wtorek, 22 sierpnia 2023


Areną najcięższych walk na froncie zaporoskim jest północna część Wyżyny Nadazowskiej pomiędzy rzekami Konką i Tokmaczką. Obszar ten charakteryzuje się licznymi dolinami i wąwozami, które w znacznym stopniu ograniczają ruch wojsk. Z uwagi na przebieg linii frontu przed 4 czerwca 2023 r. i ukształtowanie terenu Ukraińcy mogli rozpocząć ofensywę w kierunku Tokmaku na wąskim odcinku o szerokości ok. 20 km. Każdy wariant działania w jego ramach zakładał natarcie z podstawy wyjściowej leżącej w jednej z dolin, które znajdowały się pod obserwacją i kontrolą ogniową rosyjskich pozycji położonych na sąsiednich wzgórzach. Dodatkowo korytarze terenowe biegnące w dolinach, umożliwiające posuwanie się oddziałów szturmowych, zostały przez Rosjan szczelnie zaminowane. Ten układ dawał im wiele atutów i był najważniejszym czynnikiem wpływającym na powolne poruszanie się Ukraińców przez pierwsze dwa miesiące ofensywy. Należy podkreślić, że Rosjanie umiejętnie wybrali pozycje i dobrze przygotowali obronę pod względem inżynieryjnym.

Trwające aktualnie starcia w okolicach wsi Robotyne, Nowoprokopiwka i Werbowe będą miały kluczowe znaczenie dla dalszego przebiegu kampanii na południu Ukrainy. Walki te toczą się o opanowanie linii wzgórz wznoszących się na wysokość 140–160 m n.p.m. i górujących nad całą okolicą. Na południe od nich teren opada – oddalony od Robotynego o ok. 20 km Tokmak leży na wysokości 40–50 m n.p.m. W przypadku opanowania linii wzgórz przed Ukraińcami otworzą się możliwości rozwinięcia powodzenia i wyprowadzenia natarcia większymi siłami na szerszym odcinku frontu.

osw.waw.pl

Polityk PiS: – Siłą Kury były media liberalno-lewicowe i opozycja. Bo to oni narzucili przekaz, że dzięki Kurskiemu PiS wygrywa wybory. Szczerze? To są bzdury. On oczywiście utwardzał pewną część elektoratu, ale też z drugiej strony tym radykalnym przekazem zbudował Konfederację. Naprawdę można osiągać te same efekty, nie robiąc z TVP symbolu szmiry. Poza tym, gdyby nie coroczne dotacje z budżetu, to tam z pieniędzmi naprawdę byłoby cienko. Telewizja wypuściła obligacje i inne papiery dłużne, które w kolejnych latach będą kosztowały setki milionów złotych. No ale jak się robi koncerty za kilka milionów, które powinny kosztować co najwyżej kilkaset tysięcy, to taki jest efekt. Programy, w których gaże przekraczają kilkukrotnie ceny rynkowe, to jest kolejny element.

Pracownik TVP: – Normalnie zbicie podestu pod plenerowe studio dla programu śniadaniowego powinno kosztować pięć, dziesięć tysięcy złotych. Sam widziałem fakturę za tę usługę na czterdzieści pięć tysięcy. Zrobiła to oczywiście firma zewnętrzna. Inny przykład. W pewnym momencie na Woronicza zbuntowali się kierowcy, którzy powiedzieli, że z firmy wylewa się morze pieniędzy, a oni jeżdżą za te same stawki od lat. Tak się zaparli, że TVP musiała wynająć firmę zewnętrzną do wożenia ekip. Koszt? Osiemset złotych za dzień. Panie, to chore jest. Pamiętam też, że u nas na antenie był kiedyś materiał o tym, że Hanna Gronkiewicz-Waltz wydała na roaming telefoniczny czterdzieści pięć tysięcy złotych, które wydzwoniła w trakcie delegacji zagranicznych. A niedługo potem się okazało, że jeden z orłów propagandy u nas wydał na telefon za granicą ponad sto tysięcy złotych.

onet.pl

poniedziałek, 21 sierpnia 2023


Znaczna część wywiadu była poświęcona relacjom Łukaszenki z Władimirem Putinem. — To nie dzieje się tak, jak niektórzy ludzie na Zachodzie próbują to przedstawić. Tak zwana opozycja mówi, że Łukaszenko robi wszystko, co każe mu Putin. Ludzie, którzy mnie znają, doskonale rozumieją, że to niemożliwe — stwierdził.

Diana Panczenko powiedziała, że w Ukrainie promowany jest pogląd, że rosyjski rząd jest słabszy po nieudanym marszu Grupy Wagnera na Moskwę. — Putin absolutnie nie jest osobą, którą znaliśmy. Jego cechy charakteru zostały zwielokrotnione. [...] Nie jest już dawnym sobą. Jest teraz mądrzejszy i bardziej przebiegły — powiedział Łukaszenko.

Został też zapytany o to, czy Putin "oszalał": — Nie, Putin nie oszalał. Mogę to zagwarantować w stu procentach. Jeśli chodzi o jakieś imperialne ambicje, to też ich nie widziałem. Rosja jest ogromnym imperium, cóż mogę powiedzieć? Oczywiście, to odciska piętno na charakterze człowieka — odpowiedział.

onet.pl/BiełTA


Węgry obchodziły w niedzielę /20.08.2023/ Dzień św. Stefana, nazywany też "urodzinami" tego kraju. To święto nawiązujące do pierwszego króla Węgier, który żył na przełomie X i XI wieku. Jednocześnie od soboty w Budapeszcie trwa jedna z najważniejszych imprez sportowych - mistrzostwa świata w lekkiej atletyce. Jak podał w czwartek węgierski portal hvg.hu, że premierzy Polski i Słowacji nie otrzymali zaproszenia zarówno na niedzielne uroczystości, jak i na wydarzenia związane z mistrzostwami.

W Budapeszcie w niedzielę pojawili się za to m.in. prezydent Turcji Recep Tayyip Erdogan, emir Kataru Tamim ibn Hamad Al Sani, a także prezydenci Azerbejdżanu, Kirgistanu, Uzbekistanu oraz Turkmenistanu. Zaproszono również byłego austriackiego kanclerza Sebastiana Kurza i byłego premiera Czech Andreja Babisa. "Uderzający był fakt, że wśród gości nie było ani jednego obecnego szefa rządu UE, nie byli też reprezentowani czołowi politycy krajów Grupy Wyszehradzkiej" - przekazał portal Hvg.hu.

