poniedziałek, 6 lutego 2023


Siły rosyjskie zintensyfikowały działania na pograniczu obwodów charkowskiego i ługańskiego. Kontynuują presję na pozycje ukraińskie na wschodnim brzegu rzeki Oskoł i pomiędzy zachodnim brzegiem rzeki Żerebeć a granicą obwodów. Do osiągnięcia linii rzeki Żerebeć wojska agresora dążą z kolei na pograniczu obwodów donieckiego i ługańskiego, gdzie udało im się odepchnąć siły ukraińskie od Kreminnej. Według dziennika „Financial Times” z przekazanych Ukrainie zachodnich danych rozpoznawczych wynika, że w rejonie pomiędzy Kreminną a Łymanem może w ciągu 10 dni rozpocząć się nowa rosyjska ofensywa. Informacje o gromadzeniu tam nowych sił przeciwnika potwierdzają lokalne źródła ukraińskie.

Po obu stronach kanału Doniec–Donbas trwają walki o kontrolę nad drogą Bachmut–Konstantynówka. Główne natarcie rosyjskie kieruje się na Czasiw Jar, przez który przebiega ostatnia możliwa, choć trudna do wykorzystania przez obrońców z powodu ostrzałów, linia zaopatrzeniowa Bachmutu. Walki trwają również w południowej, wschodniej i północnej części miasta, a także w miejscowościach na północ od niego, gdzie w Paraskowijiwce siły ukraińskie bronią wyjścia sił rosyjskich na autostradę M03 w kierunku Słowiańska. Same zaś nie mogą już z niej korzystać ze względu na trwające walki i przecięcie prowadzącej do autostrady drogi po północnej stronie Bachmutu. Obrońcy informowali o odparciu kolejnych prób rosyjskiego natarcia na południe i wschód od Siewierska, w rejonie Awdijiwki i w szerokim łuku na zachód od Doniecka. Zmniejszyła się natomiast aktywność agresora na obrzeżach Wuhłedaru.

Ukraińskie władze Mariupola donoszą o znaczącym wzmocnieniu sił rosyjskich w mieście i jego okolicach. W ciągu tygodnia liczebność wrogiego zgrupowania miała się zwiększyć o 10–15 tys. i osiągnąć 30 tys. żołnierzy. Nowe siły mają docierać do Mariupola drogą morską. W transporcie 6 lutego znalazło się m.in. osiem wieloprowadnicowych wyrzutni pocisków rakietowych i dwa systemy S-300.

Rosjanie kontynuowali ataki rakietowe na zaplecze sił ukraińskich w Donbasie, gdzie celami były okolice Kramatorska i Kurachowego, a 5 lutego uderzyli również na Charków. Artyleria i lotnictwo agresora nie zaprzestawały ostrzału i bombardowań pozycji oraz zaplecza sił ukraińskich wzdłuż linii styczności oraz na obszarach przygranicznych, choć liczba ostrzałów spadła do kilkudziesięciu na dobę. Stałymi celami ataków pozostają Chersoń i jego okolice, a także rejony Nikopola i Oczakowa. Dywersyjne działania ukraińskie objęły bazę paliwową i zakłady wytwarzające konstrukcje metalowe, które będą przeznaczone do odbudowy zniszczonego przęsła mostu Krymskiego w obwodzie biełgorodzkim.

Departament Obrony USA ujawnił szczegóły nowego pakietu wsparcia wojskowego o łącznej wartości 2,175 mld dolarów. W ramach Inicjatywy Wsparcia Bezpieczeństwa Ukrainy (Ukraine Security Assistance Initiative, USAI) przewidziano dostawy o wartości 1,75 mld dolarów, w tym m.in.: zestawy GLSDB (Ground-Launched Small Diameter Bomb) do wyrzutni HIMARS, dwie „sekcje ogniowe” systemu obrony powietrznej HAWK (najprawdopodobniej cztery wyrzutnie), niesprecyzowanego typu działka przeciwlotnicze z amunicją, również niesprecyzowane wyposażenie do integracji zachodnich systemów obrony powietrznej z systemem ukraińskim, systemy antydronowe, cztery stacje radiolokacyjne do wykrywania celów powietrznych oraz 20 radarów artyleryjskich. W puli prezydenta USA (Presidential Drawdown of Security Assistance, PDA), o wartości 425 mln dolarów, mają się znaleźć m.in. kolejne pociski naprowadzane GMLRS do wyrzutni HIMARS, 181 samochodów MRAP, amunicja artyleryjska 155 mm i granaty moździerzowe 120 mm, 190 karabinów maszynowych 12,7 mm z amunicją i wyposażeniem przeznaczonym do zwalczania dronów, 250 przeciwpancernych pocisków kierowanych Javelin oraz 2 tys. ręcznych granatników przeciwpancernych jednorazowego użytku. Po raz pierwszy Pentagon nie wymienił liczby dostarczanej amunicji artyleryjskiej.

Minister obrony Ołeksij Reznikow wyraził nadzieję, że podczas kolejnego spotkania tzw. grupy Ramstein 14 lutego państwa wspierające Ukrainę podadzą precyzyjne informacje dotyczące liczby czołgów, jakie zamierzają przekazać Kijowowi, a także planowanego terminu dostawy. 6 lutego „za granicą” (w Polsce i najprawdopodobniej również w Niemczech) ma się rozpocząć szkolenie ukraińskich załóg czołgów Leopard 2. Według Reznikowa trwają jeszcze rozmowy o dostawach części zamiennych oraz o obsłudze i remoncie czołgów. O negocjacjach na temat pozyskania z Niemiec podzespołów dla leopardów przewidzianych do dostarczenia Ukrainie (co ma nastąpić do końca marca) powiadomił także premier Portugalii, choć nadal nie jest znana ostateczna liczba czołgów, jaką Lizbona planuje przekazać. Do Polski dotarł pierwszy Leopard 2A4 z Kanady (Ottawa zobowiązała się dostarczyć cztery czołgi).

Dowódca ukraińskich Sił Powietrznych generał Mykoła Ołeszczuk poinformował o wyjeździe na szkolenie żołnierzy mających obsługiwać systemy obrony powietrznej SAMP/T-Mamba (przekazanie systemów w tej wersji ostatecznie uchwaliły Francja i Włochy). Wiosną mają oni powrócić na Ukrainę wraz z nową bronią.

5 lutego szef frakcji Sługa Narodu Dawyd Arachamija potwierdził, że na zamkniętym posiedzeniu klubu parlamentarnego uzgodniono zmiany kadrowe. Minister obrony Ołeksij Reznikow ma ustąpić ze stanowiska i zostać zastąpiony przez obecnego szefa wywiadu wojskowego (HUR) Kyryła Budanowa. Na czele HUR stanie Roman Maszowiec, w przeszłości służący w specnazie HUR, współorganizator sił operacji specjalnych, a od kwietnia 2020 r. jeden z zastępców szefa Biura Prezydenta. Stanowisko ministra spraw wewnętrznych, wakujące od czasu śmierci ministra Denysa Monastyrskiego w katastrofie śmigłowca, ma objąć dotychczasowy szef Policji Narodowej Ihor Kłymenko, zaś szefem Służby Bezpieczeństwa Ukrainy zostanie dotychczasowy pełniący obowiązki Wasyl Maluk. Arachamija podkreślił, że zmianom kadrowym przyświecała idea, aby resorty odpowiedzialne za bezpieczeństwo państwa powierzyć nie politykom, lecz doświadczonym funkcjonariuszom. 6 lutego Arachamija oświadczył, że w tym tygodniu nie dojdzie do zmian kadrowych w Ministerstwie Obrony, co jest wiązane z udziałem Reznikowa w kolejnym spotkaniu grupy Ramstein.

Ujawniane są kolejne afery korupcyjne. 3 lutego Prokuratura Generalna poinformowała, że jeden z doradców wiceministra obrony jest podejrzany o defraudację środków na zakupy dla sił zbrojnych w wysokości 1,7 mld hrywien (45 mln dolarów). Tego samego dnia SBU zatrzymała celników z obwodów odeskiego i czerniowieckiego. Są oni podejrzani o wymuszanie łapówek (500–700 dolarów) za wydanie dokumentów zezwalających na wwiezienie na Ukrainę pomocy humanitarnej dla sił zbrojnych.

4 lutego resort spraw wewnętrznych przekazał, że nabór do ochotniczych oddziałów szturmowych MSW cieszy się dużym zainteresowaniem. Według wstępnych danych gotowość do służby zadeklarowało ponad 3 tys. osób. 6 lutego prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski skierował do parlamentu projekt ustaw o przedłużeniu stanu wojennego i powszechnej mobilizacji o kolejne 90 dni.

Komentarz

Z informacji dochodzących z rejonów działań wynika, że agresor przygotowuje się do eskalacji na dwóch kierunkach – wschodnim i południowym. Jednocześnie doniesienia z Mariupola nie przesądzają, czy docierające tam siły wzmocnią rosyjskie zgrupowanie w obwodzie zaporoskim czy donieckim. Nie jest jednak pewne, że stanowi to przygotowanie do ofensywy porównywalnej do obserwowanej w początkowym okresie wojny, w którym dominowały działania manewrowe. Nie można wykluczyć, że – wzorem obecnie prowadzonych działań – przełamanie obrony ukraińskiej nie będzie wiązało się z głębokim uderzeniem w głąb ugrupowania obrońców, a jedynie z wymuszeniem na nich wycofania na kolejną linię obrony i dalszym wyczerpywaniem ich potencjału w długotrwałych walkach pozycyjnych. Nadal bowiem zgromadzone na Ukrainie siły rosyjskie – według ostatnich ocen ukraińskiego wywiadu wojskowego jest to 326 tys. wojskowych – należy ocenić jako zbyt nieliczne w starciu z ukraińskimi (łącznie do 1 mln żołnierzy).

Dymisja ministra obrony wydaje się przesądzona, choć prawdopodobnie Reznikow będzie jeszcze reprezentował Ukrainę podczas planowanego na 14 lutego spotkania w formacie Ramstein. Ujawniane od końca stycznia kolejne przypadki korupcji i nadużyć finansowych w resorcie oraz dymisje urzędników odpowiedzialnych za zamówienia publiczne nie tylko poważnie nadszarpnęły jego wizerunek, lecz także podały w wątpliwość skuteczność działania organów kontrolnych. Najprawdopodobniej niewystarczające do utrzymania stanowiska okazały się jego próby uspokojenia atmosfery wokół resortu, takie jak zapowiedź utworzenia rady antykorupcyjnej z udziałem aktywistów, powołanie wyspecjalizowanego departamentu do spraw kontroli działalności ministerstwa czy częściowe ujawnienie zamówień obronnych w oparciu o odrębny wojskowy system elektronicznych zamówień publicznych.

