piątek, 15 maja 2026

 
 
 “Przyjaciele! Wróciliśmy. Naród Izraela powraca. Premier miał rację, mówiąc, że udało nam się zjednoczyć całą ziemię Izraela. Jerozolimę i całą ziemię Izraela. Wypełniamy tę jedność treścią. Naszedł czas ostatecznego wymazania linii odróżniających strefy A, B i C. Wszyscy wiedzą, że mój angielski nie jest świetny i nie odróżniam między A, B i C. W tym tygodniu przedłożyłem premierowi i gabinetowi szczegółowy plan razem z dokładnymi mapami. Wzywam premiera, aby zwołał posiedzenie gabinetu i zaakceptował ten plan. Cała ziemia Izraela jest nasza” – powiedział Becalel Smotricz, minister finansów Izraela, podczas obchodów Dnia Jerozolimy 14 maja 2026 r.

Porozumienie pokojowe z Oslo II, zawarte przez Izrael i Organizację Wyzwolenia Palestyny w 1995 r., ustanowiło autonomię na Zachodnim Brzegu Jordanu, okupowanym przez Izrael od 1967 r. Terytorium zostało podzielone na trzy strefy:
A – ok. 18 proc. powierzchni – pełna autonomia obejmująca główne tereny zurbanizowane;
B – ok. 22 proc. powierzchni – cywilna kontrola palestyńska i izraelska kontrola bezpieczeństwa;
C – ok. 60 proc. powierzchni – pełna kontrola izraelska.

Strefy A i B nie mają ciągłości terytorialnej, a rozbudowywane na przestrzeni dekad osiedla żydowskie szatkują Zachodni Brzeg Jordanu. Prawica od początku przeciwstawiała się autonomii, co m.in. doprowadziło do zamordowania premiera Icchaka Rabina przez żydowskiego ekstremistę kilka miesięcy po podpisaniu porozumienia.

W chwili obecnej armia i izraelskie służby bezpieczeństwa bez przeszkód działają na terenie całej autonomii, która zachowała jedynie resztkowe funkcje cywilne. Rząd Izraela prowadzi politykę aneksji de facto Zachodniego Brzegu Jordanu. Służą temu rozbudowywane osiedla oraz przeniesienie jurysdykcji nad nim spod władzy armii na rzecz rządu Państwa Izrael (ministerstwa sprawiedliwości, spraw wewnętrznych, rejestry gruntów, archeologia itd.). Prowadzone jest również rozszerzanie rezerwatów na tereny stref B i A, co podporządkowuje te obszary Izraelowi. W lutym wprowadzono ustawę wymagającą od Palestyńczyków spełnienia bardzo trudnych wymogów w celu udowodnienia własności gruntów.

W 2025 r. Kneset przyjął uchwałę wspierającą aneksję. W politykę obecnego Izraela, w którym dwaj prawicowi rywale, Becalel Smotricz i Itamar Ben Gwir, odpowiadają za osadnictwo i bezpieczeństwo, wpisuje się także całkowita bezkarność działań ekstremistów żydowskich na terytoriach okupowanych.

Wdrożenie planu Smotricza w praktyce zakończy istnienie Autonomii Palestyńskiej i będzie oznaczać ostateczne, formalne pogrzebanie porozumień z Oslo. W praktyce Autonomia jest dysfunkcyjna, a Izrael podważa jej działanie, wstrzymując przelewy należnych środków z tytułu podatków czy wysyłając armię i służby bezpieczeństwa do strefy A. Ogłoszenie w tej chwili planu Smotricza można uważać za początek kampanii wyborczej w Izraelu, podobnie jak ujawnienie przez premiera Netanjahu podróży do Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Ani tego działania, ani samego polityka wywodzącego się ze skrajnej, religijno-nacjonalistycznej prawicy nie można ignorować.

Smotricz jest nie tylko ministrem finansów Izraela, ale także pełni funkcję ministra w ministerstwie obrony (tzw. minister dodatkowy), co daje mu kontrolę nad administracją cywilną (wojskową) na Zachodnim Brzegu Jordanu, COGAT-em (organem koordynującym działania rządowe na terytoriach okupowanych, ze Strefą Gazy włącznie) oraz nadzoruje osadnictwo w ramach utworzonej przez siebie Administracji Osadnictwa.

dnbw.substack.com

czwartek, 14 maja 2026



Kalendarz partyjny jest nieubłagany. Jesienią 2027 roku Xi Jinping musi zwołać XXI Zjazd KPCh. Owszem, to już nie są te czasy, kiedy zjazdy partii były miejscem realnych zmagań. Dzisiaj to dokładnie zaplanowane przedstawienia jedności. Jednak zmagania i gry nie zniknęły, tylko przesunęły się na okres przedzjazdowy. Obecnie, na rok z kawałkiem przed zjazdem, przywódcy KPCh są pogrążeni w machinacjach, gierkach i komponowaniu list potencjalnych delegatów.

Formalnie delegaci na Zjazd KPCh są wybierani przez wyznaczone jednostki wyborcze: prowincje, regiony autonomiczne, miasta wydzielone, organy centralne, państwowy system finansowy, przedsiębiorstwa centralne, uczelnie oraz ALW i ZML, zwykle kilka miesięcy wcześniej. Zjazd następnie zatwierdza ich mandaty przez procedurę kontroli kwalifikacji delegatów. Co ważne, KC KPCh wydaje zawiadomienie o rozpoczęciu wyborów delegatów jesienią roku poprzedzającego zjazd, czyli już za 5–6 miesięcy. Dla XX Zjazdu komunikat wydano w listopadzie 2021 roku, a sam zjazd odbył się w październiku 2022 roku. Oficjalnie wybory delegatów trwają od ogłoszenia komunikatu do końca czerwca w roku zjazdowym. W tej chwili uwaga Xi Jinpinga w 99,99% jest zaprzątnięta układanką przedzjazdową. Moim zdaniem przygotowanie do zjazdu determinuje także czystkę w aparacie i armii — ALW wystawi największą liczebnie delegację na zjazd — ale też kalendarz dyplomatyczny i spotkania z zagranicznymi przywódcami.

Choć jego władza tu i teraz nie jest zagrożona, absolutnym priorytetem dla Xi pozostaje odparcie nacisków ze strony aparatu, by na XXI Zjeździe wyznaczono jego następcę. Kogoś, kto będzie przygotowywany do przejęcia władzy na XXII Zjeździe w 2032 roku. Pojawienie się „delfina” oznacza, że część systemu zacznie się orientować na nowego przywódcę, a cała reszta będzie odliczać czas do odejścia Xi. Gensek chce jeszcze rządzić i mieć decydujący wpływ na wybór następcy, ale w Chinach, jak i w samej partii, odczuwalne jest zmęczenie Xi. Ten więc potrzebuje sukcesów i odwrócenia koniunktury, aby móc opóźnić moment oddania władzy oraz jednoosobowo wyznaczyć następcę. Teraz jest za mało czasu, więc musi odwlec te decyzje do 2032 roku.

Na XXI Zjeździe w przyszłym roku Xi musi jednak pokazać jakieś sukcesy, choćby połowiczne. Stąd też presja na modernizację ALW do końca bieżącego roku. Xi chce zameldować na zjeździe, że armia jest gotowa do „zjednoczenia” Tajwanu z macierzą. To nie oznacza, że zamierza rzucić ją od razu, jeszcze przed XXI Zjazdem, na wojnę, ale że potrzebuje tego sukcesu — i ze wszystkich „reform”, które obiecał, ta jest paradoksalnie najłatwiejsza. Czystka w wojsku pozwoli mu nie tylko na kontrolę nad wyborem wojskowych delegatów na Zjazd, lecz także na „dowiezienie” sukcesu w modernizacji ALW.

(...)

Wreszcie Xi potrzebuje stabilizacji w relacjach z Amerykanami. KPCh wierzy, że czas działa na korzyść Chin, dlatego wystarczy unikać otwartej konfrontacji, a USA same się zniszczą. W ostatnich latach Xi mało podróżował, ale nagle w tym roku wybiera się do USA. W ogóle planowane są w sumie cztery spotkania genseka z Trumpem.1 Prawdopodobieństwo, że dojdzie do jakiegoś realnego, długotrwałego porozumienia, jest niskie. Jednak Xi musi tylko utrzymywać Trumpa w nadziei, iż jeżeli nie teraz, to następnym razem. W międzyczasie Chiny mogą kupić trochę soi, samolotów pasażerskich lub kart graficznych. Dla Xi jest teraz ważne, aby mieć spokój w okresie przedzjazdowym. To też da czas na urabianie Trumpa w sprawie Tajwanu.

zawielkimmurem.net
 
 
Trwa wojna w Ukrainie. Rosyjski filmik z pięknym nagraniem z kabiny bombowego samolotu Su-34 z 2024 r.:

Oglądając film przez moment musieliśmy się zastanowić, w jakich jednostkach podano parametry lotu, ale tak jak myśleliśmy,  normalnie w metrach i w kilometrach na godzinę. Tyle, że to parametry lotu rakiety Patriot, a nie rosyjskiego samolotu. No a zła wiadomość jest taka, że jak rakieta ma cztery razy większą prędkość od samolotu, to tak za daleko, to oni z tym Andriuchą (nawigatorem Su-34) nie uciekną.

