niedziela, 25 września 2022


Wedle oficjalnych danych w 2016 urodziło się w Chinach 17,86 mln dzieci, dwa lata później już tylko 15,2 mln. W 2020 pierwszym roku pandemii na świat przyszło 11,97 mln dzieci, a w ubiegłym roku już tylko 10,6 mln. Prognozy dla tego roku zakładają, że liczba narodzin spadnie poniżej 10 mln. Już widać wyraźne tego zapowiedzi.

W ciągu pierwszych sześciu miesięcy tego roku liczba narodzin w Hunan, jednej z najludniejszych prowincji kraju, spadła o 9,5 proc. w stosunku do roku poprzedniego. Jeszcze wyraźniejsze są wskaźniki z poszczególnych miast. W Jiazhou w prowincji Shandong liczony rok do roku spadek wyniósł 26 proc., a w Hukou w prowincji Jiangxi 42 proc.

Yi Fuxian, chiński demograf pracujący obecnie w Stanach Zjednoczonych, przytacza przykład niewymienionego z nazwy miasta w prowincji Heilongjiang, gdzie w ciągu pierwszych siedmiu miesięcy bieżącego roku nie urodziło się ani jedno dziecko, a do pierwszych klas w tamtejszych szkołach podstawowych zapisano jedynie troje dzieci.

Położona w Mandżurii prowincja Heilongjiang to jednak szczególny przypadek. Północny wschód to chiński „pas rdzy”, zainicjowane pod koniec lat 70. reformy gospodarcze uderzyły w tamtejsze kopalnie i przemysł ciężki, „wielkie budowy socjalizmu” z czasów Mao, które w nowych warunkach okazały się nierentowne. Region pogrążył się w ekonomicznej zapaści i zaczął się wyludniać. Wskaźnik dzietności w Heilongjiang jest jednym z najniższych w Chinach i wynosi 0,6, dla całego kraju to 1,16. Innym wskaźnikiem są spadające obroty firm produkujących mleko w proszku, pieluszki, łóżeczka i wózki dziecięce.

Przypuszczalnie rząd liczył na zwiększenie dzietności w rezultacie izolacji spowodowanej pandemią Covid-19, jednak kalkulacje okazały się błędne. Polityka "zera zachorowań" przyniosła odwrotne skutki – Chinki są jednymi z najmniej chętnych do posiadania dzieci kobiet na świecie. Spadek przyrostu naturalnego tłumaczono zwykle zbyt niskimi zarobkami, by podołać wysokim kosztom utrzymania i wychowania potomstwa oraz długimi godzinami pracy. Inne wskazywane przyczyny to duża nierówność płci - Chiny są pod tym względem na 102. na 146 miejsc w indeksie Światowego Forum Gospodarczego. Wreszcie - bardzo wysokie wymagania stawiane przez społeczeństwo matkom.

Pandemia i drakońskie działania podjęte przez władze to nowe przyczyny. W rozmowie z agencją Reutersa Claire Jiang, mieszkanka Szanghaju, stwierdziła, że trwający ponad dwa miesiące lockdown kompletnie zmienił jej plany życiowe. Zupełnie zrezygnowała z posiadania dzieci, nie chce, by musiały żyć w niepewnych warunkach w kraju, gdzie władze mogą przyjść do domu i robić co im się żywnie podoba. Społecznym bilansem dotychczasowej polityki pandemicznej są utrata pracy, dostępu do opieki medycznej, a nawet żywności, sobiepaństwo urzędników egzekwujących przepisy, a także rozbijanie rodzin. Znane są przypadki dzieci pozostawionych samym sobie, po tym jak ich rodzice zostali poddani przymusowej kwarantannie w miejscu pracy.

Jiang nie jest odosobniona w swoich opiniach. W czasie lockdownu Szanghaju przez chwilę w mediach społecznościowych furorę robił hashtag „jesteśmy ostatnim pokoleniem”. Szybka interwencja cenzury zamknęła sprawę. Skąd wzięła się tak radykalna reakcja internautów? „Jesteśmy ostatnim pokoleniem” miał odpowiedzieć mężczyzna, któremu urzędnicy w kombinezonach ochronnych grozili ukaraniem jego rodziny na trzy pokolenia, jeśli nie podporządkuje się przepisom pandemicznym.

Zdaniem Justine Coulson, przedstawicielki Funduszu Ludnościowego Narodów Zjednoczonych w Chinach, z powodu COVID i związanych z tym działań władz, pary, które myślały o posiadaniu dziecka w ciągu najbliższego roku, odłożyły takie plany na później. Zaś pary, które nie były pewne, odłożyły decyzję na czas nieokreślony.

Dodatkowo zaburzenia gospodarcze spowodowane przez pandemię doprowadziły do najwyższego od lat bezrobocia wśród młodzieży sięgającego 20 proc. Kiepskie warunki ekonomiczne i słabe perspektywy jeszcze bardziej utrudniają założenie rodziny.

Władze od lat są świadome spadającego przyrostu naturalnego i przyszłych tego konsekwencji dla funkcjonowania społeczeństwa i gospodarki. Pierwszym krokiem było zniesienia polityki jednego dziecka. Nastąpiło to jednak zbyt późno, by zachęcić zwykłych Chińczyków do zakładania liczniejszych rodzin. Na nic zdały się także przyzwolenie na posiadanie trójki dzieci i wezwania, by członkowie Komunistycznej Partii Chin świecili osobistym przykładem.

W ciągu ostatnich kilku lat władze usiłowały zaradzić spadkowi liczby urodzin wprowadzając ekonomiczne zachęty, takie jak ulgi podatkowe, dłuższy urlop macierzyński, szersze ubezpieczenie medyczne, dopłaty do mieszkań, dodatkowe pieniądze na trzecie dziecko. Oficjalnie temu celowi miała także służyć rozprawa z branżą korepetytorską, będącą de facto równoległym, prywatnym systemem edukacji, o wartości szacowanej w 2019 r. na 96 mld dolarów.

Nie obeszło się także bez chińskiej wersji 500+. Projekt nie zdążył nawet nabrać rozpędu z powodu problemów strukturalnych. Rząd centralny obarczył finansowaniem wypłat władze lokalne, równolegle systematycznie pozbawiając je dochodów. W wielu regionach zamiast pieniędzy na dzieci nastały cięcia wypłat w budżetówce, często nawet o 25 proc.

Spadający przyrost naturalny ma wpływa na inną istotną kwestię, jaką są perspektywy demograficzne Chin. Według ONZ chińska populacja osiągnęła swój szczyt i w przyszłym roku może zacząć spadać. Chiny ustąpią wówczas tytuł najludniejszego kraju świata Indiom. Osobna kwestią pozostaje tempo dalszego spadku. Zdaniem ekspertów ONZ do 2050 r. populacja Chin zmniejszy się o 109 mln, a to trzy razy więcej niż prognozowano w roku 2019.

Yi Fuxian maluje dużo gorszy obraz sytuacji. Według jego obliczeń liczba urodzeń zaczęła spadać w r. 1991, zaś populacja osiągnęła szczyt gdzieś między 2004 a 2011 i zaczęła kurczyć się w 2018 r. Obecna liczba ludności ma wynosić nie 1,41 mld, jak podają oficjalne dane, a poniżej 1,28 mld. Yi popiera swoje wyliczenia danymi, które ostatnio miały wyciec z chińskich urzędów demograficznych.

wnp.pl

Źródłem problemu były dwie maleńkie kropeczki z błękitnego lukru, każda o średnicy niespełna milimetra. Stanowiły one element dekoracji deseru, wyglądającego całkiem apetycznie musu z mango o dźwięcznej nazwie Wiosna Narodów, który – jak zapowiedziano – miał być podany podczas uroczystego obiadu na cześć przywódców Korei Północnej i Południowej. Kropeczki były ledwie widoczne, ale Japończycy je wypatrzyli i nie kryli niezadowolenia.

„Jest to wysoce niefortunne i nie do przyjęcia” – stwierdził rzecznik japońskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, kiedy informacja o nieszczęsnych kropeczkach wyciekła do mediów przed historycznym spotkaniem w kwietniu 2018 roku. „Poprosiliśmy, aby nie podawano tego deseru”.

Japończycy złożyli oficjalną skargę i domagali się usunięcia musu z menu, lecz ich starania nie zdały się na nic. Podczas uroczystego obiadu prezydent Republiki Korei Mun Dzae-in i przywódca Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej Kim Dzong Un powitali deser gorącymi oklaskami.

Przyczyną oburzenia Japończyków było to, że kropki, stanowiące element czekoladowej mapy Półwyspu Koreańskiego, wyobrażały grupę spornych wysp, a raczej kilka wystających z wody skał położonych w odległości 280 kilometrów od wschodniego wybrzeża Korei Południowej. W Korei noszą one nazwę Tokdo, w Japonii – Takeshima, w krajach anglojęzycznych zaś znane są jako Liancourt Rocks. Japonia i Korea Południowa od dawna toczą zaciekły spór o ich przynależność terytorialną. Koreańczycy opierają swoje
roszczenia na wzmiankach w dwunastowiecznej kronice Epoki Trzech Królestw – Samguk sagi. Japończycy natomiast utrzymują, że wysepki od stuleci stanowią bazę japońskich rybaków, i podkreślają, że roszczenia Korei Południowej zostały odrzucone przez Amerykanów podczas konferencji pokojowej w San Francisco w 1951 roku.

Chociaż w czasie gdy wydawano uroczysty obiad dla przywódców obydwu Korei, to ich kraje, praktycznie rzecz biorąc, znajdowały się w stanie wojny i choć jeden z owych przywódców był despotą, który zagrażał bezpieczeństwu w Azji Wschodniej oraz odpowiadał za śmierć tysięcy obywateli swego kraju, co do jednej kwestii byli całkowicie zgodni.

Japończycy mogą się wypchać.

Dla Koreańczyków, zarówno tych z Północy, jak i z Południa, dwie kropeczki z lukru były symbolem buntu przeciwko ich dawnemu ciemięzcy, dla Japończyków zaś niepotrzebną prowokacją; dla Chińczyków, którzy z całą pewnością pilnie śledzili przebieg wydarzeń, stanowiły zapewne krzepiącą oznakę nieustającej wrogości między ich dwoma sąsiadami, jako że silne przymierze japońsko-koreańskie stanowiłoby poważne zagrożenie dla Pekinu.

Michael Booth - Japonia, Chiny i Korea

W przestrzeni publicznej znaleźć można mnóstwo analiz, przewidujących, kiedy Chińska Armia Ludowo-Wyzwoleńcza będzie już w stanie zdobyć Tajwan. Najwcześniejsze mówią o dwóch latach, najpóźniejsze sięgają poza horyzont aż do 2035 roku. To w dużej mierze wróżenie z fusów, „gdybologia”. Nikt tego na dobrą sprawę nie wie. Podawane daty zazwyczaj mają coś wspólnego z rocznicami: na przykład 2035 r. to stulecie zakończenia Długiego Marszu, a 2049 – proklamacji Chińskiej Republiki Ludowej, co czyni te spekulacje numerologią, co pasowałoby bardziej do znanych z zamiłowania do astrologii generałów birmańskich niż do towarzyszy chińskich. Jedynie pierwsza data, styczeń 2024 r., czyli za niecałe dwa lata, ma sens. Wówczas na Tajwanie odbędą się kolejne wybory prezydenckie. Jeśli ponownie zwycięży w niej rządząca obecnie wyspą opcja niepodległościowa, to Chiny mogą zrobić się nerwowe.