Oczekiwane objęcie resortu obrony przez dotychczasowego szefa wywiadu wojskowego jest najważniejszą zmianą kadrową od początku wojny. Budanow cieszy się zaufaniem prezydenta Ukrainy, ma do niego bezpośredni dostęp, a jego dotychczasowe osiągnięcia w kierowaniu operacjami wywiadu wojskowego skutecznie osłabiały siły rosyjskie. Jego dużymi atutami są rozpoznawalność w środowisku międzynarodowym oraz dobre kontakty z przedstawicielami zachodnich służb specjalnych, co ułatwi mu realizowanie celów polityki wojskowej, zwłaszcza w zakresie pozyskiwania dalszych dostaw uzbrojenia i sprzętu wojskowego. Należy również spodziewać się, że podejmie on działania na rzecz daleko idącej wymiany kadrowej w resorcie oraz dokona zmian organizacyjnych mających utrudnić tworzenie kolejnych schematów korupcyjnych. Budanow nie straci też wpływu na funkcjonowanie wywiadu wojskowego, który jest podległy szefowi resortu.

osw.waw.pl

Mam poczucie jakby w Kazachstanie i w Uzbekistanie nie było biednych Rosjan. Kostia żyje w przestronnej kawalarce w samym centrum zeuropeizowanej Ałmaty, gdzie znajdują się wyłącznie fancy cafe, posh restaurants i boutique hostels. Siadam z nim w modnej kanjpie, po brzegi wypełnionej Rosjanami z laptopami.

— Nie czuję się imigrantem — tłumaczy. — Mieszkam w najlepszym rejonie miasta, przyleciałem do Ałmaty klasą biznesową Aerofłotu, wybieram restauracje dobre, a nie tanie. We wtorki gram bluesa z rosyjskimi jazzmanami, którzy żyją po cztery osoby w pokoju. Ale to wyjątki. Rosjanie zabierają tutaj najlepsze miejsca pracy. Kilka ulic stąd znajduje się modny klub. Kiedy poszedłem tam pierwszy raz, obsługiwało mnie czterech kazachskich barmanów. W kolejny piątek dwóch z nich zostało zastąpionych Rosjanami. Za tydzień nie było już ani jednego Kazacha. Właściciel wolał za wyższą stawkę zatrudnić barmanów z Moskwy, którzy wygrywali międzynarodowe konkursy.

Większość moich rozmówców zabrała miejscowemu pracę lub mieszkanie. Nawałnica miliona Rosjan spowodowała, że w Uzbekistanie ceny wynajmu skoczyły o 250 proc., w Kazachstanie o 150 proc. Mieszkańcy większych miast — Astany, Ałmaty, Taszkientu czy Samarkandy — musieli przenieść się do lokali mniejszych i gorzej zlokalizowanych, często na przedmieścia.

W Kazachstanie, gdzie oficjalnymi językami pozostają rosyjski i kazachski, nie było problemu z rosyjskojęzycznym usługami, ale w Uzbekistanie sklepy, restauracje, centra handlowe, przychodnie i banki miały z tym kłopot. Po upadku ZSRR zamordystyczny uzbecki autorytaryzm w trybie przyspieszonym przeprowadzał derusyfikację, islamizację i nacjonalizację. Większość Uzbeków urodzonych po 1991 r. nie mówi po rosyjsku i wcale nie ma ochoty się uczyć.

Z Kostią od razu mówimy sobie po imieniu. Mamy wspólnego znajomego i obaj pracowaliśmy dla instytucji państwowych. Kostia ma wiele rzeczy. Lekką nadwagę, fajnie, kręcone włosy, pieniądze, znakomity angielski, ogromną wiedzę, wpływowych rodziców oraz ich kompleks — choć nie powinien. Był współpracownikiem Aleksieja Kudrina (szefa rosyjskiej Izby Obrachunkowej), a w wieku 30 lat został dyrektorem departamentu ds. współpracy międzynarodowej i zmian klimatu w ministerstwie ekologii.

— Kiedy przylatywałem w delegację do Indii, na lotnisku czekał na mnie kierowca. "Tędy Konstantinie Pietrowiczu, przygotowaliśmy dla pana stolik, Konstantinie Pietrowiczu, minister już czeka, Konstantinie Pietrowiczu". A teraz szukam pracy i wiem, że nawet jeśli ją znajdę, będę szeregowym ekspertem czy specjalistą. Moim szczytowym osiągnięciem było 30 minut sam na sam z Johnem Kerrym.

Rodzice Kostii to klasyczni państwowcy. Pierwsze 10 lat życia spędził w jednym z krajów Azji Wschodniej, gdzie rodzice kierowali rosyjskim Instytutem Kultury. Potem jego ojciec wykładał na uczelni dyplomatycznej MGIMO (Moskiewski Państwowy Instytut Stosunków Międzynarodowych), a mama uczyła języków bliskowschodnich w szkole KGB. Dlatego zgadza się na rozmowę tylko pod warunkiem, że nie będę go pytał o sprawy rosyjskie. — Nie chcę źle mówić o swoim kraju, a nic dobrego powiedzieć nie mogę.

Pytam go, czy jest mażorem (odpowiednik polskiego bananowego dziecka). Zamyśla się.

— Dziś już nie, bo nie mam bogatych rodziców — mówi.

Leci biznesowym Aerofłotem, ale nie ma bogatych rodziców. Witajcie w Rosji.

— Rodzice uratowaliby cię przed mobilizacją, gdybyś nie mógł wyjechać?

— Tak, stworzyli dla mnie odpowiednie zabezpieczenia, które na 90 proc. by mnie uratowały. Ale ja od dawna chciałem wyjechać z Rosji. Wojna tylko to przyspieszyła.

(...)

Bogdan, tak jak i wielu jego znajomych inwestujących w kryptowaluty czy grających na giełdzie, uważa, że pieniądze mają krótką pamięć. Kiedy tylko wojna się skończy, zachodni inwestorzy wrócą do Rosji, a być może on razem z nimi.

Podobnie uważa Aleksander, który obsługuje portfele inwestycyjne bogatych Rosjan — jednym z jego klientów jest znany oligarcha. Aleksander mieszka w kurorcie z polami golfowymi i konsjerżami.

Za niedługo mają dołączyć do niego żona i syn, dlatego już teraz wynajął willę. Kiedy zobaczyłem go w korytarzu, pomyślałem, że w moim kierunku podąża klon Michaiła Chodorkowskiego. Za chwilę okazało się, że nawet mówi jak znany oligarcha — tak cichym głosem, że musiałem się do niego nachylać, by usłyszeć każde słowo. Spotkaliśmy się o 9 rano. Dostałem 2 godziny, zanim w Moskwie zacznie pracować giełda.

Jego rodzice to sowieccy inżynierowie pracujący przy technologii nuklearnej. On sam zaczynał od branży komputerowej, a przez dwie pierwsze dekady putinizmu współpracował z finansowymi instytucjami Wielkiej Brytanii, Hiszpanii i Cypru, co po wprowadzeniu sankcji przestało być możliwe. Mimo to wciąż fanatycznie wierzy w pieniądze. — Na wojnie traci każdy, dlatego pokój zostanie podpisany w 2023 r. Wszystko wróci do normy, a ja wrócę do Moskwy.

Aleksandr wierzy w pieniądze, ale w prawdę już nie.

— Sporo czytam — media opozycje i źródła zagraniczne — ale ciężko się połapać w propagandzie obu stron — w jego optyce wojennej znajdują się straty finansowe, ale nie ludzie ani rozróżnienie na rosyjskiego kata i ukraińską ofiarę.

— Wychodził pan kiedykolwiek protestować? — chcę go wytrącić z równowagi.

— Przeciwko?

— Bo ja wiem... Powrotowi Putina do władzy, podwyższeniu wieku emerytalnego, wojnie?

— A jaki to ma sens? Na Białorusi i w Serbii ludzie masowo wychodzili na ulicę i co osiągnęli? Nic. Zmiażdżyła ich machina państwowa. Tak samo będzie w Rosji. A jak ktoś z Zachodu nie wierzy, to zapraszam do Rosji. Kilka lat temu kupiłem mieszkanie w zabytkowej kamienicy w centrum Moskwy — mówi to jakby na potwierdzenie swojego bogactwa, bo takie mieszkanie kosztuje kilka milionów dolarów, nie licząc łapówek.— Oczywiście wkrótce znalazł się deweloper powiązany z władzą, który dostał pozwolenie na wyburzenie kamienicy. Musiał jedynie wykurzyć lokatorów. Kiedy nie godziłeś się na oferowaną cenę, tak jak ja, pojawiały się kontrole, a potem policja. Spędziłem kilka nocy w areszcie. W końcu i tak zmusili mnie do sprzedaży. Tak wygląda protestowanie w Rosji.

Staje się dla mnie oczywiste, że Aleksander nie jest cynikiem. Za swoją delikatną powierzchownością ukrywa złość, która w momencie wybuchu będzie żałosna i rozpaczliwa. Natomiast za cyniczną wiarą w siłę pieniądza, której sam przecież zaprzecza, chowa bezsilność i strach wobec nagiej przemocy wewnątrz Rosji. A poza wszystkim, tutaj, jego wielkie pieniądze są fikcją.

Fundusze Rosjan w bankach zagranicznych w 2022 r. podwoiły się do 67 mld dolarów. Dla gospodarek obszaru postsowieckiego po pandemii COVID-19 to błogosławieństwo. Wzrasta konsumpcja "wewnętrzna", na czym korzysta sektor usług. Przyjezdni Rosjanie tylko czekają jednak, by ruszyć dalej, zostawić za sobą postsowieckie prowincje.

A kiedy pieniądze przychodzą znienacka i tak samo znikają, pozostawiają po sobie niezrealizowane inwestycje i recesję. Powodują inflację, która tak jak w przypadku mieszkań najmocniej uderza w biednych. Klasa średnia kupi gorszej jakości i tańszy produkt, ale biedni zaczną rezygnować z tego, co niezbędne do życia.

