wtorek, 22 lutego 2022


Poniedziałkowe posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Rosji odbyło się w ogromnej sali kolumnowej na Kremlu. Władimir Putin siedział przy biurku, na którym miał rozłożonych kilka kartek z notatkami. Państwowi urzędnicy z kolei zajęli miejsca w znacznej odległości od prezydenta i — co wyraźnie widać było na ich twarzach — nieco zmieszani oczekiwali na rozwój zdarzeń.

I choć rosyjska propaganda przekonuje, że celem spotkania było zasięgnięcie przez Władimira Putina opinii na temat przyszłości Donieckiej i Ługańskiej Republiki Ludowej, to wiele wskazuje na to, że posiedzenie było tak naprawdę dokładnie wyreżyserowanym i nagranym wcześniej spektaklem, który miał pokazać siłę prezydenta Rosji. Świadczą o tym wpadki, którymi teraz żyje internet.

Już kilka godzin po zakończeniu posiedzenia rady (lub emisji nagrania) Władimir Putin wygłosił orędzie do obywateli. Uznał niepodległość Donieckiej i Ługańskiej Republiki Ludowej powołanych przez prorosyjskich separatystów. Równocześnie mówił w orędziu, że wiele krajów Europy Wschodniej wniosło do NATO kompleksy związane z "rosyjskim zagrożeniem".

Do jednego z najbardziej kuriozalnych zdarzeń podczas spotkania rady doszło, gdy głos zabrał Siergiej Naryszkin, szef Służby Wywiadu Zagranicznego Federacji Rosyjskiej. To o dwa lata starszy od Władimira Putina wysoki rangą urzędnik, który od lat robi karierę na Kremlu.

Putin, siedząc za biurkiem niczym nauczyciel wywołujący uczniów do tablicy, wsłuchiwał się, co mają do powiedzenia jego urzędnicy. Gdy głos zabrał Naryszkin kamery uchwyciły Putina, który z niedowierzaniem słucha tego, co do powiedzenia ma jego urzędnik.

Zniecierpliwiony rosyjski prezydent w pewnym momencie stanowczo zapytał Naryszkina, czy ten popiera wniosek Dumy Państwowej o uznanie niepodległości dwóch separatystycznych republik, które chcą oderwać się od Ukrainy. "Mówcie wprost" — zachęcał Putin. Urzędnik był wyraźnie zmieszany i jąkając się, wyznał, że "poprze" ten wniosek. Putin dopytywał, czy Naryszkin "poprze, czy popiera" ten wniosek.

Wtedy właśnie urzędnik wypowiedział zdanie, które cześć ekspertów uznaje za zwykłą pomyłkę, ale dla innych była to chwila szczerości Naryszkina. "Popieram propozycję wstąpienia Donieckiej i Ługańskiej Republiki Ludowej w skład Federacji Rosyjskiej" — powiedział Naryszkin.

Putin zganił go, mówiąc, że "nie o tym rozmawiamy". "Rozmawiamy o uznaniu ich niepodległości" — powiedział Putin, a gdy wreszcie urzędnik uznał, że poprze wniosek, prezydent Rosji odrzekł: "bardzo dobrze, siadajcie".

Ukraińska prasa analizująca poniedziałkowe wydarzenia na Kremlu przekonuje, że tak naprawdę całe to wydarzenie było nagrane wcześniej, a nie transmitowane na żywo. Na dowód tego internauci publikują zbliżenia na zegarki ministrów uczestniczących w spotkaniu.

Okazuje się, że na zegarku szefa rosyjskiego resortu obrony dwa razy widać różne godziny. Raz internauci dostrzegli wskazówki pokazujące 12.50, a drugi raz 13.40. Natomiast zegarek mera Moskwy Siergieja Sobianina pokazywał godzinę 12.10.

onet.pl

Dlatego wizja Ukrainy jaką przedstawił Putin w swoim orędziu była schizofreniczna, a samo wystąpienie chaotyczne i desperackie, z kuriozalnym wykładem pseudohistorycznym. Putin zaczął orędzie od podkreślenia braterskich więzów łączących Ukrainę i Rosję by następnie wylać na nią kubeł pomyj. Określenie „Ukraina im. Lenina" jest szokujące i tak naprawdę stanowi sugestię, że Ukraińcy nie byliby w ogóle narodem gdyby nie Lenin. Kuriozalne było również to, że choć Putin zastrzegł, że nie oskarża Lenina to de facto zarzucił mu, że ten stworzył podwaliny pod nacjonalizmy w państwie sowieckim, wymyślił konfederacyjny format ZSRR upodmiotowiając republiki związkowe, w tym w szczególności Ukrainę, a także podarował jej rdzenne ziemie rosyjskie. Oczywiście, ostatecznym winnym musiał być zewnętrzny wróg, który poprzez presję wywieraną na bolszewików zmusił ich do koncesji na rzecz narodów związkowych. To oczywiście czysty bełkot, a po takim przemówieniu „rosyjscy patrioci" powinni wyciągnąć zwłoki Lenina z mauzoleum na Placu Czerwonym, odbyć na Łobnym Miestie sąd nad nieboszczykiem, a następnie go powiesić, poćwiartować, spalić i wystrzelić prochy z armat tak jak to Moskwiczanie zrobili z carem Dymitrem w 1606 r. W końcu, w przeciwieństwie do Lenina, Dymitr żadnych rosyjskich ziem nikomu nie podarował.

