sobota, 23 maja 2026



Ekspert podkreślił, że era, w której armia USA miała reagować głównie na wyzwania terrorystyczne „definitywnie dobiegła końca”.

- W Iraku i w Afganistanie bojówki paramilitarne miały swoje miejsca, w których były okopane i które trzeba było zdobywać. Szczególnie wojska amerykańskie i brytyjskie ponosiły znaczące ofiary w tego typu misjach. Siły zbrojne zostały przekształcone w taki sposób, aby być bardziej przystosowane do tego typu zadań – zaznaczył.

Uznano, że nie ma sensu posiadać dużych dywizji czy korpusów, które będą walczyły wzdłuż jednej linii frontu, ponieważ w Afganistanie teatrem działań był cały kraj - wyjaśnił analityk OSW. Dodał, że rozwijano małe oddziały, które miały mieć jak największą samodzielność. – I ten model działał świetnie – ocenił.

Jednak takie podejście w ostatnich latach uległo zmianie wraz z nowymi zagrożeniami, którym muszą stawiać czoła Siły Zbrojne USA. Dla każdego rodzaju sił zbrojnych opracowano dokumenty określające priorytety ich modernizacji. W wypadku US Army jest to „Army 2030” i „Army Transformation Initiative", które określają przemianę podyktowaną potencjalną wojną z Chinami.

Ten zwrot był długo przygotowywany, ale został ogłoszony publicznie dopiero pod koniec pierwszej kadencji Trumpa w 2021 roku - wyjaśnił Tarociński. Uzupełnił, że chodzi tu o powrót do dywizji jako głównej jednostki taktycznej pola walki, odbudowę roli korpusów i przygotowanie do starcia z przeciwnikiem, który nie będzie ukrywał się z karabinami wśród ludności cywilnej, ale będzie dysponował brygadami i dywizjami pancernymi.

Rozmówca PAP zauważył, że zmiany w Siłach Zbrojnych USA rozpoczęły się na poziomie strategicznym już kilka dekad temu, a więc nie można ich przypisać jednej administracji. Niemniej zarówno pierwsza, jak i druga kadencja Trumpa charakteryzuje się przyspieszeniem wdrażania tych zmian.

Amerykanie są więc w niezwykłym momencie: mają wiele sił przystosowanych już do pełnoskalowego konfliktu, ale też te, które wciąż zachowały charakter z dwóch pierwszych dekad XXI wieku - zauważył analityk OSW.

Zaznaczył, że USA nie mają w planach tworzenia nowych formacji, tylko zreformowania istniejących, a ponieważ priorytetem jest region Indo-Pacyfiku, to traci na tym Europa. Dodał, że według analiz amerykańskich strategów, ponieważ teatrem działań będzie region Indo-Pacyfiku, wojsko musi być przygotowane do operacji na wyspach i w rejonach tropikalnych.

- Wojska Lądowe USA zachowają zdolność transferu pododdziałów wsparcia z tego szczebla dywizyjnego do brygadowego, dzięki czemu, jeżeli nie będzie potrzebne zaangażowanie całej dużej dywizji na wielkim froncie, to nadal będzie możliwe delegowanie pojedynczych brygadowych zespołów bojowych właśnie czy to do Polski, państw bałtyckich, Rumunii, Korei Południowej, gdzie to się dzieje przecież też w formie rotacyjnej – powiedział Tarociński.

Amerykańska piechota w ramach nowych założeń ma być mobilna i przystosowana do walki w wymagających warunkach. W tym celu siły lądowe są w trakcie wprowadzania pojazdu ISV, czyli Infantry Squad Vehicle (ang. Wóz Drużyny Piechoty). - Ten pojazd nie ma drzwi, nie ma okien, nie ma dachu, jest czystą ramą z Chevroleta Colorado. Ma to być modyfikowalny pojazd lekki służący żołnierzom jako taksówka, która szybko ich dowiezie w pobliże przeciwnika – wyliczył analityk.

(...)

