środa, 2 czerwca 2021


Dziś PiS stał się zakładnikiem ordynarnej narracji narzucanej przez własne centrum propagandowe. Pokazała to dobitnie prezydencka kampania wyborcza z 2020 roku i wszystkie nieporadne próby podważenia pozycji Jacka Kurskiego w obozie władzy. TVP niszczy i wulgaryzuje debatę publiczną, w dodatku pod hasłami pluralizmu i wolności słowa. Narzuca dużej części prawej strony sceny politycznej i jej zapleczu pałkarski styl, powoduje, że jakakolwiek inna forma komunikacji staje się niemożliwa.

Konserwatyści będą mieli z tym poważny problem, ponieważ tradycja i patriotyzm zostały trwale złączone z drętwym partyjnym bełkotem, z bardzo płytkim intelektualnie językiem władzy. Sprowadzenie TVP do roli partyjnego organu, narzędzia polityki tożsamościowej, zagraża kulturze narodowej i identyfikacji Polaków z polskością. Oznacza to, że duża część obywateli niepopierających PiS znajduje się poza zasięgiem oddziaływania pojęć istotnych dla budowania wspólnoty, łączy je z zakłamaniem i manipulacją. TVP nadaje dziś fałszywy ton polskiemu konserwatyzmowi kulturowemu.

Jeżeli spojrzymy nieco szerzej na współczesne media, dostrzeżemy zgubne konsekwencje uszczelniania baniek informacyjnych używających odmiennych pojęć i kierujących się wrogimi systemami wartości. Potraktowanie TVP w sposób, w jaki zrobił to PiS, jest niedźwiedzią przysługą wyświadczoną wszystkiemu, co deklaratywnie partia ta chce wzmacniać: tradycyjnym wartościom, spójnej tożsamości narodowej, popularyzacji polskiej historii, a na końcu znajdującemu się w poważnym kryzysie wizerunkowym polskiemu Kościołowi katolickiemu.

Odpowiedzią opozycji na dramat, który możemy śledzić codziennie o 19:30 w TVP1, a przez całą dobę na antenie i portalu TVP Info, jest zakaz tworzenia przez telewizję programów informacyjno-publicystycznych przy jednoczesnym zniesieniu abonamentu i zablokowaniu rekompensat z budżetu. Oznacza to ni mniej, ni więcej tylko likwidację mediów publicznych przez ekonomiczne zagłodzenie. Platforma Obywatelska nie przedstawiła żadnego alternatywnego sposobu finansowania, uznać więc należy, że wygaszenie mediów publicznych jest ukrytym celem proponowanych zmian. Liberałowie tradycyjnie kalkulują, że nie potrzebują państwowej telewizji i radia, ponieważ sprzyjają im te prywatne.

By właściwie ocenić sytuację, w której się znaleźliśmy, warto bez uprzedzeń przyjrzeć się wzajemnym relacjom polityki i mediów w III RP. A te były bardzo bliskie, o ile rządziła lewica i liberałowie, natomiast chłodne i niechętne, ilekroć do władzy dochodziła prawica. Polski rynek medialny został ukształtowany w okresie transformacji ustrojowej i tuż po niej, następnie zmieniony przez cyfrową rewolucję i zagraniczny kapitał.

Zawsze jednak prawica pozostawała na tym polu słabsza, w równym stopniu przez własną indolencję, jak i przez czynniki od niej niezależne. Przez lata narastało po tej stronie przekonanie, że jakoś trzeba temu zaradzić. Bolesne doświadczenie kłopotów komunikacyjnych pierwszych rządów PiS-u i okres bezpośrednio po katastrofie smoleńskiej udowodniły, że stworzenie wyłomów w medialnym froncie stanowi dla prawicy niezbędny warunek odzyskania wpływu na debatę publiczną.

Prawicowi publicyści rzucili wtedy hasło powołania niezależnej telewizji, która przybrała kształt TV Republika pod kierownictwem Bronisława Wildsteina. Telewizja ta, choć mocno niedoinwestowana, była tworzona entuzjazmem zespołu i rzeczywiście stanowiła pewną przeciwwagę dla mainstreamu. Pamiętajmy, że mówimy o czasach, gdy rzecznik rządu spotykał się z prezesem spółki wydającej „Rzeczpospolitą”, by wysłuchać co znajdzie się na pierwszej stronie gazety, ABW dokonała brutalnego najścia na redakcję „Wprost”, zaś dziennikarze (w tym niżej podpisany) byli stawiani przed sądem za wykonywanie obowiązków służbowych. Dziś to już prehistoria, ale istotna o tyle, że tłumaczy (choć nie usprawiedliwia), co PiS zrobił z publiczną telewizją i radiem po wyborczym zwycięstwie w 2015 roku.

Początkowo plany były ambitne. Zapowiadano nową ustawę o radiofonii i telewizji, która zakładała likwidację spółek medialnych i przekształcenie ich w instytucje kultury, a także zastąpienie abonamentu powszechną opłatą audiowizualną. Ile z tych obietnic wyszło, wszyscy wiemy. Jarosław Kaczyński dał prezesowi TVP zielone światło na zmianę telewizji w użyteczną tubę propagandową oraz, co równie ważne, na wewnętrzną reformę organizacyjną spółki, w wyniku której pozbawiono jakiejkolwiek podmiotowości i decyzyjności dyrektorów anten. Te działania na zapleczu, choć pozornie nieistotne, mają kluczowe znaczenie dla kontroli przekazów TVP Info i „Wiadomości” przez czynnego polityka rządzącej partii oddelegowanego na Woronicza. Tak powstał twór kierowany z tylnego siedzenia przez prawą i lewą rękę Jacka Kurskiego – dyrektora Stanisława Bortkiewicza. To formalnie szef jednego z biur TVP, w rzeczywistości osoba kontrolująca przez swoich ludzi całą spółkę.

Można oczywiście zbyć wszystko stwierdzeniem, że różne media dają głos poszczególnym odłamom opinii publicznej. Można też wskazać – jak przy każdej okazji robi to Kurski – że „jego” TVP przyczyniło się do zwiększenia pluralizmu opinii, ponieważ nie śpiewa w liberalno-lewicowym chórze.

Pamiętajmy jednak, że powtarzając obowiązującą dziś na PiS-owskiej prawicy hasło: „stronniczość TVP gwarancją pluralizmu”, mówimy w istocie językiem Orwella. Dajemy szlachetne usprawiedliwienie fałszom i bezczelnym manipulacjom.

Zwolennicy Kurskiego argumentują, że media publiczne stanowią po prostu zwieńczenie „konserwatywnego filara” polskiego społeczeństwa – to analogia do systemu politycznego XX-wiecznej Holandii, w którym katolicy, protestanci, socjaliści i liberałowie posiadali swoje własne organizacje pozarządowe, związki zawodowe, gazety, a także kanały publicznej telewizji. Filarowa struktura społeczna w Niderlandach upadła wraz z końcem zimnej wojny, choć jej relikty trwają do dzisiiaj. Może się wydawać, że polska plemienność to już w zasadzie model holenderski.

Spójrzmy więc na koszty: rozpad wspólnoty narodowej, alienacja poszczególnych grup, które stają się po prostu sektami, niekorzystne zjawisko separacji baniek informacyjnych. Czy naprawdę chcemy, by Telewizja Publiczna przyspieszała ten proces?

Zwolennicy filaryzacji Polski mają świadomość tego, że filar lewicowo-liberalny jest znacznie silniejszy w mediach, kulturze, reklamie i biznesie niż filar konserwatywny, więc szans sukcesu upatrują w wykorzystaniu państwowego kapitału dla wzmocnienia własnych zasobów. Temu celowi służy zakup Polska Press i Ruchu przez Orlen czy lokowanie budżetów reklamowych spółek Skarbu Państwa w mediach Sakiewicza i braci Karnowskich. Równocześnie filar liberalno-lewicowy ma zostać podkopany przy pomocy działań administracyjnych.

