sobota, 19 listopada 2016
Kiedy kilka dekad temu przedstawiano pierwsze projekty wprowadzenia gwarantowanego dochodu podstawowego, za każdym razem wywoływały oburzenie ze strony związków pracodawców, związków zawodowych, ekonomistów i polityków. Ostatnio jednak idea ta znów zaczęła się pojawiać, tym razem z pokaźnym poparciem ze strony radykalnej lewicy, ruchu zielonych, a nawet libertariańskiej prawicy. Powodem jest wzrost znaczenia maszyn, które teraz, po raz pierwszy od początku ery industrializacji, mogą zlikwidować więcej miejsc pracy niż technologiczne innowacje są w stanie stworzyć - podważając zarazem pozycję "białych kołnierzyków".
Ale wraz z powrotem pomysłu powszechnego dochodu podstawowego powrócił też opór ze strony zarówno prawicy jak i lewicy. Prawicowcy wytykają, że wykreowanie wystarczająco wysokich dochodów budżetowych, aby sfinansować taki program, jest niemożliwe bez stłamszenia sektora prywatnego, a także dużego spadku podaży pracy i produktywności, ze względu na usunięcie zachęt do pracy. Lewicowcy martwią się, że powszechny dochód utrudniłby walkę o poprawę warunków pracy, usprawiedliwił bogatą klasę próżniaczą, naraził ciężko zdobyte prawa związków zawodowych (poprzez wzmocnienie pozycji firm takich jak Uber czy Deliveroo), podważył fundamenty państwa opiekuńczego, zachęcał do pasywności w życiu publicznym i promował konsumpcjonizm.
Promotorzy tej idei - zarówno na prawicy, jak i na lewicy – przekonują, że powszechny dochód podstawowy byłby wsparciem dla tych, którzy stanowią bezcenną wartość dla społeczeństwa, szczególnie kobiet w sektorze opiekuńczym czy artystów wykonujących niemal za darmo wielkie publiczne projekty. Ubodzy zostaliby wyzwoleni z podłego obowiązku ciągłego wykazywania, że kwalifikują się do otrzymywania pomocy, zaś sieć zabezpieczeń socjalnych, która potrafi zaplątać ludzi w sieci permanentnego ubóstwa, zostałaby zastąpiona platformą, na której można stanąć, aby sięgnąć czegoś wyżej. Młodzi otrzymaliby swobodę do eksperymentowania z różnymi ścieżkami kariery czy studiowania kierunków, które nie są uważane za lukratywne. Co więcej, w dzisiejszej gospodarce coraz bardziej skoncentrowanej na krótkoterminowych pracach i umowach, ze zmniejszającymi się i słabnącymi związkami zawodowymi, podstawowy dochód przywróciłby gospodarczą stabilność.
opinie.wp.pl
czwartek, 17 listopada 2016
Na pierwszy rzut oka, może się wydawać, że Putin został niekwestionowanym przywódcą kraju niemal z dnia na dzień. Nagle Jelcyn ogłosił, iż to on będzie jego następcą. Do tamtej chwili większość Rosjan nigdy o nim nie słyszała. W rzeczywistości zdobywanie Olimpu zabrało Putinowi sporo czasu, od 1998 do 2004 roku. Wydaje mi się, że Putin będący z zawodu funkcjonariuszem organów bezpieczeństwa państwa nie potrafi myśleć strategicznie. O tym, co będzie robił i jak się zachowa decydowały okoliczności. Na początku zapewne wydawało mu się, iż w najlepszym wypadku na stanowisku prezydenta czekają go dwie kadencje. W początkowym stadium swojej prezydentury Putin musiał zostać zaaprobowany przez przedstawicieli rodziny Jelcyna, był zaledwie jednym z trybów rządzącej elity. Kiedy oficjalnie został dziedzicem Kremla, zabrał się za wzmacnianie swojej władzy osobistej. Ze swej strony "rodzinie" wydawało się, iż Putin pozostanie pierwszym wśród równych, a nie absolutnym numerem jeden. W tamtych czasach, w kraju funkcjonowały różne ośrodki władzy.