Nowsza „historia Ukrainy według Putina" była jeszcze bardziej dla niej obraźliwa (zresztą wiele zarzutów nie odnosiło się tylko do Ukrainy ale całej „niewdzięcznej" przestrzeni poradzieckiej). Obecną swoją państwowość, według Putina, Ukraina zawdzięcza nie narodowym aspiracjom Ukraińców ale spiskowi w najwyższych kręgach przywództwa sowieckiego w końcu lat 80-tych. Później było już tylko coraz gorzej: oligarchowie, korupcja, wykorzystywanie rosyjskiej pomocy i okazywanie jej niewdzięczności, no i oczywiście szalejący nacjonaliści. Wreszcie nastąpił „krwawy przewrót" w 2014 r., który wyniósł do władzy „neonazistów", prześladujących Rosjan, nakręcających rusofobię. Nie ma co ukrywać, ze Ukraina nie jest państwem idealnym jeśli chodzi o stosunki polityczne czy gospodarcze, niemniej to samo można powiedzieć również o Rosji. Różnica jest taka, że w Rosji wybory są farsą, w której główny aktor od ponad 20 lat jest ten sam, a na Ukrainie mają one realne znaczenie. Obecne władze Ukrainy mają legitymację pochodzącą z wyborów ale o tym Putin oczywiście nie wspomniał. Za to podkreślał, że Ukraina jakoby nie jest suwerena, lecz idzie na pasku USA i innych państw zachodnich, które z premedytacją ją niszczą. A Rosja nad tym boleje.

Taka narracja rodzi pytanie do kogo była ona skierowana. Raczej nie do Ukraińców, chyba, że Putin już całkowicie stracił kontakt z rzeczywistością. Faktem jest przy tym, że nie wyglądał w czasie tego przemówienia na zupełnie zrównoważonego, niemniej to nie oznacza, że jest całkiem szalony. O jego nienajlepszej kondycji świadczy również marna jakość scenariusza widowiska, którego zwieńczeniem było to orędzie i ceremonia. Rzekome wtargnięcie dwóch ukraińskich „grup dywersyjnych" na terytorium Rosji, choć okrzyknięte „aktem agresji" przez rosyjską propagandę, budziło zdziwienie nawet u kremlowskich propagandystów, a w świetle podawanych przez USA informacji o planowanych operacjach „fałszywej flagi" było jak zmoknięty kapiszon, a nie poważna eksplozja. Kabaretowy wymiar miała z kolei „narada", w której wyraźnie znudzony Putin wysłuchiwał „rad" kolejnych oficjeli zgodnie deklarujących, że należy uznać ŁNR i DNR. Ożywił się jedynie gdy szef Służby Wywiadu Zagranicznego Siergiej Naryszkin najwyraźniej miał problem z pojęciem swojej roli i najpierw zaczął mówić o dalszych negocjacjach, a później ofukany przez Putina całkowicie się pogubił i poparł „przyłączenie Doniecka i Ługańska do Rosji". 

Po tym teatrze Putin ogłosił, ze musi to przemyśleć, co było już całkowitą farsą. Można jednak przypuszczać, że cały ten teatr, histeryczne orędzie, w trakcie którego rosyjski przywódca wzdychał, sapał i kasłał, a także równolegle nadawana w rosyjskich mediach kuriozalna propaganda, miały dwóch adresatów: zachodnich przywódców oraz rosyjskie społeczeństwo. Jeżeli chodzi o tych pierwszych to była to ostatnia, desperacka próba zastraszenia Zachodu i skłonienia go do ustępstw. Temu służyło oskarżanie Ukrainy o to, że zamierza ponownie dysponować bronią nuklearną, wywołać III wojnę światową (w domyśle nuklearną) i sprowadza islamskich terrorystów jako sojuszników (wątek zasygnalizowany i nie rozwinięty). Interesujące jest przy tym to, że w jednym orędziu Putin oskarżył Ukrainę o to, że próbuje wciągnąć Zachód do III wojny światowej i jednocześnie oskarżył Zachód o pchanie Ukrainy do wojny z Rosją, a nawet uderzenia atomowego Ukrainy na Rosję. Ten drugi przekaz był jednak już kierowany do rosyjskiej opinii publicznej. Do niej kierowana była również cała narracja zohydzająca Ukrainę oraz demonizująca NATO i rzekome plany Zachodu zniszczenia Rosji.

defence24.pl

– Osobiście, zawsze uważałem Nord Stream 2 za realny i dobry projekt. Amerykański sceptycyzm nie jest niczym nowym. Już w latach 60 XX. sprzeciwiali się i tymczasowo sankcjonowali niemiecko-rosyjskie projekty energetyczne. Obecny sekretarz stanu USA Anthony Blinken napisał nawet w 1987 roku książkę o kryzysie w relacjach USA-Niemcy w kontekście „syberyjskich rurociągów”. Jestem przekonany, że nikt nie otworzy Nord Stream 2 jeżeli Rosjanie zdecydują się najechać na Ukrainę. Z drugiej strony, jeżeli do tego nie dojdzie to głupio byłoby nadal blokować ten projekt. Jeżeli amerykanie chcieliby tego, musieliby zaproponować coś w zamian. Jestem pewny, że oni patrzą w ten sam sposób – ocenia Gabriel.

Były minister gospodarki ocenia również decyzję o oddaniu we władanie Gazpromu największych magazynów gazu w Niemczech – Teraz łatwo tę decyzje krytykować, ale wtedy były inne czasy. Głęboko wierzyłem w liberalizację rynku gazu. Ostatnie dziesięciolecia charakteryzowały się liberalizacją i odpolitycznieniem wielu sektorów życia. W efekcie, jeśli chodzi o dostawy gazu, skupiliśmy się wyłącznie na cenie. W końcu celem liberalizacji rynku energii w Europie było zapewnienie bezpieczeństwa dostaw przez samych uczestników rynku, bo to skutkowało znacznie niższymi kosztami. A uczestnicy rynku wybrali najtańsze źródło energii: rosyjski gaz z gazociągów. Po prostu myśleliśmy, że po upadku żelaznej kurtyny „dywidenda pokoju” będzie możliwa do osiągnięcia także w polityce energetycznej. Nikt nie sądził, że tak zmieni się sytuacja geopolityczna – konkluduje były wicekanclerz.

biznesalert.pl

Historia liberalizacji rynku gazu w Unii Europejskiej rozpoczęła się w 1998 roku, czyli 24 lata temu, kiedy Komisja Europejska i Parlament Europejski przyjęły dyrektywę o wspólnych zasadach wewnętrznego rynku gazu. Podstawowe założenie to wolność wyboru pozwalająca gospodarstwom domowym oraz biznesowi zmieniać dostawcę w zależności od oferty, podobnie jak dzieje się obecnie powszechnie np. w sieciach komórkowych. Jeżeli abonament przestaje się komuś podobać, przenosi numer do innej sieci. Są określone warunki zakończenia umowy, pakiety stałych usług i promocje. Wszystko to było możliwe dzięki rozwojowi rynku telekomunikacyjnego, między innymi dzięki rozwojowi infrastruktury zwiększającej dostępność usług (przepustowość sieci). Podobny efekt ma przynieść liberalizacja rynku gazu, możliwa także dzięki rozwojowi infrastruktury przesyłowej (przepustowość dostaw).