Przykłady? Zablokowanie przez UOKiK przejęcia spółki Eurozet przez Agorę, pomysły dekoncentracji i repolonizacji mediów, a ostatnio projekt nowego podatku od reklam. Jeżeli naprawdę myślimy o zreformowaniu mediów publicznych na dłużej niż okres jednej czy dwóch kadencji, powinniśmy wziąć tę mapę interesów pod uwagę.

Posiadanie TVP rodzi też pewne problemy dla samego PiS-u. W rękach władzy znajduje się narzędzie kształtowania opinii publicznej o zszarganej reputacji. Polacy są bardzo silnie uodpornieni na propagandę robioną wprost i na twardo.

Materiały TVP Info czy „Wiadomości” stają się niewyczerpalnym źródłem memów i obiektem kpin, a oglądanie publicystyki i informacji tworzonej przez hunwejbinów Kurskiego staje się torturą nawet dla wytrwałych zwolenników Prawa i Sprawiedliwości. W chwilach kryzysów politycznych czy wizerunkowych płacą za to sami rządzący, którzy stają się zakładnikami logiki „ani kroku w tył”. Mści się brak kanałów komunikacji skierowanych do umiarkowanych, centrowych wyborców.

PiS może liczyć tylko na „betonowe” media Karnowskich i Sakiewicza, których zasięgi poza twardym elektoratem są nikłe. Z drugiej strony mamy konglomerat mediów prywatnych wrogich obecnej władzy. Stąd ścisła kontrola nad nawet toporną TVP wydaje się Jarosławowi Kaczyńskiemu sprawą krytyczną.

klubjagiellonski.pl

Narodowy Instytut Wolności (NIW) – Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego to publiczna instytucja powołana do życia w 2017 r. Ma ona wspierać organizacje pozarządowe, fundacje i think-tanki. W skrócie takie podmioty określa się jako NGO (z ang. non-government organization).

Bezpośredni nadzór nad NIW-em sprawuje przewodniczący Komitetu ds. Pożytku Publicznego, czyli de facto wicepremier i minister kultury Piotr Gliński. Polityk PiS pełni bowiem obie te funkcje. Kompetencje Glińskiego w NIW są tak duże, że to do niego należy powoływanie dyrektora instytutu na pięcioletnią kadencję.

Sam Narodowy Instytut Wolności zarządza kilkoma programami wsparcia. Najważniejsze z nich to ogromne "worki pieniędzy". Do końca 2030 r. zostanie bowiem z nich rozdysponowane ponad 1,3 mld zł. Chodzi o:
  • Fundusz Inicjatyw Obywatelskich (FIO) z budżetem do 2030 r. w wysokości 800 mln zł;
  • Program Rozwoju Organizacji Obywatelskich (PROO) z budżetem na kolejne 9 lat w wysokości 585 mln zł;
Wnioski o dofinansowanie przyjmowane są kilka razy do roku. Ocenia je zespół ekspertów powoływany przez dyrektora NIW. Ta grupa tworzy listę wniosków do realizacji, którą ostatecznie zatwierdza na końcu sam dyrektor NIW.

(...)

Jak od początku maja alarmują dziennikarze portalu OKO.press, TVN 24 i "Gazety Wyborczej", pieniądze z funduszy NIW dawane są lekką ręką fundacjom i stowarzyszeniom, które działają albo bardzo niedługo, albo wręcz zostały zarejestrowane już po terminie składania wniosków. To o tyle dziwne, że statut NIW teoretycznie wyklucza przyznawanie środków pomocowych takim NGO-om, które istnieją krócej niż dwa lata.

Na te kwestie zwróciła również uwagę Federacja Mazovia grupująca 62 organizacje pozarządowe z terenu Mazowsza. Na swoim profilu na Facebooku napisała, że dotacje otrzymały organizacje istniejące kilka miesięcy, "za to przypadkiem (naprawdę, potraktujmy to jako przypadek) członkowie zarządów wszystkich tych organizacji są lokalnie i ponadlokalnie powiązani z partią Prawo i Sprawiedliwość".

O jakich kwotach mówimy? NIW dofinansował na początku maja fundację "Polska Wielki Projekt". Dostała ona ponad 791 tys. zł dofinansowania. Nie powinno to dziwić, bo w jej radzie zasiada sam wicepremier Piotr Gliński, a oprócz niego jest też w niej 25 innych osób powiązanych z PiS.

onet.pl

Michał Sutowski: - Piszesz o tym, że kolejne rewolucje inspirują się poprzednimi, polityka kolejnych epok ubiera się w historyczne kostiumy, nawet sam podział lewica/prawica jakoś odwzorowuje podział francuskiego Zgromadzenia Narodowego z końca XVIII wieku. Ale co z krajami jak Polska, gdzie rewolucja jest traktowana nie jako moment założycielski nowoczesnego narodu, tylko obcy import? Coś z gruntu złego, zbrodniczego? Kojarzy się z totalitaryzmem, a nie emancypacją?

Marek Beylin: To oczywiście robi różnicę, choć nie unieważnia istnienia i trwania rewolucji również w tych zbiorowościach, które się do niej nie przyznają.

- Na przykład Polacy.

Owszem, po tym, jak komuniści dokonali symbolicznej konfiskaty rewolucji 1905 roku, zapomnieliśmy o jej demokratycznym potencjale i niestety nie zmieniły tego wasz przewodnik na jej temat czy świetna książka Wiktora Marca. A przecież to była prawdziwie demokratyczna, obywatelska i masowa sprawa – rewolucja jako pierwsza w naszej historii objęła wszystkie klasy społeczne i pokolenia, a mimo to funkcjonuje w jakiejś niszy, w ciemnym kącie polskiej pamięci.

- Powiedziałeś, że komuniści skonfiskowali nam rewolucję 1905 roku, ale np. Adam Leszczyński pokazuje w Ludowej historii Polski, że ją po prostu wygrała prawica. To endecja i Kościół były zwycięzcami politycznymi tamtych wydarzeń, to oni zdobyli rząd dusz nowoczesnego społeczeństwa polskiego. To jak tu czerpać wzorce dla demokracji, jeśli ostatecznie wygrał zamordyzm…

To nie takie proste i wspomniany Marzec w Rebelii i reakcji błyskotliwie to pokazuje: rewolucja w Łodzi i Warszawie bezpośrednio przegrała, choć nie było to zwycięstwo caratu, który miał już inne problemy, tylko endeckiej autorytarnej tożsamości polsko-katolickiej, która zaczęła władać Polską.

- No właśnie…

Ale przecież rewolucja francuska dla kogoś, kto ją obserwował w 1810 czy 1820 roku, też była przegraną sprawą. Została po niej dyktatura Napoleona, a potem restauracja Burbonów, a w międzyczasie ofiary terroru, wielkie wojny i kupa gruzów. Bilans bezpośredni był rozpaczliwy i nie zmienił go nowoczesny kodeks cywilny… Tyle że kilkadziesiąt lat później ta rewolucja raz po raz przejawiała się w różnych zrywach, w kolejnych Republikach Francuskich, które upadały, aby w końcu wygrać, choć nie na raz i nie spektakularnie. Na tym polega „rewolucja długiego trwania”.