A cały film jest niesamowity. Zaczyna się od wejścia załogi Su-34 na kurs do ataku. Następuje włączenie głównego włącznika uzbrojenia, który cały lot jest wyłączony, by przypadkowo nie zrzucić bomb tam gzie nie trzeba. Przy wyłączonym zasilaniu, nawet jak naciśniemy spust, to nic się nie stanie. W tym momencie pojawia się ostrzeżenie urządzenia wykrywającego opromieniowanie radiolokacyjne. Operator uzbrojenia używa określenia „zapaliła lampka drugiego podkanału”. Chodzi albo o sygnalizacje typu, albo odległości do pracującego przeciwlotniczego systemu rakietowego, które też jest pokazywane kolejnymi lampkami. Pilot sygnalizuje odejście w prawo. W tym momencie pojawia się głos nawigatora naprowadzania z samolotu dozoru radiolokacyjnego A-50. Ten potężny latający radar widzi dużo, w tym nadlatujące rakiety. I ten nawigator krzyczy: „Patriot leci w waszą stronę, Patriot leci!” Stop – skąd wiedział, że to Patriot? Ano dlatego, że system rozpoznania elektronicznego samolotu identyfikuje typ zestawu po charakterystycznej pracy jego radaru, chodzi o częstotliwość nośną, sposób kodowania sygnału, częstotliwość powtarzania impulsów i ich długość, itd. 

W każdym razie, zrobiło się dość nerwowo. Dalej nawigator krzyczy: „prawdopodobnie trzy, odchodźcie! Zabraniam pracować, zabraniam pracować!” I znów wyjaśnienie: pracować to tzw. bojewaja rabota, czyli wykonanie ataku na cel naziemny. Załoga ma przerwać atak i odchodzić. Szukać ratunku nagłym odejściem w bok, zejściem na małą wysokość, by radar systemu stracił ich z pola widzenia. Za chwilę pilot krzyczy bardzo szybko: „poniał, poniał, poniał!” (rozumiem, rozumiem, rozumiem!). Mimo to nawigator pyta: „7-5-4, zrozumiałeś?” Pilot krzyczy: „tak zrozumiałem, uciekam!” I znów nawigator: „uciekajcie, uciekajcie spod ostrzału! Startują dwa kolejne na was!” A teraz operator uzbrojenia na samolocie Su-34: „Andriucha, dawaj w prawo!” I znów nawigator z A-50: „odchodź w prawo z manewrem!” Chodzi oczywiście o taki manewr, jaki ma największe szanse zerwać naprowadzenie Patriota na małej wysokości. Czyli stanięcie pod kątem 90 stopni do radaru na kilkanaście sekund, z jednoczesnym zniżaniem. To radar dopplerowski, w takim położeniu samolot zniknie mu na tle odbić fal radarowych od przeszkód naziemnych. Zarówno sam samolot lecący idealnie w bok, jak i te przeszkody, dadzą dokładnie taki sam poziom echa dopplerowskiego (przesunięcia częstotliwości), więc nie sposób odróżnić jedne od drugich. Po zerwaniu śledzenia (kiedy urządzenie ostrzegawcze zasygnalizuje koniec emisji wiązki psuedociągłej z radaru Patriota), samolot na bardzo małej wysokości może skręcić i odejść z zasięgu Patriota na maksymalnej prędkości. 

Pilot krzyczy: „no uchodim, uchodim!” (uciekamy, uciekamy!). I za chwilę pyta: „widzisz coś za nami?” Na co nawigator A-50 odpowiada: niczego nie widzę, jak zobaczę to powiem. I ktoś krzyczy „Patriot pracował!” I znów nawigator, „nic nie widzę, ale na wszelki wypadek kontynuuj manewr!” A za chwilę: „Patriot nadal pracuje, kontynuuj manewr, manewruj, manewruj!” Na co pilot krzyczy: „manewruję!” I znów nawigator: „obserwuje start w twoją stronę, azymut 350, odległość 80!” No i musimy przyznać – czapki z głów! Rosyjski samolot na małej wysokości, a Patriot strzela do niego z 80 km, niezły wynik! I pilot krzyczy: „odchodzimy w prawo, na kurs 240, pod rakurs odchodzimy!” Pilot zdecydował się ustawić samolot na kurs 110 stopni względem rakiety co mieści się w pojęciu „prawie prostopadle do kursu rakiety" (70 do 110 stopni) i co oznacza rosyjskie pojęcie „rakurs” (lot prostopadły do stacji radarowej). Te 110 stopni to dlatego, że troszeczkę ustawił się też do niej tyłem, przy odległości odpalenia 80 km odległość będzie rosła, jest szansa że radar Patriota go zgubi na małej wysokości. Nie dość, że niemal zerowe echa dopplerowskie, to jeszcze rosnąca odległość. Trzeba przyznać, że pilot „podumał” (pomyślał). Na jego miejscu w tym momencie odpalilibyśmy dipole przeciwradiolokacyjne. Przy rakursie to ma sens, bo na stacji pojawi się wiele obiektów o echach dopplerowskich zbliżonych do zera, ale z silnym odbiciem radarowym, zgadnij teraz, który to samolot? Jedno z dwóch: albo zrobił to operator uzbrojenia na pokładzie Su-34 bez komendy, albo załoga o tym zapomniała. Jeśli tak, to ciężki błąd. Załoga melduje wysokość 300 m. I maksymalną prędkość na tej wysokości. Nawigator podaje miejsce pocisku: „azymut 350, odległość 70”. Operator uzbrojenia na Su-34 krzyczy: „Uciekajmy Andriucha, uciekajmy!” A nawigator z A-50 dodaje: „wysokość 25 000, prędkość 4000!” To oczywiście o rakiecie. Jak podejdzie na jakieś 40 km, to wówczas radar rakiety zobaczy rosyjski samolot, z tej wysokości nie będzie z tym problemu. Za chwilę nawigator: „azymut 350, odległość 55!” I to jest właśnie ten ostatni moment, żeby zerwać śledzenie naziemnego radaru Patriota. Pilot krzyczy „manewrujemy, skręcam w lewo, a teraz idziemy w prawo!” I za chwile dodaje całkiem wyprowadzony z równowagi „manewrujemy k…wa, manewrujemy!” To odpowiedź na wołanie nawigatora A-50, by się ustawił z odpowiednim kursem względem nadlatującej rakiety. I w tym momencie znów nawigator „druga leci na was, azymut 350, odległość 60!” Operator uzbrojenia podpowiada: „na kurs 120 Andriusza, kurs 120!” To desperacki ruch, lecą wprost na rakietę. 350 – 120 to 150 stopni między samolotem a rakietą, ustawią się teraz do niej drugim bokiem (lewym), ale będą się szybciej oddalać. 

To bardzo ryzykowne. Innego wyjścia w tym momencie nie ma. Od rakiety jednak nie uciekną, jeśli jest na 25 000 m w odległości 50-60 km, to spadnie na nich z góry, nie tracąc energii, nawet jak jej silnik rakietowy już nie pracuje. I znów nawigator podaje: „azymut 300, odległość 50!” A za chwilę o drugiej rakiecie „azymut 350, odległość 30!” Pilota już nie słychać, tylko jego ciężkie oddechy, widać, że przeciążenia dały mu się we znaki. I nawigator: „jedna przeszła z tyłu za wami”, druga idzie od strony Mariupola!” No tak, pomyśleliśmy sobie – to musiał być kierunek południowy, skoro Patriot strzelał niemal dokładnie z północy (idealna północ była by „azymut 360”). Z podawanym kursem w zakresie od 90 do 120 stopni samolot Su-34 leciał teraz na wschód, lekko na południe, mając rakietę z lewego boku. Na koniec słychać pilota: „yyyy bliaaat’!” (czyli k…wa!). To chyba takie w sumie znane nam pożegnanie ze światem, bowiem za chwilę nawigator z A-50 pyta drugiego Su-34: „813, widzisz 745?” Ale druga załoga potwierdza: „taaak!” I znów „menwruj, uciekaj!” Jakimś cudem udało się 745, ale musiało być blisko, skoro nawigator A-50 nie był pewien, czy doszło do trafienia.

