wtorek, 15 kwietnia 2025



"Wojna między Rosją a Ukrainą to wojna Bidena, nie moja. Dopiero co tu trafiłem i przez cztery lata mojej kadencji nie miałem problemu z jej zapobiegnięciem. Prezydent Putin i wszyscy inni szanowali waszego prezydenta! NIE MIAŁEM NIC WSPÓLNEGO Z TĄ WOJNĄ, ALE PRACUJĘ CIĘŻKO, ABY ZATRZYMAĆ ŚMIERĆ I ZNISZCZENIE!" - napisał Trump we wpisie na portalu Truth Social. Jak dodał, gdyby nie "sfałszowane" wybory 2020 r., do wojny by nie doszło.

"Prezydent Zełenski i skorumpowany Joe Biden wykonali absolutnie okropną robotę, pozwalając na rozpoczęcie tej farsy. Było tak wiele sposobów, aby zapobiec jej rozpoczęciu. Ale to przeszłość. Teraz musimy ją ZATRZYMAĆ, I TO SZYBKO. TAKIE SMUTNE!" napisał Trump.

(...)

Komentując rosyjski atak na Sumy w niedzielę, Trump również stwierdził, że jest to "wojna Bidena", jednocześnie sugerując, że Rosjanie zabili ponad 30 cywilów w Sumach przez pomyłkę.

"Nie zaczyna się wojny z kimś, kto jest 20 razy większy" - powiedział prezydent USA Donald Trump, mówiąc o prezydencie Ukrainy Wołodymyrze Zełenskim. Trump zasugerował, że nie zamierza nakładać nowych sankcji na Rosję i zapowiedział jednocześnie, że wkrótce ogłosi "bardzo dobre propozycje" na temat zakończenia wojny.

Trump ponownie zaatakował ukraińskiego prezydenta podczas poniedziałkowego spotkania z prezydentem Salwadoru Nayibem Bukele. Pytany o wyjaśnienie swojej wypowiedzi o tym, że błąd doprowadził do zabicia cywili podczas ataku rakietowego na Sumy, Trump nie odpowiedział wprost, lecz stwierdził, że "błędem było dopuszczenie do tej wojny"

"Gdyby Biden był kompetentny i Zełenski był kompetentny - i nie wiem, czy taki jest, bo mieliśmy ostrą sesję z tym gościem tutaj, on tylko prosił o więcej i więcej - do tej wojny nigdy nie powinno się dopuścić" - mówił Trump.

Prezydent USA stwierdził, że choć Putin "nie jest aniołkiem", to nie odważył się ruszyć na Ukrainę, gdy on był prezydentem. Pytany później o propozycję Zełenskiego, by zakupić od USA rakiety Patriot, Trump z przekąsem stwierdził, że "on zawsze chce kupować rakiety".

"On jest przeciwko... Słuchaj, jeśli zaczynasz wojnę, musisz wiedzieć, że możesz ją wygrać, prawda? Nie zaczyna się wojny przeciwko komuś 20 razy większemu od ciebie i potem liczy na to, że ludzie dadzą ci trochę rakiet" - powiedział Trump.

Trump zdawał się wykluczać nałożenie nowych sankcji na Rosję w związku z atakiem na Sumy, twierdząc, że "już mamy sankcje na Rosję", i wspominając o tym, że nałożył sankcje na Nord Stream 2.

"Chcę tylko powstrzymać zabijanie i myślę, że dobrze nam idzie w tej kwestii. Myślę, że będziemy mieli bardzo dobre propozycje na ten temat już wkrótce" - powiedział.

Wypowiedź pada w momencie, gdy rozmowy pokojowe z Rosją utknęły w impasie, a Moskwa od tygodni odrzuca propozycję Trumpa dotyczącą zawieszenia broni. W piątek rzeczniczka Białego Domu Karoline Leavitt stwierdziła, że prezydent USA jest "sfrustrowany postawą obydwu stron", choć Ukraina przyjęła propozycję zawieszenia broni. Mimo to w niedzielę prezydent twierdził, że jego pełnomocnik Steve Witkoff odbył "dobre" rozmowy w Petersburgu, w tym m.in. z Władimirem Putinem.

PAP


Decyzje prezydenta USA w sprawie taryf, terminu ich wdrożenia i wyłączania pewnych towarów z polityki ceł są absolutnie chaotyczne, ale jego zagorzali zwolennicy twierdzą, że jest on "mistrzem strategii". Wygląda jednak na to, że w "taryfowym pokerze Trump ma znacznie słabsze karty, niż mu się wydawało" - uważa Rachman /Gideon, główny komentator do spraw zagranicznych "Financial Times”/.

Posen /Adam, "Foreign Affairs"/, szef waszyngtońskiego think tanku ekonomicznego Peterson Institute for International Economics, podkreśla, że administracja USA podejmuje decyzje, opierając się na "fałszywej logice", ponieważ zakłada, że ma przewagę nad każdym krajem, z którym posiada ujemne saldo w wymianie handlowej.

To jednak Chiny mają przewagę w wojnie handlowej - podkreśla Posen. Trump nie zauważa, że jeśli ograniczy handel z Chinami, one stracą "tylko pieniądze", a USA znajdą się w położeniu, w którym zabraknie im "żywotnie potrzebnych dóbr, których nie można szybko zastąpić czymś produkowanym w USA, a jeśli tak, to przy absolutnie zaporowych kosztach" - przekonuje ekonomista.

Rachman przedstawia to w ten sposób: "USA nie kupują towarów w Chinach ze względów charytatywnych. Amerykanie chcą tego, co produkują Chiny. Jeśli więc te produkty staną się znacznie droższe lub znikną w ogóle z półek, Amerykanie na tym ucierpią".