Stopniowo jednak Putinowi udawało się poszerzać swoje wpływy. Podczas przechodzenia z jednego poziomu na wyższy Putin uświadamiał sobie, iż opór materii nie jest tak silny, jak mogło wydawać się na początku. W dodatku, okazało się, iż społeczeństwo chętnie przysłuchuje się propagandzie, z punktu widzenia władzy było to szczególnie cenne. Jak mi się wydaje, nawet sam Putin, nie przewidywał, jak wielki będzie sukces związany z drugą wojną w Czeczenii i jak szybko telewizja zdoła wytłumaczyć społeczeństwu, iż prezydent jest jego zbawcą i stworzy obraz silnego, zdecydowanego przywódcy, wokół którego należy się zjednoczyć. Potem wyjaśniło się, iż rosną ceny ropy naftowej i możliwy jest rozwój gospodarki bez jakichkolwiek reform. Putin dobrze zapamiętał, że wprowadzaniu reform zwykle towarzyszą różnego rodzaju nieprzyjemności. Historia nie zna reformatorów podejmujących ambitny program zmian, którzy w rezultacie nie utraciliby sympatii społecznej. Putin zorientował się jednak, iż dochody z ropy naftowej pozwalają podwyższyć poziom życia społeczeństwa. W rezultacie zrezygnował z jakichkolwiek reform. Stopniowo zbudował system, o jakim na początku nawet i nie marzył. Po zwycięstwie w wyborach w 2004 roku okazało się, iż jest nie tylko prezydentem, a gospodarzem kraju.
media-w-rosji.blogspot.com
sobota, 12 listopada 2016
Obecnie większość zatrudnionych w centrum w Sadach pochodzi z małych miejscowości, oddalonych od pracy nawet 100 km. Pracują na 10-godzinnych zmianach, a wielu z nich dojeżdża po 2,5 godz. do pracy i z powrotem. Znane są osoby, które zaczynają zmianę o godzinie 7, a wyjeżdżają do pracy o 3.15, a więc wstają o 2 w nocy. Kończą pracę o 16.30 i są domu o 21. 5 godzin – tyle czasu mają na pobyt z rodziną oraz wypoczynek. To rujnuje ich rodziny oraz zdrowie.
Brytyjski związek GMB określił warunki pracy w Amazonie jako „groźbę dla zdrowia psychicznego i fizycznego”. Szczególnie dokuczają pracownikom bóle kręgosłupa i stawów. W firmie panuje presja dokładności i precyzji do tego stopnia, że nie można wychodzić na przerwą nawet o minutę wcześniej, niż zezwalają przepisy. Menadżerowie pilnują tego obserwując pracowników ukradkiem. Prawo do odpoczynku w pracy to zresztą fikcja – w rzeczywistości pracownicy poświęcają połowę przerwy na dojście i do miejsca odpoczynku i powrót. Na odpoczynek zostaje więc zaledwie kilka minut. Rzeczywista realizacja prawa do przerwy to zatem jeden z postulatów Inicjatywy Pracowniczej.
W wyniku opisanych ciężkich warunków pracy efektywność spada pracownikom dwa lata po zatrudnieniu. Osoby o niskiej wydajności są często śledzone, a następnie zwalniane.
(...)