PAP


Jeszcze kilka lat temu, pisząc o budzącej przesadne emocje amerykańskiej ustawie 447, miałem problem ze znalezieniem nawet emerytowanych polskich dyplomatów, którzy chcieliby pod własnym nazwiskiem wypowiadać się na temat relacji polsko-izraelskich i polsko-żydowskich.

Panowało bowiem powszechne przekonanie — co istotne: nie wśród antysemitów, których opinie mnie nie interesowały, ale ludzi szczerze przekonanych do dialogu polsko-żydowskiego — że temat ten jest polem minowym. A jakakolwiek krytyczna uwaga z polskiej strony wobec czy to Izraela, czy środowisk żydowskich, jest czymś, co może łamać kariery, zamykać drzwi i uniemożliwiać rozwój.

W efekcie jeszcze kilka lat temu trudno było sobie wyobrazić dowolny wręcz eksces izraelskiego polityka, który spowodowałby objęcie go zakazem wjazdu do naszego kraju. To, że dzisiaj się to stało, jest pochodną dwóch czynników.

Po pierwsze tego, co w swojej doskonałej książce "Rewolucja ambicji" opisał Jakub Dymek. Dymek opisuje głód asertywności i potrzebę narodowej dumy, która niekoniecznie jest powszechnie odczytywana, szczególnie po liberalnej stronie dyskursu. A ta duma stała się immanentną częścią polskiej polityki.

Dymek stwierdza: "Polska przeżyła w ciągu ostatniej dekady potrójną rewolucję: godności, aspiracji i ambicji, która przeorała społeczną wyobraźnię i fundamenty ideologii III RP. Dzięki niej horyzont oczekiwań społecznych rozciąga się dziś bez granic. (…) Całe spektrum opinii od Adriana Zandberga po Rafała Ziemkiewicza domaga się dziś Wielkiej TurboPolski — krzemowej, atomowej, żelaznej. Polski ambitnej jak młody start-upowiec, muskularnej i o twardej szczęce jak z przedwojennego propagandowego plakatu."

(...)

Znacznie ważniejszym aspektem sprawy jest jednak to, że przy okazji sprawy Ben-Gewira widać skutki polityki Binjamina Netanjahu, który uznał, że opinia o Izraelu i tzw. miękka siła (soft power) nie ma żadnego dziś już znaczenia. Liczyć ma się już tylko naga siła.

onet.pl


❗Politco ujawnia depeszę Ambasady USA w Warszawie do Departamentu Stanu sprzed tygodnia, w czasie afery o wycofanie wojsk: 🇵🇱/🇺🇸

- Ambasada USA: "Dominującą reakcją emocjonalną [w Polsce] jest poczucie zdrady, zwłaszcza biorąc pod uwagę wielokrotne publiczne przedstawianie Polski przez prezydenta Trumpa jako najbardziej wiarygodnego i oddanego sojusznika Ameryki w Europie."

- Ambasada USA: "Rotacyjne rozmieszczenia wojsk [USA] rozpoczęte po inwazji Rosji w 2022 r. nigdy nie miały na celu ustanowienia stałych baz, ale ten fakt nigdy nie był konsekwentnie ani skutecznie komunikowany publicznie. Tymczasowa rotacyjna obecność stopniowo zaczęła być postrzegana w Polsce jako pół-stała gwarancja bezpieczeństwa, czemu nie przeciwdziałaliśmy w najmniejszym stopniu."

Depesza miała również zawierać propozycje ograniczenia negatywnych skutków spięcia [mówiąc wprost: ugłaskania Polaków - M.C.]. Jedną z nich było ograniczenie dużej, rotacyjnej obecności wojsk pancernych przy jednoczesnym ustanowieniu "mniejszej, ale wyraźnie trwałej" roli wojsk USA.

Takie zaangażowanie w Polsce mogłoby koncentrować się na "dowodzeniu i kontroli, logistyce, rozpoznaniu, wstępnie rozmieszczonym sprzęcie, utrzymaniu sprzętu, obronie powietrznej i zdolności do szybkiego wzmocnienia".