Tymczasem Pekin może sobie pozwolić na "grę na zwłokę", a jeśli zdecyduje się na brutalne posunięcia w tej wojnie, to dysponuje dość potężną bronią. Chiny produkują np. 50 proc. składników wymaganych przy produkcji antybiotyków. Konstrukcja samolotów F-35 wymaga importowanych z Chin metali ziem rzadkich. Co więcej, Państwo Środka posiada drugie na świecie, pod względem ilości, rezerwy amerykańskich obligacji rządowych, i może je rzucić na rynek - wylicza Rachman.

Bilans dwustronnej wymiany handlowej pozwala przewidzieć, kto wygra wojnę handlową, bowiem "przewaga leży po stronie mającej nadwyżkę, a nie po tej, która ma deficyt" - wyjaśnia Posen. Chiny, jak to kraje z nadwyżką, mają więcej oszczędności, zaś kraje z ogólnym deficytem, jak USA - wydają więcej niż oszczędzają. A Trump podejmując "kapryśne decyzje" o nałożeniu gigantycznych ceł, doprowadza do tego, że inwestorzy tracą zainteresowanie Ameryką, oprocentowanie jej kredytu rośnie, a zatem obsługa zadłużenia państwa staje się coraz droższa - kontynuuje Posen.

W przypadku prawdziwej wojny prowokowanie potencjalnego adwersarza "zanim się uzbroisz - jest samobójcze". To właśnie robi Trump, a zważywszy na fakt, jak dalece gospodarka USA jest zależna od importu z Chin, "skrajnie nieostrożne" jest wypowiadanie wojny celnej, o ile nie zagwarantowało się wcześniej "alternatywnych dostawców albo adekwatnej krajowej produkcji" - pisze dalej Posen.

Rachman zwraca też uwagę, że Chiny od dawna przygotowywały się do ewentualnej wojny handlowej; są też "lepiej przygotowane na okres politycznego i gospodarczego bólu niż USA, gdzie zawirowania szybko przekładają się na presję polityczną (na władze)".

Administracja Trumpa "wszczyna ekonomiczną wersję wojny w Wietnamie. (...). A wszyscy wiemy, jak to się skończyło" - konkluduje Posen. 

PAP


W Niedzielę Palmową 13 kwietnia rosyjskie pociski balistyczne uderzyły w Sumy, zabijając 35 i raniąc 125 osób, w tym dzieci (odpowiednio dwoje i 15). Był to jeden z najtragiczniejszych w skutkach ataków na ukraińskie miasto od początku pełnoskalowej agresji i kolejny w ciągu tygodnia po zbrodniczym uderzeniu na Krzywy Róg. Pierwszy z iskanderów trafił w budynek Sumskiego Uniwersytetu Państwowego, w którym zorganizowano ceremonię odznaczenia żołnierzy 117 Brygady Obrony Terytorialnej z udziałem wojskowych – także z innych jednostek – i cywilów. Zgodnie ze wstępnymi danymi zginęło w nim 21 cywili, a ponad 20 zostało rannych. Z wojskowych poległ m.in. dowódca wyposażonej w wyrzutnie HIMARS 27 Brygady Artylerii Rakietowej (łącznej liczby zabitych i rannych żołnierzy nie upubliczniono).

Do hekatomby doszło wskutek eksplozji drugiej rakiety nad zabudową mieszkalną, ok. 200 m od pierwszego celu. Według MSW najprawdopodobniej była ona wyposażona w głowicę odłamkową. Podejmując decyzję o uderzeniu, Rosjanie musieli zdawać sobie sprawę z wybitnie cywilnego charakteru atakowanego rejonu Sum. Pozwala to traktować uderzenie z 13 kwietnia – podobnie jak wcześniejszy o tydzień atak na Krzywy Róg – jako popełnioną z premedytacją zbrodnię wojenną, a w wymiarze politycznym – wyzwanie rzucone amerykańskim dążeniom do jak najszybszego wstrzymania działań wojennych.

(...)

Rosjanie zintensyfikowali działania pomiędzy aglomeracjami torećką i pokrowską, nacierając po obu stronach drogi z Doniecka do Kramatorska i Słowiańska (przez węzłową Konstantynówkę). W pozycje ukraińskie wbili się na głębokość do 5 km na froncie o szerokości ponad 10 km. Obrońców wyparli także z kolejnych kwartałów w Torećku oraz z pozycji na północno-zachodnich obrzeżach tego miasta wzdłuż drogi do Konstantynówki. W powolnym tempie poszerzyli obszar kontrolowany pomiędzy Pokrowskiem a Wełyką Nowosiłką. Poczynili też postępy na południe od pierwszego z wymienionych miast, jak również na wschód od Myrnohradu. Zgodnie z niektórymi źródłami wyparli obrońców z następnych pozycji w rejonie Kupiańska (agresor miał zintensyfikować budowę przepraw przez rzekę Oskoł), na kierunku Łymanu, w Czasiw Jarze oraz w obwodzie zaporoskim, gdzie zintensyfikowali działania w okolicach leżącego nad Dnieprem (na drodze do Zaporoża) miasta Kamieńskie.

(...)