Do tej pory Chińska Republika Ludowa zakładała, że czas działa na jej korzyść. Rosnąca współzależność gospodarcza miała ściślej wiązać Tajwan z kontynentalnymi Chinami, popychając wyspę ku (re)integracji. W wariancie idealnym, jeszcze dekadę temu całkiem wyobrażalne było, że rosnące poparcie społeczne, wspierane niewidzialną ręką prochińskich partii i wszelakich agentów wpływu, doprowadziłoby do referendum, w którym Tajwańczycy zagłosowaliby za zjednoczeniem. Wtedy nie potrzebowano by żadnej armii, floty, inwazji, wszystko odbyłoby się tak, jak Chińczycy uwielbiają – niewielkim kosztem, bez większych konsekwencji międzynarodowych. Istotnie, długo szło to w tym kierunku. Tajwan coraz mocniej wiązał się z Chinami gospodarczo, a rządzący wyspą w latach 2008–2016 prochiński Kuomintang z jego prezydentem na czele Ma Ying-Jeou, popychał ku silniejszej integracji ekonomicznej z kontynentem, symbolizowanej przez podpisaną w 2010 r. z ChRL umową ramową o współpracy gospodarczej, ECFA (Cross-Strait Economic Cooperation Framework Agreement). Tajwańskie rozwijanie kontaktów z Chinami zostało przyrównane przez jednego z członków tajpejskiego Klubu Korespondentów Zagranicznych w Tajpej do alegorii człowieka przychodzącego do weterynarza z dzikim wężem. „To drapieżnik” krzyczy przerażony lekarz, „zabije pana”. „Nie, udomowiłem go”, pada spokojna odpowiedź, „nawet z nim śpię w jednym łóżku”. „Nie, on po prostu czeka, aż na tyle urośnie, by móc pana zjeść w całości ”

Podczas gdy chiński wąż nieustannie się tuczy, od 2012 r., czyli od przejęcia rządów przez Xi Jinpinga i zaczyna już całkiem otwarcie przejawiać apetyt skonsumowania delikwenta, na Tajwanie w międzyczasie zaszły trzy istotne w kontekście (re)integracji procesy. Pierwszym, najbardziej bieżącym, było istotne wahnięcie się nastrojów społecznych. Od kiedy tajwańscy studenci wdarli się do parlamentu w 2014 r. („rewolucja słoneczników”), protestując przeciwko implementacji ECFA, rozpoczął się sondażowy zjazd Kuomintangu. Prochińska partia wyraźnie przegrała na rzecz swojej głównej konkurentki, proniepodległościowej Demokratycznej Partii Postępu (DPP) zarówno w wyborach lokalnych (2014 r.), jak i przede wszystkim prezydenckich (2016 r.), co utorowało drogę do władzy przywódczyni DPP, obecnej prezydentce, Tsai Ing-wen, ponownie wybranej na urząd w 2020 r. Chociaż DPP taktycznie odżegnuje się od niepodległości, głosząc chęć utrzymania status quo Tajwanu, to wszyscy wiedzą, że to wymuszona okolicznościami zasłona dymna. DPP pragnie uczynić Tajwan niepodległym państwem nie tylko de facto, jak dziś, lecz również de iure. Powoduje to wściekłość w Pekinie, karzącym Tajpej politycznie (m.in. blokowanie statusu obserwatora w WHO) i gospodarczo (m.in. sankcje czy skasowanie turystyki) oraz intensyfikującym presję militarną.

Sukces DPP nie wziął się znikąd. W ciągu ostatnich dekad zaczął tworzyć się naród tajwański. Jak pokazują okresowe badania prestiżowego tajpejskiego Narodowego Uniwersytetu Politologicznego (Zhengda, ang. National Chengchi University, NCCU), stale rośnie liczba osób identyfikujących się jako wyłącznie Tajwańczycy. W 1992 r. za Tajwańczyków uważało się 17,6 proc. społeczeństwa, za jednocześnie Tajwańczyków i Chińczyków – 46 proc., a za Chińczyków – 10,5 proc. W 2022 r. już 63 proc. uważa się wyłącznie za Tajwańczyków, 30 proc. za Tajwańczyków i Chińczyków, a tylko 3,5 proc. wyłącznie za Chińczyków. Co prawda można by mieć zastrzeżenia do metodologii. „Chińczyk” w tych pytaniach jest rozumiany jako Zhongguoren???, czyli w węższym, politycznym sensie, dziś ściśle wiążącym z kontynentem, a nie jako Huaren ??, czyli Chińczyk w szerszym, kulturowym sensie. Ale trend i tak jest widoczny.

Sprzyja mu też demografia, im Tajwańczycy młodsi, tym mają mniejszą identyfikację z kontynentem. Utożsamiają się, owszem, z szeroko rozumianą cywilizacją chińską (huaxia, ??), choć już niekoniecznie z przymiotnikiem „chińska”, dziś zbyt kojarzącym się z Chińską Republiką Ludową. Czynią to na podobnej zasadzie, jak robią to huaqiao (??): chińskojęzyczni Singapurczycy, Tajowie, Malezyjczycy czy Filipińczycy pochodzenia chińskiego, kulturowo związani z cywilizacją chińską, lecz już nie z ChRL. To trochę tak jak Irlandczycy, Kanadyjczycy, Australijczycy, Nowozelandczycy czy Amerykanie, integralne części anglosaskiego świata złączone językiem i wzorcami kultury, ale już niebędący Brytyjczykami. Albo jak Szwajcarzy czy Austriacy mówiący po niemiecku.

Ten trend jest bardzo niebezpieczny dla Chin Ludowych, bo powoduje rozluźnianie kolejnych więzi kontynentu z wyspą. Pekin, nawiasem mówiąc, niechcący wzmacnia ten proces krzepnięcia tożsamości tajwańskiej swoim mało wyrafinowanym przykręcaniem śruby. Stłamszenie autonomii Hongkongu, któremu ongiś obiecano układ „jeden dwa, dwa systemy” na 50 lat, by złamać tę obietnicę już po dwudziestu trzech, było bardzo czytelnym znakiem tego, co czeka Tajwan, któremu kiedyś również proponowano ten model. W 2018 r. Kuomintang zdecydowanie wygrał wybory lokalne i przeważał w sondażach prezydenckich, by wszystko to stracić w wyniku chińskiej politycznej kastracji Hongkongu. W 2020 r. DPP ponownie wygrała prezydenturę i utrzymała większość w parlamencie. Zaś po stłamszeniu Hongkongu po raz pierwszy w badaniach opinii publicznej Tajwanu suwerenność wygrała z dobrobytem gospodarczym.

Lecz jest też i trzeci proces. Tajwan to od kilku dekad bogate państwo, którego społeczeństwo przywykło do dobrobytu. A jak wiadomo z popularnego bon motu G. Michaela Hopfa, „dobre czasy tworzą słabych ludzi”, przynajmniej jeśli chodzi o kwestie bezpieczeństwa. Do obiektywnych problemów wojskowych Tajwanu, jak przestarzały sprzęt i niedostatki personelu, szczególnie w lotnictwie, dochodzą te bardziej subiektywne, jak powszechna w Azji Wschodniej infantylizacja. Popkulturowe zamiłowanie do kreskówkowego podejścia do rzeczywistości jest na wyspie wszechobecne, od uroczych misiów ostrzegających w metrze przed poślizgnięciem się, po byłego ministra zdrowia, ubiegającego się o merostwo Tajpej pozującego w różowym garniturze wystylizowanym na wyciągającego łapki kotka. Moje dwa przykłady z życia z ostatniego miesiąca to hotel kwarantannowy, który w odpowiedzi na moją zgodę na warunki pobytu odsyłałał mi tańczącego, otoczonego serduszkami słonika oraz nowopoznany szef jednego z tajwańskich ośrodków bezpieczeństwa wysyłający mi informację zwrotną z naklejką z Jasiem Fasolą. Ta kreskówkowość raczej nie sprzyja duchowi walki. „Chciałbym zobaczyć tę teflonową młodzież broniącą się przed armią chińską” mówi mi jeden z najważniejszych zachodnich dyplomatów w Tajpej, sardonicznie dodając „To nie są Ukraińcy. Oni są w stanie zrobić tylko memy. Za to bardzo agresywne, brutalne wręcz memy”. (Jakby na potwierdzenie jego słów, karierę zrobił ostatnio mem jednego z kandydatów w tajwańskich wyborach lokalnych „depczącego” Putina). Problem plastikowości czy gumisiowatości młodszego pokolenia dostrzeżono również na szczytach tajwańskiej władzy, o czym świadczą chociażby dyskusja o wydłużeniu poboru czy prywatne inicjatywy takie, jak ta miliardera Roberta Tsaia, obiecującego sfinansowanie utworzenia i wyszkolenia trzymilionowej lokalnej wersji obrony terytorialnej. Pytanie, czy nie jest to za mało i za późno?

Geografia jest po stronie Tajwanu. Chiny, kosztem ogromnych strat, i tak zdołałyby przełamać obron, jednak ryzyko włączenia się USA i Japonii do konfliktu byłoby w takiej sytuacji spore.

Na razie jednak Tajwańczycy mogą (jeszcze) spać spokojnie. Operacyjnie rzecz biorąc, Chiny chcąc przejąć niepokojowo Tajwan, mogą albo zastosować blokadę wyspy, albo dokonać desantu (w trakcie ostatnich manewrów ChALW ćwiczyła obie wersje). I jedno, i drugie rozwiązanie ma swoje silne i słabe strony. Desant amfibiami na wyspę nie wymaga wielkiej floty, za to trzeba za wszelką cenę zdobyć przyczółek, z którego zacznie się podbój wyspy. Lądowanie i walki na plażach byłyby bardzo krwawe, lecz to jeszcze „pół biedy” z chińskiego punktu widzenia. Gorzej, że górzysty, otoczony rafami koralowymi Tajwan ma małą, policzalną liczbę plaż, na które można przeprowadzić desant i są one przygotowane na niepożądanych gości. Pogoda również sprzyja wyspiarzom: z powodu prądów morskich, mgieł, tajfunów i innych wiatrów, inwazji na Tajwan w sprzyjających warunkach można dokonać jedynie w kilku miesiącach roku, najlepiej w maju/czerwcu oraz wrześniu/październiku (ale i to się zmienia, jak to pogoda w czasach zmian klimatu) . Geografia jest więc po stronie Tajwanu. To nie przesądza: prawdopodobnie i tak Chiny, kosztem ogromnych strat, zdołałyby przełamać obronę – choć na 100 proc. pewne to nie jest – jednak ryzyko włączenia się USA i Japonii do konfliktu byłoby w takiej sytuacji spore, a to zmienia kalkulacje. Chińczycy to nie ryzykanccy Rosjanie, pomyślą dziesięć razy zanim zaczną wojnę mogącą stać się światową.

Blokada też ma swoje wady, Chiny musiałaby wytrzymać presję, w tym być może sankcje międzynarodowe. Ogólnie jest ona jednak dla Pekinu bezpieczniejsza. Przyduszenie Tajwanu może nie tylko spowodować potężne straty gospodarcze dla żyjącej z handlu wyspy, powodując wycofanie się inwestorów, firm transportowych czy rezygnację firm ubezpieczeniowych. Co gorsza, blokada może odciąć Tajwan od importowanego gazu skroplonego, spowodować braki dostaw energii czy wielu produktów żywnościowych. Czy przywykli do dobrobytu mieszkańcy wyspy są przykładowo gotowi na wyłączenie klimatyzacji w duszne i parne lato? A młodzież na odcięcie od internetu? W takiej sytuacji nietrudno wyobrazić sobie protesty, dramatyczny spadek popularności DPP i wjeżdżający na białym koniu prochiński Kuomintang z hasłami „posprzątamy ten bałagan i dogadamy się z Chińczykami”.

