środa, 22 lutego 2023


Siły rosyjskie wyparły obrońców z ostatnich punktów oporu na północnych obrzeżach Bachmutu i po przekroczeniu autostrady M03 kontynuują natarcie na pozycje przeciwnika na północny zachód od miasta. Ukraińcy nie dopuszczają do oskrzydlenia Bachmutu od południowego zachodu, gdzie wciąż trwają walki o kontrolę nad drogą do Konstantynówki. 19 lutego Zełenski po raz pierwszy zasugerował możliwość opuszczenia miasta – stwierdził: „będziemy się bronić, dopóki to będzie rozsądne”. Podkreślił przy tym, że stawiające opór wojska ukraińskie równocześnie przygotowują się do kolejnej kontrofensywy. Z kolei minister obrony Ołeksij Reznikow oznajmił, że uporczywa obrona Bachmutu wyczerpuje potencjał ofensywny agresora.

Natężone starcia trwają wciąż w okolicach Siewierska, gdzie Ukraińcy mieli odeprzeć kolejne ataki wroga na południe i wschód od miasta, oraz pomiędzy Kreminną a linią rzek Doniec i Żerebeć. Rosjanie atakowali także w obwodzie charkowskim – wzdłuż linii rzeki Oskoł na wysokości Dworicznej oraz na północno-wschodnich obrzeżach Kupiańska. Z komunikatów ukraińskiego Sztabu Generalnego wynika zaś, że po piątkowych walkach w sobotę i niedzielę najeźdźcy nie podejmowali kolejnych prób natarcia w łuku na zachód od Doniecka oraz w Wuhłedarze. Według części źródeł mieli oni natomiast spróbować wyprowadzić uderzenie w rejonie Orichiwa w obwodzie zaporoskim.

(...)

Sugestia prezydenta Zełenskiego, że siły ukraińskie nie będą broniły Bachmutu za wszelką cenę, potwierdza, iż ich sytuacja w mieście i jego okolicach staje się coraz trudniejsza. Po skierowaniu do rejonu walk dodatkowych sił, w ubiegłym tygodniu obrońcom udało się powstrzymać natarcie agresora na Czasiw Jar i wyprzeć go na południe od drogi Bachmut–Konstantynówka. Z informacji ukraińskiego Sztabu Generalnego wynika jednak, że nie miało to trwałego charakteru. Rosjanie znów atakują Czasiw Jar, przez który przechodzi jedyna obecnie droga zaopatrzenia obrońców. Sytuację ukraińskiego garnizonu znacząco pogorszyło też przełamanie przez najeźdźców obrony na północ od Bachmutu i umocnienie się ich na odcinku autostrady M03 do Słowiańska, z którego to rejonu wyprowadzane są aktualnie ataki w kierunku południowym. Zarówno na północny zachód, jak i na południowy zachód od Bachmutu wojska rosyjskie znalazły się w odległości około czterech kilometrów od ostatniej pozostającej pod kontrolą ukraińską drogi do miasta.

osw.waw.pl

wtorek, 21 lutego 2023


Co roku, w rocznicę bitwy, która odparła nazistowski atak na ZSRR, miasto Wołgograd na krótko przemianowywane jest na Stalingrad — nazwę, jaką miało w czasach sowieckich. Podczas tegorocznych obchodów władze poszły jednak o krok dalej. Odsłoniły popiersie sowieckiego dyktatora Józefa Stalina i urządziły parady żołnierzy przebranych za tajną policję, chcąc podkreślić podobieństwa między przeszłością Rosji a jej teraźniejszością.

— To niewiarygodne, ale prawdziwe: znowu zagrażają nam niemieckie czołgi Leopard — powiedział prezydent Rosji Władimir Putin, który udał się do Wołgogradu, aby wygłosić przemówienie 2 lutego. — Ciągle musimy odpierać agresję kolektywnego Zachodu.

Wypowiedź Putina była pełna merytorycznych nieścisłości. Rosja walczy nie z Zachodem, lecz z Ukrainą, bo Kreml dokonał na nią inwazji. Niemieckie leopardy dostarczane do Kijowa pochodzą dopiero z lat 60. ubiegłego wieku i nie ma planu, by wjechały na terytorium Rosji.

Przypomnienie przez rosyjskiego prezydenta dawnych zwycięstw było jednak wymowne — stanowiło kwintesencję jego podejścia do uzasadnienia inwazji, która nie poszła zgodnie z planem. Jeśli trudno dziś władzom Rosji wyjaśnić teraźniejszość, odwołują się do przeszłości.

— Język historii zastąpił język polityki — powiedział Iwan Kuryła, historyk z Uniwersytetu Europejskiego w Petersburgu. — Jest on używany do wyjaśnienia tego, co się dzieje w prosty sposób, który Rosjanie rozumieją.

Putin od dawna nawiązuje do II wojny światowej — znanej w kraju jako wielka wojna ojczyźniana — w której według szacunków zginęło ponad 20 mln obywateli radzieckich.

Przywoływanie walki z Adolfem Hitlerem odwołuje się do rosyjskiej traumy i przedstawia kraj jako stojący po właściwej stronie historii. — Zostało to przekształcone w główną narrację, poprzez którą [Putin] przekazuje podstawowe idee tego, co jest dobre, a co złe, kto jest przyjacielem, a kto wrogiem — powiedział Kuryła.

Zapowiedź Putina o jego pełnoskalowym ataku na Ukrainę nie była wyjątkiem. 24 lutego 2022 r. Rosjanie usłyszeli telewizyjne przemówienia, ogłaszające rozpoczęcie "specjalnej operacji wojskowej" w celu "demilitaryzacji" i "denazyfikacji" Ukrainy.

— Oficjalna narracja brzmiała: »w Ukrainie są faszyści, a my chcemy pomóc tamtejszym ludziom. Walczymy w imię wielkiej sprawy« — powiedziała Tamara Eidelman, ekspertka od rosyjskiej propagandy.

Rosjanie wydawali się jednak zdezorientowani. Na początku wojny jeden z mężczyzn został zapytany przez dziennikarzy z rosyjskiej strony internetowej 7×7 co oznacza "denazyfikacja". Jego odpowiedź brzmiała: "szacunek dla ludzi różnych grup etnicznych, dla różnych języków, równość wobec prawa i wolność prasy".

Inny rozmówca przedstawił następującą definicję: "Zniszczyć wszystkich, którzy nie są za normalnym, spokojnym życiem".

Przynajmniej termin "specjalna operacja wojskowa" okazał się nieco bardziej zrozumiały. Sugerował szybką, profesjonalną, ukierunkowaną ofensywę.

— Jest w tym pewna przyziemność — »tak, to będzie nieprzyjemne, ale szybko się tym zajmiemy« – powiedziała Eidelman, ekspertka od propagandy.

Tydzień po inwazji zmieniono rosyjskie prawo, aby pozwalało ono karać osoby postrzegane jako dyskredytujące rosyjskie siły zbrojne lub rozpowszechniające fake newsy, w tym poprzez użycie słowa "wojna".

W miarę jak "specjalna operacja wojskowa" przerodziła się w przedłużający się konflikt i nie dało się już dłużej naginać faktów do narracji Putina, Kreml stopniowo był zmuszany do zmiany swojej narracji.

Obrazy zbombardowanego szpitala położniczego w Mariupolu czy trupów na ulicach Buczy były odrzucane przez państwową propagandę jako fałszywki lub prowokacje — a do wiosny terminy "demilitaryzacja" i "denazyfikacja" praktycznie zniknęły ze sfery publicznej.

W przemówieniach i audycjach pojawiały się nowe uzasadnienia inwazji — takie jak chociażby twierdzenie, że Stany Zjednoczone opracowywały w Ukrainie broń biologiczną. W październiku Putin oświadczył, że jednym z głównych celów wojny było zapewnienie Krymowi, zaanektowanemu przez Rosję w 2014 r., stabilnych dostaw wody.

Odwołanie do historii pozostało jednak centralnym elementem wysiłków komunikacyjnych Putina.

II wojna światowa pozostaje ulubionym motywem przewodnim rosyjskiego prezydenta. W swoich historycznych porównaniach posuwa się jednak coraz dalej. W czerwcu odwołał się do kampanii Piotra Wielkiego, który chciał "odzyskać to, co należało do Rosji". Podczas październikowej ceremonii zgłoszenia roszczeń do czterech regionów Ukrainy odwołał się z kolei do Katarzyny Wielkiej.

— Co kilka miesięcy wysuwa się kolejną historię, jakby badano reakcję, patrzono, co się sprawdza — powiedział Kuryła.

