wtorek, 18 listopada 2025



Proces pozbawiania samorządów autonomii rozpoczął się wkrótce po objęciu sterów państwa przez Władimira Putina w 2000 r. i toczył równolegle do nowej, centralizacyjnej polityki Kremla. Zainicjowana pod pozorem rozgraniczenia jurysdykcji i kompetencji pomiędzy władzą państwową a lokalną reforma z 2003 r. z pogwałceniem Konstytucji FR ujednolicała strukturę organizacyjną samorządu. W miejsce różnorodnych municypalitetów wyższego i niższego stopnia (te drugie wchodziły w skład tych pierwszych) pojawiły się okręgi miejskie oraz rejony municypalne, obejmujące osiedla wiejskie i miejskie.

Aby osłabić pozycję szefów municypalitetów, uniemożliwiono (wyjątek stanowiły miejscowości poniżej tysiąca mieszkańców) łączenie funkcji zwierzchnika lokalnej administracji i naczelnika organu przedstawicielskiego. Jako pretekst podano chęć ograniczenia dominacji miejscowej władzy wykonawczej nad ustawodawczą, stwarzającej rzekomo szerokie pole do korupcji.

W efekcie ustanowiona została instytucja tzw. city-menedżera – kontraktowego zarządcy administracji lokalnej wyłanianego w drodze konkursu – alternatywna wobec stanowiska szefa wybranego w głosowaniu powszechnym. Powołanie takiego urzędnika, niedysponującego mandatem społecznym, nie tylko oznaczało konflikt interesów (szef municypalitetu, wybrany spośród lokalnych deputowanych musiał przekazać gros swoich uprawnień najemnemu zarządcy), lecz także rozmywało odpowiedzialność przed mieszkańcami i ograniczało ich wpływ na miejscową politykę.

Do 2014 r. city-menedżerowie zarządzali 58 regionalnymi stolicami, a liczba centrów administracyjnych, w których mera wybierano bezpośrednio, spadła z 75 do 19 (na 83). W 2015 r. wprowadzono przepisy pozwalające na nadanie im pozorów wybieralności – po przejściu procedury konkursowej nad każdą kandydaturą głosują lokalni deputowani. Dziś bezpośrednia ordynacja wyborcza zachowała się już tylko w Jakucku (Republika Sacha), Chabarowsku (Kraj Chabarowski), Anadyrze (Czukocki Okręg Autonomiczny) i Abakanie (Chakasja).

Wraz ze zmianami strukturalnymi samorząd lokalny w Rosji, choć formalnie oddzielony od władz państwowych, w rzeczywistości przeszedł pod ich kontrolę. Władze regionalne – będące de facto terenowymi przedstawicielstwami Kremla – uzyskały prawo do określania trybu wyboru organów samorządowych na swoim terenie, jak również do obsadzania połowy miejsc w komisjach konkursowych wyłaniających zarządców. W 2024 r. gubernatorzy zyskali możliwość udzielania głowom municypalitetów i szefom lokalnych administracji upomnień i nagan oraz ich odwoływania lub wnioskowania do miejscowych ciał ustawodawczych o ich usunięcie.

Nowelizacja konstytucji w 2020 r., cementująca system superprezydencki i centralizację władzy w Rosji, stanowiła impuls do ostatecznego demontażu autonomii lokalnej samorządności. Projekt ustawy gruntownie reformującej (a w istocie likwidującej) ten system złożono w grudniu 2021 r. Z uwagi na kontekst wewnątrzpolityczny (inwazja na Ukrainę, wybory prezydenckie w 2024 r. oraz oddolny opór) Putin podpisał ten akt prawny dopiero w marcu 2025 r.

Jednym z głównych założeń reformy było zniesienie dwustopniowego systemu municypalnego poprzez scalenie jednostek niższego szczebla w większe. Przykładowo w Kraju Krasnojarskim przed zmianami istniały 472 jednostki – 17 okręgów miejskich i 12 municypalnych, 32 rejony municypalne, 389 osiedli wiejskich i 22 miejskie. Potem zostanie ich zaledwie 39 – sześć okręgów miejskich i 33 municypalne.

Odgórny nakaz miał przyspieszyć już praktykowane przekształcenia – do czasu uchwalenia ustawy pod presją Kremla wdrożyło je 20 regionów (włączając terytoria okupowane na Ukrainie – tzw. Doniecką i Ługańską Republiki Ludowe, a od 2022 r. – obwody chersoński i zaporoski), co znalazło odzwierciedlenie w regularnie spadającej liczbie jednostek municypalnych.

W wyniku likwidacji niższego poziomu municypalnego może zniknąć nawet 99% wszystkich wybieralnych stanowisk w kraju. Nowa legislacja wywołała sprzeciw elit regionalnych i lokalnych (...), w którego obliczu Kreml poczynił pewne ustępstwa na ich rzecz. Dopuszczono możliwość decydowania o strukturze samorządowej przez władze regionalne – w 24 podmiotach federalnych zapowiedziano jedynie częściową reformę, a w kolejnych 17 zdecydowano się zachować stary model. Nie wiadomo jednak, czy utrzymanie dwupoziomowej organizacji będzie możliwe po roku 2035, kiedy zakończy się 10-letni okres przejściowy. Nie można wykluczyć, że Moskwa zmusi regiony do jeszcze szybszego wdrożenia zmian.

Reforma ingerowała nie tylko w strukturę samorządu, lecz także w podstawowe zasady jego organizacji wewnętrznej. Po jej wprowadzeniu głowy miejscowości, gdzie nie dochodzi do wyborów bezpośrednich, wyłania się na drodze konkursu nie z grona aplikujących, którzy przeszli uprzednią selekcję, lecz z listy przedstawionej przez gubernatora. System ten zmuszone są wprowadzić wszystkie stolice regionalne, co oznacza, że ostatnie cztery centra administracyjne wkrótce przestaną bezpośrednio wybierać swoich szefów.

Kandydatów mogą zgłaszać partie polityczne i regionalne organy przedstawicielskie, ale też organy szczebla federalnego, jak deputowani do Dumy Państwowej, Izba Społeczna FR czy Wszechrosyjskie Stowarzyszenie Rozwoju Samorządu Lokalnego (skupiające lokalne stowarzyszenia). Stwarza to ryzyko obsadzania lokalnych stanowisk urzędnikami niezwiązanymi z miejscową polityką. Praktykę tę stosowano do tej pory przede wszystkim na poziomie regionalnym.

Kreml już przygotowuje nowe kadry. W 2023 r. uruchomiono tzw. szkołę merów (przez analogię do istniejącej od 2017 r. tzw. szkoły gubernatorów) – program realizowany przez Rosyjską Akademię Gospodarki Narodowej i Administracji Publicznej przy Prezydencie FR oraz koordynowany przez Siergieja Kirijenkę, wpływowego pierwszego zastępcę szefa Administracji Prezydenta. Cztery edycje szkolenia ukończyło 321 osób, zajmujących wcześniej wysokie stanowiska lokalne i regionalne. Rotowanie takich „profesjonalnych menedżerów” pomiędzy poszczególnymi municypalitetami pozwoli Moskwie uniknąć sytuacji, w której szefowie samorządów zbytnio zrosną się z miejscowymi elitami biznesowymi i urzędniczymi.

Reformę systemu samorządowego oficjalnie tłumaczy się potrzebą zwiększenia efektywności jego działania i poprawy stanu jego finansów. W rzeczywistości służy ona jednak sukcesowi polityki Kremla obliczonej na konsolidację władzy. Prawne podporządkowanie władz miejscowych tym regionalnym, równoznaczne z objęciem ich ścisłym nadzorem Moskwy, wpisuje się w centralizacyjną logikę reżimu putinowskiego.

Faktyczna destrukcja samorządu terytorialnego umożliwia skuteczną demobilizację elektoratu miejskiego, stanowiącego tradycyjną bazę ruchów opozycyjnych, oraz znacznie osłabia potencjał oddolnego protestu i zmniejsza ryzyko wsparcia go przez tamtejsze elity. Wdrażane równolegle rozwiązania, takie jak digitalizacja administracji i upowszechnienie głosowania elektronicznego, zwiększają oddziaływanie Kremla na proces wyborczy w terenie i redukują zależność federalnego centrum od miejscowych urzędników.

Zacieśnienie kontroli nad szczeblem lokalnym premiuje putinowską partię Jedna Rosja, a jednocześnie ogranicza wpływy koncesjonowanej opozycji politycznej, która na poziomie municypalnym była dotychczas w stanie realnie przeciwstawiać się władzom (dotyczy to zwłaszcza Komunistycznej Partii Federacji Rosyjskiej – KPFR), oraz niezależnych aktywistów. Konsekwencją scalania jednostek samorządowych jest m.in. korzyść w postaci równoważenia dysydenckich nastrojów w miastach za pomocą głosów mieszkańców mniejszych miejscowości, bardziej lojalnych wobec Moskwy.