Dlatego władze państw takich jak Uzbekistan i Kazachstan — o Gruzji, Armenii i Kirgistanie nie wspominając — starają się zatrzymać Rosjan, ale bez skutku. Rosjanie chcą uciekać. Im szybciej, tym lepiej.

onet.pl

niedziela, 5 lutego 2023


W ubiegłym roku trafiły z Turcji do co najmniej 10 rosyjskich firm objętych sankcjami USA towary o wartości ponad 30 mln USD; do Rosji wysyłano również towary produkcji amerykańskiej — poinformował dziennik "Wall Street Journal" na podstawie analizy danych handlowych. Co najmniej 13 tureckich przedsiębiorstw wyeksportowało w 2022 r. towary o wartości minimum 18,5 mln dolarów służących potrzebom rosyjskiego wojska. Były wśród nich tworzywa sztuczne, wyroby gumowe i pojazdy.

Ponadto tureckie firmy wyeksportowały do Rosji generatory prądu, kierownice do ciężarówek, filtry do silników oraz elementy służące do produkcji podzespołów elektronicznych produkcji amerykańskiej o wartości 15 mln USD z naruszeniem amerykańskiej kontroli eksportu.

(...)

Premier Saksonii Michael Kretschmer uważa, że UE popełniła błąd, znosząc ułatwienia wizowe dla Rosjan. Jego zdaniem dużym błędem było odcięcie drogi do Unii Europejskiej dla ludzi z Rosji, którzy nie chcieli odbyć służby wojskowej ani iść na wojnę z Ukrainą.

(...)

"Perspektywa ostatnich dni oraz dokonana przez wielu interpretacja moich zamiarów i słów w sposób sprzeczny z moimi intencjami pokazuje, iż pomyliłem się, a sytuacja wymagała większej ostrożności" — napisał arcybiskup Sawa w specjalnie wydanym komunikacie. Zwierzchnik Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego tłumaczy się tym samym z listu do patriarchy moskiewskiego i całej Rusi, Cyryla, który dziennikarz Onetu Witold Jurasz wprost nazwał "haniebnym".

onet.pl

Kremlowi w 2023 r. będą zagrażać nie liberałowie, ale patrioci niezadowoleni z porażek rosyjskiej armii w wojnie z Ukrainą — uważa Oleg Matwiejczew, deputowany do Dumy Państwowej z partii Jedna Rosja. W rozmowie z PolitNavigatorem ostrzegł przed groźbą turbo patriotycznego Majdanu w Rosji.

Deputowany zauważył, że wszyscy liberałowie uciekli z Rosji i skompromitowali się. Komuniści — jak mówił — nie byliby w stanie wyprowadzić ludzi na ulice również dlatego, że w czasie wojny sprawa niskich pensji i nieudanej reformy emerytalnej zeszła na dalszy plan.

— Temat korupcji też. Ludzie nie są już idiotami. Rozumieją, dlaczego Aleksiej Nawalny był potrzebny, dlaczego te tematy korupcyjne były wyróżniane — powiedział Matwiejczew.

Według Matwiejczewa jedynym zagrożeniem dla państwa jest teraz "turbo patriotyczny Majdan z lekkim lewicowym programem i jednoczesnym mówieniem o korupcji". To jest właśnie sposób na wyprowadzenie ludzi — zauważył deputowany.

— Powodem niezadowolenia może być wszystko — zauważył Matwiejczew. — Jeszcze raz zdarzy się coś takiego jak Izium czy Bałaklija i będzie kolejna histeria: "wyjdźmy na ulice i usuńmy jakiegoś »złodzieja Szojgu«" — dodał.

Zdaniem Matwiejczewa, "turbo patrioci" będą próbowali przeforsować swojego kandydata w wyborach prezydenckich. Wszystko pójdzie "scenariuszem Majdanu" — przewiduje.

Analityk polityczny Abbas Galiamow zauważył, że ustami Matwiejczewa Kreml oskarżył "turbo patriotów" o grożenie krajowi Majdanem.

— Ogólnie rzecz biorąc, oskarżenia o nastroje "majdańskie" w Rosji zwykle poprzedzają represje. Wygląda na to, że nadszedł czas na "patriotów". W każdym razie najnowsze chińskie ostrzeżenie zostało do nich wysłane — napisał Galiamow na swoim kanale na Telegramie.

Niepowodzenia rosyjskiej armii na froncie wywołują niezadowolenie wśród tzw. Z-patriotów — Rosjan, którzy aktywnie wspierają wojnę w Ukrainie. Na przykład w dniu, w którym rosyjscy generałowie Siergiej Szojgu i Siergiej Surowikin ogłosili kapitulację Chersonia, w Moskwie zatrzymano mężczyznę z transparentem. Jak relacjonowała Astra, brzmiał on: "Zdrajcy, rozp... wszystko".

Kontrolowany przez Grupę Wagnera kanał telegramowy Szara Strefa nazwał decyzję o oddaniu Chersonia zarówno zdradą, jak i handlem ziemią narodową.

onet.pl

W październiku 2022 roku szef ukraińskiego wywiadu generał Kyryło Budanow stwierdził, że według niego doniesienia o tym, że Władimir Putin korzysta z sobowtórów, są prawdziwe. Budanow uważa, że rosyjski dyktator korzysta z co najmniej trzech aktorów łudząco do niego podobnych. Tak samo mówi rosyjski obrońca praw człowieka Mark Fejgin. Od tego momentu często pojawiają się niepotwierdzone informacje, że to nie Władimir Putin pojawia się na zdjęciach i nagraniach, a właśnie jego dublerzy. Wskazywać ma na to m.in. podejrzana opuchlizna na twarzy Putina czy to, że podczas spotkania ze studentami dyktator wystąpił w botkach na wysokim obcasie. Według ukraińskiego wywiadu władze w Moskwie korzystają z dublerów, by ukryć zły stan zdrowa Władimira Putina. 

Głos w sprawie zabrała teraz Simone Malik. Pochodząca z Wielkiej Brytanii kobieta przeanalizowała stare i nowe zdjęcia prezydenta Rosji, skupiając się na "kluczowych obszarach" twarzy Putina - nosie, uszach i ustach. Na tej podstawie stwierdziła, że jest "prawie pewne", że Putin nie używa dublerów. 

- Analizując kluczowe punkty jego twarzy, jestem przekonana, że na każdym zdjęciu widzimy "prawdziwego" Putina. Rozpoznaję charakterystyczne załamanie jego małżowiny usznej oraz nietypowy, wyraźny skos linii górnej wargi - powiedziała Malik w rozmowie z "Daily Star".

- Co do jego ust, to widać, że nawet w młodości są one pochylone z lewej strony - widać to także wtedy, kiedy się uśmiecha (niesymetryczny uśmiech) i bez względu na to, z jakiej perspektywy robione jest zdjęcie. Jest to obszar, który nieco zmienił się z wiekiem, ale nadal występuje - dodała Simone. - Ma takie samo nachylenie nosa z profilu bocznego, każdy kąt, w porównaniu ze zdjęciami z młodości, jest ten sam - podsumowała. Jak zaznaczyła w wywiadzie, krzywa linia warg, załamanie małżowiny usznej czy kształt nosa jest taki sam u Putina na wszystkich zdjęciach - tych starych, jak i nowych. 

Malik dodała, że "okrągła i pulchna" twarz Putina związana jest z "naturalnym starzeniem się lub przebiegiem choroby". Kobieta, która dawnej pracowała jako pielęgniarka, podkreśliła, że prezydent Rosji jest też bledszy niż przed laty, przez co wygląda na schorowanego - ale to też nie oznacza, że korzysta z dublerów. 

gazeta.pl

sobota, 4 lutego 2023


wnp.pl: Jaka jest aktualna sytuacja polityczna i militarna wokół Armenii? Odnotowano ostatnio demonstracje antyrosyjskie w Erywaniu. Na dodatek premier Nikol Paszynian spektakularnie odmówił podpisania dokumentu końcowego z posiedzenia (w Erywaniu) szefów państw tworzonego przez Rosję sojuszu części krajów posowieckich - ODKB. Jak to ocenić? Czyżby Armenia zmieniała status geopolityczny i odchodziła od związków z Rosją w stronę ściślejszych kontaktów z Zachodem?

Hakob Badalyan: - W Armenii odczuwamy, że obecna architektura bezpieczeństwa kraju, oparta na członkostwie w ODKB, nie zdaje egzaminu. Władze w Erywaniu wyrażają niezadowolenie z postawy najważniejszego sojusznika militarnego.

Notabene: to niezadowolenie demonstrował także poprzedni prezydent, Serż Sarkisjan. Jeszcze w roku 2015 miał żal do szefów krajów należących do ODKB, że unikają kontaktu z przywódcą Armenii. Ten zarzut padł podczas forum tej organizacji w Moskwie. Widać zatemc, że już od dawna system wzajemnych sojuszy nie działa...

Tyle że Armenia nie ma jak wycofać się z ODKB - zakończyłoby się to zdecydowanym pogorszeniem stosunków z Rosją. Dlatego też władze w Erywaniu starają się ciągle balansować między Moskwą  a Zachodem, przy jednocześnie ciągłym uczestnictwie w strukturach międzynarodowych tworzonych przez Rosję. Bo alternatywy jakoś nie widać...

Rosja napadła na Ukrainę i ciągle brakuje jej tam żołnierzy. Czy zatem baza rosyjska w armeńskim Giumri także wysyła swoich wojowników na Ukrainę? Czy nie oznacza to, że tych żołnierzy w Armenii jest po prostu dużo mniej? Czy nie zmniejszano również stanów liczebnych rosyjskich „sił rozjemczych” w Karabachu?

- Oficjalnych danych w tej kwestii się nie publikuje, chociaż wiadomo, że Rosja przerzuciła część sił stacjonujących w Armenii na front ukraiński.

Wojna prowadzi do zdecydowanego zmniejszenia możliwości Moskwy jako moderatora konfliktów w regionie. Władze Azerbejdżanu starają się wykorzystać spadek roli Rosji do umocnienia własnych pozycji.

Tym bardziej że Zachód jakby przymykał oczy na wiele działań azerskich, mając na względzie rolę Azerbejdżanu w zaopatrzeniu Europy w surowce energetyczne. Azerbejdżan i Turcja sugerują nowe warunki traktatów pokojowych w regionie. Równolegle Baku i Ankara starają się uzyskać poparcie na Zachodzie.