- Czyli mamy się pocieszać świadomością, że na dłuższą metę…

Mimo ówczesnej porażki rok 1905 miał szansę stać się wydarzeniem fundującym naszą Rzeczpospolitą. Świadczą o tym choćby radykalne programy zmian społecznych, które powstawały w podziemnym państwie AK i w uchodźczym Londynie, a także to, jak Polskę powojenną wyobrażał sobie Stanisław Mikołajczyk. Obietnice 1905 roku związane z losem robotników i chłopów, z organizacją państwa dawały znać o sobie w programach niemal wszystkich partii politycznych. Tak, tamta rewolucja mogłaby się ziścić w tym sensie, że inspirowałaby kolejne pokolenia bojowników o emancypację – niestety, została zabita przez komunizm.

- Zaraz, a nie trochę wcześniej? Przez elity władzy II Rzeczpospolitej, co najpierw same robiły tę rewolucję, co podkładały bomby, strzelały na ulicach do carskich żandarmów, a potem zostawały premierami i pisały programy szkolne? Przecież już w latach 20. okazało się, że Słowacki jest ważniejszym patronem nowej Polski niż Bolesław Limanowski, Ludwik Waryński czy Stefan Okrzeja. Może po prostu ta opowieść rewolucyjna była niewygodna, konfliktująca społeczeństwo, a tu trzeba było stabilizować kraj, a nie rozniecać resentymenty klasowe i przypominać, jak robotnicy tłukli fabrykantów…

Zgoda, pierwszą śmierć polskiej rewolucji spowodowała sanacja. Zresztą, nie trzeba było sięgać do Waryńskiego, wystarczyło sięgnąć do bardziej rewolucyjnych tekstów Mickiewicza i już mielibyśmy inną opowieść o narodzie - i obok wieszcza, także patrona emancypacji… Ten dylemat w jakiejś mierze opisuje Żeromski w Przedwiośniu, to jest problem każdej zmiany społecznej: ile ma być z Cezarego Baryki, a ile z Szymona Gajowca. Bo nie ma żadnej udanej zmiany społecznej bez gniewu Baryki, ale też bez czynnika stabilizującego, jakim są instytucje. Sam gniew rewolucyjny jest ślepy, ale bez niego elita władzy jest tylko gospodarzem upadającego folwarku, nigdy zaś szklanych domów…

- No dobrze, czyli sanacja skasowała Barykę, a Gajowiec został ekonomem goniącym chłopa do roboty, względnie bawiącym na rautach u pana dziedzica. Komuniści skasowali rady robotnicze i różne pomysły, co by pracownicy naprawdę zarządzali zakładem. Ale trochę lat minęło już od tego czasu…

A po 1989 roku nie prowadziliśmy prodemokratycznej edukacji w Polsce, bo nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy, że mamy dobre wzory, do których można by sięgnąć. To umykało naszej wyobraźni: sądziliśmy, że demokracja nastanie sama, trzeba tylko zbudować zręby instytucji i edukować ludzi do zaradności i przedsiębiorczości. Rewolucja 1905 roku to przesłanie – wolności, równości, solidarności – niosła i można było je przypomnieć jako polską część dziedzictwa, jako coś, co nie wymaga importu. Ale to wypadło z pamięci, przyznaję, że również z mojej.

- No i co z tego zapomnienia wynikło?

Pierwsza konsekwencja jest taka, że skoro wypieramy wzorce demokratyczne, to ciągłość polityczną Polski opieramy na dwóch trumnach, Dmowskiego i Piłsudskiego, z których co jakiś czas wyskakują truchła i chcą nami rządzić – co widać po czasach PiS. Po drugie: zamiast pracy demokratycznej i walk emancypacyjnych pamiętamy jedynie ruch narodowo-wyzwoleńczy. A gdybyśmy lepiej uprzytomnili sobie demokratyczny sens rewolucji 1905 roku, to moglibyśmy też lepiej opisywać bliższy nam w czasie PRL.

- Jako tę wypaczoną rewolucję?

Moglibyśmy w PRL zobaczyć nie tylko bolszewicki najazd, ale też dostrzeglibyśmy wielkie poruszenia robotnicze i ludowe lat 40., skierowane przeciw władzy, gdy PPS i PSL były zakorzenionymi społecznie potęgami, a idee rewolucji, zwłaszcza robotniczej samorządności, były bardzo żywe. I potem moglibyśmy zobaczyć, jak w Solidarności te idee się odradzają, jak zbiorowa pamięć przenosi te wzory działania… Ale myśmy tego nie zauważyli, nie potrafiliśmy wobec tego wykorzystać.

- A teraz?

Lata 40. zaczęły być opisywane w ten sposób, ale przez badaczki i badaczy spoza Polski, jak Małgorzata Fidelis czy Padraic Kenney. I dopiero teraz jesteśmy na początku drogi do uprzytomnienia sobie, że polskie społeczeństwo jest bytem bardziej zróżnicowanym niż tylko plemiona podległe dyktatowi zmiksowanej pamięci tych dwóch trumien wielkiego czynu narodowo-wyzwoleńczego. Że istnieją też pamięci inne, demokratyczno-rewolucyjno-ludowe.

- A jak już to dostrzeżemy i już napiszemy te książki…

No właśnie. Trzecią konsekwencją odrzucenia dziedzictwa rewolucji 1905 jest to, że ono niesłychanie utrudnia pracę myślową i praktyczną nad tym, czym jest demokratyczna obietnica dzisiaj. Ciągłość i modyfikacje wzorów rewolucji we Francji, ale też w Niemczech, Holandii czy Włoszech przez ponad dwa stulecia, wykształciły wielkie zasoby, żeby pracować nad tym, czym w ogóle mogą być dzisiaj te demokratyczne obietnice: wolność, równość, braterstwo i siostrzeństwo. Ostatecznie robimy to, ale później, niż należałoby dla naszego dobra to robić.

krytykapolityczna.pl

poniedziałek, 31 maja 2021


2021 r. rokiem dogecoina jest i basta. Kryptowaluta przebojem wdarła się do ścisłej czołówki największych kryptowalut. Łączna wartość wszystkich dogecoinów wynosi obecnie blisko 80 mld dolarów. To rzecz jasna mniej od bitcoina i ethereum, ale jednocześnie o wiele więcej od bardziej popularnych w latach poprzednich litecoina, tethera czy bitcoin cash.

Powyższej historii można dodać jeszcze więcej pikanterii – dogeocoin jest bowiem wart więcej niż giganci tacy jak BASF, Dell, Activision Blizzard, Heineken czy Nintendo. O spółkach z GPW nawet nie ma co wspominać – nawet Allegro warte jest mniej niż 15 mld USD. Rzecz jasna porównujemy tu różne klasy aktywów (kryptowaluta vs. akcje), ale nadal pokazuje to skalę, do jakiej urósł dogecoin (czasami tłumaczony na polski jako „pieseł”).

(...)

Historia dogecoina sięga końcówki 2013 r. Dla znawców historii kryptowalut nie jest to data obojętna – właśnie wtedy bitcoin notował swój pierwszy rajd śledzony przez media głównego nurtu. Na nagłówki trafiał zarówno wzrost kursu w pobliże 1000 dolarów, jak i symboliczne przebicie ceny jednej uncji złota. Właśnie w takich realiach dwaj amerykańscy programiści – Billy Markus pracujący dla IBM oraz Jackson Palmer zatrudniony przez Adobe – postanowili dla żartu stworzyć alternatywną kryptowalutę. Jej nazwa, dogecoin, związana była z popularnym memem opartym na wizerunku psa rasy shiba-inu. Jak przyznał w liście otwartym do użytkowników Billy Markus, „opracowanie dogecoina zajęło około 3 godzin, a sporo z tego czasu zajęło zaimplementowanie czcionki Comic Sans i kilku grafik”.