Dzięki dominacji Jednej Rosji w samorządach Kreml będzie w stanie jeszcze skuteczniej manipulować wyborami gubernatorskimi za pomocą tzw. filtrów municypalnych oraz wykorzystywać tzw. zasoby administracyjne (np. głosy urzędników, pracowników sfery budżetowej i dużych przedsiębiorstw) do osiągania pożądanych wyników w głosowaniach do parlamentów regionalnych, do Dumy Państwowej czy w wyborach prezydenckich.

W ostatnich latach Moskwa podkreślała potrzebę zwiększenia samodzielności finansowej samorządów. Wydaje się jednak, że zmiany idą w przeciwnym kierunku. Municypalitety są w znacznym stopniu uzależnione od transferów międzybudżetowych (regionalnych i federalnych) – subwencji (na wsparcie realizacji określonych zadań delegowanych przez jednostki wyższego szczebla) oraz subsydiów i dotacji budżetowych – bez których nie byłyby w stanie pokrywać nawet swoich bieżących wydatków.

(...)

Zniesienie niższego poziomu municypalnego eliminuje niemal wszystkie wybieralne stanowiska w kraju. Bardziej eksponowane z nich często zajmowały osoby powiązane z regionalnymi elitami. Zmiany uderzyły zatem w interesy miejscowego aparatu urzędniczego i jego protektorów.

Szczególne niezadowolenie reforma wzbudziła w republikach narodowych, gdzie – mimo centralizacyjnej polityki Kremla – zjawisko klanowości (zespolenia się władz z aparatem urzędniczym i elitami gospodarczymi) zachowało się w największym stopniu. Sprzeciw względem niej publicznie wyrazili wpływowi przywódcy Tatarstanu – Rustam Minnichanow – i Baszkortostanu – Radij Chabirow. Za kompromisowymi poprawkami do ustawy opowiedział się przewodniczący Dumy Państwowej Wiaczesław Wołodin.

Oddolny opór elit okazał się względnie skuteczny – procedowanie aktu prawnego znacznie się opóźniło, zaś Moskwa, spotkawszy się z krytyką, złagodziła pierwotne zapisy ustawy i dopuściła pewne ustępstwa – okres przejściowy do 2035 r. i możliwość zachowania dwupoziomowego modelu samorządu w regionach. Utrzymanie zdobytych koncesji stoi jednak pod dużym znakiem zapytania. Dotychczasowa dynamika centralistycznej polityki Putina sugeruje, że centrum będzie wywierało presję na pozostające przy starym systemie podmioty federalne, aby zaimplementowały nowe rozwiązania.

Zmiany napotkały też niechęć społeczeństwa. Co warte uwagi, akcje sprzeciwu zainicjowali nie mieszkańcy dużych miast, a ludność obszarów peryferyjnych, którą demontaż systemu samorządowego dotknie w największym stopniu. W protestach niekiedy wspierali ją lokalni urzędnicy i deputowani (zwłaszcza z ramienia KPFR).

Tłem dla oporu jest szybko postępująca degradacja mniejszych ośrodków miejskich (również tych położonych w rozwiniętych regionach). Obecnie w Rosji istnieje 1120 miast, z czego 70% stanowią te średnie i małe. W nieodległej perspektywie czasowej faktycznie zniknąć może 129 z nich, zamieszkanych przez blisko 3,5 mln ludzi. W ciągu ostatniej dekady ich populacja skurczyła się o ponad 300 tys. Przyczynami zapaści są m.in.: koncentracja wokół nieperspektywicznych gałęzi przemysłu (np. węglowego), odpływ młodych ludzi do wielkich aglomeracji, starzejąca się infrastruktura komunalna, niedorozwinięta sieć transportowa, zły stan miejscowej oświaty i ochrony zdrowia oraz brak odpowiednich inwestycji.

Przynajmniej część tych problemów wiąże się z zaledwie minimalną samodzielnością samorządu lokalnego i ze skupieniem życia gospodarczo-politycznego w regionalnych stolicach. W ramach tzw. optymalizacji w miejscowościach uznanych za „nieperspektywiczne” zamykane są obiekty użyteczności publicznej (przychodnie, szkoły, placówki pocztowe etc.), co jeszcze pogłębia wykluczenie społeczno-ekonomiczne miejscowej ludności.

Do największych akcji sprzeciwu doszło w geograficznie odległych od stolicy Republice Ałtaju i Kraju Krasnojarskim. Pod koniec czerwca 2025 r. w Gornoałtajsku w wiecu protestacyjnym uczestniczyło kilka tysięcy osób. Domagano się dymisji przysłanego przez Kreml gubernatora Andrieja Turczaka (byłego sekretarza rady generalnej Jednej Rosji). Mieszkańcy blokowali też drogi, a decyzję władz zaskarżono do republikańskiego sądu najwyższego (wniosek został odrzucony). Do mniej licznych demonstracji w Kraju Krasnojarskim w maju 2025 r. dołączyli z kolei lokalni urzędnicy i weterani inwazji na Ukrainę.

Nie można zapominać o lokalnym kontekście tych wystąpień. Utrzymująca się z hodowli bydła i turystyki Republika Ałtaju (gdzie żyje zaledwie 210 tys. osób, z czego ok. 70% na wsi) znajduje się w obliczu ekspansji wielkiego biznesu spoza regionu (w tym największego banku w Rosji – Sbierbanku), któremu zmiany ułatwią wykup gruntów. Sprzeciw wywołują również podnoszone co kilka lat plany połączenia republiki  z sąsiednim Krajem Ałtajskim.

W przypadku Kraju Krasnojarskiego decydujący okazał się czynnik geograficzny – region o powierzchni ponad 2,3 mln km² zamieszkiwany jest przez niecałe 3 mln ludzi. Odległości między miejscowościami są znaczne, a komunikacja między nimi – ograniczona. Ważną rolę odgrywa także tożsamość lokalna. Niezadowolenie wśród populacji Jenisejska, nazywanego „ojcem miast syberyjskich” (powstał w 1619 r.), wywołała wizja inkorporacji do okręgu miejskiego z centrum w powstałym w latach 70. XX wieku Lesosibirsku.

Odpowiedzią rządzących na demonstracje było przyspieszenie prac nad reformą samorządową (i przegłosowanie zmian w tajemnicy przed ludnością) oraz zastosowanie punktowych represji. Przekształcenia w oponujących przeciwko nich regionach przyjęto w swoim pierwotnym kształcie, z wyjątkiem okazjonalnych, drobnych ustępstw. Protesty społeczne, w przeciwieństwie do oporu ze strony elit, okazały się zatem bezskuteczne.

osw.waw.pl


Polska podjęła decyzję o szybkim wdrożeniu Meropsa kilka tygodni temu, w reakcji na wydarzenia w nocy z 9 na 10 września, kiedy 23 rosyjskie drony naruszyły naszą przestrzeń powietrzną. – Ten incydent oraz doświadczenia płynące z wojny w Ukrainie zmusiły nas do podjęcia działań wyprzedzających – tłumaczył obecny na pokazie gen. Stanisław Czosnek, zastępca szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. – Nie mogliśmy czekać na długotrwałe prace badawczo-rozwojowe. Potrzebowaliśmy rozwiązania, które sprawdziło się w boju i które można wdrożyć natychmiast – podkreślił generał.

Merops – system łączący radary, sensory optoelektroniczne i środki kinetyczne (antydrony) – jest obecnie wykorzystywany bojowo przez armię ukraińską. – Skuteczność w granicach dziewięćdziesięciu procent, potwierdzona w walce z rosyjskimi dronami typu Shahed, daje nam pewność, że to rozwiązanie spełni swoje zadanie także w Polsce – zaznaczył gen. Czosnek. Dodał, że sprzęt trafi w pierwszej kolejności do 16 i 18 Pułku Przeciwlotniczego, które odpowiadają za ochronę wschodniej granicy.

– Przy pomocy Amerykanów przeszkoliliśmy dwunastu instruktorów – ujawnił zastępca szefa SGWP. – Jest to wystarczająca liczba, żeby móc przygotować te pododdziały, które chcemy wyposażyć w Meropsa, już we własnym zakresie.

Kiedy jednostki Wojska Polskiego wyposażone w system antydronowy będą gotowe do działania? – Nastąpi to bardzo szybko – zadeklarował gen. Czosnek, zastrzegł jednak, że o konkretnych datach wolałby nie mówić.

Generał Czosnek zwrócił uwagę, że Merops jest rozwiązaniem pomostowym, tzw. gap fillerem, który zostanie wycofany, gdy polski przemysł obronny opracuje własne systemy. – Nie zależy nam na kupowaniu sprzętu, który będzie leżał na półkach. Technologie zmieniają się tak szybko, że musimy reagować elastycznie. Merops zabezpieczy nasze bieżące operacje kryzysowe, a równolegle rozwijamy własne rozwiązania – podkreślił.

polska-zbrojna.pl

poniedziałek, 17 listopada 2025



Papierosy są na Białorusi kilkakrotnie tańsze niż na Litwie. Legalnie eksportowane będą droższe z powodu wysokiej akcyzy. W ubiegłym roku paczka papierosów kosztowała na Białorusi w przeliczeniu przeciętnie 0,72 euro (ok. 3 zł), a na Litwie 4,46 euro (ok 18,80 zł). Nie płacąc akcyzy, można więc sporo zarobić na ich sprzedaży.