Blokada ma jeszcze i tę zaletę, że jest bardziej niejednoznaczna od otwartej inwazji. Prawo międzynarodowe raczej sprzyja Chińskiej Republice Ludowej – choć każda strona ma swoich prawników – a splot korzystnych okoliczności, jak problemy wewnętrzne USA i chęć dogadania się azjatyckich sąsiadów i uspokojenia sytuacji, mogą doprowadzić do tego, że pragnący „deeskalacji” świat łyknie chińską interpretację i nie uzna blokady za wypowiedzenie wojny. W najgorszym razie jest to mniej ryzykanckie niż desant, w najlepszym może da zwycięstwo akceptowalnym kosztem.

Do blokady potrzeba jednak jeszcze większej floty. Chociaż tempo modernizacji Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej jest imponujące – „wodują te statki tak szybko, jak wyciąga się z gotującej wody pierożki shui jiao”, jak to ujął dyrektor jednego z tajwańskich ośrodków badań nad bezpieczeństwem – to jednak nie jest ona jeszcze gotowa na pełną, długotrwałą blokadę. Czy będzie w 2024 r. też nie jest takie oczywiste. Wreszcie blokada może również spotkać się z militarną odpowiedzią USA, o czym przypomniało ostatnie przepłynięcie przez amerykańskie krążowniki Cieśniny Tajwańskiej. Tak więc, choć jest to mniej ryzykowny wariant niż desant, to jest on jednak wciąż brawurowy. Stawka takiego gambitu pozostaje niebezpiecznie wysoka.

Obie możliwości niepokojowego przejęcia wyspy są dla Chin ostatecznością. Pekin jeszcze nie stracił nadziei na powrót Kuomintangu do władzy i pokojowe zjednoczenie. Dlatego wciąż toczy z wyspiarzami polityczną grę w weiqi (u nas bardziej znaną „z japońska” jako go). W tej „grze otaczających pionków” pojedynki toczy się równolegle w różnych częściach planszy, a przewagę osiąga się stopniowo, cierpliwie i żmudnie nad nią pracując w długich kampaniach. Gracze zmuszeni są do powolnego zajmowania pustych obszarów, zmniejszając tym potencjał wykonania ruchu przez przeciwnika, często celowo wprowadzanego w błąd i ostatecznie okrążonego. Zwycięstwo nieraz jest nieznaczne, mało zauważalne, niespektakularne.

wei.org.pl

sobota, 24 września 2022


– W lutym, gdy jednostki Reduty i innych najemników były już w Ługańsku i Doniecku, grupa Wagnera nie zamierzała nawet jechać do Ukrainy.

Na kilka tygodni przed rozpoczęciem inwazji, Jewgienij Prigożyn, biznesmen bliski Kremlowi i pozostający w osobistych relacjach z Władimirem Putinem, wskazywany przez media jako właściciel i mocodawca grupy Wagnera – miał napięte stosunki z rządem. Biznesmen starł się zarówno z Ministerstwem Obrony, jak i administracją prezydencką. Tę tezę, w rozmowie z Meduzą potwierdzili dwaj znajomi biznesmena.

Prigożyn rzekomo wystąpił przeciwko Siergiejowi Kirijence, zastępcy szefa administracji prezydenckiej, który należy do nowego "wewnętrznego kręgu" prezydenta, uformowanego po 24 lutego. Wszedł także w konflikt z wewnętrznym blokiem biura Putina, nad którym Kirienko sprawuje nadzór.

Oprócz ogólnych uwag na temat tego, że kremlowscy urzędnicy pracują "tandetnie" (jak to ujął jeden z rozmówców Meduzy), Prigożyn był niezadowolony z faktu, że wewnętrzny blok polityczny administracji Putina popiera petersburskiego gubernatora Aleksandra Biegłowa. Biznesmen, który posiada znaczną część swojego majątku w Petersburgu, od dawna pozostaje w otwartym konflikcie z Biegłowem.

Jeśli chodzi o ministra obrony Rosji Siergieja Szojgu (kolejnego członka "wewnętrznego kręgu" Putina), Prigożyn pokłócił się z nim z dwóch powodów:

Biznesmen skrytykował działania rosyjskiej armii w Syrii, uważając, że "można działać znacznie sprawniej". Prigożyn uważał, że armia rosyjska walczy tam przy użyciu "przestarzałych metod".

Siergiej Szojgu miał z kolei zastrzeżenia do żywności, którą żołnierzom w Syrii dostarczał Prigożyn. Biznesmen od wielu lat działa w branży restauracyjnej. Nazywany jest "kucharzem Putina". W 2018 r. rosyjski serwis BBC informował, że Prigożyn stracił znaczną część państwowych kontraktów z ministerstwem obrony. Stacja spekulowała, że może to być również związane z napiętymi relacjami między Prigożynem a Szojgu. Jednocześnie część umów pozostała w strukturach biznesmena. Od czerwca 2022 r. resort obrony nadal zawierał umowy z jego firmami.

Rosyjskie ministerstwo obrony nie odpowiedziało na pytania portalu Meduza o konflikt Szojgu z Prigożynem. Służba prasowa firmy Concord Jewgienija Prigożyna nie chciała komentować relacji przedsiębiorcy z wojskiem i biurem prezydenta.

Na tle tych konfliktów ochłodziły się też relacje Prigożyna z rosyjskim prezydentem, choć przez wiele lat pozostawali w bliskim kontakcie.

– 23 lutego, dzień przed inwazją Prigożyn bezskutecznie próbował porozumieć się ze swoimi kontaktami w sztabie generalnym – powiedział Meduzie Christo Grozew, dziennikarz śledczy z serwisu Bellingcat. Jak przyznał Grozew, Prigożynowi udało się skontaktować dopiero po rozpoczęciu inwazji.

W efekcie grupa Wagnera nie przygotowała się do udziału w "operacji specjalnej", nawet w dniu jej rozpoczęcia rekruterzy firmy poinformowali kandydatów, że na razie nie zwiększą naboru.

– Prigożyn w żaden sposób nie jest zaangażowany w sprawy Ukrainy – mówił Meduzie w pierwszych dniach wojny znajomy biznesmena. – Powiedział, że zrobi to tylko na osobiste zamówienie Władimira, a oni osobiście, czyli nie przez łącze wideo, nie rozmawiali od pół roku. Przez pół roku przed wojną Putin całkowicie odciął się od świata.

Zamiast wagnerowców na froncie w pierwszych tygodniach wojny walczyli więc najemnicy z firmy Reduta.

Z czasem Putin musiał poprosić Prigożyna o pomoc. Ale zanim to się stało, na froncie pojawili się niedoświadczeni redutowcy.

(...)

Najemnicy z grupy Wagnera pojawili się na froncie dopiero pod koniec marca. Nie da się ustalić, czy interweniował sam Putin i czy rzeczywiście Prigożyn wysłał swoich ludzi na wyraźnie życzenie prezydenta Rosji. Wiadomo natomiast, że i tu rekrutacja była gorączkowa.

Pod kontrolą rosyjskiego Ministerstwa Obrony rekruterzy z grupy Wagnera także sporządzili czarne listy odrzuconych wcześniej żołnierzy. Według szacunków byłego dowódcy oddziału Wagnera od 2015 r. na takich listach mogło się znaleźć nawet do tysiąca nazwisk. Ci ludzie również zostali odnalezieni, a później wysłani na wojnę.

— Wagnerowcy dotarli na front już w innej wersji — potwierdza rozmówca bliski rosyjskiemu ministerstwu obrony. — Przeszli w ramach kontraktu pod Ministerstwo Obrony Narodowej. Bez żadnych pośredników.

16 kwietnia 2022 r. deputowany Dumy Państwowej z partii Jedna Rosja Witalij Miłonow opublikował wspólne zdjęcie z Jewgienijem Prigożynem. Na zdjęciu obaj mężczyźni, ubrani w odzież wojskową, uśmiechnięci stoją na podwórku szkoły w mieście Pierwomajsk. Zaledwie 12 km dalej, pod Popasną, zaczęli już w tych dniach ginąć bojownicy Wagnera.

— Prigożyn tam naprawdę się brudził z innymi, chciał wyglądać na watażkę — opisuje nastawienie biznesmena stojącego za grupą Wagnera jego petersburski znajomy. — Nawet stał nad mapami wojennymi. Wszystko w ramach bohaterskiej rutyny.

W kwietniu, "w 49.-50. dniu operacji specjalnej", jak precyzuje znajomy Prigożyna, wobec niepowodzeń na froncie, rosyjskie Ministerstwo Obrony zmusiło grupę Wagnera do wycofania części najemników z zagranicznych zadań: z Afryki, Syrii i Libii. Żołnierze na polecenie MON zostali skierowani do Ukrainy.

Niewykluczone, że rosyjskie ministerstwo obrony zostało do tego skłonione poważnymi stratami poniesionymi przez jednostki z "czarnej listy".

Polecenia wyjazdu do Ukrainy otrzymali również członkowie "podstawowego składu" grupy Wagnera, którzy wiosną 2022 r. byli na urlopach. — W kwietniu, nagła zmiana planów: jeszcze wczoraj wspólnie się bawiliśmy, robiliśmy plany wakacyjne, mieliśmy zająć się ogródkiem i remontem, a tu nagle trzeba było jechać na wojnę — wspomina w rozmowie z Meduzą osoba bliska zarządowi grupy Wagnera.

Grupa "specjalistów od Wagnera" pojechała do Ukrainy "nie na rozkaz, ale z powodów ideologicznych", jak dodaje ich znajomy w rozmowie z Meduzą: — W "orkiestrze" [tak inni najemnicy nazywają grupę Wagnera] jest wiele osób pochodzenia ukraińskiego: z Łisiczańska, Popasnej, Słowiańska. I poszli zabijać, żeby zrobić odwet za wagnerowców zabitych w latach 2014-2015.

To właśnie ci ludzie zajęli Popasnę, Łysyczańsk i okolicę. Pojechali wyrównać rachunki.

Wagnerowcy są wykorzystywani w Ukrainie jako główna siła uderzeniowa, z uzupełnieniem o żołnierzy Wojsk Powietrznodesantowych. — Te grupy są po prostu dołączone do niektórych jednostek wojska, tak jakby były wynajmowane. Na najtrudniejszych odcinkach frontu — mówi były dowódca jednej z jednostek Wagnera.

Z tego powodu jednostki wagnerowskie ponoszą ciężkie straty. W pierwszym podejściu "orkiestry" w kierunku Mariupola, zostali po prostu zdziesiątkowani. — Dowódca grupy zwanej "orkiestrą" był tak nierozgarnięty, że zorganizował akcje w taki sposób, że ponieśli oni bardzo znaczne straty. I "dostał czapę" właśnie tam, w obozie w Donbasie, gdzie stacjonowali. To było jak wyrok — mówi weteran Wagner, który osobiście znał rzekomo straconego dowódcę. — Tak działa prawo wojenne.

Dwaj inni rozmówcy twierdzą, że najemnik "w niewyjaśnionych okolicznościach" zginął już w Rosji, po powrocie z podróży służbowej.

Najemnicy przekazali również redaktorom Meduzy rzekomy pseudonim zmarłego najemnika: "Lotos". — Przez pewien czas był zastępcą dowódcy grupy Utkina i najwyraźniej kierował wszystkimi oddziałami wagnerowców w Ukrainie — mówi rozmówca osobiście zaznajomiony z Lotosem. — Wcześniej stacjonował w Syrii i Libii.

(...)

Za główny przełom wagnerowców na froncie uważa się zdobycie Popasnej, niewielkiego miasteczka na zachodzie obwodu ługańskiego, o które walki toczyły się przez dwa miesiące. Uczestnicy starć twierdzą, że Popasna "została zajęta głównie przez wagnerowców".