W wywiadzie dla portalu LB.ua 9 kwietnia głównodowodzący armii ukraińskiej generał Ołeksandr Syrski ocenił potencjał mobilizacyjny wroga. Liczebność zgrupowania Sił Zbrojnych FR na Ukrainie ma się zwiększać w tempie 8–9 tys. żołnierzy miesięcznie, co według Syrskiego w ciągu roku dało wzrost o 120–130 tys. 1 stycznia br. liczyło ono 603 tys. żołnierzy, a na początku kwietnia – 623 tys. Naborowi do służby sprzyjają głównie wysokie gratyfikacje za podpisanie kontraktu (20–40 tys. dolarów), miesięczny żołd szeregowego żołnierza na poziomie 2,5 tys. dolarów i różnorakie dodatki do niego. Porównując to do sytuacji w armii ukraińskiej, głównodowodzący stwierdził: „my nie możemy sobie na to pozwolić”. 

osw.waw.pl

poniedziałek, 14 kwietnia 2025



Ekonomiści od przynajmniej 20 lat przestrzegają przed negatywnymi konsekwencjami tzw. podwójnych deficytów Stanów Zjednoczonych. Chodzi o to, że USA od dawna nadużywają pozycji globalnego hegemona i emitenta światowej waluty rezerwowej. Dzięki temu przywilejowi mogą:
  • zadłużać się bezkarnie u innych narodów (patrz: dług publiczny USA),
  • utrzymywać permanentne deficyty w handlu międzynarodowym.
Obie te rzeczy nie byłyby możliwe, gdyby USA nie były jedynym emitentem dolara i że USD jest mocno przewartościowany na bazie samych tylko stosunków handlowych. Więcej na ten temat pisałem niedawno w artykule zatytułowanym „Donald Trump i rekordowy deficyt handlowy USA”.

W dużym skrócie chodzi o to, że generowany przez resztę świata popyt na dolara (potrzebnego np. do rozliczeń w handlu międzynarodowym lub zakupu złota, akcji lub obligacji denominowanych w USD) umożliwia Stanom Zjednoczonym życie ponad stan. Ale tylko do czasu. I Donald Trump oraz jego ekipa chyba ma tego świadomość. Stąd pomysł na oclenie (czytaj: opodatkowanie) reszty świata.

2 kwietnia Trump ogłosił wprowadzenie podstawowej stawki celnej w wysokości 10% oraz 20-procentowych ceł na towary z Unii Europejskiej. Wysokimi stawkami zostały obarczone szczególnie państwa azjatyckie, zarówno sojusznicy Ameryki tacy jak Japonia (24 proc.), Korea Płd. (25 proc.) czy Tajwan (32 proc.), jak i kraje będące źródłami taniej produkcji konkurującej z tą wyprodukowanymi w Chinach, jak Indie (26 proc.), Wietnam (46 proc.), Bangladesz (37 proc.), Indonezja (32 proc.), czy Kambodża (49 proc.). Stawka dla Chin po tygodniu wzrosła do absurdalnych 104%, na co Chińczycy odpowiedzieli wprowadzeniem ceł w wysokości 84%.

9 kwietnia prezydent Trump nagle zmienił zdanie i pod wpływem rosnących rentowności Treasuries zdecydował się zawiesić na 90 dni wprowadzenie zaporowych stawek celnych na  towary sprowadzane do USA. Faktycznie było to przyznanie się do porażki, którą ekipa Trumpa usiłowała przekazać jako wielki sukces i ryzykowną strategię negocjacyjną. Nadal jednak obowiązujące pozostały 10-procentowe cła powszechne oraz 25-procentowe stawki na import z Meksyku i Kanady, oraz takie same taryfy na stal i aluminium. Dodatkowo wszystkie towary z Chin zostały obłożone zaporowymi cłami, wynoszącymi 125%.

Zasadniczo zamysł ekipy Trumpa jest taki: oclimy import tak mocno, że stanie się on nieopłacalny, co skłoni zagraniczny biznes do postawienia fabryk w USA. Abstrahując od tego, kto miałby w tych fabrykach pracować, skoro stopa bezrobocia w USA ledwo przekracza 4%, populacja się starzeje, a sam Donald Trump obiecał ukrócić nielegalną imigrację zarobkową. Owe fabryki mają zapewnić Amerykanom dobrze płatną pracę, zlikwidować (lub choćby znacząco ograniczyć) deficyt handlowy z resztą świata. Dodatkowo cła pomogą załatać gigantyczną dziurę budżetową, nowe inwestycje zasilą kasę państwa we wpływy podatkowe, co z kolei pozwoli obniżyć podatki płacone przez Amerykanów.

To ostatnie jest swoistą obietnicą powrotu do złotych czasów XIX wieku, gdy większość dochodów budżetu federalnego pochodziła z ceł, a podatek od pracy (tzw. PIT) w Stanach Zjednoczonych właściwie nie istniał. Trwale wprowadzono go dopiero w 1913 roku. Był on wtedy marną frakcją obecnego opodatkowania dochodów mieszkańców Ameryki (najwyższa stawka wynosiła 7%). Ostatnim puzzlem w tej układance ma być działalność Departamentu ds. Wydajności Rządu (DOGE), który ma wyeliminować najbardziej szkodliwe i marnotrawne wydatki rządowe i pomóc w zrównoważeniu finansów publicznych.

(...)

Przez poprzednie 35 lat dobrobyt ludzkości rósł w znacznej mierze dzięki międzynarodowemu handlowi. Produkcja była przenoszona z krajów Zachodu do Azji, Ameryki Łacińskiej i byłych państw komunistycznych. Dzięki temu setki milionów ludzi wyrwały się z nędzy i stały się globalnymi konsumentami. Także dóbr wytwarzanych w Stanach Zjednoczonych czy krajach Europy.

Trzeba tu powiedzieć jasno i dobitnie: handel (w tym także ten transgraniczny) jest korzystny dla obu stron. Zarówno dla producentów, jak i konsumentów. Dzieje się tak, nawet jeśli część mieszkańców Zachodu musiała się pożegnać z dawną prosperity. Międzynarodowa wymiana handlowa wspierała inwestycje, globalny podział pracy i prowadziła do wyższej efektywności całej gospodarki. Co więcej, aż do środy, 9 kwietnia, był to handel prawie że bezcłowy. Dzięki globalnym porozumieniom handlowym typu GATT/WTO przez poprzednie dekady cła były niskie i średnio rzecz biorąc, wynosiły niskie kilka procent. Rzecz jasna zdarzały się wysoko oclone wyjątki, ale nie były one normą.