KOMENTARZ:

Jeśli ktoś jeszcze uważał, że Amerykanie "nie ogarniają", "mają chaos" i "doszło do nieporozumienia", to już chyba trzeba przestać udawać. Amerykanie bardzo dobrze ogarniają w co grają:

- Brak stałych baz w Polsce to nie jest żadne niedopatrzenie. 
- Nieudzielanie "żelaznych gwarancji" to nie jest żadne niedopatrzenie.
- Redukcja odpowiedzialności na wschodniej flance NATO nie jest żadnym niedopatrzeniem.

Dynamika relacji patron - klient jest przez Amerykanów rozumiana bardzo dobrze, analizowana i  wykorzystywana, przecież to oni stworzyli po IIWŚ całą teorię tego typu relacji. My ich chcemy wciągnąć, a oni się nie chcą dać wciągnąć, tak to działa.

Co do "propozycji ugłaskania Polaków" jak to nazwałem - jakoś dziwnie propozycja Ambasady USA zazębia mi się z komunikacją polskiego MONu w czasie kryzysu. Unikanie liczb, ale mówienie o jakichś "zdolnościach" i "trwałej obecności", co było dosyć dziwne biorąc pod uwagę, że właśnie Amerykanie wstrzymali nam rotację jednej brygady... To może być wskazówka w jaką stronę będzie to wszystko zmierzało.

x.com/MichalCiesinsk_

piątek, 22 maja 2026



Sprawa amerykańskich żołnierzy w Polsce to najważniejszy polityczny temat tygodnia. Donald Trump ogłosił w czwartek wieczorem - w wpisie na platformie X: "W związku z sukcesem wyborczym prezydenta Polski, Karola Nawrockiego, którego z dumą poparłem, oraz naszymi relacjami z nim, z przyjemnością ogłaszam, że Stany Zjednoczone wyślą do Polski dodatkowe 5000 żołnierzy".

Jak komentowała w "Pierwszym programie" w TOK FM politolożka dr Ewa Pietrzyk-Zieniewicz, prezydent USA: "Dał nam trochę na uspokojenie". Od razu też dodała, że sama czeka na konkrety. - Po czynach go poznacie. Jak ci żołnierze przyjadą, to będę pewna, że są - mówiła ekspertka. z Uniwersytetu Warszawskiego.

tokfm.pl


Podczas piątkowej rozmowy z sekretarzem generalnym NATO Markiem Rutte szef dyplomacji USA Marco Rubio mówił o sprzeciwie wobec "protekcjonistycznych środków" w kwestii zakupów uzbrojenia - podał Departament Stanu.

Jak podano w komunikacie rzecznika resortu dyplomacji, Rubio i Rutte omówili w Helsingborgu "sprzeciw Stanów Zjednoczonych wobec środków protekcjonistycznych, które zagrażają interoperacyjności i gotowości NATO, osłabiają transatlantycką bazę przemysłową w dziedzinie obronności i uniemożliwiają dostarczanie sprzętu naszym żołnierzom".

Poza tym tematem, obaj urzędnicy mieli rozmawiać o zwiększaniu wydatków na obronę państw NATO, zbliżający się szczyt NATO w Ankarze oraz "zwiększenie transatlantyckiej produkcji obronnej", a także odblokowaniu cieśniny Ormuz.

Sam Rubio nie wspominał o wątku "protekcjonistycznych środków" podczas oświadczenia po spotkaniu z szefem NATO na marginesie zebrania szefów dyplomacji NATO w Helsingborgu. Jest to odniesienie do dążeń przede wszystkim w Unii Europejskiej do przyjęcia przepisów faworyzujących europejskich producentów uzbrojenia w zakupach sprzętu w UE. Wśród nich jest planowana unijna dyrektywa na ten temat oraz program pożyczek na zakup uzbrojenia SAFE. Przedstawiciele polskiego rządu twierdzą jednak, że administracja USA nie jest przeciwna SAFE. Podczas marcowej wizyty w Waszyngtonie wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz mówił, że przedstawiciele Pentagonu nie są mu przeciwni, bo środki z niego zostaną przeznaczone też na zakup amerykańskiego uzbrojenia.