Śledztwo antymonopolowe Komisji Europejskiej uruchomione w 2006 roku z podejrzeniem działań nierynkowych największych graczy na rynku jak Gazprom, ale także E.on, EDF czy OMV znane ze współpracy z tą rosyjską firmą przy projektach Nord Stream 1 (konsorcjum) oraz Nord Stream 2 (partnerzy finansowi). Śledztwo zakończyło się dopiero w 2019 roku ugodą krytykowaną przez część uczestników rynku, jak PGNiG z Polski czy Naftogaz z Ukrainy. Jednakże Komisja formalnie stwierdziła nadużywanie pozycji dominującej przez rosyjski Gazprom. Rosjanie nadużywali jej poprzez ograniczanie dostępu do infrastruktury, niesprawiedliwe ceny i dzielenie rynków. Bruksela przyznała, że nie ma wpływu na umowy międzyrządowe takie, jak kontrakt jamalski w Polsce. Ustalenia Komisji posłużyły do zaprojektowania trzeciego pakietu energetycznego. To szereg regulacji liberalizujących rynek z 2009 roku: rozdział właścicielski, wolny dostęp stron trzecich i niezależne taryfy. Ma im obecnie podlegać gazociąg Nord Stream 2 zgodnie z dyrektywą gazową Unii Europejskiej. Regulacje te mają chronić klientów przed nadużyciami dostawców. Międzynarodowa Agencja Energii szacuje, że kraje Unii Europejskiej zapłacą w 2021 roku około 30 mld dolarów więcej za gaz niż gdyby trzymały się indeksu ceny ropy naftowej. Jednakże dzięki wzrostowi z 30 procent kontraktów indeksowanych do giełdy w 2010 roku do 80 procent w 2020 roku zagregowały już około 70 mld dolarów oszczędności na tańszym gazie. Nadszedł jednak kryzys gazowy, który zmniejszył nagle atrakcyjność giełd gazu jak TTF i sprawił, że indeks do ceny baryłki w 2021 roku znów stał się tymczasowo atrakcyjny, dając większą przewidywalność, przy wahaniach na parkiecie.

Liberalizacja rynku gazu dała większą elastyczność i niższą cenę w rachunkach gazowych, ale także większą ekspozycję na wahania na giełdzie. Indeks naftowy nie odzwierciedlał faktycznej relacji popytu i podaży w kontraktach. Warunki zależały od pozycji dostawcy, a w przypadku Gazpromu była ona dominująca i według ustaleń Komisji była wykorzystywana do nadużyć. Można podejrzewać, że ten koncern rosyjski ograniczył podaż gazu w Europie w 2021 roku, aby odwrócić ten trend, który długoterminowo działa na jego niekorzyść. To argument za drugim śledztwem antymonopolowym Komisji Europejskiej, która może potwierdzić recydywę i tym razem doprowadzić do bardziej bolesnych konsekwencji dla Rosjan. 

(...)

Recepta na zagrożenie Gazpromu to zwiększenie wydobycia europejskiego gazu, do którego doszło już w Danii i Norwegii, co jest nawiasem mówiąc istotne z punktu widzenia projektu gazociągu Baltic Pipe do Polski, który ma pozwolić na zawarcie bezpiecznego kontraktu długoterminowego poza Rosją. Złoże Tyra w Dani, które miało zostać porzucone ze względu na zaawansowaną transformację energetyczną tego kraju zostało zrewitalizowane. Podobnie Holendrzy wstrzymują się z zamknięciem największego złoża gazu w Europie zwanego Groningen i zwiększają tam wydobycie na wypadek niedoborów. Transformacja powinna się odbywać przy ograniczonym wykorzystaniu gazu jako paliwa przejściowego w celu uniknięcia wzrostu zależności od jego importu z Rosji. Z tego względu tak istotny jest rozwój energetyki jądrowej zmniejszającej rolę gazu w energetyce doby transformacji. Międzynarodowa Agencja Energii szacuje, że zapotrzebowanie na to paliwo osiągnie szczyt w połowie lat dwudziestych tego wieku, by spaść o 20 procent, czyli prawie 90 mld m sześc. do 2040 roku. MAE ostrzega, że należy naciskać także na rozwój wykorzystania pomp ciepła zamiast piecyków gazowych w celu zmniejszenia ekspozycji cen dla gospodarstw domowych na wahania cen gazu. Kolejna recepta to rozwój dostaw gazu skroplonego, między innymi ze Stanów Zjednoczonych. To rozwój rynku giełdowego pozwolił na swobodne zawieranie kontraktów spotowych na dostawy LNG, dzięki którym to źródło pozwala zmniejszać oddziaływanie kryzysu energetycznego na rynek gazu. Odbiorcy tego paliwa rywalizują o kontrakty na dostawy LNG z Azjatami. Długoterminowo jest to narzędzie rynkowe wzmacniania bezpieczeństwa dostaw pozwalające też obniżyć ceny dzięki możliwości wyboru. 

(...)

Nieprzypadkowo właśnie w przełomowym 2022 roku rośnie presja na polski PGNiG, aby podpisał nowy kontrakt jamalski z rosyjskim Gazpromem. Elementy tej presji to fałszywe informacje o „pisowskiej formule” ustalonej w arbitrażu wygranym w 2020 roku oraz wniosek Gazpromu o nowy arbitraż w sprawie cen od listopada 2017 roku złożony w połowie stycznia. To zwyczajowa kontra Rosjan, którzy zawsze odpowiadają na wnioski Polaków o obniżki analogicznym apelem podwyżki, pokazując jak traktują swych partnerów. To nie jest „formuła pisowska” jak sugerują anonimowe wrzutki w Internecie, prędzej europejska, poza tym nie została dostosowana w całości do oczekiwań Polaków i Komisji Europejskiej, a jedynie zbliżona. Rosjanie chcą natomiast przekonać Polaków, że gaz będzie tańszy tylko w nowym kontrakcie, a spot i dostawy spoza Rosji nie są już atrakcyjne. Robią to wbrew faktom przedstawionym powyżej, ale mogą zyskać posłuch. Według informacji BiznesAlert.pl część rządu oraz opozycji skłania się ku podpisaniu nowej umowy długoterminowej z Gazpromem.

