtowaniu sceny politycznej, co starają się robić poprzez lobbing oraz finansowe wspieranie poszczególnych polityków. Ze względu na skalę zasobów, jakimi dysponują, może to mieć istotny wpływ na funkcjonowanie amerykańskiej demokracji, zaś ambicje części prezesów wykraczają poza lobbing na rzecz przepisów i regulacji korzystnych dla ich przedsięwzięć biznesowych.

Przez wiele lat czołowi przedstawiciele branży technologicznej w USA sympatyzowali przede wszystkim z Partią Demokratyczną. Wynikało to z szeregu czynników. Największa koncentracja firm technologicznych występowała w Kalifornii (Dolina Krzemowa), w regionie zdominowanym przez popierających tę właśnie opcję polityczną. Wzrost znaczenia firm z branży technologicznej zbiegł się w czasie z sukcesem wyborczym Baracka Obamy, a przyszły prezydent w czasie kampanii w 2008 r. jako pierwszy na taką skalę wykorzystał możliwości, jakie dawały nowe technologie (by komunikować się z wyborcami, gromadzić środki na prowadzenie kampanii czy organizować wydarzenia lokalne). Demokraci chętniej korzystali ze wsparcia Doliny Krzemowej także ze względu na kryzys gospodarczy i związaną z nim niechęć wyborców do elit finansowych kraju, kojarzonych z Wall Street, którym przeciwstawiano twórczych przedsiębiorców z sektora technologicznego. Dla demokratów Dolina Krzemowa stała się więc ważnym źródłem finansowania kampanii wyborczych. Stało się to tym istotniejsze, że w tym samym czasie decyzje sądowe stworzyły nowe możliwości ich wspierania przez wielkie korporacje oraz najzamożniejszych Amerykanów[1]. Spowodowało to znaczący wzrost darowizn na cele kampanijne i w efekcie podniesienie nakładów na nie (w 2004 r. koszt kampanii prezydenckiej oraz kongresowej oszacowano na niespełna 6,9 mld dolarów, podczas gdy w 2024 r. już na 14,8 mld).

Zbliżenie pomiędzy branżą technologiczną a Partią Demokratyczną utrzymywało się przez ponad dekadę. Jeszcze w czasie pierwszej kadencji Trumpa przeważająca część gigantów technologicznych dystansowała się od jego administracji (choć zdarzały się wyjątki, np. współzałożyciel Palantira Peter Thiel), a w następstwie wydarzeń na Kapitolu z 6 stycznia 2021 r. największe platformy społecznościowe, jak Twitter (obecnie X) czy Facebook, zdecydowały się zablokować konta prezydenta. W drugiej kadencji Trumpa można jednak zaobserwować całkowitą zmianę podejścia ze strony Doliny Krzemowej. Przedstawiciele branży technologicznej nie tylko starają się utrzymać z nim bliskie relacje (o czym świadczy obecność najważniejszych CEO na prezydenckiej inauguracji), lecz także w istotny sposób wspierają finansowo jego działalność polityczną, przekazują środki na ważne dla niego cele (jak budowa sali balowej przy Białym Domu) oraz współpracują z administracją (Elon Musk i jego tzw. Departament Efektywności Rządu – DOGE; inwestor David Sacks jako doradca do spraw kryptowalut i sztucznej inteligencji).

Ponowny wybór Donalda Trumpa na prezydenta w 2024 r. zmienił percepcję tego polityka wśród elit branży technologicznej. Nie można go było dłużej postrzegać jako zjawiska sezonowego. Co więcej, w czasie kampanii wyborczej Trump wielokrotnie obiecywał swoim wyborcom odwet za upokorzenia ostatnich lat. Istniało więc poważne ryzyko, że część jego działań może być wymierzona przeciw platformom społecznościowym, które zablokowały jego konta, czy przeciw nieprzychylnym mu mediom. Zbliżenie do Trumpa ze strony czołowych CEO największych firm technologicznych było w pewnej mierze podyktowane chęcią ochrony własnego interesu. Przykładowo zmiana linii redakcyjnej dziennika „The Washington Post” czy darowizna na komitet organizujący inaugurację prezydencką stanowiły próby chronienia interesów Amazona przez jego CEO Jeffa Bezosa. Pewną rolę mogły też odgrywać obawy o przyszłość innej jego firmy – Blue Origin, koncentrującej się na podboju kosmosu, dla której bardzo istotną kwestią jest współpraca z NASA i federalne środki, które dzięki niej pozyskuje.

(...)