- Gdy jest jakieś wielkie wydarzenie na skalę światową, dany kraj zaprasza tu swoich przyjaciół, mile widziani są wszyscy zainteresowani.(...). Będziemy prowadzić także negocjacje polityczne i biznesowe. 20 sierpnia odbędę kilkanaście oficjalnych spotkań dwustronnych i podczas mistrzostw świata - zapowiadał w piątek premier Węgier Viktor Orban w rozmowie z Radiem Kossuth.

Gergely Gulyás, szef Kancelarii Premiera Viktora Orbana, wyjaśnił potem w rozmowie z ATV, że brak zaproszenia dla polskich władz wynika z toczącej się kampanii wyborczej. Dlaczego nie zaproszono Słowacji? Bo tam, jak zaznaczył Gulyás, władzę pełni tymczasowy premier Ludovít Ódor (szef rządu technicznego). - Jesteśmy suwerennym krajem, zapraszamy kogo uznamy za stosowne - ocenił szef węgierskiej Kancelarii Premiera.

gazeta.pl

niedziela, 20 sierpnia 2023


W tym samym raporcie GUS jest wyszczególniona jeszcze jedna kategoria, tzw. granica niedostatku, która jest ustalana na poziomie minimum socjalnego obliczanego przez Instytut Pracy i Polityki Społecznej. To jest próg, poniżej którego następuje "deprywacja integracyjnych potrzeb człowieka". Mówiąc wprost: nie starcza między innymi na kontynuowanie nauki, kontakty towarzyskie czy uczestniczenie w kulturze.  

Ilu z nas żyje w tak szeroko rozumianym niedostatku?

40,7 proc. Czapki z głów, że instytucja państwowa, którą jest GUS, miała odwagę opublikować ten raport. On zawiera szereg danych, które są dla rządu miażdżące. 

Jednak sam pan przyznał, że wiele działań rządu jest adresowanych do niezamożnych obywateli. Nie można powiedzieć, że państwo nic dla nich nie robi. 

Ubóstwo to nie tylko brak pieniędzy. To również stan świadomości, który oznacza życie bez poczucia bezpieczeństwa, sprawstwa, wpływu na swój los. Transfery socjalne tego nie załatwią.

One co najwyżej przysypują najgłębsze dziury. 

(...)

Już po roku bezrobocia szczególnie u mężczyzn pojawia się zagrożenie depresją i uzależnieniem od alkoholu lub pojawiają się inne nieszczęścia, które zagrażają jego zdrowiu i życiu. Bezrobotnych dotyka to samo zjawisko, które jest udziałem zdecydowanej większości Polaków żyjących w niedostatku, a mianowicie tzw. syndrom wyuczonej bezradności. 

Polega to na tym, że jeśli tonę w długach, tkwię w bezrobociu itd. i raz, drugi i trzeci podejmuję próbę wyjścia z tej sytuacji, ale nie przynosi to żadnych efektów, to stwierdzam, że nie ma sensu dalej się starać. Amerykański psycholog Martin Seligman, który jako pierwszy opisał zjawisko wyuczonej bezradności, podkreślał, że człowiek czuje się wówczas bezwartościowy, nabiera przekonania, że żadne jego starania nic nie zmienią, nie mają sensu, oraz spodziewa się, że przydarzy mu się w życiu wszystko, co najgorsze.

Osoby doświadczające wyuczonej bezradności, na przykład długotrwale bezrobotni, bezdomni, zadłużeni itd., stają się bierne, nawet apatyczne, funkcjonują na poziomie dobrze utrwalonych nawyków - działają jak zepsuty automat. A jeśli nawet nadarzają im się jakieś okazje do zmiany, to nie potrafią z nich skorzystać.

To tragiczna konsekwencja życiowej utraty kontroli. Wyuczona bezradność pojawia się wtedy, kiedy tracimy kontrolę nad istotnymi aspektami swojego życia, na przykład w uzależnieniach, zadłużeniu, także wypaleniu zawodowym, a jej specyfika polega na tym, że zjawisko to ma charakter rozwojowy i addytywny, co oznacza, że do ludzi, których dotyczy, przyklejają się kolejne problemy, na przykład uzależnienia. 

gazeta.pl  

sobota, 19 sierpnia 2023


Dane makroekonomiczne z pierwszych sześciu miesięcy tego roku potwierdzają stale rosnącą zależność Białorusi od Rosji. W drugim roku wojny Mińsk płaci wysoką cenę za współudział w rosyjskiej agresji, represje wobec oponentów reżimu i konfrontacyjną politykę względem Zachodu w postaci utraty dużej części rynków zbytu w UE i na Ukrainie. W rezultacie wymiana towarowa z FR stanowi już ok. 70% całości, a jeśli wziąć pod uwagę zależność białoruskich towarów (głównie paliw i nawozów potasowych) od tranzytu przez tamtejsze porty i linie kolejowe, to udział Rosji w eksporcie z Białorusi przekracza 90%.

Tak daleko idące uzależnienie Mińsk przedstawia w kategoriach sukcesu w walce z zachodnią presją sankcyjną. Eksponuje również fakt, że w minionym półroczu – po wielu miesiącach recesji – oficjalnie odnotowano wzrost gospodarczy rzędu 2% PKB. Pomija się przy tym, że w tym okresie drastycznie wzrósł import, co wygenerowało deficyt handlowy przekraczający 1,6 mld dolarów. Tym samym Białoruś znalazła się w sytuacji, gdy nie tylko stan jej gospodarki, ale wręcz przetrwanie państwa zależy od współpracy z Rosją oraz jej woli do dalszego preferowania eksporterów z tego państwa.

Zgodnie z danymi białoruskiej statystyki za sześć miesięcy br. ogólna wartość obrotów handlowych Białorusi towarami wyniosła ponad 40 mld dolarów. Oznacza to wzrost o 17% w stosunku do I półrocza 2022 r. i ustabilizowanie trendu w porównaniu z II półroczem ub.r. (42 mld dolarów). Jednocześnie eksport w okresie styczeń–czerwiec br. wzrósł jedynie o 12%, do 19,4 mld dolarów, podczas gdy import zwiększył się aż o 22% i nieznacznie przekroczył wartość 21 mld dolarów. Saldo handlu zagranicznego wyniosło więc -1,6 mld dolarów, podczas gdy w analogicznym okresie 2022 r. było znacząco dodatnie – na poziomie powyżej 2 mld dolarów.

Tak poważny deficyt wynika przede wszystkim z drastycznego wzrostu wartości importu spoza obszaru Wspólnoty Niepodległych Państw, która w tym okresie osiągnęła niemal 9,8 mld dolarów (71% całości). Według dostępnych danych Eurostatu od stycznia do maja br. z UE sprowadzono dobra warte 3,3 mld euro, co pozwala w przybliżeniu przyjąć, że unijne towary stanowią najwyżej połowę całości białoruskiego importu spoza WNP (czyli de facto większości obszaru poradzieckiego).