Zwycięstwo polskiego PGNiG w Trybunale Arbitrażowym w Sztokholmie było możliwe dzięki regulacjom antymonopolowym. Arbitraż zarządził modyfikację formuły cenowej i zmniejszenie jej zależności od wartości ropy naftowej a zwiększenie od giełdy gazu TTF w Holandii. Wbrew obiegowej opinii nie doszło do zastąpienia formuły naftowej giełdową. To orzeczenie było zgodne z duchem liberalizacji rynku gazu w Unii Europejskiej obecnym od prawie ćwierćwiecza. 

biznesalert.pl

poniedziałek, 21 lutego 2022


Pierwszym, prawdziwym kryzysem był początek pandemii. Gdy dopiero się rozpędzała Jarosław Kaczyński poczęstował wszystkich ideą wyborów kopertowych. Opór materii okazał się tak duży, że pomysł powędrował do kosza wraz z 76 milionami złotych, wydanych na próbę jego realizacji. Co wychodzi bardzo tanio, bo ich przeprowadzenie oznaczałoby nie tylko rozpalenie do białości konfliktów społecznych, ale też delegitymizację wybranego tak prezydenta (a byłby nim najprawdopodobniej Andrzej Duda). Dziś jest on głównym gwarantem bezpieczeństwa na przyszłość dla obecnie rządzących, jeśli po kolejnych wyborach władzę w III RP przejmie opozycja. Gdyby został „prezydentem kopertowym” wówczas nowa większość parlamentarna nie musiałaby tracić czasu na szukanie podstaw prawnych do podejmowania prób impeachmentu głowy państwa.

Kolejnym, realnym kryzysem było masowe wyjście Polaków na ulice w czasie lockdownu, gdy Trybunał Konstytucyjny (nota bene na życzenie prezesa) orzekł za niezgodne z konstytucją dania kobietom w Polsce możliwości aborcji płodu z powodu jego upośledzenia, uszkodzenia lub nieuleczalnej choroby. W kumulacyjnym momencie liderzy opozycji o największym potencjalne intelektualnym wezwali lud, by wyładowywał złość na kościołach. Tak oferując władzy gratis możność skompromitowania całego protestu, jaki wybuch za sprawą nie tyle zmian prawa aborcyjnego, co ogólnej frustracji z powodu epidemii, lockdownu oraz bezbrzeżnej arogancji rządzących. W zdawało się krytycznej sytuacji prezes Prawa i Sprawiedliwości w zapomnianym już przemówieniu, wezwał „wszystkich członków PiS i tych, którzy nas wspierają”, by poszli pod kościoły bronić ich „za wszelką cenę”. Zaoferował więc obywatelom abdykację nowoczesnego państwa zawsze strzegącego swego „monopolu na przemoc” na rzec rozwiązania afrykańskiego. Charakteryzuje się ono tym, iż porządek zaprowadzają ci, co mają ostrzejsze maczety. Rozwiązanie nie weszło w życie, bo Polacy zupełnie nie wykazali chęci do wzajemnego wyżynania się.

Trzeci realny kryzys był dziełem Stanów Zjednoczonych. Administracja Joe Bidena postanowiła wykonać całkowity zwrot w polityce zagranicznej, oferując Rosji kompromis, a Niemcom role strażnika porządku w Europie. Tak Amerykanie chcieli zredukować swą obecność na Starym Kontynencie i skoncentrować się na starciu z Chinami. Zmiana układu sił oznaczała totalną marginalizację Polski i jej bezsilność wobec woli Berlina. Prezes Kaczyński odpowiedział na kryzys lex TVN. Od początku trwającego pół roku spektaklu wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, iż musi się on zakończyć tak - jak się zakończył. Rząd USA oraz amerykańskie korporacje dysponują zbyt wielką gamą narzędzi, przy pomocy których mogą przycisnąć Polskę, żeby sprawy poszły inaczej.

Jeśli więc założy się, że lex konfident również wpisuje się w logikę reakcji na realny kryzys (w tym wypadku kolejna fala epidemii połączona z Polskim Ładem) to fakt, iż ustawa ta nie miała najmniejszego sensu. jest całkowicie zrozumiały. Przecież poprzednie ustawy kryzysowe także go nie posiadały. Wszystkie one wręcz wpisywały się w teorię działania dziewiętnastowiecznego przywódcy niemieckiej socjaldemokracji Eduarda Bernsteina. W niegdyś głośnych esejach udowadniał on, że przewidzenie tego, co wydarzy się w odleglejszym terminie jest niemożliwe. Natomiast działania krótkoterminowe, bieżące, mają znikome znaczenie i niespecjalnie kształtują rzeczywistość. Jednakże ich zaniechanie oznacza polityczną śmierć dla każdej partii. „To, co nazywamy pospolicie ostatecznym celem jest dla mnie niczym, ruch jest wszystkim” – pisał Bernstein. Pod słowem „ruch” rozumiejąc zarówno partię, jak i konieczność nieustannego działania. Potem jego twierdzenie skrócono do powiedzenia: „ruch wszystkim, cel niczym”. Gdy spojrzy się całościowo na reakcje Jarosława Kaczyńskiego wobec prawdziwych kryzysów, to widać, iż twardo trzyma się zasady Bernsteina.

(...)