Z drugiej strony ekipa prezydenta Trumpa ma sporo racji, mówiąc o barierach pozataryfowych. Rozmaite dotacje, subsydia, preferencyjne kredyty (notabene powszechnie stosowane także przez same Stany Zjednoczone) wraz z krajowymi „normami” (np. środowiskowymi), regulacjami i specyficznymi zakazami sprawiały, że międzynarodowy handel nie był do końca wolny i swobodny. Tutaj prezydent Trump słusznie mówi o oszukańczych praktykach (np. stosowaniem wymagań, które jakimś cudem spełniają tylko lokalne podmioty), manipulacjami kursami walutowymi itp. itd.

bankier.pl


Zaczęło się od dodatkowych 10 procent ceł na chińskie produkty sprowadzane do USA, aktualnie jest już 125 procent. Z drugiej strony Chińczycy wprowadzili cła w wysokości łącznie 84 procent na import z USA. Dwa największe mocarstwa zwarły się i staczają po spirali wyniszczającej wojny celnej.

Donald Trump, jego współpracownicy i zwolennicy wydają się przekonani, że to oni trzymają mocniejsze karty. Prezydent USA między innymi przestrzegał Pekin, żeby nie próbował wprowadzać ceł odwetowych, bo skończy się to tylko jeszcze większymi cłami ze strony USA. Chińczycy jednak nie mrugnęli i idą na zwarcie. I jak mówi ekspert Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, nie należy się spodziewać, aby ugięli się pod presją USA. Wręcz przeciwnie. Nie zmienia tego nawet najnowsza decyzja Trumpa o czasowym zawieszeniu dodatkowych ceł na wszystkie państwa poza Chinami. - To tylko raczej zaostrzy chińskie stanowisko - uważa analityk.

- Władze w Pekinie są przekonane, że czas gra na ich korzyść, bo ich państwo będzie w stanie dłużej znieść bolesne konsekwencje wojny handlowej - mówi Przychodniak. Chińskie władze od lat zdawały sobie sprawę z nadchodzących zmian w relacjach handlowych z USA i postępującym tak zwanym "decouplingiem", czyli rozłączeniem dotychczas silnie zależnych od siebie gospodarek obu państw. - Oficjalna narracja teraz jest taka, że się tego spodziewaliśmy, przygotowywaliśmy i choć będą problemy, to wytrzymamy i damy radę - opisuje analityk.

(...)

- Pekin będzie starał się łagodzić efekty utraty amerykańskiego rynku zbytu, uruchamiając programy mające stymulować wewnętrzną krajową konsumpcję, tak aby to, co nie zostanie sprzedane do USA, zostało nabyte przez samych Chińczyków. Do tego poszukiwał sposobu zwiększenia eksportu na inne rynki - mówi Przychodniak. Zastrzega, że na pewno nie dojdzie do szybkiego i łatwego przeobrażenia chińskiej gospodarki oraz eksportu, ale częściowo efekty wojny celnej mogą zostać złagodzone. - Owszem jest świadomość, że nadchodzi kryzys, ale jest też przekonanie, że jest on do opanowania - dodaje.

- Dla Xi Jinpinga ważnym horyzontem czasowym jest rok 2027 i kolejny zjazd partii. Do tego czasu optymalne dla niego byłoby zakończyć obecny kryzys na korzystnych dla Chin warunkach - mówi Przychodniak. Zjazdy Komunistycznej Partii Chin (KPCh) odbywają się co 5 lat. Ostatni był w 2022 roku. To kluczowe wydarzenie polityczne w Chinach, podczas którego dochodzi do wyboru członków Komitetu Centralnego i jego przewodniczącego. Do tego czasu obecnie zajmujący to stanowisko Xi może być pewny swojej sytuacji. Tymczasem w USA wybory do Kongresu odbywają się rok wcześniej, w 2026 roku. Jeśli w wyniku wojen celnych reprezentanci Partii Republikańskiej przegrają je nawet umiarkowanie, to partia utraci kontrolę nad obiema izbami Kongresu, a Trump straci możliwość tak łatwego rządzenia, jaką ma teraz.

- Xi ma więc 2 lata na tę próbę sił. Trump mniej. W połączeniu z przekonaniem o większej odporności chińskiego społeczeństwa, z tego wynika wiara Pekinu, że czas gra tak naprawdę na jego korzyść - mówi Przychodniak. Dlatego też Chińczycy w swojej ocenie nie mają powodu do ukorzenia się teraz przed USA. - Abstrahując już zupełnie od tego, że ideologicznie nie ma możliwości pokazania uległości przed Amerykanami. Nie po wielu latach narracji o przegniłym i upadającym imperium amerykańskim, które jest zagrożeniem dla stabilności świata, bojącym się wschodzących Chin, które będą dominującą potęgą XXI wieku - opisuje analityk. - Ustąpienie byłoby kompletnym zaprzeczeniem fundamentalnej narracji partii i nie ma na to szans - dodaje Przychodniak.

Zdaniem analityka chińskie przywództwo wysyła teraz sygnały wskazujące na przekonanie, że jest w stanie tę próbę sił wygrać. Dlatego też nie wydaje mu się realne, aby z powodu wojny celnej z USA i problemów gospodarczych sięgnęło po tradycyjną metodę władz autorytarnych w radzeniu sobie z problemami wewnętrznymi, czyli wojujący nacjonalizm. Konkretniej na przykład wszczęło wojnę o Tajwan. - Myślę, że w krótkiej czy średniej perspektywie czasowej jest to mało prawdopodobne. Choćby dlatego, że w optyce Pekinu jego wojsko nie posiada jeszcze odpowiedniego potencjału, aby w najbardziej skrajnym scenariuszu inwazji, móc być pewnym zwycięstwa. Bo innej opcji niż sukces nie może być. - uważa Przychodniak.

