czwartek, 26 grudnia 2024



— Robimy wszystko, co w naszej mocy — powiedziała Wiktoria Hryb, szefowa podkomisji do spraw bezpieczeństwa energetycznego w ukraińskim parlamencie.

(...)

Ponieważ ukraińskie obiekty energetyczne zostały w większości zbudowane, gdy Ukraina była częścią Związku Radzieckiego, są one uzależnione od części zamiennych z obiektów z czasów radzieckich, powiedział Andrian Prokip, ekspert do spraw energii z think tanku Kennan Institute w Waszyngtonie.

W zeszłym roku DTEK, największa prywatna firma energetyczna na Ukrainie, rozpoczęła poszukiwania kompatybilnych części w elektrowniach w krajach byłego bloku wschodniego, takich jak Słowacja i Czechy.

— Znaleźliśmy elektrownie wykorzystujące generatory i turbiny, które były bardzo podobne do naszych — powiedział Ołeksij Powołotskij z DTEK.

W ramach jednego z najodważniejszych ukraińskich projektów cała elektrownia, która niegdyś dostarczała ciepło do połowy Wilna, stolicy Litwy, jest demontowana przy wsparciu Unii Europejskiej, a jej części są wykorzystywane do naprawy kilku uszkodzonych ukraińskich obiektów.

Według Ignitis, litewskiej spółki energetycznej, która jest właścicielem elektrowni, operacja rozpoczęła się latem tego roku i jest kontynuowana. Ponad 300 sztuk sprzętu jest wysyłanych do Ukrainy, a ich dokładne przeznaczenie jest utrzymywane w tajemnicy ze względów bezpieczeństwa.

Części zamienne do elektrowni miały pierwotnie dotrzeć do Ukrainy przed zimą, ale przeszkody logistyczne i biurokratyczne opóźnienia spowodowały przesunięcie harmonogramu. Według urzędników i biznesmenów zaangażowanych w operację, którzy chcieli zachować anonimowość, niektóre kluczowe urządzenia zostaną dostarczone dopiero w przyszłym roku.

(...)

Ponieważ większość jej elektrowni cieplnych i wodnych została zniszczona lub poważnie uszkodzona, Ukraina polega na swoich trzech działających elektrowniach jądrowych, aby utrzymać dostawy prądu. Według DiXi Group, ukraińskiego think tanku zajmującego się energetyką, łącznie mogą one dostarczyć 7,7 gigawatów energii elektrycznej na godzinę, czyli ponad połowę mocy potrzebnej dla kraju.

Rosja powstrzymała się od bezpośredniego ataku na elektrownie jądrowe, co mogłoby wywołać katastrofalną w skutkach katastrofę. Zamiast tego skupiła się ostatnio na sparaliżowaniu ich zdolności do przesyłania energii poprzez niszczenie podstacji łączących je z siecią.

Od sierpnia Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej, organ ONZ, odnotowała cztery ataki na takie podstacje. Za każdym razem ataki wymuszały wyłączenie kilku reaktorów lub wymagały od nich zmniejszenia mocy w ramach środków ostrożności.

Ukraina zbudowała betonowe schrony wokół podstacji, aby je chronić, ale urzędnicy przyznają, że są one nieskuteczne przeciwko pociskom. Ukraińcy sięgnęli więc po drastyczny środek: poprosili urzędników z agencji ONZ o pozostanie w podstacjach, licząc na to, że ich obecność odstraszy rosyjskie ataki.

onet.pl/The New York Times


Ukraińscy eksperci wojskowi zaobserwowali zauważalny spadek jakości rosyjskiej broni używanej podczas trwających ataków na Ukrainę.

Pomimo wysiłków Rosji, aby dostosować swój arsenał do wymagań współczesnej wojny, w tym masowej produkcji irańskich dronów Shahed, jakość tych systemów pogorszyła się z powodu niedoborów dostaw i środków obniżających koszty.

Andrij Kulczycki, szef wojskowego laboratorium badawczego Kijowskiego Instytutu Badań Naukowych Ekspertyzy Sądowej, podzielił się swoimi spostrzeżeniami w wywiadzie dla DW, stwierdzając, że chociaż Rosji udało się uruchomić krajową produkcję dronów Shahed na dużą skalę i zmodyfikować ich konstrukcję pod kątem warunków pola walki, zmiany te wiązały się z kosztami.

„Rosjanie dostosowali te drony do swoich potrzeb, ale z powodu braku komponentów i wysiłków na rzecz obniżenia kosztów ich jakość spadła” — wyjaśnił Kulczycki.

Wcześniejsze wersje dronów Shahed zawierały liczne komponenty produkcji zagranicznej, w tym łożyska wyprodukowane w Japonii i precyzyjnie wykonane drążki serwomechanizmu. Jednak ostatnie wersje wykazały przejście na uproszczone łożyska i bezpośrednie zespoły korbowodów, co wskazuje na niedobór wysokiej jakości komponentów.

Kulczycki podkreślił ustalenia dotyczące dronów Shahed odzyskanych po ataku na cele ukraińskie.

„To silnik drona, który uderzył w budynek mieszkalny w Kijowie” — powiedział. „Oczywiste jest, że wraz z masową produkcją dronów Rosja coraz bardziej zmaga się z niedoborem części. Nie ma koła zamachowego, rozrusznika. Zamiast tego są surowe cięcia i śruby. Drony są ręcznie wystrzeliwane i projektowane do masowego użytku. Jeśli lata, to lata”.

Takie modyfikacje odzwierciedlają rosyjską strategię stawiania ilości ponad jakością w kampanii powietrznej. Podczas gdy wydajność dronów Shahed zmalała, ich liczba w atakach znacznie wzrosła.

Pogorszenie jakości rosyjskich dronów podkreśla skuteczność międzynarodowych wysiłków na rzecz ograniczenia dostaw zaawansowanych technologicznie komponentów do Rosji. Ukraińscy eksperci systematycznie analizują komponenty znalezione w odzyskanych dronach i dzielą się tymi informacjami z międzynarodowymi partnerami.

„Widzimy rezultaty tych wysiłków” — zauważył Kulczycki. „Brak łożysk i uproszczenia w projektowaniu odzwierciedlają brak dostępu do kluczowych komponentów, prawdopodobnie z powodu międzynarodowych sankcji i ograniczeń”.

Pomimo spadku jakości, rosnąca liczba ataków dronów Shahed stanowi stałe wyzwanie dla ukraińskich systemów obrony powietrznej. Poleganie na uproszczonych, produkowanych masowo dronach podkreśla zmianę Rosji w kierunku taktyki nasycenia, której celem jest przytłoczenie systemów obronnych samą liczbą, a nie precyzją lub wyrafinowaniem.

defence-blog.com


Inaczej wygląda sytuacja w przypadku fabryk amunicji, które grupa buduje w Europie i z dumą prezentuje opinii publicznej. Zakłady te mają w przyszłości produkować amunicję, która uczyni Europę obronną.

W prawie żadnym innym kraju europejskim Rheinmetall i rząd nie są tak ściśle ze sobą powiązane jak na Węgrzech. Dyrektor generalny Armin Papperger jest członkiem rady doradczej 4iG, powiązanej z rządem firmy zajmującej się technologiami informacyjnymi. A w kwietniu 2023 r. Rheinmetall dodał do swojego kierownictwa byłego sekretarza stanu Gáspára Marótha. Po latach negocjacji dla rządu Orbána z przemysłem zbrojeniowym, rozważał on teraz rozszerzenie obecności firmy na Węgrzech.

Plany są ambitne. Rheinmetall założył już fabrykę na Węgrzech, aby produkować czołgi Lynx, a także pojazdy bojowe, fabrykę radarów i pocisków. Buduje również fabrykę do produkcji materiałów wybuchowych i amunicji. RDM wygrało kontrakt o wartości 192 mln euro na budowę tego zakładu na działce o powierzchni 150 hektarów. Po zakończeniu budowy będzie produkować amunicję średniego i dużego kalibru.

Ale ta jedna nowa fabryka najwyraźniej nie wystarczy, aby sprostać nowemu ogromnemu zapotrzebowaniu na amunicję. Dlatego Rheinmetall planuje budowę kolejnych fabryk w Europie. Szybkość tego procesu jest widoczna w raportach publikowanych w ostatnich miesiącach. Uderzające jest to, jak otwarcie firma komunikuje się na temat swojej ekspansji w Europie, podczas gdy jej transakcje biznesowe w RPA rzadko pojawiają się publicznie.

(...)

W marcu firma ogłosiła budowę fabryki prochu w Rumunii. W lipcu ogłoszono plany budowy fabryki na Ukrainie, a w listopadzie podpisano umowę na zakład produkcji amunicji na Litwie.

Biznes z fabrykami amunicji kwitnie. Dlatego Rheinmetall rozszerza teraz swoją działalność również w Republice Południowej Afryki. Na początku sierpnia 2024 r. grupa ogłosiła, że ​​zamierza nabyć większościowy udział w Resonant Holdings. Południowoafrykańska firma, która zatrudnia około 150 pracowników, specjalizuje się w zakładach produkujących materiały wybuchowe. W przyszłości niemiecka firma prawdopodobnie będzie zaopatrywać jeszcze więcej fabryk amunicji na całym świecie za pośrednictwem Republiki Południowej Afryki. (...)