Na podstawie niepełnych danych można założyć, że jednym z czynników wzrostu importu są działania władz na rzecz kompensacji deficytu niektórych zachodnich towarów, objętych embargiem UE i USA (zakazały one m.in. eksportu akcesoriów tytoniowych, komponentów mikroelektronicznych oraz wielu typów maszyn, urządzeń i części zamiennych do nich). W tej sytuacji rządzący poszukują nowych dostawców. Obecnie są to przede wszystkim państwa azjatyckie, w tym Chiny, które stały się drugim (po Rosji) partnerem handlowym Mińska.

Zgodnie z wyliczeniami strony chińskiej dwustronny obrót handlowy w ciągu pierwszych pięciu miesięcy br. wyniósł 3,7 mld dolarów, z czego eksport z Białorusi – najprawdopodobniej 1 mld dolarów. Tak duża różnica między importem i eksportem to od samego początku cecha charakterystyczna wymiany towarowej pomiędzy oboma państwami. Jednocześnie warto zwrócić uwagę, że na wzrost wartości importu mogło też oddziaływać zwiększenie zakupów na rynkach znacznie bardziej odległych od unijnych, co wydłużało i komplikowało logistykę dostaw, podwyższając końcowy koszt produktów.

Nie bez wpływu na wartość importu pozostał spadający – w ślad za kursem rosyjskiej waluty – kurs rubla białoruskiego. Nie da się wykluczyć (choć brak twardych danych), że część białoruskiego importu stanowią towary reeksportowane następnie do FR, która wskutek agresji wobec Ukrainy została objęta jeszcze bardziej restrykcyjnymi sankcjami. Na podstawie dostępnych informacji – niepopartych danymi liczbowymi – wydaje się, że tą drogą na rynek sąsiada trafiają przede wszystkim samochody osobowe oraz części zamienne i komponenty istotne dla tamtejszego przemysłu. Warto przy tym nadmienić, że analiza danych w poszczególnych miesiącach minionego półrocza wskazuje na postępujący wzrost przewagi importu nad eksportem, co w skali całego roku może oznaczać dalsze pogłębianie się deficytu w handlu zagranicznym.

Wprowadzane stopniowo od jesieni 2020 r. unijne sankcje gospodarcze wobec Białorusi sprawiły, że udział UE w jej eksporcie spadł do ok. 5%, podczas gdy jeszcze przed trzema latami wcześniej oscylował w granicach 40–50%. Restrykcje oraz utrata wskutek wojny rynku ukraińskiego (w 2021 r. wartość białoruskiego eksportu na Ukrainę przekroczyła 5 mld dolarów) przyczyniły się do tego, że naturalnym i właściwie jedynym kierunkiem dla białoruskiego eksportu stała się Rosja. Aktualnie udział rynku sąsiada w całości operacji handlowych Białorusi dochodzi do 70%, a ich wartość w ciągu pierwszych pięciu miesięcy br. wyniosła 18 mld dolarów (danych za całe półrocze brak), co oznacza wzrost o 20% względem analogicznego okresu ub.r.

Z dostępnych białoruskich danych dotyczących I kwartału tego roku wynika, że białoruski eksport do Rosji zwiększył się wówczas o 56% w stosunku do pierwszych trzech miesięcy 2022 r. Pokazuje to skalę popytu na białoruskie towary w FR, co zapewne wynika zarówno z ich niskich cen, jak i z niedoboru zablokowanych sankcjami zachodnich odpowiedników. Tak dużym skokom w zakresie eksportu sprzyja także w znacznej mierze preferowanie tamtejszych dostawców w dostępie do rosyjskiego rynku.

Dynamika współpracy handlowej pomiędzy oboma państwami skłania przedstawicieli ich władz do eksponowania odporności obu gospodarek na presję sankcyjną. 3 czerwca ambasador FR w Mińsku Borys Gryzłow stwierdził, że odnotowany w skali całego 2022 r. 40-procentowy wzrost eksportu białoruskich towarów pozwolił Białorusi zrekompensować niemal połowę strat wynikających z utraty unijnych rynków zbytu. Jeszcze dalej w swoich ocenach posunął się szef białoruskiej placówki w Moskwie Dzmitryj Krutoj, który podczas X bilateralnego Forum Regionów 28 czerwca wyraził wątpliwość co do zasadności wymiany handlowej z „problematyczną” Polską, skoro większe obroty państwo wypracowało z jednym tylko obwodem briańskim. Podkreślił również znaczenie uzyskania dostępu krajowych eksporterów produktów naftowych do portu w Murmańsku. Jego zdaniem pozwoliło ono na pełne zastąpienie niedostępnych obecnie przeładunków w holenderskim Rotterdamie.

Warto przy tym dodać, że Mińsk już od kilku miesięcy zapewnia o pełnej kompensacji strat z tytułu sankcji. Obie strony chętnie zwracają także uwagę na intensyfikację kooperacji na poziomie regionów oraz na stymulujący wpływ tzw. programu antyimportowego, będącego de facto rosyjską linią kredytową dla białoruskich przedsiębiorstw działających w branży maszynowej czy mikroelektronicznej. Łączna wartość tego – realizowanego w ramach Państwa Związkowego – pakietu wynosi ok. 1,7 mld dolarów.

Skalę wzrostu znaczenia FR dla gospodarki kraju dobrze pokazują też dane dotyczące tranzytu towarów z Białorusi przez terytorium Rosji. Zgodnie z oficjalną statystyką w I półroczu br. w rosyjskich portach przeładowano ich 6 mln ton, podczas gdy w analogicznym okresie 2022 r. – zaledwie 1,5 mln ton. Białoruskie ładunki to niemal w całości objęte embargiem UE produkty naftowe, chemiczne oraz nawozy sztuczne. Udostępnione tamtejszym podmiotom moce przeładunkowe pozwolą na przekierowanie w tym roku drogą morską przez Rosję 12 mln ton towarów, a Mińsk deklaruje zainteresowanie zwiększeniem ich wolumenu do 17,5 mln ton, m.in. poprzez dodanie kolejnych zablokowanych unijnym pakietem z wiosny ub.r. artykułów (drewno, wyroby drzewne, metalowe i stalowe). Białoruscy eksporterzy wykorzystują aktualnie 19 rosyjskich portów położonych nad morzami Bałtyckim, Kaspijskim i Czarnym, przy czym priorytet ma pierwszy z tych kierunków. Korzystają również z infrastruktury kolejowej sąsiada, za pomocą której od stycznia do czerwca br. przewieziono 1,5 mln ładunków. Większość stanowiły nawozy potasowe przeznaczone na rynek chiński.