W tym roku litewska straż graniczna i służba celna skonfiskowały ponad 6 mln paczek papierosów z białoruskimi znakami akcyzy. Jak informuje Biuro, to prawie dwa razy więcej niż w całym poprzednim roku. Przemytnicy transportują papierosy ciężarówkami (na przykład kryjąc je pod ogórkami lub konserwami rybnymi) lub koleją (na przykład ukryte pod materiałem termoizolacyjnym, żwirem lub w obudowie).

W obliczu kryzysu migracyjnego Litwa początkowo zamknęła niektóre graniczne i zaczęła dokładniej kontrolować pojazdy. Obecnie prawie całkowicie zamknęła dwa ostatnie przejścia. Dodatkowo, jak zauważyłoBiałoruskie Centrum Śledcze, sankcje objęły towary, które często służyły jako przykrywka dla przemytu papierosów.

Przemyt papierosów powędrował innym szlakiem: powietrzem. Początkowo wykorzystywano drony, które mogły transportować niewielkie ilości. Jednak, jak powiedział w komentarzu dla Biura Antanas Montvydas, zastępca szefa Litewskiej Państwowej Straży Granicznej, drony są drogie, a ich utrata oznacza duże straty zysków.

Jakiś czas później, kontrabandowe papierosy zaczęły latać przyczepione do balonów: w tym roku litewscy strażnicy graniczni przechwycili około 550 balonów meteorologicznych i 51 dronów przemycających kontrabandę z Białorusi (w zeszłym roku liczba ta była trzykrotnie niższa). Około 28 proc. dronów i mniej więcej tyle samo balonów zostało zestrzelonych.

Od początku 2025 roku Państwowy Komitet Graniczny Białorusi podał do opinii publicznej informację o ponad 20 przypadkach zatrzymania obywateli Białorusi z balonami i dronami. Skonfiskowano 81 dronów, 88 balonów meteorologicznych, 359 butli z gazem, 98 nadajników GPS, 2 kamery termowizyjne, 10 telefonów komórkowych i 36 kart SIM należących do litewskich operatorów. W Grodnie odkryto nawet podziemny warsztat, w którym produkowano drony.

Istnieją jednak powody, by sądzić, że papierosy są przemycane na Litwę za zgodą, a nawet z pomocą straży granicznej.

Były przemytnik, z którym rozmawiało Biuro, twierdzi, że aby dołączyć do społeczności przemytniczej, trzeba „obracać się w pewnych kręgach”, gdzie jedni mają dostęp do fabryki tytoniu, aby kupować duże ilości, inni szukają możliwości przemytu produktu za granicę, a jeszcze inni szukają sprzedawców na Litwie.

– Po prostu muszą cię znać. Każdy szuka własnego sposobu na przemyt: niektórzy używają balonów, inni pociągów, inni samochodami, a jeszcze inni transportują towary w blokach przez granicę. Ludzie próbują zarobić – wyjaśnia były przemytnik.

Jak mówi, zarobione pieniądze były wcześniej przewożone przez granicę głównie w gotówce, ale teraz przemytnicy częściej używają do płatności kryptowalut.

Przemytnicy działają w przygranicznych rejonach białorusi ostrowieckim, werenowskim i grodzieńskim. Zazwyczaj poruszają się wzdłuż granicy samochodami. Butle z gazem do napełniania balonów meteorologicznych przewożą w samochodach. Po zapadnięciu zmroku wypuszczają balony w kierunku Litwy. Zazwyczaj balon może pomieścić trzy pudła papierosów – 1500 paczek.

Balon jest praktycznie niesterowalny i może przelecieć dziesiątki kilometrów od miejsca startu. Aby śledzić miejsce lądowania balonu, używa się lokalizatorów GPS i przedpłaconych kart SIM do przesyłania danych o lokalizacji (do 2025 roku litewskie karty SIM można było kupić bez dowodu tożsamości, co pozwalało zachować anonimowość). Według LRT około połowa kart SIM pochodzi z Litwy, a druga połowa z Polski i Łotwy. Przemytnicy mogą szybko zlokalizować papierosy za pomocą współrzędnych, ale straż graniczna czasami jest szybsza.

Po orzeczeniu sądu w Wilnie, Biuro dotarło do informacji o losach jednej z grup przemytniczych.

Dwa lata temu dwóch Białorusinów spotkało Litwina, gdy jechali na Litwę po samochody. Od tego czasu utrzymywali kontakt za pośrednictwem komunikatora Signal. Białorusini wielokrotnie proponowali Litwinowi dorobienie do pensji na sprzedaży papierosów. Długo odmawiał, ale ostatecznie zgodził się, ponieważ brakowało mu pieniędzy.

11 lutego, około godziny 21:00, Białorusini wypuścili w kierunku Litwy pięć balonów meteorologicznych z przyczepionymi do nich pudełkami papierosów. Balony wylądowały w pobliżu wsi Rakonys i Senasalis, 40 km od Wilna. Litwin znalazł pierwszą paczkę papierosów dwie godziny później, zabrał ją do domu i ukrył w budynku gospodarczym. Tej nocy odbył pięć kursów, zbierając 7 tys. paczek białoruskich papierosów. Zakończył o 6:30 rano 12 lutego.

Około godziny 12:00 zadzwonił do niego Białorusin i kazał mu czekać na kuriera, który miał odebrać papierosy i zapłacić mu 300 euro za każdą paczkę. Kurier nigdy nie dotarł; został zatrzymany przez straż graniczną. Litwin ostatecznie otrzymał grzywnę w wysokości 19,4 tys. euro.

Jak powiedział w komentarzu dla LRT Remigijus Burba, dowódca strażnicy Tribonys w pobliżu przejścia granicznego Beniakoni, jeszcze całkiem niedawno litewscy strażnicy graniczni widzieli i słyszeli napełnianie butli z gazem po stronie białoruskiej,. Strażnicy graniczni słyszeli „puff!” i startował jeden balon, potem drugi, potem trzeci…

Tej jesieni sytuacja się zmieniła. Wcześniej balony lądowały w pobliżu granicy. Teraz litewscy strażnicy graniczni nauczyli się przechwytywać ładunki w pobliżu granicy szybciej niż przemytnicy są w stanie je przewieźć. Według strażników granicznych zmusiło to przemytników do zmiany taktyki.

Obecnie znaczna ilość balonów z papierosami jest wypuszczana kilkadziesiąt kilometrów od granicy litewskiej. Balony są napełniane dużą ilością gazu, co pozwala im wznosić się znacznie wyżej, nawet do 11 km i lądować dalej od granicy. Aby utrudnić ich zauważenie, często wypuszczane balony są czarne.

Balony lądują więc tam, gdzie nie ma litewskich strażników granicznych ani funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa, co oznacza, że ​​przemytnicy mają większą szansę na przejęcie ładunku zanim zrobią to służby. Dodatkowo balony docierają aż do Wilna i Kowna, zakłócając funkcjonowanie lotnisk.

Jednak balony meteorologiczne to nie jedyne obiekty latające szkodzące Europie: ostatnio trwa „epidemia” niezidentyfikowanych lotów dronów w pobliżu europejskich lotnisk i obiektów strategicznych.

Alaksandr Łukaszenka twierdzi, że Litwini sami wystrzelili balony meteorologiczne z kontrabandą z terytorium Białorusi. Mówił, że „ci ludzie są mu znani” i że jest ich około piętnastu. Tymczasem litewska straż graniczna zatrzymała w 2025 roku ponad 100 podejrzanych o przemyt – ta liczba jest odległa od kilkunastu, o których mówił Łukaszenka.

Zastępca dowódcy litewskiej Straży Granicznej Montvydas jest przekonany, że nikt na Białorusi nie mógłby wystrzelić tych balonów bez zgody straży granicznej i innych służb – jego zdaniem zostaliby zatrzymani i zamknięci. Nie ma na to jeszcze bezpośrednich dowodów, ale istnieją pośrednie sygnały:

– Biorąc pod uwagę skalę przemytu i poziom skomplikowania metod jego ukrywania (czasem wykorzystywany jest nawet sprzęt jak z fabryk), a nawet po prostu poziom tolerancji dla nielegalnej działalności, trudno zaprzeczyć istnieniu takich powiązań – powiedział w komentarzu dla Biura Gediminas Kulikauskas, główny specjalista wydziału kryminalnego litewskiej służby celnej.

Co więcej, jak zauważa były przemytnik, zdarzyło się, że wystrzelono jednocześnie 60 balonów i 180 pudeł papierosów – do przetransportowania takiej ilości przez granicę potrzebne byłyby co najmniej dwa lub trzy minibusy. Straż graniczna, jak twierdzi kontrabandysta, mogłaby zatrzymać taką grupę w strefie przygranicznej w ciągu 10-15 minut.

Dziennikarze Biuro Media twierdzą, że ​​białoruskie władze stworzyły co najmniej sprzyjające warunki do przemytu. Białoruś produkuje rocznie około 34 miliardów papierosów, czyli około 1,7 miliarda paczek, z czego tylko nieco ponad połowa jest sprzedawana na rynku krajowym i eksportowana. Pozostała część opuszcza Białoruś nielegalnymi szlakami. Litewscy celnicy najczęściej konfiskują tanie papierosy z fabryki tytoniu Nioman – wszystkie przesyłki z tej fabryki były kierowane przez spółkę Energo-Oil, kontrolowaną przez biznesmena Alaksieja Aleksina, który został objęty sankcjami Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych jako „portfel Łukaszenki”.

