poniedziałek, 25 kwietnia 2022


— Gerhard Schröder przez wiele lat zachowywał się jedynie jak biznesmen i powinniśmy przestać postrzegać go jako męża stanu i byłego kanclerza — powiedziała Saskia Esken, jedna z dwójki współprzewodniczących socjaldemokratycznej partii SPD, do której należy kanclerz Olaf Scholz.

Esken powiedziała dziś w wywiadzie dla niemieckiego radia, że jest za odejściem Schrödera z partii, dodając, że kilka wniosków w tej sprawie jest już w toku. — Te postępowania są prowadzone zgodnie ze statutem SPD — powiedziała.

Schröder, który pełnił funkcję kanclerza Niemiec w latach 1998-2005, był pod presją, by zrezygnował ze wszystkich lukratywnych stanowisk w rosyjskich firmach energetycznych, i publicznie potępił Putina. Jak dotąd nie udało mu się zrobić ani jednego, ani drugiego.

Powszechna wściekłość z powodu postawy Schrödera rozgorzała na nowo w weekend, gdy "New York Times" opublikował wywiad z byłym kanclerzem, w którym powiedział on, że nie przeprosi za swe związki z Moskwą, a jednocześnie odrzucił tezę, że to Putin stoi za masakrą Ukraińców w Buczy.

— Szczerze mówiąc, na tym etapie historii można się opowiedzieć tylko po stronie Ukraińców i tragiczne jest to, że Gerhard Schröder opowiedział się po drugiej stronie — powiedział w niedzielę Lars Klingbeil, drugi współprzewodniczący SPD.

Dziś rano Michelle Müntefering, kolejna członkini ścisłego kierownictwa SPD, wezwała do wydalenia Schrödera i powiedziała, że SPD nie powinna przyjmować jego składek członkowskich, ponieważ są to "brudne pieniądze".

onet.pl

Grzegorz Sroczyński: "Globalna polityka przeszła z fazy statycznej do dynamicznej" - napisałeś ostatnio. Co to znaczy?

Robert Kuraszkiewicz: Że wojna niesamowicie przyspieszyła budowę nowego świata. Rosja zaczęła inwazję głównie po to, żeby wzmocnić swoją pozycję w zmieniającej się międzynarodowej układance. Uznali, że nie mogą czekać, bo za dziesięć lat będą tylko słabsi.

- Słabsi?

Kierownictwo na Kremlu to są ludzie źli, podli, być może psychopaci, ale to nie są głupcy. Pewne rzeczy wiedzą. Rosja siedzi na złożach surowców, które wraz z zieloną rewolucją energetyczną będą tracić na znaczeniu. I oni uznali, że albo teraz uzyskają status imperium w tworzącym się nowym świecie, albo nigdy. Pięćdziesiąt milionów dodatkowych Słowian - Ukraińców i Białorusinów - to dla potencjału demograficzno-industrialnego Rosji rzecz decydująca.

- No ale takie myślenie, że trzeba mieć większe terytorium, więcej ludzi i wtedy się stajesz silnym państwem, to jest jakiś totalny anachronizm. Pachnie XIX wiekiem. 

Nie do końca. Można mówić, że to podejście - im więcej ludzi, tym lepiej - jest anachroniczne. Ale Rosja przechodzi przez zapaść demograficzną, starzeje się i kurczy w zastraszającym tempie. Jeśli ma w garści Białoruś i Ukrainę, to ze 150 mln ludzi robi się 200 mln. Poza tym Białorusini i Ukraińcy są nieźle wykształceni i mogą uczestniczyć w nowoczesnej gospodarce. Rosja potrzebuje ich głów i rąk do pracy. Moskwa dotąd uzupełniała braki siły roboczej emigracją z Azji Centralnej, ale - mówiąc wprost - to nie są ludzie, którzy mogą budować sektor IT. Putin uznał, że XIX-wiecznymi metodami, czyli tradycyjną wojną, jest w stanie rozbudować potencjał Rosji. Soft power zastąpił siłą militarną: tam gdzie stoi stopa żołnierza rosyjskiego, tam nasza władza jest bezpieczna.

- Czyli Putin i elity rosyjskie wiedzą, że w perspektywie 30 lat po zielonej rewolucji OZE Rosja będzie trzy razy słabsza? 

Albo pięć razy słabsza. Wiedzą to. A żadnego innego pomysłu na siebie - poza byciem imperium - nie znaleźli. "Nie mamy czasu". "Teraz albo nigdy". Po dwóch miesiącach wojny rozumieją, że się pomylili, bo nie docenili siły Zachodu. 

- Ale punkt wyjściowy zdiagnozowali trafnie? 

Owszem. Dlatego uważam, że Putin nie jest szalony. Wyczuł, że światowy układ sił się zmienia i uznał, że czas na wojnę. Putin w ten sposób nam bardzo dużo uświadomił. 

- Co na przykład?

Przede wszystkim to, że Zachód wcale się nie kończy i nie zdycha. Przez ostatnie lata narzekaliśmy na kondycję Zachodu w tysiącach esejów i setkach książek. Teraz widzimy, że mimo wszystkich problemów mamy wspólne wartości i chcemy ich bronić. Na nowo dowiedzieliśmy się, kim jesteśmy.

- Dowiedzieliśmy się, kim jesteśmy, dzięki tej wojnie?

Tak. Skonfrontowaliśmy wartości Zachodu z realnym punktem odniesienia - czyli z "ruskim mirem" - i zobaczyliśmy, czego na pewno nie chcemy. Może te nasze liberalne demokracje nie są idealne, a politycy mają sporo za uszami, ale tamto to dopiero realne piekło. 

My cały czas nie doceniamy administracji Bidena. Przecież punkt, w którym się obecnie znaleźliśmy - nie taki znowu najgorszy - to nie jest prosta matematyka, że inaczej być nie mogło. 

- W jakim sensie? 

To nie jest tak, że Zachód w tej wojnie jest tylko reaktywny. Ameryka weszła do gry dużo wcześniej. Krytykujemy Zachód i USA za ślamazarność, niedostateczną odpowiedź na rosyjskie zbrodnie, a moim zdaniem ewidentnie widać, że od listopada zeszłego roku Amerykanie prowadzili konsekwentną robotę, która polegała na prowokowaniu Rosji do wojny. 

- Prowokowaniu? 

"Rosjanie na pewno wejdą na Ukrainę". "Zaraz zacznie się inwazja". Takie były komunikaty Pentagonu. Chodzi mi też o te wszystkie wizyty szefów służb amerykańskich w Europie i organizowanie opinii publicznej, oswajanie jej, że wojna będzie. Amerykanie ujawniali informacje wywiadowcze, co było krytykowane: "Co oni odstawiają? Ciągle powtarzają, że Ruscy wejdą, a Ruscy nie wchodzą i się śmieją". A to była taktyka. 

- Żeby wojna w końcu wybuchła?

Tak. Amerykanie, podobnie jak Kreml, uznali, że teraz albo nigdy. Wysłali komunikat Putinowi: "Zrób to, proszę bardzo. My jesteśmy gotowi". Zachowanie Amerykanów w ostatnich tygodniach przed wybuchem wojny było nastawione na zachęcanie Rosji do ataku. Rosjanie przecież postawili postulaty bezpieczeństwa związane z ich pozycją w Europie, a Amerykanie nie podjęli żadnej poważnej rozmowy. I potrafili uzgodnić z Niemcami i Francuzami czerwoną linię, której nikt nie przekroczył w rozmowach z Putinem. Patrzyłem na te dyplomatyczne tańce tuż przed atakiem i zastanawiałem się, jak Macron znosi taką pulę upokorzeń ze strony Rosjan, to były niemal publiczne zniewagi: po co z nami rozmawiasz, skoro nie masz nic do zaproponowania. Macron to znosił. I nie odpuścił ani na milimetr. 

- Czyli Amerykanie też dostrzegli, że ta wojna to jakaś okazja?