— To bandyci — mówi najemnik z Reduty, który razem z wagnerowcami zajął Pierwomajsk i Drużbę w Donbasie. — Zabili już tyle osób, ale tylko raz się cofnęli i powiedzieli: — Nie pójdziemy dalej bez artylerii. To było właśnie pod Popasną: zajęli już część miasta, ale natrafili na tak silne umocnienia, że powiedzieli: "Chłopaki, stójcie, nie pójdziemy dalej, dopóki artyleria nie odpali. Inaczej nie będziemy mieli nikogo, aby atakować dalej".

W tym samym czasie członkowie grupy ponosili również znaczne straty pod Popasną: kilku rozmówców Meduzy uważa, że czasem do tego dochodziło, ponieważ wojsko zmuszało ich do ruszenia do walki bez odpowiedniego wsparcia. — W kwietniu wysłano do ataku dwa szwadrony najemników z czterema magazynkami amunicji na osobę — opowiada ze złością Meduzie osoba znająca uczestników tej bitwy. — Zabili tam oddział szturmowy wagnerowców i jeszcze jakiś inny — kontynuuje informator. — Cztery magazynki amunicji na osobę! Gdybym sam nie był w tym samym gównie, nawet bym nie uwierzył.

– Zajęliśmy Trypillę i wysadziliśmy wieś, potem poszliśmy na Berestowe w obwodzie donieckim, żeby zamknąć ten pierścień, żeby przeciąć drogę zaopatrzenia – mówi jeden z najemników Reduty. – A potem rzucili nas z powrotem. Były takie straty, że to niesamowite. To, co pokazują w telewizji to kłamstwo! Gdyby tak było w rzeczywistości, to nie tylko opanowalibyśmy już Kijów, ale i już dawno zajęlibyśmy Polskę!

(...)

Dwa tygodnie po zdobyciu Popasny wagnerowcy chyba po raz pierwszy zostali pochwaleni w rosyjskiej telewizji państwowej. Nazwa jednak nie padła wprost. Korespondent "Wijesti Niedieli" Siergiej Zenin donosił, że "na tej linii frontu jest nawet »orkiestra«, która zjawia się tam zawsze, gdy jest bardzo gorąco, ale nigdy nie ma o niej ani słowa".

W programie nie wspomniano o tym, że ukraińskie organy ścigania oskarżyły trzech najemników grupy Wagnera o zbrodnie wojenne i zabijanie cywilów. Wcześniej najemnicy z grupy i powiązanej z nią struktur byli też wielokrotnie oskarżani o zbrodnie wojenne popełniane w innych krajach, m.in. w Republice Środkowoafrykańskiej i Libii. Komisja ONZ zwróciła m.in. uwagę, że rosyjscy najemnicy zabijają i grabią ludność cywilną oraz dopuszczają się zbiorowych gwałtów.

Dowództwo grupy zaczęło przyznawać własne odznaczenie: medal "Za zdobycie Popasny". O oficjalnych odznaczeniach dla szeregowych najemników nic nie wiadomo. Prigożyn został podobno odznaczony Gwiazdą Bohatera Rosji za wysłanie swoich ludzi na front.

Informacja o tym, że Prigożyn otrzymał tytuł Bohatera Rosji, zaczęła krążyć w mediach pod koniec czerwca. Dwóch rozmówców Meduzy z administracji prezydenta Rosji potwierdza te informacje. Według nich, decyzja o przyznaniu tytułu zapadła po tym, jak grupa Wagnera wsławiła się zdobyciem obwodu ługańskiego.

— Już w maju było jasne, że "kucharz Putina" wykończy to terytorium — wyjaśnia jeden z informatorów Meduzy. Jego zdaniem "sukcesy" Prigożyna były "jeszcze bardziej oczywiste" w przeciwieństwie do Donieckiej Republiki Ludowej, "gdzie w większości działa armia rosyjska i inne grupy najemników". Słowa te potwierdza rozmówca znający biznesmena.

Prigożyn jest obecnie faworyzowany przez Władimira Putina. Właściciel grupy Wagnera dołączył nawet podobno do nowego "wewnętrznego kręgu" prezydenta.

onet.pl/meduza.io

Trzeci prezydent Rosji, Dmitrij Miedwiediew, wcześniej postrzegany jako stosunkowo liberalny polityk, w ciągu ostatnich sześciu miesięcy przeszedł ogromną metamorfozę. Publicznie stał się gorącym zwolennikiem wojny z Ukrainą i konfrontacji z Zachodem, i to znacznie bardziej gorliwym niż nawet sam Władimir Putin.

Jeden ze znajomych byłego prezydenta uważa, że "Miedwiediew przyjął tę rolę w porozumieniu z Putinem", inny twierdzi, że "Miedwiediew ma przerąbane", a trzeci jest przekonany, że w ten sposób Miedwiediew chce umocnić swoją pozycję jako następca Putina. Tak czy inaczej, zachowanie zastępcy szefa Rady Bezpieczeństwa jest interesujące do obserwowania, nawet z powodów czysto antropologicznych.

19. dnia wojny Dmitrij Miedwiediew uruchomił w komunikatorze Telegram, w którym pisze o "wściekłej rusofobii Zachodu", "kijowskich szmatach" i swojej nienawiści do "drani i szumowin", którzy "chcą śmierci dla nas, Rosji".

Miedwiediew zasugerował też, że UE powinna wprowadzić całkowity zakaz wizowy dla Rosjan, aby ci z kolei "nie byli rozproszeni" przez działania wojenne przeciwko Ukrainie, ostrzegł przed perspektywą III wojny światowej i obiecał Zachodowi biedę, płonącą ziemię i topniejący beton wokół nich, jeśli ich władze nie przestaną wspierać "kijowskiego reżimu najbardziej niebezpiecznymi rodzajami broni".

Oprócz gróźb Miedwiediew wyrobił sobie nawyk regularnego wypowiadania się w sposób, który sam najwyraźniej uważa za humorystyczny. Często szydzi z rekordowo wysokich cen gazu w Europie i sugeruje, że "histeria Żółtodzioba" wywołała w Europie "ostrą biegunkę ze strachu przed zamarznięciem", kreśli czerwonym flamastrem "Z" i bez słowa uśmiecha się do kamery.

Pewnej sierpniowej nocy na profilu Miedwiediewa w serwisie WKontakcie pojawił się post mówiący o tym, że po "wyzwoleniu Kijowa i całego terytorium Małorosji od band nacjonalistów, którzy głoszą wymyślony przez siebie ukrainizm, Rosja znów będzie zjednoczona", a Moskwa ruszy z nową kampanią "w celu przywrócenia granic naszej ojczyzny, które, jak wiadomo, nigdzie się nie kończą."

W poście zaznaczono, że Gruzja "w ogóle nie istniała" przed włączeniem jej do Imperium Rosyjskiego, a Kazachstan jest "sztucznym państwem" i "byłymi terytoriami rosyjskimi". Władze Kazachstanu przesiedlają różne grupy etniczne, co "można zakwalifikować jako ludobójstwo Rosjan".

"Nie zamierzamy przymykać na to oczu. Dopóki nie przyjdą tam Rosjanie, nie będzie porządku", zakończył komunikat. Doradca Miedwiediewa Oleg Osipow twierdził później, że stronę VKontakte byłego prezydenta przejęli hakerzy.

onet.pl/Project

piątek, 23 września 2022


22 września doszło do wymiany 215 żołnierzy walczących po stronie Ukrainy (w tym 108 z pułku Azow) na Wiktora Medwedczuka – prorosyjskiego polityka, którego łączą bliskie więzi osobiste z Władimirem Putinem – oraz 55 rosyjskich żołnierzy. Zgodnie z porozumieniem pięciu wyższych oficerów Azowa przekazano Turcji, gdzie zostali oni objęci osobistymi gwarancjami bezpieczeństwa prezydenta Recepa Tayyipa Erdoğana i do końca wojny nie mogą wrócić na Ukrainę. Dziesięciu obcokrajowców walczących w szeregach armii ukraińskiej (pięciu obywateli Wielkiej Brytanii, dwóch USA oraz – po jednym – Maroka, Chorwacji i Szwecji), uwolnionych przy pośrednictwie Arabii Saudyjskiej, przetransportowano do Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Odpowiedzialny za organizację wymiany szef ukraińskiego wywiadu wojskowego Kyryło Budanow zapowiedział, że trwają starania o oswobodzenie kolejnych jeńców. Od początku inwazji na Ukrainę powróciło z niewoli 802 obywateli tego kraju.

Walki w Donbasie zogniskowały się na kilku kierunkach – Bachmutu, Siewierska, Marjinki i Łymanu. W większości przypadków stroną nacierającą są siły rosyjskie, w ostatnim – ukraińskie. Żadna ze stron nie uzyskała jednak wyraźnego powodzenia. Najeźdźcy podejmowali też nieudane natarcia w obwodzie charkowskim, w rejonie węzłowego Kupiańska.

Nie ustają ostrzał i bombardowania pozycji i zaplecza sił ukraińskich wzdłuż linii styczności oraz w przygranicznych obszarach obwodów sumskiego i czernihowskiego. Rosyjskie artyleria i lotnictwo konsekwentnie atakowały Charków, Słowiańsk, Kramatorsk, Zaporoże (przez kolejne doby miasto było także jednym z głównych celów rosyjskich ostrzałów rakietowych), Nikopol, Mikołajów (lokalni obserwatorzy określili uderzenie na miasto 22 września jako potężne) i Oczaków, jak również mniejsze miejscowości w ich okolicy. Rakiety agresora ponownie uderzyły w tamę Zbiornika Peczeniskiego na Dońcu. Ukraińskie artyleria i lotnictwo atakowały głównie pozycje i zaplecze przeciwnika w obwodzie chersońskim, m.in. most Kachowski, którym miały się w tym czasie przeprawiać jego siły, uderzyły też w obwodzie ługańskim. Obie strony oskarżają się wzajemnie o ostrzał okupowanego Doniecka, o kolejnych wybuchach donoszono z Melitopola.

Ogłoszenie w Rosji częściowej mobilizacji stało się dla władz wyzwaniem w sferze bezpieczeństwa wewnętrznego. Kreml obawia się wzrostu nastrojów antywojennych i radykalizacji działań osób sprzeciwiających się poborowi. Minister obrony Siergiej Szojgu podkreślił, że wśród priorytetowych zadań mobilizacyjnych jest wzmocnienie bezpieczeństwa nie tylko komisji wojskowych, lecz także miejsc „zebrań publicznych”. Dodał, że ma to udaremnić ewentualne prowokacje zakłócające przebieg tego procesu.

Aby zrealizować plan mobilizacji odpowiedzialne za nią władze lokalne oferują zachętę finansową. Mer Moskwy Siergiej Sobianin podpisał dekret o dodatkowych gwarancjach socjalnych dla zmobilizowanych mieszkańców stolicy. Mają oni otrzymywać miesięczne dopłaty w wysokości 50 tys. rubli (ponad 800 dolarów). Zbliżone świadczenie będą uzyskiwać migranci zarobkowi, którzy podjęli służbę kontraktową w armii. Podobne wsparcie zapowiedzieli „szef” okupowanego Krymu Siergiej Aksionow, który zaoferował każdemu zmobilizowanemu jednorazową wypłatę 200 tys. rubli (ponad 3 tys. dolarów), oraz gubernator obwodu tulskiego (jednorazowa wypłata 100 tys. rubli, tj. przeszło 1,5 tys. dolarów). Miejscowe władze zapewniają, że w razie odniesienia ran zmobilizowanemu zostanie wypłacone odszkodowanie (1 mln rubli), a w przypadku jego śmierci rodzina otrzyma 2 mln rubli (ponad 330 tys. dolarów).

Chcąc utrudnić uchylanie się od mobilizacji, Moskwa zwróciła się o pomoc do Białorusi i Kazachstanu. Siły bezpieczeństwa Białorusi otrzymały rozkaz zatrzymywania i deportowania ukrywających się Rosjan. Szef kazachskiego parlamentu zapowiedział, że obywatelom FR nieposiadającym zgody władz na wyjazd z kraju nie będą wydawane zezwolenia na pobyt.