A tu nagle niespodzianka, odzywa się pilot 745. Leci cała soczysta wiązanka, pełny rosyjski repertuar. I za chwilę „Wiktor, 813, słyszysz? Wiktror słyszy k..wa?! No zajebiście!” (ochujenno). Zajmowali się 745 który bardzo umiejętnie manewrował, a tymczasem przepadł im 813. Nie pomogły rozpaczliwe krzyki: „Witia! Wit’ słyszysz mienia? Oh suuukaaa! Witiek!” Za chwilę zgłasza się 745: „ja już brzeg widzę”. Chodzi o Morze Azowskie. I nawigator A-50 do jednego z lotnisk: „przyjmiecie 745? Nu choroszo!”

I tak Rosjanie pozbyli się jednego Su-34. Nagranie ewidentnie pochodziło z samolotu 745, nagrywała się zarówno zewnętrzna korespondencja radiowa, jak i rozmowy między załogą. Więc zapewne podobnie mogło być na pokładzie 813, ale Wiktor miał po prostu gorszy dzień.

x.com/MichaFiszer


11 maja Narodowe Biuro Antykorupcyjne Ukrainy (NABU) postawiło byłemu szefowi Biura Prezydenta (BP) Ukrainy Andrijowi Jermakowi zarzut legalizacji środków uzyskanych z przestępstwa. Według służb 460 mln hrywien (ok. 45 mln zł) zostało przekazanych na budowę luksusowego kompleksu budynków „Dynastia” pod Kijowem. Dzień później Wyższy Sąd Antykorupcyjny Ukrainy rozpoczął posiedzenie w sprawie wniosku o areszt (z możliwością wpłacenia kaucji w wysokości 180 mln hrywien – ok. 17 mln zł) dla Jermaka.

28 kwietnia portal Ukraińska Prawda opublikował pierwsze transkrypcje nagrań rozmów dokonanych przez służby antykorupcyjne w ramach operacji „Midas” (zob. Operacja „Midas”: największa afera korupcyjna w otoczeniu Zełenskiego). Wynika z nich, że biznesman Timur Mindicz (bliski partner biznesowy Wołodymyra Zełenskiego z okresu sprzed jego prezydentury) był organizatorem pozyskania środków na budowę wspomnianych rezydencji, których właścicielami – oprócz niego – są były wicepremier Ołeksij Czernyszow, a także osoby identyfikowane przez media jako Jermak i Zełenski. W innej nagranej rozmowie Mindicz wywierał naciski na ówczesnego ministra obrony Rustema Umierowa w celu udzielenia kontrolowanej przez siebie firmie Firepoint (odpowiedzialnej za produkcję kluczowego dla ukraińskiej armii uzbrojenia: dronów oraz rakiet średniego i dalekiego zasięgu) zamówień wojskowych.

Kolejne serie nagrań ukazały się 1 i 8 maja. Ich treść sugeruje, że partner biznesowy Mindicza Ołeksandr Cukerman i powiązany z Jermakiem przedsiębiorca Wasyl Wesełyj omawiali sprawę obsadzenia swoimi ludźmi rady nadzorczej znacjonalizowanego w 2023 r. Sense Banku (zob. Ukraina: nacjonalizacja Sense Banku), zaś zastępca szefa Specjalnej Prokuratury Antykorupcyjnej (SAP) informował figurantów o przebiegu śledztwa, umożliwiając Cukermanowi i Mindiczowi ucieczkę z kraju zanim doręczono im zarzuty. 2 maja, w związku ze sprawą, Zełenski podpisał dekret o nałożeniu sankcji na byłego kierownika BP Andrija Bohdana za działania stwarzające rzekomo zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego (szczegółów nie ujawniono). Media interpretują tę decyzję jako odwet prezydenta za przekazanie im stenogramów.

(...)

Komentarz

Publikacja przecieków i wniosek o areszt dla Jermaka to mocne uderzenie nie tylko w wizerunek, lecz także w samego prezydenta Zełenskiego. Stenogramy potwierdzają wiele podejrzeń związanych z przebiegiem Mindiczgate. Uwiarygodniają tezę, że z pieniędzy pochodzących z korupcji finansowano podczas pełnoskalowej wojny budowę rezydencji, z których jedna miała należeć do Zełenskiego. Podważa to próby dystansowania się prezydenta, które miały sugerować, iż nie był on świadomy procederu. Służby nie prowadzą jednak śledztwa w sprawie głowy państwa, ponieważ zabrania tego konstytucja – niewykluczone, że odpowiednie zarzuty zostaną mu postawione po odejściu ze stanowiska. Opublikowane rozmowy potwierdzają również podejrzenia dotyczące kontrolowania firmy Firepoint przez Mindicza oraz to, że liczne kontrakty dla tego przedsiębiorstwa na dostawy sprzętu wojskowego i dronów są efektem jego osobistych kontaktów z Umierowem. Wiążą też w jedno kilka pojedynczych afer – związanych z Firepointem, Enerhoatomem czy nieznanym pochodzeniem środków przeznaczonych na budowę „Dynastii”.

osw.waw.pl


Amerykański Senat zatwierdził w środę nominację Kevina Warsha na nowego przewodniczącego Rady Gubernatorów Rezerwy Federalnej. Do głosowania doszło na dwa dni przed końcem kadencji obecnego szefa Fed Jerome'a Powella.

Środowe głosowanie przebiegło podobnie jak dzień wcześniej, kiedy Senat zatwierdził jego 14-letnią kadencję jako jednego z członków Rady Gubernatorów stosunkiem głosów 54-45. Obok rządzących Republikanów, poparł go jeden Demokrata, John Fetterman.

Warsh przejmie rolę przewodniczącego Fed po Jeromie Powellu, który był szefem banku centralnego przez dwie czteroletnie kadencje - pierwotnie jako nominat Donalda Trumpa, a potem Joe Bidena.

Ekonomista obejmie urząd w burzliwym momencie w historii Fed, gdy nie brakuje obaw o utrzymanie niezależności banku centralnego od Białego Domu, a inflacja szybko wzrasta w następstwie wojny z Iranem. Podczas wysłuchania w Senacie Warsh obiecywał, że nie będzie "marionetką" Trumpa, choć jednocześnie nie odpowiedział m.in. na pytanie, czy Trump przegrał wybory 2020 r. oraz nie potrafił wskazać różnic w poglądach z prezydentem.

Trump wielokrotnie sugerował, że Warsh - zgodnie z jego żądaniami - obniży stopy procentowe. Większość ekspertów spodziewa się jednak, że nie będzie w stanie tego zrobić w najbliższym czasie - m.in. z uwagi na szybki wzrost inflacji, która osiągnęła w kwietniu 3,8 proc. w rezultacie blokady cieśniny Ormuz. Warsh jest ponadto tylko jednym z 12 członków Federalnego Komitetu ds. Operacji Otwartego Rynku (FOMC), który podejmuje decyzje w sprawie stóp.

Członkiem FOMC i Rady Gubernatorów pozostanie - przynajmniej na razie - również Jerome Powell, którego kadencja jako gubernatora (nie przewodniczącego) upływa w 2028 r. Powell, wbrew tradycji, nie ustąpił z Rady z powodu śledztwa prowadzonemu przeciwko niemu przez prokuraturę federalną w sprawie przekroczenia kosztów remontu budynków Fed.

Śledztwo było powszechnie uważane za motywowane politycznie i zarządzone przez samego prezydenta. Prokuratura w Waszyngtonie ogłosiła w kwietniu zamknięcie dochodzenia, lecz Powell zapowiedział, że pozostanie w Fed "tak długo, jak uzna to za stosowne", do definitywnego rozstrzygnięcia sprawy.
Prywatnie Warsh jest zięciem bliskiego Donaldowi Trumpowi miliardera Ronalda Laudera, spadkobiercy koncernu Estee Lauder i przewodniczącego Światowej Rady Żydów.

Warsh i jego żona Jane Lauder zadeklarowali w oświadczeniach finansowych, złożonych w ramach jego nominacji, że posiadają aktywa o wartości co najmniej 192 mln dolarów. Jednak łączny majątek netto przyszłego prezesa Fed jest prawdopodobnie znacznie większy, co czyni go jednym z najbogatszych urzędników banku centralnego w jego historii. Bloomberg oszacował majątek netto jego żony na 2,5 mld dolarów.

PAP


No to lecimy z tematem.