(...)

Gorzką ironią całej sytuacji jest to, że już od właściwie dekady władze w Pekinie mocniej i mocniej szermowały hasłami o tym, że USA są przegniłe i stanowią zagrożenie dla świata, destabilizując go. Walcząc desperacko o utrzymanie swojej dominującej pozycji, choćby kosztem innych. Przeciwstawiały temu wizję dynamicznie się rozwijających, wiarygodnych i stabilnych Chin. Rosjanie tę narrację papugowali. W naszej części świata, od dekad blisko związanej z USA, najczęściej traktowaliśmy to jako propagandę. Tymczasem za sprawą działań administracji Trumpa, nasi nominalni sojusznicy rzeczywiście właśnie sprowadzili na świat ogromny chaos i niepewność.  Choć oczywiście nie zmienia to faktu, że Chiny dalej są państwem autorytarnym, blisko współpracującym z Rosją i niebędącym przyjacielem demokratycznej Europy. Reszta świata może jednak teraz szybciej i łatwiej przyjąć chiński punkt widzenia.

gazeta.pl


Najnowsza decyzja o wycofaniu się z wysokich ceł na wiele chińskich produktów z branży high-tech znów wywołuje konsternację. Czy w tym szaleństwie jest metoda? Zapytaliśmy o to Huberta Stojanowskiego, dyrektora ds. inwestycji klientów w domu inwestycyjnym Xelion.

Czy obecna polityka celna Donalda Trumpa to przemyślana i szczegółowo zaplanowana strategia? - Potencjalna zmiana polityki celnej USA była zapowiadana jako narzędzie przeciwdziałania faktycznym nierównowagom w bilansie płatniczym USA. Odnoszę wrażenie, że aktualna administracja i departament handlu są pod silnym wpływem ekonomisty Petera Navarro i fetyszyzują bilans handlowy i że jest to jakiś cel sam w sobie, a przecież sama struktura bilansu płatniczego USA wynika w dużej mierze z rachunku kapitałowego. Trudno, żeby dla kraju, który absorbuje wszystkie nadwyżki kapitałowe z całego świata i zapewnia płynność rynkowi dłużnemu, ten bilans wyglądał inaczej. I ta polityka celna pewnie nawiązuje w jakimś stopniu do tradycji protekcjonistycznych Stanów Zjednoczonych. Jednak aktualne uwarunkowania środowiskowe są zupełnie inne niż kiedyś, a siłą USA jest własność intelektualna. Tak naprawdę konsekwencje tego działania poniesione zostaną dzisiaj, natomiast potencjalne benefity są odroczone na nieokreślony czas. Te całe wyliczenia dotyczące ewentualnych wpływów budżetowych z ceł wydają mi się zupełnie absurdalne, padające kwoty wydają się nierealne do uzyskania i w dużej mierze jest to marketing polityczny - stwierdza specjalista z Xelion.

Czy Trump działa impulsywnie? - Nie wiem, czy impulsywność nie jest tu jakimś subtelnym eufemizmem. Same działania świadczą o tym, że tu jest chaos komunikacyjny wewnątrz obozu władzy. Zdarzenia rynkowe są też wykorzystywane do tego, żeby sugerować, że to są z góry założone działania np. gdy rentowność obligacji amerykańskich spadła do niskich poziomów, to początkowo była forsowana narracja, że to był efekt, do którego Trump zmierzał, co jest oczywiście nieprawdą, bo dług amerykański jest rolowany w sposób permanentny, więc jeden spadek rentowności przez kilka dni nie wpływa jakoś na koszt obsługi długu. Tworzy się też nieprawdziwe narracje, jakoby to były wrogie działania jakichś zewnętrznych sił jak np. Chiny. Co jest sugestią mało realną choćby z tego względu, że CHRL potrzebuje rezerw dolarowych, które są przechowywane głównie w długu amerykańskim, żeby utrzymać kurs walutowy na określonych poziomach, bo przy aktualnie działającym modelu eksportowym kurs juana do dolara musi być kontrolowany w zakresie potencjalnych interwencji walutowych. Przy czym jedną z mocniejszych odpowiedzi Chin na działania Trumpa może być dewaluacja juana. - podsumowuje Hubert Stojanowski.

gazeta.pl

niedziela, 13 kwietnia 2025



Rafała Trzaskowskiego jako zwycięzcę piątkowej debaty wskazało 32,4 proc. ankietowanych. Za plecami kandydata Koalicji Obywatelskiej z wynikiem 28 proc. uplasował się Karol Nawrocki. Podium zamyka Szymon Hołownia, którego wskazało 11,8 proc. respondentów.

10,6 proc. badanych uważa, że debatę wygrała Magdalena Biejat, z kolei 5,3 proc. za zwycięzcę uważa Krzysztofa Stanowskiego. Marka Jakubiaka wskazało 4,2 proc. badanych, a Joannę Senyszyn zaledwie 0,2 proc. uczestników sondażu.

/Wyniki pokrywają się z sondazowym poparciem - debata musiała byc nijaka - red./


(...)