Poszukiwanie historycznych paraleli nabrało również oddolnego charakteru, ponieważ nawet zwolennicy wojny szukają jej uzasadnienia. — Szczególnie wiosną i wczesnym latem próbowano zsowietyzować wojnę, ludzie machali czerwonymi flagami, próbując nadać jej sens przez ten pryzmat.

W mieście Syzrań pod koniec ubiegłego roku studenci zostali nagrani, gdy w hali sportowej pchali atrapy czołgów w ramach rekonstrukcji bitwy o Kursk z czasów II wojny światowej. Niedawno studenci prawa w Petersburgu wzięli udział w rzekomej inscenizacji procesów norymberskich, którą gubernator regionu pochwalił jako "aktualną" w świetle obecnej walki Rosji z nazizmem.

Przez cały czas Kreml starał się przedstawiać konflikt jako walkę z potężnymi zachodnimi interesami, które chcą wykorzystać Ukrainę do osłabienia Rosji — narracja ta stawała się coraz ważniejsza, gdy Kreml żądał większych poświęceń od rosyjskiej ludności, zwłaszcza poprzez kampanię mobilizacyjną we wrześniu.

— Już na długo przed lutym ubiegłego roku ludzie mówili nam: »Jesteśmy wciągani przez Zachód w wojnę, której nie chcemy, ale z której nie ma odwrotu« — powiedział Denis Wołkow, dyrektor niezależnego ośrodka badania opinii publicznej Centrum Lewady.

Dodał, że nastroje te są powszechne od lat dziewięćdziesiątych i dodatkowo napędzane rozczarowaniem z powodu osłabienia pozycji Rosji po zimnej wojnie. — To, co obserwujemy dzisiaj, jest kulminacją tego poczucia rozczarowania, niezrealizowanych złudzeń, szczególnie wśród osób powyżej 50. roku życia — powiedział.

Wraz ze zbliżającą się rocznicą wojny narracja po raz kolejny musi zostać dostosowana do zmienionych okoliczności.

Nawet gdy setki osób w Rosji są ścigane na podstawie przepisów o cenzurze wojennej, przejęzyczenia urzędników wysokiej rangi, takich jak minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow — a w grudniu nawet sam Putin — sprawiły, że idea "wojny" stała się mniejszym tabu.

— Odchodzimy od specjalnej operacji wojskowej w kierunku świętej wojny... przeciwko 50 krajom zjednoczonym przez satanizm — powiedział w styczniu w swoim programie propagandysta Władimir Sołowjow.

Według Centrum Lewady Rosjanie spodziewają się, że wojna potrwa jeszcze pół roku lub dłużej. — Większość trzyma się na uboczu i biernie popiera wojnę, o ile nie dotyka ich ona bezpośrednio — powiedział Wołkow, ankieter.

Tymczasem doniesienia o zachodnich dostawach broni zostały wykorzystane do wzmocnienia argumentu, że Rosja walczy z Zachodem pod parasolem NATO — już nie w sensie ideologicznym, ale dosłownym.

— Rok wojny zmienił nie same słowa, które są wypowiadane, ale to, co oznaczają w prawdziwym życiu — powiedział Kuryła. — To, co zaczęło się jako historyczna metafora, jest podsycane przez faktycznie przelaną krew.

W gazetach Rosjanie znajdą szczegółowe opisy, pokazujące, że zachodni sojusznicy Związku Radzieckiego w czasie II wojny światowej byli w rzeczywistości przez cały czas nazistowskimi sympatykami — to kolejny recykling motywu z rosyjskiej historii.

— Podczas zimnej wojny można było znaleźć karykatury przedstawiające zachodnich przywódców, takich jak prezydent Eisenhower w faszystowskim stroju i hełmie NATO — powiedziała Eidelman, ekspertka od rosyjskiej propagandy.

— Takiego poziomu nienawiści i agresywnego nacjonalizmu nie widziano od późnego okresu stalinowskiego — dodała.

Trzy dni przed rocznicą inwazji Putin wygłosił kolejne przemówienie. — Nie da się pokonać Rosji na polu walki, więc są ataki informacyjne. Wybierają młode pokolenie, cały czas kłamią, przekręcają fakty historyczne, atakują naszą kulturę, rosyjską cerkiew — powiedział.

Istnieje jednak pewien limit tego, w jakim stopniu rosyjski prezydent może napełniać swoich poddanych entuzjazmem dla minionej chwały swojego kraju.

W Wołgogradzie propozycje zmiany nazwy miasta na Stalingrad nie powiodły się. Sondaże pokazują, że zdecydowana większość mieszkańców jest przeciwna takiej inicjatywie.

Jeśli chodzi o przyjęcie przeszłości, Rosjanie są wciąż o krok za swoimi przywódcami.

onet.pl/Politico

Tak więc Peterhof zdobyła tylko jedna niemiecka 1. dywizja piechoty. Żukow pisał w rozkazie nr 0043: „Przed frontem 8. Armii działają jednostki jednej–dwóch dywizji piechoty”.

Radzieckie oddziały na liczącym 50 km długości i 35 km głębokości terenie działań bojowych wspierały silnym ogniem artyleryjskim 12–calowe działa liniowców „Marat” i „Oktiabrskaja  Rewolucyja”, artyleria fortów Krasnaja Górka i Sieraja Łoszad’, 180–mm działa krążowników i 130–mm niszczycieli, 11. (356–mm) i 18. (305–mm) baterie kolejowe, pociągi pancerne nr 7 „Bałtijec” i nr 8 „Za Rodinu”. Zarówno wojsk, jak i sprzętu było nawet więcej niż potrzeba. Od 16 do 18 września flota przeprowadziła operację przerzucenia z Oranienbaumu do Leningradu 125. i 268. dywizji strzeleckiej i 47. pułku artylerii korpuśnej, które zostały uznane za rezerwę frontu; w drugiej połowie października wycofano jeszcze sześć dywizji. A blokadą przyczółka i odpieraniem prawie codziennych ataków i kontrataków radzieckich zajmowały się w 1941 r. tylko dwie niemieckie dywizje piechoty. I w 1942 r., i w 1943 r. także one...

Od Uricka do południowego krańca Pułkowa operowały trzy dywizje niemieckie. Przeciwstawiało się im siedem dywizji radzieckich: 44. (była 3 dywizja gwardyjską Armii Ochotniczej), 21., 56. (b. 7. dywizja AO), 189. (b. 6. dywizja AO) i 13. (b. 5. dywizja AO), 6. i 7. dywizja strzelecka oraz 123. i 124. brygada pancerna 42. armii, rozlokowane w dwóch rzutach. Działania bojowe wojsk Fiediuninskiego aktywnie wspierała artyleria Leningradzkiej Obrony Morskiej, wzmocniona 12. i 19. baterią kolejową.

Marsz. Żukow potwierdzał, że tylko na 17–kilometrowym odcinku Ligowo–Pułkowo i tylko do bezpośredniego ognia wystawiono 529 dział. W rejonie Kołpina operowało 441 dział, wśród nich 300 luf bezpośrednio wycelowanych w nieprzyjaciela.

A właściwie po co wycelowywać działa bezpośrednio? Po to, by choć czasem trafić w cel. Do prowadzenia ognia z pozycji zamkniętych koniecznie potrzebne są niezawodne środki łączności, rozpracowane parametry, wyszkoleni zwiadowcy umiejętnie korygujący ostrzał. Tego wszystkiego nie było, i właśnie dlatego na 100 wystrzelonych pocisków trafiały po 2–3, co stało się przyczyną wiecznego „głodu amunicji”.

Dlatego też działa (czasem nawet potężne) nierzadko całymi dywizjonami, a nawet pułkami artyleryjskimi, wytaczano na otwarte pozycje wręcz na pierwszą linię. Każda załoga widziała swój cel i pracowała samodzielnie, strzelając do wroga praktycznie z „pojedynkowego” dystansu. Przy tym były nieuniknione straty w ludziach i sprzęcie, za to celność wzrastała do 8,5%. Artylerzyści nazywali bezpośrednie strzelanie: „Żegnaj Ojczyzno!”; było jeszcze inne określenie, niestety nienadające się do powtórzenia.

A tymczasem „wrogie dowództwo”, w odróżnieniu od radzieckiego, według obserwacji płk. Gieorgija F. Odincowa (1900–1972), przyszłego marszałka ZSRR, „chroniło swoją artylerię, baterie nieprzyjaciela prowadziły ogień głównie z pozycji ukrytych i nie były wystawiane na ogień bezpośredni”.