Jak pisał portal Politico w lutym br. Pentagon groził UE odwetem, jeśli przepisy "buy European" zostaną przyjęte. Wcześniej z kolei zastępca sekretarza stanu Christopher Landau, podczas zamkniętego spotkania ministrów spraw zagranicznych NATO w grudniu ub.r. zaatakował europejskie kraje NATO za chęć postawienia na dostawy europejskie i zastąpienia nimi amerykańskich producentów.

Ten sam temat miał być poruszony podczas niedawnej wizyty w Polsce podsekretarza stanu ds. kontroli zbrojeń i bezpieczeństwa międzynarodowego Thomasa DiNanno.

/Mało, że USA produkują za mało swojej broni i trzeba na nią długo czekać, mało że jest to broń najdroższa - na koniec USA wymuszają na UE brak radzenia sobie z tymi problemami; cynizm, upadek pozycji i wiarygodności, chciwość - red./

PAP


Siły izraelskie od początku marca zniszczyły bądź uszkodziły 45 proc. zabudowy libańskich miast i wsi w obrębie "żółtej linii" - wynika z opublikowanej w piątek analizy dziennika "Le Monde". Tzw. żółta linia jest granicą okupowanej przez Izrael części południowego Libanu.

Zniszczono miejscowości, które zostały oszczędzone w trakcie poprzednich ofensyw Izraela w latach 2024-25 - zaznaczyła gazeta. Wśród nich m.in. liczący przed wojną ok. 30 tys. mieszkańców Bint Dżubajl. 75 proc. miasta zostało zrównane z ziemią bądź znacząco zniszczone.

Dziennik zwrócił uwagę, że ze zweryfikowanych nagrań wynika, iż siły izraelskie niszczą domy za pomocą materiałów wybuchowych, bombardowań bądź przy pomocy buldożerów.

Izrael wyznaczył żółtą linię w połowie marca, oddzielając w ten sposób zajęte przez siebie tereny południa Libanu. Władze w Jerozolimie utworzyły tam strefę buforową, która ma ochronić północ Izraela przed atakami Hezbollahu.

Analiza "Le Monde" i firmy Masae Analytics opiera się na zdjęciach satelitarnych. Francuscy dziennikarze porównywali obrazy z listopada 2025 r. i 29 kwietnia 2026 r. i weryfikowali je przy pomocy narzędzi białego wywiadu

Autorzy raportu tłumaczą, że ich wyliczenia skupiają się na centrach tych niewielkich ośrodków i nie obejmują ich obrzeży.

Od 2 marca Izrael prowadzi operację przeciwko Hezbollahowi, który w wojnie Izraela i USA przeciwko Iranowi, stanął po stronie Teheranu, pełniącego od zawsze rolę kluczowego partnera tej organizacji.

Mimo zawarcia 16 kwietnia zawieszenia broni, miejscowości w obrębie żółtej linii są wciąż niszczone - podkreślił "Le Monde".

W nocy z 23 na 24 kwietnia prezydent USA Donald Trump ogłosił kolejne przedłużenie rozejmu. Od jego ogłoszenia niemal codziennie informowano jednak o izraelskich ostrzałach południowego Libanu. 

PAP


Chińczycy od dawna samodzielnie rozwijają swoje własne rozwiązania, a niektóre ich osiągnięcia mogą budzić podziw. Szkoda tylko, że nie mamy zbyt wielu okazji do ich szczegółowego omówienia - w końcu nie da się ukryć, że trudno je dostać i przetestować w porządnych warunkach. Ale niektórym czasem się to udaje. Ekipa Phoronix sprawdziła 12-rdzeniowy procesor Loongson 3B6000 w licznych testach wydajnościowych opartych na Linuksie.

Model 3B6000 posiada 12 rdzeni obsługujących symultaniczną wielowątkowość (SMT2), co przekłada się na 24 wątki. Procesor pracuje z częstotliwością bazową 2,4/2,5 GHz. Chip ten został ulokowany ma platformie micro-ATX 3B6000x1-7A2000x1-EVB z dwoma gniazdami DIMM, jednym gniazdem M.2, dwoma gniazdami PCIe x16 i zaledwie kilkoma portami USB. Taki zestaw został przetestowany przez zespół Phoronix w dziesiątkach testów, w tym w aplikacjach obsługujących AVX-512. Ogólnie rzecz biorąc, chiński układ 3B6000 nie wypadł najlepiej. Zazwyczaj osiągał trzy razy gorsze wyniki niż sześciordzeniowy Ryzen 5 9600X firmy AMD. Omawiana jednostka była w stanie regularnie wyprzedzać jedynie czterordzeniowy procesor ARM z Raspberry Pi 500.