Uwaga: Moce produkcyjne na rok 2027 nie zakładają uzupełnienia zapasów amunicji, która została zużyta na Bliski Wschód. Ten aspekt pojawi się dopiero w planach na rok 2028.

Znamy jednak ilość amunicji, która ma być planowo uzupełniona za 25 mld $.

Mowa tu bowiem o:
- 110 SM-6
- 234 Tomahawkach
- 454 PrSM-ach
- 830 Talonach (THAAD)
- 2554 PAC-3 MSE

Jest również wspomniane, że podane planowane ceny dla Departamentu Armii są znaczące niższe od cen w ramach kontraktów FMS i producenci będą musieli sobie wyrabiać marżę...

na kontraktach zagranicznych.

No to ruszamy:

Talon (pocisk przeciwrakietowy dla systemu THAAD):
- cena za sam pocisk: 11.98 mln $ za sztukę
- brak ujawnionych na ten moment mocy produkcyjnych

PAC-3 MSE:
- cena za sam pocisk: 4.99m $ za szt
- cena za pocisk z otoczką: 5.32m $ za szt
- max. moce produkcyjne: 2000 pocisków / rok
- czas oczekiwania: 31 - 36 miesięcy
- US Army planuje zwiększenie zakładanego zapasu pocisków z 3376 do 13773 sztuk wg decyzji z '25

PrSM:
- cena za sam pocisk: 1.55m $ za szt
- cena za pocisk z otoczką: 1.66m $ za szt
- max. moce produkcyjne: 664 pociski / rok*
- czas oczekiwania: 45 miesięcy

Do tego w 2029 rozpocznie się niskoseryjna produkcja PrSM Increment 2 z nową GSN

AIM-9X do systemu IPFC Increment 2:
- cena za sam pocisk: 507k $ za szt
- cena za wyrzutnię: 3.7m $ za szt
- max. moce produkcyjne: 1100 pocisków + 84 wyrzutnie / rok
- czas oczekiwania: 42 miesiące (pociski) / 30 miesięcy (wyrzutnie)

Tomahawk Block V / Va do systemu Typhon:
- cena za pocisk Block V: 2.18m $ za szt
- cena za pocisk Block Va: 3.82m $ za szt
- cena za kontener Mk14: 204.8k $ za szt
- max. moce produkcyjne: 530 pocisków / rok
- czas oczekiwania: 42 miesiące

M-6 Block Ia do systemu Typhon:
- cena za sam pocisk: 5.5m $ za szt
- cena za sam kontener: 336.5k $ za szt
- max. moce produkcyjne: 250 pocisków / rok
- czas oczekiwania: 42 miesiące

LRHW:
- cena za pocisk z kontenerem: 39.04m $ za szt
- cena za pocisk z otoczką: 150.89m $ za szt
- max. moce produkcyjne: 13 pocisków / rok*
- czas oczekiwania: 33 - 38 miesięcy

Extended Range GMLRS z głowicą Alternative:
- cena za sam pocisk: 558.4k $ za szt
- cena za pocisk z otoczką: 623.6k $ za szt
- max. moce produkcyjne: 2004 pociski / rok*
- czas oczekiwania: 30 miesięcy

GMLRS:
- cena za pocisk AW: 198.1k $ za szt (219.6 z otoczką)
- cena za pocisk UW: 166.3k $ za szt (177.8 z otoczką)
- max. moce produkcyjne: 13002 pociski AW + 7998 pocisków UW / rok*
- czas oczekiwania: 30 miesięcy

AGM-179 JAGM:
- cena za sam pocisk: 241.5k $ za szt
- cena za pocisk z otoczką: 386.8k $ za szt
- max. moce produkcyjne: 1200 pocisków / rok*
- czas oczekiwania: 29 miesięcy

FGM-148 Javelin:
- cena za sam pocisk: 208.5k $ za szt
- cena za samo CLU: 212.9k $ za szt
- cena za pocisk z otoczką: 333.4k $ za szt
- cena za CLU z otoczką: 301.1k $ za szt
- max. moce produkcyjne: 47520 pocisków + 10800 CLU / rok*
- czas oczekiwania: 54 miesiące (pociski)

x.com/Zbiesu


Tomas Lindner: - Jest pan współautorem analizy Europejskiej Rady Stosunków Zagranicznych, która co roku bada poglądy polityczne w 21 krajach świata — 11 europejskich i 10 dużych pozaeuropejskich. Co się zmieniło po powrocie Donalda Trumpa do Białego Domu?

Bułgarski politolog Iwan Krastew: Najbardziej zaintrygowało mnie, jak dramatycznie zmieniło się postrzeganie Chin. Właśnie w tym zakresie nastąpiła największa zmiana opinii. Nagle we wszystkich badanych krajach zapanowała zgoda nie tylko co do tego, że wpływ Chin w nadchodzącej dekadzie będzie rósł, ale — co ważniejsze — ludzie przestali się ich obawiać. Dwa, trzy lata temu ludzie dostrzegali wzrost znaczenia Chin, ale ich to niepokoiło. Tym razem nawet w Indiach, które są tradycyjnym rywalem Pekinu, większość mieszkańców wierzy, że ich stosunki z Chinami będą się poprawiać.

- Czy to konsekwencja zachowania Donalda Trumpa, zwłaszcza wobec sojuszników, czy też do lepszego wizerunku przyczyniły się same Chiny?

Chiny czerpią korzyści z tego, że w ostatnim roku były cichym graczem, podczas gdy Ameryka była bardzo hałaśliwa. Pekin bynajmniej nie zachowuje się jak święty: obserwowaliśmy ostry nacisk polityczny na Japonię, rosnące inwestycje w armię, agresywne promowanie eksportu na świat. Ale ponieważ Trump prowadził tak ostrą politykę, a Rosja robi to, co robi, w porównaniu z nimi Chiny zaczęto postrzegać jako przewidywalne, poważne, stabilne. Jako tego dorosłego w domu. A to będzie miało ogromny wpływ.

- Jaki był główny błąd Trumpa?

Oddzielił amerykańską potęgę od jakiegokolwiek celu moralnego. Zasadniczo mówi, że Ameryka jest bardzo potężna i silna i dlatego inni powinni za nią podążać. Proponuje hierarchię władzy bez oparcia w porządku i prawie. Stany Zjednoczone przestały być postrzegane jako gracz ideologiczny, który stoi za jakąś wizją — wszystko kręci się tylko wokół amerykańskich interesów. W takiej sytuacji innym bardzo trudno jest postrzegać Stany Zjednoczone i Chiny jako odmienne propozycje ideologiczne.
Skłonność ku Chinom była dotychczas przejawem pewnego moralnego i ideologicznego stanowiska — ale to już nie ma zastosowania. Coraz więcej osób zaczęło dostrzegać, że mocarstwa są w zasadzie równorzędne i chodzi im wyłącznie o własną władzę i interes.

- Jaka jest pana osobista opinia: czy powinniśmy obawiać się wzrostu znaczenia Chin, czy też powinniśmy podchodzić do tego spokojnie?

Odpowiedź poznamy oczywiście dopiero za 10 czy 20 lat, ale jedno jest całkowicie jasne: zagrożenie dla europejskiego przemysłu ze strony Chin nie jest wcale mniejsze niż zagrożenie wynikające z odejścia USA od zapewniania bezpieczeństwa europejskiego. Może ono zniszczyć europejskie gospodarki. Wierzę więc, że wszystkie mocarstwa należy uważnie i krytycznie obserwować. Nie wierzę jednak, że chińskie kierownictwo, choć komunistyczne, marzy o przekształceniu reszty świata na swój obraz.

- Radzieccy komuniści mieli takie marzenia. Dlaczego chińscy myślą inaczej?

Mam wrażenie, że wierzą, iż ich system jest zbyt złożony, zbyt skomplikowany i zbyt doskonały, by inni mogli go stosować.
Rosjanie w znacznym stopniu cierpią na kompleks niższości, zwłaszcza w stosunku do Europy. Chińczycy natomiast cierpią na kompleks wyższości: nie wierzą, że inni byliby w stanie ich naśladować. Kierują się zasadą "nie chcemy was zmieniać, wystarczy, że kupujecie nasze produkty".

onet.pl\Respekt

środa, 13 maja 2026



W 2007 r. Patruszew, jego synowie i żona otrzymali tytuł dziedzicznych szlachciców od "głowy rosyjskiego domu cesarskiego, Jej Wysokości Wielkiej Księżnej Marii Władimirownej Romanowej" (tak sama pisze swój tytuł), która jest jedną z pośrednich spadkobierczyń Mikołaja II. Po pierestrojce rozpoczęła w Rosji burzliwą działalność: wspiera Putina i zaspokaja pragnienie czekistów do uzyskania tytułów dworskich.