Acz największym zaskoczeniem okazuje się koniec kryzysu w strategicznym położeniu Polski. Prezydent Putin nie potrafił choć troszkę poczekać aż USA zredukują swą obecność w Europie wedle planu Bidena. Od razu rzucił się na łatwą zdobycz, jaką wydawała się Ukraina. Tymczasem Waszyngton zamiast po cichu to zaaprobować, dokonał zwrotu w swej polityce o całe 180 stopni. Za sprawą cudownego zrządzenia losu Niemcy zostały na lodzie, Rosja uwikłała się w konflikt nie do wygrania, a Polska znów jest cennym sojusznikiem Ameryki.

(...)

Bez wątpienia realny kryzys generuje inflacja, przynosząc ludziom wzrost kosztów życia, spadek oszczędności, coraz wyższe raty kredytów. Jeśli przebije 10 proc. w skali rocznej i przyśpieszy, wówczas zacznie robić się gorąco. Ten kryzys jest również przeczekiwany, bo do tego sprowadza się Rządowa Tarcza Antyinflacyjna. Jakie długoterminowe efekty oferuje łatwo prześledzić na losach podobnych „tarcz”, którymi usiłowała tłumić inflację w USA administracja Richarda Nixona, a następnie Geralda Forda. Zaczęto od obniżania podatków oraz czasowego zamrażania cen serią dekretów wydanych przez prezydenta Nixona. Gdy to nie dawało efektów FED podnosił stopy procentowe. Inflacja specjalnie się tym nie przejęła i nadal rosła, dusząc gospodarkę. Brak sukcesów skłonił prezydenta Forda do zainicjowania jesienią 1974 r. społecznej akcji „Whip Inflation Now” („Wychłoszcz inflację teraz”).

Pod kierunkiem Narodowej Komisji ds. Inflacji obywatele kontrolowali ceny donosząc o ich nieuzasadnionym wzroście. Jednocześnie zobowiązywano ich, by nie domagali się podwyżek pensji. Zmagania Forda z inflacją pod skróconym hasałem „WIN” zakończyły się kompromitacją jego administracji. Nawet dziś w Internecie pełno jest dowcipów, rysunków satyrycznych, gadżetów nawiązujących do „Whip Inflation Now”. Od pewnego momentu Amerykanie słysząc tę frazę od razu zaczynali pękać ze śmiechu. Ford zaś przegrał wybory z bezbarwnym demokratą Jimmy Carterem. Walka tarczami z inflacją zaowocowała tym, iż w 1980 r. w USA przekraczała ona 14 proc., a FED musiał podnieść swe stopy do prawie 20 proc. (dziś w Polsce stopa referencyjna NBP to zaledwie 2,25 proc.). Zmęczeni ludzie przełknęli wówczas ostrą, neoliberalną terapię gospodarczą, którą nowy prezydent Ronald Reagan zamknął cały problem.

dziennik.pl

Tymczasem Unia Europejska kończy prace nad sankcjami wobec Rosji na wypadek kolejnej inwazji na Ukrainę. - To gigantyczny dokument - mówią rozmówcy brukselskiej korespondentki Polskiego Radia Beaty Płomeckiej. Podkreślają, że UE ściśle współpracuje ze Stanami Zjednoczonymi i koordynuje działania z Wielką Brytanią i Kanadą.

- Prace nad sankcjami są prowadzone z niespotykanym rozmachem - powiedział dziennikarce jeden z unijnych dyplomatów. Inny dodał, że Bruksela i Waszyngton są coraz bliżej porozumienia w sprawie pakietu. Chodzi o to, by był on już gotowy do zatwierdzenia. Z ustaleń Beaty Płomeckiej wynika, że stroną prowadzącą rozmowy jest Komisja Europejska. Rozmawiała już ona z większością państw członkowskich. Narady są prowadzone z zachowaniem wszelkich środków ostrożności. Dyplomaci z unijnych krajów, którzy przychodzą na spotkania, zostawiają telefony komórkowe i tablety przed wejściem na salę. Przedstawiane im są propozycje restrykcji, ale nie na piśmie, bo - jak tłumaczył brukselskiej korespondentce Polskiego Radia jeden z dyplomatów - w przeciwnym razie dokument szybko wyciekłby do mediów. Nikt nie chce informować o szczegółach.

Rozmówcy brukselskiej korespondentki mówią o sankcjach dotykających sektor energetyczny, o zaawansowanych technologiach, zawierających komponenty amerykańskie oraz liście produktów, które mają być objęte restrykcjami, a także o rosyjskich oligarchach, którzy mają trafić na czarną, unijną listę. - Kilka miesięcy temu taka skala sankcji wydawała się nieprawdopodobna - powiedział unijny dyplomata dużego kraju członkowskiego.

Zarówno Amerykanie, jak i Europejczycy są przekonani, że agresywne działania Rosji mają na celu zmianę władz na Ukrainie na marionetkowe. Waszyngton i Bruksela uważają, że samymi działaniami hybrydowymi Rosja tego nie dokona.

gazeta.pl

Wizyta Orbána w Moskwie wpisała się w realizację celu Kremla, jakim jest układanie relacji z państwami europejskimi według modelu: korzyści gospodarcze w zamian za geopolityczną neutralność w konflikcie amerykańsko-rosyjskim i akceptację rosyjskiej polityki neoimperialnej. Orbán przedstawił Węgry i Europę Środkową jako bierny, neutralny podmiot konfliktu pomiędzy równorzędnymi potęgami – Rosją (a przedtem ZSRR) i Zachodem. Tym samym jego wizyta stała się elementem promocji modelu relacji korzystnego dla Rosji, który Orbán sam nazwał „modelem węgierskim”. Choć deklarował on, że jest „orędownikiem pokoju”, na konferencji prasowej nie zabrzmiała z jego strony krytyka agresywnej polityki Rosji wobec Ukrainy, natomiast zdecydowanie skrytykował politykę sankcji UE wobec Rosji. Wypowiedź Orbána o możliwości pogodzenia zachodniego i rosyjskiego stanowiska w kwestii europejskiego bezpieczeństwa w kontekście toczących się obecnie negocjacji z Rosją jest wyzwaniem dla solidarności sojuszniczej. Przebieg wizyty Orbána świadczy o tym, że Węgry są gotowe wykorzystywać sytuację egzystencjalnego zagrożenia Ukrainy do uzyskania korzyści ekonomicznych, mimo że rosyjskie obietnice są na razie niewiążącymi deklaracjami, a dotychczasowej współpracy węgiersko-rosyjskiej, np. w sektorze jądrowym, pomimo ambitnych zapowiedzi towarzyszą liczne problemy. Strona rosyjska naciska na jak najszybsze rozpoczęcie przez Rosatom budowy dwóch bloków elektrowni jądrowej Paks, ale Węgierski Urząd Energetyki Atomowej wciąż nie wydał na nią ostatecznej zgody.

