czwartek, 12 grudnia 2024



Postępujące od września 2023 r. zacieśnianie współpracy rosyjsko-północnokoreańskiej generuje poważne zagrożenie dla stworzonego przez Stany Zjednoczone systemu bezpieczeństwa w Azji Wschodniej. Moskwa kreuje w ten sposób nową linię napięcia międzynarodowego, aby zwiększyć koszty pomocy Zachodu dla Kijowa po rozpoczęciu przez nią pełnoskalowej inwazji na Ukrainę. Pjongjang motywuje zaś potrzeba zabezpieczenia reżimu w obliczu rosnących sankcji i presji ze strony odnowionych w regionie sojuszy amerykańskich. 

Zbliżenie na linii Rosja–Korea Północna niesie też ze sobą szereg wyzwań dla Chin. Te – choć posiadają ku temu środki – nie podjęły widocznych działań, aby ten proces powstrzymać lub ograniczyć. Wynika to z faktu, że pogłębienia relacji pomiędzy Moskwą i Pjongjangiem wymaga w tej chwili zwycięstwo przyjaznego Pekinowi autorytarnego i antyzachodniego reżimu w Rosji w jego konflikcie z Zachodem. W ogólnej kalkulacji chińskich przywódców bilans rosyjsko-północnokoreańskiego zbliżenia, choć obarczonego niemałym ryzykiem, jest dla nich w obecnej sytuacji międzynarodowej korzystny. Korea Północna dostarcza Kremlowi pomocy, której Pekin nie może udzielić bez wejścia w otwartą konfrontację z USA.

Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna (KRLD) wsparła politycznie Federację Rosyjską (FR) w jej agresji przeciwko Ukrainie już w lipcu 2022 r., uznając separatystyczne republiki w Doniecku i Ługańsku. W zamian Moskwa prawdopodobnie dostarczyła Pjongjangowi żywność i ropę. We wrześniu 2023 r. Kim Dzong Un odwiedził Rosję i spotkał się z Władimirem Putinem na kosmodromie Wostocznyj. Po tej wizycie nastąpiło dalsze zwiększenie wymiany barterowej. Do FR trafiły amunicja i rakiety, a północnokoreańskie szwalnie miały zacząć szyć mundury dla rosyjskiej armii. KRLD otrzymała zaś więcej żywności i ropy, przypuszczalnie doszło także do transferu technologii rakietowych i kosmicznych – w grudniu przeprowadziła pierwszy test międzykontynentalnej rakiety balistycznej na paliwo stałe, a w lutym 2024 r. po raz pierwszy wyniosła satelitę na orbitę okołoziemską. Pjongjang już od lat prowadzi zaawansowany program rakietowy, ale do czasu nawiązania współpracy
z Moskwą borykał się z problemami dotyczącymi wprowadzenia satelity na orbitę czy stabilizowania lotu pocisku balistycznego.

W okresie średnio- i długoterminowym zbliżenie FR z Koreą Północną niesie szereg potencjalnie niebezpiecznych konsekwencji dla Chińskiej Republiki Ludowej (ChRL). Można je streścić w trzech punktach.

Po pierwsze potwierdza ono upowszechniającą się na Zachodzie tezę o dalszej formalizacji de facto sojuszu rosyjsko-chińskiego, którego zwornik stanowi KRLD. Przypomina to sytuację sprzed I wojny światowej, gdy Paryż był równocześnie aliantem Londynu i Petersburga, mimo że Wielkiej Brytanii i carskiej Rosji nie wiązało do wybuchu konfliktu formalne przymierze. Taka konstatacja musi doprowadzić do wzmocnienia antychińskiego systemu amerykańskich sojuszy w Azji Wschodniej – zwłaszcza obejmującego USA, Koreę Południową i Japonię. Co więcej, powiązanie napięć na Półwyspie Koreańskim z wojną w Europie tworzy jeszcze szersze pole do koordynacji posunięć NATO z partnerami z Indo-Pacyfiku.

Po drugie istnieje obawa, że wśród elementów porozumienia Moskwy i Pjongjangu znajduje się wspieranie tego drugiego w podwyższaniu potencjału nuklearnego poprzez pomoc zarówno w rozwoju technologii przenoszenia, jak i w budowie głowic i ich miniaturyzacji. Nieuchronnie przyśpieszy to wyścig zbrojeń w regionie i może sprowokować Tokio czy Seul do stworzenia własnego arsenału atomowego, co zniweluje przewagę strategiczną Pekinu nad tymi stolicami.

Po trzecie rośnie groźba destabilizacji Półwyspu Koreańskiego, co będzie efektem ograniczenia oddziaływania Chin na KRLD i – w konsekwencji – zwiększenia rosyjskiego wsparcia materialnego dla niej, a tym samym zmniejszenia jej uzależnienia od wsparcia z Pekinu. Od 1949 r., gdy powstała ChRL, jej przywódcy postrzegają Koreę Północną jako bufor względem wspomaganej przez USA Korei Południowej. Brak kontroli nad uznawanym za nieprzewidywalne kierownictwem KRLD podnosi ryzyko wciągnięcia Pekinu w konflikt z Waszyngtonem w momencie, kiedy ten pierwszy nie będzie na niego gotowy.

Powyższe ryzyka są realne i dostrzegane w Chinach, niemniej albo występują z ich perspektywy obiektywnie, albo w pewnym stopniu niwelują je korzyści ze zbliżenia Pjongjangu z Moskwą.