Odwrót liderów Doliny Krzemowej od Partii Demokratycznej wynika też z programu realizowanego w ostatnich latach przez to ugrupowanie. Administracja Joego Bidena podjęła próbę uregulowania rozwoju sztucznej inteligencji (rozporządzenie prezydenckie nr 14110 z 2023 r. poświęcone bezpiecznemu rozwojowi i użyciu AI), a także ustanowienia zasad odpowiedzialnego rozwoju branży kryptowalut (rozporządzenie nr 14067 z 2022 r.). U źródeł tych posunięć leżały obawy przed zagrożeniami wynikającymi z nieskrępowanego rozwoju w tych obszarach. Negatywne konsekwencje popularyzacji mediów społecznościowych (rosnąca polaryzacja elektoratu, rozprzestrzenianie się dezinformacji, problemy psychiczne, zwłaszcza wśród młodych użytkowników) spowodowały zmianę w podejściu do rozwoju technologicznego – optymizm prezentowany przez polityków Partii Demokratycznej w czasach Obamy zastąpiły obawy przed potencjalnymi skutkami ubocznymi. Ta zmiana podejścia demokratów i próba wyprzedzenia negatywnych konsekwencji za pomocą regulacji stworzyły polityczną szansę dla republikanów. Program ich partii z 2024 r. w rozdziale poświęconym wspieraniu innowacji mówił wprost o odrzuceniu polityki Bidena w tym zakresie. Dla prezesów największych korporacji technologicznych postawienie na Trumpa wiązało się zatem z perspektywą nieskrępowanego rozwoju ich przedsiębiorstw. 

Przyczynkiem do odwrotu Doliny Krzemowej od demokratów była także kwestia kulturowa: coraz silniejszy nurt lewicowy w ramach Partii Demokratycznej, dla którego czołowe postaci branży big tech stały się bohaterami negatywnymi. Charakterystyczny jest przypadek Marka Zuckerberga, stojącego na czele Mety. Przedsiębiorca ten, przez lata borykający się z zarzutami niedostatecznego zwalczania dezinformacji czy hejtu na swoich platformach, wybrał opcję polityczną, która wprost uznaje działania tego rodzaju za akt cenzury i popiera większą wolność w sieci. Do podjęcia tej decyzji mogło się też przyczynić przejęcie Twittera przez Elona Muska i zmiana podejścia do moderowania treści na tej platformie. Ograniczenie moderacji oznaczało niższe koszty, a przyjęcie retoryki sprzeciwiającej się cenzurze dawało wygodną odpowiedź na krytykę dotyczącą niedostatecznego zwalczania dezinformacji i mowy nienawiści na platformach. Z kolei współzałożyciel Google’a Sergey Brin zaczął wspierać republikanów (i samego Trumpa) ze względu na popieraną przez demokratycznych progresywistów propozycję dodatkowego opodatkowania kalifornijskich miliarderów. Coraz istotniejsza rola nurtu progresywnego w Partii Demokratycznej również popycha elity branży technologicznej w kierunku republikanów.

Ostatnim elementem składającym się na zmianę preferencji politycznych kluczowych liderów z sektora big tech jest chęć doprowadzenia do głębokiej zmiany otaczającej ich rzeczywistości. Część czołowych przedstawicieli branży nowoczesnych technologii ma ambicje wykraczające poza sam rozwój technologii. Są to często określone wizje naprawy państwa, czasem sprzeczne z ideałami demokracji. Z tej perspektywy Trump jawi się jako burzyciel systemu – polityk mający potencjał, aby gruntownie przebudować państwo. Tak postrzegał go już w 2016 r. Peter Thiel, a w ostatnich miesiącach z podobnych powodów blisko współpracował z Trumpem najbogatszy człowiek na świecie Elon Musk. Thiel opowiada się za państwem, które przede wszystkim nie hamuje rozwoju technologicznego, Musk z kolei to zwolennik absolutnej wolności słowa (z tego powodu kupił Twittera) oraz ograniczenia państwowych wydatków i regulacji (dlatego zaangażował się w DOGE). Thiel jest mentorem obecnego wiceprezydenta J.D. Vance’a, wsparł też finansowo jego karierę polityczną, umożliwiając mu zdobycie mandatu senatora. Potencjalnie więc jego wpływ na kształt amerykańskiego państwa może jeszcze wzrosnąć – jeśli Vance zostanie kandydatem republikanów na prezydenta w wyborach w 2028 r.