Gen. Fiediuninski chełpił się później: 
Bez względu na to, że sił mieliśmy mało, nieprzyjaciel mocno odczuwał nasze uderzenia. Nie pozwoliliśmy mu wycofać z frontu i przerzucić pod Moskwę, gdzie faszyści rozwijali ofensywę, ani jednej dywizji… Aż do połowy października trwały walki w rejonie Uricka, koło szosy do Peterhofu i o sowchoz «Proletarskij trud». I walki te stały się dla nas dobrą szkołą…

W armii było wtedy wielu dowódców powołanych z rezerwy, nie mających właściwego przygotowania wojskowego i doświadczenia w dowodzeniu. Wyróżniali się oni odwagą, byli oddani Ojczyźnie, ale w ich działaniu dawał znać o sobie brak doświadczenia wojskowego.

Jest interesujące, że dowódcom fińskim, którzy spokojnie i z minimalnymi stratami powrócili na swoją linię Mannerheima, o którą w krwi i znoju Armia Czerwona walczyła zimą 1939/1940 r. przez trzy miesiące, doświadczenia wojskowego całkowicie wystarczało, a bohaterowie Chałchyn–gołu ciągle jeszcze uczyli się, nabierając doświadczenia.

Na rubieży Tosny kontynuowała „naukę” 4. dywizja Armii Ochotniczej. I tam rozkazy do ataku przychodziły jeden za drugim — z tymi samymi zadaniami i tymi samymi siłami: 
21 września: „4. dywizja AO — zdobyć Iwanowskoje i Pokrowskoje, wypchnąć nieprzyjaciela z rowu przeciwczołgowego na południe od Kotlina”;
23 września: „4. dywizja AO — zdobyć rów przeciwczołgowy w okolicy kolonii kotlińskiej, przeprawami do Ust’ — Tosno”;
25 września: „86. dywizja (była 4. dywizja AO) — zdobyć rów przeciwczołgowy, sforsować rzekę Tosnę, zdobyć Iwanowskoje”.

Ten rów zaczynał się w przysiółku Jam–Iżora przy szosie do Moskwy, przecinał linie kolejowe „Oktiabrską” i „Kirowską”, by za fabryką „Lenspirtstroj” zakończyć się na brzegu Newy. Tylko 2,5 km północnego odcinka rowu, do drogi gruntowej prowadzącej do miejscowości Iwanowskoje, znajdowało się w rękach radzieckich. Pozostałe 8,5 km do samej szosy było we władaniu Niemców.

Pod koniec miesiąca do szturmu na ten rów dołączyły swe wysiłki 268. i 125. dywizje strzeleckie, wycofane z walk pod Oranienbaumem. Tym wszystkim siłom przeciwstawiała się 122. dywizja piechoty gen. Macholza. Na prawo od Kotlina do Pułkowa z podobnym skutkiem walczyły ze 121. dywizją piechoty nieprzyjaciela 168., 90. i 70. dywizja strzelecka, 84. i 86. batalion czołgów 55. Armii. Straty tej armii tylko na odcinku od Kołpina do Newy we wrześniu 1941 roku wyniosły ponad 17 tys. ludzi. Dywizja płk. Bondariewa w walkach o Słuck straciła 7477 żołnierzy — prawie cały skład osobowy.

Żukow pochwalił tę dywizję w swoich pamiętnikach, jako „szczególnie wyróżniającą się”. Atakującym bez przerwy dywizjom niezmiennie dodawało „wiary we własne siły” siedem batalionów karabinów maszynowych i artylerii oraz cztery oddziały zaporowe rozwinięte w drugiej linii armii.

I to właśnie niedołęstwo dowódców już od 60 lat jest przedstawiane jako wielkie zwycięstwo wielkiego geniusza strategicznego. Czy było zwycięstwo? Było niewątpliwie. Ale czy wódz naprawdę ma się czym chwalić?

Nawiasem mówiąc, wielkie straty i jednocześnie niedostateczna „siła przebicia” w ataku radzieckich dywizji były wręcz przewidziane w regulaminie wojskowym. Opracowujący go generałowie, fantazjując na temat przyszłej wielkiej wojny, widocznie uznawali za uwieńczenie ataku walkę na bagnety mas piechurów:
„Po to karabin ma kolbę, by walić faszystę w mordę!”
„Bagnetem kłuj faszystę, wygoń go z ziemi ojczystej!”

Dywizja strzelecka, której wyznaczano do ataku pas szerokości kilometra, ustawiała swoje pułki w dwóch szeregach, pułk strzelecki ustawiał trzy bataliony jeden za drugim. Dopiero ponad rok wojny uświadomił, że:

Wskutek tego radziecka dywizja strzelecka w szyku bojowym miała w pierwszym rzucie 8 kompanii strzelców z posiadanych Pozostałych 19 kompanii rozciągało się za pierwszym rzutem do dwóch km w głąb, pokrywając pole walki idącymi ramię w ramię szeregami i tym samym całkowicie pozbawiając się możliwości pełnego wykorzystania swojej siły ognia.

W rezultacie mamy po pierwsze, wyjątkowo duże, niczym nie usprawiedliwione straty w ludziach i w sile ognia po ostrzale artyleryjskim, moździerzowym i atakach lotnictwa nieprzyjaciela, ponoszone głównie przez pododdziały drugiego i trzeciego rzutu jeszcze przed przystąpieniem do walki, w wyniku czego nasze ataki często załamują się już na pierwszym etapie, i po drugie, mamy wymuszoną bezczynność ponad jednej trzeciej siły ognia całej dywizji piechoty.

Przy tym pododdziały drugiego i trzeciego rzutu, biorące na siebie podstawowy ogień moździerzy, artylerii i lotnictwa nieprzyjaciela, aby uniknąć wielkich strat, są zmuszone do jak największego zbliżenia się do kolumn idących w pierwszej linii, a więc — z tej samej przyczyny — do zmieszania się z ich szykami bojowymi. To zaś prowadzi do nieuniknionego przemieszania się pierwszego rzutu z następnymi i przekształcenia ich w tłum, jak również pozbawia możliwości dowodzenia nimi.

Postawimy z tyłu „oddziały zaporowe” i mamy w ten sposób osławiony „rosyjski atak”. Dla nieprzyjaciela tego rodzaju taktyka jest po prostu podarunkiem. Przecież Niemcy za najważniejszy cel uważali nie zajęcie terenu, ale właśnie likwidowanie sił żywych. Daremnym wysiłkiem jest jednak poszukiwanie u Żukowa jakichkolwiek rozważań o taktyce walki. Myślał on w sposób nieskomplikowany, że wszystkiego powinno być dużo.

W rozmowie z marsz. Szaposznikowem 14 września Gieorgij Żukow narzekał, że przyjął na Froncie Leningradzkim zaledwie 268 samolotów, ale jakoś „zapomniał” o 287 samolotach Floty Bałtyckiej (w tym 170 myśliwcach, 61 bombowcach i maszynach szturmowych) i prawie 300 myśliwcach 7. korpusu lotnictwa, regularnie osłaniających działania wojsk frontu oraz szturmujących nieprzyjaciela.

Przedsiębiorstwa leningradzkie od lipca do grudnia 1941 r. wyprodukowały 713 czołgów, 480 pojazdów opancerzonych, 58 pociągów pancernych i opancerzonych stanowisk ogniowych, ponad 3 tys. armat pułkowych i dział przeciwpancernych, około 10 tys. moździerzy, ponad 3 mln pocisków i min. To wszystko trafiło na front praktycznie natychmiast. Od końca sierpnia, na mocy decyzji Państwowego Komitetu Obrony, cała produkcja pancerna przedsiębiorstw w mieście pozostawała do dyspozycji Frontu Leningradzkiego.

Dlatego tracąc bezpowrotnie w sierpniu 273 czołgi i 55 pojazdów opancerzonych, a we wrześniu analogicznie — 262 i 43, na początku października Front Leningradzki miał 339 czołgów (połowę z nich stanowiły ciężkie KW i T–34) oraz 162 samochody pancerne. Na bazie 1. dywizji pancernej utworzono 123. samodzielną brygadę czołgów (46 jednostek KW), a z 24. dywizji pancernej i innych oddziałów sformowano 124. i 125. brygadę czołgów. Ta ostatnia wyróżniała się uzbrojeniem; posiadała 26 maszyn KW i 11 dział samobieżnych kalibru 76 mm, wyprodukowanych na bazie czołgu T–26. We wrześniu utworzono jeszcze 7 samodzielnych batalionów czołgów bezpośredniego wsparcia piechoty.