Po pierwsze dla ChRL absolutnym priorytetem jest przetrwanie autorytarnego, antyzachodniego reżimu zarówno w Rosji, jak i w Korei Północnej. Zacieśnienie więzi między obydwoma sojusznikami Pekinu wzmacnia ich wzajemnie. Dokonuje się to relatywnie niskim kosztem materialnym i przy braku doraźnych negatywnych skutków politycznych dla samych Chin. Wydaje się także, że rozszerzenie kooperacji na linii Stany Zjednoczone–Japonia–Korea Południowa nie odgrywa dla ChRL tak dużej roli. Percepcja tego państwa wśród polityków i społeczeństw Zachodu pogarsza się systematycznie od dawna i można odnieść wrażenie, że aktualne władze Komunistycznej Partii Chin (KPCh) straciły zainteresowanie zmianą tego stanu rzeczy. Wzmocnienie antychińskich sojuszy w regionie uznają one za proces inspirowany przez Waszyngton i postępujący niezależnie od ich działań i woli, a w tym przypadku – również od kontaktów pomiędzy Moskwą a Pjongjangiem.

Po drugie pomocne dla kontynuowania przez FR wysiłku wojennego transporty amunicji z KRLD zwalniają Pekin z konieczności podjęcia bezpośrednich dostaw w okresie krótko- i średnioterminowym. Rosyjska żywność zwiększa stabilność północnokoreańskiego reżimu, a prawdopodobny transfer jej technologii rakietowych wzmocniłby jego siłę odstraszania i podwyższył koszty obecności amerykańskiej na Półwyspie Koreańskim. Przywódcy ChRL mogą też zakładać, że same USA nie są zainteresowane pozyskaniem broni masowego rażenia przez ich sojuszników, ponieważ osłabiłoby to wpływ Waszyngtonu na nich.

Po trzecie chociaż władze w Pekinie muszą akceptować zarówno autonomię partnerów, jak i fakt, że będą ją oni próbowali poszerzać poprzez współpracę ze sobą, to uzależnienie gospodarcze KRLD od Chin jest tak znaczne, że nie przetrwa ona bez tego wsparcia, a Rosja nie dysponuje zasobami, aby skutecznie zająć ich miejsce. Stosunki na linii ChRL–Korea Północna nigdy nie były łatwe, a Kim Dzong Un rozpoczął rządy od przeprowadzenia czystki wymierzonej w działaczy Partii Pracy Korei (PPK), których podejrzewał o związki z Chinami. Pjongjang od lat dążył do zbudowania własnego arsenału nuklearnego nie tylko w celu „obrony” przed Koreą Południową i USA, lecz także aby ochronić się przed potencjalną „bratnią pomocą” ze strony Pekinu. Niemniej kierownictwo KPCh ma przy tym pewność, że mimo agresywnej retoryki lider KRLD nie zdecyduje się na sprowokowanie konfrontacji ze Stanami Zjednoczonymi bez zgody i wsparcia Chin. Wynika to z założenia, że jego działania są podyktowane przede  wszystkim potrzebą ochrony reżimu. Różnego rodzaju broń masowego rażenia już od dekad znajduje się w północnokoreańskim arsenale i pełni ważną funkcję w strategii odstraszania.

Ponadto kooperacja FR z KRLD pozwala ChRL na dalsze unikanie bezpośredniego zaangażowania we wspieranie rosyjskiego wysiłku wojennego na Ukrainie i – co za tym idzie – na utrzymywanie pozorów neutralności w konflikcie. Pjongjang dostarcza Moskwie pomoc wojskową w postaci sprzętu i ludzi, której Pekin nie może udzielić bez wejścia w otwartą konfrontację z Zachodem, pozostawiając tym samym Chinom m.in. otwarte kanały kontaktów z Europą. Istotnym adresatem tej polityki są państwa Globalnego Południa. Wydaje się, że przyjmują one chińską narrację, a dla ChRL ich poparcie stanowi ważny atut w rywalizacji z USA.

(...)

Zarazem relacje Pekinu z Pjongjangiem pozostają chłodne od lat, na co wpływa systematyczne manifestowanie przez kierownictwo PPK niezależnej polityki ich państwa. Dlatego napięć w kontaktach między nimi nie należy bezpośrednio łączyć z zawarciem sojuszu pomiędzy Koreą Północną a Rosją. Tarcia te sprawiają wrażenie podyktowanych przede wszystkim świadomością ogromnej przewagi ChRL w relacjach wzajemnych – odpowiada ona za 90% wymiany towarowej KRLD. Zarówno w przypadku Moskwy, jak i Pjongjangu odcięcie chińskiej pomocy stanowi jednak opcję ostateczną, gdyż grożącą upadkiem tamtejszych reżimów, mimo wszelkich napięć bliskich Pekinowi ideologicznie i ważnych dlań strategicznie. Wydaje się, że z jednej strony także Kim Dzong Un i Putin mają świadomość, że bez Chin nie poradzą sobie w starciu z Zachodem, a z drugiej oddziaływanie gospodarcze ChRL na oba państwa jest na tyle duże, że poszerzanie przez nie autonomii nie przyczynia się do tego, iż kierownictwo KPCh traci względny spokój. Wszystkie trzy strony zgadzają się również, że są skazane na kooperację w obliczu tego, co postrzegają jako zagrożenie ze strony Stanów Zjednoczonych i ich sprzymierzeńców.

Relatywny wzrost niezależności Pjongjangu nie budzi wprawdzie zadowolenia Pekinu, lecz zarazem nie zmienia dynamiki sytuacji. Chińscy przywódcy wierzą, że dążenie do zmiany w tym zakresie byłoby kosztowne i obarczone jeszcze większym ryzykiem, choćby w postaci upadku któregoś z sojuszniczych reżimów. Dlatego uznają ogólny bilans współpracy rosyjsko-północnokoreańskiej może nie za optymalny, ale za korzystny w bieżącej sytuacji międzynarodowej, zdominowanej przez zaostrzanie się współzawodnictwa na linii ChRL–USA.

(...)