W 2020 roku, za zgodą rządu, Aleksin otworzył kolejną fabrykę tytoniu, Inter Tobacco. W 2021 roku produkcja papierosów na Białorusi była dwa razy większa niż krajowe spożycie. Co ciekawe, w tym czasie znacznie wzrosła ilość papierosów kontrabandowych skonfiskowanych przez litewskie służby celne. W 2019 roku przemycono 8,6 miliona paczek, w 2020 roku – 16,88 miliona, a w 2021 roku – 22,4 miliona. Zaczęły również rosnąć rozmiary partii przemycanych papierosów.

Według źródeł LRT, przemytnicy spodziewają się, że ich działalność się zwróci, jeśli uda im się przemycić z sukcesem dwie trzecie towaru. Montvydas potwierdza ten odsetek. Zauważa, że ​​Litwa raczej nie odnotuje wszystkich wystrzelonych balonów: część może odlecieć z powrotem na Białoruś, część do Polski. W rzeczywistości liczba balonów może być więc nawet trzykrotnie większa.

Aby zwiększyć zyski, drogie i lekkie drony zastąpiono balonami, które mogą unieść więcej i kosztują mniej mniej. Jednak koszt balonu i gazu do niego nie jest tak niski, aby można było je zignorować.

Białoruski chemik, analityk technologiczny i entuzjasta balonów meteorologicznych Siarhiej Biesarab zwrócił uwagę na wątpliwą opłacalność inwestycji. Aby unieść 1500 paczek papierosów, potrzebny będzie balon meteorologiczny o wartości prawie 900 białoruskich rubli (ok. 961 zł) i prawie siedem butli z helem; napełnienie balonu kosztuje 2133,34 rubla (ok. 2275 zł). Jeśli przemytnik kupi papierosy po 4 ruble (4,30 zł) za sztukę, cały zestaw, łącznie z papierosami i napełnionym balonem, będzie kosztował ponad 9000 rubli (ok. 9600 zł).

Paczka papierosów kupiona za 4 ruble z dostawą drożeje do 6 rubli. To 1,75 euro. Jeśli paczkę sprzeda się Litwinom za 3 euro, można zarobić 1875 euro (ok. 7925 zł) z partii 1500 paczek. Należy to jednak podzielić przez liczbę uczestników procederu (która raczej nie będzie liczyła tylko dwóch, choćby dlatego, że do trzymania balonu podczas napełniania potrzeba kilku osób), biorąc pod uwagę „straty operacyjne” balonów i ryzyko aresztowania.

Jeśli podzielimy kwotę 1875 euro z tych obliczeń przez liczbę pięciu uczestników operacji, otrzymamy 375 euro (ok. 1585 zł) na osobę za balon. Kwota jest podobna do tej, którą śledczy znaleźli w dokumentach sądowych: kurierowi po stronie litewskiej obiecano 300 euro (ok. 1270 zł) za każde pudło.

Balony można napełniać nie tylko drogim helem, ale także znacznie tańszym wodorem. Wodór jest jednak niebezpieczny: może eksplodować podczas napełniania, startu lub lądowania. Biełsat nie był w stanie znaleźć żadnych informacji o wybuchach wodoru powiązanych z przemytnikami. Biuro poinformowało Biełsat, że balony są najprawdopodobniej wypełnione helem, a nie wodorem: co w najmniej dwóch raportach białoruskiej straży granicznej dotyczących zatrzymania przemytników wspomniano o helu, ale nie o wodorze.

Nie można wykluczyć, że przemytnicy znaleźli tańsze źródła helu, balonów lub papierosów. Możliwe jednak, że jakiś czynnik znacznie zmniejszył ryzyko zatrzymania, przynajmniej po stronie białoruskiej.

belsat.eu

niedziela, 16 listopada 2025



Skupienie uwagi na tzw. sektorze siłowym ograniczało się początkowo do Rosji. Wynikało to z ówczesnej sytuacji wewnętrznej w tym państwie i polityki prezydenta Borysa Jelcyna, który już w 1993 r. porzucił tamtejszy „sen o demokracji” i brutalnie rozprawił się ze zbuntowanym parlamentem. W 1995 r. utworzono Federalną Służbę Bezpieczeństwa (FSB), co zakończyło nieudane, często pozorne eksperymenty mające zrformować  schedę po osławionym KGB. Po 1991 r. obecność „byłych” oficerów odnotowywano w wielu środowiskach politycznych, biznesie, bankowości czy firmach ochroniarskich. Pojawiły się wątpliwości, czy „rozpierzchnięcie się” kadr potwierdzało tezę o końcu „imperium KGB”, które od czasów, gdy jego przewodniczącym został Jurij Andropow, podejmowało działania ukierunkowane na przejęcie kontroli nad zarządzaniem komunistycznym państwem. Czy przypadkiem nie mamy do czynienia z „powtórką z rozrywki” w nowej odsłonie? Czy owi „siłowicy” aspirują do roli elity politycznej?

(...)

Prowadzona mozolnie analiza rozproszonych danych dotyczących zmian w służbach specjalnych, w tym kadrowych, oraz obecności „siłowików” w instytucjach cywilnych, władzach lokalnych i biznesie pozwoliła w drugiej połowie lat 90. XX wieku postawić tezę o przejmowaniu sterów przez „ludzi w pagonach”. Po dojściu do władzy Władimira Putina wszystko stało się jasne: ludzie z cienia zostali elitą państwową, a ideologia „czekistowska” wyrosła na fundament państwowości.

(...)

Chcąc zrozumieć, jak istotny dla rozwoju sytuacji w Federacji Rosyjskiej (FR) jest „bezpieczniacki” sposób myślenia osób kierujących aparatem państwowym, analitycy zajmujący się dotychczas mapowaniem obecności i przejawów aktywności „siłowików” musieli zmienić podejście do tematu. Od początku tego wieku OSW skupił się na kompleksowym badaniu systemu bezpieczeństwa wewnętrznego tego kraju. Aby uświadomić sobie, jak obszerne jest to zagadnienie, wystarczy spojrzeć na liczbę instytucji o kompetencjach obejmujących zadania związane właśnie z zapewnieniem bezpieczeństwa państwa. Wymieńmy je: FSB, Służba Wywiadu Zagranicznego, Główny Zarząd Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych, czyli wywiad wojskowy, do 2004 r. znany pod do dziś używaną w publicystyce nazwą Główny Zarząd Wywiadowczy (GRU), Federalna Służba Ochrony (a w jej składzie Służba Łączności i Informacji Specjalnej oraz Służba Bezpieczeństwa Prezydenta) oraz tajemniczy Główny Zarząd Programów Specjalnych, podległy gospodarzowi Kremla.
 
Ale to nie koniec: trzeba było się też zająć Ministerstwem Spraw Wewnętrznych – uwzględnić jego rolę w represjonowaniu społeczeństwa za pomocą formacji zmilitaryzowanych, takich jak służba graniczna FSB, powstała na bazie wojsk wewnętrznych MSW Gwardia Narodowa, zwana wewnętrzną armią Putina – nie zapominając o Ministerstwie ds. Sytuacji Nadzwyczajnych.

Jakby tego było mało, do aparatu bezpieczeństwa zaliczyliśmy także dyspozycyjną prokuraturę czy Komitet Śledczy FR, zajmujący się przestępstwami zagrażającymi bezpieczeństwu państwa. W międzyczasie doszło do zmian strukturalnych: w 2003 r. rozwiązano Federalną Agencję Łączności Rządowej i Informacji (FAPSI), a jej kompetencje przejęły inne służby, powołano Federalną Służbę Kontroli Narkotykowej (FSKN) oraz podporządkowano Federalną Służbę Graniczną FSB, natomiast w 2016 r. włączono FSKN i służbę migracyjną do MSW oraz stworzono Federalną Służbę Wojsk Gwardii Narodowej. Odrębną kwestię stanowiło monitorowanie struktur wspierających instytucje bezpieczeństwa – organizacji kozackich i rosnących jak grzyby po deszczu różnorakich firm ochroniarskich.

Przyglądając się konsolidacji i aktywności instytucjonalnej sektora siłowego FR, dosyć szybko dało się wskazać priorytety jej polityki bezpieczeństwa. Uczyniono nimi: przeciwdziałanie emancypacji regionów i separatyzmowi, walkę z terroryzmem i przestępczością narkotykową, doskonalenie metodologii analizy sytuacyjnej oraz powołanie nowych i doskonalenie istniejących centrów sytuacyjnych w regionach. Za nadrzędne zadania uznano neutralizację (czasami przybierającą formę eliminacji) opozycji politycznej oraz dyscyplinowanie przedstawicieli elit politycznych i gospodarczych przejawiających ciągoty do osiągnięcia większej autonomii. Pojawiły się nowe wyzwania związane z prognozowaniem zagrożeń ze strony rosyjskich służb dla NATO i UE – intensyfikacja działań wywiadowczych, wojny informacyjne, cyberbezpieczeństwo, wsparcie działań militarnych, sabotaż i dywersja, zabójstwa polityczne, wspieranie przestępczości zorganizowanej.