Tymczasem jednak dla niemieckiej grupy staje się jasne, że jej południowoafrykański model biznesowy nie jest już pozbawiony zagrożeń. Przez długi czas służył firmie, aby nie musieć radzić sobie ze ścisłymi niemieckimi kontrolami eksportu broni. Teraz zwraca się przeciwko firmie. Pod koniec sierpnia okazało się, że zamówienie Rheinmetall na pilnie potrzebną amunicję kalibru 155 mm do Polski zostało wstrzymane. Powód? Władze RPA bezterminowo opóźniały decyzję o dostawie, argumentując, że amunicja może trafić w ręce armii ukraińskiej.

Dwa miesiące później prezydent RPA gościł w Johannesburgu swojego rosyjskiego odpowiednika Władimira Putina. „Wciąż postrzegamy Rosję jako cennego sojusznika, jako cennego przyjaciela, który wspierał nas od samego początku, od czasów naszej walki z apartheidem” – oświadczył Cyril Ramaphosa.

Następnie obaj przywódcy polecieli do Kazania w Rosji po dwustronnym spotkaniu, aby wziąć udział w 16. szczycie BRICS, gdzie dołączyli do nich ich odpowiednicy z Egiptu, Zjednoczonych Emiratów Arabskich i Indii, między innymi. Premier Indii Narendra Modi mógł zapytać, jak sprawdziła się dla nich fabryka broni, którą kupili od Niemców, ponieważ właśnie dołączył do tego klubu.

investigate-europe.eu


To jak on ma być ułożony? I pytanie też, na ile gotowa do tego będzie Komisja i kraje członkowskie? KE, która z komisarzem Fransem Timmermansem niedawno robiła wszystko, żeby docisnąć pedał gazu.

Po pierwsze, komisarz Timmermans od ponad roku nie pracuje już w Komisji. Po drugie, to przyspieszenie w kierunku zielonych rozwiązań nastąpiło w kontekście inwazji Rosji na Ukrainę. Wtedy wszyscy pilnie szukali rozwiązań. Nie mieliśmy innych, alternatywnych źródeł, także przez politykę rządu Angeli Merkel i niewdrożenie Unii Energetycznej, którą premier Tusk zaproponował po inwazji Rosji na Ukrainę 10 lat temu. Unia energetyczna miała na celu m.in. odejście od uzależnienia energetycznego od Rosji i unijni liderzy na to przystali. Niestety, dwa lata później, mimo sprzeciwów i przestróg, do czego to może doprowadzić, kanclerz Merkel zmieniła zdanie.

Pamiętam jak w 2015 roku na spotkaniu szerpów G7 tłumaczyłem, czym może się skończyć dalsze uzależnienie od Rosji i budowa Nord Stream 2, że to geopolityczny samobój dla Europy. Dziś to niemiecka gospodarka płaci gigantyczną cenę za ten strategiczny błąd. I nie mamy tu żadnej Schadenfreude, ponieważ odbija się to negatywnie na całej UE, w tym na naszej gospodarce. Na szczęście Europejczycy wyciągają lekcje ze swoich błędów. Europa Merkel powoli odchodzi do lamusa, następuje zmiana w polityce migracyjnej, energetycznej, obronnej czy gospodarczej, o którą od lat zabiegał premier Tusk. Myślę, że nie będzie na wyrost stwierdzenie, że teraz powstaje Europa Tuska.

Tylko czy taka refleksja staje się dominująca? Niedawno, na wystąpieniu w Brukseli, stwierdził pan, że głośny raport byłego premiera Włoch Mario Draghiego o wyzwaniach dla europejskiej gospodarki, stawia zbyt wiele rekomendacji i jeśli zaczniemy realizować je bez załatwienia podstawowego problemu - cen energii - to będzie to droga donikąd.

Zadaniem polskiej prezydencji będzie ukierunkowanie tej dyskusji. Nie krytykowałem raportu Draghiego, tylko powiedziałem, że musimy się na czymś skupić, żeby osiągnąć rezultaty. Na to wskazują dwie dekady polskiego doświadczenia w Unii. Jak weszliśmy do Wspólnoty w 2004 roku, to powstał bardzo podobny raport "Agenda for Growing Europe", zamówiony przez ówczesnego szefa Komisji Europejskiej Romano Prodiego. Diagnoza tamtego raportu była taka sama jak raportu Draghiego: utrata konkurencyjności UE względem Stanów Zjednoczonych. Niestety, niewiele z tego wyszło. Dlatego, jeżeli dziś na serio chcemy rozwiązać problemy Europy, to musimy zdecydować, od czego mamy zacząć. Wybrać to, co najważniejsze i na tym skupić polityczną uwagę.

Jeżeli patrzymy na całość gospodarczej mapy Europy, to najważniejszą jej częścią jest energia i ceny, jakie płacimy. W raporcie Draghiego słowo "energia" pojawia się 600 razy, co dobrze obrazuje dobitny wpływ cen energii na całą gospodarkę - od firm, przez szpitale i szkoły, po konsumentów. Jeżeli Europejczycy płacą od 2 do nawet 5 razy więcej za energię niż Chińczycy i Amerykanie, to jak mamy konkurować?

(...)

To jak w tym kontekście ocenić Zielony Ład?

To są poważne dyskusje, które nas czekają. Jedna z nich, którą szef MF Polski będzie prowadził, dotyczy tego, żeby więcej prywatnych środków płynęło na transformację energetyczną. Minister Domański jest tutaj chyba najlepszą osobą, z tego względu, że wiele lat pracował na rynku prywatnym i doskonale go zna i rozumie. Od kilku miesięcy rozmawia z koleżankami i kolegami z ECOFINU, jak sprawić, aby część oszczędności, które odpływają do Stanów, o których pisał m.in. Draghi (tj. około 300 miliardów rocznie euro) została w Europie i pracowała dla naszej gospodarki na transformację.

Jeszcze przed wojną Green Deal momentami się spinał, tak?

Opierał się w dużej mierze na fotowoltaice z Chin i tanim gazie z Rosji, tylko te fundamenty runęły w 2022 roku. To już wiemy i tu dokonuje się zmiana.

money.pl

Wysoki rangą urzędnik rosyjski powtórzył naleganie prezydenta Rosji Władimira Putina, że ​​negocjacje z Ukrainą muszą opierać się na tych samych bezkompromisowych żądaniach, jakie wysunął przed pełnoskalową inwazją i w momencie największych zdobyczy terytorialnych Rosji, pomimo faktu, że Ukraina wyzwoliła znaczną część terytorium od tego czasu. Przewodnicząca Rady Federacji Rosyjskiej Walentina Matwijenko oświadczyła 24 grudnia, że ​​Rosja jest otwarta na kompromis w negocjacjach z Ukrainą, ale że Rosja będzie ściśle przestrzegać warunków, które przedstawiła podczas negocjacji w Stambule w marcu 2022 r., gdy wojska rosyjskie zbliżały się do Kijowa i całej wschodniej i południowej Ukrainy. Matwijenko dodała, że Rosja nie odstąpi od tych warunków „ani o jotę”. Częściowe porozumienie, które pojawiło się podczas negocjacji ukraińsko-rosyjskich w Stambule w marcu 2022 r., stwierdzało, że Ukraina będzie państwem neutralnym na stałe, które nie może przystąpić do NATO, i nakładało ograniczenia na ukraińską armię podobne do tych nałożonych na Niemcy przez Traktat Wersalski po I wojnie światowej, ograniczając Siły Zbrojne Ukrainy do 85.000 żołnierzy. Żądania Rosji w Stambule były głównie bardziej szczegółowymi wersjami żądań, które Putin wysunął na kilka miesięcy przed rozpoczęciem pełnoskalowej inwazji w lutym 2022 r., w tym „demilitaryzacji” i neutralności Ukrainy. Matwijenko powtarza żądanie Putina z jego dorocznej telewizyjnej konferencji prasowej Direct Line 19 grudnia, a wyżsi rangą rosyjscy urzędnicy prawdopodobnie złożą podobne roszczenia publiczności krajowej i zagranicznej w nadchodzących tygodniach. ISW nadal ocenia, że ​​odniesienia wysokich rangą rosyjskich urzędników do warunków, jakie Putin próbował narzucić Ukrainie, gdy uważał, że jego pełnoskalowa inwazja może się powieść w ciągu kilku dni w 2022 r., odzwierciedlają jego przekonanie, że może całkowicie pokonać Ukrainę militarnie, pomimo ogromnych niepowodzeń, jakie Ukraina zadała siłom rosyjskim od tego czasu.