Akceptacja Pekinu dla zacieśnienia więzi rosyjsko-północnokoreańskich nie wydaje się jednak nieograniczona. Przywódcy ChRL mogą tolerować wzrost autonomii rodziny Kimów wynikający z jej współpracy z Kremlem tylko do pewnego poziomu, powyżej którego zaczęliby tracić wpływ na strategiczne decyzje Pjongjangu. Mowa o sytuacji, w której aktualne lub przyszłe kierownictwo PPK mogłoby poprowadzić samodzielne rozmowy z USA i uzyskać uznanie reżimu oraz gwarancje bezpieczeństwa i znaczącej pomocy gospodarczej w zamian za rozbrojenie i rozluźnienie kontaktów z Chinami. Aktualnie brak zaufania Pjongjangu do Waszyngtonu raczej wyklucza ziszczenie się tego scenariusza.

Dla Pekinu kluczową rolę odgrywa zachowanie wpływu na przebieg rywalizacji z Zachodem. Władze KPCh oczekują i spodziewają się, że w przyszłości muszą przystąpić do otwartej konfrontacji ze Stanami Zjednoczonymi i ich sojusznikami, ale chcą wybrać jej miejsce i czas, gdy ChRL będzie do niej najlepiej przygotowana. Z jednej strony uważają, że de facto sojusz z Moskwą wzmocni pozycję Pekinu w razie wybuchu wojny, ale z drugiej nie mogą dopuścić, aby putinowska Rosja wciągnęła go w otwarty konflikt z Zachodem, zanim ChRL się na to zdecyduje. Kreml może jednak sprowokować wojnę z NATO w Europie lub z USA na Dalekim Wschodzie bez zgody Chin, jeżeli poczuje się zagrożony. Dlatego relatywne wzmocnienie FR przez porozumienie z KRLD minimalizuje z ich punktu widzenia ryzyko, że Moskwa podejmie desperackie kroki na własną rękę.

Michał Bogusz - Akceptacja mimo kosztów. Chiny wobec sojuszu Rosji z Koreą Północną

środa, 11 grudnia 2024



Rosji bardziej opłaca się importować produkty przez Kazachstan niż przez Daleki Wschód. Dzięki temu może skrócić ich drogę o ponad 3 tys. km, a jednocześnie uniknąć dużego obciążenia na przejściach granicznych. Często jest to też tańsza opcja. Do tego kazachscy przewoźnicy są w wielu przypadkach skłonni przewozić przeładowane ciężarówki. Wszystko to sprawia, że wielu rosyjskich importerów korzysta z tej trasy. W ostatnim czasie jest to jednak coraz trudniejsze.

— Jeden na 10 naszych klientów spotyka się z opóźnieniami w transporcie kontenerów z ładunkiem. Oficjalnym powodem są najczęściej "problemy z dokumentami". Kazachscy przewoźnicy oferują, że pomogą w ich rozwiązaniu w zamian za stosowną zapłatę — mówi właściciel firmy logistycznej, która transportuje ładunki skonteneryzowane drogą lądową przez Kazachstan w kierunku Nowosybirska.

Problemy mogą pojawić się na różnych etapach podróży — w urzędzie celnym przy wjeździe lub wyjeździe z Kazachstanu lub po prostu w kraju. Ciężarówka zostaje zatrzymana przez stróżów prawa (mogą to być ludzie w różnych mundurach), którzy zaczynają grozić konfiskatą — mówi.

— Problemy te dotykają przewoźników transportujących nie tylko towary objęte zachodnimi sankcjami, ale także te pozostałe. Zawsze znajduje się jakiś powód do roszczeń — mówi inny rozmówca "The Moscow Times" z Nowosybirska. — Stworzyliśmy nawet nowy, półkryminalny rodzaj usług w regionie — pośrednictwo w wykupie samochodów dostawczych z Kazachstanu — mówi.

"Okupy", o których mówią rosyjscy przewoźnicy, są stosunkowo niewielkie — ich wysokość waha się od 200 do 5 tys. dol. (od 812 do 20 tys. 301 zł) za ładunek. Rozmówców "The Moscow Times" irytuje jednak fakt, że najczęściej kazachscy strażnicy żądają zapłaty za transport pustych kontenerów — i nie dają żadnych gwarancji, że ładunek bezpiecznie dotrze na miejsce.

— Pośrednicy w takich okupach działają w szarej strefie, więc jest wiele oszustw — mówi anonimowo pracownik rosyjskiej firmy logistycznej. — Nasz partner miał taką sytuację w listopadzie. Jego ciężarówka ze sprzętem została zatrzymana 20 km od rosyjskiej granicy, znalazł pośrednika z polecenia, dał mu pieniądze. Ten wyjechał do Kazachstanu i zniknął. Nie ma ani ciężarówki, ani pieniędzy — mówi importer.

— Czasy prawdziwych haraczy powróciły — twierdzi producent kosmetyków z centralnej Rosji. Jego kontener został zatrzymany jesienią na granicy Kazachstanu podczas przewozu towarów do Chin, chociaż miał wszystkie potrzebne dokumenty. — Mówili o nowych wymaganiach sanitarnych, których spełnienie zajęłoby co najmniej miesiąc. Musieliśmy dostarczyć nasze towary na czas, więc zapłaciliśmy. Nagle wymagania błyskawicznie zniknęły, w ciągu jednego dnia — dodaje.

Importer elektroniki opowiada historię o tym, jak koleją, z przeładunkiem przez Kazachstan, przewoził kontener z nowymi modelami sprzętu, które nie weszły jeszcze na rynki krajów należących do Wspólnoty Niepodległych Państw. — Ładunek dotarł do Rosji nienaruszony i zaplombowany, ale część towarów zniknęła. Jedyny raz, kiedy kontener został otwarty po drodze, miał miejsce podczas kontroli celnej na granicy z Kazachstanem — gdzie, nawiasem mówiąc, musiałem dodatkowo zapłacić — mówi.