Żart ewidentnie spodobał się ówczesnej społeczności kryptowalutowej. 16 grudnia 2013 r. cena otwarcia dogecoina wynosiła 0,0002993 dolara. Zaledwie trzy dni później jednostka kryptowaluty kosztowała już 0,001162 dolara (+467,7 proc.). Kluczowe dla okresu szczenięcego dogecoina było jednak przetrwanie ataku hakerskiego, do którego doszło w Boże Narodzenie 2013 r. Hakerom udało się wykraść kilkanaście milionów dogecoinów. Z jednej strony było to cios dla dopiero co powstałej kryptowaluty, z drugiej… za sprawą ataku o dogecoinie zaczęło być głośno. Co najistotniejsze, społeczność uruchomiła akcję „Uratuj DogeŚwięta” (ang. Save Dogemas), której celem była pomoc osobom poszkodowanym w wyniku ataku hakerskiego. Wystarczył miesiąc, aby wszystkie straty zostały pokryte, co tym razem przysporzyło dogecoinowi jednoznacznie pozytywnego rozgłosu.

Dogecoinowcy postanowili pójść za ciosem. Na początku 2014 r. zebrali kilkadziesiąt tysięcy dolarów dla jamajskiego zespołu bobslejowego, który zakwalifikował się, ale nie był w stanie opłacić kosztów udziału w zimowych igrzyskach olimpijskich w Soczi. Wsparcie otrzymał także hinduski saneczkarz Shiva Keshavan. Obie informacje trafiły do największych światowych mediów, co jeszcze bardziej zbudowało pozytywny wizerunek dogecoina. Pozytywny wydźwięk miała także dogecoinowa zbiórka na budowę studni w Kenii czy wsparcie psów przewodników i korzystających z ich pomocy dzieci.

Powstanie dogecoina było bezpośrednio związane z rosnącą popularnością bitcoina oraz innych kryptowalut (tzw. altcoinów). Twórcy waluty opartej o internetowy mem wykorzystali otwarty kod źródłowy innych kryptowalut, wprowadzając pewne zmiany. Przykładowo, początkowo przewidywano, że maksymalna liczba dogecoinów może wynieść 100 miliardów wobec 21 miliardów w przypadku bitcoina.

To właśnie z maksymalną liczbą jednostek kryptowaluty związana jest główna charakterystyka odróżniająca dogecoina od bitcoina i innych „deflacyjnych” kryptowalut. Szybko okazało się, że maksymalny poziom zostanie osiągnięty już w 2015 r., wobec czego twórcy dogecoina znieśli górny limit – od tamtej pory co rok podaż kryptowaluty rośnie o 5 miliardów jednostek. W przypadku bitcoina limit jest sztywny, a z każdym rokiem przybywa coraz mniej jednostek (obecnie wydobyto już 89 proc., lecz w związku z rosnącym poziomem trudności wydobywania datę wydobycia ostatniej jednostki szacuje się na rok 2140).

bankier.pl

– To oczywiste, że Polska potrzebuje gwarancji bezpieczeństwa, bo ma rozległe, nizinne terytorium. Słowację, Węgry i Czechy chronią Karpaty. Oczywiście my też potrzebujemy gwarancji, ale nie jesteśmy zagrożeni przez Rosję tak, jak odbierają to Polacy. Dlatego niezbędne jest połączenie polskiego żądania gwarancji bezpieczeństwa z żądaniami współpracy węgiersko-rosyjskiej w ramach V4. Tak więc każdy z krajów V4 będzie określał swoją własną politykę wobec Rosji, ale musimy również być w stanie zapewnić sobie wzajemnie gwarancje wobec Rosji – powiedział węgierski premier.

W jego ocenie UE prowadzi "prymitywną politykę rosyjską", co - jak wyjaśnił - oznacza, że mówi ona jedynie "tak" lub "nie", a potrzebuje polityki zniuansowanej, ponieważ Rosja jest krajem o ogromnej sile i szanującym siłę. – Jeżeli nie będziemy militarnie konkurencyjni wobec Rosjan, to oni będą dla nas zagrożeniem. Z drugiej strony w gospodarce musimy pracować razem. Ale my postępujemy odwrotnie, demonstrujemy naszą siłę poprzez gospodarkę dzięki naszej polityce sankcji, ale jesteśmy słabi militarnie. Powinno być dokładnie odwrotnie – uznał Orban.

onet.pl

Oficjalnie w Polsce żyje milion zakupoholików. Tak wynika z danych CBOS-u, który o uzależnienia behawioralne, czyli od zachowań – między innymi korzystania z telefonu, sieci, hazardu czy kompulsywnych zakupów – pyta Polaków co pięć lat. Ostatnio w 2019 roku, więc danych z czasów pandemii jeszcze nie znamy. Z raportu wynika, że problem kompulsywnego kupowania dotyczy 3,7 proc. Polaków powyżej 15. roku życia. Według CBOS-u pod wpływem niedającego się opanować wewnętrznego przymusu kupują głównie młodzi, poniżej 35. roku życia. Najbardziej zagrożone są nastolatki w wieku 15–17 lat. Kompulsywnie kupuje 15,9 proc. dziewczynek i aż 12,3 proc. chłopców. Aż, bo pięć lat wcześniej chłopców zakupoholików nie było wcale. Przynajmniej na papierze.

(...)


Z badania CBOS-u wynika, że w zakupoholizmie niewielkie znaczenie ma wykształcenie. Co ciekawe, drugorzędne są też zarobki – problem z nałogowym kupowaniem mają wcale nie najbogatsi, lecz głównie osoby o miesięcznych dochodach wynoszących 1800–2499 zł. Aż jedna trzecia zakupoholików (34,6 proc.) nie ma własnych dochodów.

Największą rolę odgrywają wiek i płeć. 80, a nawet 90 proc. zakupoholików diagnozowanych w testach przesiewowych lub klinicznie to kobiety. W badaniach CBOS-u ich odsetek wyniósł 74,2 proc.

(...)

W pandemii do Małgorzaty Słowik przyszła pacjentka i powiedziała, że ma garaż makaronu. Do tego kasze, ryże, puszki z jedzeniem. Ale makaronu najwięcej, może nim wyłożyć ściany. – Powiedziała, że w lockdownie mężowi tak się zrobiło, nie zjedzą tego do końca świata. Zawsze widziała, że on dużo kupuje, ale lęk przed COVIDEM-19 odpalił u niego fazę chroniczną.

Mąż innej pacjentki kupował zegarki, doszedł do około 50 sztuk. Z czasem różniły się już tylko detalami, które on analizował w sieci godzinami.

(...)

Zosia Zochniak, współtwórczyni projektu Ubrania do Oddania, w którym każde 10 kg nadesłanych przez ludzi nieużywanych ubrań przeliczane jest na 10 zł dla wybranej organizacji charytatywnej, irytuje się, kiedy słyszy, że zakupoholizm to "fanaberia wystrojonych laseczek, które nie pamiętają, że mają kilka takich samych sukienek". – Tak pokazał zakupoholizm jeden z programów śniadaniowych. Jako niegroźną fanaberię. Tymczasem dla człowieka, który odczuwa przymus kupowania, i dla jego bliskich zakupoholizm to życiowy dramat – oburza się.

Przytacza historię stojącą za jedną z pierwszych darowizn, która trafiła do Ubrań do Oddania: cztery kartony, a w jednym około 200 par spodni w tym samym rozmiarze. – Różnych marek, fasonów, bardzo dużo nowych, z metkami. Pomyślałam, że to pewnie pomyłka. Zadzwoniłam do nadawczyni, bo miałam jej dane. Była bardzo zawstydzona, podziękowała za uczciwość i przyznała, że są to rzeczy wysłane świadomie, w ramach jej trzyletniej terapii leczenia zakupoholizmu. Uprzedziła, że będzie nam wysyłała ubrania sukcesywnie, bo ma je po prostu wszędzie.

gazeta.pl

wtorek, 25 maja 2021


Human Rights Watch donosi w swoim raporcie, że aplikacja do nadzoru policyjnego używana przez chińskie władze w północno-zachodniej prowincji Sinciang wyznacza 36 grup ludzi, w których przypadku może zostać wszczęte śledztwo. Mogą oni również zostać wysyłani do obozów internowania. Wszystko to odbywa się w ramach represji reżimu, które wymierzone są w tureckich muzułmanów zamieszkujacych właśnie ten region.