Dostrzegli, że otwiera się niepowtarzalne okno możliwości, żeby Rosję osłabić. I jeśli Kreml chce iść na wojnę i własnymi rękami zrobić sobie krzywdę, to proszę bardzo, nie będziemy zniechęcać. Amerykanie prawdopodobnie podjęli tę decyzję już w listopadzie zeszłego roku, posiadali jakąś wiedzę wywiadowczą i zdecydowali, że nic Rosji nie dadzą. Żądanie Putina było konkretne: odpuśćcie Ukrainę, dajcie nam kontrolę strategiczną nad Kijowem. Amerykanie mogli na to machnąć ręką, ale odmówili. I parli do wojny. 

- No dobrze, ale przecież gdyby Putin w tydzień zajął Kijów, to byłby zwycięzcą. Amerykanie wiedzieli, że Ukraina odeprze inwazję?

Nie. Tego nikt się nie spodziewał. Amerykańskie służby podawały komunikaty, że Kijów może paść w 72 godziny. 

- To dlaczego Amerykanie prowokowali wojnę, w której Putin mógł wygrać?

Bo tak czy inaczej to byłaby okazja do osłabienia Rosji. Nawet jeżeli Kreml osiągnąłby cele militarne w Ukrainie, to i tak na Rosję spadłby cały komplet morderczych sankcji. Te sankcje nie są słabe! Putin nawet to mówi: "Zachód poprzez sankcje wypowiedział wojnę Rosji". I ma rację w tym sensie, że w ekonomii użyto odpowiednika bomby atomowej. W dodatku Ameryka była na to świetnie przygotowana. 

- Namówiła też do tego Europę. 

Nakłoniła. 

Skala oporu ukraińskiego jest zaskoczeniem nawet dla amerykańskiego wywiadu. Najpierw Ukraińcy pokazali światu, że są gotowi walczyć, a potem w ciągu następnych dni inwazji pokazali, że są gotowi ginąć za niepodległość i za wolność. A to coś więcej, niż tylko walczyć. Amerykanie zobaczyli, że każda nowa sztuka broni ma użytkowników i wtedy fala dostaw uzbrojenia ruszyła. 

- Właściwie po co Amerykanom osłabienie Rosji?

Bo traktują Rosję jako wasala Chin. Od jesieni zeszłego roku zaczęli stosować w swojej opowieści o geopolityce prostą dychotomię między światem demokracji i światem autorytarnym. Sojusz Kremla z Chinami uznali za niebezpieczny. Dla Stanów to jest wojna zastępcza, oni na przykładzie Rosji pokazują Chinom, co je może czekać, jeśli też zaczną się zachowywać nieodpowiedzialnie jak Putin. 

- A z kolei Chińczycy przy pomocy Putina postanowili przetestować spójność Zachodu?

Tak. I test wyszedł na naszą korzyść. Na razie. 

- Czyli Putin dla obu stron jest taką marionetką?

Owszem. Nie o niego chodzi w tej rozgrywce, tylko o rywalizację USA-Chiny.

- Umiałbyś opisać kształt tego nowego świata, którego ruchy porodowe odczuwamy? 

Z punktu widzenia Kremla jego pożądany kształt miał wyglądać tak, że Rosja jest częścią nowego koncertu mocarstw. Staje się jednym z imperiów, które ma tyle samo do powiedzenia, co Chiny i USA, mimo braku realnej siły gospodarczej, braku nowoczesnych technologii, braku soft power i tego wszystkiego, co we współczesnym świecie decyduje o sile państwa.

- Nie mamy tego wszystkiego, ale za to jesteśmy imperium? 

Mniej więcej o to chodziło. 

(...)

- Czyli przez najbliższe dekady czeka nas walka o to, czy powstaną dwa bloki, trzy czy pięć?

Trochę inaczej. Stany Zjednoczone cały czas chcą tworzyć taką rzeczywistość, w której blok pod ich przewodnictwem będzie jednak ponad innymi blokami. Uważają, że mają taką misję i obowiązek - blok demokracji i wolności. A Chińczycy odpowiadają na to, że tak być nie może, że oni mają swoje uzasadnione roszczenia do pozycji globalnej i żadne państwo nie może wystawać ponad inne, czyli ponad Chiny. I szukają innych chętnych do zakwestionowania prymatu Zachodu. Zobaczymy, jakie będą przemyślenia Chińczyków po wojnie w Ukrainie. Chyba jeszcze nie wiedzą, jakie wnioski wyciągnąć. Zresztą inni też intensywnie myślą.

- Kto najbardziej? 

Niemcy. To ostateczny koniec świata, jaki znali. Byli największymi beneficjentami porządku międzynarodowego, który funkcjonował od upadku Muru Berlińskiego aż do wczoraj. Dlatego tak ciężko im się z tym pożegnać. Mieli parasol bezpieczeństwa rozpostarty przez Amerykanów, a z drugiej strony budowali własną gospodarkę w oparciu o Chiny, czyli systemowego rywala Zachodu. Żyć nie umierać. 

- Nie musisz marnować kasy budżetowej na zbrojenia, bo masz pełne gwarancje USA, a jednocześnie sobie handlujesz z głównym konkurentem Ameryki?

I do tego bierzesz tanie surowce od dawnego rywala z czasu zimnej wojny, czyli od Rosji. Przez 30 lat Niemcy byli wielkimi zwycięzcami globalizacji. I to się skończyło. Czy teraz Niemcy jako najsilniejsza gospodarka postawią na przekształcenie Europy w mocny regionalny blok? Czy może dalej będą jechać na gapę i robić wspaniałe deale z Chinami? To jest najważniejsze pytanie, które musi się rozstrzygnąć wewnątrz Europy. Wydaje mi się, że sprawy idą w dobrym kierunku. Takie decyzje jak inwestycja Intela w Niemczech - w Magdeburgu powstanie ośrodek badawczy i fabryka półprzewodników - to znak, że Europa zaczyna myśleć o byciu samodzielnym regionalnym blokiem, który będzie uzgadniał sprawy geopolityczne z Amerykanami. Tak czy inaczej taka Unia, jaka istniała jeszcze niedawno, już nie istnieje. Po pandemii i po inwazji Rosji na Ukrainę odeszła do historii i musi przekształcić się w coś nowego. Jeśli Europa będzie chciała odgrywać rolę istotniejszą w nowym świecie, to będzie musiała się mocniej zintegrować. I Putin absolutnie nas do tego zbliża. Bo wojna zmusiła Europę do postawienia podstawowych pytań: gdzie jesteśmy i kim jesteśmy. 

- To kim?

Niemcy jeszcze tego wszystkiego nie przetrawili, potrzebują czasu. Ale wiele wskazuje na to, że nie prześpią tej okazji. Decyzje Scholza - 100 mld na wojsko - są bez precedensu. W niemieckich głowach bardzo dużo się dzieje, chociaż narzekamy, że robią dla Ukrainy za mało i za wolno. 

Jak dotąd w tej wojnie Amerykanie odnoszą same sukcesy: namówili wszystkich partnerów do zamrożenia aktywów rosyjskiego banku centralnego, co wcześniej byłoby nie do wyobrażenia, bo to łamie wszystkie święte prawa globalizacji kapitału, następuje też szybki wzrost budżetów militarnych państw Europy, co oznacza, że kiedyś sami będziemy mogli przejąć część obowiązków USA na wschodniej flance, co jest celem Amerykanów, bo oni chcą się skupić na Chinach. Przyspieszają też prace europejsko-amerykańskiej rady do spraw inwestycji i technologii, to niezmiernie ważne, bo o sile przyszłych bloków rozstrzygną kwestie nowej gospodarki cyfrowej.

- Putin jako pożyteczny idiota Bidena?

Zrobił coś, co spowodowało, że Zachód nie ma wyboru - musi podjąć decyzje i stanąć w obronie własnych wartości. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, to Zachód się zintegruje. Bardziej zjednoczy wobec Rosji i wobec Chin. 

- Bo skoro wasal Chin - czyli Rosja - robi straszne rzeczy w Buczy, to tego samego możemy się kiedyś spodziewać po Pekinie?