Flota Bałtycka wydzieliła do współdziałania z wojskami lądowymi 345 luf artylerii morskiej kalibru od 100 do 406 mm. Ostrzelały one nieprzyjaciela ponad 25 tys. pocisków. Do systemu obrony przeciwlotniczej Leningradu włączono 349 dział zenitowych tej floty. Z okrętów zeszło do walk na lądzie 68 tys. marynarzy.

Dowództwo niemieckie jasno zdawało sobie sprawę ze znaczenia dla obrony Leningradu tej floty, a zwłaszcza jej potężnej artylerii. W związku z tym podjęło w drugiej połowie września operację powietrzną, mającą na celu zniszczenie sił morskich bazujących w Kronsztadzie. Okręty Floty Bałtyckiej stały się głównym celem dla 2. eskadry lotnictwa szturmowego, dowodzonej przez płk. Oskara Dinorta.

Pierwszego ataku na Kronsztad dokonała 19 września grupa 50 bombowców Ju–87. Później odbyły się zmasowane naloty 21, 22, 23 i 27 września. Towarzyszył im ostrzał artyleryjski okrętów stojących na Newie, w porcie i w kanale morskim. Liczne radzieckie działa zenitowe odpowiadały gęstym ogniem zaporowym. Najbardziej utytułowany as lotnictwa bombowego Trzeciej Rzeszy Hans Rudel wspomina: „Obrona była wręcz zabójcza, nigdzie później podczas wojny nie widziałem czegoś podobnego”. Ale nic nie mogło powstrzymać pilotów sztukasów, weteranów kampanii polskiej, francuskiej i bałkańskiej oraz bitwy o Kretę. 

Bezpośrednimi trafieniami bomb zatopili oni okręt–lider „Mińsk”, niszczyciel „Stierieguszczyj”, dozorowiec „Wichr”, okręt podwodny M–74, trałowce nr 31, 33 i 53, transportowiec i holownik. Uszkodzone zostały — liniowiec „Oktiabrskaja Rewolucyja”, w który pikujące sztukasy wpakowały 6 bomb, krążownik „Kirow”, stawiacze min „Silnyj”, „Gordyj” i „Grozjaszczyj” oraz szereg innych okrętów i statków.

Na liniowcu „Marat”, w wyniku trafienia dwiema 500–kilogramowymi bombami, wybuchł zapas amunicji. Eksplozja oderwała całą dziobową część okrętu do 52 wręgi, wraz z wielopiętrową nadbudówką i pierwszym kominem. Pozostała część osiadła na dnie portu w Kronsztadzie. Zginęło 326 członków załogi, w tym dowódca okrętu kmdr por. P. K. Iwanow i jego zastępca kmdr ppor. W. S. Czufistow.

Mimo to, pozbawiony jednej trzeciej kadłuba, możliwości poruszania się i zdolności bojowej, były liniowiec nadal znajdował się na liście floty jako „okręt liniowy” aż do września 1951 r., kiedy oficjalnie przemianowano go na „nieruchomy statek szkoleniowy”.

Nawet taki niepoprawny optymista jak adm. Tribuc przyznał, że Flota Bałtycka poniosła wtedy ciężkie straty. Tylko marsz. Żukow, który zdążył zostać i szefem Sztabu Generalnego, i ministrem obrony, do końca życia nie rozumiał, do czego w ogóle jest potrzebna flota; sądził, że krążownik — to coś w rodzaju pływającego pociągu pancernego i autorytatywnie oświadczył w swych pamiętnikach: „Flota nie poniosła istotnych strat”.

Bardziej zrozumiałe, w sensie wojny propagandowej, jest oświadczenie radzieckiego Biura Informacyjnego z 24 września. W odpowiedzi na zadziwiająco dokładne podsumowanie przez dowództwo niemieckie sukcesów swojego lotnictwa biuro to opublikowało dziarskie sprostowanie pod tytułem Faszystowskie łgarstwo o stratach radzieckich. Czytamy w nim:
„Faszystowskie baśnie — niech je piorun trzaśnie «Zawszeni są żołnierze Hitlera — Goebbels kłamie jak cholera»”,
Niemiecka agitacja była równie lotna:
„Bij Żyda–politruka, jego morda cegły szuka”.
Miał rację Ł. Osipow zauważając:
I nasi partyjniacy, i niemieccy są dokładnie jednakowi, mają tak samo ograniczone horyzonty i takie same braki w wykształceniu.
Tylko Niemcy są lepiej odżywieni i mają czyściejsze kołnierzyki.

25 września feldmarsz. von Leeb był zmuszony do zakomunikowania Berlinowi, że nie jest w stanie kontynuować działań ofensywnych tylko siłami, jakimi dotychczas dysponuje. Następnego dnia wyraził zwątpienie co do możliwości utrzymania Szlisselburga przez 39. korpus zmotoryzowany oraz uznał, że sytuacja jest kryzysowa. Większość jednostek niemieckich straciła pod Leningradem 60–70% żołnierzy i uzbrojenia, co pozbawiło je możliwości prowadzenia dalszych działań ofensywnych w celu zdobycia miasta.

(...)

Od 29 września lotnictwo niemieckie przerwało naloty na obiekty w Kronsztadzie, pozostawiając je artylerii. Do tego czasu Flota Bałtycka straciła połowę jednostek bojowych: zatonął liniowiec „Marat”, krążownik „Pietropawłowsk”, okręt–lider „Mińsk”, 13 niszczycieli, 20 okrętów podwodnych, 4 okręty patrolowe, stawiacz zagród podwodnych i 26 trałowców.

Tak skończył się pierwszy i jedyny szturm na miasto. Odparto go płacąc wysoką cenę. Od 23 sierpnia do 30 września wojska Frontu Leningradzkiego straciły 116 tys. żołnierzy, wśród nich 65 tys. uznano za zaginionych. Straty osobowe nieprzyjaciela — strony atakującej — były co najmniej pięć razy mniejsze. Ale bal, zaplanowany przez Leeba w hotelu „Astorija”, trzeba było odwołać.

Tak naprawdę Hitler, uwzględniając doświadczenia z walk o Madryt i Warszawę, od samego początku był przeciwnikiem bezpośredniego szturmu na Leningrad. Uważał, że walki uliczne w wielkim mieście, przekształconym w twierdzę, podzielonym na ogniska oporu, posiadającym  rozwiniętą sieć podziemnych połączeń, mnóstwo kanałów i solidnych, murowanych gmachów, w których mogą ukrywać się stanowiska ogniowe i pozycje snajperskie, przygotowanych do obrony ze wszystkich stron, osłoniętych zasiekami i minami–pułapkami, gdzie w zaułku nawet nie wyszkolonemu bojownikowi wystarczy butelka z „koktajlem Mołotowa”, by spalić czołg czy inny pojazd pancerny — takie walki w mieście mogą „zetrzeć w proch” nie tylko dywizje, ale nawet całe korpusy.

Wladimir Bieszanow - Obrona Leningradu s.103-109

poniedziałek, 20 lutego 2023


"Wizyta ta była rzadkim przypadkiem, kiedy prezydent USA udał się do strefy konfliktu, gdzie USA lub ich sojusznicy nie mieli kontroli nad przestrzenią powietrzną. Biały Dom nie chciał wchodzić w szczegóły, ale powiedział, że 'doszło do podstawowej komunikacji z Rosjanami w celu zapewnienia dekonfliktacji' krótko przed wizytą Bidena w celu uniknięcia jakichkolwiek błędnych kalkulacji, które mogłyby doprowadzić do bezpośredniego konfliktu dwóch mocarstw atomowych" - podaje Associated Press.

Z kolei "New York Times", powołując się na anonimowego urzędnika, który prosił o zachowanie anonimowości, potwierdził, że "po transatlantyckim locie do Polski Biden przekroczył granicę pociągiem, podróżując przez prawie 10 godzin do Kijowa, podobnie jak inni amerykańscy urzędnicy w ostatnich miesiącach". Jak dodał, lot do kraju objętego działaniami wojennymi byłby zbyt niebezpieczny.

gazeta.pl

Jacek Gądek: - Dlaczego Joe Biden przylatuje teraz do Polski?

Dr Sławomir Dębski: - W USA - a zwłaszcza wśród Demokratów - kultywowana jest tradycja wokół polskiej success story, upadku komunizmu i zbudowania demokratycznego państwa. Bo to także opowieść o sukcesie polityki amerykańskiej od 1989 r. Każdy prezydent USA miał więc w swoim kalendarzu wizytę w Warszawie i doniosłe programowe przemówienie. Teraz szczególny jest kontekst: rosyjska agresja na Ukrainę.