Należy jednak podkreślić, że w niektórych zastosowaniach Loongson 3B6000 wcale nie wypadł źle. Na przykład w C-Ray 2.0 chip dorównał wydajnością Ryzenowi 5 9600X, a w OpenSSL 3.6 zbliżył się do poziomu Intela Core Ultra 5 245K. W QuickSilver 20230818, 3B6000 zdołał nawet nieznacznie przewyższyć Core Ultra 5 245K i osiągnąć wynik porównywalny z Core Ultra 9 285K. Były to jednak tylko wyjątki. Według zapewnień producenta, architektura procesora LA664 chińskiego układu podobno oferuje wydajność IPC równą architekturze Zen 3, ale wydaje się, że bardzo niskie taktowania uniemożliwiają "wskoczenie" na odpowiedni poziom mocy obliczeniowej. Być może jednak w przyszłości będzie lepiej - w końcu zeszłym roku dowiedzieliśmy się, że chiński producent procesorów pracuje nad nową architekturą LA864, która według doniesień ma potencjalnie zapewnić wydajność na poziomie modeli Intel Raptor Lake 13./14. generacji. 

purepc.pl

czwartek, 21 maja 2026



Przywódca Białorusi Alaksandr Łukaszenka powiedział w czwartek, że jego kraj nie zamierza dać się wciągnąć w wojnę na Ukrainie - podał Reuters, powołując się na państwową białoruska agencję BiełTA. Łukaszenka wyraził też gotowość do spotkania z prezydentem Ukrainy Wołodymyrem Zełenskim.

Łukaszenka za pośrednictwem wideokonferencji obserwował w czwartek, wraz z przywódcą Rosji Władimirem Putinem, manewry sił nuklearnych, które odbywają się w obu krajach. Testowano gotowość użycia rakiet z głowicami atomowymi m.in. poprzez wystrzelenie międzykontynentalnej rakiety balistycznej Jars oraz hipersonicznych Cyrkon i Kindżał.

Białoruski przywódca oświadczył, że jego kraj nie zamierza z nikim walczyć "jeśli nikt nas nie zaatakuje". "Nie stanowimy dla nikogo zagrożenia. Ale mamy taką broń i jesteśmy gotowi bronić naszej wspólnej ojczyzny od Brześcia do Władywostoku wszelkimi możliwymi sposobami. Jeśli to mamy w rękach, musimy wiedzieć, jak to wykorzystać" - mówił Łukaszenka, cytowany przez agencję BiełTA.

Stwierdził, że Białoruś nie zamierza angażować się w wojnę na Ukrainie, bowiem "nie ma takiej potrzeby, ani cywilnej, ani wojskowej". Dodał jednak, że Mińsk może zostać wciągnięty w ten konflikt tylko w jednym przypadku - "jeśli oni (Ukraina-PAP) dopuściliby się agresji przeciwko nam".

Łukaszenka podkreślił też, że jest gotów rozmawiać z Zełenskim w dowolnym miejscu. "Jeśli chce o czymś porozmawiać, proszę bardzo, jesteśmy na to otwarci - na Ukrainie, na Białorusi, jesteśmy gotowi spotkać się z nim i omówić problemy relacji między naszymi krajami. Z jakiegoś powodu z Amerykanami, Niemcami, Polakami, Litwinami i Łotyszami mamy o czym rozmawiać, a z Ukrainą nie mamy o czym" - mówił przywódca Ukrainy.

Z kolei Putin, cytowany przez Reutersa, który powołuje się na białoruskie ministerstwo obrony, oświadczył iż użycie broni jądrowej jest ostatecznością i że broń ta mu służyć jako gwarancja suwerenności Rosji i Białorusi.