Można jednak targować się z pośrednikami — wtedy kwota wykupu zmniejsza się co najmniej o połowę.

onet.pl


Iran próbuje nadal wzbudzać zaufanie do swojej pozycji regionalnej pomimo upadku reżimu Baszara al-Assada w Syrii. Dzieje się to pośród doniesień o walkach wewnętrznych w irańskim establishmencie bezpieczeństwa. Wysocy rangą urzędnicy irańscy, w tym dowódca Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) generał dywizji Hossein Salami, twierdzili w ostatnich dniach, że Iran i Oś Oporu pozostają silne. Salami powiedział, że Iran „nie został osłabiony, a potęga Iranu nie zmniejszyła się”. Najwyższy przywódca reprezentujący IRGC, Abdollah Hajji Sadeghi, powiedział podobnie, że Oś Oporu „w ogóle się nie zmieniła”, przyznając jednocześnie, że upadek Asada stworzył „poważną przeszkodę”. ISW oceniło kontrastowo, że upadek Asada oznacza koniec większego irańskiego projektu w Lewancie w przewidywalnej przyszłości. Irańskie wpływy w Syrii historycznie pozwalały IRGC na projekcję sił na zachód i przemieszczanie materiałów do sił zastępczych i partnerskich wokół izraelskich peryferii. Nagła utrata Asada pozbawia Iran tych militarnych i strategicznych przewag i poważnie podważy przyszłe wysiłki Iranu na rzecz odbudowy Hamasu i libańskiego Hezbollahu.

Upadek Asada podobno podsycił podziały w IRGC. Nieokreślony urzędnik IRGC powiedział Telegraph , że wysocy rangą oficerowie IRGC obwiniają się nawzajem o upadek Asada. Inny nieokreślony urzędnik IRGC powiedział, że Iran jest w „impasie” w swoich wysiłkach na rzecz ponownego uzbrojenia Hezbollahu, ponieważ wszyscy, których Iran wysyła, aby przetransportować broń, „albo giną, albo uciekają”. Urzędnicy zauważyli, że niektórzy urzędnicy obwiniają dowódcę sił Quds IRGC, generała brygady Esmaila Ghaaniego i że „wielu teraz domaga się” jego usunięcia, ponieważ formalnie odpowiada on za zarządzanie Osi Oporu, której częścią był Assad. Ghaani nie zarządza jednak wyłącznie polityką Iranu wobec Syrii. Zaangażowani są również inni kluczowi irańscy urzędnicy, w tym urzędnicy bliscy najwyższemu przywódcy. Urzędnicy ci obejmują starszych doradców najwyższego przywódcy, takich jak Ali Larijani i Ali Akbar Velayati. ISW już wcześniej oceniło, że walki wewnętrzne w reżimie mogą doprowadzić do odsunięcia najwyższych rangą dowódców wojskowych Iranu.

understandingwar.org


Historia tego, jak studenci w Iranie rozważali którą ambasadę zająć, jest warta przypomnienia w tych dniach, gdy w Damaszku zaatakowany i zdemolowany został pozbawiony co prawda personelu, ale nadal przecież będący obiektem dyplomatycznym, budynek ambasady Iranu w Syrii. Znajdującej się sześć km dalej ambasady Rosji nikt nie obrzucił nawet kamieniami, mimo że Rosja pospołu z Iranem przez lata wspierała dyktaturę najpierw Hafeza al-Asada, a następnie jego syna, obalonego właśnie Baszszara al-Asada.

onet.pl

wtorek, 10 grudnia 2024



Nowa, samobójcza polityka przyjęta przez niektóre regionalne dowództwa wojskowe Rosji pozbawiła pułki i brygady pierwszej linii pojazdów cywilnych, na których od dawna polegały z braku pojazdów wojskowych.

Rosjanie, którym zakazano jazdy cywilnymi samochodami, ciężarówkami, pojazdami terenowymi i motocyklami, zamiast tego jeżdżą na rowerach.

(...)

Rosyjscy operatorzy dronów zauważyli rowerzystę prowadzącego bojowy wóz piechoty BMP. Opublikowali w Internecie nagranie z ich drona, wraz z ich zdumionym komentarzem. Nagranie udostępnił estoński analityk WarTranslated.

– Facet na rowerze prowadzi BMP do ataku! – śmieje się jeden z Rosjan.

– Nie ma, kurwa, mowy, żeby jechał na rowerze – mówi inny Rosjanin.

– Omiń rowerzystę, bo dostaniesz wpierdol! – krzyczy przez radio kolejny Rosjanin, najwyraźniej zwracając się do załogi odsłoniętego i wolno poruszającego się BMP.

– To jest pojebane – mruczy jeden z Rosjan. – Wyobraź sobie, co myślą teraz [Ukraińcy].

W rzeczywistości ukraińscy żołnierze również jeździli po linii frontu na rowerach. Ale nie przez politykę. Rosyjscy żołnierze przejęli szereg pojazdów cywilnych, częściowo zastępując nimi 11 tys. pojazdów opancerzonych, które stracili w Ukrainie od lutego 2022 r. W wielu przypadkach Rosjanie nie zawracali sobie głowy rejestracją pojazdów u administratorów wojskowych.

Wszystko było dobrze, dopóki żołnierze nie zaczęli jeździć po pijanemu. Po serii wypadków związanych z alkoholem, w których według doniesień zginęło w tym roku 21 osób, niektóre rosyjskie komendy regionalne zakazały prowadzenia niezarejestrowanych pojazdów cywilnych.

Zakazy, które mogą być już zniesione w niektórych miejscach, przyniosły natychmiastowy efekt. Niekoniecznie taki, jaki zamierzali dowódcy. „Wszyscy jeżdżą na rowerach” – zauważył Two Majors, popularny rosyjski blog wojskowy. „Ktoś dostarcza amunicję, ktoś jedzie na pozycje, ktoś na spotkanie”.

onet.pl/Forbes


Siergiej Czemiezow, potężny szef państwowej megakorporacji Rostech, kolega Putina jeszcze z KGB, narzekał jeszcze przed ostatnią podwyżką, że wysokie stopy procentowe są „poważnym hamulcem dla dalszego wzrostu przemysłowego”. - Przy obecnym poziomie stóp procentowych, firmom bardziej opłaca się wstrzymać rozwój, a nawet zmniejszyć skalę działalności i ulokować środki na depozytach, niż prowadzić działalność i ponosić związane z tym ryzyko - powiedział z kolei Aleksiej Mordaszow, powiązany z Kremlem oligarcha, który stoi na czele największej firmy stalowej w Rosji. Reżim ma jednak instrument zdyscyplinowania wielkiego biznesu.