Tak. Nie teraz, ale za 5 czy 10 lat, bo jeśli Putinowi wojna ujdzie na sucho, to Chiny poczują się ośmielone. Amerykanie peregrynują teraz po świecie i wahającym się krajom mogą mówić: zobaczcie, oto macie nasz blok i macie blok chińsko-rosyjski, który najeżdża sąsiadów, bombarduje, kopie masowe groby. Wybierajcie. 

Chiny mają ogromy zgryz, czy się przyznawać, że dali zgodę Putinowi. Strategicznie ta wojna dla Rosji już jest klęską - niezależnie od wyniku bitwy o Donbas. I pośrednio jest też klęską Chin. Rosjanie próbowali zbudować własną strefę wpływów, sięgając w pierwszej kolejności po dawne państwa Związku Sowieckiego. To się nie powiodło. Pytanie, czy uda się przekształcić obecną klęskę Kremla w trwałe strukturalne osłabienie Rosji. 

(...)

- Powiedziałeś, że według Amerykanów w Ukrainie toczy się wojna zastępcza.
 
Tak. Bo Ameryka pośrednio walczy z Chinami. Na przykładzie Rosji pokazuje Pekinowi, na co sobie może pozwolić. Bez potencjalnego zagrożenia chińskiego, Amerykanie być może wcale by się nie zdecydowali na tę całą operację osłabiania Rosji. To jest ewidentnie zakreślanie granic dla Chin.

- Czegoś się jeszcze dowiedzieliśmy dzięki tej wojnie?

Że niesamowicie rośnie znaczenie broni jądrowej. W nowym świecie będzie tej broni więcej. 

- Dlaczego?

Bo dla każdego reżimu jest oczywiste, że Rosja może sobie pozwolić na to, co robi, tylko dlatego, że ma potężny arsenał atomowy. Inne kraje to obserwują i widzą, że broń atomowa gwarantuje ci bezpieczeństwo, a często bezkarność. Moim zdaniem to jeden z głównych wniosków, które z tej wojny wynikają dla polityki światowej. Chiny już przyspieszają rozbudowę swojego arsenału, bo ich obecny potencjał jest defensywny, nie gwarantuje - tak jak arsenał Rosji - wzajemnego zniszczenia. Dane wywiadowcze amerykańskie mówią, że obecnie Chiny budują ponad dwieście nowych silosów z rakietami międzykontynentalnymi i wkrótce będą dysponowały potencjałem bojowym ponad tysiąca głowic nuklearnych.

gazeta.pl

Zdaniem "Mitteldeutsche Zeitung" z Halle: "Stwierdzenie Schroedera, że uważa tę wojnę za błąd, wypada nad wyraz blado i niewyraźnie, zwłaszcza w ustach polityka słynącego ze swojego 'basta'. Schroeder powiedział także coś, czego wielu od dawna od niego oczekiwało. Zapowiedział, że ustąpi, ale nie wiadomo, czy miał na myśli zrezygnowanie z roli lobbysty. Tak się jednak stanie dopiero wtedy, gdy Rosja przestanie dostarczać gaz do Niemiec i innych państw UE. Dla byłego kanclerza Niemiec dopiero to jest powodem i miarą, by zademonstrować swoje oburzenie. Być może postrzega siebie jako strażnika zaopatrzenia Niemiec w energię i uważa, że Niemcy powinny dziękować mu na kolanach za to, co dla nich robi. Jeśli naprawdę tak sądzi, jest w błędzie".

(...)

"Muenchner Merkur" podsumowuje: "Coraz wyraźniej widać, że kanclerz Scholz jest więźniem przyjaznego wobec Moskwy skrzydła w swojej partii, skupionego wokół byłego kanclerza Schroedera i szefa klubu poselskiego SPD w Bundestagu Muetzenicha, którzy także teraz bronią się wszelkimi sposobami przed wyciągnięciem wniosków z popełnionych przez siebie historycznych błędów. 'Stwierdzenie mea culpa nie jest w moim stylu' - powiedział Schroeder, nie zważając na tysiące osób zamordowanych w Ukrainie. Trudno doprawdy o większy cynizm. Nie tylko zachodni sojusznicy Niemiec i Zieloni nie są dłużej gotowi akceptować polityki SPD. Także w FDP narasta poirytowanie z jej powodu. Na zjeździe FDP największą owację zgotowano dla Marie-Agnes Strack-Zimmermann, najbardziej znanej zwolenniczki zwiększenia dostaw niemieckiej broni dla Ukrainy. Jeśli Scholz w dalszym ciągu będzie bagatelizował błędy popełnione przez Schroedera i Muetzenicha, jego autorytet, a także urząd mogą zostać zagrożone. Scholz musi się zdecydować, po której stronie historii chce stanąć. I musi uczynić to szybko".

gazeta.pl

BMP-1AM Basurmanin to niskokosztowy program, obejmujący przede wszystkim zastąpienie starej wieży z archaiczną armatą 2A28 Grom kalibru 73 mm bezzałogowym modułem bojowym BPPU-1, stosowanym na standardowych obecnie w rosyjskiej armii kołowych transporterach BTR-82A. Jest on wyposażony w dzienno-nocny przyrząd celowniczy TKN-4GA-01 (z termowizorem i systemem automatycznego śledzenia celów) i uzbrojony w stabilizowaną 30 mm armatę automatyczną 2A72 i sprzężony z nią 7,62 mm karabin maszynowy PKTM. Prócz uzbrojenia zastosowano nową radiostację, system nawigacji oraz produkowany w Rosji silnik UTD-20S1 produkowany przez zakłady Barnaultransmasz z Barnał właśnie, którym zastąpiono dostarczane wcześniej z Ukrainy UTD-20.

Nowe uzbrojenie i dzienno-nocny celownik pozwalają na zwalczanie pojazdów i siły żywej przeciwnika, jak też celów powietrznych, na odległościach do 2,5 km a nie jak armata 2A28, na dystansie kilkuset metrów. Instalacja wieży z BTR-82A na BMP-1 stanowi tanią modyfikację istotnie podnoszącą możliwości pojazdu. Masa wieży BPPU-1 wynosi około 1700 kg, co powoduje, że zachowana jest zarówno zdolność do pływania jak i inne osiągi pojazdu. Problemem nadal pozostaje jednak słabe opancerzenie pojazdu, które nie zostało poprawione.

Pojazdy te trafiają do nowo formowanych jednostek, m.in. tak zwanej Rosgwardii (Rosyjskiej Gwardii Narodowej) oraz pododdziałów rozlokowanych w mniej kluczowych rejonach. Trafiały one do jednostek w rejonie granicy z Kazachstanem lub Mongolią. Może to oznaczać, że wóz widziany na zdjęciu świadczącym o ich dyslokacji do rejonu walk został przetransportowany na Ukrainę właśnie ze wspominanych wcześniej miejsc. Oznacza to, że Rosjanie naprawdę ściągają w rejon walk pojazdy z całego kraju. Może to wskazywać, że kończą się gotowe do przerzutu nowocześniejsze wozy wojsk zmechanizowanych takich jak BMP-2M, z systemem wieżowym Biereżok czy najpotężniejsze obecnie bojowe wozy piechoty Rosji, czyli BMP-3. Nie oznacza to jednak, że zmodernizowane BMP-1 są przestarzałe i nie mogą pełnić powierzonych im zadań. Dzięki nowemu systemowi wieżowemu mogą one razić pojazdy przeciwnika na znacznie większej odległości, z lepszą celnością względem starego uzbrojenia głównego. Armata 2A72 pozwala na eliminację każdego ukraińskiego bwp czy transportera opancerzonego.

defence24.pl

niedziela, 24 kwietnia 2022


W wielkich liczebnie i organizacyjnie Siłach Zbrojnych ZSRR występowały jednostki wojskowe istniejące w czasie pokoju i wojny, nowo formowane na czas wojny oraz nieliczne jednostki i instytucje wojskowe funkcjonujące tylko na czas pokoju (a w czasie wojny likwidowane). Jednostki istniejące w czasie pokoju miały różny stopień gotowości bojowej, a przede wszystkim czas osiągnięcia gotowości mobilizacyjnej. Jednostki stacjonujące za granicą były w pełni ukompletowane i gotowe do natychmiastowego przystąpienia do działań. Wynikało to z ich geograficznego oddalenia od terenu ZSRR, gdzie na czas wojny przewidywana była powszechna mobilizacja. Nieco mniejszy stopień ukompletowania miały jednostki okręgów wojskowych stacjonujących w zachodniej i południowo-zachodniej części ZSRR. W większości przypadków potrzebowały one jednego lub dwóch dni na osiągnięcie gotowości mobilizacyjnej.

