W sobotę spod McDonalda na placu przed kijowskim dworcem odjeżdża niepozorna marszrutka. Są tu ich dziesiątki. W przeciwieństwie jednak do innych pojazdów zaparkowanych w pobliżu, oznaczonych tablicami z nazwami miast typu „Żytomierz”, „Winnica” czy „Biała Cerkiew”, trasa tej marszrutki nie jest oznakowana. Pasażerowie odnajdą ją po tablicach rejestracyjnych i imieniu kierowcy, o których zawczasu informuje przewoźnik podczas telefonicznej rezerwacji wyjazdu.
Są to przewozy nieregularne w dosłownym tego słowa znaczeniu. Pasażerowie, którzy ładują swoje bagaże do bagażnika, a następnie z podróżnymi poduszkami na szyję usadawiają się w kabinie, nie wiedzą dokładnie, ile czasu spędzą w drodze, jaką trasą będą podążać i ile wyniosą koszty przejazdu. Kierowca niechętnie odpowiada na takie pytania, zresztą nikt nie chce go nimi denerwować. Przed nami prawie dwa tysiące kilometrów i cztery odprawy celne.
Kiedyś, w świecie, którego już nie ma, taka podróż trwała jedną noc spędzoną w komfortowym przedziale pociągu ekspresowego o nazwie „Donbas”. Wielu nazywało go – zgodnie z jego dawną nazwą – „Ugoliok” (ros. „Węgielek”). Teraz spędzimy w drodze od 27 do 30 godzin, a może i więcej. W tym czasie z Europy można by się dostać drogą lotniczą do Nowej Zelandii.
Będziemy musieli okazać kilka paszportów podczas kontroli granicznej, wskazać różne cele podróży i bacznie uważać na język, w jakim rozmawia się z celnikiem. Musimy opuścić jeden kraj, minąć drugi i wjechać na terytorium, które nie jest konsekwentnie oznaczone na mapach.
Na początku pandemii COVID-19 podróż na terytorium obwodu donieckiego znajdującego się poza kontrolą Kijowa stała się prawie niemożliwa. Przejścia graniczne zostały zamknięte w marcu 2020 roku, gdy w Ukrainie rozpoczęła się tzw. pierwsza kwarantanna. Trzy miesiące później władze otworzyły dwa przejścia, później też pozostałe. Jednak od strony terytorium kontrolowanego przez separatystów wznowiono pracę tylko dwóch.
Jedno z nich znajduje się niedaleko Stanicy Ługańskiej, korzystając z niego można wjechać na terytorium tzw. Ługańskiej Republiki Ludowej (ŁRL). Drugie, w okolicy miejscowości Ołeniwka, ok. 30 km od Doniecka, jest jedynym punktem, za pośrednictwem którego można się dostać z kontrolowanej przez Kijów części terytorium Donbasu do tzw. Donieckiej Republiki Ludowej (DRL). To drugie przejście jest czynne jedynie dwa razy w tygodniu, a żeby z niego skorzystać, należy uzyskać specjalne zezwolenie wydane przez główną kwaterę dowodzenia DRL. Trzeba na nie długo czekać, a w większości przypadków otrzymuje się odmowę.
Według strony internetowej Wysokiego Komisarza ONZ ds. Uchodźców przed zamknięciem przejść granicznych każdego miesiąca linię demarkacyjną przekraczało 1–2 miliony osób, obecnie – nie więcej niż 50 tysięcy. Spośród nich jedynie 2 tysiące osób przejeżdża przez przejście w Ołeniwce.
Jedyną metodą przedostania się do Doniecka z Ukrainy pozostają więc prywatne przewozy nieregularne – objazdem, przez Rosję. Objazd oznacza nadłożenie drogi o ponad tysiąc kilometrów i wymaga przekroczenia dwóch granic – najpierw między Ukrainą a Rosją, a następnie między Rosją a DRL. Koszt takiej podróży w jedną stronę z Kijowa do Doniecka wynosi średnio 2900 hrywien, czyli około 4–5 razy więcej, niż kiedyś kosztowała bezpośrednia podróż pociągiem.
Poza wygórowaną ceną i wyczerpującą drogą takie wyjazdy oznaczają także łamanie prawa. Obywatelom Ukrainy zabrania się przekraczania niekontrolowanego odcinka granicy rosyjsko-ukraińskiej na terenie nieuznawanych republik, a za niepodporządkowanie się do niedawna groziła grzywna. Choć grzywnę ostatnio zniesiono, zakaz pozostaje w sile.
Przy przekraczaniu granicy ukraińsko-rosyjskiej ciężko jest ustalić, dokąd tak naprawdę zmierza nasza marszrutka. Na pytanie pasażerów, co mają powiedzieć pogranicznikom i celnikom, nasz kierowca Andrij radośnie odpowiada: „Mówcie, że jedziemy do Biełgorodu na wesele”. Trudno się nie pogubić w żonglowaniu paszportami. Ukrainę opuszczamy na podstawie paszportu ukraińskiego, przejeżdżamy przez Rosję w trybie tranzytu na podstawie ukraińskiego dowodu osobistego, ten też dokument musimy okazać również na granicy z DRL. Aby wjechać na niekontrolowane przez Kijów terytorium, w dowodzie musi być wpisany meldunek w Doniecku. (Niekontrolowaną przez władze ukraińskie granicę między DRL a Rosją mieszkańcy nieuznanego terytorium mogą przekraczać na podstawie dokumentów DRL lub rosyjskich).
Przed pierwszym punktem kontrolnym pod Charkowem kierowca obok paczek papierosów i puszek z napojami energetycznymi na desce rozdzielczej umieszcza zwinięte w rulonik banknoty. Przy wjeździe na przejście wita się z ukraińskimi pogranicznikami, podając im ręce. Na przejściu ukraińsko-rosyjskim spędzamy około trzech godzin. Ludzie tupią w miejscu z zimna, na mrozie para idzie im z ust. Celnicy w zimowych uniformach i futrzanych czapkach nieśpiesznie snują się w tę i we w tę.
Andrij zabierze nas tylko przez jedną granicę. Kolejny pojazd czeka na stacji benzynowej pod Biełgorodem. Przywiózł ludzi z niekontrolowanego przez Ukrainę terytorium i wkrótce ruszy w powrotny kurs. Podczas gdy pasażerowie udają się na długo oczekiwaną kawę i do toalety, kierowcy przenoszą rzeczy z naszej marszrutki z ukraińskimi tablicami rejestracyjnymi do tej z tablicami DRL. Walizki z tamtej marszrutki wędrują w przeciwnym kierunku.
Zaskakuje mnie myśl o podobieństwie naszej sytuacji do nielegalnych migrantów.
Kierowcy Andrij i Dima palą szybkiego papierosa, wymieniają się informacjami o sytuacji na odprawie celnej, podają sobie ręce i wracają do pojazdów. Andrij z nową partią pasażerów zawraca na granicę rosyjsko-ukraińską, którą przed chwilą przekroczyliśmy. Nie może wjechać na terytorium niekontrolowane przez Kijów. Dima musi przejechać tysiąc kilometrów z powrotem z Biełgorodu do Doniecka. Nie może wjechać na Ukrainę na tablicach nieuznawanej republiki. Jest w drodze już ponad dobę. Kiedy zapytałam go, jak to fizycznie znosi, roześmiał się. Żona od miesiąca prosi go o przyklejenie tapety na korytarzu, więc teraz śpieszy mu się do domu.
new.org.pl