Jak po zakończeniu działań wojennych wygląda sytuacja geopolityczna samego Karabachu? Czy region ma bezpośrednie połączenie z Armenią? Jak wygląda sytuacja wokół teoretycznie wynegocjowanego lądowego połączenia Azerbejdżanu z jego oddzieloną przez terytorium Armenii eksklawą (to część terytorium państwa lub innej jednostki administracyjnej, położona w oddzieleniu od głównego jego obszaru, lecz na tym samym obszarze lądowym) Nachiczewan?

- Bezpośrednie połączenie Karabachu z Armenią zostało zablokowane nieco ponad miesiąc temu przez tak zwanych ekoaktywistów. To - wedle wszelkich znaków - funkcjonariusze azerskich specsłużb. Rosyjskie „wojska pokojowe” nie miały żadnej możliwości zastopowania tych „aktywistów”.

Nie widać też aktywności dyplomatycznej Rosji w sprawie odblokowania połączenia Karabachu z Armenią. A to przecież było to zagwarantowane w umowie podpisanej 9 listopada 2020 roku. Gwarantem wypełnienia tego zobowiązania miały być właśnie rosyjskie „siły pokojowe”.

Sam Alijew pewnie nie zdobyłby się na taką odwagę, ale ma za sobą Turcję. Erdogan gra o powiększenie swoich wpływów w regionie, o odtworzenie pantureckiej przestrzeni od Stambułu po granicę z Chinami. Azerbejdżan jest bardzo ważnym elementem tej układanki.

Rosja co prawda próbuje negocjacji z Turkami, ale obecnie ma zbyt słabą pozycję. A Zachód nie jest zainteresowany zrażaniem sobie takiego sojusznika jak Turcja i dostawcy ropy oraz gazu, czyli Azerbejdżanu.

Armenia czuje się zatem osamotniona w tym konflikcie. A 120 tysięcy Ormian mieszkających w Karabachu znajduje się w faktycznej blokadzie, władze azerskie zablokowały bowiem cały tranzyt z Armenii. Dotyczy to także połączenia gazociągowego oraz linii zasilania energetycznego. Obecnie  Karabach wykorzystuje zatem swoje rezerwy. Wprowadzono tam ostry reżim oszczędnościowy.

Władze w Baku chciałyby powrotu do sytuacji sprzed roku 1990, w której Karabach byłby integralną częścią Azerbejdżanu, przy zachowaniu jednak szerokiej autonomii tego regionu. Czy jest jakaś grupa opiniotwórcza w samym Karabachu, która na zasadzie dziejowego kompromisu byłaby gotowa do zaaprobowania takiego rozwiązania?

- Gotowość do takich rozmów wyrażają władze Karabachu. Pod takim jednak warunkiem, że oficjalnie Baku uzna, iż to rozmowa z władzami tego regionu. Azerowie natomiast, owszem, chcą rozmawiać z przedstawicielami Karabachu, ale na zasadzie podległości obywateli swego państwa z centrum zarządzającym... To by oznaczało faktyczny eksodus Ormian z Karabachu. I można odnieść wrażenie, że o to chodzi władzom Azerbejdżanu. Bo stanowiska stron są zbyt rozbieżne.

Elementem negocjacji po zakończeniu działań wojennych jesienią 2020 roku było także lądowe połączenie Azerbejdżanu z jego eksklawą - Nachiczewanem. Jedyne połączenie wiodłoby przez Armenię. Czy to możliwe do realizacji?

- Ta kwestia była również wpisana do porozumienia z listopada 2020 roku, przy czym nie ma tam mowy o jakimś korytarzu eksterytorialnym. Miałaby to być zwykła droga, która prowadziłaby częściowo po terenie Armenii. Teoretycznie miałaby być ona (wedle układu z 9 listopada 2020 roku) pod kontrolą rosyjskich pograniczników.

To jednak obecnie nie satysfakcjonuje ani Azerbejdżanu, ani Turcji. Bo Ankara chciałaby uczynić z tego połączenia element integracji, poprzez graniczący z nią Nachiczewan, z pozostałą częścią "świata tureckiego" - przez Azerbejdżan, Morze Kaspijskie do Kazachstanu i innych państw tego regionu.

Obecność rosyjskich pograniczników nie jest zatem wymarzonym scenariuszem dla władz tych krajów. W Baku i Ankarze chciano by wykorzystać obecną słabość Rosji do rozwiązania tej kwestii wedle własnych planów.

Władze Armenii nawiązały bezpośrednie kontakty z przedstawicielami Erdogana. Elementem tych rozmów miało być rzekome otwarcie, zamkniętej od początku lat dziewięćdziesiątych, granicy turecko-armeńskiej. To by oznaczało całkowitą zmianę kontaktów armeńsko-tureckich...

- Póki trwa konflikt Armenii z Azerbejdżanem, trudno mówić o jakiejkolwiek normalizacji. A otwarcie granicy to byłby przecież jej element.

Dla Turcji nie jest to jakaś kluczowa sprawa. Ankara po prostu stara się robić dobre wrażenie w Moskwie, jak i Waszyngtonie, Brukseli czy nawet w Erywaniu. To działa na zasadzie - ile się uda wygrać na każdym z tych kierunków. Obecnie możliwy jest transport towarów pomiędzy Turcją i Armenią.

Ponadto - jeszcze w lipcu ubiegłego roku - ustalono, że przejścia graniczne pomiędzy Turcją i Armenią będą otwarte dla obywateli państw trzecich. Ta akurat umowa jednak nie weszła w życie.

Otwarcie granicy zależy jednak także od tendencji w polityce światowej. Jeśli władze tureckie dojdą do wniosku, że korzystna dla ich kraju byłaby jakaś forma uregulowania kontaktów dwustronnych, zrobią to bez oglądania się na Azerbejdżan.

Armenia ma bardzo dobre kontakty z Iranem. Czy to nie przeszkadza w kontaktach z Zachodem?

- Władze Iranu podchodzą zaś z nieufnością do naszych kontaktów z Zachodem. Zadaniem dyplomacji armeńskiej jest wyjaśnienie - tak Zachodowi, jak i Iranowi - że taki model kontaktów międzynarodowych jest bardzo korzystny dla Erywania.

Iran jest najbardziej zainteresowany bezpieczeństwem Armenii, gdyż to żywotny kierunek dla Teheranu. Władze Armenii w kontaktach z Iranem działają bez żadnych oficjalnych i gromkich deklaracji. Po prostu: kontakty te rozwijają się na zasadzie faktów - to choćby bezwizowy ruch między naszymi krajami.

Jest jeszcze jeden sąsiad Armenii: Gruzja. Przez ten kraj odbywa się chociażby handel międzynarodowy z Turcją. Z tego też względu formalny obrót towarowy Armenii z Gruzją jest bardzo duży. Jednocześnie władze Gruzji delikatnie skłaniają się ku Rosji, choć społeczeństwo jest jednoznacznie prozachodnie.

- Armenia i Gruzja mają wspólny interes - stabilność na Kaukazie. Są to bowiem kraje najbardziej narażone na ataki zewnętrzne. Wzajemne kontakty są jednak nieco utrudnione w związku z inną pozycją geopolityczną każdego z tych krajów.

Armenia to formalny sojusznik Rosji. Gruzja zaś formalnie dąży do integracji z Zachodem. Ponadto Gruzja stoi na stanowisku poszanowania granic uznawanych przez społeczność międzynarodową. Chodzi tu głównie o oderwane przez Rosję separatystyczne „republiki” - Abchazję i Osetię Południową. Dlatego też Tbilisi konsekwentnie nie uznaje secesji Karabachu od Azerbejdżanu.

W samej Gruzji natomiast bardzo zwiększają się wpływy Turcji i Azerbejdżanu. To bardzo mocno wpływa na politykę zagraniczną tego kraju, doprowadzając do dystansu w oficjalnych stosunkach Tbilisi z Erywaniem. Jednocześnie władze obydwu krajów oficjalnie ogłaszały niejednokrotnie, że nie ma między nimi żadnych kwestii spornych.

Moskwa nie naciskała na władze Armenii, by te uznały „niepodległość” Abchazji i Osetii Południowej?

- Takiego nacisku na władze Armenii nie było. Nie przyniosłoby to Rosji żadnej realnej korzyści. Co najwyżej bardziej zraziłoby Gruzję i pchnęło ją jeszcze wyraźniej w orbitę wpływów Turcji i Azerbejdżanu. A Moskwa przecież czyni wszystko, by - na swoich warunkach - jednak przyciągnąć Gruzję w swoją orbitę wpływów. Dobre stosunki pomiędzy Armenią i Gruzją w pewnym sensie ułatwiają szanse rosyjskie na osiągnięcie swoich celów na Kaukazie.

Do tej pory Armenia otrzymywała broń z Rosji. Niedawno jednak premier Paszynian ogłosił, że należy też zaopatrywać się w broń na Zachodzie. Czy to tylko pusta deklaracja, czy rzeczywiście armeńskie wojsko zaczyna otrzymywać zachodni sprzęt?

- Armenia także we wcześniejszych latach kupowała wyposażenie wojskowe na Zachodzie, chociaż w niewielkich ilościach. Zawsze też transakcje były obarczone dyskrecją. Dotyczyło to chociażby włoskich przeciwczołgowych miotaczy granatów. Broń poradziecką kupowaliśmy też w Bułgarii czy Serbii.

Teraz Paszynian oficjalnie ogłosił chęć zakupu wyposażenia na Zachodzie. Nie wydaje mi się jednak, by oznaczało to jakąś zmianę strategiczną. Nadal pewnie będziemy zaopatrywali się głównie w rosyjski sprzęt militarny. Zakupy na Zachodzie obarczone są bowiem wieloma trudnościami: politycznymi, ekonomicznymi, a nawet logistycznymi. Chociaż - według mnie - nie należy rezygnować z zachodniej broni, to jednak na początek muszą być rozstrzygnięte wspomniane przed chwilą kwestie.

Kontakty z Zachodem to także handel. Jego skala się powiększa czy też nie? Czy mają tu jakiekolwiek znaczenie antyrosyjskie sankcje?

- Obroty w handlu międzynarodowym są "zbilansowane" pomiędzy Unią Europejską, Rosją i innymi krajami Unii Euroazjatyckiej, którego to ugrupowania Armenia jest członkiem, oraz takimi państwami jak  Gruzja, Iran, z którym podpisano ostatnio umowę o wolnym handlu. To dowód, że Armenia, także w ekonomii, stara się balansować pomiędzy różnymi krajami.