Okręgi wojskowe w centralnej i wschodniej części ZSRR składały się z jednostek o zdecydowanie niższej gotowości mobilizacyjnej i na jej osiągnięcie potrzebowały kilku lub kilkunastu dni. Tak można ogólnie podzielić jednostki armii radzieckiej ze względu na teren ich stacjonowania. Innym podziałem gotowości bojowej był rodzaj jednostek. W natychmiastowej gotowości były rakietowe i radiotechniczne jednostki obrony powietrznej, lotnictwo myśliwskie, jednostki rakiet operacyjno-taktycznych i taktycznych, jednostki rozpoznawcze, specjalne i dywersyjne, wybrane okręty wojenne. Oczywiście najwyższy (natychmiastowy) stopień gotowości bojowej miał system wykrywania i ostrzegania o napadzie rakietowym oraz jednostki rakietowych wojsk strategicznego przeznaczenia. W ZSRR ze względu na duże odległości zamieszkania żołnierzy z poboru od miejsca stacjonowania, ściśle reglamentowany był procent żołnierzy na urlopach i przepustkach.

O ile kadra zamieszkiwała przeważnie w wojskowych osiedlach przy jednostkach i mogła być w trybie alarmowym ściągnięta do koszar, o tyle żołnierze służby zasadniczej często potrzebowali nawet kilku dni na powrót. W ZSRR istniał cały szereg jednostek zapasowych (skadrowanych), szkolnych oraz tyłowych. Miały one największą liczbę zadań mobilizacyjnych. Jednostki skadrowane musiały przyjąć dużą liczbę rezerwistów, aby w pełni uzupełnić swoje wojenne stany etatowe. Jednostki szkolne były przeważnie obarczone zadaniem tworzeniem nowo formowanych jednostek bojowych. Cały wielki system stacjonarnych jednostek tyłowych (dzisiaj nazywanych logistycznymi) mobilizował bardzo dużą liczbę nowych jednostek, ale polowych (ruchomych). Pokojowy system zabezpieczenia materiałowego i technicznego w większości nastawiony był na pracę stacjonarną oraz zabezpieczenie poligonowe ćwiczących wojsk.

Na czas wojny system stacjonarny musiał utworzyć szereg jednostek ruchomych podążających za jednostkami bojowymi. Stacjonarna logistyka (składnice, warsztaty, zakłady remontowe) pozostawała na miejscu, w ograniczonych stanach osobowych i tworzyła zaplecze na terytorium ZSRR dla jednostek walczących na froncie zewnętrznym. W chwili rozpadu ZSRR, państwo to dysponowało najliczniejszymi siłami zbrojnymi na świecie. Nawet armie chińska i amerykańska były liczebnie mniejsze. Ogromna liczba radzieckich żołnierzy przekładała się na bardzo skomplikowaną i złożona strukturę organizacyjną Sił Zbrojnych ZSRR. Po odłączeniu się niektórych nowo powstałych państw, duża cześć jednostek stacjonujących na ich terytoriach stała się podstawą organizacji nowych narodowych armii niepodległych państw.

Najbardziej dotyczyło to terenu Ukrainy i Białorusi, które przejęły całe masy uzbrojenia, infrastruktury i żołnierzy. Z innych nowo powstałych państw np. Litwy, Łotwy i Estonii jednostki radzieckie przenosiły się na teren Rosji. To samo dokonano z jednostkami stacjonującymi za granicą, głównie w Niemczech, Polsce, Czechosłowacji i na Węgrzech. W wyniku zmian nowe Siły Zbrojne Rosji były zdecydowanie mniejsze niż za czasów ZSRR, ale nadal duże. W pierwszych latach istnienia Rosji pojawiły się dwa największe problemy w ich utrzymaniu. Pierwszym były ogromne problemy finansowe. Po czasach ZSRR gdy nie brakowało pieniędzy na utrzymanie armii (przynajmniej zgodnie z zasadami radzieckiej gospodarki i finansów) Rosja nie była w stanie utrzymać swoich sił Zbrojnych. Drugim był problem kadrowy. O ile w czasach ZSRR kadra zawodowa w większości wywodziła się z Rosjan, o tyle poborowymi byli przedstawiciele wszystkich republik związkowych.

W nowej sytuacji zabrakło wystarczających zasobów do przeprowadzania kolejnych wystarczających liczbowo poborów. Te i inne czynniki spowodowały, że w latach 90. XX wieku duża cześć jednostek armii rosyjskiej uległa rozformowaniu lub przeformowaniu na rożnego typu bazy chronienia uzbrojenia i techniki lub bazy chronienia i remontu uzbrojenia i techniki (...). Władze wojskowe Rosji nadal planowały na czas wojny wystawienie wielkiej armii, ale w czasie pokoju była ona już znacznie mniejsza niż za czasów ZSRR. Planowane do rozwinięcia na czas wojny brygady i pułki stały się bazami, w których praktycznie tylko przechowywano i pilnowano sprzętu wojskowego. Nieliczna kadra wojskowa i pracownicy wojska nie byli w stanie utrzymywać i remontować sprzętu w należyty sposób. Również liczba przeprowadzanych ćwiczeń rezerwistów nie była duża, ponieważ brakowało na to pieniędzy.

Wówczas wszystkie środki finansowe szły na utrzymanie jednostek, które funkcjonowały w czasie pokoju. Wraz z upływem czasu nieużywany i niekonserwowany prawidłowo sprzęt wojskowy ulegał degradacji i starzeniu się. Coraz bardziej bazy, które miały stanowić miejsca mobilizacji brygad i pułków, upodobniały się do zwykłych składnic, w których tylko przechowywano sprzęt wojskowy jako rezerwę dla istniejących jednostek lub na uzupełnienie strat bojowych. Kolejne lokalne konflikty zbrojne lub akcje antyterrorystyczne, w których brały udział Siły Zbrojne Rosji pokazywały postępującą utratę zdolności bojowych. Nadal liczebnie duża armia rosyjska coraz bardziej stawała się kolosem na glinianych nogach. Postępujący rozkład armii sprzyjał również rozkradaniu mienia wojskowego, występowaniem zjawiska „fali” („dziadowszczyny”) wśród poborowych, niszczeniu i porzucaniu sprzętu wojskowego itd. W takiej armii również zdolności mobilizacyjne stawały się coraz bardziej problematyczne. Wraz z okrzepnięciem rosyjskiej gospodarki i rosyjskich finansów oraz zmianie polityki zagranicznej na bardziej ofensywną, w pierwszych latach XXI wieku przystąpiono do stopniowej reorganizacji armii. Likwidowano głęboko skadrowane jednostki wojskowe, małe jednostki o podobnym charakterze łączono w większe jednolite centra. Stopniowo likwidowano również kolejne bazy chronienia i remontu uzbrojenia i techniki. Dotyczyło to zarówno baz ogólnowojskowych, stanowiących podstawę rozwijania jednostek pancernych i zmechanizowanych, jak i baz rodzajów wojsk, przewidzianych do formowania jednostek artyleryjskich, przeciwlotniczych, saperskich, chemicznych, kolejowych i innych.

defence24.pl

„Ze wszystkich zwięzłych i uproszczonych charakterystyk Drugiej Wojny Karabaskiej, które się upowszechniły, „wojna dronów i mobilnych grup” jest prawdopodobnie najbardziej odpowiednia. Górzysty teren pola walki wymagał niestandardowego podejścia do taktyki użycia wojsk lądowych. Biorąc to pod uwagę, przede wszystkim grupy mobilne zajmowały pozycje wojsk ormiańskich w przeważnie górzystym terenie Górnego Karabachu” – stwierdza w jednej z analiz azerski ekspert, Agil Rustamzade.