W opublikowanym 1 maja br. przez Human Rights Watch raporcie przeanalizowano aplikację mobilną, jakiej władze z Sinciang używają do zbierania danych osobowych na temat zarówno Ujgurów, którzy są muzułmanami, jak i innych mniejszości muzułmańskich. Co więcej, na jej podstwie tworzą raporty dotyczące podejrzanych działań i przeprowadzają dochodzenia w sprawie ludzi, których system oznacza jako problematycznych.

Aplikacja jest połączona ze Zintegrowaną Platformą Wspólnych Operacji (ang. Integrated Joint Operations Platform, IJOP), jednym z głównych systemów używanych przez reżim do masowej inwigilacji w tym regionie. Według informacji zawartych w raporcie, system IJOP bada i gromadzi dane o milionach mieszkańców Sinciang za pomocą kamer CCTV, z których część posiada funkcje rozpoznawania twarzy lub widzenia w nocy. Ponadto korzysta z rozległej sieci punktów kontrolnych oraz „Wi-Fi snifferów”, które zbierają unikatowe adresy identyfikacyjne komputerów i smartfonów.

Następnie przy użyciu danych wydobytych przez system, IJOP może zidentyfikować „problematycznych” ludzi, aby przeprowadzić w ich sprawie dochodzenia oraz umieścić ich w obozach internowania należących do całej sieci obozów, jakie znajdują się w tym regionie.

Departament Stanu USA i grupy zaangażowane w obronę praw człowieka szacują, że obecnie w takich obozach przetrzymywanych jest ponad milion Ujgurów i innych mniejszości muzułmańskich. Tam siłą poddawani są indoktrynacji politycznej i zmuszani do wyrzeczenia się wiary. Byli więźniowie opowiadają o przeprowadzanych w tych obiektach torturach, maltretowaniu i gwałtach.

Chiński reżim usprawiedliwiał zatrzymania i masową inwigilację koniecznością zwalczania terroryzmu.

W organizacji zajmującej się prawami autorskimi zdołano przeprowadzić inżynierię wsteczną aplikacji IJOP w celu zbadania rodzaju gromadzonych danych osobowych, a także zidentyfikowania typów zachowań i osób, które władza obiera za cel.

W raporcie podano że, aplikacja gromadzi szeroki zakres danych osobowych, wliczając w to grupę krwi, wzrost „co do centymetra” oraz kolor i markę samochodu. Informacje są następnie wprowadzane do systemu IJOP i łączone z numerem krajowej karty identyfikacyjnej danej osoby.

W raporcie stwierdzono również, że aplikacja identyfikuje 36 grup osób uważanych za „podejrzane”. Decydują o tym przypuszczalnie nieszkodliwe zachowania, tj. „wracanie z zagranicy”, „niesocjalizowanie się z sąsiadami”, „rzadkie używanie drzwi wejściowych”, „entuzjastyczne zbieranie pieniędzy lub materiałów na potrzeby meczetów” lub „zużywanie niestandardowej ilości energii elektrycznej przez dane gospodarstwo domowe”.

Aplikacja informuje również o konieczności przeprowadzania „dochodzeń” wśród osób oznaczonych jako problematyczne, co wiąże się z gromadzeniem jeszcze większej ilości danych osobowych.

Podczas jednej takiej misji urzędnik będzie musiał np. sprawdzić telefon danego człowieka i zalogować się na niego, aby zobaczyć, czy używa on któregokolwiek z 51 „podejrzanych” narzędzi internetowych, w tym wirtualnych sieci prywatnych (VPN) oraz zagranicznych aplikacji do przesyłania wiadomości, tj. Viber, WhatsApp i Telegram.

„W Sinciang władze stworzyły system, który oznacza ludzi jako podejrzanych w oparciu o rozległe i wątpliwe kryteria, a następnie generuje listy osób, które mają zostać ocenione przez urzędników w celu ich zatrzymania” – czytamy w raporcie.

epochtimes.pl

Państwa zamożne walczą z paleniem nikotyny już od lat 80. Obciążanie papierosów dodatkowym podatkiem to nie tylko źródło dochodów budżetowych, ale też instrument ograniczania ich spożycia. A poza akcyzą w XX wieku wprowadzano także zakazy reklamowania papierosów, jak również prowadzono akcje edukacyjne na temat ich szkodliwości.

W XXI wieku rozszerzono politykę antynikotynową o nowe rozwiązania: zaczęto m.in. wprowadzać zakazy palenia w miejscach publicznych, w tym w pubach i restauracjach. Do Polski rozwiązanie to dotarło pod koniec 2010 roku. Kolejnym krokiem było umieszczanie informacji na temat szkodliwości dymu i samej nikotyny na paczkach papierosów, często okraszonych wyjątkowo nieprzyjemnymi zdjęciami, które same w sobie mogły zniechęcać do zakupu.

Generalnie zatem zrobiono całkiem sporo, żeby palenie przestało być modne i fajne, a stało się okazjonalną przyjemnością lub tylko przykrym nawykiem, z którym wiąże się sporo niedogodności. Wszystkie wymienione wyżej instrumenty ograniczania palenia prędzej czy później wprowadzono również w Polsce.

Politykę opartą na takich właśnie rozwiązaniach prowadzi także Nowa Zelandia. Wprowadzony już w 1990 roku Smoke-free Environments Act, czyli Ustawa o środowisku wolnym od dymu, uwolniła od niego miejsca publiczne (była to jedna z pierwszych na świecie tego typu regulacji), obciążyła papierosy wyższym podatkiem, a także nakazała zamieszczanie ostrzeżeń zdrowotnych na paczkach.

Te oparte na miękkich rozwiązaniach polityki antynikotynowe przynoszą wyraźne efekty. Właściwie w każdym kraju OECD liczba nałogowych palaczy szybko spada. W Holandii w latach 1990–2018 odsetek palących spadł z 37 do 17 proc., z kolei w Wielkiej Brytanii odsetek palących codziennie spadł z 30 do 17 proc. W samej Nowej Zelandii ten wskaźnik obniżył się z 28 do 13 proc. W bazie danych OECD zestawienie dla Polski obejmuje okres 1996–2014 – w tym czasie odsetek nałogowych palaczy w naszym kraju również spadł, choć nieco mniej, bo z 32 do 23 proc.

(...)

Skuteczności miękkich rozwiązań antynikotynowych dowodzi ogrom badań. W badaniu The Impact of Implementing Tobacco Control Policies z 2017 roku pięcioro naukowców z USA przyjrzało się efektom poszczególnych rozwiązań.

Najskuteczniejsze są, oczywiście, rozwiązania podatkowe. Obciążenie papierosów podatkiem wynoszącym połowę ich ceny w długiej perspektywie może ograniczyć konsumpcję nawet o jedną piątą. Wprowadzenie zakazu palenia w miejscach publicznych w długiej perspektywie przekłada się na spadek konsumpcji papierosów o kilkanaście procent, a potencjalnie może nawet o niecałą jedną piątą. O mniej więcej jedną dziesiątą konsumpcję mogą ograniczyć oznaczenia graficzne ostrzegające przed skutkami palenia oraz szeroko zakrojone kampanie informacyjne. Stosunkowo najmniej skuteczne jest natomiast finansowanie terapii odwykowych oraz całkowity zakaz reklam, jednak nawet one mogą przynieść kilkuprocentowy spadek konsumpcji. W sumie rozwiązania zmniejszające popyt, bo tak są określane wszystkie powyższe, według badaczy mogą zmniejszyć konsumpcję palenia o 60 proc.