W piątkowej debacie przeprowadzonej przez TVP, TVN i Polsat udział wzięło ośmioro kandydatów: prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski (KO), popierany przez PiS prezes IPN Karol Nawrocki, Magdalena Biejat (Nowa Lewica), Maciej Maciak (lider Ruchu Dobrobytu i Pokoju), Szymon Hołownia (Trzecia Droga), Marek Jakubiak (Wolni Republikanie), Krzysztof Stanowski (przedsiębiorca, właściciel Kanału Zero) oraz Joanna Senyszyn (była posłanka SLD).

onet.pl


Według doniesień rosyjskie siły dostosowały w ostatnich tygodniach swoją taktykę uderzeń dalekiego zasięgu, prawdopodobnie w ramach wysiłków zmierzających do zadania znacznych szkód za pomocą pakietów uderzeniowych o rozmiarach podobnych do tych, których używały wcześniej w tym roku, oraz w celu zastraszenia ukraińskich cywilów. Ukraińskie źródła i niemieckie media BILD poinformowały pod koniec marca i na początku kwietnia 2025 r., że rosyjskie siły krążą z dronami dalekiego zasięgu na dużych wysokościach, kilka kilometrów od dużych ukraińskich miast i innych celów, zanim przeprowadzą zsynchronizowane uderzenia wieloma dronami. Ukraińskie źródła poinformowały, że rosyjskie siły latają dronami Shahed w możliwie najgęstszych formacjach, aby przytłoczyć ukraińskie systemy obrony powietrznej, a rosyjskie siły koncentrują grupę od 10 do 15 dronów Shahed poza miastem przed uderzeniem w miasto. Rzecznik ukraińskich sił powietrznych, pułkownik Jurij Ihnat, poinformował 6 kwietnia, że ​​rosyjskie siły stale modernizują swoje drony Shahed, rakiety balistyczne i taktykę uderzeniową, co utrudnia ukraińskim siłom ich zestrzelenie. Wcześniej rosyjskie siły wystrzeliwały drony dalekiego zasięgu Shahed w serii fal przeciwko różnym celom każdej nocy, a doniesienia o próbach wykorzystania dronów w gęstszych formacjach wskazują, że siły rosyjskie wierzą, że ta nowa taktyka pozwoli skuteczniej pokonać ukraińską obronę przeciwlotniczą.

understandingwar.org


Spośród 43.526 statków wysłanych w 953 konwojach przez Atlantyk przez aliantów w drugiej połowie wojny, Kriegsmarine zdołała zatopić zaledwie 272 statki. Tymczasem podczas wojny na morzu zatopiono aż 648 z 757 sprawnych okrętów podwodnych. Zginęło 30.000 niemieckich żołnierzy, co daje aż 60-procentowe straty wśród marynarzy.

komputerswiat.pl


Jeśli w tej chwili masz na sobie buty Nike, to prawdopodobieństwo, że zostały wyprodukowane w Wietnamie, wynosi 50 procent. Nosisz Adidasy? Szanse wynoszą 40 procent. A może Pumy? Jeden do czterech.  

Samo Nike współpracuje w Wietnamie z około 155 fabrykami, w których łącznie pracuje ponad pół miliona osób.

Choć same liczby mogą szokować, to wyłaniający się z nich szerszy obraz już mniej. Większość konsumentów ma świadomość, że wszechobecne jeszcze 10-15 lat temu na ubraniach dużych sieci odzieżowych metki z napisem "Made in China" zostały w dużej mierze zastąpione przez oznaczenia "Made in Vietnam", "Made in Cambodia", "Made in Laos" i "Made in Bangladesh". To właśnie tekstylia są pierwszym, co przychodzi nam do głowy w odpowiedzi na pytanie "jakie produkty eksportują kraje Azji Południowo-Wschodniej?". Niskie płace sprawiają, że region jest niezwykle konkurencyjny, jeśli chodzi o wytwarzanie mało technologicznie rozwiniętych produktów, którymi są ubrania.

To, o czym mówi się znacznie mniej, to ogromny wzrost roli Wietnamu w przemyśle high-tech. Około połowy z 280 milionów smartfonów i tabletów produkowanych rocznie przez Samsunga powstaje w Wietnamie. Łączna wartość produktów Samsunga eksportowanych z kraju wyniosła w 2023 roku 56 miliardów dolarów - to 16 procent całego wietnamskiego eksportu. LG - kolejny koreański gigant technologiczny z istotną bazą produkcyjną w Wietnamie - sprzedaje za granicę produkty o wartości 10 miliardów dolarów. Lokalni podwykonawcy Apple odpowiadają za światowe dostawy 20 procent iPadów.  

Władze w Hanoi kładą też ogromny nacisk na rozwój sektora procesorów. W tej chwili Wietnam ma 1 procent udziału w światowym rynku, ale według analizy firmy konsultingowej Boston Consulting Group i amerykańskiego stowarzyszenia sektorowego Semiconductor Industry Association ma wzrosnąć do 8-9 procent w 2032 roku.  

Łącznie sektor high-tech eksportuje produkty za 175 miliardów dolarów rocznie, co odpowiada za 43 procent wartości całego wietnamskiego eksportu. Dla porównania - przemysł high-tech stanowi 26 procent eksportu z Chin, 22 procent eksportu z USA, 19 procent eksportu z Unii Europejskiej i 15 procent eksportu z Indii. (...)

Istotną rolę w rozwoju wietnamskiego przemysłu high-tech odegrały rosnące geopolityczne napięcia na linii Pekin-Waszyngton. W obawie przed potencjalnymi cłami, a następnie faktycznie wojnie celnej rozpoczętej przez Donalda Trumpa w czasie jego pierwszej kadencji, firmy zależne w ogromnym stopniu od eksportu z Chin do USA postawiły na inwestycje w nowe fabryki w Wietnamie /doszła także pandemia - red./.

W rezultacie wymiana handlowa ze Stanami Zjednoczonymi wystrzeliła w kosmos. W 2016 roku eksport wietnamskich dóbr do USA wyniósł 38 miliardów dolarów. W 2024 roku był ponad trzykrotnie wyższy - 134 miliardy - i odpowiadał za 30 procent całego eksportu kraju. Wraz z tym pojawiła się ogromna nadwyżka handlowa; w 2024 roku osiągnęła 124 miliardy dolarów. Większy deficyt handlowy Stany Zjednoczone mają tylko z Chinami (295 miliardów) i z Meksykiem (172 miliardy).  