Z kolei współpracownicy nazywali Patruszewa "żelaznym tyłkiem" — za gotowość do siedzenia w miejscu pracy dzień i noc. Ta umiejętność przyniosła Patruszewowi sukces — pewnego razu jego przełożony, Siergiej Stiepaszyn, zauważył go przebywającego po godzinach w biurze FSB w Petersburgu; zdumiony wytrwałością oficera, zabrał później Patruszewa do Moskwy.

Nie wszyscy jednak zdają sobie sprawę, że obecny "szlachcic", posiadacz wielu tytułów i przydomków, zaczynał w niepozornej chacie zbudowanej z drewnianych bali otrzymanych od państwa w radzieckich czasach. Dzisiejszy właściciel licznych nieruchomości i firm zawdzięcza wszystko Władimirowi Putinowi, którego wsparł w odpowiednim momencie — i zaskarbił sobie jego (niemal) dożywotnią wdzięczność.

W nocy z 8 na 9 października 2007 r. na stronie internetowej gazety "Kommiersant" (a rano także w wersji papierowej) ukazał się artykuł zatytułowany "Nie można dopuścić, aby żołnierze stali się handlarzami" — podpisany przez dyrektora rosyjskiej Federalnej Służby Kontroli Obrotu Narkotykami Wiktora Czerkiesowa.

W przeddzień, w niedzielę 7 października, prezydent Putin obchodził okrągłą rocznicę — skończył 55 lat. Artykuł w "Kommiersancie" był skierowany do jubilata, ale nie miał szczególnie uroczystego charakteru.

Czerkiesow skarżył się Putinowi na ich wspólnego dawnego przyjaciela — Nikołaja Patruszewa, ówczesnego dyrektora FSB — najbliższego prezydentowi funkcjonariusza służb specjalnych. Relacje w tej trójce zawsze były skomplikowane.

W czasach radzieckich Czerkiesow był ważną osobistością w służbach bezpieczeństwa — służył jako śledczy w piątym oddziale KGB, prowadził sprawy dysydentów, a w wolnym czasie napisał pod pseudonimem artykuł publicystyczny. Na początku lat 90. Czerkiesow został szefem oddziału służb specjalnych w Sankt Petersburgu — to bardzo ważne stanowisko w rosyjskiej strukturze władzy.

W 1998 r., gdy Putin został mianowany dyrektorem Federalnej Służby Bezpieczeństwa (FSB), mianował Czerkiesowa swoim pierwszym zastępcą — był to znak dużego zaufania.

Znajomy Czerkiesowa, rozmówca serwisu Projekt, wspominał, że Putin prawdopodobnie darzył sympatią swojego współpracownika — obaj służyli w "piątce" [piąty, zagraniczny wydział Federalnej Służby Bezpieczeństwa] na początku swojej kariery.

Czerkiesow, jak twierdzi wiele osób, które go spotkały, nie był chciwy. Śledczy serwisu Projekt rzeczywiście nie doszukali się u Czerkiesowa tajnego majątku.

W przypadku Patruszewa historia wygląda zupełnie inaczej. W latach 80. służył w leningradzkim oddziale KGB jako adiutant generała Olega Kaługina — prawdopodobnie pilnował skompromitowanego wywiadowcy na rozkaz dowództwa. Do czasu rozpadu Związku Radzieckiego Patruszew zajmował się w petersburskim "biurze" dochodzeniami w sprawach przestępstw gospodarczych.

Młody Patruszew miał jedną, ważną zasługę. Jako szef działu ekonomicznego miał on zbadać pierwszą sprawę karną przeciwko przyszłemu prezydentowi. To właśnie Patruszew otrzymał zadanie pracy nad "aktami sprawy Mariny Salie" — deputowanej do Rady Miejskiej, która prowadziła parlamentarne śledztwo w sprawie machinacji w miejskim programie "Zasoby w zamian za żywność". Ówczesny wiceburmistrz — Władimir Putin — nadzorował ten program.

Z Petersburga i okolic eksportowano surowce na Zachód, w zamian miały być importowane produkty spożywcze. Wiele firm, które otrzymały licencje na wywóz metali, ropy i innych towarów, zostało założonych przez znajomych Putina.

Odniosły one sukces w eksporcie, ale nie zawsze radziły sobie z importem [według innych źródeł Putin zajmował się wówczas handlem narkotykami przez port w Petersburgu]. Salie zebrała wiele dokumentów, które mogły pogrzebać karierę Władimira Putina, przyszłego prezydenta Rosji. Ale tak się nie stało. Po zapoznaniu się z dokumentami Patruszew nie znalazł w nich śladów żadnej korupcji ani dowodów na wzbogacenie się Putina.

Jednak nawet za taką przysługę Patruszew nie stał się dla Putina najbardziej zaufanym funkcjonariuszem KGB. Kiedy w 1999 r. Putin wybierał nowego dyrektora FSB na swoje miejsce, zaproponował to stanowisko Czerkiesowowi. Ten jednak odmówił, twierdząc, że nie jest jeszcze gotowy na tak wysokie stanowisko.

Putin nie lubi odmowy. Stanowisko przypadło Patruszewowi, który stał się głównym funkcjonariuszem służb specjalnych kraju. W pierwszych latach rządów Putina Patruszew i Czerkiesow toczyli administracyjne batalie, ustalając, który z nich ma "czystsze ręce" i "gorętsze serce" (to określenie "prawdziwego" funkcjonariusza służb specjalnych przypisuje się założycielowi radzieckich służb specjalnych Feliksowi Dzierżyńskiemu).

W 2007 r. konflikt zaostrzył się. Ludzie Patruszewa aresztowali zastępcę Czerkiesowa, który podsłuchiwał oficerów FSB zamieszanych w korupcję. Czerkiesow postanowił napisać nowy artykuł.

W "Kommiersancie" zwrócił się do Putina jako do reprezentanta prawdziwych wartości bezpieczeństwa państwowego. Czerkiesow opisał sytuację, w której trwała "wojna wewnątrz społeczności czekistowskiej". Szefowie FSB mieli zmienić się z "wojowników" w "handlarzy", co doprowadzi kraj do upadku.

Okazało się jednak, że patetyczna klauzula Czerkiesowa nie przypadła do gustu Putinowi. Rozwiązał on agencję antynarkotykową, a sam Czerkiesow od tego czasu zajmował mało znaczące stanowiska, cierpiąc na marginesie.

W 2022 r. Czerkiesow zmarł. (...)

Pierwszym ważnym stanowiskiem Nikołaja Patruszewa było kierowanie Ministerstwem Bezpieczeństwa Republiki Karelii (1992–1994) — był to okres przejściowy, kiedy KGB, zlikwidowane po komunistycznym puczu, zmieniając nazwę, przekształciło się w FSB. W Karelii Patruszew nawiązał wiele znajomości, prawdopodobnie związał się z kobietą z tego regionu, ale co najważniejsze — zaczął handlować swoim patronatem.

Ówczesny karelski biznesmen Lauri Rautio wspominał, że kierownictwo karelskiego oddziału FSB prowadziło interesy z mafią tambowską z Sankt Petersburga, pomagając jej bez problemów wwozić towary przez przejście celne w Wiartsili. Za pomoc Patruszew otrzymał od "tambowskich" nagrodę w postaci sprowadzonego z Finlandii używanego samochodu Toyota Corolla — importowała je do Rosji jedna z firm Rautio.

Nie powinno dziwić, że przyszły szef służb specjalnych i przywódca bogatego klanu urzędniczego miał używany samochód o małej pojemności silnika. W latach 90., kiedy Patruszew robił karierę w FSB, pracownicy tej służby specjalnej, podobnie jak cały kraj, nie byli zbyt zamożni.

Wstrzymywano wypłaty, przez co wykwalifikowani oficerowie odchodzili do sektora prywatnego. Ci, którzy pozostali w służbach, ponosili porażkę za porażką w głośnych operacjach — od ataku na Buddionowsk, zajęty przez terrorystów, po pokazane na żywo absurdalne zabójstwo w Moskwie przez podwładnych dowódcy grupy "Alfa" — wszystko to było wynikiem między innymi chronicznego niedofinansowania "biura" (FSB).

Putin i Patruszew, po dojściu do władzy w kraju i w FSB, rzucili się, aby rozwiązać ten problem w sposób, jaki potrafili — zmusili biznesmenów do niepublicznego zbierania pieniędzy na prosperowanie organów. Kwestia ta została poruszona podczas pierwszego spotkania prezydenta z najbogatszymi biznesmenami w lipcu 2000 r.: Putin nakazał oligarchom utworzenie "funduszu wsparcia służb specjalnych", do którego natychmiast zebrano kilkadziesiąt milionów dolarów.