21 września w Moskwie odbyło się spotkanie sekretarza rosyjskiej Rady Bezpieczeństwa Nikołaja Patruszewa z jego białoruskim odpowiednikiem Aleksandrem Wolfowiczem. Szczególną uwagę zwrócono na planowanie wspólnych działań „antyterrorystycznych”. Wskazano na zagrożenia, jakie niesie ze sobą m.in. wzmocnienie zgrupowania wojskowego NATO w pobliżu granic obu państw. Wolfowicz oświadczył, że na Białorusi nie zostanie ogłoszona mobilizacja, gdyż jej siły zbrojne i społeczeństwo są już wystarczająco zmobilizowane, aby odeprzeć ewentualną agresję.

23 września w tzw. Donieckiej i Ługańskiej Republikach Ludowych (DRL i ŁRL) oraz w częściowo okupowanych obwodach chersońskim i zaporoskim rozpoczęły się pięciodniowe „referenda aneksyjne”. W obwodzie zaporoskim „ze względów bezpieczeństwa” lokale wyborcze otworzą się jedynie 27 września, a wcześniej głosy będą zbierane do przenośnych urn. Na terytorium Rosji i na okupowanym Krymie utworzono ok. 300 lokali wyborczych, w których mogą głosować przesiedleni mieszkańcy zajętych terenów. Wyniki „referendów” ustalono jeszcze przed rozpoczęciem głosowania – opublikowane dzień wcześniej „sondaże” wskazały rzekomo wysokie poparcie dla wstąpienia w skład Rosji (DRL – 86%, ŁRL – 87%, obwód zaporoski – 83%, obwód chersoński – 72%). W związku z groźbą wzmożonych ostrzałów ze strony armii ukraińskiej, a także akcji dywersyjnych w obwodach chersońskim i zaporoskim lokali wyborczych strzegą kolaborancka policja i rosyjska Gwardia Narodowa. Specjalną kontrolą objęto wjazdy do miejscowości i wyjazdy z nich, a w okolicach Melitopola prowadzone są ćwiczenia antyterrorystyczne z użyciem ciężkiego sprzętu bojowego. Kolaboranckie władze w Chersoniu przyznały 23 września, że w mieście udaremniono kilka ataków „terrorystycznych”, a system obrony powietrznej został wzmocniony.

Komentarz

Jak dotąd pseudoreferenda na okupowanych terenach nie wpłynęły na przebieg działań zbrojnych. O ile wstrzymanie aktywności militarnej w tym czasie nie leży w interesie Ukrainy – wręcz przeciwnie, za wysoce prawdopodobne trzeba uznać, że Kijów ją zintensyfikuje – o tyle należałoby się spodziewać ograniczenia posunięć ofensywnych po stronie agresora. Obserwowane względne uspokojenie na południowym odcinku frontu nie wiąże się jednak z „plebiscytami”. W obwodzie chersońskim, na okupowanym skrawku obwodu mikołajowskiego oraz w obwodzie zaporoskim wojska rosyjskie przeszły do obrony już wiosną. Podejmowane przez nie okresowo działania zaczepne na tym obszarze (w obwodzie zaporoskim sporadycznie) miały na celu poprawę sytuacji taktycznej, osiągnięcie – w miarę możliwości – granic administracyjnych obwodu chersońskiego oraz, szczególnie w ostatnim okresie, likwidację wyłomów poczynionych przez siły przeciwnika.

Wymiana Medwedczuka na 215 żołnierzy walczących po stronie Ukrainy, w tym kadrę dowódczą pułku Azow, to znaczący sukces polityczny Kijowa. Ich uwolnienie potwierdzi silną pozycję prezydenta Wołodymyra Zełenskiego, a zarazem osłabi jego krytykę ze strony opozycji, która zarzucała mu fiasko operacji poddania Mariupola. Umacnia także status Budanowa, który pod koniec maja przejął kontrolę nad negocjacjami na temat wymiany. Z kolei w Rosji, gdzie jeszcze do niedawna planowano przeprowadzić proces pokazowy azowców, aby propagandowo ukazać „konieczność denazyfikacji Ukrainy” (rosyjski Sąd Najwyższy pozbawił ich praw kombatanckich, uznawszy pułk za „formację terrorystyczną”), wydarzenie podsyciło krytykę władz ze strony środowisk nacjonalistycznych i radykalnych. Zmiana stanowiska Kremla i cena wizerunkowa, jaką płaci za wymianę, świadczą o tym, że prawdopodobnie przeważył tu argument bliskich relacji Medwedczuka z Putinem. Można też przypuszczać, że wśród 55 żołnierzy znajdowali się wysocy rangą oficerowie. Niewykluczone, że Medwedczuk jest potrzebny ze względu na jego wiedzę o nieprawidłowościach w wydatkowaniu przez służby specjalne środków finansowych przeznaczonych na operację destabilizacji Ukrainy. Strona rosyjska przewidywała, że uwolnienie azowców spotka się ze sprzeciwem, więc dokonała wymiany w dzień ogłoszenia przez Putina mobilizacji.

Sprawne przeprowadzenie „częściowej mobilizacji” to dla Rosji duże wyzwanie organizacyjne. Podejmowane działania pokazują, że władze obawiają się m.in. wzrostu liczby przypadków uchylania się od służby. Oferowanie specjalnych zachęt finansowych dla mobilizowanych świadczy o tym, że poziom gotowości Rosjan do udziału w wojnie z Ukrainą jest niski. Realizacja planu mobilizacji będzie wymagała przeprowadzenia operacji policyjnej i zmuszania do stawiennictwa w komisjach wojskowych pod groźbą represji. W wymiarze propagandowym trudno więc będzie przedstawić jej wyniki jako przykład „zrywu patriotycznego” społeczeństwa.

osw.waw.pl

czwartek, 22 września 2022


21 września prezydent Władimir Putin podpisał dekret „O ogłoszeniu częściowej mobilizacji w Federacji Rosyjskiej”. Dokument przewiduje przeprowadzenie naboru do Sił Zbrojnych FR obywateli zobowiązanych do służby wojskowej i zrównanie ich w prawach z żołnierzami służby kontraktowej. Według rzecznika Kremla Dmitrija Pieskowa niejawny punkt 7. dekretu określa liczbę podlegających mobilizacji. Z kolei minister obrony Siergiej Szojgu poinformował, że chodzi o 300 tys. rezerwistów wybranych specjalności. Nabór ma nie obejmować żołnierzy służby zasadniczej i studentów.

Dzień wcześniej władze marionetkowych tzw. Donieckiej i Ługańskiej Republik Ludowych (DRL i ŁRL) oraz okupacyjne administracje obwodów chersońskiego i zaporoskiego ogłosiły zamiar zorganizowania w dniach 23–27 września „referendów” na temat przyłączenia do Rosji. W reakcji władze Ukrainy oświadczyły, że pseudoreferenda to „asymetryczna” odpowiedź na udaną kontrofensywę, a ich przeprowadzenie nie powstrzyma armii ukraińskiej od dalszego wypierania okupanta. Prezydent Wołodymyr Zełenski stwierdził, że Kijów nie da się zastraszyć i wciąż będzie dążył do odbicia utraconych terytoriów. Szef Biura Prezydenta Andrij Jermak nazwał decyzję Kremla „naiwnym szantażem” i manipulacją zdradzającą lęk przed porażką.

Główną areną walk pozostaje Donbas. Siły obrońców w dalszym ciągu odpierają natarcie przeciwnika na Bachmut od południa, południowego wschodu i północnego wschodu oraz na miejscowości na zachód od Doniecka. Niepowodzeniem miała się zakończyć próba rosyjskiego uderzenia na Biłohirkę wzdłuż stanowiącej granicę obwodów chersońskiego i mikołajowskiego rzeki Ingulec. Według niepotwierdzonych doniesień pododdziały ukraińskie miały wkroczyć do sąsiadującej ze Swiatohirśkiem miejscowości Jarowa w obwodzie donieckim, a także do Biłohoriwki w obwodzie ługańskim.

Rosyjskie artyleria i lotnictwo kontynuują uderzenia na pozycje i zaplecze sił ukraińskich wzdłuż linii styczności oraz w przygranicznych rejonach obwodów sumskiego i czernihowskiego. Wzrosła liczba ataków na Krzywy Róg, Oczaków i Zaporoże. Agresor miał też przeprowadzić nieudane uderzenie na tamę Zbiornika Peczeniskiego na Dońcu. Stałymi celami pozostają Charków, Mikołajów, Nikopol i Słowiańsk, jak również liczne mniejsze miejscowości w ich okolicach oraz na południowy wschód od Zaporoża. Ukraińcy po raz kolejny ostrzeliwali i bombardowali Nową Kachowkę w obwodzie chersońskim i Swatowe w obwodzie ługańskim.

Ukraiński Sztab Generalny poinformował o nowych jednostkach formowanych i przygotowywanych przez Rosjan do udziału w operacji. W składzie 36. Brygady Zmechanizowanej z 29. Armii Ogólnowojskowej Wschodniego Okręgu Wojskowego mają być utworzone aż cztery nowe bataliony, których kadrę stanowią wykładowcy uczelni wojskowych. Z Syrii mają zostać wycofane pododdziały 217. pułku powietrzno-desantowego 98. Dywizji Powietrzno-Desantowej w celu skierowania ich do działań na Ukrainie.

Ukraińskie MSW zawiadamiało 19 września o kontynuowaniu przejmowania kontroli nad wyzwolonymi obszarami obwodu charkowskiego. Jak dotąd udało się to w odniesieniu do 118 miejscowości zamieszkałych przez ok. 50 tys. ludzi. Ujawniane są nowe masowe groby, a funkcjonariusze organów ścigania znaleźli kolejne 168 ciał (nosiły ślady brutalnych tortur). Na terenie obwodu charkowskiego resort zebrał już dowody na 292 zbrodnie Rosjan.

Według Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Ukrainy dowództwo 58. Armii Federacji Rosyjskiej poleciło dowódcom jednostek operujących na kierunku zaporoskim utrzymać pozycje za wszelką cenę. Na poligonie w pobliżu miasta Czystiakowe (dawniej Torez) w obwodzie donieckim zorganizowano obóz szkoleniowy dla zwerbowanych w Rosji więźniów mających zasilić oddziały tzw. milicji DRL. Według ukraińskich danych wywiadowczych wróg aktywnie przygotowuje się do operacji obronnych – rozbudowuje w tym celu trzy linie obrony w obwodzie chersońskim. Podkreślono, że uzupełnianie rezerw nie oznacza, że Rosjanie przejmą inicjatywę na polu walki.

20 września Duma Państwowa przyjęła pakiet poprawek do kodeksu karnego. Nowelizacja wprowadza dodatkową okoliczność obciążającą przy popełnieniu przestępstwa przeciwko mieniu „w okresie mobilizacji lub stanu wojennego i w czasie wojny”. Samowolne opuszczenie przez żołnierza jednostki do 10 dni zagrożone będzie karą do 5 lat pozbawienia wolności, do 30 dni – 7 lat, a ponad 30 dni – 10 lat. Przewiduje się też karę do 3 lat pozbawienia wolności za odmowę udziału w działaniach wojennych, a jeśli spowodowało to poważne konsekwencje dla prowadzenia działań bojowych – do 10 lat. Za naruszenie warunków zamówień państwowych w sferze obronnej i ich niewykonanie grozi kara do 10 lat pozbawienia wolności.

Mer Moskwy Siergiej Sobianin poinformował, że władze miejskie organizują „infrastrukturę” do rekrutacji cudzoziemców do rosyjskich sił zbrojnych w Centrum Migracyjnym w Sacharowie. Zapewnił przy tym, że migranci, którzy zgłoszą się do służby kontraktowej, będą mogli otrzymać obywatelstwo.