(...)

Wydany przez OSW w 2017 r. raport Środki aktywne. Rosyjski towar eksportowy to publikacja, która nie chce się zestarzeć. Opisane w nim podejście do prowadzenia agresywnej polityki wobec konkurentów przy udziale służb specjalnych pozostaje aktualne. Niemal każdy dzień przynosi nowe wiadomości potwierdzające, że modus operandi stosowany przez Związek Sowiecki jest nadal „twórczo” rozwijany przez FR.

(...)

Zarządzane bezpośrednio przez Kreml służby są uwikłane politycznie – wykonują zadania związane z nadzorowaniem przedstawicieli elit. Wśród cech putinizmu należy wymienić nieoficjalność relacji i nietransparentność procesu podejmowania decyzji. Nieformalny porządek prawny zapewnia ciągłość równie nieformalnym zobowiązaniom instytucjonalnym służb na styku polityki, tzw. biznesu siłowego i przestępczości zorganizowanej. Biznes ten cieszy się wsparciem państwa i tajnością. Prowadzi to do upowszechniania się wad ustroju politycznego i gospodarczego FR, w tym korupcji i nadużywania władzy. Z tego powodu opisując uprzywilejowaną pozycję tamtejszych służb specjalnych, trzeba pamiętać, że nie oznacza ona ich pełnej skuteczności. Brak efektywnej kontroli zwiększa pokusę korzystania z nadużyć i podejmowania nieprzepisowych działań, co potwierdzają skandale korupcyjne z udziałem organów bezpieczeństwa oraz skala ich nielegalnej przemocy, w tym dopuszczanie się zabójstw politycznych. Dodatkowo konstrukcja rosyjskiego sektora bezpieczeństwa generuje wewnętrzne konflikty o zakres oddziaływania poszczególnych podmiotów, lecz są one zazwyczaj wyciszane, a informacje na ich temat nie trafiają do opinii publicznej. Moskwa uznaje, że nagłaśnianie i rozliczanie afer groziłoby narażeniem na szwank wizerunku państwa i jego instytucji bezpieczeństwa.

Nie wolno też zapominać, że popularna teza „służby rządzą Rosją” – choć atrakcyjna – jest z gruntu fałszywa. Współczesną Rosją od ponad dwóch dekad rządzą ludzie ukształtowani przez służby specjalne, którzy przynieśli stamtąd bagaż doświadczenia zawodowego, profesjonalne nawyki i spojrzenie na poczynania polityczne jako specyficzną operację specjalną.

Wszystko to sprawia, że opisanie roli służb specjalnych w kompleksie działań wspomagających politykę władz nie jest łatwym zadaniem. Wątek ten obejmuje również niedostępne w źródłach otwartych dane o aktywności wywiadu i kontrwywiadu ofensywnego, tj. tajnych operacjach ofensywnych, często mających charakter skomplikowanych i długofalowych kombinacji operacyjnych podporządkowanych realizacji celu politycznego. Uwzględniają one uczestnictwo oficerów służb operujących za granicą, użycie zasobów agenturalnych, prowadzenie działań inspiracyjnych (często pod obcą flagą), organizowanie kanałów finansowania inicjatyw z dziedziny wsparcia polityki zagranicznej FR, a w wielu przypadkach – użycie przemocy.

Osobnym zagadnieniem jest stosowanie technologii cybernetycznych do osłabiania infrastruktury krytycznej innych państw. Postępowanie tego typu należy wprawdzie zaliczyć do przedsięwzięć wsparcia, lecz ma ono właściwości punktowych ataków wpisujących się w scenariusze działań kinetycznych. Jednocześnie akcje w cyberprzestrzeni polegające na wykradaniu danych wrażliwych wykorzystuje się do osiągnięcia celu politycznego, przykładowo dyskredytacji polityka obcego kraju, czego oczekiwanym efektem może być chociażby destabilizacja tamtejszej sceny politycznej.

(...)

Trzeba pamiętać, że przez dziesięciolecia instytucje te rozwinęły sztukę prowadzenia działań osłonowych i maskujących. Utrudnia to często prawidłowe określenie zagrożenia, m.in. w wyniku tworzenia przez służby obrazu „fałszywego agenta”, co przejawia się manifestowaniem jawności, podsuwaniem prostych rozwiązań poprzez uwypuklanie prorosyjskości osób czy organizacji (aktywność nieukrywanego „lobby prorosyjskiego”, popularyzowanie teorii spiskowych, nadawanie szczególnej rangi wydarzeniom o marginalnym znaczeniu). Groźni nie są ludzie otwarcie  prorosyjscy, ale ci, którzy umiejętnie budując swoją wiarygodność, przemycają narracje korzystne dla Kremla.

W takich przypadkach z pomocą może przyjść odwołanie się do historycznych doświadczeń rosyjskich służb, w tym z zakresu organizowanych przez nie przedsięwzięć wsparcia. Dlatego warto zapoznać się z popularną w FR literaturą „czekistowską”, oficjalną wersją dziejów organów bezpieczeństwa czy wspomnieniami emerytowanych oficerów wywiadu i kontrwywiadu. Tu niezbędna okazuje się znajomość rosyjskiego – bez niej nie zrozumiemy paradygmatów obowiązujących w świecie tarczy i miecza.

(...)

Spróbujmy przedstawić grzechy główne popełniane w opisie służb specjalnych. 

Pierwszy to prezentowanie instytucji siłowych jako monolityczne i operujące w oparciu o jasno wyznaczone kompetencje. Jest to nieuzasadnione uproszczenie. Podchodzenie do rosyjskich czy białoruskich organów bezpieczeństwa jak do zwykłych agencji wywiadowczych czy kontrwywiadowczych może prowadzić do ignorowania ich roli w polityce wewnętrznej, kontrolowaniu mediów czy nadzorowaniu działalności biznesowej.

Przez długie lata FSB uważano za służbę kontrwywiadowczą pełniącą przy tym funkcję policji politycznej. A wystarczyło wnikliwie śledzić zmiany wprowadzane do jej ustawy kompetencyjnej: w 2006 r. ni stąd, ni zowąd w opisie funkcjonowania FSB pojawiła się „działalność wywiadowcza”. Oznacza to, że podmiot ten włączono w działania aktywne za granicą – nie tylko w państwach byłego ZSRR, lecz także tych należących do NATO i UE.

Podobnie jest z traktowaniem wywiadu wojskowego jako organu prowadzącego militarne operacje specjalne i ograniczającego się do pozyskiwania danych wywiadowczych o stanie sił zbrojnych potencjalnego przeciwnika. Kazus pracującego dla tej instytucji Pawła Rubcowa vel Pablo Gonzáleza ujawnił, że zadanie pseudodziennikarza polegało na tzw. targetowaniu osób, które mogły się stać podatne na rozpowszechnianie rosyjskiej narracji, ale zajmował się on też zbieraniem informacji o przedstawicielach rosyjskiej i białoruskiej opozycji. To drugie polecenie potwierdza, że podział kompetencji między miejscowymi służbami jest nieostry. W tym wypadku wywiad wojskowy infiltrował środowiska opozycyjne, a więc udzielał się poza sferą wojskową.

Badacz może również ulec nadmiernej demonizacji służb. W świecie wojny hybrydowej opisuje się je jako wszechmocne, bezbłędne organizacje o nieograniczonych możliwościach. Przed popełnieniem grzechu przeszacowania może ochronić nas krytyczne, często intuicyjne wyczulenie na fakt, że tego rodzaju przekazy stanowią element narracji samych organów bezpieczeństwa, które prowadzą wojnę psychologiczną mającą na celu zdezinformowanie i sparaliżowanie przeciwnika.

Inny błąd polega na pomijaniu kontekstu historycznego i politycznego służb. Opowiadanie o ich działalności bez uwzględnienia ich ewolucji oraz uczestnictwa w kreowaniu polityki wewnętrznej i zagranicznej (np. roli wysokich rangą oficerów w zarządzaniu państwem, kierowaniu przez szefa wywiadu zagranicznego polityką historyczną) spłyca opis specyfiki systemu politycznego.

Następna bolączka skutkująca zubożeniem obrazu aktywności organów bezpieczeństwa to marginalizowanie znaczenia współpracy międzynarodowej. Wystarczą lista porozumień dwustronnych o kooperacji w sferze bezpieczeństwa i zdawkowe doniesienia o spotkaniach szefów tych podmiotów, żeby zmapować sojuszników reżimu (przykładem niech będzie współdziałanie białoruskiego KGB ze służbami wietnamskimi, które zatrzymały i wydały Mińskowi żołnierza walczącego wcześniej na Ukrainie w białoruskim Pułku Kalinowskiego).