Długotrwały wzrost wartości eksportu do FR oraz nadzwyczaj dynamiczny rozwój tranzytu towarów przez rosyjskie porty i połączenia kolejowe pozwoliły Białorusi nie tylko złagodzić dotkliwość zachodnich restrykcji, lecz także zwiększyć produkcję przemysłową. Według oficjalnej statystyki w okresie od stycznia do czerwca br. niemal wszystkie sektory produkcyjne odnotowały wzrost od 4 do nawet 8%. W rezultacie w I półroczu podniósł się poziom inwestycji krajowych i popyt wewnętrzny, a PKB zwiększył się o 2%. Pierwsze symptomy powrotu gospodarki na ścieżkę niewielkiego wzrostu pojawiły się jeszcze w maju. Wówczas po raz pierwszy od początku 2022 r. odnotowano przyrost PKB – o 0,9% (w ubiegłym roku recesja wyniosła 4,7%).

Choć oficjalne komunikaty Mińska i Moskwy o znacznym lub wręcz zupełnym uzupełnieniu strat z tytułu sankcji wydają się przesadzone, to wskaźniki makroekonomiczne pokazują sporą odporność białoruskiej gospodarki na zachodnie embarga – większą, niż można się było spodziewać jeszcze w pierwszych miesiącach 2022 r., po rosyjskiej napaści na Ukrainę. Zarazem w dłuższej perspektywie poważnym wyzwaniem stanie się rosnący dynamicznie import, który będzie wywierał coraz większą presję na rezerwy walutowe, znajdujące się obecnie na dość bezpiecznym poziomie niemal 8 mld dolarów. Największe ryzyko dla stabilności gospodarczej państwa niesie jednak niemal zupełne przywiązanie systemu ekonomicznego do Rosji, prowadzącej kosztowną wojnę i również ograniczonej zachodnimi pakietami restrykcji. W ten sposób – przynajmniej w wymiarze ekonomicznym – Białoruś stopniowo przekształca się w region FR.

osw.waw.pl

piątek, 18 sierpnia 2023


Jarosław Kaczyński nieprzypadkowo krytykuje program akurat Sławomira Mentzena i Krzysztofa Bosaka. I nieprzypadkowo akurat dzisiaj. Raz, że najłatwiej krytykować pomysły tej partii, która w ogóle jakiekolwiek pomysły programowe zgłasza – tym bardziej, że są one dość kontrowersyjne. A dwa, że one w elektoracie Prawa i Sprawiedliwości zaczęły trafiać na podatny grunt, co zaczyna być widoczne w sondażach.

Przecież to wyborcy PiS przez lata byli przekonywani do tego, że państwo nie działa i że jego instytucje, jak np. sądy, potrafią głównie utrudniać im życie. A co więcej – często też przekonywali się na własnej skórze, że tak naprawdę bywa. I nawet jeśli do władzy dochodzą „ich” politycy, to jedynie dzięki wyjątkowemu samozaparciu, wielkiemu patriotyzmowi i niezłomności charakteru potrafią dla nich coś z tego „państwa z kartonu” wyrwać siłą.

Nie trzeba jednak być superprzenikliwym obserwatorem polskiej polityki, by zauważyć oczywistość, że po ośmiu latach rządów tak patriotycznego PiS instytucje państwa bynajmniej nie są silniejsze. Czyli: nie da się, na dłuższą metę trzeba samemu walczyć o swoje, nikt nam nie pomoże.

I tu cały na biało wchodzi Sławomir Mentzen, mówiąc wprost to, co miliony Polaków i tak już bardzo dobrze wiedzą, tylko może nikt im tego jeszcze tak zrozumiale nie opowiedział: państwo wam głównie szkodzi, sami poradzicie sobie lepiej; gdyby nie te pity, zusy, vaty i akcyzy, każda rodzina mogłaby kupić sobie po dwa samochody, każdą byłoby stać na dom z ogródkiem i grilla ze szwagrem co weekend. Bo co wam tak właściwie daje za te wysokie podatki państwo? Taka służba zdrowia przecież kompletnie nie działa. Nauczyciele, opłacani z waszych pieniędzy, to głównie strajkują, choć mają po dwa miesiące wakacji. A na drogach coraz większe korki, bo politycy są zakładnikami lewackich aktywistów... Lepiej poradzicie sobie sami, mając więcej pieniędzy w portfelach.

Jaka jest więc propozycja Sławomira Mentzena? Na przykład bon zdrowotny o wartości 4340 zł rocznie. Skoro w publicznych placówkach i tak nie da się na żadną wizytę czy zabieg umówić, to idźcie prywatnie. I PiS generalnie miało podobny pomysł na „naprawę” sytuacji, tylko jego prywatyzacja służby zdrowia za pomocą pieniędzy z programu 500+ była jeszcze ukryta, to znaczy: nie została opowiedziana wyborcom wprost.

Konfederacja robi więc właściwie to samo, tylko nie boi się potraktować tej opowieści jako wyborczego atutu. Jakby rozumiejąc, że socjal od PiS już spełnił swoją rolę, Polacy odzyskali poczucie godności i teraz czas opowiedzieć im na nowo Polskę, w której każdy samemu będzie załatwiać swoje sprawy. Bo co do zasady – wyborcy już taki układ zaakceptowali, teraz chcą tylko więcej pieniędzy w swoich rękach, bo w końcu państwo niczego im nie załatwi.

I teraz prezes PiS, który sam tę narrację narzucił, próbuje wyjaśnić wyborcom, dlaczego z tymi pieniędzmi do ręki to nie zawsze wszystko wygląda kolorowo. „Ich program to doprowadzenie was do nędzy, ich program to cztery tysiące kilkaset złotych dla każdego w bonie na leczenie. Jak się może wtedy leczyć człowiek chory na nowotwór? Ciężko, poważnie chory na serce czy jakąkolwiek inną poważną chorobę” – pytał Jarosław Kaczyński w Stawiskach. I konkretnie tłumaczył, na czym polega problem, bo „nawet jeden dzień takiego leczenia więcej kosztuje” niż owe 4340 zł z bonu zdrowotnego Konfederacji.