Bardzo ważną rolę w rozwoju gospodarki armeńskiej odgrywają „nowi” emigranci z Rosji. Ilu ich do Armenii przyjechało? Czy to etniczni Ormianie do tej pory mieszkający w Rosji? Jaki jest stosunek do tych emigrantów ze strony miejscowych?

- Armenia znajduje się na etapie wzrostu gospodarczego. Duże znaczenie ma tu między innymi przybycie wielu wysokiej klasy specjalistów z Rosji, którzy uciekali przed poborem do wojska. To oni rozwinęli, działający w skali międzynarodowej, sektor usług IT.

Nikt nie publikował dokładnej statystyki tych przyjazdów, szacunki mówią jednak o co najmniej 100 tysiącach osób, które uciekły z Rosji do Armenii. Nie ma też dokładnych danych, ilu z nich zostało w Armenii, ale pewnie gdzieś około połowy... Wyjechali głównie etniczni Rosjanie. W gronie tych pozostających mniej więcej połowę stanowią Ormianie, reszta to Rosjanie.

Stosunek miejscowych do przyjezdnych - jak na razie - jest bardzo pozytywny. Dzięki tym przyjazdom Armenia, mając do tej pory ujemny bilans demograficzny, nagle stała się krajem z rosnącą liczbą ludności. O trwałości tej emigracji mogą świadczyć liczne przykłady przyjazdów całych rodzin. A dzieci wysyłane są głównie do szkół z rosyjskim językiem nauczania.

wnp.pl

— Do marca Rosjanie całego obwodu donieckiego nie zajmą. Ale czy finalnie im się to uda? Moim zdaniem, trzeba się liczyć z taką możliwością — mówi Onetowi płk rez. Piotr Lewandowski z Centrum Szkolenia Wojsk Obrony Terytorialnej, były szef bazy tarczy antyrakietowej w Redzikowie i weteran wojny w Iraku i Afganistanie.

— Obecnie na każdych dwóch zabitych Rosjan, ginie jeden Ukrainiec. Tak długo, jak Rosjanie ponoszą straty mniej więcej dwukrotnie wyższe, to wygrywają. Dopiero jak przejdziemy na pułap trzy do jednego i wyżej, to będzie znaczyło, że armia ukraińska wygrywa. W tym sensie to może być decydujące sześć miesięcy, kto tak naprawdę kogo wykrwawi?

Rozmówca Onetu uważa, że Rosjanie są w stanie teraz na bieżąco uzupełniać straty i tym samym mają zdolność do powolnego wypychania Ukraińców z ich pozycji w obwodach ługańskim i donieckim.

Na horyzoncie są też kolejne oddziały. Rosjanie szkolą dziesiątki tysięcy żołnierzy, ale pułkownik Lewandowski zauważa, że na ich bazie tworzy się mniejsze jednostki wojskowe, np. liczące dwa tysiące ludzi pułki. — To są tylko pojedyncze klocki. Dopóki Rosjanie nie będą tworzyć nowych dywizji, dopóty nie stworzą armii — przekonuje.

Zdaniem wojskowego, nie ma dowodów, by w ostatnich miesiącach Rosjanie stworzyli związki operacyjne szczebla dywizji. — "Mobików" (żołnierze pochodzący z przeprowadzonej niedawno w Rosji częściowej mobilizacji — red.) wykorzystują tylko do uzupełnienia strat, a to za mało do prowadzenia większych operacji. Rosjanie planowali stworzenie dywizji artyleryjskich, co jest kuriozum, bo to bardziej przypomina pomysły rodem z I wojny światowej niż taktykę z XXI-wieku. Ale nawet to im nie bardzo wyszło. Bo okazało się, że na froncie straty Rosjan są na tyle duże, że przeszkolonych artylerzystów zaczęto wysyłać jako uzupełnienia, jako zwykłą piechotę.

Pułkownik podkreśla, że w zdecydowanej większości rosyjskie pułki i brygady są zaangażowane w bezpośredniej walce. — Tam nie ma dywizji, która stoi z tyłu i nic nie robi. A do większych operacji takie dywizje są potrzebne.

Wojskowy jest przekonany, że "większa ofensywa Rosjan w Ukrainie pewnie nastąpi, ale nie będzie tak spektakularna, jak zrobili to Ukraińcy pod Charkowem". — Front ukraiński nie ma słabych miejsc. Tam, gdzie się toczą walki, Ukraińcy mają kilka ufortyfikowanych linii. Nawet pokonanie jednej z nich będzie powodować, że Rosjanie będą utykać na kolejnych. Ale stosując taktykę powolnych kroków, przy dużej koncentracji artylerii, te sukcesy osiągnąć jednak mogą. To będzie wymagało czasu.

— Gdyby Rosjanie pokusili się o jakąś ofensywę, to teoretycznie optymalny dla nich byłby kierunek Zaporoża. Tam mają jednostki, które obecnie nie są zaangażowane w walki. Rosjanie pilnują tam ważnego korytarza, bo muszą być gotowi na ewentualną ofensywę Ukraińców.

Rozmówca Onetu przewiduje, że atakowany od miesięcy przez Rosjan Bachmut "padnie". — Nacisk Rosjan będzie tam rósł z dnia na dzień, a taka taktyka "powolnego gotowania żaby" może przynieść sukces. Rosyjskie przygotowania do dużej ofensywy nie zaskoczą sztabu ukraińskiego. Bo jak ruszy duża ofensywa, to Ukraińcy natychmiast przerzucą tam odwody pancerno-zmechanizowane.

Rzucanie kolejnych "mobików" na front to jednak nie wszystko. Amerykańscy analitycy zauważają, że Rosjanie wzmocnili przemysł zbrojeniowy, a to może mieć duży wpływ na przyszłe walki w Ukrainie. Polski wojskowy uważa, że "przemysł rosyjski nie osiągnął pełnych mocy produkcyjnych i że produkcja Rosji na potrzeby zbrojeniówki będzie rosła".

— Jak Ukraina może przegrać na polu walki? W bardzo prosty sposób. Przegra, jeżeli Rosjanie zaczną produkować trzy razy więcej czołgów, niż ich będą tracić.

Czy jest to możliwe? Płk Lewandowski zaznacza, że trudno odpowiedzieć na to pytanie przy tak ograniczonej liczbie informacji, które płyną z Rosji. Jest jednak zdania, że aż takiej skali Rosjanie nie osiągną. Pułkownik widzi tu jednak konkretne zagrożenie. — Będzie niedobrze, jeżeli Rosjanie każdy zniszczony czołg, będą w stanie zastąpić, bazując na produkcji własnej.

Zwraca też uwagę: — Różnica między Ukrainą a Rosją jest taka. Że tej pierwszej na polu walki mogą skończyć się ludzie, a agresorowi — sprzęt.

— Nie wystarczy produkować dużo, jeżeli jakość sprzętu będzie zła. Jeżeli ten sprzęt będzie miał upośledzoną łączność, upośledzone kierowanie ogniem, to Rosjanie zaczną go tracić w szybszym tempie. Dlatego tak ważne są czołgi zachodnie. Bo przy upośledzeniu czołgów rosyjskich, finalnie przewaga czołgu zachodniego na froncie w Ukrainie będzie rosła.

Nadzieję polskiemu wojskowemu daje fakt, że poszczególne kraje NATO już szkolą ukraińskie brygady, a kolejne (w tym Polska) zadeklarowały takie wsparcie. Brygady ukraińskie liczą sobie około 5-6 tysięcy ludzi, a do szkolenia na Zachodzie, dochodzi też pełne uzbrojenie i wyposażenie nowych jednostek.

— Gdyby wyszkolono 10 takich brygad, to mogłoby to zmienić sytuację. Proszę sobie wyobrazić, 50-60 tys. żołnierzy, wyposażonych w Bradleye, Abramsy, Leopardy, artylerię. Rosja nie jest w stanie rzucić do walki 50 tys. tak dobrze wyszkolonych i uzbrojonych ludzi.

Zła wiadomość dla Ukrainy jest taka, że na ten moment takich szkolonych na Zachodzie brygad ma być kilka, a ponadto potrzeba minimum sześciu miesięcy, by uzyskały one zdolność bojową i mogły zostać wysłane na front. — Gdy za pół roku te jednostki trafią na Ukrainę, to pozwolą podtrzymać wojnę. Skompensują straty, które Ukraina poniesie w ciągu tych sześciu miesięcy. Ale to nie będzie żaden "gamechanger".

Dla płk Lewandowskiego "gamechangerem" w tej wojnie byłyby amerykańskie HIMARS-y strzelające na odległość 300 km (teraz mogą na ok. 80 km), ale także dostarczenie Ukraińcom lotnictwa, które raziłyby cele w głębi operacyjnej Rosjan. — Gdybyśmy z tym wszystkim powiązali wyszkolenie i wyposażenie nowych jednostek ukraińskich w krajach NATO, moglibyśmy mieć prawdziwy przełom na froncie.

Rozmówca Onetu jest jednak przekonany, że wojna w Ukrainie będzie trwała przynajmniej kilka lat. Bo z wojskowego punktu widzenia trudno tu mówić o jakimś ostatecznym rozstrzygnięciu, a i polityczne widoki na zakończenie wojny nie są najlepsze.

Zwraca uwagę, że Rosjanie — mimo wysokich strat — nie chcą zamrożenia konfliktu. — Jakby to miało wyglądać? Naprzeciwko siebie staną dwie armie, przestaną do siebie strzelać i co dalej? Obie strony będą cały czas budowały swoje zdolności. Przy zamrożeniu konfliktu szybciej będzie rosła zdolność armii ukraińskiej, dlatego że brygady zaczną się szkolić na Zachodzie, sprzęt będzie płynął nadal. A Ukraina zacznie odbudowywać infrastrukturę i przy pomocy Zachodu będzie w stanie relatywnie szybko ją odtworzyć. Dlatego Rosja nie jest zainteresowana, by ten konflikt teraz zakończyć.

onet.pl

piątek, 3 lutego 2023


Rosjanie ewidentnie starają się przejąć inicjatywę i ponownie zepchnąć ukraińskie wojsko do defensywy. Wuhłedar akurat się zupełnie nie udał, ale poza zwyczajowymi postępami w rejonie Bachmutu, doszło też do uderzenia w rejonie Kreminnej, gdzie od kilku miesięcy to Ukraińcy próbowali pójść naprzód. Sytuacja nie wygląda dobrze, ale sami Rosjanie przyznają, że ukraińskie wojsko trzyma w rezerwie znaczne siły, szykując się albo na nową ofensywę własną, albo odparcie spodziewanej rosyjskiej.