Deklaracje Putina mogą świadczyć o tym, że Moskwa jest gotowa przystać na kluczowy postulat Węgier – zwiększenie wolumenu dostarczanego gazu. Choć nie jest znana ani cena, ani jej formuła w długoterminowym kontrakcie na dostawy gazu dla Węgier, słowa Putina zdają się potwierdzać, że jest ona wyraźnie niższa od ceny rynkowej. Dla Orbána decyzja Kremla o zwiększeniu dostaw taniego gazu byłaby przydatna w budowaniu reputacji polityka skutecznego, zdolnego uchronić Węgrów przed wzrostem cen energii. Z kolei Moskwa takie porozumienie mogłaby politycznie wykorzystywać jako dowód na to, że pozostaje wiarygodnym dostawcą energii, skłonnym do zapewnienia korzystnych dostaw gazu państwom jej przyjaznym. Jest to dla Rosji pomocne w promowaniu korzystnych dla niej długoterminowych umów gazowych jako sposobu na ochronę przed kryzysem energetycznym.

osw.waw.pl

Po okresie skokowych wzrostów cen i osiągnięciu pikowych wartości 21 grudnia 2021 r. (ceny przekroczyły 2200 dolarów/1000 m3), europejski rynek gazowy wszedł w okres powolnej stabilizacji, ze spadkiem cen do poziomu 900-1000 dolarów za 1000 m3. W sukurs odbiorcom paliwa przyszły sprzyjające warunki pogodowe z rekordowo wysokimi temperaturami jak na tę porę roku, co ograniczyło zapotrzebowanie na gaz. W efekcie, mimo że zapasy w europejskich w podziemnych magazynach gazu (PMG) w styczniu 2022 r. nadal znajdowały się na historycznie niskim poziomie, to różnice w porównaniu z analogicznymi okresami z lat poprzednich ulegają ciągłemu zmniejszeniu.

Podstawowym czynnikiem stabilizującym były jednak zwiększone dostawy amerykańskiego gazu płynnego (LNG). Według Bloomberga w pierwszych dniach stycznia 2022 r. kraje Europy Zachodniej otrzymywały 250 mln m3 LNG dziennie (do końca stycznia dostawy osiągną 5,5 mld m3). Dostawy amerykańskiego gazu do Unii Europejskiej były pięciokrotnie wyższe niż te, które dostarczał Gazprom. Według Eustream 1-9 stycznia średnia dzienna wielkość dostaw z Rosji spadła do 54 mln m3, co jest dwukrotnie mniej niż rok wcześniej.

W styczniu dostawy LNG osiągnęły poziom 373 mln m3 dziennie, prawie 2,5 krotnie więcej niż w analogicznym okresie roku poprzedniego, stając się rekordowymi w całej historii obserwacji od 2011 roku. Według danych stowarzyszenia europejskich operatorów gazowych Gas Infrastructure Europe 28 stycznia do europejskiego systemu przesyłowego trafiło 405 mln m3 LNG tj. 2,2 razy więcej niż średnia dzienna z ostatnich pięciu lat, a w ciągu czterech pierwszych tygodni tego roku było to 10,44 mld m3, co przewyższa rekord ze stycznia 2019 r. Przy tym tempie dostaw zapewne już 30 stycznia pobity został również absolutny rekord dostaw miesięcznych z listopada 2019 roku.

Przekierowanie dostaw głównie amerykańskiego LNG na rynek europejski wynikało z wyrównania cen i zniknięcia premii cenowej na rynku azjatyckim. Ponadto Chiny, największy na świecie importer LNG, rozpoczęły odsprzedaż LNG z dostawą do listopada 2022 roku. Według Bloomberga, chińskie firmy zaczęły pozbywać się wcześniej zakontraktowanych ilości, zakładając, że obecne zapasy wystarczą do końca sezonu zimowego, w warunkach gdy zima w Azji w tym roku okazała się dość ciepła.

W tym samym czasie Gazprom kontynuował swoją „grę”. Jego dostawy do Europy w styczniu utrzymywały się na minimalnym poziomie. Tranzyt przez Polskę gazociągiem Jamał-Europa nie został wznowiony (od 21 grudnia realizowane są dostawy rewersowe – z Niemiec do Polski). Dostawy przez Ukrainę znalazły się na poziomie 45 mln m3 dziennie przy zobowiązaniach kontraktowych wynoszących 109 mln m3 dziennie. Nawet przez Nord Stream 1 Gazprom przesyła znacznie mniej niż zwykle – około 145 milionów metrów sześciennych gazu dziennie.

Przy ciepłej pogodzie i wzroście dostaw LNG do Europy, które zrekompensowały spadek dostaw z Rosji, spadek cen mógłby być znacząco głębszy, gdyby nie działania i retoryka Gazpromu. Dyżurnym tematem na jego konferencjach jest zwykle „saga” o pustoszejących PMG, NS2 i inne komunikaty skutecznie wpływające na ponowny wzrost cen.

obserwatorfinansowy.pl

W sobotę spod McDonalda na placu przed kijowskim dworcem odjeżdża niepozorna marszrutka. Są tu ich dziesiątki. W przeciwieństwie jednak do innych pojazdów zaparkowanych w pobliżu, oznaczonych tablicami z nazwami miast typu „Żytomierz”, „Winnica” czy „Biała Cerkiew”, trasa tej marszrutki nie jest oznakowana. Pasażerowie odnajdą ją po tablicach rejestracyjnych i imieniu kierowcy, o których zawczasu informuje przewoźnik podczas telefonicznej rezerwacji wyjazdu.