Wcześniej w czwartek rosyjskie ministerstwo obrony przekazało, że w ramach trwających ćwiczeń rozmieszczono ładunki nuklearne w magazynach polowych na terenie Białorusi. Informowano też, że w ramach tych samych ćwiczeń głowice nuklearne zostały zainstalowane na pociskach rakietowych Iskander-M.

Według rosyjskiego ministerstwa obrony ćwiczenia obejmują też m.in. dwa okręgi wojskowe - leningradzki i centralny, a także dwa największe rosyjskie zgrupowania sił morskich - Flotę Północną i Flotę Oceanu Spokojnego. W manewrach bierze udział ponad 64 tys. żołnierzy, ponad 200 wyrzutni rakietowych, 140 samolotów, 73 okręty nawodne i 13 okrętów podwodnych, w tym osiem strategicznych jednostek o napędzie atomowym - wyliczył resort. 

PAP


Wtorkowa /19.05.2026 - red./ wieczorna rozmowa dwóch liderów określana jest przez źródła Axios jako "trudna". Trump miał poinformować Netanjahu o "liście intencyjnym", który zamierzają podpisać Stany Zjednoczone i Iran, aby oficjalnie zakończyć wojnę. List miałby rozpocząć 30-dniowe negocjacje dotyczące irańskiego programu nuklearnego i otwarcia cieśniny Ormuz.

Po rozmowie premier Izraela miał być wręcz "spanikowany" możliwością porozumienia z Iranem. Ambasador Izraela w Waszyngtonie miał poinformować amerykańskich urzędników, że rozmowa z Trumpem "bardzo zaniepokoiła i zmartwiła" Netanjahu, który chce kontynuować działania militarne.

onet.pl


Pod koniec 2025 r. władze obwodu omskiego zamknęły poradnię ginekologiczną i przeznaczyły prawie 2 mln rubli (ok. 94 tys. zł) na remont budynku, aby przekazać go Ministerstwu Obrony i otworzyć tam przychodnię dla weteranów wojen, przede wszystkim uczestników inwazji na Ukrainę.

Wcześniej podobny los spotkał miejski szpital położniczy nr 5. W kwietniu 2022 r. pracownicy placówki usłyszeli podczas zebrania, że szpital może zostać wkrótce zamknięty. Niedługo później plotki się potwierdziły, a 11 listopada tego samego roku podmiot prawny placówki został oficjalnie zlikwidowany.

Kilka lat później regionalny minister zdrowia Dmitrij Markiełow tłumaczył zamknięcie porodówki problemami demograficznymi regionu i spadkiem zapotrzebowania na opiekę położniczą.

- Kiedy w szpitalu położniczym zaprojektowanym na setki porodów miesięcznie odbywa się ich wielokrotnie mniej, pojawia się systemowy kryzys jakości — tłumaczył urzędnik dziennikarzom.

Według samych pracowników zamkniętej porodówki nr 5 każdego roku odbywało się tam jednak ok. 2500 porodów.

Szpital położniczy rzeczywiście nie był w najlepszym stanie i wymagał remontu. Najpierw zamknięto go z powodu przebudowy, a potem okazało się, że zamiast porodówki powstanie tam szpital dla weteranów »specjalnej operacji wojskowej« — opowiedział "Nowej Gaziecie" założyciel "Omskiego Zrzeszenia Obywatelskiego" Danił Czebykin.

W 2024 r. na przebudowę i wyposażenie budynku przeznaczono 400 mln rubli z budżetu federalnego (ok. 18 mln 800 tys. zł), a kolejne 500 mln rubli (ok. 23 mln 500 tys. zł) wyłożyły władze obwodu omskiego. Następnie, decyzją premiera Rosji Michaiła Miszustina, przekazano jeszcze 385 mln rubli (ok. 18 mln zł) na dodatkowe wyposażenie szpitala w 513 jednostek sprzętu medycznego.

Na końcowym etapie prac elewację budynku pomalowano w kolory rosyjskiej flagi. W regionalnym Ministerstwie Zdrowia wyjaśniono dziennikarzom, że "placówka ma służyć pomocy medycznej weteranom i uczestnikom specjalnej operacji wojskowej". W listopadzie ubiegłego roku lokalne media poinformowały, że jeden z oddziałów zaczął już przyjmować pierwszych pacjentów.