Podczas spotkania poświęconego kwestii rozwoju kompleksu przemysłowo-zbrojeniowego 20 września prezydent Putin wezwał do dostarczenia armii „środków zniszczenia”, a także do zbadania zachodniej broni zdobytej na Ukrainie. Zażądał też, aby zrealizowano plan 100-procentowej substytucji importu w sektorze obronnym i skrócenia czasu produkcji uzbrojenia.

Komentarz

Dekret o częściowej mobilizacji dopuszcza nabór de facto wszystkich obywateli Rosji zobowiązanych do służby wojskowej. W przypadku oficerów młodszych, podoficerów i szeregowych dotyczy to mężczyzn w wieku od 19 do 50 lat, a oficerów starszych i generałów/admirałów – odpowiednio do 55. i 60. roku życia (przepisy dopuszczają możliwość przedłużenia służby wojskowej w systemie kontraktowym do 65. roku życia, a generałów/admirałów – do 70.). Należy więc przyjąć, że informacja ministra Szojgu o planowanym naborze 300 tys. żołnierzy mających za sobą przeszkolenie wojskowe stanowi jedynie bieżącą interpretację dekretu, a mobilizacja może zostać rozszerzona praktycznie dowolnie, w zależności od potrzeb armii.

Rosja dysponuje dużo większymi przeszkolonymi rezerwami niż 300 tys. osób. Od blisko dekady zasadniczą służbę wojskową w szeregach Sił Zbrojnych FR kończy rocznie ok. 200 tys. żołnierzy, a w szeregach tzw. innych wojsk podległych MSW i FSB – kolejne 50 tys. Ponadto w ostatnich latach każdego roku ok. 60 tys. ludzi powoływanych jest na szkolenia rezerwy (trwające od dwóch tygodni do dwóch miesięcy). Moskwa nie ma więc problemu z niedoborem przeszkolonych kadr, ale kwestią otwartą pozostaje stopień ich motywacji. Należy przyjąć, że 300 tys. to liczba osób, które we względnie krótkim czasie mogą zostać przygotowane do walki i odpowiednio wyposażone. Warto też zauważyć, że Rosja w dalszym ciągu dysponuje umożliwiającymi to zapasami ciężkiego uzbrojenia i sprzętu wojskowego.

Pierwsze jednostki mające w swoim składzie nowo zmobilizowanych żołnierzy powinny trafić na front w ciągu dwóch miesięcy. Należy jednak przyjąć, że poziom ich przygotowania będzie stosunkowo niski, porównywalny z obserwowanym u ochotników bez doświadczenia wojskowego oraz u żołnierzy służących na kontraktach krótkoterminowych (do sześciu miesięcy; często podpisanych jeszcze w okresie zasadniczej służby wojskowej).

Realizacja zapowiedzianego planu mobilizacji może przyczynić się do znaczącej zmiany sytuacji na froncie na korzyść agresora. Podjęte przez Kreml działania należy także odczytywać jako wyzwanie dla Zachodu. W podobnym czasie, w jakim Rosjanie zamierzają rzucić do walki nowe jednostki, państwa wspierające Kijów staną przed koniecznością nie tylko utrzymania, lecz przede wszystkim znaczącego zwiększenia wsparcia militarnego dla Sił Zbrojnych Ukrainy.

Obwieszczenie mobilizacji i zmian w kodeksie karnym potwierdza, że Kreml wprowadza Rosję w stan nieogłoszonego stanu wojennego. Sygnalizuje również, że w armii istnieją poważne problemy z zachowaniem dyscypliny. Kary mają odstraszyć żołnierzy od usiłowania uchylania się od służby lub odmowy brania udziału w walkach. Proponowana penalizacja przestępstw związanych z realizacją kontraktów w przemyśle obronnym jest próbą przeciwdziałania istniejącym procederom korupcyjnym. Zaostrzenie przepisów karnych to typowa reakcja rosyjskich władz, uznających zwiększenie represyjności za skuteczny środek zarządzania społeczeństwem.

W reakcji na ogłoszenie referendów aneksyjnych Kijów zajął zdecydowane, a jednocześnie spokojne stanowisko: będą one nieważne, a przedstawianie okupowanych terytoriów jako kolejnych podmiotów Federacji Rosyjskiej nie będzie niosło dla państwa ukraińskiego żadnych konsekwencji prawnych. Odrzuca się również szantaż, że kontynuowanie walk w anektowanych obwodach zostanie uznane przez Kreml za bezpośredni atak na Rosję i spowoduje eskalację konfliktu. W wymiarze społecznym aneksja jedynie zradykalizuje postawy antyrosyjskie na Ukrainie, nie wpłynie też negatywnie na motywację do dalszych walk. Ponadto obszary anektowane będą miejscem wzmożonej aktywności dywersyjnej mającej zakłócić nie tyle sam proces „referendalny”, co funkcjonowanie całości okupacyjnej administracji. W wymiarze międzynarodowym aneksja ułatwi władzom Ukrainy zintensyfikowanie działań podtrzymujących oskarżenia wobec Moskwy o prowadzenie „wojny napastniczej” oraz lobbowanie za uznaniem Rosji za państwo terrorystyczne.

osw.waw.pl

środa, 21 września 2022


20 września władze marionetkowych tzw. Donieckiej i Ługańskiej Republik Ludowych w okupowanej przez Rosję części ukraińskiego Donbasu, a także okupacyjne administracje obwodów chersońskiego i zaporoskiego podjęły decyzje o przeprowadzeniu „referendów” na temat przyłączenia tych terenów do Rosji. Mają się one odbyć w dniach 23–27 września, w tym w formie głosowania przez Internet. Będą mogli w nich uczestniczyć także mieszkańcy, którzy wyjechali lub zostali deportowani do Rosji. W tym celu utworzone zostaną punkty do głosowania na terytorium FR.

W wystąpieniu wyemitowanym 21 września rano Władimir Putin zapowiedział poparcie referendów i przychylenie się Rosji do „woli” mieszkańców powyższych regionów. Jednocześnie prezydent ogłosił decyzję o przeprowadzeniu częściowej mobilizacji, która ma objąć rezerwistów wybranych specjalności (w dekrecie nie zawarto jednak takich ograniczeń), i – według ministra obrony Siergieja Szojgu – ma dotyczyć 300 tys. osób. Wprowadza się również zrównanie statusu „ochotników” i żołnierzy kontraktowych. Putin stwierdził też, że Zachód grozi Rosji bronią jądrową i chce doprowadzić do zniszczenia państwa rosyjskiego, oraz przypomniał, że dysponuje ono znaczącym potencjałem w tym zakresie i nie zawaha się użyć wszelkich środków w celu obrony swojej suwerenności i integralności terytorialnej.

Decyzje Kremla o „referendach” aneksyjnych potępili przywódcy zachodni. Oznajmili oni również, że nie będą uznawać ich wyników i konsekwencji geopolitycznych. Podobnie zareagowały władze Ukrainy, deklarując zarazem intensyfikację działań zbrojnych służących wyzwoleniu okupowanych terytoriów.

Komentarz

Zarówno obwieszczenie „referendów” – co oznacza realizację decyzji Kremla o aneksji części obszarów wschodniej i południowej Ukrainy – jak i ogłoszenie częściowej mobilizacji, którym towarzyszą groźby potencjalnego użycia broni jądrowej, stanowią poważną eskalację wojny z Ukrainą i konfrontacji z Zachodem. Świadczą one o tym, że Putin postanowił zagrać va banque, licząc, że odstraszy to Kijów, a zwłaszcza Zachód od prób rozstrzygnięcia konfliktu na swoją korzyść i doprowadzi co najmniej do zamrożenia wojny na warunkach Rosji lub do osiągnięcia celów politycznych, w tym – celu maksimum – stopniowego podporządkowania sobie Ukrainy.

Decyzja o „referendach” została podjęta, choć w ostatnich dniach władze okupowanych obwodów wielokrotnie sugerowały ich odłożenie (wcześniej były planowane na 4 listopada lub 30 grudnia) z powodu pogorszenia się warunków bezpieczeństwa, m.in. po udanej ukraińskiej kontrofensywie. Wraz z ogłoszoną częściową mobilizacją oznacza to, że Moskwa postawiła sobie za cel zajęcie kolejnych obszarów w ramach nowej ofensywy (obecnie pod kontrolą sił ukraińskich znajduje się ok. 42% obwodu donieckiego, 1% ługańskiego, 40% zaporoskiego i 5% chersońskiego), co najmniej w granicach jednostek, na których ogłoszono „referenda”.

Należy się spodziewać, że „referenda” aneksyjne zostaną całkowicie sfałszowane – zarówno jeśli chodzi o frekwencję, jak i o wyniki. Będzie to łatwiejsze dzięki zorganizowaniu głosowania (dla „uchodźców” z Ukrainy) na terytorium Rosji, a także, prawdopodobnie, częściowemu głosowaniu zdalnemu. Aneksja doprowadzi jednak do paradoksalnej sytuacji, że z punktu widzenia Moskwy część „rosyjskiego” terytorium znajdzie się pod „okupacją” Ukrainy, co z jednej strony uderzy wizerunkowo w prestiż FR, lecz z drugiej uzasadni konieczność ich szybkiego „wyzwolenia”. Jest przy tym mało prawdopodobne, że w przypadku powodzenia wojska agresora zatrzymają się na granicach administracyjnych anektowanych terytoriów.

Celem politycznym Moskwy jest stworzenie faktów dokonanych, które propaganda mogłaby przedstawić jako zwycięstwo (choćby ograniczone) Rosji w „operacji specjalnej”, a zarazem zamaskowanie ostatnich porażek na froncie. Aneksja, mobilizacja, a zwłaszcza groźba użycia broni jądrowej mają służyć odstraszaniu Kijowa od dalszych prób odzyskania okupowanych terytoriów ze względu na ryzyko eskalacji, pod pretekstem obrony przed atakiem na „terytorium rosyjskie”. Równocześnie chodzi o powstrzymanie Zachodu przed zwiększaniem wsparcia wojskowego dla Ukrainy.

Wyrażane przez Putina ogólnikowe groźby użycia broni jądrowej są sprzeczne z rosyjskimi zapisami doktrynalnymi, które przewidują możliwość jej zastosowania tylko „w odpowiedzi na użycie przeciwko Federacji Rosyjskiej i (lub) jej sojusznikom broni jądrowej i innych rodzajów broni masowego rażenia, a także w przypadku agresji przeciwko Federacji Rosyjskiej z użyciem broni konwencjonalnej, gdy samo istnienie państwa będzie zagrożone”. Zgodnie z nimi taka sytuacja może obejmować „oddziaływanie nieprzyjaciela na krytyczne obiekty państwowe lub wojskowe Federacji Rosyjskiej, których uszkodzenie doprowadziłoby do neutralizacji [zdolności do] odpowiedzi sił nuklearnych”.

Deklarację Putina, zawierającą kłamliwe oskarżenia o grożeniu przez Zachód Rosji bronią jądrową i przypisującą mu chęć jej zniszczenia, należy traktować jako element wojny psychologicznej. Moskwa zdaje sobie bowiem sprawę, że wśród zachodnich rządów i opinii publicznej istnieje duża obawa przed eskalacją obecnego konfliktu do poziomu nuklearnego. W praktyce użycie przez Rosję (taktycznej) broni jądrowej może wchodzić w grę najprawdopodobniej jedynie w przypadku wejścia wojsk ukraińskich na jej uznane międzynarodowo terytorium lub na Krym. Moskwa ma jednak świadomość, że spowodowałoby to reakcję Zachodu w postaci m.in. znaczącego zwiększenia zakresu sankcji przeciwko Rosji i wsparcia wojskowego dla Ukrainy, a także zostałoby negatywnie odebrane m.in. przez Chiny.