Chodzi o tzw. ponowną ocenę prywatyzacji z lat 90. XX w. Wiceminister finansów Aleksiej Moisiejew wprost przyznał, że majątek może zostać zajęty, jeśli został „nieprawidłowo sprywatyzowany”, obecny właściciel „nie jest w stanie skutecznie zarządzać majątkiem” lub „kieruje środki zarobione w Rosji na wsparcie sił zbrojnych Ukrainy”. W związku z tym strach i niepokój wśród rosyjskich liderów biznesu, którzy mogą zostać dotknięci „ponowną nacjonalizacją” swoich aktywów, wzrosły do tego stopnia, że Putin osobiście musiał zaprzeczyć, że doniesienia o takim przeglądzie od dawna sprywatyzowanych aktywów są prawdziwe.

i.pl

poniedziałek, 9 grudnia 2024



Sytuacja w Syrii przez ostatnie dni była w rosyjskich mediach wstydliwie pomijanym tematem. A jeśli się już pojawiała – to tylko na marginesie w materiale o wyjeździe ministra spraw zagranicznych Siergieja Ławrowa do Kataru. Dopiero dzisiaj nastąpiło przebudzenie: w porannych wydaniach TV1 i TV NTW wydusiły, że armia syryjska opuściła Damaszek bez walki. I tyle.

Jak zaczarowane milczały też na temat wydarzeń w Syrii oficjalne czynniki. Putin był zajęty czarowaniem Alaksandra Łukaszenki dostawami „Oriesznika”, więc zapewne nie miał czasu na wypowiedź, podobną do tej z 2017 r. Wtedy 11 grudnia Putin odwiedził bazę w Khmeimim, ogłosił zwycięstwo i zapowiedział: „jeśli terroryści znów podniosą głowę, to zostaną zmieceni”. Ta deklaracja miała oznaczać definitywny powrót Rosji do statusu światowej potęgi, która rozdaje karty w polityce międzynarodowej. Teraz Putin nie miał w związku z dynamiczną sytuacją w Syrii ani nic do powiedzenia „terrorystom”, ani też nie zaprezentował tych uderzeń nie z tej ziemi, które wtedy zapowiadał. Może i dobrze.

Rosyjski MSZ opublikował dziś oficjalny komunikat na swojej stronie (...): „W wyniku rozmów B. Asada z szeregiem uczestników konfliktu zbrojnego na terytorium Syrii podjął on decyzję o rezygnacji z urzędu prezydenckiego i opuszczeniu kraju, wydał polecenie, aby przekazanie władzy nastąpiło drogą pokojową. Rosja w tych rozmowach nie brała udziału. (…) Federacja Rosyjska utrzymuje kontakt ze wszystkimi ugrupowaniami opozycji syryjskiej [bardzo ciekawe – AŁ]. (…) Rosyjskie bazy na terytorium Syrii znajdują się w stanie podwyższonej gotowości bojowej. W danym momencie poważnego zagrożenia dla nich nie ma”. Jak długo potrwa „dany moment”? Nie wiadomo. Gdy piszę te słowa, spływają już w szybkich mediach pierwsze doniesienia o ewakuacji.

Minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow z marsem na obliczu oznajmił, że zwycięstwo przeciwników Asada to „starannie zaplanowana za granicą operacja”. Czyja? Ma się rozumieć, Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników.

Zabrał głos wiceprzewodniczący Rady Federacji Konstantin Kosaczow: Rosja będzie nadal okazywać pomoc narodowi Syrii, jeżeli będzie taka potrzeba. Ale jednocześnie dał do zrozumienia, że Moskwa nie będzie więcej uczestniczyć w wojnie domowej: „z tym Syryjczycy będą musieli poradzić sobie sami”.

tygodnikpowszechny.pl


Weryfikowaniem działań Łukasza Grabarczyka zajmowaliśmy się z przerwami od początku 2024 roku. W lutym pojechaliśmy w tym celu do Ukrainy. Odwiedziliśmy między innymi Lwowskie Wojskowo-Medyczne Kliniczne Centrum Państwowej Straży Granicznej Ukrainy. Od lat 80. XX w. mieści się ono w zabytkowej willi w stylu późnej secesji lwowskiej przy ul. Łyczakowskiej. Co prawda liczba szpitali, w których miał pracować w Ukrainie Łukasz Grabarczyk, różni się w zależności od podawanej przez niego wersji, ale na podstawie publikowanych przez niego zdjęć i filmów zidentyfikowaliśmy tylko tę jedną placówkę.

Przed szpitalem kilku żołnierzy pod bronią. Dyrektor placówki Andrij (imię zmienione ze względów bezpieczeństwa) wychodzi nam na spotkanie i zaprasza do szpitala. Potwierdza: doktor Łukasz Grabarczyk był tu na początku wojny. Dowodzą tego także zdjęcia z jego prywatnego archiwum, publikowane w polskich mediach. Dyrektor jest jednak zszokowany opowieściami neurochirurga.

Podkreśla stanowczo: - Doktor Grabarczyk nie operował w naszym szpitalu żadnego żołnierza. Przywiózł sprzęt medyczny, był na sali operacyjnej, odwiedził rannych, lecz w żadnej operacji nie brał udziału.

- Byli u nas także lekarze z Francji, Holandii i Litwy. Niektórzy specjalizowali się w traumatologii, znali się na rzeczy i bardzo chcieli pomagać, operować żołnierzy. Ale nikogo nie dopuściliśmy do operowania wojskowych - dodaje lekarz.