Obecnie trwa nabór pracowników tymczasowych na intensywny okres świąteczny. Większość z przyjętych na ten czas tuż po świętach straci pracę, nieliczni będą zatrzymywani na okres promocji w styczniu. Procedura zwolnienia bywa okrutna – czasem drogą esemesową, czasem w jeden dzień pracę traci kilka tysięcy osób. „Pierwsi zwolnieni mają najgorzej, gdyż muszą godzinami czekać na autokar powrotny” – wyznają pracownicy. Obecność pracowników tymczasowych wprowadza atmosferę niepewności, co nie daje poczucia bezpieczeństwa nawet osobom na umowach o pracę.
trybuna.eu
W tym samym czasie Ganges przekroczył w Delhi stan krytyczny. Ulewy monsunowe sprawiły, że nawet Gurgaon było zagrożone. A przecież miasto satelickie Delhi reklamowano jako nowoczesny model dla całych Indii. Tymczasem największe kanały telewizyjne pokazywały zalane skrzyżowania i gigantyczne korki.
Obrazy jak z filmów katastroficznych - opowiada Soham Modżumdar, który utknął w drodze do domu. - Strach było zostawić samochód, bo nie działały studzienki odprowadzające wodę - dodaje.
Bo ich tam nie ma! - śmieje się Vani Sood, architekt, która od kilku lat mieszka w południowym Delhi, przy trasie wiodącej do Gurgaon. - W Gurgaon nikt nie przejmował się budową infrastruktury ani planem zagospodarowania. Teraz mamy tego efekty - mówi.
Sood tłumaczy, że miasto miało być prywatną inwestycją, która nie potrzebowała ingerencji państwa, bo z założenia powinna być bardziej efektywna. Dlatego powstało miasto bez kanalizacji, odpowiednich linii elektrycznych i studzienek odprowadzających deszcz monsunowy. Mieszkańcy zamkniętych osiedli, w większości aspirująca klasa średnia, za wszystko musi teraz płacić ekstra.
Podczas monsunu jest naprawdę źle - mówi Kryszna, który przyjechał do Gurgaon z Nepalu i jest kucharzem dla kilku rodzin na zamkniętym osiedlu. Kryszna mieszka w improwizowanym slumsie, który wyrósł w pobliżu osiedla wieżowców. - Kiedy pada deszcz, nasze domki po prostu toną i nie mamy, gdzie uciec. Tracimy cały majątek - tłumaczy.
dziennik.pl
poniedziałek, 7 listopada 2016
"Od upadku muru berlińskiego Rosja jest samotna, nie ma solidnego sojusznika. Jej relacji z Kazachstanem nie da się porównywać do więzi między Francją a Niemcami czy z NATO. Byłe supermocarstwo pozostaje potęgą militarną, ale jego PNB jest niższy od włoskiego, a społeczeństwo, pełne wątpliwości, przygotowuje się na zubożenie i zamknięcie w sobie" - oceniła politolog.
Według Mendras "osłabienie Rosji jest niepokojące", gdyż "władze, czując narastający stan oblężenia, są gotowe do wszelkiego rodzaju +ucieczek do przodu+". Rosyjski prezydent Władimir Putin "nie dopuszcza już najmniejszego sprzeciwu, nawet z najbliższych mu kręgów, a to oznacza, że może podjąć każdą decyzję, a więc i popełnić błędy” - podkreśliła ekspertka.
(...)
Jej zdaniem "zbrojna ucieczka do przodu nie jest racjonalna pod względem strategicznym". "Rosyjski reżim schodzi coraz głębiej do defensywy” – oceniła dodając, że "Putin, by utrzymać się u władzy, wdał się w militarne awantury, które niepokoją społeczeństwo", a "uczucia patriotyczne rozpalił (wśród Rosjan) jedynie +powrót+ Krymu".
defence24.pl
niedziela, 6 listopada 2016
Newsweek Historia: Ksiądz Walerian Meysztowicz twierdził, że prawobrzeżna Ukraina – Kijowszczyzna, Podole, Wołyń – była jak Sycylia. Obie te krainy stanowiły najbardziej zacofane regiony swoich krajów. Dysproporcje materialne miały tu niewyobrażalny charakter. W połowie XIX wieku 7 tysięcy przedstawicieli polskiego ziemiaństwa miało w posiadaniu 3 miliony „dusz”.