Są to przewozy nieregularne w dosłownym tego słowa znaczeniu. Pasażerowie, którzy ładują swoje bagaże do bagażnika, a następnie z podróżnymi poduszkami na szyję usadawiają się w kabinie, nie wiedzą dokładnie, ile czasu spędzą w drodze, jaką trasą będą podążać i ile wyniosą koszty przejazdu. Kierowca niechętnie odpowiada na takie pytania, zresztą nikt nie chce go nimi denerwować. Przed nami prawie dwa tysiące kilometrów i cztery odprawy celne.

Kiedyś, w świecie, którego już nie ma, taka podróż trwała jedną noc spędzoną w komfortowym przedziale pociągu ekspresowego o nazwie „Donbas”. Wielu nazywało go – zgodnie z jego dawną nazwą – „Ugoliok” (ros. „Węgielek”). Teraz spędzimy w drodze od 27 do 30 godzin, a może i więcej. W tym czasie z Europy można by się dostać drogą lotniczą do Nowej Zelandii.

Będziemy musieli okazać kilka paszportów podczas kontroli granicznej, wskazać różne cele podróży i bacznie uważać na język, w jakim rozmawia się z celnikiem. Musimy opuścić jeden kraj, minąć drugi i wjechać na terytorium, które nie jest konsekwentnie oznaczone na mapach.

Na początku pandemii COVID-19 podróż na terytorium obwodu donieckiego znajdującego się poza kontrolą Kijowa stała się prawie niemożliwa. Przejścia graniczne zostały zamknięte w marcu 2020 roku, gdy w Ukrainie rozpoczęła się tzw. pierwsza kwarantanna. Trzy miesiące później władze otworzyły dwa przejścia, później też pozostałe. Jednak od strony terytorium kontrolowanego przez separatystów wznowiono pracę tylko dwóch.

Jedno z nich znajduje się niedaleko Stanicy Ługańskiej, korzystając z niego można wjechać na terytorium tzw. Ługańskiej Republiki Ludowej (ŁRL). Drugie, w okolicy miejscowości Ołeniwka, ok. 30 km od Doniecka, jest jedynym punktem, za pośrednictwem którego można się dostać z kontrolowanej przez Kijów części terytorium Donbasu do tzw. Donieckiej Republiki Ludowej (DRL). To drugie przejście jest czynne jedynie dwa razy w tygodniu, a żeby z niego skorzystać, należy uzyskać specjalne zezwolenie wydane przez główną kwaterę dowodzenia DRL. Trzeba na nie długo czekać, a w większości przypadków otrzymuje się odmowę.

Według strony internetowej Wysokiego Komisarza ONZ ds. Uchodźców przed zamknięciem przejść granicznych każdego miesiąca linię demarkacyjną przekraczało 1–2 miliony osób, obecnie – nie więcej niż 50 tysięcy. Spośród nich jedynie 2 tysiące osób przejeżdża przez przejście w Ołeniwce.

Jedyną metodą przedostania się do Doniecka z Ukrainy pozostają więc prywatne przewozy nieregularne – objazdem, przez Rosję. Objazd oznacza nadłożenie drogi o ponad tysiąc kilometrów i wymaga przekroczenia dwóch granic – najpierw między Ukrainą a Rosją, a następnie między Rosją a DRL. Koszt takiej podróży w jedną stronę z Kijowa do Doniecka wynosi średnio 2900 hrywien, czyli około 4–5 razy więcej, niż kiedyś kosztowała bezpośrednia podróż pociągiem.

Poza wygórowaną ceną i wyczerpującą drogą takie wyjazdy oznaczają także łamanie prawa. Obywatelom Ukrainy zabrania się przekraczania niekontrolowanego odcinka granicy rosyjsko-ukraińskiej na terenie nieuznawanych republik, a za niepodporządkowanie się do niedawna groziła grzywna. Choć grzywnę ostatnio zniesiono, zakaz pozostaje w sile.

Przy przekraczaniu granicy ukraińsko-rosyjskiej ciężko jest ustalić, dokąd tak naprawdę zmierza nasza marszrutka. Na pytanie pasażerów, co mają powiedzieć pogranicznikom i celnikom, nasz kierowca Andrij radośnie odpowiada: „Mówcie, że jedziemy do Biełgorodu na wesele”. Trudno się nie pogubić w żonglowaniu paszportami. Ukrainę opuszczamy na podstawie paszportu ukraińskiego, przejeżdżamy przez Rosję w trybie tranzytu na podstawie ukraińskiego dowodu osobistego, ten też dokument musimy okazać również na granicy z DRL. Aby wjechać na niekontrolowane przez Kijów terytorium, w dowodzie musi być wpisany meldunek w Doniecku. (Niekontrolowaną przez władze ukraińskie granicę między DRL a Rosją mieszkańcy nieuznanego terytorium mogą przekraczać na podstawie dokumentów DRL lub rosyjskich).

Przed pierwszym punktem kontrolnym pod Charkowem kierowca obok paczek papierosów i puszek z napojami energetycznymi na desce rozdzielczej umieszcza zwinięte w rulonik banknoty. Przy wjeździe na przejście wita się z ukraińskimi pogranicznikami, podając im ręce. Na przejściu ukraińsko-rosyjskim spędzamy około trzech godzin. Ludzie tupią w miejscu z zimna, na mrozie para idzie im z ust. Celnicy w zimowych uniformach i futrzanych czapkach nieśpiesznie snują się w tę i we w tę.

Andrij zabierze nas tylko przez jedną granicę. Kolejny pojazd czeka na stacji benzynowej pod Biełgorodem. Przywiózł ludzi z niekontrolowanego przez Ukrainę terytorium i wkrótce ruszy w powrotny kurs. Podczas gdy pasażerowie udają się na długo oczekiwaną kawę i do toalety, kierowcy przenoszą rzeczy z naszej marszrutki z ukraińskimi tablicami rejestracyjnymi do tej z tablicami DRL. Walizki z tamtej marszrutki wędrują w przeciwnym kierunku.

Zaskakuje mnie myśl o podobieństwie naszej sytuacji do nielegalnych migrantów.