W warunkach wojny górskiej w Karabachu, jednostki pancerno-zmechanizowane i kolumny zmotoryzowane były nieuchronnie przywiązane do słabo rozwiniętej sieci drogowej i różnych przełęczy górskich - wąwozów i dolin. W tych warunkach manewry „ciężkich”, zmechanizowanych związków taktycznych, na karabaskim teatrze działań wojennych były ograniczone i przewidywalne, a drogi obserwowane i ostrzeliwane. W takiej sytuacji zdolność jednostek „ciężkich” do wykonywania niespodziewanych uderzeń i kontrataków nieuchronnie napotykała na ograniczenia. Poruszające się znanymi szlakami kolumny ormiańskie przygotowujące się do kontrataków, nierzadko docierały do linii frontu przez długi czas, w wyniku czego ujawniono zamiar przeprowadzenia kontrataku, często na długo przed momentem gotowości, co prowadziło do porażki.

Ponadto, wojska w wyniku tego stawały się bezbronne w wąskich górskich przejściach, narażone na ataki dronów, ostrzał artylerii, czy zasadzki lekkiej piechoty. Z podobnymi problemami zetknęła się, chociaż w mniejszym stopniu, także strona azerska, w trakcie przemieszczania kolumn z zaopatrzeniem, nierzadko ostrzeliwanych przez ormiańską artylerię. Przywiązanie do sieci drogowej i w efekcie kanalizacja działań ofensywnych groziło także zasadzkami, zwłaszcza w terenie lesisto-górskim, z kolei na błotnistych drogach, pojazdy poruszały się z trudem, w ekstremalnych przypadkach zsuwały się w dół, przewracały, wypadały z drogi.

Samo przygotowanie do wojny górskiej, nie było żadną nowością, ani zaskoczeniem, tym bardziej że siły specjalne w Azerbejdżanie, rozwijano od lat, ze szczególnym przeznaczeniem do operacji w terenie górzystego Karabachu. Mocno przy tym korzystano z tureckich doświadczeń operacji kontrterrorystycznych w terenie lesisto-górskim. Zaskakująca była natomiast skala wykorzystania lekkiej piechoty, w roli mobilnych oddziałów rozpoznawczo-dywersyjnych i górsko-szturmowych.

Po pierwsze do operacji w terenie górsko-leśnym strona azerska wydzieliła duże siły – większość sił specjalnych wszystkich resortów siłowych, a więc nie tylko sił specjalnych ministerstwa obrony, ale też wojsk wewnętrznych MSW, Państwowej Straży Granicznej i innych. W sumie wydzielono do operacji w Karabachu ekwiwalent kilku brygad specjalnego przeznaczenia, które uczestniczyły w walkach od pierwszego do ostatniego dnia wojny, zwłaszcza na głównych kierunkach natarcia.

Po drugie, cele jakie wyznaczono siłom specjalnym miały charakter nie tylko taktyczny, ale taktyczno-operacyjny, a w rejonie Szuszy, nawet operacyjno-strategiczny. Decydującym było niespodziewane użycie sił specjalnych na kierunku Hadrut-Szusza – operacja w niedostępnym terenie lesisto-górskim zakończyła się nieoczekiwanym zdobyciem Szuszy i zakończeniem konfliktu. Pododdziały piechoty azerskiej, maszerowały całymi dniami po bezdrożach, niosąc na plecach broń, wyposażenie i zaopatrzenie, nierzadko bez zapasów jedzenia, a nawet wody. Strona ormiańska, ze słabą świadomością sytuacyjną, opartą przede wszystkim (wyłącznie?) na obserwacji wzrokowej, z górujących w terenie przewyższeń, nie miała pojęcia o ruchach npla i nie była w stanie przeciwdziałać infiltracji (np. obejściu) kolejnych pozycji.

Zaobserwowanie lekkiej piechoty nieprzyjaciela, np. na sąsiednim wzgórzu, mogło skutkować zasadzką ogniową, czy ostrzałem artylerii (najczęściej moździerzy), ale zazwyczaj kończyło się odwrotem z zajmowanych pozycji – brakowało Ormianom środków do kontrataków, czy osłony skrzydeł. Jeszcze gorzej było w przypadku infiltracji nocnych, gdy azerska piechota miała jeszcze większe szanse na skuteczne przenikanie w terenie i obchodzenie ormiańskich punktów oporu. Lekka piechota azerska, operująca niewielkimi pododdziałami, zdolna była do przenikania na tyły przeciwnika, zmuszania go do opuszczenia zajmowanych pozycji i odwrotu, a w razie potrzeby do prowadzenia obserwacji (rozpoznania), urządzania zasadzek, odcinania linii komunikacyjnych, naprowadzania własnej artylerii i lotnictwa.

(...)

Mobilne pododdziały były niewielkie, czasami kilkunastoosobowe, rozproszone w terenie, obserwowane niezależnie, sprawiały wrażenie grup rozpoznawczo-dywersyjnych, a nie większych sił nieprzyjaciela. Tymczasem na jednym odcinku frontu operowało niezależnie kilka, czy nawet więcej, grup rozpoznawczo-dywersyjnych (mobilnych). Nie jest przypadkiem, że strona ormiańska wielokrotnie wspominała o aktywności grup rozpoznawczo-dywersyjnych przeciwnika. Z pewnością chodziło o zbagatelizowanie sukcesów strony przeciwnej i sugerowanie, że tak głębokie włamania w linie obronną wykonują jedynie niewielkie pododdziały sił specjalnych, podczas gdy siły główne nie mogą przełamać ormiańskich pozycji obronnych.

Z drugiej jednak strony pokazuje to na taktykę azerską, z masowym użyciem niedużych, mobilnych pododdziałów lekkiej piechoty. Pododdziały te były wszędzie, infiltrowały pozycje npla, a Ormianie mieli duże problemy z ich wykryciem, zwłaszcza w nocy. W terenie niezamieszkałym, lesisto-górskim, bez technicznych środków rozpoznania, było to praktycznie niemożliwe, stąd w materiałach narracyjnych przewijają się frazy, iż mimo tego, że azerscy komandosi byli blisko npla, pozostawali niewykryci. Oczywiście niektóre grupy taktyczne udało się Ormianom wykryć, a nawet zneutralizować, np. stosując zasadzkę, lub naprowadzając ogień moździerzy, ale zasadniczo inne pododdziały przenikały już wówczas na flanki i tyły obrony, a następnie, wychodząc w przestrzeń operacyjną na głębokich tyłach wroga, same przechodziły do działań ofensywnych – jak wspomniano stosowały zasadzki, np. na liniach komunikacyjnych (Hadrut, Szusza), naprowadzały ogień własnej artylerii, podświetlały cele dla amunicji precyzyjnej, opanowywały ważne obiekty (miejscowości, przewyższenia, szlaki komunikacyjne), odcinały zaopatrzenie, obchodziły pozycje umocnione itd.

Zajęcie otaczających miasto przewyższeń i kontrola sieci drogowej (w efekcie odcięcie linii zaopatrzenia) zmuszała przeciwnika do odwrotu bez długotrwałych walk (np. Tałysz, Hadrut). Infiltracja linii frontu nie kończyła się płytkim obejściem pozycji nieprzyjaciela w skali taktycznej, ale wnikaniem głęboko w pozycje przeciwnika, nawet w skali operacyjnej.

defence24.pl

Ostatnia wojna karabaska istotnie zmieniła też kontekst, w jakim konflikt i cały Kaukaz Południowy funkcjonują. Pod znakiem zapytania stanęły podstawowe mechanizmy regulujące kwestie bezpieczeństwa regionalnego, jak też rola, jaką w regionie odgrywają państwa sąsiednie, przede wszystkim Turcja, ale również Iran.