I stąd aż dwie wizyty prezydenta USA w Polsce w ciągu roku?

Pierwsze programowe przemówienie Joe Bidena wygłosił w marcu 2022 r. na Zamku Królewskim w Warszawie. Mija rok i Biden przyjeżdża, aby ogrzać się w cieple polskiej popularności. Nie dlatego, że lubi Polaków. Nie dlatego, że ma jakąś sympatię do miejsca. Przyjeżdża, bo Polska jest teraz wśród Amerykanów bardzo szanowana i popularna. Ilustracją tej popularności jest np. obecność gen. Rajmunda Andrzejczaka, Szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, w "Morning Joe" telewizji MSNBC. Do takich programów są zapraszani bowiem najbardziej interesujący ludzie, którzy podbijają oglądalność.

Joe Biden, przylatując do Polski po raz drugi, zamierza skorzystać z naszej popularności. Biden rozważa możliwość ubiegania się o kolejną kadencję - w moim przekonaniu bardzo by chciał ponownie startować w wyborach. Wizyta w Polsce, która już przebija się na pierwsze strony gazet i czołówki programów telewizyjnych, bardzo mu służy, jego wizerunkowi i przyszłej kampanii wyborczej. To jest podstawowy powód tej wizyty.

Naprawdę? A nie wsparcie dla Ukrainy?

Rosyjska agresja na Ukrainę zmienia świat. Bez wsparcia Bidena Ukraina nie miałaby szans się obronić. Zaangażował się w tę sprawę osobiście i zwycięstwo Ukrainy będzie częścią jego legacy, dziedzictwa. Ale w tym samym kontekście Polska okazała się ważnym sojusznikiem. Dlatego jego wizyta w Warszawie łączy wszystkie wątki. Podkreśla wartość sojuszy i roli Bidena we wspieraniu prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego.

Joe Biden już bardzo zainwestował w pokazanie swojego wsparcia dla Kijowa. Raptem dwa miesiące temu Biden zaprosił Zełenskiego do Waszyngtonu, a Kongres dał mu możliwość wygłoszenia historycznego przemówienia. Administracja USA w ostatnich tygodniach forsowała wśród europejskich sojuszników, by przekazywali więcej nowoczesnego uzbrojenia, w tym czołgów. Ta polityka Bidena wobec Ukrainy również się mocno przebiła w USA do mediów i wyborców.

Jestem przekonany, że w tym samym czasie podejmowano w Białym Domu decyzję, aby w okolicach rocznicy rosyjskiej napaści - a w zasadzie pełnoskalowego wznowienia - ponownie zdefiniować politykę administracji Bidena i zrobić to właśnie w Polsce.

Co zatem powie Joe Biden?

Sądzę, że prezydent USA będzie chciał rozwiać rosyjskie nadzieje na to, że osłabnie determinacja wolnego świata w obronie wolnej Ukrainy. Każda wątpliwość co do wsparcia Zachodu napędza bowiem determinację Kremla, by wojnę kontynuować. Biden przyjedzie więc rozwiać złudzenia Putina.

Ponadto zbliża się kolejny szczyt NATO. Już na tym w Madrycie zapadła decyzja, by Sojusz zmieniał swoją doktrynę obronną z tej opartej na nieuchronności kary dla agresora (deterrence by punishment) w kierunku deterrence by denial, czyli obrony każdego cala ziemi NATO i to od momentu napaści. Biden sam zresztą wprowadził termin every inch of NATO territory, a teraz zapewne podkreśli determinację, by szczyt w Wilnie jeszcze mocniej pchnął NATO do realizacji tej nowej doktryny. Niezależnie od tego, jak wojna w Ukrainie się skończy, Ameryka dostosowuje siebie i NATO do realiów, że przez kolejne dekady będziemy mieli do czynienia z agresywną Rosją.

Powie, a czy tak się realnie stanie?

Wystąpienia prezydentów USA to nie są - jak to się u nas często lekceważąco mówi - słowa albo gadanie. Otóż każde słowo prezydenta USA ma znaczenie. Zwróćmy choćby uwagę na to, jak dziennikarze polują nawet na odpowiedź prezydenta w przypadkowych sytuacjach. Cały board prasowy w Białym Domu goni za nim i zadaje polityczne pytania, by odpowiedział tak albo nie. Bo każde takie słowo określi politykę USA.

A to, co powie prezydent USA w przemówieniu, to jest już polityczna dyrektywa dla całej amerykańskiej administracji.

W Pałacu Prezydenckim jest taka opinia: Niemcy, jak coś powiedzą, to jest problem, by to zrealizowali. A jak Amerykanie coś mówią, to potem robią nawet więcej. Tak to jest?

Wynika to z systemu politycznego w USA. Postacią dzierżącą władzę jest prezydent - jednoosobowo. A wszyscy inny - sekretarze, doradcy - wykonują mandat w imieniu prezydenta. Prezydent nie może się spotykać z tysiącami urzędników, by wydawać im polecenia. To, co prezydenci mówią publicznie, jest już bezpośrednią dyrektywą dla całej administracji. Bardzo trudno więc porównywać przemówienia prezydentów USA do wystąpień innych polityków na świecie. W Niemczech, w Wielkiej Brytanii przemówienia nie mają takiej wagi. Do Francji można by czynić jakieś analogie, ale i tak odległe.

Mowy prezydenta USA ma bardzo policy shaping charakter - kształtują politykę całego państwa. A w szczególności, jeśli są tak pieczołowicie przygotowane. Przemówienie Bidena w Warszawie zdefiniuje, co administracja USA będzie robić przez następne prawie dwa lata. Aż do końca kadencji Joe Bidena. Spodziewałbym się deklaracji, że w interesie USA jest wygrana Ukrainy w wojnie z Rosją, więc USA będą coraz mocniej wspierać Ukrainę.

Zewsząd słychać opinię, że punkt ciężkości w Europie przesuwa się na wschód, w kierunku Warszawy. Faktycznie czy to tylko retoryka?

Warto zwrócić uwagę, że takie opinie najpierw pojawiły się poza Polską - w analizach think tanków i w publikacjach prasowych.

Dlaczego?

Agresja na Ukrainę wytworzyła ogromny deficyt bezpieczeństwa w Europie. Fakt, że Polska stała się dostarczycielem bezpieczeństwa, po części uzupełniając ten deficyt, zwiększa wagę państwa. I mówię tu o całym spektrum polskiego zaangażowania. Nie chodzi tylko o przekazywanie Ukrainie sprzętu wojskowego, ale także o tym, że byliśmy pierwszym bezpiecznym krajem dla milionów uchodźców z Ukrainy. Jesteśmy hubem bezpieczeństwa, najbardziej deficytowego dobra w Europie Wschodniej. Jesteśmy też państwem odważnym - widać to było w marcu 2022 r., gdy premier Mateusz Morawiecki, wicepremier Jarosław Kaczyński, premier Czech Petr Fiala i premier Słowenii Janez Janša udali się do Kijowa, choć Rosjanie wciąż próbowali zdobyć to miasto.

Stanowisko wobec Ukrainy stało się kryterium przynależności do wolnego świata, a polscy przywódcy byli tam pierwsi. Wsiedli do pociągu i pojechali, a świat przecierał oczy ze zdumienia, że tak można.

Liczy się jednak broń. O to Ukraińcy apelują najbardziej.

Wiele czołgów, haubic, transporterów opancerzonych i innego sprzętu wojskowego Polska już wysłała. Naciskaliśmy na decyzje wielu państw o przekazaniu czołgów Leopard, co również się udało. Gotowość do przekazania samolotów MiG-29 polski rząd deklarował już dawno. Nieprzypadkowo rzecznik Pentagonu mówi więc, że Polska w stosunku do potencjału, którym dysponuje, robi o wiele więcej, niż można oczekiwać. Zwłaszcza w kontekście tego, że Niemcy - państwo o kilkukrotnie większym potencjale i najważniejszy sojusznik USA w Europie - owszem, angażuje się w pomoc Ukrainie, ale jęczy przy tym i płacze.

Pan mówi, że Niemcy są najważniejszym sojusznikiem USA w Europie. I to się nie zmieni? Mimo bezprecedensowych wizyt Joe Bidena, mimo pochwał ze strony Pentagonu i ogromnej skali polskiego zaangażowania w pomoc Ukrainie?