Ograniczenia ekonomiczne Kremla prawdopodobnie utrudnią jego wysiłki na rzecz narzucenia polityki zwalczającej długoterminowy spadek demograficzny w Rosji. Gubernator obwodu niżnonowogrodzkiego Gleb Nikitin oświadczył 23 grudnia, że ​​obwód niżnonowogrodzki zapewni wypłatę kapitału macierzyńskiego w wysokości jednego miliona rubli (około 10.000 USD) na urodzenie każdego dziecka począwszy od nieokreślonej daty w 2025 r. Nikitin oświadczył, że władze obwodu niżnonowogrodzkiego zapewnią milion rubli na pierwsze i drugie dziecko ze środków federalnych i regionalnych oraz zapewnią milion rubli na trzecie i czwarte dziecko wyłącznie z budżetu regionalnego. Rosyjskie władze regionalne prawdopodobnie będą nadal zwiększać wypłaty kapitału macierzyńskiego w ramach dyrektywy Kremla mającej na celu rozwiązanie długoterminowych problemów demograficznych. Jednak rząd rosyjski może mieć trudności z zapewnieniem dużych wypłat kapitału macierzyńskiego w dłuższej perspektywie, ponieważ gospodarka rosyjska jest stale obciążona wojną na Ukrainie, sankcjami międzynarodowymi i rosnącymi niedoborami siły roboczej. Rosyjska państwowa agencja informacyjna RIA Novosti poinformowała 24 grudnia, że ​​otrzymała list wysłany przez rosyjski bank centralny w odpowiedzi na prośbę deputowanego rosyjskiej Dumy Państwowej Denisa Parfenova, w którym bank centralny stwierdził, że obniżenie głównej stopy procentowej w celu pobudzenia popytu, gdy „popyt już przewyższa podaż”, jest „niebezpieczne”. Bank centralny stwierdził, że obecne niedobory siły roboczej, sprzętu i transportu w Rosji oznaczają, że tanie pożyczki nie zapewnią natychmiast producentom dodatkowych zasobów, a jedynie zaostrzą konkurencję o zasoby i podniosą ceny. Rosyjski bank centralny podniósł główną stopę procentową do 21 procent w październiku 2024 r., a szefowa banku, Elwira Nabiullina, niedawno oświadczyła, że ​​bank może ją jeszcze podnieść. Prezydent Rosji Władimir Putin próbował podczas swojej transmitowanej w telewizji konferencji prasowej Direct Line 19 grudnia przedstawić rosyjską gospodarkę jako „stabilną i niezawodną”, jednocześnie obwiniając rosyjski bank centralny i Nabiullinę o niewłaściwe zarządzanie rosnącymi stopami procentowymi.

understandingwar.org

środa, 25 grudnia 2024



Nie wiemy dokładnie, jak Kreml interpretuje tendencje i zmiany zachodzące w Azji Środkowej, lecz pewne podstawowe kwestie wydają się dość jasne.

Po pierwsze, jako że nacjonaliści rzadko dogadują się z innymi nacjonalistami, jest mało prawdopodobne, aby Putin i jego poplecznicy wysoko oceniali przywódców Kazachstanu; uważają ich zapewne za niewdzięcznych prowincjonalnych karierowiczów, którzy wykorzystali postsowiecką nędzę Rosji. Po drugie, Putin wraz z otoczeniem są neoimperialistami z silną nutą prawicowego "euroazjatyzmu" i nie ulega wątpliwości, że lokują Kazachstan w tak zwanej bliskiej zagranicy – rzekomej strefie wpływów Rosji poza jej granicami, w której nikt nie powinien się wtrącać w jej interesy (Kazachstanowi nie przysługuje prawo do własnej bliskiej zagranicy). Ponadto obecni władcy Kremla odziedziczyli hierarchiczną wizję narodów, kultur i ras, w której Kazachów, Kirgizów, Turkmenów czy Uzbeków uznaje się za automatycznie gorszych od Rosjan. Po trzecie, wywodzący się z petersburskiej mafii i KGB krąg Putina jest z definicji bardzo podejrzliwy wobec konkurencyjnych organizacji o podobnych korzeniach. Ci ludzie nie dbają o konwenanse, prawo międzynarodowe, normy demokratyczne ani zwykłą przyzwoitość. Obchodzi ich tylko to, co Chruszczow podsumował kiedyś dwoma słowami: kto kawo, czyli kto [kontroluje] kogo.

Jakiś czas temu Władimir Putin mógłby umieścić Kazachstan wysoko na liście tych, którzy coś przeskrobali i należy ich za to ukarać. Bajkonur jest dla niego być może nie mniej cenny niż Sewastopol; napomykał też już o dyskryminacji etnicznych Rosjan w tym kraju. Jednak czas na takie mrzonki już minął. Prężąc muskuły na Ukrainie, na dodatek robiąc to tak niekompetentnie, Putin postawił wszystkie byłe republiki sowieckie na baczność. Jeżeli Moskwa ruszyłaby na Kazachów, szybko odkryłaby nie tylko, że mają oni potężnych przyjaciół, ale też, że inne państwo – znacznie silniejsze od Rosji – może teraz uznać Azję Środkową za chińską, nie zaś rosyjską "bliską zagranicę".

Norman Davies - Plus ultra. Sięgaj dalej. Wyprawa na horyzonty historii


Ujgurzy to ludność turkijska, zamieszkująca przede wszystkim zachodnie Chiny (Sinciang), ale też wschodni Kazachstan, Kirgistan i Uzbekistan. Szacuje się ich liczebność na 15 milionów ludzi. Posiadają własny język, występujący przynajmniej w trzech dialektach, pisany w Chinach alfabetem arabskim, a w krajach byłego ZSRR cyrylicą.

Słowo "Ujgur" oznacza zjednoczony, sprzymierzony. Islam w Ujgurii zaczął dominować za rządów Timura, najprawdopodobniej nastąpiło to około 1420 r. Władca ten uważał religię za ważne spoiwo nowego państwa. Po jego upadku Ujgurzy podlegali zmianom politycznym tego regionu, wchodzili w skład państwa Chodżów, od 1635 r. – chanatu dżungarskiego i państwa Ojratów. Wreszcie po rozbiciu chanatu dżungarskiego zostali częścią Chin. Podbój zakończył się w 1760 r., przyłączono cały tak zwany Turkiestan Wschodni, czyli: Dżungarię, Kaszgarię, Kotlinę Tarimską i Hami. W 1882 r. obszar ten nazwano Sinciang (Xinjang), co znaczy "teren nowo zdobyty". Ta nazwa świetnie oddaje rzeczywistość – Chiny miały olbrzymi problem, by narzucić tam swoją władzę, a islam szybko stał się fundamentem budowania tożsamości i podwójnym problemem dla komunistycznych Chin. Po pierwsze, religia miała zostać wyrzucona na śmietnik historii, a i naród niechcący budować wspólnego komunistycznego kraju był problematyczny. Rozwiązaniem miała być rewolucja kulturalna, ale i ona nie dała rady pokonać islamu i tożsamości. Po fali odwilży rządów Xiaopinga Ujgurzy chcieli odzyskać wolność wyznawania islamu. Okazało się, że władze nie były aż tak nowatorskie, doszło do serii protestów, między innymi w Aksu (1980) oraz Kaszgarze (1981). Ważnym ewenementem wzmacniającym ruch ujgurski były nowe, młode elity, często kształcone na wschodnim wybrzeżu Chin, konfrontujące swoją tożsamość z większością Chińczyków. Kolejnym istotnym elementem był wzrost znaczenia islamu w regionie, przede wszystkim wojna w Afganistanie oraz jej konsekwencje, czyli pojawienie się ruchu dżihadu globalnego czy talibów, i wreszcie odrodzenie narodowe w Azji Centralnej po upadku ZSRR. Jednym z pretekstów okazała się polityka samego Pekinu, jak na przykład w 1985 r., gdy w Urumczi doszło do masowych protestów studentów ujgurskich przeciwko prowadzonym w tym regionie próbom nuklearnym oraz polityce regulacji dzietności.

Władze do zaostrzenia swojej polityki wykorzystały narrację tak zwanej wojny z terroryzmem. W styczniu 2007 r. zlikwidowano bazę szkoleniową Al-Kaidy w Sinciangu, zginęło osiemnaście osób, do planowania zamachów przyznało się trzydziestu pięciu Ujgurów. Do szeregu niepokojów doszło w okresie olimpiady w 2008 r. – podczas starć z milicją zginęło sto pięćdziesiąt sześć osób, dwanaście skazano na karę śmierci. Władze oskarżały Ujgurów oraz ich organizacje, Światowy Kongres Ujgurów oraz Muzułmański Ruch Wschodniego Turkiestanu (ETIM), o przygotowywanie zamachów terrorystycznych. W 2009 r. doszło do bardzo groźnych starć z milicją, a także do ataków na etnicznych Chińczyków (Han), postrzeganych jako agentów Pekinu, sprowadzanych w tej rejon w celu kontrolowania Ujgurów i zmiany struktury etnicznej. Szef regionalnego Stałego Komitetu Kongresu Ludowego w Sinciangu o wywołanie zamieszek obwinił "trzy siły": ekstremizm, separatyzm i terroryzm, zarówno domowego, jak i zagranicznego chowu. Polityka zaczęła być zaostrzana zwłaszcza za czasów Xi Jinpinga, który miał własny projekt i dla którego Ujgurzy stanowili potencjalny problem. Po pierwsze, planował uzyskanie większej równowagi rozwojowej poprzez industrializację zachodnich regionów. Przede wszystkim jednak Sinciang był bramą na Zachód i do Pakistanu, bramą dla osobistego projektu Xi, jakim był Nowy Jedwabny Szlak (One Belt, One Road; Belt and Road Initiative – BRI).

Od 2012 r. trwa proces deekstremizacji. Akcję tę rząd chiński nazwał Mocnym Uderzeniem (Strike Hard). Jedno z narzędzi stanowi reedukacja, prowadzona głównie w obozach, które tak naprawdę okazują się obozami pracy i prześladowań. Władze przekonywały, że mniejszości etniczne są w nich nauczane języka mandaryńskiego, żeby lepiej odnaleźć się na rynku pracy.

Szacuje się, że w obozach może przebywać ponad milion ludzi (cały Sinciang liczy dwadzieścia sześć milionów mieszkańców, z których ponad osiem milionów to Ujgurzy, a milion dwieście tysięcy to Kazachowie; Chińczyków Han jest tu około siedem i pół miliona). Według oficjalnych statystyk z 2017 r. aresztowania w Sinciangu stanowiły prawie 21 procent wszystkich aresztowań w kraju, choć mieszkańcy tego regionu to tylko 1,5 procent populacji Chin. W marcu 2017 r. władze autonomiczne uchwaliły ustawę "antyekstremistyczną", która zabraniała ludziom zapuszczania długich bród i noszenia zasłon twarzy w miejscach publicznych. Oficjalnie uznano również wykorzystanie ośrodków szkoleniowych do "eliminacji ekstremizmu". Było to oczywiście odpowiedzią na opinię prezydenta Xi Jinpinga, który ostrzegał przed "toksycznością religijnego ekstremizmu" i opowiadał się za wykorzystaniem narzędzi dyktatury do wyeliminowania islamistycznego ekstremizmu. Rząd prowadzi politykę sinicyzacji religii w Chinach, w wyniku czego "socjalistyczne podstawowe wartości" mają odgrywać wiodącą rolę we wspólnocie religijnej. Zgodnie z tym władze chińskie zintensyfikowały kampanię mającą na celu zmuszenie islamu do przystosowania się do "społeczeństwa socjalistycznego".

