Wedle oficjalnych danych w 2016 urodziło się w Chinach 17,86 mln dzieci, dwa lata później już tylko 15,2 mln. W 2020 pierwszym roku pandemii na świat przyszło 11,97 mln dzieci, a w ubiegłym roku już tylko 10,6 mln. Prognozy dla tego roku zakładają, że liczba narodzin spadnie poniżej 10 mln. Już widać wyraźne tego zapowiedzi.
W ciągu pierwszych sześciu miesięcy tego roku liczba narodzin w Hunan, jednej z najludniejszych prowincji kraju, spadła o 9,5 proc. w stosunku do roku poprzedniego. Jeszcze wyraźniejsze są wskaźniki z poszczególnych miast. W Jiazhou w prowincji Shandong liczony rok do roku spadek wyniósł 26 proc., a w Hukou w prowincji Jiangxi 42 proc.
Yi Fuxian, chiński demograf pracujący obecnie w Stanach Zjednoczonych, przytacza przykład niewymienionego z nazwy miasta w prowincji Heilongjiang, gdzie w ciągu pierwszych siedmiu miesięcy bieżącego roku nie urodziło się ani jedno dziecko, a do pierwszych klas w tamtejszych szkołach podstawowych zapisano jedynie troje dzieci.
Położona w Mandżurii prowincja Heilongjiang to jednak szczególny przypadek. Północny wschód to chiński „pas rdzy”, zainicjowane pod koniec lat 70. reformy gospodarcze uderzyły w tamtejsze kopalnie i przemysł ciężki, „wielkie budowy socjalizmu” z czasów Mao, które w nowych warunkach okazały się nierentowne. Region pogrążył się w ekonomicznej zapaści i zaczął się wyludniać. Wskaźnik dzietności w Heilongjiang jest jednym z najniższych w Chinach i wynosi 0,6, dla całego kraju to 1,16. Innym wskaźnikiem są spadające obroty firm produkujących mleko w proszku, pieluszki, łóżeczka i wózki dziecięce.
Przypuszczalnie rząd liczył na zwiększenie dzietności w rezultacie izolacji spowodowanej pandemią Covid-19, jednak kalkulacje okazały się błędne. Polityka "zera zachorowań" przyniosła odwrotne skutki – Chinki są jednymi z najmniej chętnych do posiadania dzieci kobiet na świecie. Spadek przyrostu naturalnego tłumaczono zwykle zbyt niskimi zarobkami, by podołać wysokim kosztom utrzymania i wychowania potomstwa oraz długimi godzinami pracy. Inne wskazywane przyczyny to duża nierówność płci - Chiny są pod tym względem na 102. na 146 miejsc w indeksie Światowego Forum Gospodarczego. Wreszcie - bardzo wysokie wymagania stawiane przez społeczeństwo matkom.
Pandemia i drakońskie działania podjęte przez władze to nowe przyczyny. W rozmowie z agencją Reutersa Claire Jiang, mieszkanka Szanghaju, stwierdziła, że trwający ponad dwa miesiące lockdown kompletnie zmienił jej plany życiowe. Zupełnie zrezygnowała z posiadania dzieci, nie chce, by musiały żyć w niepewnych warunkach w kraju, gdzie władze mogą przyjść do domu i robić co im się żywnie podoba. Społecznym bilansem dotychczasowej polityki pandemicznej są utrata pracy, dostępu do opieki medycznej, a nawet żywności, sobiepaństwo urzędników egzekwujących przepisy, a także rozbijanie rodzin. Znane są przypadki dzieci pozostawionych samym sobie, po tym jak ich rodzice zostali poddani przymusowej kwarantannie w miejscu pracy.
Jiang nie jest odosobniona w swoich opiniach. W czasie lockdownu Szanghaju przez chwilę w mediach społecznościowych furorę robił hashtag „jesteśmy ostatnim pokoleniem”. Szybka interwencja cenzury zamknęła sprawę. Skąd wzięła się tak radykalna reakcja internautów? „Jesteśmy ostatnim pokoleniem” miał odpowiedzieć mężczyzna, któremu urzędnicy w kombinezonach ochronnych grozili ukaraniem jego rodziny na trzy pokolenia, jeśli nie podporządkuje się przepisom pandemicznym.
Zdaniem Justine Coulson, przedstawicielki Funduszu Ludnościowego Narodów Zjednoczonych w Chinach, z powodu COVID i związanych z tym działań władz, pary, które myślały o posiadaniu dziecka w ciągu najbliższego roku, odłożyły takie plany na później. Zaś pary, które nie były pewne, odłożyły decyzję na czas nieokreślony.
Dodatkowo zaburzenia gospodarcze spowodowane przez pandemię doprowadziły do najwyższego od lat bezrobocia wśród młodzieży sięgającego 20 proc. Kiepskie warunki ekonomiczne i słabe perspektywy jeszcze bardziej utrudniają założenie rodziny.
Władze od lat są świadome spadającego przyrostu naturalnego i przyszłych tego konsekwencji dla funkcjonowania społeczeństwa i gospodarki. Pierwszym krokiem było zniesienia polityki jednego dziecka. Nastąpiło to jednak zbyt późno, by zachęcić zwykłych Chińczyków do zakładania liczniejszych rodzin. Na nic zdały się także przyzwolenie na posiadanie trójki dzieci i wezwania, by członkowie Komunistycznej Partii Chin świecili osobistym przykładem.
W ciągu ostatnich kilku lat władze usiłowały zaradzić spadkowi liczby urodzin wprowadzając ekonomiczne zachęty, takie jak ulgi podatkowe, dłuższy urlop macierzyński, szersze ubezpieczenie medyczne, dopłaty do mieszkań, dodatkowe pieniądze na trzecie dziecko. Oficjalnie temu celowi miała także służyć rozprawa z branżą korepetytorską, będącą de facto równoległym, prywatnym systemem edukacji, o wartości szacowanej w 2019 r. na 96 mld dolarów.
Nie obeszło się także bez chińskiej wersji 500+. Projekt nie zdążył nawet nabrać rozpędu z powodu problemów strukturalnych. Rząd centralny obarczył finansowaniem wypłat władze lokalne, równolegle systematycznie pozbawiając je dochodów. W wielu regionach zamiast pieniędzy na dzieci nastały cięcia wypłat w budżetówce, często nawet o 25 proc.
Spadający przyrost naturalny ma wpływa na inną istotną kwestię, jaką są perspektywy demograficzne Chin. Według ONZ chińska populacja osiągnęła swój szczyt i w przyszłym roku może zacząć spadać. Chiny ustąpią wówczas tytuł najludniejszego kraju świata Indiom. Osobna kwestią pozostaje tempo dalszego spadku. Zdaniem ekspertów ONZ do 2050 r. populacja Chin zmniejszy się o 109 mln, a to trzy razy więcej niż prognozowano w roku 2019.
Yi Fuxian maluje dużo gorszy obraz sytuacji. Według jego obliczeń liczba urodzeń zaczęła spadać w r. 1991, zaś populacja osiągnęła szczyt gdzieś między 2004 a 2011 i zaczęła kurczyć się w 2018 r. Obecna liczba ludności ma wynosić nie 1,41 mld, jak podają oficjalne dane, a poniżej 1,28 mld. Yi popiera swoje wyliczenia danymi, które ostatnio miały wyciec z chińskich urzędów demograficznych.
wnp.pl