Tym, czego nie da się obejść, jest nieweryfikowalność źródeł. Wiele informacji o służbach pochodzi od „dobrze poinformowanych” lub stanowi obiekt spekulacji. Opieranie się na niesprawdzonych danych z mediów społecznościowych lub na pojedynczych relacjach to proszenie się o porażkę. Nie ma dobrej odpowiedzi na pytanie, czy da się uniknąć takiego postępowania – zwłaszcza kiedy przeciek powielają osoby cieszące się renomą rzetelnych ekspertów o dużym doświadczeniu.

Za przykład niech posłuży sytuacja z początków agresji na Ukrainę. W marcu 2022 r. sieci społecznościowe, a później media obiegła wiadomość o aresztowaniu szefa V Służby FSB Siergieja Biesiedy, któremu ponoć postawiono zarzuty dezinformowania Kremla co do rzeczywistej sytuacji społecznej i faktycznej skali nastrojów prorosyjskich na Ukrainie oraz defraudację funduszy operacyjnych. Co wydarzyło się naprawdę, nie wiemy do dzisiaj. Latem 2024 r. potwierdzono, że 70-letni Biesieda pełni funkcję doradcy dyrektora FSB, a w marcu 2025 r. uczestniczył w Rijadzie w amerykańsko-rosyjskich rozmowach poświęconych uregulowaniu konfliktu. Dlaczego ten przykład jest ważny? Doniesienie o niepotwierdzonym aresztowaniu posłużyło do formułowania pochopnych wniosków o utracie przez służbę zdolności operacyjnych i o potencjalnych radykalnych zmianach w jej kierownictwie. Nic takiego się nie stało.

Z dużą ostrożnością należy podchodzić do sensacyjnych sygnałów o rzekomym poważnym kryzysie w strukturach bezpieczeństwa, o permanentnej „wojnie służb”. Taka ocena była uzasadniona w latach 90., lecz przenoszenie tego schematu myślenia w 2025 r. to zabieg wątpliwy i mylący. Pod koniec pierwszej dekady XXI wieku w przekazie medialnym i eksperckim panowała teza o osłabieniu rosyjskiego wywiadu wojskowego. Powstała ona wskutek powierzchownej analizy informacji o wdrożeniu reformy Sił Zbrojnych FR. W 2009 r. brygady specnazu GRU podporządkowano dowódcom okręgów wojskowych. Nie zmniejszyło to potencjału wywiadowczego służby, a wskazywało, że armia zaczyna przygotowywać się do ewentualnego konfliktu zbrojnego. Wojna na Ukrainie, aktywność wywiadu wojskowego odnotowywana i zwalczana w państwach europejskich oraz jego udział w ekspansji FR w Afryce świadczą o utrzymywaniu przez tę służbę silnej pozycji.

Nie wolno również zapominać, że kremlowski aparat bezpieczeństwa, prowadzący na niespotykaną dotąd skalę zmasowaną operację dezinformacyjną, chce nas ubezwłasnowolnić i zaszczepić w nas nieufność do otoczenia. W skrajnym przypadku prowadzi to do sytuacji, kiedy otwierając przysłowiową lodówkę, zastanawiamy się, czy nie czai się w niej agent. Przemycanie poglądu o wszechmocności rosyjskich czy innych służb otępia i zawęża ogląd zewnętrznego świata, a wtedy tylko krok dzieli nas od stwierdzenia, że osaczyła nas wroga agentura. W erze wojen informacyjnych dystans i odporność psychiczna stały się niezbędnym „narzędziem” wspierającym analityka.

Piotr Żochowski - Zmagania z tarczą i mieczem. Służby specjalne jako wyzwanie analityczne - OSW


Michał Wąsowski, money.pl: - Wyobraźmy sobie przez chwilę mężczyznę z żoną Ukrainką, który jednocześnie głosuje na antyukraińskiego polityka domagającego się deportacji imigrantów z Polski. Jak działa w mózgu mechanizm, który pozwala człowiekowi żyć z takimi sprzecznościami?

Dr Andrei Stupu: Zacząłbym od przywołania chyba najlepszego naukowego opracowania na ten temat - "Moral Disengagement", autorstwa jednego z najwybitniejszych psychologów Alberta Bandury. Badał on m.in. mechanizmy społecznego uczenia się i opisał, w jaki sposób ludzie uczą się od innych w swoim otoczeniu. Wspomnianą przeze mnie książkę opublikował mając ponad 90 lat. Zadawał w niej pytanie jak to możliwe, że człowiek może zrobić coś bardzo złego, a mimo to nadal żyć ze sobą w zgodzie, a nawet sprawić, by jego czyn wydawał się moralnie dobry, pożądany albo wyjątkowy. Dzieje się to za sprawą pewnego rodzaju stopniowego "moralnego odłączenia".

- Jak dokładnie działa ten mechanizm?  

Aby zachowywać się "paradoksalnie" – czyli robić coś sprzecznego ze swoimi wcześniejszymi działaniami – człowiek musi stopniowo "odłączać się" od tego, co dobre i angażować w zło. Na drodze od jednego bieguna do drugiego tworzy sobie historię. Nasze myślenie jest narracyjne, nie paradygmatyczne. A w sposobie, w jaki tworzymy narracje, niekoniecznie kierujemy się logiką.  

Człowiek, który "odłącza się" np. od relacji małżeńskiej, zwykle postrzega siebie jako wyjątek. Może być z Ukrainką i jednocześnie popierać prawicową, prorosyjską propagandę, bo uważa, że robi coś wyjątkowego, z głębszym sensem. Czasem wierzy, że ma donioślejszą misję, na zasadzie "nawet jeśli zaprzeczam tożsamości własnej żony, to promuję większe dobro, a nadrzędną wartością staje się dla mnie lojalność ideologiczna". Postępujemy tak w różnych sferach życia, dotyczy to nie tylko poglądów politycznych. Ludzie w ten sposób tłumaczą najbardziej haniebne rzeczy, które robią i widzą w życiu.

money.pl

sobota, 15 listopada 2025



W lutym 1968 r. zapadł wyrok na serię Odra 1300. Tak postanowiono w Moskwie podczas radziecko-polskiego spotkania przedstawicieli komisji planowania i ministerstw przemysłu. Zamiast komputerów oryginalnej konstrukcji polskiej miały być w Polsce produkowane maszyny tzw. Jednolitego Systemu, czyli - wedle rosyjskiej terminologii - serii RIAD. Wynikało to z szerszego porozumienia, do którego przystąpiły wszystkie państwa członkowskie RWPG (Rada Wzajemnej Pomocy Gospodarczej, wschodni odpowiednik integracji zachodnioeuropejskiej).

RIAD obejmował kilka klas wielkości, przy czym przemysł radziecki miał produkować wszystkie modele, natomiast poszczególnym krajom przydzielono po jednym z nich. Polsce przypadło zadanie uruchomienia produkcji komputera klasy średniej - R30.

Teoretycznie rzecz biorąc, idea zespolenia wysiłków dla przyspieszenia rozwoju informatyki po tej stronie żelaznej kurtyny wydawać się mogła najzupełniej uzasadniona. Także zamiar wykorzystywania podzespołów krajowej produkcji mógł stać się silnym bodźcem rozwojowym. Serię RIAD oparto jednak na komputerach IBM/360, wówczas już ustępujących nowoczesnością rozwiązań technologicznych i oprogramowaniu serii ICL 1900, które były silną stroną serii Odra 1300. Najwidoczniej radzieckiemu wywiadowi gospodarczemu nie udało się wykraść najnowszej dokumentacji.

O projekcie RIAD-a wrocławianie długo jeszcze nie mieli pojęcia. Piętrzyły się zresztą przed nimi zadania wynikające z wcześniejszych planów i zobowiązań. W produkcji wciąż jeszcze znajdowały się maszyny Odra 1204 i już zaawansowane były przygotowania do uruchomienia zupełnie nowej serii maszyn 1300, opartej na podpisanym niedawno porozumieniu z angielską firmą ICL. Projekt RIAD pojawił się co najmniej nie w porę. Jak sobie z nim poradzić, zastanawiano się we Wrocławiu przez kilkanaście dni. Nie ulegało wątpliwości, że jego ścisłe wykonanie groziło cofnięciem się w rozwoju o dobrych pięć lat.

Całe dotychczasowe doświadczenie wrocławian, wsparte nawiązaną niedawno współpracą z nowoczesną firmą zachodnią, wskazywało, że podejście radzieckich autorów i wykonawców było nieprzemyślane technologicznie i ekonomicznie, prowadziło do nadmiernego zużycia materiałów, a walory eksploatacyjne produktu pozostawały znacznie w tyle za poziomem światowym. Było jednak równie oczywiste, że jest to propozycja nie do odrzucenia. Formalny sprzeciw nie mógł w ówczesnych warunkach wchodzić w rachubę.

Trzeba było zatem wymyślić taki sposób postępowania, by nie narazić zakładów Elwro - dokładniej: zakładowego Ośrodka Badawczo-Rozwojowego, któremu powierzono opracowanie polskiej wersji komputera R30 - na zarzut blokowania porozumień międzypaństwowych, a jednocześnie nie zmarnować własnego dotychczasowego dorobku. W OBR został utworzony odrębny zespół do opracowania własnego projektu komputera, odpowiadającego założeniom serii RIAD, ale w miarę nowoczesnego, którego Elwro nie musiałoby się wstydzić.