Nie ma przy tym wątpliwości co do tego, jak Rosjanom poszła ich próba lokalnej ofensywy na granicy obwodów Donieckiego i Zaporoskiego, w rejonie Wuhłedaru. Tydzień temu pisaliśmy, że atak nastąpił i trwają ciężkie walki. Teraz można napisać, że Rosjanie zostali przez Ukraińców odparci i ponieśli ciężkie straty. Nawet najbardziej optymistyczne źródła prorosyjskie podają, że front przebiega gdzieś na obrzeżach miejscowości i "ofensywa została zawieszona z powodu złej pogody". Podobno mgła paraliżuje działanie dronów i precyzyjny ostrzał artyleryjski. Można to jednak spokojnie zakwalifikować do kategorii "robienie dobrej miny do złej gry". Po prostu Ukraińcy tę ofensywę krwawo zatrzymali.

Wszystko wskazuje na to, że Rosjanie są aktualnie prawie na pozycjach wyjściowych, z których ruszyli do ataku ponad tydzień temu. Trwale zdołali uchwycić jedynie obszar niewielkich ogródków działkowych około dwóch kilometrów od centrum Wuhłedaru. Nie udało im się przekroczyć otwartych pól ciągnących się dalej aż do granic właściwego miasteczka. Ponawiane próby ataków rozbijała głównie ukraińska artyleria stale korygowana za pomocą dronów. Ukraińcy twierdzą, że skala strat wśród prowadzących atak 40 i 155 Brygad Piechoty Morskiej (a zwłaszcza tej drugiej) była tak duża, iż dochodziło do buntów i odmów ponawiania natarć.

Takie same relacje podawano w listopadzie, kiedy te same brygady atakowały położoną obok Pawliwkę. Ukraińcy twierdzą, że w rejon szybko ściągnięto posiłki z innych oddziałów, aby kontynuować presję, ponieważ rosyjskie dowództwo nie ma w zwyczaju łatwego akceptowania porażek. Aktualnie chyba jednak pogodzono się z realiami, bo walki osłabły, a popularny rosyjski bloger Rybar podaje informację o wspomnianym "zawieszeniu" ofensywy. Pytanie na jak długo. Rosjanie już drugi raz wykrwawiają swoje teoretycznie doborowe brygady, atakując na tym odcinku. Teraz z jeszcze mniejszym powodzeniem niż w listopadzie.

O rzekomej ofensywie na pobliskim zaporoskim odcinku frontu już zupełnie ucichło. Wszystko wskazuje na to, że Rosjanie, owszem, 2-3 tygodnie temu przypuścili serię jakichś ograniczonych ataków, było to raczej z rozpoznaniem bojem, niż jakaś większa ofensywa. Miejscami zajęli trochę ziemi niczyjej, niewielkie wysunięte pozycje Ukraińców i na tym się na razie skończyło.

Miejscami intensywne walki trwają na północ od Wuhłedaru, w rejonie Doniecka. Dzieje się tam to samo co od miesięcy. Rosjanie ciągle próbują atakować ograniczonymi siłami (zazwyczaj do kilku pojazdów opancerzonych i kilkudziesięciu ludzi), ale z niezmiennie tym samym skutkiem. Czyli porażką i stratami, bez istotnych zmian w kontroli terenu. Choć raz po razie ogłaszają jakieś sukcesy, to faktycznie nie licząc kosmetycznych zmian, front się nie rusza.

Znacznie mniej pozytywnie jest jeszcze dalej na północ, czyli w rejonie Bachmutu. Sytuacja Ukraińskich obrońców miasta systematycznie się pogarsza. Rosjanie w postaci mieszanki sił grupy Wagnera i regularnego wojska nieustannie prowadzą natarcia, które pomimo poważnych strat od ognia ukraińskiej artylerii, stopniowo przesuwają front. W ciągu minionego tygodnia Ukraińcy utracili między innymi część istotnej wioski Krasna Hora na północnych przedmieściach. Dotychczas stanowiła ona ich wysunięty punkt oporu, jednak po kilku tygodniach ponawianych rosyjskich ataków traci tę funkcję. Ukraińcy skupiają się w tej okolicy na obronie dalej na zachód, opierając się o rzeczkę Bachmutkę, linię kolejową i niewielkie wzgórza za nimi. Rosjanie stopniowo zajmują wszystko, co jest położone przed tą główną linią oporu. Zaatakowali między innymi na północ od Sołedaru, zdobywając tam kilka niewielkich osad. Nie wiadomo, czy to jakaś próba uderzenia na skrzydło ukraińskich sił broniących Siwierska dalej na północ, czy po prostu wejście tam, gdzie nie było Ukraińców.

W samym Bachmucie walki niezmiennie toczą się na obrzeżach. Największe sukcesy Rosjanie mają na północnym wschodzie, gdzie kontrolują już kilka kwartałów. Walki w mieście są bardzo trudne, zwłaszcza dla atakującego, więc postępy są bardzo powolne i raczej nie ma co się spodziewać jakichś istotnych zmian sytuacji.

Znacznie więcej niedobrego dzieje się na południe od Bachmutu. Ukraińcy wydają się trzymać wzgórza najbliżej miasta, blokując Rosjanom okrążenie go w małej odległości. Jednak sytuacja ma się gorzej nieco dalej na południe i zachód, gdzie rosyjskie natarcia zdołały wejść na rzeczone pasmo wzgórz. Rosjanie, posuwając się wzdłuż kanału biegnącego w tym rejonie z północy na południe, dotarli w rejon lasów obok wsi Krasne. Czyli są niemal dokładnie na zachód od Bachmutu, za plecami jego obrońców. Oczywiście na razie to tylko wysunięte oddziały, które są ciągle pod ciężkim ostrzałem, ale widać postęp. Do zaopatrywania Bachmutu Ukraińcom zostały tylko wąska lokalna droga, biegnąca kilka kilometrów dalej na północ.

Jest ewidentne, że Rosjanie bardziej liczą na zamknięcie miasta w okrążeniu, niż zdobycie go frontalnie. Niewiele im do tego zostało. Najbardziej niepokojące jest to, co się dzieje w rejonie wspomnianej wsi Krasne. Jeśli tam nadal będą się posuwali naprzód, to mogą się zbliżyć do ostatniej drogi zaopatrzeniowej Bachmutu. Na korzyść Ukraińców działa teren, bo tuż obok Krasne, wprost na obecnej osi natarcia Rosjan, są wysokie i częściowo zalesione wzgórza. Być może przed nimi uda się trwale zatrzymać rosyjskie uderzenia.

Wyjątkowe nagranie pokazujące, jak czasem wyglądają walki na wschodzie Ukrainy. Rosyjski czołg mija w odległości kilku metrów ukraińskich żołnierzy ukrytych w okopach. Ci próbują go zniszczyć granatnikiem, ale im się nie udaje. Potem film się urywa. Źródło jest rosyjskie, więc może skończyło się źle dla czołgu, czego nie chciano pokazać.

Największą nowością w sytuacji frontowej w ostatnim tygodniu jest odwrócenie ról w rejonie miasta Kreminna. Do tej pory to Ukraińcy byli tam stroną z inicjatywą. Od listopada bardzo powoli przybliżali się do miasta, a Rosjanie regularnie ich odrzucali kolejnymi kontratakami. Teraz ma jednak miejsce coś, co raczej nie jest kolejnym ograniczonym uderzeniem, ale większym kontratakiem. Już od ponad tygodnia Rosjanie i Ukraińcy donosili, że w rejon Kreminnej przerzucono istotne siły rosyjskich wojsk powietrznodesantowych, które standardowo są wykorzystywane na kluczowych odcinkach frontu. Jako te względnie najbardziej profesjonalne i zmotywowane. Efektem jest odnotowywane w ostatnich dniach wyraźne odrzucenie Ukraińców do tyłu. Rosjanie mają atakować w rejonie miejscowości Terny, Newskie i Jampoliwka, położonych nad brzegiem rzeki Żerebiec. Według Ukraińców ataki zostały powstrzymane.

Rosyjskie źródła deklarują, że celem tej operacji może być odbicie Łymania, utraconego jeszcze w październiku. Nie będzie to łatwe, bo teren sprzyja Ukraińcom. Dodatkowo wykorzystywanie wojsk powietrznodesantowych (WDW) do tego rodzaju operacji jest kontrowersyjne nawet w Rosji. Stworzono je do działania z zaskoczenia, a nie do frontalnego szturmowania umocnionego przeciwnika. Dysponują głównie lekkim sprzętem, odpowiednim do latania samolotami, a nie do znoszenia ciężkiego ostrzału artyleryjskiego. Efektem kierowania WDW do takich działań, z braku lepszej alternatywy, są ich ciężkie straty. Dopiero co Rybar przyznał w niespodziewanym przejawie otwartości (na dodatek jeszcze w rosyjskiej telewizji), że WDW w pierwsze pół roku wojny straciło pół stanu, co oznacza katastrofalne straty. Zwłaszcza w tak wyspecjalizowanych siłach.

Poza Kreminną na froncie dalej na północ przez Swatowe, Kupiańsk po granicę z Rosją, nie doszło do żadnych istotnych zmian. Obie strony toczą walki o lokalnie istotne wzgórza i wioski, ale bez żadnych przełomów.

Wiele wskazuje na to, że Ukraińcy trzymają gdzieś za frontem istotne siły rezerwowe. Nie używają ich w aktualnych lokalnych walkach, nawet za cenę utraty terenu. Czasem rzucają części odwodowych oddziałów do wsparcia krytycznych odcinków jak na początku stycznia w rejonie Sołedaru. Generalnie nie są jednak angażowane w całości. Ewidentnie trwa oczekiwanie na spodziewany duży ruch Rosjan, czyli zapowiadaną od dawna zimowo-wiosenną ofensywę z dużym użyciem sił zbudowanych przy pomocy jesiennej mobilizacji.

gazeta.pl

Siły rosyjskie kontynuują presję na pozycje ukraińskie w Bachmucie oraz miejscowościach na północ i południowy zachód od miasta, utrudniając obrońcom rotację wojsk i dostawy zaopatrzenia do niego. Agresor miał poczynić postępy na południe od Siewierska, poszerzając strefę kontroli nad drogą łączącą to miasto z Bachmutem, a także na kierunku Łymanu, odsuwając siły ukraińskie od Kreminnej. Obrońcy mieli odeprzeć kolejne ataki w rejonie Awdijiwki, w łuku na zachód od Doniecka oraz na południowych i wschodnich obrzeżach Wuhłedaru. Walki trwają także pomiędzy Swatowem a Kupiańskiem, gdzie najeźdźcy próbują wyprzeć siły ukraińskie z terenu obwodu ługańskiego. Ukraińcy mieli skierować dodatkowe siły do obrony Bachmutu, Marjinki i Wuhłedaru, próbowali także kontratakować w rejonie Kreminnej i Swatowego.