Decyzja o mobilizacji oznacza zerwanie z pozorowaniem realizacji ograniczonej „operacji specjalnej” na Ukrainie (mimo dalszego używania przez Moskwę tego pojęcia) i przekształcenie jej w pełnoskalową wojnę. Dla Rosji skutkuje to wejściem w reżim stanu wojennego (bez formalnego jego ogłoszenia) i przestawieniem gospodarki na tory wojenne. 20 września Putin odbył nagłośnioną naradę z przedstawicielami Kompleksu Obronno-Przemysłowego i wezwał ich do zwiększenia produkcji uzbrojenia.

Mobilizacja w połączeniu z formalną aneksją częściowo okupowanych terytoriów Ukrainy oznacza w praktyce, że Rosja będzie mogła zgodnie z prawem zmusić do udziału w walkach żołnierzy poborowych i powołanych do służby rezerwistów. Spodziewane problemy z utrzymaniem dyscypliny ma ograniczać zwiększenie kar (do 10 lat pozbawienia wolności) za dezercję czy uchylanie się od służby wojskowej (20 września Duma Państwowa przyjęła w trybie przyspieszonym odpowiednie poprawki do kodeksu karnego). Z tego powodu, a także ze względu na ograniczony charakter mobilizacji nie należy się spodziewać większych trudności z jej przeprowadzeniem (z informacji Szojgu wynika, że powołania będą następować stopniowo). Mobilizacją zostaną objęci rezerwiści, którzy odbyli w ostatnich latach zasadniczą służbę wojskową (ok. 200 tys. osób rocznie), bądź osoby ze starszych roczników, które w tym czasie powoływano na szkolenie rezerwy (60 tys. rocznie). Łączna liczba rezerwistów przeszkolonych w ciągu ostatniej dekady przekracza dwa miliony osób.

Decyzje Kremla niosą ze sobą ryzyko polityczne dla reżimu putinowskiego. Oznaczają bowiem, że wojna i jej konsekwencje dotkną potencjalnie szerszych grup społecznych i że wzrośnie obawa Rosjan przed zaognieniem również konfrontacji z Zachodem. O ile nie należy oczekiwać protestów społecznych, którym – na razie – zapobiega strach przed represjami, o tyle wysoce prawdopodobne jest nasilenie się emigracji z Rosji, zwłaszcza przedstawicieli tzw. klasy średniej, ludzi młodych (którym potencjalnie grozi pobór do wojska), przedstawicieli wolnych zawodów czy mieszkańców dużych miast. Można się przy tym spodziewać dalszego narastania niezadowolenia z konfrontacyjnej polityki Kremla wśród członków elity politycznej i biznesowej, a także ewentualnych pojedynczych dymisji niektórych członków administracji państwowej. W dłuższej perspektywie – zależnie od sytuacji na froncie ukraińskim i przebiegu konfrontacji z Zachodem – niezadowolenie to może przyczyniać się do osłabienia reżimu putinowskiego oraz nasilenia się w jego szeregach rywalizacji o dostęp do kurczących się zasobów i o wpływ na kurs polityki wewnętrznej i zagranicznej.

Eskalacja działań militarnych spowoduje istotne zwiększenie obciążenia rosyjskiej gospodarki wydatkami i produkcją na cele wojenne oraz poważnymi i rosnącymi konsekwencjami zachodnich sankcji, które niewątpliwie ulegną zaostrzeniu po aneksji okupowanych terytoriów ukraińskich. Negatywnie będzie też na nią oddziaływało związane ze wzmożeniem emigracji zwiększenie odpływu wykwalifikowanych kadr.

Należy oczekiwać, że – wbrew kalkulacjom Kremla – decyzje Putina doprowadzą do nasilenia się ukraińskich ataków, w tym dywersyjnych, na anektowanych terytoriach oraz zmuszą Zachód do dalszego znaczącego zaostrzenia restrykcji przeciwko Rosji i – zarówno ilościowego, jak i jakościowego – zwiększenia wsparcia dla Ukrainy, w tym wojskowego. Wzrośnie przy tym stopień izolacji międzynarodowej Rosji, gdyż ze współpracy z nią mogą stopniowo rezygnować niektórzy ważni dla niej partnerzy (jak Turcja czy Indie), którzy nie są zainteresowani dalszą eskalacją działań zbrojnych.

osw.waw.pl

wtorek, 20 września 2022


Pilna dyskusja 19 września wśród rosyjskich pełnomocników o konieczności natychmiastowej aneksji przez Rosję obwodów ługańskiego i donieckiego (z których znaczna część nie jest pod kontrolą Rosji) sugeruje, że trwająca północna kontrofensywa Ukrainy wywołuje panikę wśród sił kolaborujących i wymusza jakąś decyzję Kremla: ich twórcy. Legislatury (...) Donieckiej i Ługańskiej Republiki Ludowej, wezwały swoje kierownictwo do „natychmiastowego” przeprowadzenia referendum w sprawie uznania DNR i LNR za podmioty rosyjskie. Rosyjska propagandystka i redaktor naczelna RT Margarita Simonyan z pochlebstwem wypowiadała się o tym fakcie, nazywając go „scenariuszem krymskim”. Napisała, że uznając okupowane ziemie ukraińskie za terytorium rosyjskie, Rosja mogłaby łatwiej zagrozić NATO uderzeniami odwetowymi za ukraińskie kontrataki, „rozwiązując ręce Rosji pod każdym względem”.

To podejście jest niespójne. Siły rosyjskie nie kontrolują wszystkich obwodów donieckiego i ługańskiego. Aneksja rzekomych terytoriów DNR i LNR oznaczałaby zatem, że Rosja anektowałaby obwody, które z definicji Kremla byłyby częściowo „okupowane” przez legalne władze ukraińskie i nacierające siły ukraińskie. Ukraińskie ataki na anektowany przez Rosję Krym jasno pokazują, że ataki na nielegalnie anektowane przez Rosję terytorium nie wywołują automatycznie rosyjskiego odwetu przeciwko NATO, jak Simonyan chciałby zasugerować swoim czytelnikom. Częściowa aneksja na tym etapie postawiłaby również Kreml w dziwnej sytuacji żądania, by siły ukraińskie uwolniły „rosyjskie” terytorium, i upokarzającej możliwości, że nie jest w stanie wyegzekwować tego żądania. Pozostaje bardzo niejasne, czy prezydent Władimir Putin byłby skłonny narazić się na takie kłopoty dla wątpliwej korzyści, jaką byłoby grożenie NATO lub eskalacja na Ukrainie, których przeprowadzenie na tym etapie jest wysoce nieprawdopodobne.

(...)

Ta ostatnia dyskusja na temat aneksji pomija również inne części okupowanej przez Rosję południowej Ukrainy, w których Kreml wcześniej planował referenda o fikcyjnej aneksji. Gotowość do rezygnacji z obietnicy jednoczesnego sprowadzenia wszystkich okupowanych terenów do Rosji byłaby dla Putina znaczącym odwrotem w oczach twardogłowych ugrupowań prowojennych, o które, jak się zdaje, zabiegał. Zobaczymy, czy zechce skompromitować się wewnętrznie w taki sposób. Z drugiej strony, pełnomocnicy Kremla w Donbasie regularnie wyprzedzają przekaz Kremla i być może zrobili to ponownie, walcząc o utrzymanie okupowanego terytorium w obliczu udanej i trwającej kontrofensywy Ukrainy.

understandingwar.org

Jak informowała wcześniej Meduza, zaraz po udanym kontrataku wojsk ukraińskich w obwodzie charkowskim, Moskwa postanowiła "wstrzymać referenda akcesyjne" — i odłożyć je na czas nieokreślony. Według dwóch źródeł bliskich rosyjskiej administracji prezydenckiej, jeszcze w ubiegłym tygodniu wewnętrzny blok polityczny Kremla nie zamierzał forsować "referendów".

Po kontrataku wojskowym kremlowscy technicy polityczni pracujący w obwodach charkowskim i zaporoskim wyjechali do Rosji, przygotowania do głosowania w obwodzie chersońskim zostały ograniczone, a w Ługańskiej i Donieckiej Republice Ludowej kampania prawie w ogóle się nie rozpoczęła.

Rozmówcy Meduzy przypisują zmianę planów działaniom lobbingowym tzw. partii wojennej, czyli grupy wysokich rangą rosyjskich urzędników i funkcjonariuszy służb bezpieczeństwa, którzy opowiadają się za dalszą eskalacją konfliktu z Ukrainą, w tym popierają mobilizację w Rosji (Kijów podjął decyzję o mobilizacji natychmiast po rozpoczęciu wojny; Ukraina ma obecnie przewagę liczebną na froncie).

— Mają teraz wpływ (na Putina — red.). To jest bałagan — powiedziała jedna z osób zbliżonych do Kremla.

Źródła Meduzy wyjaśniły, że powody pośpiechu są dwa. Pierwszym jest stanowisko niektórych cywilnych przedstawicieli władz rosyjskich, którzy są zaniepokojeni nastrojami na terenach okupowanych po kontrataku ukraińskiej armii.

Prorosyjscy obywatele z Chersonia i Zaporoża mieli duże obawy, że zostaną ukarani, gdy Ukraińcy /wkroczą na te tereny/. W Ługańskiej i Donieckiej Republice Ludowej pojawiło się niezadowolenie z powodu opóźnienia referendów. Po ukraińskiej kontrofensywie obawy te są znacznie większe i pojawiły się też na terenach Ługańska i Doniecka, gdzie ich do tej pory nie było.

Zwolennikami rozwiązania, które miałoby przyspieszyć przeprowadzenie referendów, mają być: sekretarz generalny Partii Jednej Rosji Andriej Turczak i wiceprzewodniczący Rady Bezpieczeństwa Rosji Dmitrij Miedwiediew.

Współpracownicy tych dwóch polityków połączyli siły w próbie wpłynięcia na Putina. Zareagowali też urzędnicy bezpieczeństwa (na czele z szefem Rosgwardii Wiktorem Zołotowem), którzy są przekonani, że Rosja musi zmobilizować swoich obywateli, aby mieć szansę na wojnie z Ukrainą. To ma być drugi powód tej nagłej zmiany decyzji.

Według źródeł Meduzy sam Władimir Putin chciał jak najszybciej przeprowadzić "referenda", ale jednocześnie nie chce zmniejszać aktywności militarnej Rosji. Na niedawnym szczycie SCO kilka głów państw — wśród nich prezydent Turcji Recep Erdogan i przywódca Kazachstanu Kasym-Żomart Tokajew — rzekomo powiedzieli Putinowi, że "wojna musi się jak najszybciej skończyć". Rosyjski prezydent miał zareagować na te słowa "bardzo konfrontacyjnie".

Źródło Meduzy blisko Kremla podkreślają, że rosyjskie władze zamierzają "referendami" powstrzymać kontrofensywę wojsk ukraińskich, które — ich zdaniem — "nie będą ryzykować wejścia na terytorium Rosji". Przypomnijmy jednak, że Kijów już oświadczył, że uważa nadchodzące głosowania za "fikcję, która niczego nie zmieni".

Jeśli kontrofensywa będzie kontynuowana, to Kreml zamierza przeprowadzić częściową mobilizację w Rosji i wprowadzić stan wojenny. Prawdopodobnie dojdzie do przetasowań w kierownictwie administracji prezydenckiej i w Ministerstwie Obrony.