W trakcie swojej pierwszej kadencji Trump prezentował zdecydowanie bardziej sceptyczny stosunek do wielkich korporacji technologicznych. To w tamtym czasie Departament Sprawiedliwości wytoczył sprawę antymonopolową spółce Google. Sam prezydent występował przeciwko „wybiórczej cenzurze” w mediach społecznościowych i podjął działania mające na celu modyfikację sekcji 230 Ustawy o przyzwoitości w komunikacji (Communications Decency Act), która gwarantuje, że właściciele platform społecznościowych nie zostaną pociągnięci do odpowiedzialności karnej za wpisy użytkowników. Trump publicznie atakował również wybrane spółki, np. Amazona, którym zarzucał unikanie płacenia podatków. Jego stosunek do technologicznych gigantów wynikał po części z sympatii politycznych branży technologicznej w tamtym okresie, a po części z istniejącego już wcześniej wśród amerykańskiej prawicy przekonania, że media społecznościowe ograniczają swobodę wypowiedzi osobom o poglądach konserwatywnych.

W kampanii w 2024 r. Trump wykorzystał zmianę nastrojów w branży technologicznej, pozycjonując się jako polityk wspierający rozwój sztucznej inteligencji i kryptowalut. Był to wybór taktyczny – próby uregulowania tych obszarów przez Bidena spotkały się z oporem w branży i poszukiwaniem alternatywy dla kolejnej demokratycznej administracji. Przełożyło się to na wsparcie finansowe dla Trumpa – według analizy Fox Business sam sektor krypto przeznaczył na jego kampanię prezydencką co najmniej 238 mln dolarów. Podmioty z branży technologicznej nie zaprzestały również finansowego wspierania go już po rozpoczęciu jego kadencji, przekazując środki na wybrane inicjatywy (jak budowa sali balowej przy Białym Domu) bądź darowizny na organizacje powiązane z prezydentem. Ten ostatni aspekt jest bardzo istotny, bo wzmacnia pozycję głowy państwa przed nadchodzącymi wyborami połówkowymi i jego kontrolę nad Partią Republikańską (Trump dysponuje funduszami pozwalającymi wykluczyć z kampanii polityków, których uzna za nielojalnych, poprzez finansowanie ich oponentów w partyjnych prawyborach).

Wsparcie branży technologicznej pozwala również prezydentowi udowadniać skuteczność własnej polityki gospodarczej i celnej. W zeszłym roku Apple zapowiedział inwestycje w USA o wartości 600 mld dolarów, m.in. w krajowe zdolności produkcyjne. Oracle i OpenAI wraz z SoftBankiem ogłosiły Project Stargate, inicjatywę mającą zapewnić Stanom Zjednoczonym przewagę w rozwoju sztucznej inteligencji poprzez budowę nowych centrów danych. Apple inwestuje też w MP Materials, amerykańską firmę zajmującą się wydobyciem i przetwarzaniem metali ziem rzadkich, co stanowi odpowiedź na chińskie restrykcje dotyczące tych surowców. Big techy wspomagają amerykańską administrację w kluczowych obszarach. Technologie dostarczane przez takie podmioty jak Palantir są kluczowe nie tylko dla amerykańskich sił zbrojnych, lecz także dla skuteczności polityki deportacyjnej prezydenta.

Bliskie związki z najbardziej wpływowymi biznesmenami z branży technologicznej pozwalają Trumpowi wpływać również na otoczenie medialne. Dotyczy to zarówno mediów społecznościowych (X, Facebook), jak i mediów tradycyjnych. W pierwszej kadencji Trump mógł liczyć przede wszystkim na przychylność stacji należących do rodziny Murdochów (Fox News) oraz mniejszych telewizji o prawicowym profilu (Newsmax). Istotną zmianę spowodowała budowa nowego medialnego konglomeratu przez Davida Ellisona, syna Larry’ego Ellisona, współzałożyciela Oracle i jednego z najbogatszych ludzi na świecie. W zeszłym roku należąca do Ellisona spółka Skydance przejęła Paramount, stając się przy okazji właścicielem sieci telewizyjnej CBS. Obecnie finalizuje proces przejęcia Warner Bros. Discovery, co da jej kontrolę m.in. nad stacją CNN. W tę ostatnią transakcję do pewnego momentu zaangażowany był Jared Kushner, zięć prezydenta.

(...)

W związku z rosnącym oddziaływaniem branży nowoczesnych technologii na administrację Trumpa pojawiły się obawy przed oligarchizacją systemu politycznego, a w prasie często można napotkać termin „technooligarchia” w odniesieniu do najbardziej wpływowych postaci reprezentujących big techy (zob. Aneks). Obawy związane z coraz większymi wpływami najzamożniejszych obywateli nie są w USA niczym nowym – wystarczy wspomnieć zjawisko „baronów-rozbójników”, najbardziej znaczących reprezentantów amerykańskiego przemysłu, którzy na przełomie XIX i XX wieku uzyskali bardzo istotny wpływ na sytuację polityczną w kraju.