Rosjanie zintensyfikowali ataki rakietowe na zaplecze zgrupowania sił ukraińskich w północnej części obwodu donieckiego, ponawiając uderzenia na Słowiańsk, Kramatorsk i okoliczne miejscowości. Artyleria i lotnictwo agresora kontynuują ataki na pozycje i zaplecze obrońców wzdłuż linii styczności oraz w rejonach przygranicznych. Ponownie wzrosła intensywność ostrzału Chersonia, Nikopola oraz nadmorskich gmin obwodu mikołajowskiego. Celem ataków ukraińskich dwukrotnie był Mariupol, a kolejne akty dywersji odnotowano w Melitopolu. Strona rosyjska donosiła o ukraińskich atakach rakietowych na cele w rosyjskim obwodzie briańskim.

Minister obrony Ołeksij Reznikow ostrzegł, że „w okolicach 24 lutego” armia rosyjska może przeprowadzić ofensywę na dwóch kierunkach – Donbasu i południowym. O oznakach przygotowywania przez agresora nowej ofensywy poinformował także ukraiński wywiad wojskowy (HUR). Według służby Władimir Putin miał wydać rozkaz opanowania do marca obwodów donieckiego i ługańskiego. Ukraiński wywiad uważa, że Rosjanie nie zgromadzili na Białorusi sił umożliwiających im przeprowadzenie w najbliższych tygodniach kolejnego ataku na Kijów. W ramach przygotowań do ofensywy najeźdźca ma zwiększać liczbę swoich żołnierzy, których według szefa HUR Kyryła Budanowa jest obecnie na Ukrainie 326 tys. Zdaniem ministra Reznikowa w ramach tzw. częściowej mobilizacji Rosja wcieliła do służby blisko pół miliona żołnierzy, a nie deklarowane przez Moskwę 300 tys.

Amerykańskie media zapowiadają ogłoszenie nowego pakietu wsparcia wojskowego dla Ukrainy, w którym po raz pierwszy mają się znaleźć środki rażenia o zasięgu do 150 km – zestawy GLSDB, składające się z naprowadzanej (GPS i inercyjnie) szybującej bomby lotniczej małego wagomiaru GBU-39 (tzw. bomby o małej średnicy, ang. small diameter bomb) wynoszonej za pomocą ładunku rakietowego z systemów MLRS lub HIMARS. Ich przygotowanie do wysyłki na Ukrainę miałoby zająć co najmniej 9 miesięcy. Ponadto w skład pakietu o łącznej wartości 2,2 mld dolarów miałyby wejść „komponenty obrony powietrznej” (prawdopodobnie dodatkowe elementy do systemów Patriot), dodatkowa amunicja.

Dowództwo Transportu Stanów Zjednoczonych (USTRANSCOM) poinformowało o rozpoczęciu przewozu na Ukrainę ponad 60 bojowych wozów piechoty Bradley (z łącznej liczby 109, których dostarczenie zapowiedziały USA). Hiszpańska minister obrony ogłosiła, że 6 lutego zostanie wysłanych na Ukrainę 20 transporterów gąsienicowych M113. Według „El País” Madryt planuje przekazanie armii ukraińskiej 4–6 czołgów Leopard 2A4 i nie wyklucza dostaw kolejnych w przyszłości. Szef resortu obrony Norwegii zapowiedział dostarczenie Ukrainie leopardów pod koniec marca, nie precyzując ich liczby (wcześniej media informowały o 8). Przekazania Ukraińcom czołgów Leopard 2 odmówiła natomiast Grecja. Według ministra obrony Wielkiej Brytanii czołgi Challenger 2 mają dotrzeć na Ukrainę „na początku lata lub w maju” (wcześniej podawano, że nastąpi to pod koniec marca). Rząd w Berlinie miał wyrazić zgodę na sprzedaż przez niemieckie firmy na Ukrainę – na koszt Ministerstwa Obrony RFN – 88 zmagazynowanych czołgów Leopard 1. O zakupie i przekazaniu Kijowowi pozostających w lokalnych magazynach czołgów tego typu informowano także w Belgii i Danii.

1 lutego ministrowie obrony Francji i Ukrainy oraz przedstawiciel Thales Group podpisali memorandum o dostarczeniu Ukrainie dwóch radarów obrony powietrznej średniego zasięgu GM 200. Będą one współdziałały z francusko-włoskimi systemami obrony powietrznej SAMP/T, które według ministra spraw zagranicznych Włoch mają dotrzeć na Ukrainę w ciągu 7–8 tygodni. Z kolei szef resortu obrony Francji potwierdził wcześniejsze zapowiedzi przekazania kolejnych 12 armatohaubic 155 mm na podwoziu samochodowym CAESAR.

Według „Süddeutsche Zeitung” rząd RFN zamierza odkupić od Kataru 15 samobieżnych dział przeciwlotniczych Gepard wraz z amunicją, aby przekazać je Kijowowi. Na Ukrainie miało pozostać około 30 tys. nabojów do Gepardów (niespełna 1,5 jednostki ognia na działo, w rezultacie nie są już one wykorzystywane w działaniach bojowych i służą wyłącznie do zwalczania dronów podczas prowadzenia do nich ognia w trybie ekonomicznym). Prezydent Brazylii publicznie zapowiedział, że jego kraj nie przekaże Ukrainie amunicji do Gepardów, o co miał go prosić kanclerz Niemiec.

Unia Europejska planuje zwiększenie do 30 tys. (z pierwotnie planowanych 15 tys.) liczby żołnierzy ukraińskich, którzy mają zostać przeszkoleni w 2023 r. w ramach misji wsparcia wojskowego Ukrainy (EUMAM Ukraine). Oficjalna decyzja o tym ma zostać podjęta 3 lutego. W ramach EUMAM Paryż zapowiedział skierowanie do rozmieszczonego w Polsce dowództwa operacyjnego CAT-C (Combined Arms Training Command) 150 francuskich instruktorów wojskowych. Miesięcznie mają oni szkolić 600 żołnierzy ukraińskich. Ponadto 2 tys. wojskowych z Ukrainy ma zostać przeszkolonych „do lata” we Francji. Według „Financial Times” w następnym tygodniu w ramach EUMAM ma się rozpocząć szkolenie załóg czołgów Leopard 2. Ukraińscy czołgiści mieli już trafić do ośrodków w Polsce i w Niemczech, a szkolenie ma trwać do 6 tygodni.

Attaché wojskowy Ukrainy w Waszyngtonie poinformował, że żołnierze szkolący się w obsłudze systemów obrony powietrznej Patriot „wyprzedzają grafik” i zakończą szkolenie „za kilka tygodni” (rozpoczęło się ono w połowie stycznia). Z kolei 70 żołnierzy ukraińskich, którzy mają obsługiwać drugą baterię Patriotów, 2 lutego przybyło na szkolenie do Niemiec. „Der Spiegel” ujawnił problemy ze szkoleniem ukraińskich załóg bojowych wozów piechoty Marder – Bundeswehra ma poszukiwać 50 byłych lub czynnych wojskowych znających język rosyjski lub ukraiński, którzy służyli bądź służą na Marderach i mogliby pełnić funkcję instruktorów.

30 stycznia prezydent Joe Biden zapowiedział, że Stany Zjednoczone nie przekażą Ukrainie myśliwców F-16. Premier Holandii stwierdził z kolei, że rozpatrzy prośbę Kijowa o dostarczenie tego typu samolotów, ale dotychczas strona ukraińska jej nie wystosowała. Szef francuskiego resortu obrony poinformował natomiast, że Francja przemyśli wniosek Ukrainy o szkolenie pilotów myśliwców.

Białoruski resort obrony potwierdził otrzymanie od Rosji dywizjonu systemów rakietowych Iskander. Białorusini dostali wyrzutnie w wariantach przystosowanych do odpalania rakiet balistycznych (Iskander-M) w standardzie wprowadzanym do służby w armii rosyjskiej (o deklarowanym zasięgu do 500 km) i pocisków manewrujących (Iskander-K).

Rzecznik ukraińskiego Dowództwa Sił Powietrznych Jurij Ihnat zauważył, że rosyjskie siły lotnicze wykorzystują 48 lotnisk (w tym na Białorusi i terenach okupowanych), a ich potencjał jest od pięciu do sześciu razy większy w porównaniu z lotnictwem ukraińskim. Podkreślił, że w celu zabezpieczenia osłony powietrznej konieczne jest utworzenie kolejnych pięciu brygad lotnictwa taktycznego wyposażonych w jeden typ samolotu wielozadaniowego, spełniającego standardy zachodnie. Obecnie, według Ihnata, lotnictwo Ukrainy składa się z 11 brygad (1 szkolna, 3 transportowe, 1 szturmowa, 1 bombowa i 5 myśliwskich), a najbardziej prawdopodobnym kandydatem do zastąpienia postsowieckich maszyn jest samolot F-16.

1 lutego weszły w życie nowe przepisy regulujące wysokość wynagrodzenia w Siłach Zbrojnych Ukrainy. Zniesiony został dodatek „wojenny” w wysokości 30 tys. hrywien miesięcznie (ponad 800 dolarów) dla żołnierzy, funkcjonariuszy MSW, poborowych i kadetów szkół wojskowych oraz oficerów sztabowych, którzy znajdują się poza strefą frontową. Prawa do wypłaty dodatku nie będą pozbawione osoby znajdujące się na pozycjach, gdzie nie trwają bezpośrednie walki. Z kolei żołnierze walczący na froncie (ale również rodziny jeńców i zaginionych w walce) będą nadal otrzymywać dodatki w wysokości 100 tys. hrywien miesięcznie (ok. 2,7 tys. dolarów). Ukraiński resort obrony uzasadnił swoją decyzję potrzebą optymalizacji wydatków budżetu państwa i koniecznością ustalenia godziwego wynagrodzenia finansowego dla tych, którzy wykonują zadania na polu walki.