Nad wrocławianami zawisły, niczym miecz Demoklesa, mordercze terminy: Międzynarodowe Targi Poznańskie, w rok później wielka wystawa w Moskwie "Sdiełano w Polsze" ("Wykonano w Polsce"). Na targach i na wystawie musiał być pokazany komputer R30. Do Poznania trzeba było dostarczyć komputer z podzespołów i części dostarczonych z Erewania, podobnie do Moskwy. Od razu na początku tych zadań wystąpiły znaczne opóźnienia, zresztą z winy partnera radzieckiego. Pierwsze dostawy dotarły do Wrocławia nie w styczniu, jak to przewidywał plan, lecz dopiero pod koniec marca, niespełna trzy miesiące przed wystawą poznańską. Ostatecznie polska premiera RIAD-a odbyła się na MTP 1972; wystawiane jednocześnie Odra 1204 i Odra 1304 można było sprawdzić w działaniu, podczas gdy R30 jedynie oglądać, nie udało się go bowiem na czas uruchomić (mimo pomocy informatyków z erewańskiego Instytutu Maszyn Matematycznych, skąd pochodził). Zresztą nie zdołali go uruchomić także później. A zainteresowanie tym monstrum - jak mówili wrocławianie o podrzuconej im konstrukcji, na którą składał się rząd potężnych szaf - było ogromne. Każdy, kto w kraju zajmował się informatyką, chciał zobaczyć, jak funkcjonuje komputer mający otwierać nową epokę w obozie realnego socjalizmu. Klapa była oczywista, na szczęście nie dało się nią obciążyć konta Elwro.

Jednakże najtrudniejsze i może nawet najgorsze dopiero wrocławian czekało. Na moskiewskiej wystawie trzeba było pokazać w pełni sprawny komputer rzeczywiście "sdiełanyj w Polsze", skonstruowany na podstawie polskiej dokumentacji. Ambicją projektantów pod kierownictwem inż. Bogdana Kasierskiego było maksymalne unowocześnienie otrzymanych z ZSRR założeń, tak by produkt odpowiadał programowo pozostałym maszynom Jednolitego Systemu, ale miał parametry techniczne kilkakrotnie wyższe od oryginalnego R30. Tego pomysłu nie ujawniali ani dyrekcji fabryki, ani warszawskiej centrali. Zdaniem inż. Bronisława Piwowara, ówczesnego dyrektora Ośrodka Badawczo-Rozwojowego Elwro, wpadki udało się uniknąć tylko dzięki fortelowi. Z kilkoma najbliższymi współpracownikami zawiązał on "spisek" i wyprowadził w pole swoich przełożonych. W ciągu kilku tygodni zostały opracowane założenia techniczno-ekonomiczne nowego RIAD-a, ale dla niepoznaki podawano ich parametry eksploatacyjne niższe od rzeczywistych, by ukryć niedopuszczalne w ówczesnych warunkach odstępstwa od dyspopzycji radzieckich. I tak w sejfie dyr. Piwowara znalazło się 7 egzemplarzy nowych założeń, opatrzonych niezbędnymi podpisami szefów Elwro, zjednoczenia i ministerstwa. W końcu jednak rzecz się wydała.

Na wielką wystawę w Moskwie, w czerwcu 1973 r., Biuro Handlu Zagranicznego Elwro przygotowało kilkadziesiąt tysięcy trójjęzycznych broszur informacyjnych o "polskim" R30 i podało tam, w najlepszej wierze, prawdziwe parametry. Teraz było widać jak na dłoni, że różnią się zdecydowanie od tego, co zaprojektowali konstruktorzy radzieccy. Gośćmi wystawy było całe kierownictwo partyjne i państwowe, radzieckie i polskie. Wybuchła dzika awantura.

Ledwie skończyły się wakacje, w pierwszych dniach września do Wrocławia przyjechała liczna delegacja radziecko-polska, na czele z osobistym doradcą Breżniewa Gorszkowem oraz ministrem przemysłu maszynowego Kopciem. Po formalnym wstępie głos zabrał Gorszkow. Zaczął od przypomnienia, że towarzysze Breżniew i Gierek uzgodnili na spotkaniu na Krymie zasady udziału polskiego przemysłu we wspólnym przedsięwzięciu. Nie przebierając w słowach, poddał miażdżącej krytyce to, co zrobiono dotąd w Elwro. Strona radziecka nie przyjmuje do wiadomości żadnych zmian w przekazanych stronie polskiej założeniach - grzmiał przez kilkadziesiąt minut, nie oszczędzając ani dyrektora OBR Elwro, ani jego zwierzchników.

cdn.

web.archive.org

piątek, 14 listopada 2025



Niezależny rosyjski portal „Projekt” przebadał rodzinne związki 1329 przedstawicieli rosyjskiej elity władzy (urzędników, polityków i menedżerów państwowych firm). Ustalił, że 76 proc. z nich posiada krewnych zatrudnionych na innych ważnych stanowiskach powiązanych z państwem.

Niekwestionowanym liderem jest tu szef Czeczenii Ramzan Kadyrow, który w różnych strukturach swojej republiki i poza nią umieścił 96 członków swojej rodziny. Czeczeński polityk uczynił z nepotyzmu wizytówkę swojej władzy. Jego symbolem jest zatrudnienie swojego niepełnoletniego syna Adama na sześciu stanowiskach państwowych — nawet takich, które wymagają pełnoletniości. Tylko w rządzie Czeczenii krewni Kadyrowa zajmują niemal połowę stanowisk — co najmniej 9 z 20.

Założycielem drugiej co do wielkości, 26-osobowej dynastii rządzącej w Rosji, jest Władimir Putin. Na wysokich stanowiskach w „budżetówce” pracują dwie domniemane córki Putina — Maria Woroncowa i Katierina Tichonowa. Podobnie jest z członkami rodzin kuzynów: Jewgienija i Igora Putinów, Lubowi Szełomowej oraz Lubowi Krugłowej. Na przykład Anna Cwiłowa, córka Jewgienija Putina (kuzyna ze strony ojca rosyjskiego prezydenta), została wiceministrem obrony, a jej mąż Siergiej — ministrem energetyki. Michaił Putin, brat Cwiłowej, zajmuje wysokie stanowisko w Gazpromie.

Rosyjski prezydent zadbał nie tylko o krewnych, ale nawet o rodziny dawnej żony Ludmiły Oczerietnej, kochanki z lat 90. ub.w. Swietłany Kriwonogich i obecnej konkubiny Aliny Kabajewej.

Największym rozsadnikiem nepotyzmu w Rosji jest tamtejszy parlament. Aż 86 proc. członków Rady Federacji (senatu) i 84 proc. deputowanych Dumy Państwowej (izby niższej) ma krewnych na państwowych posadach. Rekordzistą jest senator Arsen Kanokow, którego 20 krewnych zajmuje ważne stanowiska.

Za dwiema izbami parlamentu plasuje się Kreml (Putin, jego administracja, zarząd sprawami prezydenta oraz ci członkowie Rady Bezpieczeństwa, którzy nie pełnią funkcji w innych organach władzy) — 74 proc. z nich ma krewnych na stanowiskach państwowych. Taki sam wskaźnik (74 proc.) dotyczy rosyjskich struktur siłowych i sędziów; wśród gubernatorów wynosi 69 proc., a w rządzie — 61 proc. W niektórych strukturach wskaźnik ten sięga 100 proc. — obejmuje szefostwo Ministerstwa Obrony (ministra i wiceministrów), 10 kierowników Sądu Najwyższego oraz 13 członków zarządu Gazpromu.

x.com/Bielsat_pl

czwartek, 13 listopada 2025



10 listopada Narodowe Biuro Antykorupcyjne Ukrainy (NABU) i Specjalna Prokuratura Antykorupcyjna (SAP) poinformowały o wykryciu afery korupcyjnej w branży energetycznej. W ramach trwającej 15 miesięcy operacji „Midas” przeprowadzono ponad 70 przeszukań, a działania operacyjne objęły m.in. przyjaciela prezydenta i jego byłego partnera biznesowego Timura Mindicza, ministra sprawiedliwości (wcześniej szefa resortu energetyki) Hermana Hałuszczenkę oraz siedzibę koncernu Enerhoatom (spółki operatora elektrowni jądrowych). Siedmiu osobom postawiono zarzuty, a sześć zatrzymano.

Według NABU w Enerhoatomie działała grupa przestępcza uzyskująca nielegalne korzyści od kontrahentów w wysokości 10–15% wartości kontraktów poprzez szantażowanie ich perspektywą zablokowania płatności za świadczone usługi lub dostarczone produkty albo pozbawienia statusu dostawcy. Zdefraudowano w ten sposób co najmniej 100 mln dolarów. Organizatorem procederu miał być Mindicz (uciekł z kraju kilka godzin przed przeszukaniami), a wspierać go miały osoby związane z Hałuszczenką. Biuro opublikowało taśmy (część z niemal tysiąca godzin nagrań), z których wynika, że nielegalne korzyści czerpał też były wicepremier Ołeksij Czernyszow.