Innym pomysłem na reedukację, a tak naprawdę kontrolę, był projekt "Stawanie się rodziną". Około sto dziesięć tysięcy urzędników odwiedzało co dwa miesiące muzułmańskich mieszkańców Sinciangu w celu "wspierania harmonii etnicznej". W grudniu 2017 r. władze zmobilizowały ponad milion działaczy partyjnych do spędzenia tygodnia w domach, głównie Ujgurów. Tak zwane fanghuiju (odwiedzanie ludzi) polega na promowaniu myśli Xi Jinpinga i wyjaśnianiu troski i bezinteresowności Komunistycznej Partii Chin w jej polityce wobec Sinciangu. Ostrzegają także ludzi przed niebezpieczeństwami panislamizmu, panturkizmu i pankazachizmu – ideologii lub tożsamości, które rząd uważa za groźne. Władze oczekują, że wszystko to będzie odbywało się przez ruch "od serca do serca", czyli w wyniku rozmowy o życiu codziennym.

W rzeczywistości działania władz chińskich w imię walki z terroryzmem mają znamiona ludobójstwa kulturowego (cultural genocide).

W kwietniu 1990 r. doszło do starć zbrojnych w mieście Barin pomiędzy Ujgurami i służbami chińskimi. W rezultacie aresztowano kilka tysięcy Ujgurów, w tym przywódców Islamskiego Ruchu Wschodniego Turkiestanu (Al-Hizb al-Islami al-Turkistani, East Turkestan Islamic Movement – ETIM). Przywództwo przejęli Hasan Mahsum (Hassan Makhdum), znany też jako Abu-Muhammad al-Turkistani lub Ashan Sumut, oraz Abudukadir Yapuquan (Abdul Kader Yafuquan). Mahsum szukał poparcia w Arabii Saudyjskiej i Pakistanie, partia reaktywowała się w 1997 r., lecz szybko musiała przenieść się do Afganistanu, gdzie korzystała z gościnności talibów przynajmniej od 1998 r. O tej organizacji opinia publiczna na świecie dowiedziała się w wyniku wojny w Afganistanie, po stronie talibów, jak się okazało walczyli też Ujgurzy. Współpracowali oni przede wszystkim z Uzbekami z Islamskiego Ruchu Uzbekistanu i Al-Kaidą. W operacji antyterrorystycznej sił pakistańskich w 2003 r. zabito przywódcę ETIM Mahsuma, formacja właściwie została zdziesiątkowana w Afganistanie, musiała opuścić ten kraj, głównym kierunkiem okazał się północny Pakistan, Turcja i Indonezja.

Członkowie organizacji, ale też zwykli Ujgurzy pragnący wolności religijnej zaczęli osiedlać się głównie w pobliżu Gilgit w północnym Pakistanie. Pierwsze migracje w tym rejonie datuje się jeszcze na czasy brytyjskiej administracji, ale zaczęły się intensyfikować na początku XXI wieku. Niestety Ujgurzy i tu okazali się problemem dla Chin. Region Gilgit-Baltistan graniczy z Sinciangiem i stanowi część spornego regionu Kaszmiru, ale jest bramą do wartego 62 miliardy dolarów korytarza gospodarczego Chiny – Pakistan (CPEC), największej zagranicznej inwestycji Pekinu i ważnej części Nowego Jedwabnego Szlaki (BRI). Pakistan uznał projekt CPEC za koło ratunkowe swojej gospodarki, tym samym musiał teren ten zabezpieczyć. W 2015 r. Pakistan rozpoczął zakrojoną na szeroką skalę operację militarną przeciwko Ujgurom. Na żądanie Chin doszło też do szeregu ekstradycji, nawet żon pochodzących z Chin, które wyszły za Pakistańczyków.

Podczas wizyty w Chinach w 2015 r. pakistański minister obrony ogłosił, że członkowie "grupy powiązanej z Al-Kaidą" albo zostali zabici, albo "jakoś opuścili" Pakistan i Afganistan. Państwo to nadal posłusznie wobec Chin represjonuje Ujgurów mimo więzi religijnej. Premier Pakistanu Imran Khan w wywiadzie dla Al-Dżaziry w 2019 r. stwierdził, że "nie jest świadomy" tego, co dzieje się z ujgurskimi muzułmanami. W kwestii ujgurskiej Khan regularnie mówi, że Chiny wiele zrobiły dla Pakistanu, dając do zrozumienia, że kraj ten nie może zabrać głosu, nawet gdyby chciał, ze względu na koszty gospodarcze. Ujgurzy znaleźli pomoc w Turcji, a ta pomogła im znaleźć się w Syrii.

Recep Tayyip Erdoğan stworzył ideologię wyraźnie bazującą na islamizmie, prawdopodobnie wzorując się na koncepcji Bractwa Muzułmańskiego. Jego przedstawiciele, zwłaszcza syryjskiej filii na emigracji, prawdopodobnie nauczyli go, jak stworzyć mieszankę konserwatyzmu i nacjonalizmu z zachowaniem pozorów demokracji. Fundamentem jest odwołanie się do epoki "złotego wieku" i religii, jednocześnie stając się swoistą plombą wypełniającą dziurę w społeczeństwach islamskich, powstałą w wyniku sekularyzacji, i zabezpieczając się przed zapełnieniem tejże przestrzeni bardziej radykalnym islamizmem spod znaku Al-Kaidy czy Państwa Islamskiego. Plan Erdoğana jest całościowy, ponoć to on dobierał aktorów i stroje do popularnego także w Polsce serialu Wspaniałe stulecie. Islam, historia i wspólna etniczność ma się stać fundamentem odbudowywanego imperium tureckiego. A Ujgurzy jako lud turkijski nadają się do tego znakomicie.

W 1995 r. w stambulskiej dzielnicy Sultanahmet (Błękitny Meczet) powstał park imienia Isa Yusufa Alptekina, postawiono też pomnik męczenników Turkiestanu Wschodniego. Mający wówczas dziewięćdziesiąt pięć lat Isa Yusuf Alptekin, jak stwierdzono: spędził życie, pracując nie tylko na rzecz Turkiestanu Wschodniego, ale całego świata tureckiego. Recep Tayyip Erdoğan, wówczas burmistrz Stambułu, powiedział: "Wschodni Turkiestan jest nie tylko ojczyzną ludów tureckich, ale to także kolebka tureckiej historii, cywilizacji i kultury. Zapomnienie o tym prowadziłoby do ignorancji naszej własnej historii, cywilizacji i kultury. Dziś kultura mieszkańców Turkiestanu Wschodniego jest systematycznie sinocyzowana". Azja Centralna, w tym Ujguria, mają ważne miejsce w neoimperialnej retoryce Erdoğana. Wykorzystuje on resentyment i stara się podkreślać wspólne pochodzenie etniczne, dzięki temu nobilituje swoich rodaków, ale dostaje też legitymację dla zwiększania

swojej aktywności w tej części świata. Przykładowo po zamieszkach w Ujgurii w 2009 r., w których zginęło sto pięćdziesiąt sześć osób, a ponad tysiąc zostało rannych, Erdoğan powiedział: "Incydenty w Chinach to po prostu ludobójstwo. Nie ma sensu interpretować tego inaczej". Antychińskie protesty wybuchły w Turcji w lipcu 2015 r., po tym jak Tajlandia deportowała stu Ujgurów, na co rząd turecki odpowiedział oświadczeniem wyrażającym "głębokie zaniepokojenie" nowymi ograniczeniami wolności religijnej w Sinciangu. Ujgurzy mogą się okazać użyteczni dla realizacji koncepcji tureckiego świata od Adriatyku do Wielkiego Muru Chińskiego.

Historia z 2015 r. jest anegdotyczna. W Dżakarcie skazano czterech Ujgurów za terroryzm. Podczas rozprawy sędzia kazał jednemu z nich odśpiewać hymn Turcji, a kiedy ten nie potrafił, uznano to za dowód na to, że nie byli obywatelami Turcji, jak podawali i o czym miały świadczyć ich dokumenty. Turcja chętnie wykorzystywała Ujgurów do swojej polityki, tak też prawdopodobnie trafili do Syrii.

W lutym 2013 r. TIP opublikowało swoje pierwsze wideo oferujące "rajdy" bojownikom w Syrii i porównujące sytuację "uciskanych muzułmanów" w Sinciangu i Syrii. Kilka miesięcy później TIP zamieściło wideo, które rzekomo miało pokazać ich bojowników w Syrii, ale trudno zweryfikować, czy faktycznie występowali w nim Ujgurzy z Syrii. Pierwsze materiały promocyjne pokazujące bojowników TIP pochodziły z 2015 r. Była to seria filmów i wiadomości tekstowych organu prasowego organizacji – przedstawiały nagranie pierwszego ataku samobójczego Ujgura, ale informowały też o posiadaniu własnego obozu szkoleniowego w północnej Syrii. Ujgurzy z TIP byli wyróżniającą się grupą podczas operacji "Bitwa o zwycięstwo", czyli odbicia miasta Dżisr asz-Szughur (Jisr al-Shughur). Oddział ten walczył w ścisłej współpracy z czeczeńskim Dżunud asz-Szam oraz uzbeckim Katibat ad-Tauhid wal Dżihad (KTJ). Po zdobyciu miasta stało się ono główną bazą TIP, tutaj osiadały nawet całe rodziny bojowników. TIP działało w ścisłej koordynacji z przywódcami Dżabhat an-Nusra. Kolejną ważną wspólną ofensywą były walki w regionie Aleppo w maju 2016 r.