Wietnamscy decydenci wierzyli, że agresywna retoryka Trumpa w zakresie ceł nie przełoży się na bolesne czyny wobec Hanoi. "Gwarantem bezpieczeństwa" miały być z jednej strony interesy potężnych amerykańskich korporacji inwestujących w Wietnamie, takich jak Intel, Boeing i wspomniane już Nike i Apple, a z drugiej - geopolityczna racja stanu. Od lat Waszyngton szukał zbliżenia z władzami kraju w ramach tworzenia przeciwwagi dla Chin, czego kulminacją było podpisanie przez oba państwa paktu o "wszechstronnym partnerstwie strategicznym" w 2023 roku.  

Okazało się, że ani interesy amerykańskich firm, ani geopolityczna racja stanu nie mają żadnych szans w starciu z brutalnie prostą regułą przyjętą przez ekipę Trumpa przy ustalaniu wysokości ceł. Liczy się tylko stosunek deficytu handlowego w relacji do wartości importu, a ten w wypadku Wietnamu i Stanów Zjednoczonych wynosi 91 procent. A jako że prezydent USA litościwie obwieścił, że "cła odwetowe" będą dwukrotnie niższe, niż wychodzi z obliczeń, to dla Wietnamu magiczna liczba wyniosła 46 procent. Napędzające od lat wietnamską gospodarkę amerykańskie inwestycje nagle okazały się ciężarem.  

Dla Hanoi wprowadzenie ceł w tej wysokości na towary eksportowane do USA byłoby gospodarczą katastrofą. Choć zimna arytmetyka absurdalnego wzoru używanego przez administrację Trumpa nie bierze pod uwagę żadnych innych aspektów niż sam bilans handlowy, to władze Wietnamu ruszyły na poszukiwanie rozwiązań, które mogą udobruchać Biały Dom.  

Pierwszym ruchem była deklaracja gotowości do zniesienia wszystkich ceł na produkty importowane z USA. Rzecz w tym, że ich uśredniona wartość wynosi w tej chwili 8-9 procent i w żaden sposób nie odpowiada za to, że Wietnam o wiele więcej do Stanów Zjednoczonych eksportuje, niż z nich importuje. Bardzo duża część wietnamskiego importu to komponenty wykorzystywane przez lokalne firmy w produkcji dóbr finalnych przeznaczonych na eksport. Największym eksporterem są Chiny (34 procent), a drugim - Korea Południowa (16 procent).  

Znaczący wzrost dóbr importowanych z Chin do Wietnamu w ostatnich latach to główny element narracji Białego Domu o tym, jak Hanoi oszukuje swoich amerykańskich partnerów. Zgodnie z tą opowieścią wietnamskie produkty eksportowane do USA to w rzeczywistości po prostu chińskie produkty z wietnamską etykietką - po to, by chińscy producenci mogli obchodzić cła nałożone na Pekin. Stąd bierze się drugi ruch władz Wietnamu, czyli obietnica zwalczania "reroutingu", a więc przekierowywania chińskich towarów przez Wietnam dla celów czysto celnych.  

Jeśli jednak spojrzymy na statystyki serwisu CEIC data, to: ponad 70 procent wartości wietnamskich dóbr importowanych do Stanów Zjednoczonych została wytworzona bez jakiegokolwiek udziału chińskich firm i produktów.

Nie oznacza to jednak, że pozostałe 30 procent to po prostu artykuły Made in China z wietnamskim paszportem. Według analizy naukowców z uniwersytetów Harvarda, Duke i Nottingham wskaźniki wskazują, że faktyczny udział chińskich produktów nielegalnie oznaczanych jako pochodzące z Wietnamu w wietnamskim eksporcie do Stanów Zjednoczonych wynosi od około 1,5 procent do 16,5 procent, a najbardziej realistyczne szacunki mieszczą się w przedziale 6-7 procent. Nawet jeśli zredukować by je do zera, to wpływ na zbilansowanie wymiany handlowej pomiędzy USA a Wietnamem byłby znikomy.

Trzecią inicjatywą Hanoi jest zapewnienie, że amerykańskie firmy będą miały większy dostęp do wietnamskich zamówień publicznych. Suma inwestycji publicznych sfinansowanych przez rząd w 2024 roku wyniosła 27 miliardów dolarów. Nawet jeśli amerykańskie firmy miałyby odpowiadać za wszystkie inwestycje publiczne i korzystałyby w ich realizacji tylko z dóbr importowanych z USA - co jest absolutnie absurdalnym założeniem - to deficyt handlowy Stanów Zjednoczonych z Wietnamem wciąż wynosiłby niemal 100 miliardów dolarów.  

Żadna z propozycji władz Wietnamu nie ma zatem szans zbliżyć wymiany handlowej ze Stanami Zjednoczonymi dla wymarzonego przez Trumpa stanu "równowagi". Każda z nich może jednak sama w sobie okazać się wystarczająca, by amerykański prezydent ogłosił wielki negocjacyjny sukces i zdjął ostatecznie, docelowo i raz na zawsze wiszącą nad wietnamską gospodarką groźbę niemal 50-procentowych ceł. A przynajmniej do kolejnego amerykańskiego  "dnia wyzwolenia".

gazeta.pl

sobota, 12 kwietnia 2025



W 2018 r. Trump nazwał broń jądrową "największym problemem na świecie". Wielokrotnie wypowiadał się na ten temat także podczas swojej drugiej kadencji, ostrzegając przed "III wojną światową". W połowie lutego 2025 r. oświadczył: "Nie ma powodu, dla którego mielibyśmy budować nową broń nuklearną. Mamy jej już tak wiele".