Czyli teraz prezes PiS musi przekonywać, że potrzebne są jednak silne instytucje, solidarność społeczna, wysokie składki. I wszystko po to, by tylko nie dopuścić do odpływu wyborców do partii ulepszającej jego własną opowieść o Polsce. Równie ciekawe jest, komu Jarosław Kaczyński próbuje obrzydzić Konfederację. Bo przecież opis „chory na serce” nie trafi do przeciętnego wyborcy Sławomira Mentzena, który z racji wieku takimi problemami nie będzie musiał się martwić jeszcze przez dobre 30 lat. Prezes PiS mówi językiem trafiającym do starszego elektoratu – i podkreśla bardzo wprost: „To są pomysły szaleńców, dzieciaków. Tylko dzieci mogą uwierzyć w taki program”. Chodzi więc o to, by na haczyk Konfederacji nie dali się złapać seniorzy, bo to ich najłatwiej przestraszyć liberalną wizją społeczeństwa, w którym każdemu będzie dane według jego siły a nie potrzeb.

Tu dochodzimy do kolejnej przyczyny, dlaczego prezes Jarosław Kaczyński atakuje program Konfederacji akurat dzisiaj. Rosnąca w siłę partia Mentzena i Bosaka, utyta na poparciu młodych mężczyzn, zaczyna dziś przyciągać do siebie grupy społeczne, które wcześniej były poza jej zasięgiem. Niedawne duże wzrosty sympatii do niej wynikają w dużej mierze ze wzrostu poparcia kobiet – i to młodych, nawet tych z proaborcyjnych marszów kobiet i głosujących wcześniej na lewicę czy Roberta Biedronia – ale i starszych rocznikowo wyborców. I nawet jeśli w dużej mierze to bardziej potencjalni wyborcy opozycji niż PiS, to i Jarosław Kaczyński ma powody do niepokoju. Bo i jego elektorat zaraz może zacząć do Konfy odpływać. Na przykład za posłanką Anną Siarkowską, która właśnie zamieniła Suwerenną Polskę Zbigniewa Ziobry na partię Mentzena i Bosaka.

(...)

Ciągłe atakowanie Konfederacji uwiarygadnia tę partię jako prawdziwą „trzecią drogę” – jedyną alternatywę dla PO-PiS-u. Dlatego Konfederacja nadal będzie rosła w sondażach. Ale z punktu widzenia Kaczyńskiego i Tuska ważniejsze od wyników partii Mentzena i Bosaka są jednak wyniki PO i PiS, a dokładniej: mobilizacja własnego elektoratu. A sprawdzonym sposobem takiej mobilizacji jest oczywiście jednoczenie się wobec rosnącego w siłę wroga. Dlatego pnąca się w sondażach Konfederacja nie jest dla nich wcale – w teorii – tak złym scenariuszem.

(...)

„W jedno nie wierzcie, że my będziemy rządzili z Konfederacją” – zapewniał prezes w Stawiskach Jarosław Kaczyński. „Nie będziemy rządzili” – podkreślał po chwili dosadnie. I dorzucił po chwili: „Nie wierzcie w to i nie wierzcie w te nasze wspólne rządy”. A wszystko w przeciągu jedynie 50 sekund, czyli trzy razy się wyparł Konfederacji nim minęła minuta. Z pewnością wiemy więc jedno: Jarosław Kaczyński bardzo chce wszystkich przekonać do tego, że takiego planu nie rozpatruje. Może nawet za bardzo, bo wychodzi to karykaturalnie.

Bądźmy szczerzy: do takiej koalicji mogłoby nie dojść tylko dlatego, że nie będzie się ona wizerunkowo opłacać Konfederacji. Problem w tym, że wszystkie sondaże wyborcze od wielu miesięcy pokazują jedno: PiS może marzyć o rządzeniu wyłącznie w ramach koalicji z Konfederacją. I to rzeczywiście problem dla prezesa PiS, który nie potrafi kompromisowo ucierać stanowisk nawet w ramach swojego obozu politycznego, stworzonego tak naprawdę z własnych wychowanków jak Zbigniew Ziobro czy Adam Bielan. Można więc uwierzyć, że koalicja z Konfederacją naprawdę spędza mu sen z powiek. Ale innego ruchu po wyborach może nie mieć.

rp.pl

czwartek, 17 sierpnia 2023


Udział państw grupy G-7 w światowej produkcji był początkowo na bardzo stabilnym i bardzo wysokim poziomie. Ta grupa siedmiu gospodarek – cztery duże państwa europejskie (Francja, Niemcy, Włochy i Wielka Brytania), Japonia i dwa państwa Ameryki Północnej (Kanada i Stany Zjednoczone) – odpowiadała za dwie trzecie światowej produkcji aż do końca lat 90. XX wieku. Udział grupy G-7 spadł dość szybko w okresie od końca lat 90. XX wieku aż do połowy drugiej dekady XXI wieku (z 66 proc. do 38 proc. całości produkcji ogółem). Od tego czasu ten udział zaczął się stabilizować lub przynajmniej jego spadek znacznie zwolnił.

Udział sześciu gospodarek wschodzących doświadczających szybkiego uprzemysłowienia, które można określić zbiorczo jako „I-6” (ang. Industrialising 6) wzrósł w globalnej produkcji w latach 1990-2020 o ponad pół punktu procentowego. Są to następujące kraje (w nawiasach podano wzrost udziału w globalnym handlu w punktach procentowych): Chiny (+16,2), Indie (+1,5), Korea Południowa (+1,5), Indonezja (+1,0), Tajlandia (+0,5) i Brazylia (+0,5). Dwie najbardziej godne uwagi kwestie są następujące: po pierwsze to, że wzrost udziału państw I-6 jest zasadniczo odzwierciedleniem spadku udziału państw grupy G-7; i po drugie, że wzrost udziału państw I-6 znacznie zwolnił w połowie drugiej dekady XXI wieku.

Trendy w zakresie udziałów grupy G-7 i I-6 w globalnej produkcji są zgodne z ideą, że, ujmując to obrazowo, jeśli chodzi o produkcję offshoringową na rynkach wschodzących zerwano już wszystkie tzw. nisko wiszące owoce (ang. low-hanging fruit). Wykorzystano wszelkie łatwe i oczywiste możliwości łączenia „zaawansowanych technologii” z nisko płatną siłą roboczą w fabrykach rynków wschodzących.

Warto zauważyć, w jaki sposób zmiana udziałów w produkcji jest silnie skoncentrowana w państwach I-6. Wszystkie inne państwa świata nie doświadczyły prawie żadnej zmiany, jeśli chodzi o ich zbiorowy udział w produkcji światowej.

(...)

Jak argumentowano tzw. „drugi rozdział” (lub tzw. „drugie uwolnienie”) globalizacji, napędzane rozwojem technologii informacyjno-komunikacyjnych, doprowadził do przestrzennego uwolnienia poszczególnych etapów produkcji, a tym samym do wydłużenia łańcuchów dostaw, zarówno na szczeblu krajowym, jak i międzynarodowym. Widać to wyraźnie na wykresie. Widzimy łagodny spadek udziału wartości dodanej (tj. wzrost złożoności łańcucha dostaw) w okresie od roku 1995 do roku 2002, a następnie ostrzejszy spadek od roku 2002 do roku 2008, po którym następuje stabilizacja.