Problem Ujgurów w Syrii został zauważony przez Chiny. W marcu 2016 r. Xi Jinping ustanowił nowe stanowisko – specjalnego wysłannika do Syrii. Objął je doświadczony dyplomata, były ambasador Chin w Iranie, Etiopii i Unii Afrykańskiej, Xie Xiaoyan. W dniach 14 – 16 sierpnia 2016 r. chińska delegacja wojskowa odwiedziła Damaszek i poza współpracą dwustronną omawiała kwestię eliminacji bojowników TIP. Ocenia się, że w szeregach TIP było około dwóch tysięcy bojowników. Dokładna liczba obywateli chińskich, którzy przyłączyli się do wojny syryjskiej, jest przedmiotem spekulacji, należy zauważyć, że w Syrii są obywatele tego państwa też o innym pochodzeniu etnicznym, na przykład Uzbecy, Kazachowie, ale też Han. Specjalny wysłannik Chin do spraw syryjskich, ambasador Xie Xiaoyan, powiedział w lipcu 2018 r.: "Widziałem różne liczby – niektórzy mówią o tysiącu lub dwóch tysiącach, dwóch lub trzech tysiącach, czterech lub pięciu tysiącach, a niektórzy podają nawet więcej". W 2017 r. ambasador Syrii w Chinach Imad Moustapha zasugerował, że nawet pięć tysięcy Ujgurów walczyło w różnych grupach bojowników w Syrii, dodając, że Chiny powinny być "niezwykle zaniepokojone". Większość przybyła z całymi rodzinami, osiedlili się w różnych regionach Idlib, w tym w strategicznym mieście Dżisr asz-Szughur, Ariha i na wyżynie Dżabal al-Zawijja. Na ogół przejmowali domostwa alawitów, którzy wyemigrowali w obawie przed prześladowaniami. Od października 2015 r. notowano ich udział w walkach na równinie Al-Ghab oraz prowincji Latakia. Według kanału telewizyjnego Al-Mayadden, w Dżabal al-Turkman w prowincji Latakia oraz w wiosce Zunbaki niedaleko Dżisr asz-Szughur mieszkało między cztery a pięć tysięcy Ujgurów (mężczyzn i kobiet). Rodziny te zostały tam osiedlone pod nadzorem "tureckiego wywiadu, próbując zmienić demograficzny charakter tego obszaru".

Ujgurzy do dzisiaj zamieszkują tereny będące pod kontrolą formacji islamistycznych, głównie związanych z Haj’at Tahrir asz-Szam (HTS) wywodzącym się wprost z Dżabhat an-Nusra. Z tym, że Ujgurzy zachowują albo deklarują neutralność w stosunku do różnych formacji rebelianckich kontrolujących Idlib. Dotyczy to zarówno Al-Kaidy (np. Hurras ad-Din), protureckiej Syryjskiej Armii Narodowej i HTS wraz z jego Rządem Ocalenia (Hukumat al-Inqadh al-Surijja). Pozycja Ujgurów była mocna, HTS nie odważyło się na konfrontację, tak jak z innymi ugrupowaniami. Dalsza współpraca trwała. W lutym 2020 r. al-Dżulani, przywódca HTS, w wywiadzie dla zachodnich mediów o Ujgurach powiedział tak: "Jeśli chodzi o Islamską Partię Turkiestanu, sytuacja wygląda trochę inaczej [niż z innymi, konkurencyjnymi formacjami dżihadystycznymi]. Ci goście są w Syrii od siedmiu lat i nigdy nie stanowili zagrożenia dla świata zewnętrznego. Są zaangażowani wyłącznie w obronę Idlibu przed agresją reżimu. Jako Ujgurzy stają w obliczu prześladowań w Chinach – które stanowczo potępiamy – i nie mają dokąd pójść. Oczywiście współczuję im. Ale ich walka w Chinach nie należy do nas, więc mówimy im, że są tu mile widziani, o ile przestrzegają naszych zasad – co robią".

Co ciekawe, grupa mająca w swojej historii powiązania z talibami czy Al-Kaidą 9 listopada 2020 r. została przez Stany Zjednoczone wykreślona z listy formacji terrorystycznych. Nie było to zapewne przypadkiem, trudno jednak jednoznacznie to zinterpretować. Być może jest to forma nacisku na Chiny i usunięcia wszelkiej legitymacji dla chińskiego ucisku przeciwko mniejszości ujgurskiej. Taki ruch byłby preludium do poparcia opozycji Turkiestanu przeciwko chińskiemu rządowi, a to na pewno jeszcze bardziej zaostrzy relacje USA i Chin. Inną możliwością jest zakończenie problemu zagranicznych bojowników w północno-zachodniej Syrii poprzez ich "odterroryzowanie" i utorowanie drogi do amerykańsko-tureckiej koordynacji bezpieczeństwa na tym obszarze. Do tego oczywiście brakuje uznania HTS. Co zresztą w taki sposób było odczytywane przez przywódców tej grupy. Trzecia hipoteza zakładała, że to część umowy negocjacyjnej między talibami a USA. Ta wydaje się mało prawdopodobna, bo komplikowałaby relacje talibów z Chinami.

Abu Omar al-Turkistani, lider Islamskiego Ruchu Turkiestanu Wschodniego, który mieszkał w Idlib, w 2023 roku powiedział serwisowi Al-Monitor: "Nie jesteśmy wrogo nastawieni ani do USA, ani do Zachodu. Jesteśmy wrogo nastawieni do Chin, które odmówiły nam przyznania praw politycznych. Przybyliśmy do Syrii, aby wesprzeć naszych syryjskich braci, którzy zostali przesiedleni i zabici przez reżim Assada, który sprowadził szyickie milicje z Afganistanu, Iraku i Libanu, by zabić syryjskich [ludzi]. W przypadku, gdyby Syryjczycy poprosili nas o odejście, z pewnością to zrobimy. To, co jest dla nas ważne, to spełnienie żądania naszych syryjskich braci, aby reżim Assada odszedł".

onet.pl/Nowa Europa Wschodnia


"Newsweek": Napisany przez panią raport "Made in China" pokazuje, że na niewolniczej pracy więźniów w Korei Północnej zarabia nie tylko komunistyczny reżim, ale też wielkie światowe firmy. Hasło, że to najbardziej zamknięte państwo świata jest już chyba nieaktualne?

Dr Joanna Hosaniak: – Ogólnie rzecz biorąc, wszyscy wiedzieli, że w więzieniach i obozach obowiązuje praca przymusowa. Natomiast nikt wcześniej nie zadawał sobie pytań: co jest tam produkowane i gdzie trafiają te przedmioty? My jako pierwsi pokazujemy, że cały system opresji w Korei Północnej jest nastawiony na pozyskanie niewolniczej siły roboczej, na której reżim zarabia twardą walutę. Poza tym zarabia, wysyłając żołnierzy na Ukrainę, pracowników na Bliski Wschód, zajmując się hakerstwem, handlem kryptowalutą. Kontrolowane przez państwo firmy mają, jak w gospodarce kapitalistycznej, określone roczne cele i muszą dostarczyć reżimowi określoną kwotę pieniędzy. Temu służy też praca, która jest wykonywana w obozach i w więzieniach, a cały aparat opresji w tym pomaga.

Z kim Korea Północna robi największe interesy?

– Dyktatura otworzyła granice dla firm z Chin i Rosji. Można nawet powiedzieć, że te państwa rywalizują o względy Kim Dzong Una, bo wiedzą, że poprzez kontakty gospodarcze można wpływać na niego politycznie. A Korea Północna skorzysta z tych furtek na świat, bo dzięki temu ma otwarte rynki dla swoich produktów. Do Rosji eksportuje głównie surowce mineralne, w tym węgiel, a do Chin przede wszystkim peruki, sztuczne rzęsy, ubrania, które są potem sprzedawane na całym świecie jako "made in China".

Jak to się odbywa?

– To zacznijmy od początku. Prawo jest tak skonstruowane, że daje organom bezpieczeństwa możliwość aresztowania prawie każdego za różnego rodzaju wykroczenia. Bez sądu można trafić do tzw. obozów politycznych. To ogromne gułagi, które przypominają system połączonych wsi, skoncentrowanych wokół konkretnego zakładu: kopalni złota, węgla. Z tych miejsc węgiel trafia właśnie do Rosji. Tam są więzione pojedyncze osoby, jak i całe rodziny z dziećmi. W jednym może przebywać 10-15 tys. więźniów. Znanych jest pięć takich obozów.

Z kolei do więzień pracy, o których piszę w raporcie "Made in China", trafiają osoby skazane przez sąd, co zresztą jest czystą formalnością, na co najmniej pięć lat.

Za co są te wyroki?

– Najczęściej są oskarżone o nielegalne przekroczenie granicy, kontakt z osobami z Korei Południowej, oglądanie zagranicznych filmów, słuchanie K-popu, czy używanie południowokoreańskich zwrotów językowych.