Daniel Beauvois: Takie porównanie jest jak najbardziej słuszne. To był świat, którym Polacy z Warszawy po prostu gardzili. Chyba nigdzie nie było tak źle jak tutaj. Do przedednia rewolucji bolszewickiej stosunki między wsią a dworem nie zostały uregulowane i nie było w nich nic normalnego...
Pod koniec XIX w. ziemia zaczęła przynosić większe zyski, więc liczyła się każda jej piędź. Wypędzono kogo się dało, a ziemię oddano w arendę kolonistom – Niemcom i Czechom, bo płacili więcej.
Zresztą zachłanność polskiego ziemiaństwa była tak wielka, że postępowali w ten sposób nie tylko z chłopstwem. Tak samo zachowywali się wobec zdeklasowanej części własnego stanu szlacheckiego.
Newsweek Historia: Mam kolegów z rodzin ziemiańskich wywodzących się z tamtych regionów. Opowiadają zupełnie co innego: że panował tam wzajemny szacunek, że ich praszczur z radością przyjmował we dworze prawosławnych i Żydów, którzy w każde święto składali mu wylewne życzenia. Skąd asymetria w relacjach?
Daniel Beauvois: Po pierwsze, pamięć to nie historia. Najczęściej służy uszlachetnianiu człowieka. Po drugie, właściciele ziemscy jako dobrzy katolicy chcieli samych siebie przekonać, że żywią do ludu pewien sentyment, uznanie i ludzkie uczucia. Ale gdy widzimy, jak naprawdę byli traktowani chłopi, trochę trudno w to uwierzyć. Przeczytałem mnóstwo pamiętników ziemiańskich. I tam każdy jest przekonany o swojej szlachetności – nie ma żadnego poczucia winy ani wątpliwości. Każdy święcie wierzy, że strzegł polskości na Wschodzie, że budował wielkość swego narodu. Że liczą się przede wszystkim wielkie pałace – a nigdzie nie było takiego przepychu jak na Ukrainie – i piękne kościoły. A o tym, że lud żył w nieludzkich warunkach, wspomina się tylko półgębkiem. Bratanie się z ludem najczęściej sprowadzało się do jednego: że pan brał sobie kochankę z ludu dla – jak to wtedy nazywano – „podrasowania” chłopstwa. Dla panów to było normalne. Hrabia Mieczysław Potocki miał w pałacu w Tulczynie harem złożony z urodziwych ukraińskich chłopek. Krótko mówiąc – nie ma sensu szukać prawdy w ziemiańskiej pamięci i ziemiańskich pamiętnikach. Nienawiść ludu, która przejawiała się w ciągu wieków, nie wzięła się znikąd.
(...)
Newsweek Historia: „Wasza Królewska Mość nie powinna zanadto ubolewać nad utratą dobra publicznego, ponieważ zdołała uratować dobra poszczególne” – pisze tuż po III rozbiorze Polski Jan Potocki do Stanisława Augusta. Ten wątek przewija się przez całą pańską książkę – polskie elity wykorzystują władzę carską, aby utrzymać swój majątek.
Daniel Beauvois: To jest jedna z rzeczy, o których nie mówiono przed moimi badaniami. Archiwa pokazują, że ziemiaństwo współpracowało z caratem na ogromną skalę. Bez pomocy policji, czasem wojsk rosyjskich, polscy panowie nie mogliby tłumić buntów ani utrzymać porządku w swoich majątkach. Chyba najwyraźniej widać to w czasie rewolucji 1905 r. Ziemianie wysyłają wówczas do Kijowa masę przeróżnych apeli i telegramów, aby władze przydzieliły oddział policji lub sotnię Kozaków na pomoc. Zostali bowiem otoczeni przez swoich chłopów. Sami mówili: „Nasze rezydencje są wyspami cywilizacji w morzu barbarzyństwa”. Tak siebie postrzegali: jako ludzi ciągle zagrożonych.