Kierowcy Andrij i Dima palą szybkiego papierosa, wymieniają się informacjami o sytuacji na odprawie celnej, podają sobie ręce i wracają do pojazdów. Andrij z nową partią pasażerów zawraca na granicę rosyjsko-ukraińską, którą przed chwilą przekroczyliśmy. Nie może wjechać na terytorium niekontrolowane przez Kijów. Dima musi przejechać tysiąc kilometrów z powrotem z Biełgorodu do Doniecka. Nie może wjechać na Ukrainę na tablicach nieuznawanej republiki. Jest w drodze już ponad dobę. Kiedy zapytałam go, jak to fizycznie znosi, roześmiał się. Żona od miesiąca prosi go o przyklejenie tapety na korytarzu, więc teraz śpieszy mu się do domu.

new.org.pl

niedziela, 20 lutego 2022


30 czerwca 2011 r. siedziałem z kilkoma redaktorami naczelnymi na dachu ambasady rosyjskiej przy Unter den Linden w Berlinie. Było letnie popołudnie, a rosyjski ambasador zaprosił nas na lunch. Chwilę wcześniej niemiecki Bundestag przyjął ustawę o rezygnacji z energii jądrowej w głosowaniu imiennym, uzyskując 513 z 600 głosów.

Ambasador patrzył z Belwederu na Reichstag i na początku posiłku podniósł swój kieliszek z wódką, który napełniano przed każdym nakryciem. Przyjaznym głosem powiedział: "Za zdrowie rządu niemieckiego! Jest to dobry dzień dla rosyjskiej polityki energetycznej, jest to dobry dzień dla Rosji".

onet.pl

sobota, 19 lutego 2022


- Nie należy mieć złudzeń co do północnego sąsiada. Za jedynego rzeczywistego potencjalnego wroga Finowie zawsze uważali tylko ZSRR, a fiński system wojskowy, oparty na zasadach totalnej mobilizacji, był budowany tylko do zadań organizowania obrony przed ZSRR. Jednocześnie Zachód milcząco zawsze był potencjalnym sojusznikiem Finów na wypadek ewentualnej konfrontacji z ZSRR. Mówienie o neutralności Finów byłoby błędem w każdym okresie. Ich tak zwany zrównoważony kurs był zawsze koniecznym środkiem, a nie szczerym neutralnym stanowiskiem. Finlandia nigdy go nie miała w okresie po 1945 roku. Chociaż jednocześnie Finowie aktywnie pozyskują sowiecką broń od początku lat 60. XX wieku. - RUSŁAN PUCHOW, DYREKTOR ROSYJSKIEGO CENTRUM ANALIZ STRATEGII I TECHNOLOGII (CAST)

Jeśli chodzi o sprzęt fińska armia posiada faktycznie znaczną liczbę pojazdów produkcji radzieckiej, w tym pozyskiwanych m. in. po armii NRD. Są one jednak modernizowane i dostosowywane do specyfiki eksploatacji. Na przykład poprzez pozyskanie w Polsce kamuflaży multispektralnych, które Grupa Lubawa dostarczyła dla modernizowanych BMP-2. Ostatnie zakupy sprzętu pochodzenia posowieckiego miały miejsce na poczatu ostatniej dekady XX wieku. Później nastąpił bardziej zdecydowany zwrot w stronę sprzętu zachodniego wraz z pogłębieniem współpracy wojskowej zarówno z NATO jak i z neutralną Szwecją.

Rosjanie mówią dziś o Szwecji i Finlandii jako „pozornie neutralnych" ze względu na ich zacieśnienie współpracy z Sojuszem Północnoatlantyckim. Przy tym Moskwa zdaje się nie zauważać, że powodem silnego zwrotu tych państw w ostatniej dekadzie były działania Moskwy, a szczególnie aneksja Krymu i wojna w Donbasie.

W tym kontekście nie powinno dziwić, że obecna fińska strategia bezpieczeństwa do 2025 r. mówi o asymetrycznym charakterze przyszłych wojen, potrzebie dużej mobilności a także sieciocentrycznych systemach wymiany informacji zunifikowanych z potencjalnymi sojusznikami. Finowie nie zrezygnowali też nigdy z systemu „totalnej obrony" opartego na powszechnym szkoleniu, poborze i wysokim rozproszeniu sił na terenie kraju, połączonym z maskowaniem miejsc rozlokowania. W taką strategię wpisują się też F-35A, które Finowie najwyraźniej uznali za zdolne do działania w warunkach rozproszenia sił, także w oparciu o stosowane tam wciąż drogowe odcinki lotniskowe. Puchow słusznie zauważa, że jest to strategia nastawiona na ewentualna konfrontację z Rosją i odparcie ataku sił znacznie silniejszego przeciwnika. Trudno dziwić się, że Helsinki postrzegają ten kraj nadal jako jedynego potencjalnego agresora i szukają oparcia w sojuszach. Stąd rosnący zakres współpracy z NATO, ale przede wszystkim ze Szwecją i Norwegią.

Moskwa widzi te działania jako zagrożenie dla swojej północnej flanki, która jest silna głównie w zakresie marynarki wojennej i lotnictwa. Może też stać się w najbliższym czasie istotnym kierunkiem ekspansji. Rosyjski ekspert postrzega fińską armię, jako dobrze wyszkolona i wyposażoną, szczególnie w kontekście specyfiki regionalnej. Finowie potrafią w optymalny sposób wykorzystać zarówno warunki terenowe jak i klimatyczne, a siły zbrojne były wzmacniane w ostatnich dekadach, a nie redukowane jak w wielu państwach zachodnich. Zakupy F-35, podobnie jak koreańskich 155 mm armatohaubic K9 (spokrewnionych z polskim Krabem i tureską Firtiną), wielu typów broni przeciwpancernej czy pojazdów Patria AMV, są elementem tych działań. Helsinki nie wykluczają wstąpienia do NATO, ale nadal silne są ruchy sprzeciwiające się porzuceniu neutralności. Jest to krok którego Rosja zdecydowanie się obawia, gdyż może on wymagać wzmocnienia potencjału na północy, ale też brania pod uwagę całkowicie odmiennej sytuacji strategicznej na Bałtyku.

defence24.pl