Czy poza instrumentami antypopytowymi państwa mogą w jeszcze jakiś inny sposób zmniejszać konsumpcję papierosów? Oczywiście, że tak.

Ograniczanie palenia poprzez instrumenty zmniejszające atrakcyjność produktów tytoniowych to jedynie leczenie objawów, a nie przyczyn; te bowiem bardzo często tkwią w sytuacji socjoekonomicznej palaczy. Palenie jest silnie związane z pozycją społeczną jednostki, a zwłaszcza z wykształceniem. Według danych sanepidu codziennie pali 32 proc. mężczyzn z wykształceniem zawodowym i 18 proc. z wykształceniem wyższym, to blisko dwukrotna różnica. O ile 27 proc. bezrobotnych to palacze, o tyle wśród kierowników i specjalistów pali już tylko 13 proc. Wśród osób będących w złej sytuacji materialnej pali 28 proc. mężczyzn i 18 proc. kobiet, zaś w grupie osób będących w sytuacji dobrej to odpowiednio 20 i 13 proc.

W Polsce palenie jest w większym stopniu skorelowane z wykształceniem niż z sytuacją materialną, choć wynika to m.in. z tego, że nasze nierówności dochodowe są umiarkowane. W państwach o wysokim poziomie nierówności różnice materialne odgrywają już olbrzymią rolę. W USA wśród osób żyjących poniżej granicy ubóstwa regularnie pali 32 proc. populacji. W grupie żyjących na poziomie dwukrotności tej granicy palenie jest już dwukrotnie rzadsze. Aż trzykrotna różnica występuje natomiast między Amerykankami i Amerykanami z niższym (tj. poniżej szkoły średniej) i wyższym wykształceniem (absolwentki college’ów).

Działania zmniejszające nierówności, biedę i bezrobocie, a także podwyższające kapitał kulturowy społeczeństwa, mogą więc być równie skuteczne w ograniczaniu palenia co instrumenty antypopytowe. Palenie jest przecież jednym ze sposobów radzenia sobie ze stresem, a nieraz też jedną z niewielu przyjemności, na jakie mogą sobie pozwolić osoby żyjące na niskim poziomie materialnym.

Podwyższanie kapitału materialnego i kulturowego społeczeństwa zmienia też modele konsumpcji na, brzydko mówiąc, bardziej wyrafinowane. To dlatego, że podwyższenie statusu socjoekonomicznego jednostki otwiera przed nią znacznie mniej szkodliwe dla zdrowia możliwości rozładowywania stresu lub przyjemnego spędzania czasu wolnego – takich jak sport czy korzystanie z dóbr kultury.

Stabilność ekonomiczna umożliwia też stosowanie zdrowej i zbilansowanej diety, a także prowadzenie spokojniejszego życia. W takich warunkach chęć sięgnięcia po papierosa jest niższa, a samo palenie staje się mniej atrakcyjne na tle innych, nowych opcji. Nieprzypadkowo trzy najmniej palące społeczeństwa w UE to Szwedzi, Finowie i Duńczycy.

krytykapolityczna.pl

O ile produkcja drogich – kosztujących od 100 dolarów do nawet 1000 dolarów – chipów, instalowanych w komputerach o dużej mocy czy smartfonach z najwyższej półki, przez pierwsze miesiące roku szła w zasadzie bez większych problemów, o tyle szybko pojawiły się kłopoty ze stosunkowo tanimi podzespołami i częściami wykorzystywanymi np. w urządzeniach elektroniki domowej i AGD. Takimi jak np. sterowniki wyświetlaczy, bez których nie da się wyprodukować ekranu telefonu Apple czy Samsunga, monitora Della, systemu nawigacji czy np. wyświetlacza zainstalowanego w kuchence mikrofalowej albo w pralce. Skoro popyt rośnie, to ich producenci podnoszą ceny i zawierają umowy na krótkie serie. Producentom aut brakuje także np. chipów zarządzających zasilaniem.

Część firm z branży przyznaje, że gdy wybuchła pandemia popełnili błąd w planowaniu. Zakładali, że – tak jak w przypadku poprzednich kryzysów – spadnie popyt i ograniczyli produkcję, a tym samym zwolnili moce outsourcowane w fabach. Sygnały do zmniejszenia dostaw dostawali zresztą od klientów. Tymczasem spadek – o ile wystąpił – był chwilowy, bo konsumenci, których lockdown uwięził w domach, aby móc pracować na odległość, zaczęli kupować wydajniejsze komputery i większe monitory, a dla uczących się zdalnie dzieci – nowe laptopy. Do tego doszły zakupy nowych telewizorów, konsol do gier i całej gamy innych elektronicznych gadżetów, które miały ułatwić i uprzyjemnić życie w domowym zamknięciu.

Ten sam błąd popełnili producenci samochodów. Na początku pandemii zaczęli ograniczać produkcję i sygnalizować dostawcom, by wstrzymywali wysyłką komponentów, w tym tych zawierających chipy. Wcześniejsze od spodziewanego odbudowanie się popytu na auta zaskoczyło producentów. Ruszyli więc do dostawców chipów z prośbą o zwiększenie produkcji. I tu spotkało ich rozczarowanie. Zwolnione moce zajęli inni klienci, zwłaszcza ci, którzy produkują elektronikę użytkową.

Motoryzacji pozostało ustawienie się na końcu kolejki i lobbowanie u przedstawicieli rządów, by te, wykorzystując kanały dyplomatyczne, otworzyły branży szybką ścieżkę w fabach takich firm jak TSMC czy Samsung. Częściowo się to udało. Obietnice padły. Na dodatek branży motoryzacyjnej na odsiecz ruszył Intel, który ogłosił, że w ramach nowej strategii udostępni innym producentom moce w swych fabrykach. Ale nim produkcja wzrośnie potrzeba czasu na jej przygotowanie. Intel mówi o sześciu, dziewięciu miesiącach. Analitycy amerykańskiej firmy doradczej AlixPartners szacują, że brak chipów zmniejszy tegoroczne dostawy aut o od 2,2-2,4 mln sztuk. To równowartość ok. 3 proc. światowej produkcji. Whirlpool, czołowy światowy producent AGD informował, że w marcu nie dostał 10 proc. zamówionych półprzewodników.

(...)

Choć produkcja chipów idzie pełną parą, to są przerwy w niektórych fabach. W jednych powodem jest COVID-19, w innych – niespodziewane zdarzenia, takie jak spowodowany śnieżycami blackout w Teksasie, gdzie TSMC, Samsung, Infineon i NXP Semiconductors musieli przerwać produkcję. Jej wznowienie zajęło kilka tygodni, a firmy spodziewają się, że pełne moce teksańskie faby odzyskają w pierwszych miesiącach lata. Jak twierdzą analitycy tajwańskiej firmy badawczej TrendForce, wstrzymanie produkcji w teksańskiej fabryce Samsunga spowoduje w II kwartale 30-proc. spadek produkcji telefonów 5G.

Na Tajwanie TSMC, a także Micron sygnalizują kłopoty z dostawami wody wykorzystywanej w produkcji. Na wyspie trwa największa od 56 lat susza. W Japonii w ostatnim roku doszło do trzech pożarów w fabrykach związanych z branżą. W lipcu ub.r. ogień objął zakład wytwarzający podłoża używane przy produkcji chipów. Skutki tego pożaru, w postaci zmniejszonych dostaw, producenci chipów – m.in. Intel – odczuwali jeszcze w kwietniu br. W październiku ub.r. zapaliła się fabryka firmy Asahi Kasei Microdevices, w której produkowano sensory używane w motoryzacji (produkcję wznowiono w lutym 2021 r.), zaś w marcu br. palił się jeden z zakładów wytwarzającej chipy dla motoryzacji spółki Renesans Electronics. Firma odpowiada za ok. 30 proc. światowej produkcji mikrokontrolerów używanych w samochodach. Kilka tygodni zajęło przeniesienie produkcji do fabów innych producentów (w tym TSMC). Fabryka już wznowiła produkcję, a pełne moce osiągnie za kilka tygodni.