Również w najnowszej historii Stanów Zjednoczonych obawy przed oligarchizacją poprzedzały wzrost znaczenia big techów. Obawy te wiążą się przede wszystkim z: rosnącą dysproporcją pomiędzy najzamożniejszymi Amerykanami a resztą społeczeństwa, nietransparentnym systemem finansowania kampanii wyborczych, umożliwiającym de facto nieograniczone darowizny na rzecz konkretnego kandydata, rolą, jaką w amerykańskiej polityce odgrywa lobbing, a także zdolnością wielkiego biznesu do kształtowania opinii publicznej[2]. Tych narzędzi amerykańskie elity biznesowe używają od dekad, by wspierać konkretnych polityków, blokować regulacje lub wpływać na ich kształt czy podejmować próbę zmiany nastawienia współobywateli do kwestii istotnych dla tychże elit z perspektywy biznesowej.

Wpływy przedstawicieli branży nowoczesnych technologii do pewnego stopnia mają podobny charakter, niemniej pojawia się na tym polu kilka nowych elementów. Dysponują oni potężniejszymi narzędziami oddziaływania na opinię publiczną dzięki kontroli nad mediami społecznościowymi, przeglądarkami internetowymi oraz modelom sztucznej inteligencji. W przypadku części z nich ambicje sięgają dalej niż tylko dostosowanie prawa do własnych potrzeb biznesowych – chodzi o całościową zmianę państwa, czasem poprzez ograniczenie lub odrzucenie demokracji. Rośnie również zależność państwa od dostarczanych przez ich korporacje technologii: w rozwoju sił zbrojnych, podboju kosmosu, komunikacji, a nawet w kwestii przyszłości gospodarki jako takiej (rozwój AI). Decyzje amerykańskich sądów (takie jak ta w sprawie Citizens United) pozwoliły też na zwiększenie nakładów finansowych na kampanie wyborcze – co sprawiło, że stały się one droższe, a politycy jeszcze bardziej zależni od biznesmenów, którzy mogą pomóc je sfinansować. Niektóre scenariusze rozwoju sztucznej inteligencji – zakładające zniknięcie wielu miejsc pracy i uzależnienie sporej części społeczeństwa od wąskiej, technokratycznej elity – sugerują, że znaczenie liderów branży technologicznej jeszcze wzrośnie.

Działania liderów big techów mogą jednak napotkać rosnący opór społeczny. Badania opinii publicznej konsekwentnie wskazują na malejące zaufanie do korporacji technologicznych jako takich, a także do ich produktów – jak media społecznościowe czy sztuczna inteligencja. Próba aktywnego włączenia się w działania administracji, jaką podjął Elon Musk i jego tzw. Departament Efektywności Rządu, zakończyła się niepowodzeniem. Nawet w ramach ruchu MAGA widoczny jest trend antytechnologicznego populizmu, którego reprezentantem jest Steve Bannon, niegdyś doradca Donalda Trumpa, a obecnie gospodarz popularnego podcastu „War Room”. Kwestię domniemanej technooligarchii negatywnie prezentują też amerykańskie media. W perspektywie najbliższych lat partnerstwo pomiędzy liderami branży technologicznej a politykami może więc się stać o wiele trudniejsze ze względu na koszty wizerunkowe dla tych ostatnich.

osw.waw.pl


Iran nie przewiduje wydania zgody na przeprowadzenie przez Międzynarodową Agencję Energii Atomowej (MAEA) inspekcji w zbombardowanych obiektach nuklearnych - oświadczył we wtorek rzecznik irańskiego MSZ Esmaeil Baghaei na konferencji prasowej.

Podkreślił, że nie istnieje żaden protokół regulujący takie inspekcje. - Strony porozumienia wstępnego (między USA i Iranem) dążą do wypełnienia wszystkich jego punktów, nim rozpoczną się rozmowy o kwestiach nuklearnych - powiedział Baghaei, cytowany przez AFP. Zaznaczył również, że w Szwajcarii nie doszło do spotkania Irańczyków z dyrektorem generalnym MAEA Rafaelem Grossim.

W podobnych duchu wypowiedział się we wtorek irański ambasador przy ONZ w Genewie Ali Bahreini. Według niego podczas negocjacji nie pojawił się temat wpuszczenia inspektorów MAEA do Iranu, a na tym etapie rozmów "jest za wcześnie, by poruszać kwestie irańskich instalacji nuklearnych".

PAP