Przed 2020 r. nieformalnym pewnikiem była dominacja Rosji w sferze bezpieczeństwa regionalnego. Nawet jeżeli Moskwa nie była w stanie narzucić swojej woli, to była zdolna i gotowa zablokować działania sprzeczne z jej interesem (np. próbę odzyskania przez Gruzję kontroli nad Osetią Południową w 2008 r.). W odniesieniu do konfliktu karabaskiego dominację tę wzmacniały: sojusz militarny z Armenią; obecność wojskowa w tym kraju; wpływanie na układ sił pomiędzy Armenią a Azerbejdżanem poprzez dostawy uzbrojenia do obu krajów; wreszcie efektywne instrumenty nacisku na lokalne elity i społeczeństwa (m.in. poprzez mieszkające w Rosji diaspory czy potencjał soft power). Ponadto Rosja występowała jako mediator (jako współprzewodniczący Grupy Mińskiej OBWE, ale też w formacie trójstronnym). Istotnym elementem pozwalającym zachować równowagę regionalną pozostawał Zachód, w różnym stopniu obecny w poszczególnych krajach, ale też efektywnie kształtujący cały region i tonujący napięcia o charakterze militarnym, wreszcie zaangażowany w karabaski proces pokojowy (m.in. w ramach Grupy Mińskiej). Tymczasem wojna – tocząca się przez dłuższy czas przy bierności Rosji – udowadniała wolę i zdolność Azerbejdżanu do militarnej zmiany układu sił, przy ignorowaniu przyjętych mechanizmów, uderzyła także w autorytet Moskwy jako „gwaranta” stabilności i sojusznika Armenii. Fundamentalnym czynnikiem zmiany wydaje się jednak ujawnienie pozycji i ambicji tureckich. Turcja od 30 lat wypracowała sieć intensywnych powiązań z Azerbejdżanem, i to one, wraz z bezpośrednim wsparciem politycznym i militarnym (co najmniej na poziomie sprzętu i doradców), pozwoliły Baku podjąć ryzyko relatywnie długiej kampanii i ją wygrać. Tym samym i wojna z 2020 r., i rok mijający od jej zakończenia w istotnym stopniu odzwierciedlają nowy etap w historii konfliktu karabaskiego i całego regionu, w którym rywalizacja rosyjsko-turecka odgrywa kluczową rolę.

Na obecnym etapie rozgrywki bardziej skuteczna wydaje się Rosja. Choć weszła w konflikt z opóźnieniem, to ona (bez formalnego udziału Turcji) narzuciła warunki zawieszenia broni i jest ich głównym gwarantem. Dzięki wojnie uwieńczyła sukcesem wieloletnie wysiłki na rzecz wprowadzenia sił pokojowych do Karabachu, znacząco zwiększyła kontrolę nad polityką bezpieczeństwa Armenii (niemal ubezwłasnowolniając ją w wymiarze strategicznym), uznała wreszcie wzrost znaczenia Azerbejdżanu, akceptując jego zdobycze. Jednocześnie zmarginalizowała rolę Turcji w procesie politycznym, nie antagonizując jej otwarcie, oraz wzmocniła swoją pozycję wobec Zachodu. W logice minionych 30 lat obecna sytuacja powinna zostać uznana za wzmocnienie pozycji Rosji w regionie i potwierdzenie postępującej od dekad korekty sił w konflikcie karabaskim na korzyść Azerbejdżanu. W tej perspektywie także słabość podstaw obecnego zawieszenia broni – tj. Oświadczenie, z terminem co najmniej cztery i pół roku, w którym można byłoby wypowiedzieć prawo do obecności sił rozjemczych – stawałaby się atutem dla Moskwy, zdolnej regulować dynamikę i granice procesów regionalnych wedle własnych potrzeb.

Doraźna stabilność, w tym relatywne sukcesy Rosji w zarządzaniu sytuacją, nie przesądzają jednak ani o jej sukcesie strategicznym, ani o skutecznej obronie (a tym bardziej wzmocnieniu) jej autorytetu na Kaukazie w dłuższej perspektywie, ani o trwałym powstrzymaniu ambicji tureckich. Faktem jest, że dziś polityczne efekty tureckiego zaangażowania i kalkulacji Ankary są ograniczone: Turcja nie miała żadnego wpływu na wypracowanie Oświadczenia kończącego walki, mandat tureckich sił w rejonie konfliktu jest ograniczony (do centrum obserwacyjnego), wreszcie nie doszło do udrożnienia nowych szlaków komunikacyjnych między Turcją a Azerbejdżanem. Ponadto Turcja nie wzmocniła swojej obecności w istniejących formatach pokojowych, jak też niepodjęta została turecka propozycja nowego formatu regionalnego (3+3, tj. państwa Kaukazu, Turcja, Rosja i Iran). Z drugiej jednak strony wojna urealniła i wydatnie wzmocniła często niedoceniany potencjał współpracy azerbejdżańsko-tureckiej na poziomie politycznym, instytucjonalnym, wojskowym oraz siłę związków i oddziaływania Turcji na elity i społeczeństwo Azerbejdżanu (młodsze pokolenia orientują się na Turcję, nie na Rosję). Symbolicznym potwierdzeniem tych procesów był udział prezydenta Recepa Tayyipa Erdogana w roli współgospodarza w paradzie zwycięstwa 10 grudnia 2020 r. w Baku (Azerbejdżan stara się, aby jego relacje z Ankarą miały charakter partnerski i nie kojarzyły się z figurą „młodszego brata”).

Przy pozornie satysfakcjonującym zawieszeniu broni w Karabachu zwiększa się obecność wojskowa Turcji w Azerbejdżanie, zarówno w postaci trudnej do uchwycenia obecności doradców czy całych jednostek wojskowych/baz, jak i spektakularnych manewrów z udziałem sił tureckich na Morzu Kaspijskim, wspólnych manewrów turecko-pakistańsko-azerbejdżańskich czy turecko-azerbejdżańsko-gruzińskich. Mało wymierne, ale potencjalnie kluczowe pozostają mentalne aspekty tureckiego zaangażowania wokół Karabachu: Turcja jako pierwsze państwo spoza byłego ZSRR przejęła inicjatywę w konflikcie regionalnym, który zakończył się (ograniczonym) sukcesem i wydatnie wzmocnił autorytet Turcji w regionie, a szerzej – w turkofońskim i muzułmańskim otoczeniu Kaukazu. Należy przyjąć, że podstawy tureckiej obecności w regionie i procesy stymulowane przez Ankarę nie tylko nie zdezaktualizowały się i nie osłabły, ale wręcz zostały wzmocnione. Wypracowany 9–10 listopada stan zawieszenia w najmniejszym stopniu Ankary nie zadowala, a pozycja Rosji ambicji tureckich nie przekreśla (wpisując się w długą listę konfliktów rosyjsko-tureckich w Syrii, Libii, na Morzu Czarnym i in. skądinąd przeplatanych efektywną współpracą obu państw).

Skala niepewności co do dynamiki i kierunków rozwoju relacji rosyjsko-tureckich na Kaukazie jest potęgowana znaczącą redukcją czynnika zachodniego w regionie. W trakcie konfliktu oraz na wszystkich etapach sytuacji pokonfliktowej ani UE, ani USA nie odegrały istotnej roli. Oznacza to, że pomimo dorobku, potencjału, autorytetu, bogatego instrumentarium itp. Zachód (zarówno UE, jak też USA) okazał się niezdolny, lub niechętny, do zapanowania nad sytuacją. Przestał też być – przynajmniej na obecnym etapie – istotnym punktem odniesienia – poprzez utratę możliwości zablokowania niekorzystnej ze swojego punktu widzenia rewizji porządku w swoim sąsiedztwie. Z drugiej strony miarą zmian, które zaszły w regionie, i obaw o ich dalszy kierunek jest postawa Iranu. Po pierwsze zagrożony został jedyny strategiczny szlak komunikacyjny biegnący z tego kraju na północ (przez Armenię) – naciski Azerbejdżanu i Turcji na „korytarz” potęgują zaś groźbę izolacji Iranu od Armenii. Po drugie zacieśnienie współpracy Azerbejdżanu (z którym stosunki Iranu są tradycyjnie złe) i Turcji (z którą Iran tradycyjnie i wymiernie – np. w Syrii – rywalizuje), dodatkowo przy udziale Pakistanu, tworzy strategiczne zagrożenie dla Teheranu, zarówno poprzez jego możliwą izolację, jak też potencjał destabilizacji irańskiej północy, zamieszkałej przez azerbejdżańską mniejszość. Fakt ścisłej współpracy wojskowej Azerbejdżanu i Izraela tylko potęguje obawy Teheranu. W tej perspektywie Iran staje się zarówno przedmiotem, jak też potencjalnym podmiotem eskalacji sytuacji na Kaukazie Południowym.

osw.waw.pl

Teza: Merkel była orędowniczką liberalnych ideałów w obliczu autorytaryzmu, stawiając czoła autokratycznym przywódcom od Putina po chińskiego prezydenta Xi Jinpinga.