(...)

Nvidia, czołowy światowy producent procesorów graficznych (GPU), które ze względu na moce obliczeniowe wykorzystywane są nie tylko w komputerach, ale także np. w kopalniach bitcoinów, początkowo liczył, że problemy zakończą się po I kwartale 2021 r. Wraz z publikacją wyników za pierwsze trzy miesiące tego roku firma twierdzi, że niedobory potrwają przynajmniej do końca tego roku. Nvidia zaznacza, że stale zwiększa produkcję GPU.

Tajwański TSMC, największy światowy producent półprzewodników na zlecenie, którego faby produkują dla takich firm jak Apple i Qualcomm mówi wprost, że ten rok nie będzie ostatni. Ocenia to na podstawie składanych przez klientów zamówień, które z nawiązką przekraczają jego moce produkcyjne wykorzystywane dziś dzięki różnym zabiegom organizacyjnym w ponad 100 proc. By sprostać popytowi tajwański producent ogłosił, że tegoroczne nakłady inwestycyjne wyniosą 30 mld dolarów. To o trzy czwarte więcej niż w 2020 r. i więcej niż wstępnie planowane na ten rok 25-28 mld dolarów.

Także światowy numer jeden – Intel – mówi o 2022 r. jako spodziewanym terminie zakończenia kłopotów z zaspokajaniem popytu. Bardziej optymistycznie na sytuację patrzy tajwański Acer, piąty światowy producent komputerów. W jego opinii, problemy z chipami do komputerów średniej klasy zelżeją już w II połowie roku.

W zaspokojeniu popytu mają pomóc przede wszystkim nowe i już prowadzone inwestycje. Intel zadeklarował, że wyda 20 mld dolarów na budowę dwóch fabryk w Arizonie. Faby mają produkować półprzewodniki także na zamówienie innych firm. Z kolei TSMC, które w maju ub.r. zapowiedział wydanie na budowę fabu w Arizonie 12 mld dolarów, wiosną tego roku ogłosiło, że w ciągu trzech lat zainwestuje 100 mld dolarów w zwiększenie mocy produkcyjnych, w tym w USA. Niemiecki Infineon w lutym ogłosił, że nieznacznie zwiększa planowane w tym roku inwestycje i przyspiesza uruchomienie nowej fabryki w Austrii. Ma ruszyć w III kwartale i produkować chipy m.in. dla motoryzacji.

Do tych rynkowych zapowiedzi, które wynikają m.in. z biznesowych ocen, że konsumpcja półprzewodników w najbliższych latach będzie rosła, bo rynek półprzewodników za sprawą 5G i komputerów o dużych mocach obliczeniowych wszedł w fazę wieloletniego wzrostu, dochodzą jeszcze działania i zapowiedzi działań rządów.

Administracja Joe Bidena w lutym nakazała agendom rządowym działania zmierzające do zwiększenia krajowej produkcji chipów i szuka poparcia w Kongresie i Senacie dla projektu przeznaczenia 37 mld dolarów z publicznych pieniędzy na zwiększenie produkcji chipów w USA. Podczas rozmów z rządem dotyczących zwiększenia produkcji szefowie Samsunga i SK Hynix zaproponowali, by przyznano im wakacje podatkowe w wysokości 50 proc. wartości nowo wybudowanych budynków fabrycznych, czy centrów R&D.

Ponadto niezależnie od siebie rząd USA i Unia Europejska ogłosiły koncepcje półprzewodnikowej samowystarczalności. Taki plan od kilku lat realizowany jest w Chinach pod auspicjami tamtejszych władz państwowych. W ocenie Marka Liu, prezesa TSMC, są „ekonomicznie nierealne”. Także autorzy raportu SIA i BCG ocenili, że jest to nieuzasadniony ekonomicznie pomysł. Według ich prognoz branża na inwestycje i R&D wyda w ciągu 10 lat 3 bln dolarów. Tymczasem jak wyliczyli, gdyby Europa, USA i Chiny (konsumują odpowiednio 25 proc., 32 proc. i 24 proc. światowej produkcji półprzewodników) miały być samowystarczalne to łącznie musiałby wydać na dojście do takiego stanu ok. biliona dolarów, a potem co roku od 40-105 mld dolarów (ta wielkość zależy od fazy cyklu koniunkturalnego i rozwoju technologii).

W rozpisaniu na głosy wstępne inwestycje w Chinach wyniosłyby 175-250 mld dolarów, w USA 350-420 mld dolarów i w Europie 240-330 mld dolarów, a roczne wydatki to odpowiednio 5-15 mld dolarów, 10-30 mld dolarów i 25-60 mld dolarów. Według autorów raportu nacjonalizm półprzewodnikowy spowodowałby wzrost cen półprzewodników o 35-65 proc., a w ślad za tym cen urządzeń sprzedawanych konsumentom końcowym. Zamiast tego proponują dotacje i ulgi podatkowe, które miałyby pozwolić na korekty w łańcuchu dostaw i przesunięcie części mocy produkcyjnych do USA czy Europy. Dziś np. najbardziej zaawansowane chipy (technologie od 10 nm w dół) produkowane są tylko w Korei (8 proc.) i na Tajwanie (92 proc.), co czyni produkcję wrażliwą na kryzysy i konflikty geopolityczne, a także na katastrofy naturalne. Z kolei 40 proc. ogółu światowych mocy produkcyjnych ulokowane jest w Chinach.

obserwatorfinansowy.pl

Łukasz Giżyński to trzydziestolatek. W 2014 r. bez sukcesu ubiegał się o mandat radnego w częstochowskiej radzie miasta. Jak słyszymy od osób doskonale znających realia układów towarzysko-politycznych w mieście, swoją karierę zawdzięcza ojcu i jego dobrym relacjom z rządzącą Częstochową lewicą.

Syn wiceministra dostał w przeszłości pracę w miejskich spółkach m.in. w Częstochowskim Przedsiębiorstwie Komunalnym i oczyszczalni ścieków "Warta". – Kiedy zapytałem jednego z prezesów jak to możliwe, że zatrudnili człowieka z PiS-u, usłyszałem, że to nie na ich poziomie się rozgrywa – mówi nasz informator.

Młody Giżyński przez kilka miesięcy był też zatrudniony w archiwum Regionalnego Funduszu Gospodarczego, czyli spółce ze 100 proc. udziałem skarbu państwa. Ale ambicje wiceministra względem syna były znacznie większe.

– Nikt nie ma wątpliwości, że częstochowski oddział Narodowego Instytutu Kultury i Dziedzictwa Wsi Giżyński utworzył pod syna. Wystarczy sprawdzić czym się tam zajmują, bo na pewno nie kultywowaniem wiejskiej tradycji i kultury – dodaje nasz rozmówca, który prosi o anonimowość.

Pierwszym zrealizowanym zadaniem częstochowskiego oddziału pod kierownictwem Łukasza Giżyńskiego jest projekt "Częstochowscy Męczennicy za Wiarę i Ojczyznę", poświęcony pamięci księży katolickich zamordowanych przez Niemców w czasie II wojny światowej. Pomysłodawcą projektu nie jest jednak Giżyński, a Fundacja na Rzeczy Promocji i Rozwoju Sołectwa Karczewice, która szukała środków na realizację tego projektu i znalazła je właśnie w Narodowym Instytucie Kultury i Dziedzictwa Wsi.