W późniejszym czasie powstało kilka takich funduszy, a szczególnie ważną rolę odegrali w nich miliarderzy z rodziny Patruszewów, Igor Kesajew i Siergiej Katsiew (więcej o nich — dalej).

W latach 90. wokół Patruszewa uformowało się grono jego najbliższych powierników, współpracowników z "FSB" — wielu z nich wraz z nim przeniosło się do Moskwy z Karelii. — Wszyscy byli skorumpowani — twierdzi jedno ze źródeł serwisu Projekt.

W 2000 r. Patruszew nazwał wszystkich tych ludzi "nieodwracalnymi". Początkowo wydawało się, że dyrektor "FSB" po prostu użył retorycznego zabiegu, aby pokazać, że prestiż służby czekistowskiej w końcu odrodził się po upadku lat 90. Później jednak okazało się, że Patruszew wcale nie przesadzał.

Rodzina zawsze miała ogromne znaczenie dla "szlachcica" Patruszewa. W czasach radzieckich jego rodzice (ojciec marynarz, matka urzędniczka) otrzymali od państwa 20 m sześc. bali i działkę w obwodzie leningradzkim, gdzie cała rodzina zbudowała drewniany dom. "Siedem pokoi dla siedmiu rodzin, trochę ciasno, ale wszystkim wystarcza miejsca" — opowiadał w wywiadzie z 2007 r. Wiktor Patruszew, starszy brat ówczesnego głównego funkcjonariusza służb specjalnych kraju.

Dla Zachodu był sumieniem XX w., a wychwalał "błyskotliwego i dowcipnego" Putina. Teraz to wdowa po słynnym nobliście sączy truciznę w rany Ukrainy
W ten sposób pokoje otrzymali Nikołaj i Wiktor wraz z żonami, ich rodzice, a także rodziny synów Wiktora — Aleksego i Władimira oraz rodziny synów Nikołaja — Andrieja i Dmitrija. W tym wywiadzie brat głównego funkcjonariusza służb specjalnych otwarcie grał na współczuciu. Jak opowiadał, mieszkał w skromnym trzypokojowym mieszkaniu w Petersburgu, gdzie "jedyną wartościową rzeczą była rodzinna ikona podarowana przez młodszego brata". A to mieszkanie trafiło do Patruszewów nie dzięki znajomościom i protekcji, ale za pieniądze uczciwie zarobione przez Wiktora przy "rozładowywaniu wagonów".

Wiktor Patruszew, choć nie był funkcjonariuszem służb specjalnych, nie pojawiał się zbyt często publicznie. Dlaczego udzielił pierwszego i jedynego w swoim życiu wywiadu? Chodzi o to, że niedługo przed tym wydarzeniem rodzina Patruszewów znalazła się w niezręcznej sytuacji. Dziennikarze dowiedzieli się, że Patruszewowie zorganizowali sobie na koszt państwa wycieczkę turystyczną na biegun południowy. Najpierw dotarli służbowym samolotem FSB do Chile, a stamtąd, państwowym helikopterem, polecieli do rosyjskiej bazy w Antarktyce.

Wśród pasażerów tych lotów było aż trzech członków rodziny Patruszewów (szef FSB Nikołaj, jego syn Andriej, w tym czasie absolwent akademii FSB i pracownik Rosnieftu [rosyjski państwowy koncern działający w branży petrochemicznej], oraz brat Wiktor), a także bliski przyjaciel dyrektora FSB, również czekista Władimir Proniczew, w tym czasie szef służby granicznej. Władze nie potrafiły wyjaśnić, co ta grupa robiła w Antarktyce, gdzie nie ma posterunków granicznych, a do tego w okresie świąt noworocznych, więc Wiktor musiał tłumaczyć się za wszystkich: jego wywiad ukazał się w gazecie "Izwiestia" i miał pokazać, że rodzina Patruszewów nie interesuje się dobrami materialnymi.

A jak było naprawdę? W rzeczywistości Patruszewowie przez lata świadczyli różnym firmom (często wątpliwej proweniencji) usługi "ochrony". Terminem tym rosyjscy biznesmeni zazwyczaj określają znaną osobę, której obecność w firmie ma zabezpieczyć biznes przed roszczeniami państwa i atakami bandytów.

Wiktor Patruszew, podobnie jak jego młodszy brat, ukończył Leningradzki Instytut Budowy Okrętów i pracował w biurze projektowym, z którego po upadku Związku Radzieckiego odszedł, aby podjąć się pracy jako mechanik samochodowy. Jego kariera błyskawicznie się rozwinęła, gdy tylko jego brat w 1999 r. stanął na czele FSB — Wiktor został zatrudniony jako zastępca dyrektora na region północno-zachodni w firmie telekomunikacyjnej "Megafon".

"Megafon" był wówczas powiązany z otoczeniem Putina — jego tajnym udziałowcem był prawdopodobnie Leonid Reiman z Petersburga, którego Putin mianował ministrem łączności, jeszcze zanim został prezydentem. Był to początek wielkiej, ale niepublicznej kariery Wiktora Patruszewa. Następnie wszedł do rad sportowego stowarzyszenia "Dynamo" (nadzorowanego przez FSB) i klubu siatkarskiego "Dynamo-Obwód Leningradzki" (siatkówka to ulubiony sport jego brata, funkcjonariusza służb specjalnych).

Został również mianowany członkiem rady dyrektorów sanatorium im. Frunzego w Soczi — tam odpoczywają funkcjonariusze służb specjalnych, chociaż obiekt należy do oligarchów tytoniowych Kesajewa i Katsiewa.

W 2012 r. Wiktor został prezesem petersburskiej firmy "Nord", która należy do gangsterów z tej samej tambowskiej grupy, z którą współpracował jego brat Nikołaj. Na spółkę zostały zapisane pokaźne aktywa, formalnie niezwiązane z interesami funkcjonariuszy FSB: hotel i restauracja "Metropol" (gdzie nie tylko jadał kolację Leonid Breżniew z Ronaldem Reaganem, ale także odbywały się najważniejsze spotkania petersburskich złodziei), galeria butików "Grand Palace", fabryka mebli "Ładoga" i przedsiębiorstwo "Lenteplopribor".

Aleksiej — najmłodszy syn Wiktora Patruszewa — kontynuował działalność ojca. Przez kilka lat był doradcą szefa i głównego właściciela moskiewskiego "Master Banku" Borysa Bulochnika (później Aleksiej został również wiceprezesem zarządu banku). Pomimo złej sławy, bank pozostawał nietknięty aż do 2013 r. — być może dzięki Patruszewowi, a może dzięki drugiemu "ochroniarzowi" w kierownictwie — był nim Igor Putin, kuzyn prezydenta.

Kiedy w końcu cofnięto bankowi licencję, jego właściciel mieszkał już za granicą, a organy nie miały żadnych pytań do Patruszewa i Putina. Ten sam Aleksiej "chronił" różne firmy zajmujące się pozyskiwaniem drewna w "duchowej ojczyźnie" swojego wuja, w Karelii.

Drugiemu synowi Wiktora Patruszewa, Władimirowi, przygotowano karierę państwową — pracuje on jako wysoki rangą urzędnik w strukturach "Rostiechu". Jego syn Aleksander w wieku 19 lat zatrudnił się w Rosyjskim Banku Rolnym ("Rossielchozbanku"), którym kierował wówczas jego wujek Dmitrij, syn Nikołaja Patruszewa. Później odszedł z banku, ale nie z powodu oczywistego konfliktu interesów, a po to, aby zostać politykiem. W wieku 22 lat Aleksander został deputowanym, a cztery lata później burmistrzem miejscowości Sosnowo, gdzie Patruszewowie zbudowali rodzinne gniazdo z bali dostarczonych przez państwo.

Synowie Nikołaja Patruszewa od razu wybrali służbę państwową. Młodszy syn Andriej, po służbie w FSB, w 2006 r. rozpoczął pracę w Rosniefcie i od razu został doradcą Igora Sieczina [dyrektora generalnego koncernu]. Później przeniósł się do Gazpromu. Od 2019 r. Andriej, podobnie jak jego krewni, przekwalifikował się na "ochroniarza": otrzymał 10 proc. udziałów w Archangielskim Morskim Porcie Handlowym, udziały w spółkach "Morska Arktyczna Ekspedycja Geologiczno-Rozpoznawcza" i "Transtelsoft", która zarabia na kontraktach z Rosyjskimi Kolejami Państwowymi.