Newsweek Historia: To była kolaboracja?
Daniel Beauvois: Wydaje mi się, że arystokracja nie miała po prostu innego wyboru. Od początku rozbiorów groziła jej konfiskata majątków; z Petersburga ciągle napływały takie groźby. W rezultacie większość arystokratów bardzo się spieszyła na koronacje Pawła I, Aleksandra I, Mikołaja I i tak dalej. A zgromadzenia szlacheckie – sejmiki powiatowe czy gubernialne – regularnie wysyłały do cara zapewnienia o lojalności. Należało pokazać, że jest się wiernym. To był warunek przetrwania. Na dodatek ziemiaństwo miało coś w rodzaju patriotycznego alibi – ojcowizna była substytutem ojczyzny. Obrona ziemi, majątku była dla niej patriotycznym obowiązkiem. Ale to alibi było nadużywane. Bardzo często zmieniało się to w zasadę: ubi bene, ibi patria – moja ojczyzna jest tam, gdzie jest moje dobro... Przypomnijmy sobie powstania. Litwa brała aktywny udział w powstaniu listopadowym i styczniowym. Udział Ukrainy w powstaniu listopadowym był mierny, a w powstaniu styczniowym żaden. Takie niestety są fakty historyczne...
newsweek.pl
sobota, 5 listopada 2016
W tym okresie narodziło się też jej określenie, którym często posługiwali się jej przeciwnicy: "Mlekoporywaczka" (ang. The Milk Snatcher). Usunęła ona mianowicie przepis, zgodnie z którym uczniowie w wieku od siedmiu do jedenastu lat otrzymywali za darmo szklankę mleka dziennie. Ruch ten okazał się być niemal samobójczy: przez Wielką Brytanię przetoczyła się fala oburzenia wobec Thatcher. Można było odnieść wrażenie, że pani minister wcale nie zamierzała zabrać szklanki mleka, ale obiecała pożerać przynajmniej jedno dziecko dziennie. Pisała później, że nauczyła się wtedy "jak ściągnąć na siebie maksymalne polityczne odium przy minimalnych politycznych korzyściach". Można przyjąć, że nauczyła się także, jak ryzykowne jest wstrzymywanie darmowego rozdawnictwa. Żadne inne działania podjęte przez nią na tym stanowisku, na przykład rozbudowa sieci szkół podstawowych, nie miały już znaczenia. Do dziś, ponad 40 lat później, ta feralna szklanka jest dalej doskonale pamiętana…
histmag.org
czwartek, 3 listopada 2016
Odwiedziłem sześć stanów: Pensylwanię, Nowy Meksyk, Kalifornię, Zachodnią Wirginię, Wisconsin i Arizonę. To rejony Ameryki, które tradycyjnie żyły z węgla i stali albo z rolnictwa. Zamieszkiwała je klasa robotnicza, która po drugiej wojnie światowej awansowała do klasy średniej. Obrazek typowego amerykańskiego miasteczka spopularyzowany przez Hollywood w połowie ubiegłego wieku w obyczajowych produkcjach – to były właśnie te miejsca. Trudno dzisiaj o większy kontrast. Widziałem miasta, które pozapadały się do tego stopnia, że nie ma tam dzisiaj nawet jednego lokalnego sklepu. Byłem w miejscach, gdzie większość lokalnej ludności żyje z zapomóg socjalnych i polega na zbieractwie grzybów i owoców w lesie, żeby mieć co jeść. Porównania do Trzeciego Świata są jak najbardziej na miejscu. Przeżyłem prawdziwy szok, gdy zdałem sobie sprawę ze skali epidemii lekomanii i uzależnień, szczególnie od heroiny, we