(...)

Zdaniem aktywisty omscy urzędnicy są bardzo zadowoleni z rozwoju szpitali Ministerstwa Obrony w regionie i aktywnie wspierają kolejne podobne projekty, ponieważ wiążą się one z ogromnym potencjałem korupcyjnym. Po rozpoczęciu pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę wszczęto kilka głośnych spraw karnych dotyczących defraudacji przy realizacji zamówień wojskowych związanych z remontami, budową i wyposażaniem wojskowych szpitali. Według śledczych przy remoncie wojskowego szpitala garnizonowego w Permie zdefraudowano 35 mln rubli (ok. 1 mln 650 tys. zł).

(...)

Była pielęgniarka z Petersburskiego Instytutu Medycyny Ratunkowej im. Dżanelidzego opowiedziała "Nowej Gaziecie", że w ich placówce funkcjonował specjalny oddział dla rannych uczestników inwazji na Ukrainę.

- Nikt nie chce o tym mówić głośno, ale weteranów »specjalnej operacji« jest tak wielu, że wojskowe szpitale nie są już w stanie ich pomieścić — powiedziała kobieta.

Według niej wielu wojskowych pacjentów przeniesiono obecnie do wojskowego szpitala w Siewieromorsku w obwodzie murmańskim, ponieważ "zużyli praktycznie wszystkie antybiotyki i materiały medyczne", które były potrzebne do leczenia cywilnych pacjentów.

- Formalnie finansowanie leczenia wojskowych w placówkach Ministerstwa Zdrowia powinno być odrębne, ale w praktyce zasoby cywilnej ochrony zdrowia coraz częściej wykorzystywane są na potrzeby wojska — wyjaśniła Waleria Wetoszkina.

Jak twierdzi pielęgniarka z instytutu im. Dżanelidzego, przeniesienie rannych do Siewieromorska zostało przyjęte z ulgą zarówno przez personel, jak i pacjentów.

- Kiedy ich wywieźli, cały oddział odetchnął. Robili straszne awantury. Jasne, PTSD robi swoje, ale to przekraczało wszelkie granice: wykupywali alkohol, bez przerwy przyjeżdżały do nich dostawy, śmietniki były pełne pustych butelek, nie słuchali lekarzy ani pielęgniarek… Na całym oddziale unosił się zapach marihuany — opowiedziała kobieta.

(...)

Występując w Dumie Państwowej w lutym 2025 r., minister zdrowia Michaił Muraszko przyznał, że Rosja zmaga się z ogromnym niedoborem personelu medycznego: w kraju brakuje ponad 23 tys. lekarzy oraz 64 tys. pracowników średniego personelu medycznego.

Z powodu kryzysu kadrowego Rosjanie muszą miesiącami czekać na pomoc medyczną — wszyscy poza uczestnikami wojny, którzy od 2023 r. mają być obsługiwani poza kolejnością.

- Na tle zamykania szpitali w mniejszych miejscowościach i niedoborów kadrowych w systemie ochrony zdrowia władze wprowadzają uprzywilejowaną medycynę dla uczestników "specjalnej operacji wojskowej. Ogromna liczba ludzi zostaje praktycznie bez dostępu do leczenia i musi jeździć po pomoc do innych miejscowości albo nawet do samego Omska — powiedział omski aktywista Danił Czebykin.

onet.pl\Nowa Gazieta


Niektórzy obserwatorzy uważają, że jeśli rosyjski przywódca nie znajdzie odpowiedzi na zastój ofensywy i ataki na własnym terytorium do lata, może to oznaczać punkt zwrotny w wojnie. Jednak Moelling /Christian, ekspert do spraw bezpieczeństwa - red./ nie chce jeszcze posuwać się tak daleko.

- Określenie "punkt zwrotny" brzmi jak tytuł filmu przygodowego. Uważam jednak, że nadal mamy do czynienia z wojną na wyczerpanie, w której postępy są milimetrowe — zaznacza.

onet.pl\BILD