Tempo tego spadku nie jest zbyt imponujące (z 54 proc. do 50 proc.), ale liczby te obejmują całą gospodarkę światową. Ponieważ około dwóch trzecich światowej wartości dodanej generowane jest przez sektor usług, a globalna rewolucja łańcucha dostaw koncentrowała się głównie na produkcji, takiego skromnego wpływu w zasadzie należało się spodziewać.

obserwatorfinansowy.pl

Offshoring napędzany rozwojem technologii informacyjno-komunikacyjnych przemienił wpływ globalizacji na świat, ponieważ firmy produkcyjne państw grupy G-7 zaczęły – w ramach offshoringu – łączyć zaawansowane technologiczne know-how z siłą roboczą w krajach o niskim poziomie płac (Baldwin 2016). Połączenie zaawansowanej technologii z niskimi płacami wywróciło świat konkurencji przemysłowej do góry nogami. Garstka krajów o wschodzących gospodarkach (szczególnie Chiny) konkurowała w wytwarzaniu towarów przemysłowych dzięki specjalistycznej wiedzy i niskim zarobkom pracowników. Robotnicy przemysłowi w krajach grupy G-7, pracujący w środowisku wysokich technologii i dobrych zarobków, mieli problem, by za nimi nadążyć. Robotnicy przemysłowi w krajach rozwijających się, do których nie przemieszczano produkcji ani towarzyszącego jej know-how, konkurowali w warunkach niskiego poziomu technologii i niskich zarobków. Trudno im było doścignąć siłę roboczą pracującą w środowisku wysokich technologii i niskich zarobków w Chinach i kilku innych krajach.

To gwałtowne uprzemysłowienie w kilku wschodzących gospodarkach wywołało niespotykany dotychczas wzrost dochodów. A ponieważ wśród krajów doświadczających szybkiego uprzemysłowienia były Indie i Chiny, rosnący popyt na surowce wywołał supercykl surowcowy w latach 1998-2014.

Debatę publiczną na temat globalizacji zwykle cechuje obsesja na punkcie towarów przemysłowych. W wielu analizach przyjmuje się domyślnie, że spadek jest w przeważającej części efektem mniejszego handlu wyrobami przemysłowymi. Za winnych tego stanu rzeczy uznaje się zwykle wojnę handlową rozpoczętą przez prezydenta Trumpa w roku 2018 (w szczególności serię środków odwetowych zastosowanych przez Stany Zjednoczone i Chiny), wyjście Wielkiej Brytanii z UE, wzrost populizmu i spadek poparcia dla otwartego handlu wśród państw grupy G-7. Część analityków wzmacnia tę narrację, by zademonstrować wielki odwrót od multilateralizmu i otwartego systemu liberalnego (Foroohar 2022).

Niniejszy artykuł przedstawia dowody na to, że spadek wskaźnika handlu towarami do PKB można wyjaśnić w bardziej przyziemny sposób, mający znacznie mniej wstrząsające światem implikacje dla handlu światowego. Około 60 proc. spadku jest efektem obniżenia się wskaźnika paliw i towarów przemysłu wydobywczego, co dobrze koreluje z ogromnym spadkiem cen surowców od około 2010 roku. Reszta to efekt spadku wskaźnika towarów przemysłowych do PKB.

obserwatorfinansowy.pl

środa, 16 sierpnia 2023


Jarosław Kaczyński nieprzypadkowo krytykuje program akurat Sławomira Mentzena i Krzysztofa Bosaka. I nieprzypadkowo akurat dzisiaj. Raz, że najłatwiej krytykować pomysły tej partii, która w ogóle jakiekolwiek pomysły programowe zgłasza – tym bardziej, że są one dość kontrowersyjne. A dwa, że one w elektoracie Prawa i Sprawiedliwości zaczęły trafiać na podatny grunt, co zaczyna być widoczne w sondażach.

Przecież to wyborcy PiS przez lata byli przekonywani do tego, że państwo nie działa i że jego instytucje, jak np. sądy, potrafią głównie utrudniać im życie. A co więcej – często też przekonywali się na własnej skórze, że tak naprawdę bywa. I nawet jeśli do władzy dochodzą „ich” politycy, to jedynie dzięki wyjątkowemu samozaparciu, wielkiemu patriotyzmowi i niezłomności charakteru potrafią dla nich coś z tego „państwa z kartonu” wyrwać siłą.

Nie trzeba jednak być superprzenikliwym obserwatorem polskiej polityki, by zauważyć oczywistość, że po ośmiu latach rządów tak patriotycznego PiS instytucje państwa bynajmniej nie są silniejsze. Czyli: nie da się, na dłuższą metę trzeba samemu walczyć o swoje, nikt nam nie pomoże.

I tu cały na biało wchodzi Sławomir Mentzen, mówiąc wprost to, co miliony Polaków i tak już bardzo dobrze wiedzą, tylko może nikt im tego jeszcze tak zrozumiale nie opowiedział: państwo wam głównie szkodzi, sami poradzicie sobie lepiej; gdyby nie te pity, zusy, vaty i akcyzy, każda rodzina mogłaby kupić sobie po dwa samochody, każdą byłoby stać na dom z ogródkiem i grilla ze szwagrem co weekend. Bo co wam tak właściwie daje za te wysokie podatki państwo? Taka służba zdrowia przecież kompletnie nie działa. Nauczyciele, opłacani z waszych pieniędzy, to głównie strajkują, choć mają po dwa miesiące wakacji. A na drogach coraz większe korki, bo politycy są zakładnikami lewackich aktywistów... Lepiej poradzicie sobie sami, mając więcej pieniędzy w portfelach.

Jaka jest więc propozycja Sławomira Mentzena? Na przykład bon zdrowotny o wartości 4340 zł rocznie. Skoro w publicznych placówkach i tak nie da się na żadną wizytę czy zabieg umówić, to idźcie prywatnie. I PiS generalnie miało podobny pomysł na „naprawę” sytuacji, tylko jego prywatyzacja służby zdrowia za pomocą pieniędzy z programu 500+ była jeszcze ukryta, to znaczy: nie została opowiedziana wyborcom wprost.

Konfederacja robi więc właściwie to samo, tylko nie boi się potraktować tej opowieści jako wyborczego atutu. Jakby rozumiejąc, że socjal od PiS już spełnił swoją rolę, Polacy odzyskali poczucie godności i teraz czas opowiedzieć im na nowo Polskę, w której każdy samemu będzie załatwiać swoje sprawy. Bo co do zasady – wyborcy już taki układ zaakceptowali, teraz chcą tylko więcej pieniędzy w swoich rękach, bo w końcu państwo niczego im nie załatwi.