Od ponad 30 lat - od upadku Muru Berlińskiego - Niemcy są ich sojusznikiem nr 1. Po roku od wybuchu wojny na pełną skalę nie zaryzykowałbym tezy, że to może się zmienić. Oczywiście, w Waszyngtonie jest duża irytacja polityką Niemiec. USA w jakimś stopniu próbują jednak ochronić Niemcy przed gwałtowną utratą autorytetu i pozycji. Ukraina nie otrzymywała wystarczająco dużo i szybko niektórych rodzajów uzbrojenia, bo wynikało to w jakiejś części z próby ochraniania Niemiec. Amerykanie nie chcieli, aby Niemcy nazbyt widocznie byli maruderem w tej całej koalicji wspierającej Ukrainę.

Biden wyznaczył administracji w zasadzie dwa cele: utrzymanie jedności w udzielaniu wsparcia Ukrainie i - po drugie - takie jej wspieranie, aby nie wplątać NATO w wojnę. Te dwa cele są realizowane, ale to jednocześnie oznacza wolniejszą pomoc dla Ukrainy, aby Niemcy nie odpadli z koalicji.

gazeta.pl

Byłeś więźniem obozu koncentracyjnego w Doniecku. Co to za miejsce?

To tajne więzienie, które powstało w budynku dawnej fabryki metali izolacyjnych, zamkniętej w latach 90. Od 2010 roku do momentu przybycia tam separatystów mieściła się przestrzeń artystyczna o nazwie Izolacja. W czerwcu 2014 roku obiekt zajęli prorosyjscy bojownicy i przekształcili w bazę wojskową sił specjalnych, a piwnice oraz pomieszczenia administracyjne dawnego zakładu zamieniono w cele dla więźniów. Dziś to nielegalne więzienie. Nowoczesny obóz koncentracyjny.

Dlaczego tam zostałeś zamknięty?

Do Izolacji trafiłem z powodu mojej działalności dziennikarskiej. Od 2015 do 2017 roku, kiedy zostałem schwytany, pracowałem dla Radia Swoboda. Robiłem materiały o tym, co dzieje się na terenie tak zwanej „Donieckiej Republiki Ludowej” (DRL). Zostałem aresztowany, kiedy kręciłem materiał o Dniu Republiki w centrum Doniecka. Nie wiem, jak mnie znaleźli, ale na pewno nie był to przypadek. Prawdopodobnie FSB miało o mnie jakieś informacje. Chociaż nie wiem, kto dokładnie wiedział, że tego dnia robię reportaż. Wszystko zaczęło się od wylegitymowania mnie przez patrol policji.

Cały czas rozumiałem ryzyko, ale nie spodziewałem się, że mnie zidentyfikują. Przedsięwziąłem cały szereg środków, które nie powinny były do tego doprowadzić. Przede wszystkim techniczne: korzystałem ze wszystkich sieci społecznościowych za pośrednictwem specjalnych, zaszyfrowanych przeglądarek, żeby nie dało się mnie namierzyć. Pisałem pod pseudonimem „Stanisław Wasin”. Miałem nadzieję, że wszystko będzie dobrze.

Jak długo byłeś w niewoli?

Początkowo wtrącono mnie do piwnicy tzw. Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego DRL na półtora miesiąca. To było w samym centrum Doniecka. Potem zostałem przeniesiony na 28 miesięcy do Izolacji. Tam przez pierwszy miesiąc trzymano mnie w piwnicy, potem przeniesiono do celi. Po 20 miesiącach trafiłem do więzienia, gdzie spędziłem jeszcze 18 dni. Następnie był znowu obóz na półtora miesiąca, wymiana i wolność.

Moi bliscy dowiedzieli się, że trafiłem do więzienia, dopiero po sześciu tygodniach. Mama cały czas mnie szukała, chodziła po wszystkich szpitalach, kostnicach, policji, nawet przychodziła do ministerstwa, gdzie przebywałem, ale nic jej nie powiedziano.

Jak wyglądało miejsce, w którym byłeś przetrzymywany?

Zależy od miejsca, w którym mnie trzymano. Cela, w której byłem po raz pierwszy, była czteroosobowa, 10 metrów kwadratowych. Dwupiętrowe prycze, zrobione przez samych więźniów, stół, dwa krzesła, toaleta z przegrodą, plastikowe okna. Metalowe drzwi i kraty.

Kto siedział z tobą?

Kogo tam nie było! Górnicy, hakerzy, blogerzy, prawdziwi przestępcy. Wszyscy zostali zatrzymani za szpiegostwo, ekstremizm i terroryzm. Siedzieli za posty w mediach społecznościowych, nawet za samo polubienie hasła „Donieck to Ukraina”. Wszystkie takie rzeczy były monitorowane przez specjalny oddział separatystów.

Podczas niewoli byłeś ciągle torturowany.

Głównie przez rażenie prądem elektrycznym. Przeszło przez to 99% więźniów, którzy trafili do Izolacji. Te tortury są specyficzne. Nie da się przyzwyczaić do bólu, do tego, jak prąd przepływa przez całe twoje ciało. Dochodziło też do bicia, poniżania godności ludzkiej i tortur psychicznych.

Bicie można wytrzymać, ale dla większości ludzi granicą nie do przekroczenia jest przemoc seksualna. To potężna broń psychologiczna, nie fizyczna. Egzekutorzy doskonale rozumieją jej wpływ na więzionych mężczyzn. To jedna z najgorszych tortur.

Kim byli egzekutorzy?

Było może siedmiu lub ośmiu. To nie byli Rosjanie, tylko miejscowi, z Doniecka, częściowo z SBU, częściowo z policji, nawet jeden były wojskowy. Współpracownicy organów ścigania, którzy przeszli na stronę okupanta. Podobało im się torturowanie nas. Klasyczni sadyści i psychopaci. Robią to od lat.

Więźniowie musieli też pracować, co to były za roboty?

Byle co. Od sprzątania śniegu po rozładunek amunicji. Więźniowie byli zabierani na budowę poligonu lub do prac na podwórku. Mnie nie zabierali do prac, co uratowało mi zdrowie. Bali się, że mogę uciec. Moja historia stała się znana na Ukrainie i na świecie, a uwolnienie było monitorowane przez Czerwony Krzyż i ONZ. Moja cena jako więźnia wtedy wzrosła, dlatego FSB zabroniło władzom Izolacji wysyłać mnie poza budynek.

W Izolacji przebywali nie tylko mężczyźni. Czy kobiety też poddawano torturom? Czy traktowano je inaczej?

Wiem o trzech celach z około 15–17 kobietami, nieznana mi liczba była przetrzymywana jeszcze w piwnicy.

Warunki miały nawet gorsze. Również wobec nich stosowano rażenie prądem. My, mężczyźni, byliśmy torturowani seksualnie dla groźby, na przykład kiedy nie chcieliśmy podpisać dokumentów, ale do kobiet oprawcy mieli naturalny pociąg. Przemoc seksualna wobec nich była stosowana o wiele częściej.

Czy w Izolacji zdarzały się przypadki syndromu sztokholmskiego, kiedy ofiara odczuwa przywiązanie do kata?

Izolacja jest zbudowana na syndromie sztokholmskim. Pomiędzy ofiarami a oprawcami istniały bardzo dziwne relacje psychologiczne, zarówno u mężczyzn, jak i kobiet. Widziałem to cały czas. Przejawiało się to ze strony więźniów wobec administracji, mogli z nimi żartować, zdawało się, że byli w przyjacielskich stosunkach, gdy byli wyprowadzani do pracy. Chociaż ci sami ludzie cały czas bili ich i torturowali.

Czy można przyzwyczaić się do strachu?

Zależy, jaki to strach. Podczas tortur zamiast strachu pojawia się szok, nie ma nawet czasu się przestraszyć. Strach pojawia się później, kiedy już użyją wszystkich swoich psychicznych środków przeciwko tobie. Tam uczą cię bać się. A podczas tortur to zupełnie inne emocje.

Czy myślałeś o samobójstwie?

Oczywiście, że o tym myślałem. W takim miejscu to norma. Istniały różne opcje, jak można to zrobić, ale pytanie brzmi, co cię przed tym powstrzymuje. Przede wszystkim są to krewni i bliscy, których chcesz zobaczyć. To wszystko, co masz. Pomogła mi wiara, że mimo wszystko zostanę wymieniony. Bez takiej wiary jest bardzo trudno.

W takich miejscach ludzie zwracać się ku religii, jak to u ciebie było?

