A Rosja i Chiny? Czy oni już są blokiem, czy jeszcze nie? Powinniśmy zacząć traktować te kraje jako monolit?
Na stosunki Rosji i Chin można patrzeć na dwa sposoby. Powszechnie - i moim zdaniem błędnie - patrzy się na to, jak na relację dwóch państw. I wtedy opisuje się to z punktu widzenia geopolityki, interesów państwowych, a kończy się konstatacją, że prędzej czy później ten sojusz musi się rozpaść, bo interesy Rosji będą sprzeczne z chińskimi, a Putin nie zgodzi się zostać wasalem.
Zgodzi się?
Nie wiem. Może już się zgodził. Na relację Chin i Rosji trzeba spojrzeć nie jak na relację dwóch państw, tylko dwóch autorytarnych elit, które rządzą dwoma zamordystycznymi krajami. Interesy tych elit częściowo pokrywają się z interesami państw, którymi zarządzają, a częściowo nie. I tam, gdzie się nie pokrywają, to zawsze górę weźmie interes elity. Jeśli w ten sposób na to spojrzysz, to zobaczysz ogromną zbieżność między elitą chińską i rosyjską. Elita rosyjska mogłaby się dogadać z Zachodem, ale to by im nie gwarantowało zachowania władzy i wpływów. A Chińczycy zawsze im pomogą zachować władzę, bo nic ich nie będzie obchodzić, co oni wyrabiają na Białorusi, Ukrainie czy na Kaukazie Południowym. Z punktu widzenia autorytarnej elity - podkreślam, że nie chodzi mi o konkretne państwo, tylko właśnie o elitę - samo istnienie Zachodu jest egzystencjalnym zagrożeniem. I dlatego chińska partia komunistyczna razem z elitami kremlowskimi postrzegają Zachód jako wspólnego wroga. Jakkolwiek by się z Zachodu nie wyśmiewali, opowiadali, że jest zramolały i zdychający, to ich społeczeństwa mogą pewnego dnia powiedzieć: ale tam jest inaczej! To nie jest sojusz dwóch państw, tylko dwóch elit mających głębokie poczucie zagrożenia swojej władzy.
Czyli nie ma sensu tego racjonalnie analizować, że Rosji opłaca się to, a Chinom tamto, i że te rzeczy są sprzeczne? Nie o to tu chodzi?
Obydwie elity wiedzą, że utrata władzy będzie im grozić utratą majątków, a może i życia. Nie wyobrażam sobie silniejszego spoiwa. Wszystkie kwestie abstrakcyjnych interesów państwowych są przy tym mniej ważne.
Na razie to Chiny wykorzystują Rosję: zróbcie jakąś zadymę na Ukrainie, żeby odwrócić uwagę Stanów od rywalizacji z nami, im więcej niepokoju na Zachodzie, tym lepiej. Tak to działa?
Na początku tak ten sojusz działał, a dzisiaj to jest bardziej złożone. Poziom koordynacji między Chinami i Rosją jest wysoki, pozostają w ciągłym kontakcie na różnych szczeblach, konsultują się rozmaite sztaby, ministerstwa, nawet departamenty, bo to schodzi coraz niżej w strukturach biurokratycznych. Nie jest tak, że tylko Chiny wykorzystują Rosję, raczej obydwie strony wykorzystują siebie nawzajem i to konsultują.
Ale ogólnie o co chodzi? Żeby Zachód musiał działać na dwa fronty? Martwić się o wschodnią flankę NATO, a jednocześnie o Tajwan i Morze Południowochińskie?
No tak. Rosja i Chiny są zainteresowane, żeby Zachód nie mógł się skoncentrować na jednym problemie.
Po sankcjach za inwazję na Ukrainę w 2014 roku, Chiny rzuciły koło ratunkowe rosyjskiej gospodarce. To była dobra inwestycja, bo potencjalnie rosyjskie zasoby surowcowe są kołem ratunkowym dla Chin na wypadek wojny z USA, nie są oczywiście wystarczające, żeby utrzymywać chińską gospodarkę w dłuższym okresie, ale jako wojenne zaplecze surowcowe mogą spełniać swoje zadanie. Z kolei wypadki na Białorusi pokazały, że Chińczycy bardzo respektują rosyjską strefę wpływów i ostentacyjnie to okazują. Nic ich to nie kosztuje, bo chińskie biznesy na Białorusi w żaden sposób nie są zagrożone, więc mówią Putinowi: "Rób sobie razem z Łukaszenką, co chcesz, poprzemy was w każdy możliwy sposób".
gazeta.pl