I teraz prezes PiS, który sam tę narrację narzucił, próbuje wyjaśnić wyborcom, dlaczego z tymi pieniędzmi do ręki to nie zawsze wszystko wygląda kolorowo. „Ich program to doprowadzenie was do nędzy, ich program to cztery tysiące kilkaset złotych dla każdego w bonie na leczenie. Jak się może wtedy leczyć człowiek chory na nowotwór? Ciężko, poważnie chory na serce czy jakąkolwiek inną poważną chorobę” – pytał Jarosław Kaczyński w Stawiskach. I konkretnie tłumaczył, na czym polega problem, bo „nawet jeden dzień takiego leczenia więcej kosztuje” niż owe 4340 zł z bonu zdrowotnego Konfederacji.

Czyli teraz prezes PiS musi przekonywać, że potrzebne są jednak silne instytucje, solidarność społeczna, wysokie składki. I wszystko po to, by tylko nie dopuścić do odpływu wyborców do partii ulepszającej jego własną opowieść o Polsce. Równie ciekawe jest, komu Jarosław Kaczyński próbuje obrzydzić Konfederację. Bo przecież opis „chory na serce” nie trafi do przeciętnego wyborcy Sławomira Mentzena, który z racji wieku takimi problemami nie będzie musiał się martwić jeszcze przez dobre 30 lat. Prezes PiS mówi językiem trafiającym do starszego elektoratu – i podkreśla bardzo wprost: „To są pomysły szaleńców, dzieciaków. Tylko dzieci mogą uwierzyć w taki program”. Chodzi więc o to, by na haczyk Konfederacji nie dali się złapać seniorzy, bo to ich najłatwiej przestraszyć liberalną wizją społeczeństwa, w którym każdemu będzie dane według jego siły a nie potrzeb.

Tu dochodzimy do kolejnej przyczyny, dlaczego prezes Jarosław Kaczyński atakuje program Konfederacji akurat dzisiaj. Rosnąca w siłę partia Mentzena i Bosaka, utyta na poparciu młodych mężczyzn, zaczyna dziś przyciągać do siebie grupy społeczne, które wcześniej były poza jej zasięgiem. Niedawne duże wzrosty sympatii do niej wynikają w dużej mierze ze wzrostu poparcia kobiet – i to młodych, nawet tych z proaborcyjnych marszów kobiet i głosujących wcześniej na lewicę czy Roberta Biedronia – ale i starszych rocznikowo wyborców. I nawet jeśli w dużej mierze to bardziej potencjalni wyborcy opozycji niż PiS, to i Jarosław Kaczyński ma powody do niepokoju. Bo i jego elektorat zaraz może zacząć do Konfy odpływać. Na przykład za posłanką Anną Siarkowską, która właśnie zamieniła Suwerenną Polskę Zbigniewa Ziobry na partię Mentzena i Bosaka.

(...)

Ciągłe atakowanie Konfederacji uwiarygadnia tę partię jako prawdziwą „trzecią drogę” – jedyną alternatywę dla PO-PiS-u. Dlatego Konfederacja nadal będzie rosła w sondażach. Ale z punktu widzenia Kaczyńskiego i Tuska ważniejsze od wyników partii Mentzena i Bosaka są jednak wyniki PO i PiS, a dokładniej: mobilizacja własnego elektoratu. A sprawdzonym sposobem takiej mobilizacji jest oczywiście jednoczenie się wobec rosnącego w siłę wroga. Dlatego pnąca się w sondażach Konfederacja nie jest dla nich wcale – w teorii – tak złym scenariuszem.

(...)

„W jedno nie wierzcie, że my będziemy rządzili z Konfederacją” – zapewniał prezes w Stawiskach Jarosław Kaczyński. „Nie będziemy rządzili” – podkreślał po chwili dosadnie. I dorzucił po chwili: „Nie wierzcie w to i nie wierzcie w te nasze wspólne rządy”. A wszystko w przeciągu jedynie 50 sekund, czyli trzy razy się wyparł Konfederacji nim minęła minuta. Z pewnością wiemy więc jedno: Jarosław Kaczyński bardzo chce wszystkich przekonać do tego, że takiego planu nie rozpatruje. Może nawet za bardzo, bo wychodzi to karykaturalnie.

Bądźmy szczerzy: do takiej koalicji mogłoby nie dojść tylko dlatego, że nie będzie się ona wizerunkowo opłacać Konfederacji. Problem w tym, że wszystkie sondaże wyborcze od wielu miesięcy pokazują jedno: PiS może marzyć o rządzeniu wyłącznie w ramach koalicji z Konfederacją. I to rzeczywiście problem dla prezesa PiS, który nie potrafi kompromisowo ucierać stanowisk nawet w ramach swojego obozu politycznego, stworzonego tak naprawdę z własnych wychowanków jak Zbigniew Ziobro czy Adam Bielan. Można więc uwierzyć, że koalicja z Konfederacją naprawdę spędza mu sen z powiek. Ale innego ruchu po wyborach może nie mieć.

rp.pl

wtorek, 15 sierpnia 2023


Kornel Wawrzyniak: Mam wrażenie, że Polską rządzi partia kierowców.

Bartosz Józefiak: Na szczęście ta partia jest już trochę w odwrocie. Masz jednak rację. Politycy z właściwie wszystkich ugrupowań pilnowali, aby kierowców nikt nie ruszał. Weźmy prawo, które miało chronić pieszych na pasach. To nie jest nowy pomysł. Pierwszy taki projekt powstał już w 2014 r., czyli u schyłku rządów Platformy Obywatelskiej. Przygotowała go posłanka Beata Bublewicz z PO, która była przewodniczącą Zespołu Parlamentarnego ds. Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego. Pani posłanka musiała być bardzo zdziwiona, kiedy projekt uwalił jej kolega z partii, senator Aleksander Pociej, który twierdził, że pierwszeństwo pieszych na pasach zakorkuje Warszawę do reszty. Ustawa wróciła potem do Sejmu, gdzie pogrzebali ją do reszty zarówno koalicjanci, czyli politycy PSL i PO, jak i prawie cały SLD oraz PiS (w zasadzie niemal cały parlament).

Bo z kierowcami nie warto zadzierać?