wszystkich tych miejscach. To jest katastrofa. Każdy z moich rozmówców albo sam miał problem z narkotykami, albo znał kogoś, kto ma. Najciekawsze było to, że większość tych ludzi doskonale zdawała sobie sprawę z relacji między bezrobociem a tego typu wtórnymi problemami społecznymi, jak nazywają to fachowcy. Na każdym kroku słyszałem stwierdzenia w stylu: „Jeśli Trumpowi naprawdę udałoby się postawić miasto znów na nogi, to mój kuzyn czy bratanek w końcu przestałby brać, bo znów miałby pracę, sens i cel w życiu”. Zobaczyłem smutny kraj zubożałych, zrezygnowanych i zaćpanych ludzi. Na bezrobociu, ewentualnie żyjących od wypłaty do wypłaty, z zerowymi oszczędnościami oraz w poczuciu niewyobrażalnego strachu. Bo w Stanach wystarczy stracić pracę, by w mgnieniu oka zmienić się w nędzarza, którego nie stać na takie podstawowe sprawy, jak wizyta u lekarza. W metropoliach, gdzie żyje większość dziennikarzy, elit opiniotwórczych i polityków – nie widać tak bardzo ani tej ludzkiej desperacji, ani nierówności w dochodach. To dlatego tej zranionej Ameryki, choć robi się ona coraz większa, wciąż nie ma w powszechnej świadomości. Ta Ameryka popiera Trumpa, bo Trump przynajmniej obiecuje, że w końcu będzie ją i widać, i słychać.
forsal.pl
piątek, 28 października 2016
W Wodzisławiu, miasteczku pod Jędrzejowem, jest getto otwarte i posterunek polskiej policji. Niemców tam prawie nie widać, ale na niemiecki sygnał odbywa się likwidacja getta. Mobilizuje się polską policję, straż pożarną i mieszkańców. Chłopi już czekają z podwodami na żydowski dobytek. Pojawia się kilku niemieckich żandarmów, ale późno... Niemcy nie ufali granatowym policjantom.
Często współpracowali z podziemiem.
- Łatwo dawali się rozbrajać... Dlatego Niemcy ich kontrolowali, np. nie dawali nowej amunicji bez rozliczenia ze starej. Nawet łuski trzeba było przynieść. Znam trzy rozliczenia amunicji z likwidacji getta w Wodzisławiu. Każdy z 20 policjantów stacjonujących w mieście musiał napisać, ile naboi zużył, strzelając do Żydów. Rekordzista miał 36, pochwalił się zabiciem 30 Żydów. Inni wystrzelili po 15, 20, 25 naboi.
(...)
Nowe badania - w tym moje - pokazują znaczący bezpośredni udział Polaków w mordowaniu Żydów nie tylko w 1941 r., ale także w 1942, 1943 i 1944 r. Przez całą okupację. Stopień zaangażowania, motywacje i skuteczność trzeba dopiero określić, ale nie ulega kwestii, że skala tego współsprawstwa nie była zjawiskiem odizolowanym ani mało istotnym. Ciekaw jestem, jak władze będą podchodzić do kolejnych publikacji o tej tematyce.
Oskarżą ich autorów o szkalowanie narodu polskiego. Wkrótce ma być na to paragraf.
- Procesy nieprawomyślnych historyków? Przerabiano to już w państwach totalitarnych rozmaitego autoramentu. Zdarza się to dziś w Rosji Putina i w Turcji Erdogana. Gdyby Polska miała do nich dołączyć, to obrońcy dobrego imienia narodu polskiego będą mieć pełne ręce roboty! Zdarzyło mi się "usiąść" w PRL za podważanie podstaw ustroju, więc patrzę na groźby władzy ze smutkiem, ale bez zdziwienia.