Starszy syn Nikołaja, Dmitrij, jest obecnie główną gwiazdą służby państwowej w tej znanej rodzinie.

Karierę robił w bankach państwowych, w 2010 r. stanął na czele Rosyjskiego Banku Rolnego, a później przeszedł do gabinetu ministrów. Od kilku lat dziennikarze i eksperci nazywają Patruszewa jednym z prawdopodobnych następców Putina na stanowisku prezydenta — przypuszczenie to opiera się między innymi na tym, że kariera państwowa Dmitrija rozwija dynamicznie, obecnie jest on wicepremierem rządu. Państwowe media wychwalają Dmitrija: jest on rzekomo prostym i troskliwym gospodarzem, nieustannie myślącym o Rosji.

Jednak w dużej rodzinie Patruszewów jest jedna niepozorna osoba, która wydaje się stworzona specjalnie po to, aby zburzyć mit o lojalnych i bezinteresownych sługach państwa.

Jest to nieoficjalna żona Dmitrija, Marina Artiemiewa — nie przyjęła ona nazwiska męża i nie zawarła z nim legalnego związku małżeńskiego — prawdopodobnie po to, aby można było zapisać na nią wszelką własność: od domów i mieszkań po warte miliardy firmy.

Dmitrij już ponad 20 lat temu ożenił się z młodą solistką zespołu folkowego "Iwan Kupał" Elizabetą Garszyną, która urodziła mu córkę Sofię. W 2009 r. żonaty Dmitrij znalazł się na imprezie u przyjaciół, gdzie spotkał 35-letnią Marinę.

Przed romansem Marina nie odnosiła sukcesów. Urodziła się w niepełnej rodzinie w podmoskiewskiej Elektrostali, gdzie spędziła całe dzieciństwo i młodość z matką i siostrą Julią Koładiną. Wszystkie trzy kobiety oraz rottweiler mieszkały na 33 m kw. jednopokojowego mieszkania w "chruszczowce".

Od końca lat 90. Marina próbowała swoich sił w Moskwie, zajmując nieznaczące stanowiska w małych firmach. Stopniowo rodzina przeniosła się do stolicy. Siostry bardzo interesowały się branżą modową i rozrywkową, próbowały swoich sił w fotografii, projektowaniu, organizacji imprez.

W 2007 r. Koładyna jako pierwsza pojawiła się w telewizji World Fashion Channel (WFC) — zatrudniono ją tam jako korespondentkę bez wynagrodzenia. Wkrótce sprowadziła tam swoją siostrę — jako zwykłą producentkę. W tamtym czasie WFC można było oglądać w wielu sieciach kablowych — piękne dziewczyny na wybiegach były pokazywane na ekranach ściennych niemal wszędzie — w klubach sportowych, sklepach, restauracjach.

Spotkanie z Patruszewem juniorem zmieniło wszystko w życiu Mariny. Po pierwsze, niemal natychmiast zaszła w ciążę — ich pierworodny syn, Platon, nazwany na cześć pradziadka, urodzi się ok. rok po ich spotkaniu. Urodziła jeszcze czworo dzieci — Jegora w 2014 r., Ignacego w 2019 r. oraz bliźniaczki Marię i Antoninę w 2020 r.

Po drugie, młoda matka otrzymała cenny prezent — rodzina Patruszewów podarowała jej kanał telewizyjny poświęcony modzie, w którym właśnie rozpoczęła pracę jako producentka. W 2009 r. faktycznym właścicielem WFC został oligarcha Igor Kesajew — służy on jako dysponent "portfela" rodziny Patruszewów, z którego finansowane są ich różnorodne potrzeby materialne.

Ówczesny menedżer WFC wspomina charakterystyczny szczegół: Kesajew, przystojny mężczyzna w sile wieku, interesował się środowiskiem młodych modelek, więc miał w tej transakcji również osobisty interes. Jednak w prasie nabywca przedstawił sprawę tak, jakby kupił kanał telewizyjny dla swojej żony, Stelli Kesajewy, która postanowiła spróbować swoich sił w branży modowej. Po pewnym czasie Kesajew rozwiódł się jednak ze Stellą i związał się z młodą ukraińską modelką Olgą Klimienko, która prowadziła w telewizji swojego mężczyzny program o dwuznacznym tytule "Tak, szefie!".

W 2011 r. Kesajew mianował Artiemiewą najpierw producentem generalnym, a pod koniec tego samego roku — dyrektorem generalnym kanału telewizyjnego. 21 listopada 2014 r., dzień po tym, jak Artiemiewa urodziła Patruszewowi drugiego syna, dosłownie w ramach prezentu z okazji porodu, przepisano jej własność stacji telewizyjnej.

W rezultacie Artiemiewa nie odniosła sukcesu w branży modowej. — Chciała uczestniczyć we wszystkich imprezach. Jednak ten świat (moda i show-biznes) jej nie zaakceptował — uważa w rozmowie z serwisem Projekt jedna z kluczowych osób w kanale w tamtym czasie. Telewizja, która początkowo obejmowała Europę i Azję, została zamknięta. Obecnie WFC jest w zasadzie rosyjską stroną internetową poświęconą modzie.

Jednak porażka w branży modowej nie wpłynęła na błyskawiczną karierę przedsiębiorczyni Artiemiewej. W ciągu następnych lat młoda kobieta, niestrudzenie rodząca dzieci, stała się właścicielką kilkunastu firm. Prawdopodobnie we wszystkich przypadkach była ona nominalną bizneswoman oraz odbiorczynią pieniędzy w postaci wynagrodzenia, dywidend i udziału w transakcjach dotyczących aktywów.

Jak to się stało, że kobieta, która urodziła Dmitrijowi Patruszewowi pięcioro dzieci, nigdy nie została jego legalną żoną? Prawdopodobnie chodzi o to, że gdyby Marina znalazła się w oficjalnej deklaracji majątkowej swojego męża, Patruszewowie figurowaliby jako najbogatsza rodzina wśród rosyjskich urzędników.

Serwis Projekt znalazł wszystkie liczne nieruchomości zarejestrowane na Artiemiewą, aby dojść do zaskakującego odkrycia: wcześniejsza mieszkanka "chruszczówki" posiada nieruchomości o wartości ok. 6,5 mld rubli (ok. 300 mln zł, licząc po obecnym kursie wymiany walutowej).

Rejestrowanie drogich nieruchomości na siebie jest udziałem wszystkich kobiet w rodzinie Patruszewów. Na Elenę, żonę byłego dyrektora FSB, emerytowaną lekarkę, zarejestrowano nieruchomości o wartości 4 mld rubli (ok. 180 mln zł, licząc po obecnym kursie wymiany walutowej). To samo dotyczy Tatiany, drugiej synowej Nikołaja Patruszewa, z zawodu menedżerki w sektorze medycznym.

Zgodnie z dokumentami jest ona właścicielką kilku firm z branży medycznej, w tym specjalistycznego czasopisma "Vademecum", ale ten biznes raczej nie wyjaśnia, dlaczego jej nieruchomości są warte prawie 3 mld rubli (ok. 130 mln zł, licząc po obecnym kursie wymiany walutowej). Oczywiście majątek Tatiany nigdy nie znalazł się w deklaracjach majątkowych Patruszewów.

Jeśli zsumować wartość wszystkich nieruchomości Patruszewów, które udało nam się ustalić, otrzymamy astronomiczną kwotę — ok. 14 mld rubli (ok. 630 mln zł). To prawdopodobnie rekord wśród funkcjonariuszy rosyjskich służb.

Aby kupić apartamenty w pobliżu Kremla — najcenniejsze w rodzinnej kolekcji Patruszewych — Marina Artiemiewa otrzymała nawet kredyt hipoteczny w wysokości ok. 1,5 mln dol. (ok. 5 mln 460 tys. zł). Nic dziwnego, że pomimo bezpośredniego konfliktu interesów dostała te pieniądze w 2021 r. w państwowym Rosyjskim Banku Rolnym, którego przewodniczącym rady nadzorczej był w tym czasie jej potajemny mąż. Nie jest również zaskakujące, że bank zaoferował tej kredytobiorczyni całkowicie niekonkurencyjną stopę procentową — 700 tys. euro (blisko 3 mln zł, licząc po obecnym kursie walutowym) udzielił na 2 proc. w skali roku, a następnie dał jeszcze 50 mln rubli (224 tys. zł, licząc po obecnym kursie wymiany walutowej) w formie kredytu konsumenckiego na 3 proc. w skali roku.