11 listopada rząd zdymisjonował radę nadzorczą Enerhoatomu i odsunął Hałuszczenkę od pełnienia obowiązków. Dzień później uchwalił wniosek do Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony (RBNiO) o nałożenie sankcji m.in. na Mindicza. Wołodymyr Zełenski wyraził poparcie dla służb antykorupcyjnych, podkreślił niedopuszczalność tego typu procederów w energetyce i zaapelował do Rady Najwyższej o dymisję Hałuszczenki i minister energetyki Switłany Hrynczuk. Głosowanie w tej sprawie ma się odbyć 18 listopada.

Afera stanowi potężny problem wizerunkowy dla prezydenta, którego łączą z Mindiczem bliskie relacje towarzyskie. Obniża również wiarygodność Ukrainy na Zachodzie i legitymizację Zełenskiego wewnątrz kraju. Przy tym jest kolejną odsłoną trwającej od kilku miesięcy konfrontacji Biura Prezydenta (BP) ze służbami antykorupcyjnymi.

Komentarz
  • Zarzuty postawione otoczeniu Zełenskiego stanowią wielkie obciążenie wizerunkowe dla głowy państwa. Mindicz od lat należy do najbliższego kręgu prezydenta, m.in. był wraz z nim współwłaścicielem studia Kwartał 95. Prowadził też interesy z oligarchą Ihorem Kołomojskim, który ułatwił Zełenskiemu zwycięstwo w wyborach w 2019 r. W czasie wojny jego wpływy polityczne i biznesowe znacznie wzrosły i stały się obiektem zainteresowania służb: w sierpniu br. NABU badała jego związki z produkującą drony firmą Fire Point, podejrzewaną o zawyżanie cen i ustawianie przetargów na dostawy bezzałogowców dla wojska.
  • Negatywnych skutków dla Zełenskiego nie powstrzyma zapowiedź dymisji w rządzie. Prezydent przez cztery lata tolerował obecność w nim Hałuszczenki, krytykowanego m.in. za lobbowanie za nabyciem w Bułgarii używanych rosyjskich reaktorów czy pozbycie się Wołodymyra Kudryckiego z funkcji szefa Ukrenerho (...). Jego współpraca z Mindiczem i szefem BP Andrijem Jermakiem czyniła go do tej pory niemal nietykalnym, o czym świadczy objęcie przezeń resortu sprawiedliwości po ostatniej rekonstrukcji gabinetu. O chęci odcięcia się przez przywódcę od figurantów sprawy świadczy autoryzowany przez niego wniosek o nałożenie na Mindicza sankcji (m.in. zablokowanie aktywów), przyjęty przez RBNiO 13 listopada.
  • Ujawnienie przez NABU szczegółów śledztwa ma utrudnić BP dalsze ograniczanie niezależności organów antykorupcyjnych. Postępowania dotyczące osób bliskich głowie państwa, w tym Mindicza i Czernyszowa, doprowadziły w lipcu do prób obniżenia niezależności tej instytucji, a następnie do konfliktu służb antykorupcyjnych z tymi podległymi prezydentowi (...). Jeden z detektywów zaangażowanych w operację „Midas” został w czerwcu br. aresztowany przez Służbę Bezpieczeństwa Ukrainy pod zarzutem rzekomych powiązań z Rosją, co może wskazywać na chęć wyciszenia śledztwa.
  • Afera korupcyjna będzie zataczała coraz szersze kręgi. Zgodnie z doniesieniami medialnymi nagrano trzech kolejnych ministrów. Sprawa dotknie także urzędników mających kontakty z Mindiczem, np. obecnego sekretarza RBNiO Rustema Umierowa. Jednocześnie ucieczka Mindicza z kraju zaledwie kilka godzin przed rozpoczęciem poszukiwań świadczy o tym, że BP wciąż może otrzymywać przecieki z organów antykorupcyjnych.
  • Skandal doprowadzi do spadku wiarygodności Zełenskiego na Zachodzie i w kraju. Reputacja prezydenta ucierpiała już w lipcu (...), a obecna afera da dodatkowe paliwo przeciwnikom przyjęcia Ukrainy do UE i udzielania jej dalszej pomocy. Sprawa została też fatalnie przyjęta w społeczeństwie, tym bardziej że ujawniono ją krótko po dotkliwych atakach Rosji na infrastrukturę energetyczną 8 listopada. Pojawiają się porównania do zdrady państwowej i widać oczekiwania podjęcia radykalnych działań na rzecz walki z korupcją. Skandal może demotywująco wpłynąć na żołnierzy, co negatywnie przełoży się na sytuację na froncie.
osw.waw.pl


Rosja i Chiny już w 2012 r. skręciły w stronę nacjonalizmu. Cztery lata później podobną drogą obrały Stany Zjednoczone — wraz z wyborem Donalda Trumpa. Historia zatoczyła koło — tak jak wcześniej wobec Rosji i Chin, Europa dopiero po blisko dziesięciu latach zrozumiała, jak znaczący był to zwrot.

Świat, który jeszcze niedawno był uważany za wielki rynek, wygląda teraz następująco:
  • Rosja grozi Europie wojną — i otrzymuje wsparcie od Chin, "naturalni" sojusznicy praktycznie nie istnieją,
  • kraje takie jak Brazylia czy Indie pragmatycznie trzymają się państw, które służą ich interesom,
  • Stany Zjednoczone pod rządami Donalda Trumpa nie są "partnerem moralnym", a bardziej biznesowym.
onet.pl\Die Welt


Witalij Kliczko wyznał, że Ukraina ma "ogromny problem z żołnierzami, z zasobami ludzkimi". Mer Kijowa udzielił wywiadu Axel Springer Global Reporters Network, do którego należy również Politico, które przytoczyło fragmenty wywiadu. - Ukraina zmaga się z narastającym niedoborem żołnierzy, ponieważ rekordowa liczba mężczyzn ucieka do Europy - podkreślił polityk. Jak wyznał, niemal cztery lata wojny z Rosją poważnie nadwyrężyły zdolność Ukrainy do uzupełniania strat w armii. Obecnie zgodnie z ukraińskim prawem mobilizacji podlegają mężczyźni od 25. roku życia. Kliczko zasugerował, że ten limit powinien zostać obniżony. - W przeszłości w armii służyli 18-latkowie, ale to przecież dzieci - powiedział i dodał, że można by obniżyć ten próg do 23 albo 22 lat. - Bronimy naszego kraju już prawie cztery lata i to bardzo trudne. Odwaga do walki jednak wciąż jest i to ma ogromne znaczenie - podkreślił mer Kijowa.

gazeta.pl


O rosnącej liczbie przypadków choroby poinformowali medycy wojskowi w rozmowie z dziennikiem "The Telegraph". Do niedawna była ona uważana za nieobecną w Europie, jednak w trakcie trwającej wojny w Ukrainie pojawia się ostatnio coraz częściej. Gangrena gazowa, nazywana też zgorzelą gazową, jest infekcją bakteryjną, powstałą w wyniku głębokich urazów. Pojawiające się w ciele chorego bakterie Clostridium, bardzo szybko niszczą tkankę mięśniową. Powodują silny ból, obrzęk, przebarwienia tkanek, a także "uczucie pękania" w przypadku ruchu nagromadzonych w tkankach gazów. "Uważa się, że jest to zjawisko z czasów pierwszej wojny światowej. Od tego czasu stało się to znacznie rzadsze, głównie z powodu wczesnego oczyszczania ran, szybkiej operacji, antybiotyków i lepszego leczenia ran" - wyjaśnił w rozmowie z serwisem Alastair Beaven oficer medyczny, który służył w Afganistanie.

- Obserwujemy powikłania po urazach, których nigdy nie widział żaden żyjący człowiek w czasie wojny - powiedział w rozmowie z brytyjskim dziennikiem Alex, zagraniczny medyk-ochotnik, który przebywa w rejonie Zaporoża. - Takie opóźnienia w ewakuacji nie miały miejsca w ciągu ostatnich 50 lat - prawdopodobnie od czasów II wojny światowej, a może nawet wcześniej. Obserwujemy patologie, których nigdy wcześniej nie widzieliśmy" - przekazał. Jak relacjonował medyk, "do szpitala przychodzą ludzie, którzy są ranni od kilku tygodni". Następnie są utrzymywani przy życiu przez kolejne tygodnie. - Ludzie siedzą z tego typu ranami i nie otrzymują odpowiedniej opieki - po prostu nie można ich przenieść z powrotem do szpitala wystarczająco szybko, aby odpowiednio ich leczyć - dodał. Dr Lindsey Edwards, wykładowczyni mikrobiologii w King's College London powiedziała w rozmowie z "The Telegraph", że leczenie gangreny gazowej polega na chirurgicznym oczyszczaniu zakażonej części ciała. Konieczne jest też podawanie dożylnie silnych antybiotyków. - Jest to niezwykle zagrażająca życiu infekcja: w przypadku braku leczenia śmiertelność jest bliska 100 procent - przekazała dr Edwards. Ze względu na ograniczony dostęp do pomocy medycznej, w Ukrainie niezwykle trudne jest odpowiednie leczenie pacjentów z gangreną gazową. 

gazeta.pl