Będąc politykiem, warto z nimi dobrze żyć. Platforma w 2015 r. skasowała samorządowe fotoradary, aby zyskać więcej punktów przed wyborami. Również PiS przez pierwszą kadencję nie przejmowało się bezpieczeństwem na drogach. Zajęło się nim dopiero niedawno, uchwalając kolejne przepisy. Inne partie też zaczęły o tym mówić. Platforma pokazała zresztą swoją hipokryzję, mówiąc, że od mandatów i karania skuteczniejsze będzie zapobieganie. A to ona dokonała rzezi fotoradarów, które w tej prewencji skutecznie pomagają.

Skąd ta zmiana o 180 stopni u polityków?

Do partii dotarło, że dziś nie zbiją kapitału politycznego na popieraniu szybkiej i niedozwolonej jazdy. Jedyną partią, która nadal identyfikuje się z interesami kierowców, jest Konfederacja. Myślę, że masa krytyczna rosła w społeczeństwie już jakiś czas, jednak momentem przełomowym był wypadek na ulicy Sokratesa w Warszawie. W Polsce jesteśmy bardzo skupieni na dużych miastach, prawdopodobnie przez to, że tam są większe media i politycy. To skupienie widać dobrze na przykładzie wypadku w Krakowie. Zginęły cztery osoby i o tym się mówi. O wypadku pod Sztumem, gdzie zginęły trzy osoby, nie wspomina prawie nikt, a było to w ten sam weekend.

Skoro wspomniałeś o Krakowie – żółte renault było przerobione pod wyścigi. Czy policja weźmie się wreszcie za nielegalne rajdy na ulicach miast?

Oczywiście, że teraz się weźmie. Ale to będzie taka polska klasyka. Przez dwa tygodnie będzie ostro. Akcje, którymi policjanci uwielbiają się chwalić. Nazwą te działania jakoś medialnie, typu "stop piratom drogowym". Ale mogę się z tobą założyć, że za najdalej trzy-cztery tygodnie nikt nie będzie pamiętał, ani w mediach, ani w policji, że ktoś wypowiadał piratom drogowym jakąś wojnę, i wszystko wróci do normy.

Skoro wspomniałeś o Krakowie – żółte renault było przerobione pod wyścigi. Czy policja weźmie się wreszcie za nielegalne rajdy na ulicach miast?

Oczywiście, że teraz się weźmie. Ale to będzie taka polska klasyka. Przez dwa tygodnie będzie ostro. Akcje, którymi policjanci uwielbiają się chwalić. Nazwą te działania jakoś medialnie, typu "stop piratom drogowym". Ale mogę się z tobą założyć, że za najdalej trzy-cztery tygodnie nikt nie będzie pamiętał, ani w mediach, ani w policji, że ktoś wypowiadał piratom drogowym jakąś wojnę, i wszystko wróci do normy.

Dlaczego tak trudno działać sensownie?

Znajduję dwa wyjaśnienia. Jedno jest takie, że trudno ukarać nocnych rajdowców. Zauważ, że kiedy robią takie spotkanie, to w wyścigu biorą udział dwa auta. Reszta, powiedzmy kilkadziesiąt aut, po prostu stoi zaparkowana. Oni de facto nie łamią prawa, więc jak zorganizujesz obławę, to złapiesz góra cztery samochody. Reszcie może wystawisz trochę mandatów za drobiazgi. Z drugiej strony masa tych samochodów jest tak przerobiona, że policja mogłaby spokojnie odbierać dowody rejestracyjne. To jednak wymagałoby od niej sporej logistyki i regularnego wysiłku. Drugie wytłumaczenie jest bardziej psychologiczne. Organizatorzy wyścigów mówili mi, że policjanci ścigają się u nich po cywilu. A z rozmów z policjantami i tego, jakie są ich działania, wyciągnąłem taki wniosek, że policjanci lubią obwiniać pieszych. Polska policja nieproporcjonalnie dużo energii poświęca na edukowanie pieszych, a nieproporcjonalnie mało na edukowanie kierowców, co pokazał raport Najwyższej Izby Kontroli. Tymczasem wypadków spowodowanych przez pieszych jest zaledwie kilka procent.

Słabo są zorganizowani.

Uważam, że ogromnym marnotrawstwem sił jest ustawianie patroli z tzw. suszarkami. Taką robotę powinny wykonywać fotoradary. Ale już ustaliliśmy, że w samorządach je skasowano. Te siły powinno się przerzucić do grupy Speed, która z dużym poświęceniem próbuje powstrzymać codziennych piratów drogowych panoszących się na polskich drogach. To by było lepsze spożytkowanie zasobów ludzkich, których i tak w tej formacji brakuje.

(...)

Po lekturze twojej książki wydaje się, że najgorsi są kierowcy drogich aut, którym wydaje się, że mogą więcej.

Psychologowie transportu, z którymi rozmawiałem, opowiadali, że do ich gabinetów przeważnie trafiają mężczyźni w szczycie aktywności zawodowej, między 25. a 40. rokiem życia, którzy dużo podróżują służbowo, są na prowizjach i działają w ciągłym pośpiechu. Ten stres wpływa na ich technikę jazdy. Z drugiej strony wiemy ze statystyk policyjnych, że bardzo niebezpieczni są młodzi kierowcy w wieku 18-25 lat. Tutaj rocznik i moc auta się nie liczą, chociaż zdarza się, że te tanie auta mają pod maską coś fajnego, bo młodzi sobie te auta sami przerabiają. Do tego dochodzi chęć zaimponowania rówieśnikom.

(...)

A co sprawi, że Polacy zdejmą nogę z gazu?

Na pewno nie fiksowałbym się na wysokości mandatów. Można wlepiać kary i po 1 mln zł, ale co to nam daje? Kiedy ostatnio miałeś kontrolę drogową?

Jakieś pięć lat temu.

A ja dwa. I tu już widać, że nie mamy żadnej prewencji. Póki nie będziemy mieli więcej fotoradarów i nie zmienimy systemu, będziemy mieć problem. Niestety, historie o tym, że jak się będzie odpowiednio długo unikało odebrania mandatu, który przyszedł pocztą, to on wreszcie się przedawni, są prawdziwe. Główny Inspektorat Transportu Drogowego, który odpowiada dzisiaj za fotoradary, nie jest w stanie przerabiać nawet tej nikłej liczby mandatów, która do nich obecnie przychodzi. Tam po prostu pracuje za mało ludzi. Mamy tutaj zapaść w systemie polskiego państwa. Jest jak ze wszystkim w tym kraju – ochrona zdrowia nie działa, edukacja prawie się rozpada. I tak samo jest z bezpieczeństwem na drogach. Polska musi zacząć płacić więcej urzędnikom i więcej ich zatrudniać. Zdaję sobie sprawę, że to nie są popularne postulaty, ale innej drogi nie ma.

onet.pl