Jednak w ciągu niecałych trzech miesięcy jako prezydent Trump uruchomił dokładnie odwrotny trend — najszybsze i najbardziej niebezpieczne potencjalne przyspieszenie rozprzestrzeniania broni jądrowej na całym świecie od początku zimnej wojny.

Nowe potencjalne potęgi nuklearne to nie tylko państwa zbójeckie, które od dawna są przedmiotem troski Stanów Zjednoczonych, takie jak Iran i Korea Północna. Coraz częściej państwa rozważające wejście na drogę nuklearną są długoletnimi sojusznikami USA, od Niemiec po Koreę Południową, od Japonii po Arabię Saudyjską.

W obliczu groźby wycofania się Stanów Zjednoczonych ze swoich zobowiązań obronnych, coraz więcej krajów otwarcie mówi o rozwoju arsenału jądrowego — i co równie niepokojące, mówi o wykorzystaniu broni jądrowej w przypadku wybuchu działań wojennych.

Tymczasem wydaje się, że administracja Trumpa zupełnie nie liczy się z konsekwencjami działań, czasami zupełnie sprzecznych, które podejmuje.

Rzecznik Rady Bezpieczeństwa Narodowego USA James Hewitt nie odpowiedział wprost na zadane mu pytania dotyczące tego, czy Trump chce otworzyć sojusznikom w Europie i na Indo-Pacyfiku drogę do uzyskania broni nuklearnej w ramach skłonienia ich do przejęcia ciężaru własnej obrony. Hewitt stwierdził natomiast: "Prezydent Trump wielokrotnie ostrzegał, że wzajemne zniszczenie za pomocą broni jądrowej jest największym zagrożeniem dla ludzkości i jest zaangażowany w politykę promującą zaprzestanie proliferacji na całym świecie".

Eksperci do spraw broni jądrowej zauważają natomiast, że administracja ma niewielu pracowników, którzy mogliby zająć się tematem proliferacji broni masowego rażenia. Kilku kandydatów z Departamentów Obrony i Stanu USA do Narodowej Administracji Bezpieczeństwa Nuklearnego czeka na potwierdzenie. W Radzie Bezpieczeństwa Narodowego nie powołano jeszcze starszego dyrektora do spraw kontroli zbrojeń.

Wycofanie globalnego amerykańskiego parasola obronnego zasygnalizowane przez Trumpa spowodowało przyspieszenie tendencji do rozbudowy arsenału jądrowego na całym świecie, lub przynajmniej sprowokowało rozważania na ten temat. Potencjalni przeciwnicy USA, a także sojusznicy, są zdziwieni faktem, że nikt w administracji Trumpa nie wydaje się chętny lub zdolny do zajęcia się tą kwestią.

Francesca Giovannini, szefowa programu do spraw zbrojeń nuklearnych Project on Managing the Atom na uczelni Harvard's Kennedy School of Government, która spotkała się z chińskimi urzędnikami pod koniec marca, powiedziała, że w Pekinie chińscy urzędnicy są coraz bardziej zaniepokojeni tym, że "bezpieczeństwo w regionie ulega osłabieniu i ostatecznie będą musieli radzić sobie z większą liczbą krajów z bronią jądrową w Azji".

Jak relacjonuje ekspertka, Chińczycy "tak naprawdę nie mają pojęcia, kogo Trump wyznaczy do spraw kontroli zbrojeń. Ludzie Trumpa nie mają odpowiedniego doświadczenia, by podejmować takie decyzje".

Wielu sojuszników USA ma teraz poczucie, że Trump porzuca cały powojenny globalny system i wrzuca świat z powrotem w okrutną walkę o władzę, w której największe mocarstwa dominują w swoich regionach, a mniejsze kraje walczą o przetrwanie.

(...)

Friedrich Merz, który najprawdopodobniej zostanie nowym kanclerzem Niemiec, w wywiadzie udzielonym w marcu nie wykluczył pomysłu opracowania niemieckiej broni jądrowej. Merz powiedział, że Berlin powinien rozpocząć rozmowy na temat rozszerzenia francuskiego i brytyjskiego odstraszania nuklearnego na Europę i zasugerował, że Niemcy mogą być w końcu gotowe, by przyjąć francuską koncepcję do strategicznej autonomii od Stanów Zjednoczonych.

Prezydent Francji Emmanuel Macron zaproponował rozszerzenie francuskiego parasola nuklearnego. 18 marca powiedział, że Francja rozmieści własne myśliwce Rafale wyposażone w naddźwiękowe głowice nuklearne wzdłuż granicy z Niemcami w 2035 r.

Jeśli chodzi o Ukrainę, która czuje się zagrożona porzuceniem przez Waszyngton w obliczu agresji Rosji, prezydent Wołodymyr Zełenski otwarcie mówił o przywróceniu odstraszania nuklearnego. "Albo Ukraina będzie miała broń nuklearną, a wtedy będzie to dla nas obrona, albo Ukraina będzie w NATO" — oświadczył Zełenski w październiku ubiegłego roku.

— Powiedzmy, że jesteś Zełenskim i jesteś zmuszony do niesatysfakcjonującego pokoju z Rosją bez dobrych gwarancji bezpieczeństwa. Jakie jest twoje najlepsze wyjście? — zadaje retoryczne pytanie Daniel Serwer z uczelni Johns Hopkins School of Advanced International Studies.

— Czy Ukraińcy technicznie mogliby to zrobić [skonstruować broń jądrową]? Oczywiście. Zobacz, co zrobili, prowadząc wojnę. Znają się na rzeczy. Mieli do czynienia z dużą ilością materiałów jądrowych. Mają dobrych fizyków i naprawdę dobrych inżynierów. Nie jest to również poza możliwościami Polski, Niemiec, Japonii czy Tajwanu — dodaje ekspert do spraw bezpieczeństwa międzynarodowego.

onet.pl