To trudne pytanie. Ludzie w Izolacji stają się bardzo religijni. Wszyscy się modlili, widziałem muzułmanów, protestantów i prawosławnych. Ale ja mam coś przeciwnego: odsunąłem się od Boga z powodu cierpienia, jakie widziałam. To było subiektywne, irracjonalne uczucie. Przestałem wierzyć.

Czy mówili, że twoi bliscy mogą pojawić się w Izolacji?

Oczywiście. Stale. To metoda tortur psychicznych. Ciągle to mówili, gdy odmawiałem zrobienia czegoś. Na przykład nie chciałem udzielić wywiadu propagandowemu kanałowi Rosja 24. Powiedziano mi wtedy, że jeśli się zgodzę, moja mama będzie w pobliskiej celi i się z nią zobaczę. Więc zrobiłem, co chcieli. To był zainscenizowany wywiad o byciu szpiegiem, o tym, jak przyznaję się do szpiegostwa przed kamerą. Politycznie było to dla nich ważne, aby pokazać, że jestem cały i zdrowy – i abym przyznał się do zbrodni.

Jak przyzwyczaiłeś się do wolności po wymianie?

To proces, który trwa do dziś, chociaż zostałem zwolniony w 2019 roku. Nie wiadomo, czy to się kiedykolwiek skończy. Odciążam się bieganiem, na początku starałem się mniej czytać i oglądać materiałów o wojnie.

Zmieniłem okoliczności. Wyjechałem na rehabilitację do Czech, gdzie nie było mowy o wojnie.

Powrót do życia to kwestia czasu i przyzwyczajenia. Im więcej czasu mija, tym jest łatwiej. Na początku bałem się zejść do metra ze względu na tłok, teraz już nie mam tego strachu. Chociaż nadal nie do końca przyzwyczaiłem się do ludzi.

Zoriana Varenia jest politolożką z Ukrainy. Mieszkała w Kijowie. Obecnie współpracuje z polskimi mediami, w tym z Radiem 357.

Co robiłeś po rozpoczęciu wielkiej wojny?

24 lutego zabrałem mamę na Zakarpacie, następnego dnia wsiadłem do pociągu do Kijowa, a 26 lutego wstąpiłem do Obrony Terytorialnej.

Co było najstraszniejsze w tym czasie?

Kiedy weszliśmy do Buczy i Irpienia. Nawet po tym, co sam przeżyłem, nie byłem gotowy na zobaczenie togo, co tam ujrzałem.

new.org.pl

Za czasów Bismarcka w Niemczech obowiązywała zasada: "My Niemcy boimy się tylko Boga i niczego więcej na świecie". Ta sentencja już od dawna nie odpowiada rzeczywistości. Niemcy nie boją się już Boga, ale boją się niemal wszystkiego na świecie – zmiany klimatu, energii nuklearnej, wojny atomowej, kulturowego zawłaszczenia. W języku angielskim funkcjonuje nawet pojęcie "German Angst" – pisze Berthold Kohler w eseju opublikowanym w niedzielę na łamach "Frankfurter Allgemeine Sonntagszeitung" (FAS).

Na ten niemiecki strach liczył z pewnością także Władimir Putin, gdy wydawał rozkaz do ataku na Ukrainę. Groźba użycia broni atomowej miała odwieść Zachód od udzielenia Ukrainie pomocy. Perspektywa eskalacji konfliktu odniosła skutek – nawet supermocarstwo USA nie chce stać się stroną wojny.

"Jednak w żadnym innym kraju obawa przed wciągnięciem do wojny nie została tak głośno i wyraźnie podniesiona do rangi dyrektywy wyznaczającej politykę tak, jak w Berlinie" – zaznaczył Kohler. "Opieszałość w dostawach broni wynikała z obawy, że za pomocą niemieckiej broni Ukraińcy mogą zadać rosyjskim napastnikom upokarzający cios, który spowoduje, że Putin, który walczy przecież także o zachowanie swojego reżimu, może użyć broni masowego rażenia lub nawet zaatakować terytorium NATO" – czytamy w "FAS".

"Putin był wystarczająco długo agentem KGB w Dreźnie, żeby wiedzieć, że Niemcy niczego nie boją się bardziej niż wojny, i niczego bardziej nie pragną niż pokoju oraz możliwie dobrych relacji z Rosją" – pisze Kohler. Jego zdaniem Putin uznał datujące się od czasów Willy’ego Brandta zrozumienie dla rosyjskiego stanowiska za przejaw słabości, a nie siły. Pogłębiające się energetyczne uzależnienie od Rosji umocniło Putina w przekonaniu, że w przypadku opanowania Ukrainy nie musi obawiać się oporu Berlina.

Porozumienia z Mińska nie mogły powstrzymać Putina, podobnie jak konferencja monachijska nie była w stanie powstrzymać Hitlera – ocenia autor. Jeżeli Merkel twierdzi, że Niemcy chciały w ten sposób kupić czas, aby się dozbroić, to nasuwa się pytanie, dlaczego czas ten został zmarnowany, a Bundeswehra nie została przekształcona w silną armię.

Podczas gdy Rosja zaczęła gromadzić zapasy amunicji i rezerwy walutowe, niemiecka minister obrony (Ursula von der Leyen – red.) otwierała przedszkola i usuwała ślady po Wehrmachcie. Namalowany na ścianie pistolet maszynowy z czasów II wojny światowej stanowił jej zdaniem większe niebezpieczeństwo niż rosyjskie zbrojenia. Z punktu widzenia Putina Niemcy musiały wyglądać jak piesek salonowy, który pokazuje wilkowi brzuch, licząc na to, że zostanie przez niego oszczędzony – pisze Kohler.

"Nic dziwnego, że Kreml skoncentrował swoje propagandowe uderzenie na kraj, który w Europie odgrywa centralną rolę w pomocy dla Ukrainy i równocześnie z punktu widzenia Moskwy stanowi miękkie podbrzusze frontu Zachodu" – czytamy w "FAS".

Zmiana w podejściu Niemców jest wynikiem działań Putina – jego oddziały mordują, podpalają i gwałcą w Ukrainie. Niemal nikt nie wykazuje zrozumienia dla "uprawnionych rosyjskich interesów bezpieczeństwa", a dewiza, że bezpieczeństwo w Europie możliwe jest tylko razem z Rosją, a nigdy przeciwko niej, stało się stanowiskiem toksycznym.

Niemiecki błąd w myśleniu polegał na wierze, że wszystkie narody i państwa kochają i troszczą się o pokój tak jak Niemcy po dwóch przegranych wojnach. Perspektywa bezpośredniego bądź nawet pośredniego udziału Niemiec w wojnie przeciwko Rosji była tematem tabu.

"Na dzisiejszą Rosję Niemcy patrzą tak realistycznie, jak nigdy przedtem, od kiedy przejął tam władzę Putin (2000 r. – red.)" – podkreśla Kohler. Czy jednak Niemcy pozostaną niezłomni i będą wspierać Ukrainę dopóty, dopóki jej byt jest zagrożony? – pyta autor. Wojna może trwać długo. Putin, który nie przejmuje się stratami ludzkimi, może w każdej chwili doprowadzić do jej eskalacji, nie czekając na dostawy leopardów. Jego najskuteczniejszą bronią może być oferta zawieszenia broni. Niemiecki rząd może stać się przedmiotem presji, aby skłonić Kijów do negocjacji.

"Putin pozostanie wilkiem" – ostrzega Kohler. Niemcy muszą jego zdaniem postępować według antycznej dewizy – "Si vis pacem para bellum" (jeśli chcesz pokoju, gotuj się do wojny). Tłumacząc na dzisiejszy język, Niemcy i zachodni sojusznicy muszą stać się wojskowo tak silne, żeby mogły odwieść Rosję od kolejnych wypraw wojennych i aby mogły w razie potrzeby się obronić.

dw.com

Rozpętując wojnę w Ukrainie, Władimir Putin osiągnął dokładne przeciwieństwo tego, co zamierzał zrobić. Chciał pokazać światu, że Rosja jest wielkim mocarstwem, a uczynił z niej pariasa. Próbował zapobiec ekspansji NATO, tymczasem sprawił, że Finlandia i Szwecja, które od dawna były neutralne, złożyły wnioski o przyjęcie do sojuszu. Zamierzał osłabić i podzielić "gnijący Zachód", a zjednoczył go jeszcze bardziej niż podczas zimnej wojny.