Dyrektorowi lwowskiej placówki wtóruje chirurg Igor Mankewycz.

Z pomocą rzecznika prasowego łączymy się z nim na WhatsApp. Nie ma go na miejscu. Operuje w placówce niedaleko Bachmutu na wschodzie Ukrainy. To m.in. on, jako przedstawiciel lwowskiego szpitala, pozostawał w kontakcie z Grabarczykiem. Przypomnijmy: neurochirurg tłumaczył, że do Lwowa zaprosił go ukraiński kolega, który był wcześniej na stażu w Olsztynie.

Mankewycz opowiada:

- Faktycznie byłem na wymianie w Polsce. W 2015 albo 2016 r. dostałem zaproszenie, by przez parę tygodni obserwować pracę lekarzy w szpitalu MSWiA w Olsztynie. Nie poznałem wówczas doktora Grabarczyka. Odezwał się, kiedy zaczęła się inwazja. Mówię po polsku, więc kontaktowało się ze mną mnóstwo wolontariuszy. Ktoś musiał przekazać Grabarczykowi mój numer.

- Powiedział, że jest jedynym polskim lekarzem, który jeździ do wojskowych szpitali w Kijowie i na wschodzie kraju i chciałby pomagać także we Lwowie. Zapytał, czego potrzebujemy. Odpowiedziałem, że materiałów opatrunkowych i VAC-ów, czyli urządzeń do oczyszczania ran. Potrzebowaliśmy wtedy wszystkiego, szpital był przepełniony rannymi.

Jak mówi Mankewycz, w marcu Grabarczyk przyjechał do lwowskiego szpitala pierwszy raz. Porozmawiali chwilę w dyżurce, głównie o potrzebach szpitala. Polak miał powiedzieć, że wraca do Polski, ale będzie szukał możliwości, aby pomóc szpitalowi.

- Za drugim razem przyjechał czarnym busem. W środku były kartony z materiałami opatrunkami i aparaty VAC. Chciał zobaczyć szpital. To, w jakich warunkach leczeni są ranni. W ogóle nie pojawił się temat, czy może kogoś zoperować. Mowy nie było, by uczestniczył w operacji. Kategorycznie nie dopuszczaliśmy obcokrajowców do leczenia żołnierzy - kontynuuje Mankewycz.

- Z grzeczności i wdzięczności za pomoc humanitarną oprowadziliśmy go po oddziale. Wchodził do rannych, więc daliśmy mu fartuch i czapkę. Oprowadziłem go po intensywnej terapii, zaprowadziłem do sali operacyjnej. Zdjęcia, które były później wykorzystane w mediach, zostały zrobione właśnie podczas tego obchodu. "Wycieczka" trwała kilkadziesiąt minut. Potem Grabarczyk odjechał - twierdzi Igor Mankewycz.

Później, według słów ukraińskiego lekarza, dr Grabarczyk odwiedził szpital jeszcze tylko raz. - Jak sam mówił, wpadł się przywitać w drodze do Kijowa. Wymieniliśmy kilka zdań. Reasumując, on był u nas trzy razy. Łącznie spędził w naszym szpitalu jakąś godzinę.

Przypomnijmy: według relacji Łuksza Grabarczyka, pierwszym pacjentem zoperowanym przez niego we Lwowie z ukraińskimi specjalistami był 18, 20 lub 21-letni Denis Błyzniuk.

To kolejna rzecz, która zszokowała lekarzy z placówki.

Dr Nazar Ilkiw, kierownik pracowni endoskopii kliniki chirurgii przegląda przy nas dokumentację medyczną Błyzniuka. Przebywał on we lwowskim szpitalu od 16 do 31 marca 2022. Ilkiw był jego lekarzem prowadzącym. Twierdzi, że tu także neurochirurg z Olsztyna znacząco mija się z prawdą.

- Błyzniuk był ciężko ranny. Przywieźli go z urazem kręgosłupa. Miał niedowład dolnych kończyn. Byliśmy bezsilni, bo potrzebował operacji. A my nie mieliśmy odpowiedniego sprzętu, by ją przeprowadzić. Pacjent nie był operowany w naszym szpitalu - tłumaczy.

- Wykonaliśmy tylko chirurgiczną obróbkę rany, czyli zmianę opatrunku, oczyszczenie, ustawienie drenażu. Grabarczyk nie tylko nie operował u nas Błyzniuka. On nawet nie uczestniczył w zmianie opatrunków - dodaje dr Ilkiw.

Grabarczyk w niemal wszystkich materiałach dziennikarskich opowiadał, że sam przywiózł Denisa do Olsztyna.

- Szpital z Olsztyna sam zwrócił się do nas z propozycją pomocy. Przekazali nam pomoc humanitarną, a następnie zaoferowali, że mogą przyjąć kilku pacjentów. Wytypowano Błyzniuka ze względu na ciężkie rany i brak możliwości udzielenia dalszej pomocy u nas - wspomina Igor Mankewycz. - Ze względu na to, że mówię po polsku, poproszono mnie, bym zawiózł Błyzniuka do Olsztyna. Wyruszyliśmy 31 marca. Jechaliśmy we troje: ja, Błyzniuk i kierowca - opowiada Mankewycz. Przypomina sobie, że do Grabarczyka odezwał się już w Olsztynie, spotkali się na terenie szpitala uniwersyteckiego. Polski lekarz nie brał udziału w transporcie chorego z Ukrainy do Polski.

- Grabarczyk nas trochę oprowadził, przedstawił innym lekarzom. Przyjechał też jego kolega anestezjolog - Radosław (nazwiska Ukrainiec nie pamięta). Później oddaliśmy dokumenty Błyzniuka, pojechaliśmy do hotelu a następnego dnia wróciliśmy do Lwowa. Jako lekarze byliśmy zobowiązani, by kontaktować się z pacjentami, którzy wyjechali za granicę. Zadzwoniłem do Błyzniuka, by dowiedzieć się, na jakim etapie jest jego rehabilitacja. Jego obowiązkiem jako żołnierza było wrócić do Ukrainy i stanąć przed komisją medyczną, która uznałaby czy nadal nadaje się do służby. Ale Błyzniuk nie zamierzał już wracać - wspomina Mankewycz.