Rzeczywistość: Merkel opakowała swoją politykę zagraniczną w mglistą retorykę o prawach człowieka, ale na co dzień jej podejście przez 16 lat opierało się na prostej maksymie: Niemcy przede wszystkim.

Jeśli chodzi o Rosję, często chwali się ją za poparcie sankcji nałożonych przez społeczność międzynarodową w związku z inwazją Moskwy na Ukrainę. W rzeczywistości była spóźnioną nawróconą, opierającą się wcześniej intensywnym naciskom ze strony administracji Obamy.

Choć Berlin był zaniepokojony intencjami Putina na Ukrainie, Merkel obawiała się też, że sankcje nie będą miały większego wpływu na jego zachowanie, a jednocześnie będą kosztować niemiecki biznes miliardy i jeszcze silniej sprowokują Moskwę.

Tym, co w końcu zmieniło jej zdanie, było zestrzelenie malezyjskiego samolotu MH-17, w którym zginęło prawie 300 osób. Zachodnie mocarstwa uważały, że za atak odpowiedzialna jest Rosja, a społeczność międzynarodowa musi znaleźć zdecydowaną odpowiedź.

Ale nawet gdy pozwoliła na wprowadzenie sankcji, Merkel zgodziła się na kontynuację innej ważnej rosyjskiej inicjatywy – kontrowersyjnego gazociągu Nord Stream 2. Podmorskie połączenie między Rosją a Niemcami, które według krytyków ma pozwolić Moskwie na ominięcie istniejących tras przez Ukrainę i pozbawić ten kraj lukratywnych opłat tranzytowych, zostało ukończone jesienią tego roku.

Podejście Merkel do Chin było podobne. Nawet gdy krytykowała postępowanie rządu wobec protestujących przeciwko ograniczaniu demokracji w Hongkongu i prześladowanie przez władze chińskie mniejszości muzułmańskiej, nigdy nie pozwoliła, by prawa człowieka wpłynęły negatywnie na relacje biznesowe. W okresie swojego urzędowania odwiedziła kraj, który jest największym partnerem handlowym Niemiec, kilkanaście razy.

Nie inaczej było bliżej domu. W obliczu pogrążania się Węgier w autorytaryzmie pod rządami Orbána, Merkel stanowczo odmawiała wyrażania gróźb, a tym bardziej stosowania jakiejkolwiek presji ekonomicznej, pomimo uzależnienia Węgier od niemieckiego handlu i inwestycji. To samo dotyczyło Polski.

Podsumowując: Merkel mówiła twardo o prawach człowieka i ideałach demokratycznych, ale kiedy przychodziło co do czego, robiła to, co było najlepsze dla niemieckiego biznesu.

onet.pl

Ciekawym przyczynkiem do tej obserwacji może być niezwykle aktywna działalność Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej w krajach i przestrzeniach, w których dotąd – przynajmniej nie w takim stopniu – nie działała. Ostatnim przykładem są działania patriarchatu moskiewskiego na terenie Afryki, która tradycyjnie pozostaje pod jurysdykcją prawosławnego patriarchatu Aleksandrii. Teraz część duchownych tego starszego od moskiewskiego patriarchatu przeszła pod jurysdykcję Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej, a Moskwa utworzyła dla nich specjalny egzarchat patriarchalny Afryki. Powodem ma być fakt, że patriarcha Aleksandrii Teodor przyjął decyzję patriarchatu Konstantynopola o uznaniu kanoniczności i autokefalii Ukraińskiej Cerkwi Prawosławnej. 102 duchownych z ośmiu krajów Afryki decyzję tę odrzuciło i miało zwrócić się do Moskwy o przyjęcie ich w jej jurysdykcję. Patriarchat moskiewski nie tylko to zrobił, ale także ustanowił na terenie należącym do innego patriarchatu własne struktury. Ich głową (czyli egzarchą Afryki) został mianowany arcybiskup erywański i armeński Leonid. Nowy egzarcha ma nadal pozostać na stanowisku w Erywaniu, ale podjęto decyzję o odwołaniu go z funkcji zastępcy przewodniczącego Departamentu Stosunków Zewnętrznych Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej.

Cerkiew ta przekonuje, że decyzja nie oznacza „wtargnięcia" na teren kanoniczny innego patriarchatu. – Nie mówimy o jakiejś inwazji, nie mówimy o tym, że chcieliśmy osłabić patriarchat aleksandryjski. Chodzi tylko o to, by dać szansę tym prawosławnym, zarówno rosyjskojęzycznym, jak i mówiącym w językach afrykańskich, tak białym, jak i czarnym, wszystkim tym, którzy nie chcą być kojarzeni ze schizmą, na wspólnotę z kanonicznym Kościołem prawosławnym i możliwość przystępowania do komunii św. i innych sakramentów od księży kanonicznych – mówił metropolita Hilarion, drugi hierarcha w Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej.

rp.pl

– Jedynym dziś niezależnym dużym ośrodkiem, który bada opinię publiczną, również w zakresie polityki, jest Centrum Lewady. Wszystkie pozostałe, czy to FOM, czy WICOM, są zależne od państwa i nie prezentują w pełni wiarygodnych danych – mówi mi rosyjska politolożka, a w przeszłości analityczka Centrum Lewady, Tatiana Worożejkina.

Badaczka podkreśla, że choć nie podważa profesjonalizmu analityków Lewady, to jej zdaniem kreślony przez nich portret Rosjan też nie jest w pełni wiarygodny. Sama w swojej pracy praktycznie nie sięga po badania opinii publicznej. – W kraju autorytarnym trudno stosować metodologię badań wypracowaną w krajach demokratycznych. Czy jest w ogóle możliwe wymyślenie metodologii odpowiedniej dla takich państw jak Rosja? Nie wiem – mówi Worożejkina.

Badając polityczne poglądy swoich rodaków, rosyjscy socjolodzy mierzą się z szeregiem wyzwań. Problematyczna jest dla nich na przykład funkcjonująca od 2012 r. ustawa o obcych agentach. Centrum Lewady zostało za takiego uznane i jego analitycy teoretycznie przed każdym wywiadem muszą informować swojego rozmówcę, że zwraca się doń właśnie „obcy agent”. W uszach Rosjan brzmi to jak najgorzej i jeśli rzeczywiście ten przepis jest stosowany, nie pozostaje bez wpływu na rezultaty badań.

Na inny aspekt problemu zwraca uwagę dr Kuba Benedyczak z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych. – Mam poczucie, że pytania nie tylko prorządowego WCIOM, ale i Lewady są tak skonstruowane, by zasugerować odpowiedź zgodną z sympatiami danego ośrodka. Z prac analityków Lewady można wyczytać ich prodemokratyczną, opozycyjną orientację. Nie jest tajemnicą, jakie poglądy ma dyrektor ośrodka, Lew Gudkow, choć jednocześnie Lewada tonuje nastroje, podkreśla, że żadnej rewolucji w Rosji prędko nie będzie – mówi Benedyczak.

Pytam go, dlaczego Kreml nie zamknie Centrum Lewady, tak jak Łukaszenka zmusił już parę lat temu ostatni niezależny ośrodek badawczy, NISEPI, do emigracji. – Putin pozwala na istnienie wewnątrzsystemowych krytyków – „Kommersanta”, Echa Moskwy czy Centrum Lewady – i to go odróżnia od satrapów spod znaku Janukowycza czy Łukaszenki. W systemie Putina, jeśli na przykład chcesz od rana do wieczora pluć na Kreml, to możesz się udać do Echa Moskwy. To kanalizuje buntownicze nastroje niektórych grup społecznych – mówi analityk.