Jak pisze "Washington Post", skala strat jest dużym zaskoczeniem dla rosyjskich agencji wywiadowczych i poważnie osłabiła ich zdolność do prowadzenia operacji wpływu w Europie. Rosjanie zaczęli mieć problem z utrzymywaniem więzi z siecią swoich agentów, którzy dostarczają Kremlowi ważne informacje, w tym o gotowości Zachodu do kontynuowania pomocy wojskowej dla Ukrainy.

Według Antti Pelttari, szefa fińskiego wywiadu zagranicznego Finlandii, możliwości działania rosyjskich tajnych służb zostały poważnie osłabione. Powodem była wroga atmosfera w Europie, która doprowadziła do masowych aresztowań agentów i wydalania szpiegów, w tym tych pracujących pod dyplomatyczną przykrywką.

Zachodni urzędnicy stwierdzili w wywiadach dla "Washington Post", że w zwalczaniu moskiewskich agentów pomogła także zwiększona współpraca między europejskimi i amerykańskimi agencjami wywiadowczymi.

Dzięki tej wspłpracy Niemcy przeprowadziły pod koniec ubiegłego roku skuteczną operację mającą na celu ujawnienie kreta w Federalnej Służbie Wywiadowczej. Okazało się, że szpiegiem był wysoki rangą oficer. USA pomogły także Berlinowi w zatrzymaniu w styczniu niemieckiego kontaktu, który przekazywał tajne dane do FSB.

FSB i GRU są obecnie w dużej mierze pochłonięte problemami na froncie ukraińskim, które spowodowane są po części przez ich katastrofalne błędy popełnione w fazie przygotowań do inwazji.

Od 2018 r. rząd Wielkiej Brytanii ze względów bezpieczeństwa narodowego odrzucił ponad 100 wniosków o wizy dyplomatyczne, które napłynęły z Rosji. Była to odpowiedź Londynu na próbę otrucia Siergieja Skripala. Brytyjczycy w reakcji na tę akcję rosyjskich służb wydalili z kraju 23 podejrzanych o szpiegostwo Rosjan.

Starając się odbudować swoje sieci wywiadowcze, rosyjskie tajne służby podejmują działania, których unikały w przeszłości, a które zwiększają ryzyko wykrycia ich personelu.

"Poziom podejmowania ryzyka przez rosyjskie agencje rośnie, w niektórych przypadkach wydają się one działać z desperacji "— powiedział dziennikarzom "The Washington Post" urzędnik kontrwywiadu FBI. Rosjanie na przykład wysyłają pracowników, których wydalono z jednego europejskiego kraju, do innego i mają nadzieję, że różne agencje wywiadowcze nie podejmą spójnych działań na rzecz rozpoznania tych osób.

W ubiegłym roku na lotnisku w Amsterdamie pasażer z brazylijskim paszportem oświadczył, że podjął pracę jako stażysta w Międzynarodowym Trybunale Karnym w Hadze. W rzeczywistości, według zachodnich urzędników i akt sądowych, był to oficer GRU Siergiej Czerkasow, który ponad dekadę wcześniej został wysłany do Brazylii.

Mieszkał tam używając sfałszowanych dokumentów, ale zdołał podjąć studia w Trinity College w Dublinie i w Johns Hopkins University School of International Studies. Udało mu się dostać pracę jako stażysta w Trybunale Karnym w Hadze, który prowadzi śledztwo w sprawie rosyjskich zbrodni wojennych popełnionych m.in. w Ukrainie.

Holandia wydaliła Czerkasowa do Brazylii, w której obecnie odbywa on karę więzienia pod kilkoma zarzutami, w tym fałszowania dokumentów.

W grudniu władze NIemiec zatrzymały Carstena Linke, który pracował w niemieckiej Federalnej Służbie Wywiadowczej jako szef jednostki wywiadu elektronicznego, zanim pod koniec 2022 r. został mianowany szefem służby bezpieczeństwa wewnętrznego. Na drugim stanowisku nie popracował długo, ale miał dostęp do akt 6 tys. pracowników niemieckiego wywiadu, w tym tajnych agentów.

Jedna z zachodnich agencji wywiadowczych (niemieccy urzędnicy nie chcieli podać "Washington Post" jej nazwy) poinformowała Berlin, że odkryła dokumenty niemieckiego wywiadu posiadane przez rosyjskich służb specjalnych. We wrześniu 2022 r. rozpoczęła się operacja poszukiwania kreta, która szybko doprowadziła do Linkego.

onet.pl

niedziela, 19 lutego 2023


Nie przestaję cieszyć się z sukcesu "Wagnera" w Ukrainie. Wydawałoby się, że jest to prywatna firma wojskowa, ale udało jej się osiągnąć bardzo imponujące wyniki. I to pomimo faktu, że brygady szturmowe PMC zawsze biorą na siebie niezwykle ciężką część pracy. Pomimo wszystkich trudności "Wagner" osiąga swój cel w każdej sytuacji - stwierdził czeczeński przywódca w niedzielnym wpisie na Telegramie. 

Znany z krytyki pod adresem Rosjan i ich strategii w Ukrainie Kadyrow tym razem wskazał na postępy wagnerowców i dodał, że "ten rodzaj formacji (prywatna grupa wojskowa - red.) jest konieczny".

"Kiedy moja służba państwowa dobiegnie końca, poważnie planuję konkurować z naszym drogim bratem Jewgienijem Prigożynem i stworzyć prywatną firmę wojskową. Myślę, że wszystko się ułoży" - zdradził plany na przyszłość lider Czeczenów i zagorzały zwolennik Władimira Putina.

gazeta.pl

Wagnerowcy rozstrzelali portrety rosyjskich generałów Lapina i Gierasimowa. To kontynuacja sporu pomiędzy armią Prigożyna a siłami zbrojnymi Federacji Rosyjskiej. Kilka dni temu szef grupy Wagnera dał jasno do zrozumienia, że jego najemnicy nie mogą zdobyć miasta Bachmut i zapowiada możliwy koniec ich udziału w wojnie w Ukrainie. — Postęp nie idzie tak szybko, jak byśmy chcieli. Myślę, że Bachmut byłby już zajęty przed Nowym Rokiem, gdyby nie nasza monstrualna biurokracja wojskowa — stwierdził Jewgienij Prigożyn i oskarżył rosyjskie ministerstwo obrony o utrudnianie operacji jego najemników w Ukrainie.

onet.pl

Wydaje się, że przywódca Republiki Czeczeńskiej Ramzan Kadyrow odrzucił propozycje finansisty Grupy Wagnera Jewgienija Prigożyna, by przyłączyć się do wznowionej kampanii informacyjnej przeciwko rosyjskiemu MON, co sugeruje, że ta kampania może nie przywrócić słabnącego wpływu Prigożyna. Kadyrow prawdopodobnie odpowiedział 17 lutego na potwierdzenie przez rosyjskie MON czterech dowódców okręgów wojskowych, stwierdzając, że formacje czeczeńskie będą wykonywać rozkazy każdego dowódcy mianowanego przez prezydenta Rosji Władimira Putina oraz że czeczeńscy oficerowie bojowi mają doskonałe, dobrze skoordynowane stosunki z MON. Poparcie Kadyrowa dla rosyjskiego MON następuje po próbie Prigożyna zabiegania o poparcie Kadyrowa poprzez nagłośnioną wizytę u rannego dowódcy sił specjalnych Achmat 16 lutego. Wydaje się, że Prigożyn nasila kampanię informacyjną przeciwko MON, stwierdzając 18 lutego, że Grupa Wagnera nie podlega MON i „nie ma nic wspólnego z armią rosyjską”. Rozbieżne postawy Prigożyna i Kadyrowa wobec MON są godne uwagi, ponieważ Prigożyn wykorzystał krytykę Kadyrowa wobec rosyjskich urzędników wojskowych w październiku 2022 r. do osłabienia MON i ustanowienia Grupy Wagnera jako elitarnej siły rosyjskiej na Ukrainie. Kadyrow prawdopodobnie odmówił przyłączenia się do ponownego ataku informacyjnego Prigożyna na MON, ponieważ jego formalne powiązania z Kremlem i pozycja w rosyjskim rządzie są bardziej korzystne niż jakiekolwiek stosunki polityczne z Prigożynem. Prigożyn prawdopodobnie próbuje zwerbować ultranacjonalistów na Kremlu i wybrać rosyjskich blogerów, którzy wspierają jego dążenie do władzy w Rosji, ale prawdopodobnie przekona się, że ci, którzy są powiązani z Kremlem, mogą odwrócić się od niego, aby zachować swój patronat.

understandingwar.org