wyborcza.pl
piątek, 7 października 2016
To właśnie wspomnianą aktywność wywiadowczą Rosji można wskazać, jako jeden z kluczowych czynników wzrostu znaczenia klasycznego wywiadu, jak i oczywiście kontrwywiadu - zresztą nie tylko w samych Stanach Zjednoczonych. Przede wszystkim, władze w Moskwie są coraz mniej transparentne, zarówno w obrębie swoich działań, jak i struktury procesu podejmowania decyzji w państwie. Stąd też, mniej pracy, chciałoby się stwierdzić, mają klasyczni dyplomaci, a więcej ci zatrudnieni na podwójnych etatach lub niejednokrotnie pracujący bez ochrony w postaci immunitetu dyplomatycznego. Rosja, zajmując Krym i dokonując przesunięcia granic na skalę niespotykaną od 1945 r., biorąc udział w działaniach separatystów na wschodzie Ukrainy, prowadząc niekończące się manewry wojsk, biorąc udział w wojnie w Syrii, uruchomiła efekt domina, wymuszając reakcję nawet tych, którzy woleliby raczej skoncentrować się na tropieniu Bakra al-Bagdadiego. (...)
Renesans klasycznego wywiadu, prowadzonego pomiędzy państwami, wiązać można oczywiście ze wspomnianymi działaniami Rosji czy też ChRL. Są jednak obecni również gracze lokalni, regioniowi, którzy idąc za przykładem największych również stymulują podobne działania. Zniesienie sankcji w przypadku Iranu wzmocniło to państwo na tyle, że dziś jego służby wywiadowcze (podległe MOIS i nie tylko) są widoczne od Libanu, poprzez Syrię, Irak, aż po Jemen. Wręcz naturalną reakcją Arabii Saudyjskiej, Izraela, czy też innych graczy w regionie, jest kontrakcja, obejmująca także - lub przede wszystkim - sferę aktywności wywiadowczej. Nie mówiąc o tym, że samo otwarcie na Zachód wspomnianego Iranu otworzyło nowe możliwości do działania na jego terytorium obcym służbom.
defence24.pl
Wielka Brytania tak naprawdę nie ma żadnego „problemu z imigracją”. Żeby utrzymać swój system ochrony zdrowia i emerytalny, starzejące się Zjednoczone Królestwo potrzebuje długofalowo imigracji na poziomie co najmniej 140 tys. osób rocznie. Przeciętny przybywający tu imigrant jest zdrowszy, młodszy i lepiej wykształcony niż przeciętny Brytyjczyk, stanowi więc natychmiastowy zysk netto dla tutejszej gospodarki. Pewne sektory brytyjskiej gospodarki, jak ochrona zdrowia, zawaliłyby się natychmiast, gdyby odjąć od nich personel cudzoziemski, dlatego sama May musiała przygotować listę wyjątków od progu dochodowego 35 tys. funtów. Żadna pielęgniarka tyle nie zarabia.
Rasizm awansował do samego centrum debaty politycznej w miesiącach poprzedzających referendum w sprawie członkostwa Wielkiej Brytanii w Unii Europejskiej. W pewnym momencie zewsząd rozlegało się już tylko „imigranci, imigranci, imigranci”. Prawicowe media, w szczególności te w posiadaniu australijskiego potentata Ruperta Murdocha, zdołały wcisnąć milionom Brytyjczyków, że za ich problemy z dostaniem się do lekarza, uzyskaniem zasiłku, znalezieniem pracy czy mieszkania odpowiada zalew imigrantów. A nie cięcia budżetowe rządu Partii Konserwatywnej, zupełny brak polityki mieszkaniowej zostawionej na pastwę spekulantów, itd. Kiedy wbrew wszystkim racjonalnym argumentom, tak prowadzona kampania zwolenników wyjścia z UE odniosła referendalne zwycięstwo, brytyjscy rasiści zorganizowali sobie prawdziwy karnawał. W ciągu kilku dni zaraz po referendum policja podała oficjalnie wzrost liczby odnotowywanych incydentów o charakterze rasistowskim najpierw o ponad połowę, by wkrótce mówić już o skoku aż pięciokrotnym.
jaroslawpietrzak.com
Subskrybuj:
Posty (Atom)