Dodaje, że śledztwo portalu Meduza.io wykazało, że w Federalnej Służbie Ochrony istnieje wydział, który odpowiada za przygotowywanie dla prezydenta Rosji obiektywnych badań opinii społecznej. – Reżim Putina udowodnił w ciągu ostatnich 20 lat, że wsłuchuje się w nastroje społeczne i tam, gdzie może, odpowiada na nie – tłumaczy Benedyczak.

Do polskich mediów regularnie przebijają się wyniki badań popularności Putina. Z zapartym tchem komentuje się u nas wskaźniki jego poparcia, a w uwagach tych często pobrzmiewa nuta osłupienia znana z lektury Księgi rekordów Guinnessa.

Rosyjski satyryk i pisarz Wiktor Szenderowicz ostrzega jednak, aby podchodzić do tych danych ostrożnie. Mówił kiedyś w wywiadzie dla „Nowej Europy Wschodniej”: „Zaczepia mnie policjant, życzliwie, zagaja i w końcu mówi: »Bandyckie państwo!«. Spytałem go, czy będzie do mnie strzelać, jeśli dostanie taki rozkaz. A on odpowiedział: »Jeszcze się zastanowię, w którą stronę będę strzelać«. Ten policjant w statystyce też ujęty jest jako zwolennik Kremla. Drodzy – to nie tak, że wszyscy w Rosji są za Putinem. W Rumunii wszyscy byli za Nicolae Ceauescu – dwa dni, zanim go rozstrzelali”.

Przypomniałem sobie o tej wypowiedzi Szenderowicza, gdy natrafiłem na badanie Lewady sprzed paru lat wykazujące, że przeszło co czwarty Rosjanin, „obawiając się negatywnych konsekwencji”, odmawia rozmowy z ankieterami. Dane, którymi dysponujemy, opierają się więc jedynie na opiniach osób, które zdecydowały się na rozmowę, co przy tak wysokim odsetku odmów istotnie odbija się na rezultatach. Przykładowo w lutym 2021 r. Centrum Lewada spytało Rosjan: „Czy waszym zdaniem ludzie mówią dziś szczerze, jaki jest ich stosunek do władzy i do Władimira Putina, czy też kryją to, co tak naprawdę uważają?”. 42% uważa, że Rosjanie mówią szczerze, 30% – że kłamią, a 25% uznało, że „połowa mówi prawdę, a połowa kłamie”. To ciekawe dane, choć też nasuwa się tutaj paradoks kłamcy: wszak jeśli kłamca informuje, że kłamie, to czy mówi prawdę? – Badania Kiryła Rogowa pokazują, że stronnicy Putina chętnie biorą udział w sondażach, a jego przeciwnicy często w ogóle odmawiają udzielenia odpowiedzi, więc w rezultacie są niedoreprezentowani – mówi mi Worożejkina. – To odbija się na wynikach. Moi koledzy z Centrum Lewady, których profesjonalizmu nie podważam, twierdzą, że rezultaty ich badań pokrywają się z wynikami grup fokusowych. Mnie to jednak nie przekonuje. Na przykład: jeśli w danej grupie jest 10 osób, z czego 8 popiera Putina, to pozostała dwójka szybko orientuje się w sytuacji i zaczyna milczeć.

new.org.pl

Historycy i sowietolodzy od początku różnili się w ocenie wyników radzieckiej industrializacji: szacunki dotyczące stopy wzrostu gospodarki ZSRR w tamtym czasie są bardzo rozbieżne. Nikt jednak nie ma wątpliwości, że wzrost był faktem. Cel został osiągnięty. W latach trzydziestych ZSRR stał się przemysłową potęgą.

Transformacja radzieckiego społeczeństwa z rolniczego w przemysłowe wyglądała też inaczej, niż wyobrażali to sobie radzieccy utopiści z lat dwudziestych. Jeszcze w 1929 roku, na progu pierwszej pięciolatki, ekonomista i wysoki urzędnik Gospłanu L. M. Sabszowicz wydał broszurkę pod tytułem ZSRR za dziesięć lat: była wydana w wielkim nakładzie i przełożona na obce języki. Związek Radziecki w 1939 roku miał być krajem, w którym „materialna i społeczna baza socjalizmu” została zbudowana: bez prywatnej własności, bez klas, bez wielkich miast, a nawet bez kataklizmów przyrodniczych. Przemysł i ludność miały być równomiernie rozmieszczone na przestrzeni ogromnego kraju w aglomeracjach liczących 50-75 tysięcy mieszkańców, które autor uważał za optymalne do życia ze względów zdrowotnych i społecznych. W tej wizji nie było już wsi w ogóle, a „mentalność chłopska” została wyeliminowana. Kołchozy i sowchozy miały otaczać rolnicze miasta, a wspólne życie w komunach zastąpiłoby prywatne gospodarstwa domowe, tę „plagę, która deformuje życia dorosłych i dzieci”. Kobiety zostałyby wyzwolone dzięki komunie z obowiązków rodzinnych i niewoli domowego życia. Wszyscy mieli mieszkać w ogromnych domach-hotelach, zautomatyzowanych sypialniach mieszczących 1,4-2 tysięcy osób każda (dzieci oddzielone od rodziców i wychowywane kolektywnie). Tydzień roboczy zostałby skrócony do trzech dni.

W 1939 roku o tych wizjach nikt już nie pamiętał. Kraj był biedny, chłodny i głodny. Pracowano bardzo często na okrągło – bez dnia odpoczynku. Zamiast utopii zbudowano Dnieprostroj i Magnitogorsk. Liczby dają słabe wyobrażenie o skali tej przemiany, ale wypada je tu przytoczyć. Pomiędzy 1928 i 1937 rokiem produkcja przemysłowa rosła rocznie o 11 procent. Udział rolnictwa w PKB spadł z 49 do 29 procent. Aż co piąty mieszkaniec ZSRR przeniósł się z pracy na roli do pracy w przemyśle, co było jedną z największych migracji do miast w historii świata. Udział konsumpcji w PKB spadł z 80 do 53 procent; udział inwestycji się podwoił – z 13 do 26 procent. Przez te dziesięć lat ceny towarów konsumpcyjnych wzrosły siedmiokrotnie: ceny skupu produktów rolnych – o 539 procent. Według współczesnych szacunków (a nie zawyżonych danych radzieckich) wzrost PKB w latach 1928-1955 wynosił średnio 5,2 procent rocznie; jeżeli uwzględnimy załamanie produkcji wywołane wojną, z którego gospodarka ZSRR pod – niosła się dopiero pod koniec lat czterdziestych, należy oszacować go jeszcze wyżej. W ciągu dwóch pierwszych pięciolatek radziecki PKB się podwoił.

Nie ma wątpliwości, że w pierwszych latach planu pięcioletniego – przynajmniej do 1932 roku – poziom życia wyraźnie się obniżył. Nie brakuje jednak specjalistów, którzy sądzą, że spożycie minimalnie wzrosło w ciągu pierwszych dwóch pięciolatek. Wówczas Feldman miałby rację – był możliwy równoległy skok inwestycji i konsumpcji, chociaż przewidziany przez niego raptowny wzrost dobrobytu w późniejszych fazach Wielkiego Skoku ziścił się późno i w najlepszym razie połowicznie w czasach Chruszczowa, które były złotym okresem gospodarki radzieckiej. Specjaliści prowadzą długą i bardzo techniczną debatę nad poziomem cen oficjalnych i czarnorynkowych, zarobków i wartością kaloryczną żywności przypadającej na głowę jednego radzieckiego obywatela. Kwestia cały czas pozostaje otwarta. Niezależnie jednak od statystycznych dyskusji, zarówno Rosjanie, jak i obcokrajowcy, wspominają lata trzydzieste w ZSRR jako czas powszechnej nędzy.

Adam Leszczyński - Skok w nowoczesność