Opinia międzynarodowa udokumentowała na razie dziewięć więzień, które są jednocześnie obozami pracy. Więźniów traktuje się tam jak towar jednorazowego użytku. System nie dba o komfort życia i pracy. Gdy osoby umierają, są zastępowane nowymi, które są dostarczane przez służby bezpieczeństwa, żeby kontynuować produkcję.

W raporcie opisuje pani szczegółowo obóz Chongori Kyohwaso nr 12, który jest najbliżej granicy z Chinami. Na stałe przebywa tam 1,2-1,5 tys. osób.

– Jego umiejscowienie nie jest przypadkowe. Chinom zależało, żeby ich prowincje, które graniczą z Koreą Północną, miały dostęp do Morza Wschodniego. Na bardzo wysokim szczeblu politycznym między dwoma państwami rozwinięto w 2009 r. specjalną strefę ekonomiczną Rason. Elementem umowy było wydzierżawianie od Korei portu na 99 lat. W tej strefie działają przedsiębiorstwa chińskie, które zostały zaproszone przez reżim północnokoreański. Biznes polega na przywożeniu tam z Chin półproduktów, które są transportowane do więzień, a tam osadzeni zmieniają je w gotowe produkty, które wracają do strefy ekonomicznej i stamtąd do Chin.

(...)

Jak działa taki obóz? Co produkuje się w Chongori?

– Byli więźniowie, z którymi rozmawialiśmy, opowiadali, że powstają tam sztuczne rzęsy, peruki i są zszywane ubrania, rozpoznali logo Adidasa. Kontrolerami jakości i organizatorami pracy są osoby zatrudnione w tych chińsko-koreańskich firmach. A strażnicy odpowiadają za całą resztę.

Kto tam trafia?

– Najczęściej trafiają tam uciekinierzy, którzy zostają złapani w Chinach. Chińczycy traktują Koreańczyków z Północy jako nielegalnych imigrantów i kiedy służby kogoś namierzą, odsyłają do kraju. W ten sposób służby wspierają de facto chińsko-koreański biznes.

Jakie warunki panują w takiej niewolniczej korporacji?

– Więźniowie stają się tam niewolnikami. Wmawia się im, że dopuścili się tak wielkich przestępstw, np. uciekając z Korei Północnej, że wręcz przestają być obywatelami, nie mają żadnych praw, stają się niewolnikami. Odbiera im się tożsamość, imię, nazwisko, za to nadaje się numery. Jeżeli przeżyją więzienie, muszą ubiegać się o odzyskanie swoich nazwisk.

Kobiety, które są aresztowane w Chinach, wiedzą, że będą deportowane. Jeżeli mają jakieś pieniądze, chowają je w pochwie, odbycie, czasami połykają. Wiemy o tym, bo przeprowadziliśmy kilkaset wywiadów i każda o tym mówiła. Chcą zachować te pieniądze, bo wiedzą, że trafią do więzienia i dzięki nim ich szansa na przeżycie rośnie. Strażnicy też to wiedzą i urządzają intymne przeszukania, wsadzają do pochwy, czy odbytu patyki, dłonie, żeby te pieniądze przejąć.

Strażnicy na tym zarabiają?

– Każdy zarabia. Podejrzewamy, że strażnicy pobierają swoją dolę, ale reszta trafia do państwowej kasy. Reżim zarabia na wszystkim. Przemoc zaczyna się już podczas wstępnych przesłuchań. Strażnikom zależy, żeby osadzony przyznał się do jednego z najpoważniejszych wykroczeń, bo wtedy może zacząć się szybki sąd i taka osoba zostaje skazana na lata więzienia, a to oznacza darmową siłę roboczą. Do tego dochodzi przemoc seksualna. W nocy bezkarni strażnicy wyciągają z cel kobiety, które są gwałcone.

Jak duża jest śmiertelność więźniów?

– Z wywiadów wynika, że sięga 25-30 proc. w skali roku. Ciała nie są grzebane, ale leżą w pomieszczeniach obok celi i hal fabrycznych. Raz w tygodniu są wywożone i spalane, cały obóz wtedy wie, co to za dym.

Porównanie do obozów koncentracyjnych nasuwa się samo.

(...)

Kiedy zagrożone jest wykonanie planu, praca może trwać nawet 20 godzin. Jeśli ktoś pracuje za wolno, obcinane są i tak minimalne racje żywnościowe. Więźniowie śpią na podłodze, czyli uklepanej ziemi, w takim tłoku, że muszą układać swoje głowy w nogach współwięźniów. Służby bezpieczeństwa wybierają spośród więźniów osoby, które nadzorują innych, czyli kapo, to jeszcze jeden element łączący te obozy z tymi, które znamy z II wojny światowej.

Jak ludziom udaje się uciec z takich miejsc?

– Z tych obozów nie da się uciec. Wszyscy więźniowie, z którymi prowadziliśmy rozmowę, mówili o tym, że każda próba kończyła się złapaniem tej osoby i publiczną egzekucją. Osoby, z którymi przeprowadzaliśmy wywiady, przeżyły swoje wyroki, wniosły o odzyskanie tożsamości i zdecydowały się na ponowną ucieczkę przez rzekę Tuman, płynącą na jednej trzeciej długości granicy między Koreą Północą a Chinami. Po przekroczeniu rzeki, uciekinierzy muszą pokonać drogę przez całe Chiny, kierując się na południe aż do Laosu. Ostatni etap wiedzie przez lasy, dżungle, znowu muszą się przeprawić małymi łódkami przez Mekong i przedostać do Tajlandii. Dopiero stamtąd lecą do Korei Południowej. Tam są przesłuchiwani przez służby specjalne przez 12 tygodni. Potem na taki sam czas trafiają do zamkniętego kompleksu, gdzie uczą się nowego życia. I dopiero wtedy są wypuszczani na wolność, a my możemy mieć z nimi kontakt. Cała droga to 8 tys. km.

Ile mija czasu od opuszczenia obozu do przybycia do Korei Południowej?

– Najkrócej dwa, trzy lata. Ale bywa, że dużo dłużej. Najczęściej uciekają kobiety, które chcą zarobić i pomóc rodzinie na Północy. Inne są sprzedawane na żony. Chiny wprowadziły wiele lat temu politykę tylko jednego dziecka, na dodatek był nacisk na to, żeby to potomstwo było płci męskiej. Efektem jest brak kobiet, szczególnie na wsiach. Koreanki z Północy są kupowane jako żony i opiekunki starzejących się rodziców męża. To loteria, na kogo trafią. Czasami są dobrze traktowane, ale częściej są wykorzystywane seksualnie, poniżane, żyją w ukryciu. Nawet jeżeli urodzą dzieci chińskim mężom, to nie mogą podać swojego nazwiska pod groźbą deportacji. Nierzadko są odsprzedawane nawet kilka razy kolejnym mężczyznom. Ucieczka takiej kobiety do Korei Południowej może trwać nawet 10 lat. A zdarza się, że potem ściąga zarówno swoją koreańską, jak i chińską rodzinę (dzieci, mężów). To są tragiczne historie.

(...)

Zdziwiło panią to, że Korea Północna wysłała żołnierzy do walki z Ukrainą?

– Już rok temu uprzedzaliśmy jako Citizens' Alliance for North Korean Human Rights, że jest bardzo duże prawdopodobieństwo realizacji takiego scenariusza. Bo tak naprawdę w Rosji północnokoreańscy żołnierze byli od 2018 r., gdy pojawiły się sankcje ONZ wobec Korei Północnej. Rosja, udając, że współpracuje z ONZ, odesłała wszystkich zatrudnionych pracowników do Korei Północnej i zaczęła wydawać wizy studenckie. A Korea Północna na tych wizach studenckich wysyłała żołnierzy z jednostek specjalnych do Rosji.

W jakim charakterze?

– Cywilnych pracowników najemnych na moskiewskich budowach. Wiemy o tym, bo rozmawialiśmy z częścią z tych żołnierzy, którzy zdezerterowali. Podczas pandemii Korea Północna tak szczelnie zamknęła granice, że nie pozwalała wracać nawet swoim obywatelom. Ci żołnierze to wykorzystali, zniknęli z fabryk, budów i uciekli do Korei Południowej.

Opowiadali, że o ile cywilni pracownicy z Korei, którzy są wysyłani do pracy do Rosji, czy na Bliski Wschód, dostają ok. 10 proc. wynagrodzenia, które jest wynegocjowane między firmami należącymi do rządu, to oni jako żołnierze nie dostawali nic. Po prostu wykonywali rozkaz. Całe 100 proc. trafia do reżimu.

To nie są zwykli żołnierze. Z wywiadów wynika, że to członkowie jednostek specjalnych, które zajmują się rozwojem broni jądrowej. Pracowali głównie w kopalniach tytanu, uranu. Ostrzegaliśmy, że ci mężczyźni mogą zostać w Rosji ponownie zmilitaryzowani i wysłani na wojnę. I tak się stało. Najprawdopodobniej większość z nich została zwerbowana spośród tych wojskowych pracowników, którzy już przebywali na terenie Rosji. Są nieźle wykształceni, mogą znać rosyjski, pochodzą z rodzin, do których reżim ma zaufanie. Tylko takie osoby mogły trafić do specjalnych jednostek.

onet.pl/Newsweek

wtorek, 24 grudnia 2024



FORBES: Czy regularne podróże, oczywiście zagraniczne, stały się już wyznacznikiem stylu życia? Świętym Graalem dzisiejszych ludzi pracujących na etatach?

dr Dominik Lewiński: To bardzo trafna obserwacja, ponieważ podróżowanie jest już wręcz obowiązkiem społecznym i moralnym. Niby to się dzieje z własnej woli i każdy chce, ale dwie rzeczy są tu warte zauważenia. Zapytałem w ramach dużych badań, w trakcie których przepytałem około 1 tys. osób — studentów — jakie jest życie ludzi, którzy nie podróżują. I odpowiedź była jednoznaczna: że nudne, monotonne, że jest życiem człowieka o wąskich horyzontach, małowartościowym. Już po tym widać, że jeśli nie podróżujesz będziesz uznawany przez społeczeństwo za człowieka, który prowadzi małowartościowe życie — a nawet będziesz kimś takim we własnych oczach. To jedno, co świadczy o tym, jakim podróżowanie jest obowiązkiem i przymusem. A druga rzecz jest taka, że kiedy w tym badaniu pytałem studentki o plany życiowe i o marzenia, prawie 100 proc. odpowiedziało, że marzą i planują podróżować. Że chcą i będą podróżować, że to dla nich bardzo ważne. Niewielki procent planował i marzył o rodzinie oraz dzieciach, z czego można wysnuć wniosek, że z jakichś powodów dla współczesnego społeczeństwa podróżowanie i turystyka są ważniejsze niż zakładanie rodziny czy relacje międzyludzkie.