Ukraińscy lekarze odnoszą się też do innych wypowiedzi Łukasza Grabarczyka w mediach. WP opowiadał: - Rannych było tak dużo, że urolog operował rękę, a ortopeda klatkę piersiową. Zaczynał ten, który pierwszy był wolny. Dopiero potem specjalista danej dziedziny przychodził mu pomagać.

Mankewycz kontruje: - Nigdy nie było tak, by urolog operował rękę, a ortopeda klatkę piersiową. Mamy procedury, wymagania, dokumentację. Za każdego pacjenta ponosimy odpowiedzialność. To nie jest jakiś Dziki Zachód. Takie opowieści można włożyć między bajki.

Atmosfera rozluźnia się w mgnieniu oka, gdy lekarze czytają wypowiedź dr Grabarczyka o spotkaniu z dr Mankewyczem.

"Chodzę wzdłuż tego płotu w tę i z powrotem, a żołnierze mnie obserwują. Boją się szpiegów, są przeczuleni. Nagle ulga, bo w oddali dostrzegłem Olega [imię zmienione, przyp. red.]. "Cześć generale!" - krzyknąłem. I wtedy facet na bramie przeładował kałasza, wycelował we mnie i rzucił: "U nas mówi się na niego król!" [...] Odczekał kilka sekund, aż miałem nogi z waty i zrobił: He, he, he!. Żartowniś".

Dyrektor, dr Ilkiw i rzecznik szpitala Serhij Tkaczenko wybuchają śmiechem.

- Mankewycz, teraz już na pewno będziesz miał ksywkę "Król"!

Mankewycz też śmieje się ze słów Grabarczyka, ale zaraz poważnieje.

- Mnie się to wszystko nie mieści w głowie. Jest mi po ludzku przykro. Pokazaliśmy Grabarczykowi szpital z wdzięczności. Jak lekarze lekarzowi. Ten człowiek skorzystał z naszej ufności. Zrobił zdjęcia, by promować siebie, a w dodatku przedstawił nas w bardzo złym świetle. Naraził naszą reputację, opowiadając bzdury - mówi.

wp.pl


Na pewno największym przegranym obecnej sytuacji jest Iran i układ jego sojuszników czyli tzw. „oś oporu”. Iran i szyickie milicje w Iraku zostali pozbawieni sojusznika, gdyż Syria już na pewno nie będzie szyicko-alawicka. Jeśli Turcja zaatakuje SDF (póki co toczą się walki o Manbidż), a USA wycofa swój parasol ochronny znad głów Kurdów, to Iran może szukać taktycznego sojuszu z SDF, ale w tej chwili jest to scenariusz bardzo wątpliwy bo Kurdowie wolą układ z USA i być może nawet z Izraelem. Kurdowie zresztą nigdy nie będą strategicznym sojusznikiem Iranu i w Syrii takiego sojusznika Iran już nie znajdzie, co jest dla tego państwa geopolityczną klęską. W trudnym położeniu znajduje się też Hezbollah. Po militarnym osłabieniu w wyniku nalotów Izraela został on odcięty od głównego sojusznika oraz okazał bezradność wobec likwidacji innego. Jest to zatem duża szansa dla Libanu na wyjście z politycznego kryzysu (generowanego przez Hezbollah), a także pozbycie się obciążenia w postaci uchodźców syryjskich (jeśli sytuacja w Syrii rzeczywiście się ustabilizuje, co znów jest wariantem optymistycznym i niepewnym). Niemniej Hezbollah może tak łatwo nie dać się rozbroić. Poza tym w czarnym scenariuszu może wciągnąć Liban do wojny z dżihadystycznymi ugrupowaniami syryjskimi. Zresztą, Liban może się też obawiać, że jeśli pod nowym sunnickim reżimem dojdzie do wzmocnienia Syrii to w jakiejś perspektywie (na pewno dłuższej niż kilka miesięcy) państwo to wróci do ideologii Wielkiej Syrii i będzie chciało sobie podporządkować Liban. Warto pamiętać, że syryjska okupacja Libanu skończyła się raptem niespełna 20 lat temu. Taka interwencja będzie tym bardziej realna jeśli Hezbollah się nie rozbroi.

Nie wydaje się natomiast by Irak miał powody do obaw. Dżolani nie będzie powtarzał błędu Bagdadiego i nie zamierza tworzyć jakiegoś transgranicznego tworu. Irak też nie popełnił błędu i nie interweniował w Syrii i teraz tym bardziej nie ma ku temu powodu, a granica syryjsko-iracka jest dobrze zabezpieczona. Oczywiście otwartym pytaniem jest czy te dwa państwa będą w najbliższym czasie utrzymywać stosunki dyplomatyczne. Trzeba bowiem pamiętać, że Dżolani swą karierę bojową zaczynał właśnie w Iraku w szeregach irackiej Al Kaidy Abu Musaba al-Zarkawiego, którego głównym celem było mordowanie szyitów. Z całą pewnością wrogie relacje Syrii i Iraku będą na rękę Izraelowi, dla którego obecny rozwój wypadków nie jest do końca korzystny. Osłabianie Assada przez dżihadystyczną rebelię oraz odcięcie Iranu od Libanu było korzystne, ale Assad po 7.10 nie był zbyt aktywny w atakowaniu Izraela. Zmiana słabego przywódcy ze znienawidzonej przez sunnicką większość alawickiej mniejszości na stabilny reżim sunnicki (jeśli taki powstanie – niemniej jest to jedna z opcji) będzie stanowić zagrożenie dla Izraela, zwłaszcza, że Hamas (wywodzący się z Bractwa Muzułmańskiego) ma więcej wspólnego z HTS niż z Iranem. Dlatego już pojawiły się informacje o intensywnych nalotach Izraela w Syrii, których celem jest zapewne jak największe osłabienie potencjału militarnego „nowej” Syrii (cokolwiek by to miało oznaczać).