Kierujący resortem spraw wewnętrznych Ihor Kłymenko ujawnił 2 lutego, że zainicjował proces tworzenia ochotniczych „brygad szturmowych” MSW. Ma to według niego wzmocnić potencjał obronny państwa oraz wspomóc działania na rzecz odzyskania terytoriów okupowanych. W skład nowych jednostek mają w pierwszym rzędzie wejść funkcjonariusze policji, straży granicznej i żołnierze Gwardii Narodowej, którzy nabyli już doświadczenia bojowego. Szkolenie ochotników potrwa kilka miesięcy: najpierw indywidualnie, później w ramach jednostki, a gdy dowódca uzna, że jednostka jest gotowa, przejdą do realizacji zadań bojowych.

Komentarz

•  W przekazie ukraińskim coraz częściej pojawia się kwestia spodziewanej nowej ofensywy rosyjskiej. O ile jednak w poprzednich tygodniach oczekiwano jej wiosną, o tyle obecne wystąpienia sugerują, że może do niej dojść jeszcze w lutym. Doniesienia te, wzmocnione zapowiadającym ofensywę rosyjską przekazem angloamerykańskim, należy postrzegać nie tylko jako ostrzeżenie przed możliwym zintensyfikowaniem działań przez Rosjan, lecz przede wszystkim jako kolejny apel o przyspieszenie dostaw ciężkiego uzbrojenia i sprzętu wojskowego na Ukrainę. Ostatnie tygodnie walk w Donbasie wskazują, że utrzymanie linii obrony stanowi dla sił ukraińskich coraz większy wysiłek i praktycznie codziennie na jakimś odcinku ustępują one rosyjskiej presji. Spowodowane jest to nie tylko wyczerpaniem żołnierzy, lecz także rosnącymi brakami sprzętowymi.

•  Wyrazem świadomości państw wspierających wojskowo Ukrainę co do trudnej sytuacji militarnej, która panuje w Donbasie, jest intensyfikacja procesu szkolenia żołnierzy ukraińskich. Doniesienia na temat szkolenia czołgistów w Polsce i Niemczech, a także operatorów systemów Patriot w Stanach Zjednoczonych pozwalają przyjąć, że pierwsze wyposażone w nie pododdziały dotrą na Ukrainę wczesną wiosną.

•  Decyzja Francji o wysłaniu – w ramach unijnej misji EUMAM – instruktorów wojskowych do Polski (drugim państwem gospodarzem misji są Niemcy) potwierdza, że staje się ona nie tylko głównym zapleczem logistycznym, lecz także szkoleniowym armii ukraińskiej. Najprawdopodobniej w Polsce będą też szkolone ukraińskie załogi stosunkowo szybko wysłanych do Europy bojowych wozów piechoty Bradley. Nie można wykluczyć, że w Polsce będą także zgrywane pododdziały pochodzących od różnych darczyńców czołgów Leopard 2. Dysponuje ona jedynym – poza Niemcami i zachowującą neutralność Szwajcarią – kompleksowym ośrodkiem szkoleniowym w zakresie użycia i obsługi tego typu czołgów.

•  Po roku wojny palącym problemem dla władz w Kijowie stały się nieprawidłowości ujawniane zwłaszcza w instytucjach odpowiedzialnych za obronność państwa. Zapoczątkowana ofensywa antykorupcyjna potwierdziła też wcześniejsze informacje o pogarszaniu się dyscypliny wśród urzędników państwowych i o możliwości powrotu funkcjonowania schematów korupcyjnych. W wymiarze międzynarodowym działania antykorupcyjne mają pokazać zachodnim partnerom, że pomimo negatywnych efektów konfliktu zbrojnego osłabiającego Ukrainę rządzący nadal są zdolni reagować na działania przestępcze urzędników i zachować sprawność aparatu władzy. Aktywność władz w zwalczaniu korupcji i nadużyć finansowych ma duże znaczenie dla wizerunku Ukrainy także w kontekście szczytu Ukraina–UE w Kijowie 3 lutego, który potwierdził aspiracje tego państwa do uzyskania członkostwa w Unii Europejskiej.

osw.waw.pl

czwartek, 2 lutego 2023


Dziennikarze szwajcarskiej gazety mieli przeprowadzić poufną rozmowę z dwoma wpływowymi ekspertami od polityki zagranicznej Niemiec - jednym z koalicji rządzącej, a drugim z opozycji, którzy niezależnie mieli przekazać, że na polecenie prezydenta USA Joe Bidena szef CIA sprawdzał w połowie stycznia, czy Rosja i Ukraina są gotowe do negocjacji.

"Oferta dla Kijowa brzmiała: pokój za ziemię, a oferta dla Moskwy: ziemia za pokój. Mówi się, że 'ziemia' stanowiła około 20 proc. terytorium Ukrainy. To mniej więcej wielkość Donbasu. Obie strony, jak relacjonują politycy, odmówiły. Ukraińcy dlatego, że nie są przygotowani na podział swojego terytorium, a Rosjanie dlatego, że zakładają, iż na dłuższą metę i tak wygrają wojnę" - pisze "Neue Zürcher Zeitung".

Szwajcarska gazeta ocenia, że wypowiedzi obu specjalistów dają pośredni wgląd w poglądy Białego Domu. "Według dwóch ekspertów od polityki zagranicznej Niemiec, Biden chciał uniknąć przedłużającej się wojny w Ukrainie i był gotów zrezygnować z części kraju. Jeśli ta relacja jest poprawna, Biden nie byłby osamotniony w swoim stanowisku w Waszyngtonie" - czytamy.

Dziennik wskazuje na najnowsze opracowanie amerykańskiego think-tanku Rand Corporation "Avoiding a Long War", w którym stwierdzono, że "unikanie długiej wojny jest dla Stanów Zjednoczonych wyższym priorytetem niż kontrola całego terytorium Ukrainy".

"Jeśli to wszystko jest prawdą, wypowiedzi wskazywałyby również na możliwy rozłam w rządzie amerykańskim w sprawie Ukrainy" - podkreśla "Neue Zürcher Zeitung". Dziennikarze piszą, że doradca ds. bezpieczeństwa narodowego Jake Sullivan i szef CIA William Burns "chcieli szybko zakończyć wojnę, aby móc skupić się na Chinach". Natomiast po drugiej stronie, jak czytamy, są sekretarz stanu Antony Blinken i sekretarz obrony Lloyd Austin, którzy nie chcą, aby "Rosji uszło na sucho" naruszenie pokoju.

Według źródeł, na które powołuje się szwajcarska gazeta, po niepowodzeniu tajnej misji dyplomatycznej Burnsa w Ukrainie i Rosji, prezydent USA Joe Biden zdecydował się ulec naciskom niemieckiego kanclerza Olafa Scholza i zatwierdzić dostawę czołgów Abrams. 

gazeta.pl

5 grudnia ubiegłego roku weszła w życie inicjatywa UE, państw G7 i Australii, ustanawiająca na poziomie 60 dolarów za baryłkę limit ceny ropy z Rosji. Pułap cenowy miał ograniczać dochody Rosji ze sprzedaży ropy do państw trzecich, ponieważ państwa UE oraz G7 i tak już zakazały lub ograniczyły import ropy z tego kraju.

Limit miał działać poprzez zakaz dostarczania usług związanych z transportem ropy drogą morską, w tym ubezpieczeniowych i finansowych, dla surowca zakupionego za cenę przekraczającą ustalony pułap 60 USD za baryłkę - przypomina "The Economist".

Kolejne sankcje, obejmujące diesel i inne produkty rafinowane, wejdą w życie 5 lutego, co sprawi, że alternatywne metody eksportu staną się dla Rosji jeszcze ważniejsze. Ale już teraz nowy "czarny rynek" handlu surowcem radzi sobie bardzo dobrze - pisze tygodnik.

Już dwa miesiące po wprowadzeniu limitu cenowego eksport rosyjskiej ropy wrócił do poziomu z czerwca 2022 roku. Jak należało oczekiwać, najwięcej surowca kupują Chiny i Indie, ale okazało się też, że wzrosła sprzedaż przeznaczona dla nieznanych odbiorców.

Część tego eksportu odbywa się poprzez "czarny handel", metodami przetestowanymi już przez państwa objęte sankcjami, jak Iran czy Wenezuela. Ropę transportuje się zniszczonymi tankowcami, które mają czasem pół wieku i pływają z wyłączonymi transponderami. Zmienia się ich nazwy i przemalowuje, czasem kilka razy w ciągu jednej podróży. Przepływają przez ruchliwe terminale, gdzie wieziona przez nie ropa jest mieszana z surowcem innego pochodzenia, aby trudniej było wykryć, że jest to eksport z Rosji - wyjaśnia "The Economist".

Najczęściej jednak rosyjskie firmy korzystają z "czarnego rynku", który nie respektuje pułapu cenowego, ale nie jest nielegalny, bo ropa trafia do krajów nieuczestniczących w tej inicjatywie, a transport, finansowanie i ubezpieczanie ładunków obywa się bez zachodniej logistyki.

W ten sposób krajami, które zaczęły handlować ropą, stały się nagle Sri Lanka, Turcja, Indie czy Malezja. Eksperci sądzą, że tamtejsze firmy stały się przykrywkami dla rosyjskich przedsiębiorstw państwowych - relacjonuje tygodnik.

Nagle zwiększył się też handel używanymi tankowcami. W ubiegłym roku blisko 200 takich statków zmieniło właściciela, o 55 proc. więcej niż rok wcześniej. Rosja dysponuje teraz flotą, która zdecydowanie ułatwia jej omijanie sankcji i liczy około 360 jednostek.

Wiele wskazuje też na to, że znaczna część rosyjskiej ropy, kupowanej przez Indie i Chiny, jest odsprzedawana dalej, w tym do Europy. Dla Moskwy korzystanie z "czarnego rynku" handlu ropą ma dodatkowe atuty. Jej eksport omija kontrole zachodnich pośredników. Ułatwia to też stosowanie mniej przejrzystej strategii cenowej.

Na tym "czarnym rynku" nie operują jednak ubezpieczyciele i firmy reasekuracyjne z prawdziwego zdarzenia. Ropa płynie więc na pokładzie zniszczonych, przestarzałych statków i jeśli dojdzie do wypadku, nikt nie pokryje kosztów kolosalnych zniszczeń - podkreśla "The Economist".

money.pl