Kredyty konsumenckie, takie jak ten, który otrzymała Artiemiewa w rublach, Rosjanie zazwyczaj zaciągają na opłacenie najpotrzebniejszych rzeczy — sprzętu AGD, pilnych operacji medycznych, a czasem nawet po prostu jedzenia. W przypadku rodziny Patruszewów sytuacja jest oczywiście inna. Co miesiąc robią oni zakupy za niemałe kwoty w najmodniejszym sklepie w Rosji — moskiewskim GUM (Główne Uniwersalne Magazyny). Marina Artiemiewa zamawia tam kosmetyki i ubrania mniej więcej raz na dwa-trzy tygodnie, wydając średnio ok. 370 tys. rubli (ok. 16 tys. zł, licząc po obecnym kursie wymiany walutowej) za każdym razem.

Od 2015 r. Marina Artiemiewa wydała w GUM co najmniej 65 mln rubli (ok. 2 mln 920 tys. zł, licząc po obecnym kursie wymiany walutowej).

Nawet Elena — siedemdziesięcioletnia żona szlachcica Nikołaja Patruszewa — jest stałą klientką modnych marek. W GUM wydaje ok. pół miliona rubli rocznie (ok. 22,5 tys. zł).

W maju 2024 r. Putin zwolnił Nikołaja Patruszewa z ostatniego ważnego stanowiska — z sekretarza Rady Bezpieczeństwa został zdegradowany do asystenta prezydenta specjalizującego się w budownictwie okrętowym. Była w tym pewna ironia: Patruszew ukończył kiedyś politechnikę morską, ale prawie nie pracował w swoim zawodzie — zaraz po ukończeniu studiów trafił do KGB.

Natomiast jego ojciec, Platon Ignatiewicz — oficer marynarki wojennej, który podczas wojny służył jako komisarz na statkach Floty Bałtyckiej i Północnej, eskortował konwoje z pomocą zagraniczną. We wsi Podomo, skąd pochodzi ród Patruszewów, Nikołaj postawił kościół poświęcony Platonowi Studyjskiemu, świętemu patronowi swojego ojca komisarza (kolejny paradoks w życiu czekistów-szlachciców).

Opuszczając stanowisko w Radzie Bezpieczeństwa, Patruszew najwyraźniej nie mógł rozstać się ze swoim dużym gabinetem. Jego następca, Siergiej Szojgu — członek kolejnego znanego rodu rosyjskiej elity — musiał zadowolić się swoim starym gabinetem, który — pomimo szczególnie tajnego statusu Rady Bezpieczeństwa — nie znajduje się nawet w Kremlu. 

onet.pl\Project


Jak wygląda ta standardowa procedura operacyjna? Sami al-Sai, lat 46, niezależny dziennikarz, twierdzi, że gdy po zatrzymaniu w 2024 r. zabierano go do celi więziennej, grupa strażników rzuciła go na ziemię.

“Wszyscy mnie bili, a jeden nadepnął mi na głowę i szyję” - powiedział. “Ktoś ściągnął mi spodnie. Zburzyli moje bokserki”. A potem jeden ze strażników wyciągnął gumową pałkę używaną do bicia więźniów.

“Próbowali wcisnąć mi to do odbytnicy, a ja przygotowywałem się, aby temu zapobiec, ale nie mogłem,” - powiedział, mówiąc z rosnącym niepokojem. “To było takie bolesne”. Strażnicy się z niego śmiali - powiedział. “Potem usłyszałem, jak ktoś powiedział: Daj mi marchewkę” wspominał, dodając, że wtedy użyli marchewki. “To było niezwykle bolesne - powiedział”. “Modliłem się o śmierć”.

Powiedział, że Al-Sai miał zawiązane oczy i słyszał, jak ktoś mówił po hebrajsku, co rozumie: “nie rób zdjęć.” To mu sugerowało, że ktoś wyciągnął kamerę. Jednym ze strażników była kobieta, która, jak powiedział, chwyciła go za penisa i jądra i zażartowała: “są moje”, a następnie ściskała, aż krzyknął z bólu.

(...)

Al-Sai powiedział, że poproszono go o zostanie informatorem izraelskiego wywiadu i uważa, że celem jego aresztowania i uwięzienia w ramach administracyjnego systemu przetrzymywania było wywarcie na niego nacisku, aby się zgodził. Ponieważ szczycił się swoim dziennikarskim profesjonalizmem, powiedział, odmówił.

nytimes.com


Tydzień po spotkaniu z polskim ministrem Jamieson Greer zjawił się na przesłuchaniu przed Komisją Ways and Means Izby Reprezentantów. Ta najstarsza komisja w niższej izbie Kongresu, odpowiedzialna m.in. za podatki i kwestie handlowe. Podczas przesłuchania amerykański urzędnik publicznie przywołał swoją rozmowę z polskim ministrem i zrelacjonował ją kongresmenom.

To była odpowiedź na pytanie republikańskiego kongresmena Ronalda Estesa z Kansas, którego interesowało, jak US Trade Representative (USTR), czyli instytucja kierowana przez Jamiesona Greera, prowadzi negocjacje z innymi państwami dotyczące wycofania istniejących podatków od usług cyfrowych oraz powstrzymania kolejnych krajów przed ich wprowadzaniem.

— Podam tylko jeden przykład. Tydzień temu miałem w swoim biurze ministra handlu Polski. W Polsce pojawiła się propozycja ustanowienia podatku od usług cyfrowych. Wyciągnąłem wtedy kopię raportu dotyczącego francuskiego podatku od usług cyfrowych z pierwszej kadencji, który doprowadził do nałożenia ceł na Francję, pokazałem mu ją i powiedziałem: naprawdę nie chciałbym znaleźć się w sytuacji, w której musiałbym opublikować raport, w którym zamiast Francji będzie widniała Polska — odpowiedział Jamieson Greer podczas posiedzenia komisji 22 kwietnia br.

— Myślę, że przekaz został odebrany. Bardzo uważnie się temu przyglądamy. Ten podatek jeszcze nie wszedł w życie — dodał.

(...)

Usługi cyfrowe specjalnymi daninami są dzisiaj obłożone m.in. we Włoszech, w Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, Austrii, na Węgrzech czy w Turcji.

Największe realne dochody budżetowe w Europie ma Francja — ok. 0,8 mld euro rocznie. We Włoszech, Hiszpanii czy Turcji są to kwoty rzędu 0,35-0,5 mld euro, a w Austrii zaledwie ok. 0,1 mld euro.

onet.pl\Business Insider


Amerykańska Izba Handlowa stanowczo apeluje, by traktować te zagrożenia poważnie. Już 10 lat temu Chiny otwarcie prezentowały swoje strategiczne zamiary w planach pięcioletnich. "Ostrzeżenia docierały do najwyższych szczebli rządów i biznesu najważniejszych światowych gospodarek. Jednak zbyt często reakcje były niewystarczające — z powodu sprzecznych priorytetów, uwarunkowań politycznych czy przekonania, że mechanizmy rynkowe same wystarczą jako przeciwwaga" — czytamy we wstępie do raportu. "Koszty tej opóźnionej reakcji widoczne są dziś w postaci utraty konkurencyjności, osłabienia potencjału przemysłowego oraz strategicznych słabości, których usunięcie wymagać będzie trwałych wysiłków."

Niemiecki przemysł boleśnie odczuwa obecnie zapowiadane od lat zmiany w Chinach. "To właśnie Niemcy są główną ofiarą zarówno rosnącego udziału Chin w rynku, jak i spadku chińskiego importu. Niemiecki eksport — od lat uznawany za miernik konkurencyjności przemysłu europejskiego — pogarsza się na wszystkich kluczowych rynkach" — wskazują analitycy. Tylko w 2025 r. niemiecki przemysł stracił ponad 120 tys. miejsc pracy i ten trend się utrzymuje.

Najbardziej dotknięta jest branża motoryzacyjna — eksport samochodów z Niemiec do Chin spadł w latach 2022-2025 aż o 66 proc. Zamiast sprzedawać niemieckie auta w Chinach, BMW, Mercedes i Grupa Volkswagen coraz częściej produkują je na miejscu. Jednocześnie straciły one w Chinach znaczną część udziałów w rynku. Eksperci od Chin ostrzegają: — Jeśli ten trend się utrzyma, w długim okresie grozi to osłabieniem przemysłowych regionów kraju i może prowadzić do trwałego upadku przemysłu, podobnie jak stało się to w amerykańskim pasie rdzy.

Problemem zachodnich firm jest fakt, że Chiny nie grają fair. Sektorom strategicznym, takim jak motoryzacja czy producenci paneli słonecznych, państwo zapewnia ogromne dotacje. Powstają olbrzymie nadwyżki produkcyjne, a chińskie firmy są zmuszone do maksymalnego zwiększenia eksportu.

onet,pl\Die Welt