Z czego to się wzięło?

To jest proces, który ma trzy wymiary: pierwszy to taki, że przymus podróżowania, nawet taki moralny, bierze się stąd, że turystyka jest rodzajem nowego szlachectwa, narzędziem społecznej dystynkcji. Dawno temu ludzie z urodzenia byli lepsi od innych, ktoś się rodził szlachcicem, hrabią, księciem itp. Potem to zginęło, jak się porządek warstwowy zawalił i przez jakiś czas, może sto lat albo i dłużej, szlachectwo było związane z gustem. Tzn. ludzie "lepsi", prowadzący "lepsze" życie, korzystają obficie z dóbr kultury, książek, poezji, filharmonii itp. A reszta ludzi "tych gorszych" słucha disco polo, do książek w ogóle nie sięga, filmy co najwyżej ogląda itp. Więc społeczeństwo podzieliło się na lepszych i gorszych, na "szlachtę" i tych bez gustu kulturalnego. Dziś to jednak już tak nie działa albo działa bardzo słabo. W tej chwili wyznacznikiem wartości życia jest liczba i jakość podróży rozumiana jako forma destynacji. To jest tak, że im więcej podróżujesz — i w im ciekawsze miejsca — tym uchodzisz za ciekawszego człowieka, bogatszego w doświadczenia, przeżycia.

(...)

A drugi?

Dochodzą mnie sygnały o zmianie sposobu podróżowania, nie takie kompulsywne, nie jedziemy na Bali, do Chin, Argentyny i Afryki, ale zaszywamy się na parę tygodni wakacji w Polsce w jakiejś zapadłej dziurze, gdzie jest cisza spokój i nikt nam nie przeszkadza. To jest wtedy bardziej refleksyjne, medytacyjne i bardziej ucieczka, specyficzna chęć obrony. W takich kontekstach zawsze przypomina mi się słynna teza niedawno zmarłego antropologa, Davida Graebera, autora książki "Praca bez sensu", że połowa ludzi wykonuje pracę bez sensu. I nie chodzi wcale o prace niskopłatne, ale głównie o pracę korporacyjną, gdzie ludzie, którzy ją wykonują, mają poczucie bezsensu pracy i swojego życia w związku z tym. I czasem mi się wydaje, że takie urlopy, wyciszenie, są takim momentem, gdy ludzie mogą zajrzeć do środka i chcą tego — choć to rzadkie zjawisko.

Dlaczego chcą to robić?

Może dlatego, że nasze życie codzienne zostało skolonizowane przez pop-psychologiczny coaching i żyjemy w ciągłym przymusie coraz bardziej efektywnym, coraz bardziej wydajnym. To nam się składa, ta efektywność i wydajność, na samorealizację, rozwój, a to ma nam dać w końcu sukces. Więc ciągle trenujemy samych siebie, jesteśmy swoimi coachami, dręczymy siebie nieustannie przymusem samorozwoju, zwiększaniem swoich kompetencji, żeby ostatecznie czynić lepszym nasze wirtualne CV. I to przeciążenie psychiki tym autocoachingiem może powodować ucieczki w wyciszające urlopy, ale też w medytację, jogę, która też się robi coraz bardziej popularna.

Na popularności zyskuje też workation, które wydaje się mieć większą wartość, bo przynajmniej poznaje się ludzi, ich zwyczaje, a nie tylko po nich prześlizguje.

Nie wydaje mi się. Jednym z największych złożeń, które mają skusić ludzi do podróżowania, jest założenie poznawcze, że dzięki podróżom wzbogacimy swoje wnętrze przez poznawanie innych kultur.

A tak nie jest?

Nie, zupełnie. Antropolog Bronisław Malinowski na Wyspach Trobrianda przeżył około 5 lat, a i tak mu się zarzuca, że za słabo poznał miejscową kulturę. Zakłada się więc, że ludzie muszą mieć kompetencje antropologiczne, aby kultury poznawać. My nie poznajemy na workation żadnych kultur, my tylko porównujemy swoją kulturę z tymi różnicami, jakie widzimy. To widać na przykładzie programów podróżniczych, i to nawet takich wytrawnych podróżników jak Wojciech Cejrowski. On nie poznaje Indian, kultur różnych, on tylko rejestruje różnice. Jak się w to wsłucha, to człowiek to widzi. I to jest dokładnie takie samo poznanie innych kultur, jak wraca para z Turcji i on mówi: "a wiesz, Grażynko, ci Turcy to taka inna kultura, bo oni, zamiast papierem tyłek podcierać, wodą sobie przemywają, widzisz?". Więc trzeba mieć kompetencje antropologiczne, aby naprawdę móc inną kulturę poznać. I tego się ani przez rok, ani przez dwa pomieszkiwania nie załatwi. Zresztą nawet polski emigrant mieszkający w Wielkiej Brytanii od 15 lat nie ma żadnego pojęcia o kulturze brytyjskiej, mimo że żyje tam tyle lat.

(...)

Oglądanie Wielkiego Kanionu nie jest bezpośrednim doświadczeniem?

Nie. Jest doświadczeniem zapośredniczonym przez media. Stąd notorycznie spotykam się z reakcjami podróżniczymi, które idą w dwie strony. Albo jest "łeee, słabe te piramidy czy Wielki Kanion, myślałem, że to będzie coś ciekawszego" albo "Wow, jaki on wielki i super, zupełnie inaczej niż widziałem w TV". Więc albo to gorsze doświadczenie niż to, co widziałem albo lepsze, ale zawsze jest to "wcześniej". Kto bowiem doświadcza bezpośrednio Sfinksa i piramidy — ten, kto je pierwszy raz zobaczył na oczy, czy ten, kto widział 100 razy wcześniej w mediach? To pytanie retoryczne, ale tak się nigdy nie dzieje z turystyką. I tu jest medializacja turystyki, że jedziemy zobaczyć coś, co już widzieliśmy.

Zobaczyć... i potem pokazać to innym.

Tak, z pewnym zastrzeżeniem. W ramach turystyki wytworzyły się klasy — i tak klasie średniej nie zaimponuje wyjazd do Egiptu czy do Grecji. Zauważyłem, że ulubionym zdjęciem moich studentów, takich miejskich hipsterów, jest zdjęcie na dachu pociągu w Indiach. To dopiero robi wrażenie. I każdy z nich musi mieć zdjęcie z miejscowym Dalajlamą czy mnichem tybetańskim — bo to świadczy o tym, że nie jest zwykłym turystą, ale "szlachcicem" wśród turystów, że on naprawdę poznaje. Stąd naśmiewa się z Grażyny, która grzeje się w słoneczku przy piramidach, a sam uprawia "pogłębioną" turystykę.

Skąd to pobłażanie dla wakacji "all inclusive"?

Dziś najgorsza "pornografią" turystyki jest turystyka all inclusive, tym gardzimy — mamy obowiązek gardzenia wyjazdami "all inclusive", bo ten ktoś nie poznaje, tu wszystko jest wyreżyserowane. Siedzi na basenie w hotelu i nosa nie wyściubił, to co on przeżył? Na tych ludzi, którzy korzystają z uroków all inclusive, patrzy się jak na "konsumentów pornografii", bo klasa wyższa konsumuje erotykę, a nie pornografię".

onet.pl/Forbes

poniedziałek, 23 grudnia 2024



Grzegorz Sroczyński: Co się właściwie dzieje?

Jacek Sokołowski: Nic takiego się nie dzieje. Czekamy.

Jako prawnika cię pytam. Nic?

Tu nie ma już żadnej roboty dla prawnika. Zadaj pytanie, czy Trybunał Konstytucyjny coś może, czy nie może, albo czy Sąd Najwyższy coś może, czy nie może?

Zadaję.

I ja ci na to odpowiem, że ty mnie pytasz, czy kobiety mogą nosić spodnie. Pytasz o dogmaty umarłej religii. Nikt już nie wierzy w religię świecką, która głosiła, że kapłani-prawnicy mogą ustalać wykładnię Konstytucji i decydować, co wolno, a czego nie wolno politykom. Jarosław Kaczyński zabił tego boga. Teraz jest tylko pytanie: nasi czy ci drudzy?

Czyli jednak coś się stało?