Zmiany w rosyjskim ustawodawstwie, w tym dotyczące mobilizacji, zostały uchwalone tego samego dnia, w którym na terenach okupowanych ogłoszono decyzję o natychmiastowym przeprowadzeniu "referendów w sprawie przyłączenia do Rosji". Nikt z Dumy Państwowej nie był przeciwny tej decyzji.

onet.pl/meduza.io

16 września rząd RFN poinformował o oddaniu do 15 marca 2023 r. pod zarząd powierniczy Federalnej Agencji Sieci (BNetzA) spółek Rosneft Deutschland (RND) i RN Refining & Marketing (RNRM), należących do rosyjskiego koncernu Rosnieftʹ. Ustawa o zapewnieniu zaopatrzenia w energię (Energiesicherungsgesetz) pozwala rządowi federalnemu na przejęcie kontroli nad podmiotami zarządzającymi krytyczną infrastrukturą energetyczną w Niemczech przez wprowadzenie do nich zarządu powierniczego, o ile zaistnieje „konkretne niebezpieczeństwo”, że „brak możliwości wywiązania się ze zobowiązań” stworzy zagrożenie dla bezpieczeństwa energetycznego kraju. W opublikowanym 16 września w Federalnym Dzienniku Ustaw zarządzeniu Federalne Ministerstwo Gospodarki i Ochrony Klimatu (BMKW) uzasadnia decyzję piętrzącymi się od czasu nałożenia przez UE sankcji przeciw Rosji problemami obu spółek z kontynuowaniem relacji biznesowych z innymi podmiotami rynkowymi, które zaczęły zawieszać współpracę lub odmawiać jej nawiązania. Dotyczy to zwłaszcza firm z branż finansowej, IT, ubezpieczeniowej czy – szeroko rozumianej – usługowej. Według BMWK kłopoty te mają coraz bardziej uniemożliwiać dalszą działalność RND i RNRM a przez to – stanowić zagrożenie dla stabilności zaopatrzenia kraju w paliwa i inne produkty ropopochodne.

Ponadto w kontekście rafinerii PCK w Schwedt, w której spółki córki Rosniefti mają większościowy pakiet udziałów, w uzasadnieniu do zarządzenia wskazano na konieczność dywersyfikacji dostaw ropy naftowej do Niemiec, czemu rosyjski koncern się przeciwstawia. Przywołano przy tym wstrzymanie przez Gazprom przesyłu gazociągiem Nord Stream 1 (NS1) jako dowód na utratę wiarygodności Rosji jako pewnego i stabilnego dostawcy surowców energetycznych.

Podczas zwołanej tego samego dnia konferencji prasowej kanclerz Olaf Scholz (SPD), wicekanclerz Robert Habeck (Zieloni) i premier Brandenburgii Dietmar Woidke (SPD) przekonywali, że przejęcie kontroli nad aktywami Rosniefti jest niezbędne z perspektywy zagwarantowania bezpieczeństwa energetycznego RFN. Zapowiedzieli przy tym powołanie dysponującego ponad 1 mld euro „funduszu na rzecz przyszłości” dla wschodnioniemieckich rafinerii w Schwedt i Leunie oraz portu w Rostocku. Środki te mają pozwolić na sfinansowanie przede wszystkim inwestycji umożliwiających zastąpienie rosyjskiej ropy (m.in. modernizację ropociągu Rostock–Schwedt i rozbudowę portu w Rostocku) oraz związanych z zapoczątkowaniem zielonej transformacji rafinerii PCK. Jej pracownicy otrzymali ponadto zapewnienie utrzymania swoich miejsc pracy i dotychczasowych pensji – w przypadku ograniczenia czasu pracy w zakładach państwo ma się dołożyć do kosztów wynagrodzenia.

RND i RNRM zajmują się importem, przerobem i sprzedażą ropy naftowej oraz produktów ropopochodnych na terenie Niemiec. Za ich pośrednictwem Rosnieftʹ współzarządza trzema tamtejszymi rafineriami – posiada 54,17% udziałów w PCK w Schwedt, 24% w MiRo w Karlsruhe i 28,57% w Bayernoil w Vohburgu/Neustadt (zob. mapa). Dzięki nim spółka jest – z 12-procentowym udziałem – trzecim (po Shellu i BP) koncernem naftowym w RFN pod względem mocy przerobowych ropy. Obecnie rosyjski surowiec trafia za pośrednictwem ropociągu Przyjaźń do dwóch wschodnioniemieckich rafinerii – w Leunie i Schwedt. Pierwsza z nich zmniejszyła już w tym roku udział surowca z Rosji do 50% i podjęła decyzję o całkowitej rezygnacji z niego do końca roku. W drugiej dywersyfikację blokowała Rosnieftʹ. PCK posiada 90-procentowy udział w rynku paliw w Brandenburgii, Berlinie (gdzie obsługuje m.in. stołeczne lotnisko) i Meklemburgii-Pomorzu Przednim.

Komentarz

Przygotowania do przejęcia przez państwo kontroli nad aktywami Rosniefti trwały od kwietnia i związane były z planowanym przez UE embargiem na import rosyjskiej ropy. Narzędzia prawne, które umożliwiają wprowadzenie zarządu powierniczego do spółek oraz – jako środek ostateczny – ich całkowite lub częściowe wywłaszczenie, przyjęto w połowie maja (zob. Niemcy: prawne podstawy przejęcia kontroli nad rafinerią Schwedt). Wówczas BMWK powołało także specjalną grupę roboczą ds. przyszłości rafinerii PCK w Schwedt w kontekście planowanego embarga oraz spodziewanych zmian właścicielskich. Wstrzymywanie się z wdrożeniem decyzji o odebraniu Rosjanom kontroli nad aktywami wynikało z jednej strony z obaw Berlina o sprowokowanie Moskwy do retorsji w sektorze naftowym lub gazowym (odcięcie dostaw gazu przez NS1 najpewniej przyspieszyło te działania), z drugiej zaś – z potrzeby podjęcia odpowiednich przygotowań, zwłaszcza w odniesieniu do najbardziej newralgicznego z aktywów – rafinerii PCK.

Odebranie Rosniefti kontroli nad jej niemieckimi aktywami pozwala na formalne rozpoczęcie działań na rzecz zapewnienia alternatywnych źródeł dostaw ropy, zwłaszcza do wschodnioniemieckiej rafinerii. Dotychczasowe przygotowania toczyły się częściowo zakulisowo i miały charakter sondujący (rządy RFN i Brandenburgii współpracowały w tym zakresie głównie z Shellem jako udziałowcem mniejszościowym), lecz nie mogły zostać w pełni wdrożone. Nowe kierownictwo RND i RNRM z nadania BNetzA będzie władne podejmować decyzje zwłaszcza w zakresie kontraktowania dostaw ropy innej niż rosyjska oraz niezbędnych inwestycji w modernizację ropociągu Rostock–Schwedt i w samym zakładzie (związanych z jego przestawieniem na przerób surowca o innych właściwościach). Obecnie za pośrednictwem terminalu w Rostocku PCK może pokrywać jedynie do 60% swojego zapotrzebowania. Po planowanych inwestycjach w porcie i w ropociąg udział ten ma wzrosnąć nawet do 75%. Resztę zakład mógłby sprowadzać przez gdański Naftoport oraz rurociągi Pomorski i Przyjaźń. Z perspektywy politycznej przejęcie przez Berlin kontroli nad rosyjskimi aktywami ma odblokować rozmowy z Warszawą na ten temat – wycofanie udziału Rosniefti z rafinerii jest bowiem podstawowym warunkiem udzielenia Niemcom pomocy przez Polskę.

Wprowadzenie zarządu powierniczego do RND i RNRM nie oznacza wywłaszczenia rosyjskiego koncernu z jego aktywów. Formalnie Rosnieftʹ pozostaje ich właścicielem, lecz traci możliwość zarządzania nimi na czas obowiązywania kontroli powierniczej (ta, choć została wprowadzona na sześć miesięcy, może być wielokrotnie przedłużana o analogiczny okres). Rozwój sytuacji politycznej wskazuje na to, że przyjęte rozwiązanie ma raczej obowiązywać przejściowo, do czasu znalezienia sposobu przeprowadzenia zmian właścicielskich i podjęcia decyzji o ich wdrożeniu. Ustawa daje Berlinowi możliwość dokonania takich zmian w imię zapewnienia bezpieczeństwa energetycznego kraju. Wśród potencjalnych inwestorów, którzy oficjalnie zgłosili gotowość do przejęcia udziałów Rosniefti w rafinerii w Schwedt, są zarejestrowana w Austrii firma Alcmene, należąca do estońskiej grupy Liwathon, oraz niemiecki producent biopaliw Verbio. Z informacji podanych przez Agencję Reutera wynika, że inwestycją we wschodnioniemieckiej rafinerii interesuje się także obecny od lat na tamtejszym rynku paliw Orlen.

Otwarte pozostaje pytanie o reakcję Rosji na niemieckie działania. Rosnieftʹ już zarzuciła Berlinowi bezprawne wywłaszczenie spółki oraz zapowiedziała zaskarżenie tej decyzji przed sądem. W Niemczech spodziewana jest również polityczna odpowiedź Kremla – najczęściej mówi się o ograniczeniu lub odcięciu dostaw rosyjskiej ropy do RFN. Na analogiczną retorsję Moskwa zdecydowała się po przejęciu przez Berlin kontroli nad Gazprom Germanią (GG) w kwietniu br. – początkowo wstrzymano przesył gazu ziemnego do spółek córek z grupy GG (zob. Rosja: sankcje na wybrane unijne spółki gazowe), a następnie w kilku krokach redukowano go także do pozostałych, oficjalnie nieobjętych sankcjami graczy rynkowych. Przedstawiciele rządu federalnego zapewniają, że Niemcy są obecnie przygotowane na odcięcie dostaw ropy z Rosji. Habeck wskazuje zwłaszcza na wypełnione magazyny przy korzystających wciąż z rosyjskiego surowca zakładach w Schwedt i Leunie (zapasy mają starczyć na 20 dni), jak również na możliwość uzupełniania ich z rezerwy federalnej. Berlin liczy też na szybkie uruchomienie importu z alternatywnych źródeł. Koszty szybkiego wstrzymania dostaw byłyby jednak wysokie – szczególnie we wschodnich landach. Szacuje się, że zmusiłoby to obie tamtejsze rafinerie do obniżenia produkcji (do ok. 75%), a brakujące paliwa musiałyby być uzupełniane z pozostałych regionów Niemiec, co wiąże się z problemami logistycznymi (zwłaszcza na kolei). Taki scenariusz zakłada ponadto wyraźny wzrost cen paliw na stacjach we wschodniej części kraju, niewykluczone byłyby także lokalne niedobory.

Istotnym, choć pozostającym w tle debaty publicznej, aspektem przemian zachodzących w kontekście rafinerii PCK jest rozpoczęcie w niej procesu zielonej transformacji. Zarówno władze federalne, jak i rząd Brandenburgii chcą wykorzystać sytuację do uzupełnienia modelu działalności zakładu o produkcję niskoemisyjnych paliw syntetycznych, wytwarzanych na bazie biopaliw lub zielonego wodoru. W ramach „funduszu na rzecz przyszłości” mają się znaleźć środki m.in. na dofinansowanie inwestycji w instalację do produkcji syntetycznego paliwa lotniczego. Według premiera Woidkego Brandenburgia – ze względu na dogodne warunki do wytwarzania energii ze źródeł odnawialnych (szczególnie z farm wiatrowych) – jest predestynowana do tego, by stać się pokazowym klastrem wodorowym, a rafineria PCK – by wdrażać nowe zielone technologie. Z perspektywy politycznej takie działania zarówno wpisują się w forsowaną przez Berlin politykę dążenia do neutralności klimatycznej, jak i odpowiadają na oczekiwania wyborców, zwłaszcza Zielonych i SPD, a także niemieckiego przemysłu, który technologie wodorowe uznaje za przyszłościowe i postrzega je jako te, które staną się fundamentem perspektywicznego modelu rozwoju (zob. Wodór – nadzieja niemieckiej polityki klimatycznej i przemysłowej).

osw.waw.pl