Za wsparcie z Instytutu udało się zorganizować wystawę, koncert i cykl publikacji. Artykuły na ten temat opublikowano w lokalnym tygodniku, którego redaktor naczelną jest Urszula Giżyńska - żona wiceministra i matka kierownika oddziału Narodowego Instytutu Kultury i Dziedzictwa Wsi.

– Nie mieliśmy zlecenia z Instytutu Kultury i Dziedzictwa Wsi, tylko z Fundacji na Rzecz Rozwoju Sołectwa Karczewice. Były zapytania ofertowe ze strony Fundacji, my odpowiedzieliśmy i nawiązano z nami współpracę na publikację cyklu artykułów historycznych. Od samych początków naszego istnienia, czyli od 30 lat, z pietyzmem odnosimy się do naszych polskich postaw i uczuć patriotycznych, ponadto jesteśmy Gazetą o zasięgu obejmującym cały subregion północny województwa śląskiego - co razem wzięte zapewne miało wpływ na wybór przez Fundację – mówi w rozmowie z Onetem Urszula Giżyńska.

– Nigdy nie podejmowaliśmy finansowej współpracy z Instytutem Kultury i Dziedzictwa Wsi, nie wystawialiśmy Instytutowi faktur i nie wzięliśmy od Instytutu Kultury i Dziedzictwa Wsi ani złotówki – zapewnia Giżyńska, redaktor naczelna "Gazety Częstochowskiej".

Rzeczywiście, pieniądze z państwowego instytutu kierowanego przez syna trafiły do gazety matki przez wspomnianą fundację. – Jako partner dostaliśmy środki od Narodowego Instytutu Kultury i Dziedzictwa Wsi. Na cały ten projekt, w tym na cztery artykuły. Na częstochowskim rynku nie ma zbyt wielu wydań papierowych gazet dostępnych w sprzedaży, a "Gazetę Częstochowską" można kupić w każdym kiosku. Zaproponowano nam ok. 6 tys. zł za cykl, połowę taniej niż oferowały inne tytuły – tłumaczy Onetowi Robert Kępa z Fundacji na Rzeczy Promocji i Rozwoju Sołectwa Karczewice.

onet.pl

poniedziałek, 24 maja 2021


W połowie lat czterdziestych nastąpiło odrodzenie aktywności Towarzystwa Demokratycznego Polskiego, któremu przewodzili tym razem nie emigranci, lecz energiczni działacze zamieszkali na terenie wszystkich zaborów. Dwa główne ośrodki tej aktywności mieściły się w okupowanym przez Prusy Poznaniu i Wolnym Mieście Krakowie, ściśle powiązanym z zajmowaną przez Austriaków Galicją. Te właśnie dwa miasta miały być miejscami wybuchu ogólnokrajowego powstania, które nie tyle zaplanował, ile wymyślił nieugięty, choć niezbyt zrównoważony, samozwańczy kandydat na jego przywódcę – Ludwik Mierosławski.

Był to przystojny młody człowiek o jasnych włosach i bohaterskiej postawie. Ten urodzony w 1814 roku syn napoleońskiego oficera i Francuzki brał jako chłopiec udział w powstaniu listopadowym i od tej pory marzył o dowodzeniu armiami. Czekając na okazję do realizacji tych planów, działał w Towarzystwie Demokratycznym, które nazywał czasem walecznym kościołem, a czasem zakonem krucjaty. Mówił podniosłym tonem o dalekosiężnych planach, które nie mogą się nie powieść, i zarażał ludzi swoją energią. Czuł się stworzony do zbrojnej walki przeciwko uciskowi i był przekonany, że zbyt długi pokój deprawuje naród. Wierzył też, że do tego, by młode pokolenie nadmiernie nie zmiękło, konieczna jest „operacja w formie powstania”.

W 1845 roku Mierosławski porozumiał się z dwudziestotrzyletnim Edwardem Dembowskim i wspólnie z nim ułożył projekt powstania, które chcieli wywołać równocześnie w Poznańskiem i Galicji. Po odebraniu ich Prusom i Austrii, miały one stać się przyczółkami umożliwiającymi wyparcie Rosjan z pozostałych obszarów Polski. Na czele rządu tymczasowego obaj spiskowcy chcieli postawić poznaniaka, Karola Libelta, a powstanie miało wybuchnąć wieczorem 21 lutego 1846 roku. Zaapelowali do Mazziniego o wywołanie we Włoszech zamieszek, które miały odwrócić uwagę Austriaków, i przewidywali, że oddział złożony z Polaków i Francuzów wkroczy w tym samym celu przez Szwajcarię do Italii. Inicjatywa spaliła na panewce, gdy Libelt, Mierosławski i inni poznańscy przywódcy spisku zostali wyłapani przez pruską policję. Kiedy wiadomość o tym dotarła do innych konspiratorów, jedni chcieli odwołać powstanie, a inni opowiadali się za jego przyspieszeniem. Doszło w rezultacie do kilku przedwczesnych lokalnych wybuchów. 18 lutego austriackie wojska wkroczyły do Krakowa i zaczęły aresztować spiskowców na terenie całej Galicji. Krakowscy konspiratorzy podjęli mimo to decyzję o wszczęciu powstania i wydali manifest zapowiadający szeroko zakrojone reformy społeczne. „Wołają do nas wolne narody całego świata, byśmy nie zaprzepaścili podstaw bytu narodowego... woła do nas sam Bóg, który zażąda kiedyś od nas rachunku – brzmiało ich przesłanie. – Jest nas dwadzieścia milionów. Podnieśmy się za jednym razem i jak jeden mąż, a żadna potęga świata naszej mocy nie zwycięży. Nastanie dla nas wolność, jakiej na świecie jeszcze nigdy nie było”.

Dnia 27 lutego 1846 roku Dembowski, w chłopskim stroju i z krucyfiksem w ręku, poprowadził procesję po podkrakowskich wsiach, wzywając włościan do powstania. Przedsięwzięcie nie wzbudziło większego entuzjazmu. W drodze powrotnej do Krakowa procesja została zatrzymana przez wojsko austriackie, wspierane przez uzbrojonych w kosy chłopów, których zachęcano do zwalczania „znieprawionych rewolucjonistów” i nieprzyjaciół „dobrego cesarza”. Dembowski został śmiertelnie pobity. Wkrótce potem Austria anektowała Wolne Miasto Kraków. Zdumiewające jest to, że Karol Marks nazwał ten żałosny niewypał pierwszą demokratyczną rewolucją w najnowszej historii.

Nowym elementem w tej narodowowyzwoleńczej rozgrywce była perfidna, intrygancka polityka Austrii, której urzędnicy obiecywali pieniądze za żywych lub zabitych „buntowników”, a także rozpuszczali pogłoski, że polska szlachta wezwała na pomoc francuskie wojska kolonialne, więc w Karpatach zaroi się wkrótce od czarnoskórych żołnierzy, mordujących i pożerających chłopów. Doprowadziło to do masakry ponad dwóch tysięcy przedstawicieli drobnej szlachty, studentów i innych podejrzanych. Zabijali ich chłopi pragnący zademonstrować swoją lojalność wobec cesarza. Przebieg wydarzeń był straszliwym wstrząsem dla polskich patriotów. Chłopi apatycznie zareagowali na wszystkie ich apele, ale z entuzjazmem poparli „swojego cesarza”. Ochłodziło to zapał licznych zwolenników walki o wolność. A widmo chłopów napadających na dwory prześladowało również szlachetnie urodzonych spiskowców w innych częściach habsburskiego imperium, takich jak Węgry i Włochy, gdzie ostatnie wydarzenia bynajmniej nie zachęcały do patriotycznej działalności.

Adam Zamoyski - Święte szaleństwo