Ale nie teraz, tylko w 2015 roku. PiS zmienił ustrój w coś, co ja nazywam demokracją plebiscytarną, a Platforma to twórczo kontynuuje. Gracz zdobywa władzę w plebiscycie i później nie jest już kontrolowany przez elity prawnicze, które by mówiły, co zgodne z Konstytucją, a co nie, mechanizm checks and balances został wyłączony. Zwycięzca plebiscytu wyborczego bierze dużo więcej władzy, niż brał wcześniej. Została również wyłączona funkcja kontrolna opozycji. Wcześniej, jak opozycja coś powiedziała, to wyborcy partii aktualnie rządzącej zwracali na to jakąś uwagę, teraz de facto nie ma już opozycji, jest tylko: my mamy zawsze rację, oni nie mają nigdy racji. I tak po obu stronach. Jak nasi dojdą do władzy, mogą robić, co chcą, my ich zatwierdziliśmy w plebiscycie, hulaj dusza, piekła nie ma, najwyżej odwołamy ich w kolejnym plebiscycie. Władza już nie musi czuć się ograniczona prawnym gorsetem i ma na to doskonałe usprawiedliwienie: przecież instytucje, które miały nas ograniczać, nie są niezależne. Tusk może mówić: ja bym się zgodził, żeby Trybunał Konstytucyjny mnie pilnował, no ale on jest pisowski. I zresztą taka jest prawda. Tusk nie ma innego wyjścia, bo gdyby publikował wyroki Trybunału Konstytucyjnego zgodnie z prawem, to by się poddał bezpośredniej kontroli drugiego gracza, czyli Kaczyńskiego.

I już nie będzie powrotu do checks and balances?

Pytasz, czy Tusk zwróci elitom prawniczym władzę nad politykami? Nie. To się w Polsce skończyło. Pisowski Trybunał Konstytucyjny zostanie zlikwidowany, a to trzeba będzie zrobić na rympał, uchwalić półlegalną ustawę, która go rozwiąże, on się oczywiście obrazi, powie, że ta ustawa jest niekonstytucyjna, prezydent Trzaskowski ją podpisze, wtedy staremu Trybunałowi trzeba będzie odciąć światło, wodę i nie dać papieru toaletowego. A nowy Trybunał oczywiście świetnie będzie rozumiał, że też go można skasować w każdej chwili. I tyle nam zostanie z tej niezależności.

(...)

Jaki sens?

Ta nawalanka jest obrzydliwa i odstręczająca, natomiast w żadnym innym kraju nie wyglądało to lepiej, a w większości krajów Europy wyglądało gorzej. Powtórzę moją tezę z "Transnarodu", że przechodzimy obecnie to, co przechodziły europejskie narody w drodze do nowoczesnych instytucji politycznych, czyli wojnę domową. We Francji to miało postać rewolucji francuskiej, w Anglii rewolucji angielskiej, w Niemczech objawiło się pod postacią wojen religijnych. Chodzi o taki konflikt, w którym obie strony odmawiają sobie prawa do istnienia, dążą do tego, żeby się całkowicie zniszczyć i dopiero po dość długim czasie dochodzą do wniosku, że to niemożliwe, nie da się przeciwnika wewnętrznego całkowicie unicestwić, trzeba więc znaleźć jakieś polityczne ramy i instytucje do prowadzenia sporu. Myśmy tego procesu nigdy nie przeszli, rozwiązania ustrojowe wypracowane przez innych w pocie i krwi dostaliśmy w prezencie, wzięliśmy za friko, skopiowaliśmy, bo akurat komunizm upadł. Musimy teraz sami do nich dojść, ale to trzeba przeżyć w zbiorowym doświadczeniu. I właśnie to się dzieje, w dodatku w dość bezbolesnej formie, tam się wyrzynali, wysyłali na gilotynę, a my co? Pyskujemy na tłiterze, jest dużo wrzasków i pisków, rozwalane są instytucje, ale nikt nikogo do więzienia nie zamyka, nie mówiąc o gorszych rzeczach.

Konflikt dwóch walczących na śmierć i życie obozów wypali się nie dlatego, że oni się zmęczą, bo widać, że nigdy się nie zmęczą. Muszą się pojawić nowe sprawy i nowe wyzwania, które przyciągną uwagę społeczeństwa. W historii Wielkiej Brytanii tak to właśnie wyglądało. Dlaczego mamy się zabijać o to, czy tylko protestanci powinni mieć przywileje, czy katolicy również, jeśli Ameryka jest do podbicia?! Ameryką się zajmijmy, a nie starociami! I w Polsce też tak będzie.

(...)

Kto właściwie ustawia polską politykę? Kto wyznacza główny kierunek?

Kaczyński. To PiS jest spiritus movens polskiej polityki. PiS wytycza drogę. PiS jest jak taran, robi coś, co wcześniej było nie do pomyślenia, pokazuje, że można, a potem Platforma idzie w jego ślady. Jak taran wybił tyle, to my się tego trzymamy, nie próbujemy dalej walić taranem, na przykład PiS nas prześladował, ale umiarkowanie, my też się umiarkowanie odwiniemy.

Umiarkowanie?

No a robią coś więcej? Romanowski siedzi, czy mógł sobie wyjechać na Węgry? Nawet jakby poszedł siedzieć, to on nie jest topowym politykiem pisowskim, tylko mało znanym wiceministrem. Jeśli zostanie skazany, to nie za zamach na demokrację, nie zostanie potraktowany w sposób rewolucyjny przez nową władzę, tylko za ordynarne przestępstwa kryminalne, oczywiście białokołnierzykowe. To nie przekracza granicy i nie mam poczucia, żeby oni pchali się dalej.

Odebrali PiS-owi wszystkie pieniądze, czyli 70 mln zł państwowej dotacji na działalność przez trzy najbliższe lata. To nie jest dalej?

Nie jest. Kaczyński wykrzywił boisko, miał fory przy wyborach, teraz Tusk nie zamierza przywracać równowagi, tylko przekrzywić boisko na swoją stronę. Ale jest to ciągle w ramach obowiązujących zasad.

Jakich niby zasad?

Reguł gry między Tuskiem a Kaczyńskim: ty mi tak, to ja tobie też tak, może czasem trochę więcej, ale nie za bardzo.

Rząd nie drukuje wyroków Trybunału Konstytucyjnego, nie tylko wydanych z udziałem dublerów, ale nawet wyroków wydanych w legalnych składach. Komisja Wenecka mówi, że powinni drukować, a oni mają to gdzieś. To nie jest dalej?

Też nie jest. Nie drukuje się fatw ogłoszonych przez imama, w którego nikt już nie wierzy. Ta fatwa po prostu nie działa.

Ty byś też nie drukował?

Nie muszę się zastanawiać, bo nie jestem politykiem. Ale - już ci to mówiłem - Tusk nie może zachowywać się inaczej. Dopóki Trybunał był w miarę niezależny, to obie strony mogły go uznawać, a potem Kaczyński wypowiedział tę regułę, ogłosił, że Trybunał będzie dyspozycyjny, więc po zmianie władzy postawił Tuska w sytuacji bez wyjścia. On musi teraz łamać prawo, bo gdyby drukował wyroki Trybunału, to by się poddał bezpośredniej kontroli Kaczyńskiego, który przy pomocy guzika z napisem „Świączkowski" decydowałby, co rządowi Tuska wolno, a czego nie. Tusk nie może uznać władzy Kaczyńskiego nad sobą, to byłby polityczny absurd i zaprzeczenie wyników ostatniego plebiscytu.

Nie ma co się czepiać, że Tusk robi tak, jak robi, on trzyma się reguł wprowadzonych przez Kaczyńskiego. Natomiast ciekawe, co zrobi, jak prezydentem będzie Trzaskowski.

gazeta.pl


Prezydent Rosji Władimir Putin powtórzył swoje ostatnie stwierdzenie, że powinien był złamać zawieszenie broni, które narzucił Ukrainie w 2014 i 2015 r., rozpoczynając pełnoskalową inwazję nawet wcześniej niż w lutym 2022 r. Putin powtórzył podczas wywiadu z kremlowskim dziennikarzem Pawłem Zarubinem 22 grudnia, że ​​Rosja powinna była rozpocząć pełnoskalową inwazję na Ukrainę wcześniej niż w lutym 2022 r., ale dodał, że nie można dokładnie powiedzieć, kiedy to powinno nastąpić. Putin obwinił Ukrainę i Zachód o „wprowadzenie Rosji w błąd” i niewdrożenie Porozumień Mińskich II, które według Putina dały Zachodowi czas na przygotowanie Ukrainy do przyszłych „działań wojskowych” przeciwko Rosji. Putin twierdził, że Rosja powinna była „przygotować się do tego” i „wybrać właściwy moment”, aby rozpocząć pełnoskalową inwazję na Ukrainę, a nie „czekać na moment, w którym nie będzie już można nic nie robić”. Putin nie wspomniał, że Ukraina pracowała nad wzmocnieniem swojego wojska jako odpowiedzią obronną na aneksję terytorium Ukrainy przez Rosję w 2014 r. i rozpoczęcie wojny na wschodzie kraju. Putin wygłosił podobne uwagi podczas swojej telewizyjnej konferencji prasowej Direct Line 19 grudnia, na której stwierdził, że podjąłby decyzję o rozpoczęciu pełnoskalowej inwazji wcześniej, gdyby mógł zrobić to jeszcze raz. Putin twierdził również 19 grudnia, że ​​Ukraina nie przestrzegała porozumień mińskich II i że Rosja „spontanicznie” dokonała inwazji na Ukrainę w 2022 r. Porozumienia mińskie II były wyjątkowo korzystne dla Rosji, nie nakładając żadnych zobowiązań na Moskwę – która była stroną negocjacji jako rzekomy neutralny mediator. Porozumienia ustanowiły „zawieszenie broni”, które rosyjscy pełnomocnicy stale naruszali przy wsparciu Rosji.

understandingwar.org