Największym państwowym wygranym jest Turcja. Znaczna część zwycięskich oddziałów jest z nią związana, ale jednocześnie próba zainstalowania w Damaszku marionetkowego rządu opozycyjnego rezydującego od lat w Stambule zapewne napotka na opory zarówno wewnątrz Syrii (HTS i SDF), jak i w regionie. Izrael, który ma obecnie fatalne relacje z Turcją, może w takiej sytuacji wspierać SDF. Również państwa arabskie takie jak ZEA czy Arabia Saudyjska nie będą podchodzić entuzjastycznie do takiego wzmocnienia Turcji w regionie, choć nie mają zbyt wielu opcji by temu przeciwdziałać. Państwa te nie mają zresztą w ogóle dobrych opcji jeśli chodzi o przyszłość Syrii, gdyż obawiają się też stworzenia państwa islamskiego wg. modelu Al Kaidy czy Bractwa Muzułmańskiego, a demokracja ze względów oczywistych też nie jest wymarzoną dla nich opcją. Chaos również nie jest dla nich dobrą opcją, gdyż może doprowadzić do odrodzenia się zagrożenia terrorystycznego i ogólnej destabilizacji regionu. Najlepszy dla nich byłby słaby rząd centralny opierający się na etnokonfesyjnym kompromisie i przekształcenie Syrii w zdecentralizowaną federację. To jest jedna z możliwych opcji, ale nie jest ona najbardziej prawdopodobna.

defence24.pl


Władze rosyjskie wyraźnie złagodziły swój język na temat syryjskich grup opozycyjnych, a rosyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych określiło aktorów sprzeciwiających się Syryjskiej Armii Arabskiej (SAA) Assada jako „grupy opozycyjne” – jest to zauważalna zmiana w stosunku do określenia takich grup, w tym Hayat Tahrir al-Sham (HTS), przez ministra spraw zagranicznych Rosji Siergieja Ławrowa, dzień wcześniej, 7 grudnia na Forum w Dosze, jako „terrorystów”. Również rosyjska agencja prasowa RIA Novosti w swoich artykułach opublikowanych 8 grudnia określiła syryjskie grupy opozycyjne mianem „uzbrojonej opozycji”, mimo że w artykułach z 7 grudnia nazwała je „terrorystami”.

(...)

Utrata rosyjskich baz w Syrii będzie miała poważne konsekwencje dla globalnego zasięgu militarnego Rosji i jej zdolności do działania w Afryce. Rosja wykorzystała swoją bazę morską w Tartusie do projekcji siły na Morzu Śródziemnym, zagrożenia dla południowej flanki NATO i połączenia swoich aktywów na Morzu Czarnym z Morzem Śródziemnym. Utrata rosyjskich baz w Syrii prawdopodobnie zakłóci rosyjską logistykę, wysiłki w zakresie zaopatrzenia i rotacje Korpusu Afrykańskiego, osłabiając w szczególności działania Rosji i projekcję siły w Libii i Afryce Subsaharyjskiej. Rosja mogłaby próbować wykorzystać swoją obecność w Libii lub Sudanie jako alternatywy, ale brak formalnych porozumień z tymi krajami i niewystarczająca infrastruktura sprawiają, że są one niewystarczającymi substytutami. Upadek reżimu Assada i niezdolność Rosji do utrzymania reżimu również zaszkodzi globalnemu wizerunkowi Rosji jako wiarygodnego sojusznika, zagrażając jej wpływom u afrykańskich autokratów, których Rosja stara się wspierać, i jej szerszemu geopolitycznemu celowi, jakim jest pozowanie na globalne supermocarstwo.

understandingwar.org


Wszystkie grupy kontrolujące terytorium Syrii chwaliły upadek reżimu syryjskiego i wyraziły pełną nadziei, ale niesprecyzowaną wizję przyszłości. Relacje HTS /Hayat Tahrir al-Sham - red./ z innymi grupami, które nadal kontrolują terytorium Syrii, pozostają niejednoznaczne, co sprawia, że ​​nadchodzące dni konsolidacji i negocjacji są kluczowe. Zarówno Syryjskie Siły Demokratyczne (SDF), jak i wspierana przez Turcję Syryjska Armia Narodowa (SNA) wykorzystały ofensywę prowadzoną przez HTS do rozszerzenia swojego terytorium, w tym poprzez walkę ze sobą. Starcia między SDF i SNA trwały 8 grudnia. Powiązane z SNA pomieszczenie operacyjne /wspólne dowództwo wielu grup opozycyjnych - red./ pochwaliło obalenie Asada 8 grudnia i podkreśliło znaczenie zachowania instytucji państwowych, potrzebę współpracy i „poczucie odpowiedzialności” dzielone przez naród syryjski. Dowódca SDF Mazloum Abdi nazwał upadek Asada „okazją do zbudowania nowej Syrii opartej na demokracji i sprawiedliwości”, ale nie wdając się w dalsze szczegóły. Kluczowy przywódca Druzów, mający wpływy wśród południowych grup opozycyjnych, wezwał 8 grudnia do utworzenia administracji przejściowej w celu stworzenia nowej, zjednoczonej i wolnej Syrii.

(...)

Wspierana przez Turcję Syryjska Armia Narodowa (SNA) starła się z SDF w Manbidż we wschodniej prowincji Aleppo 8 grudnia. Powiązane z SNA centrum operacyjne twierdziło, że przejęło cały Manbidż 8 grudnia po kilku dniach walk w okolicy. SDF odrzuciło to roszczenie i oświadczyło później tego samego dnia, że ​​walki trwają w kilku dzielnicach Manbidż. SNA twierdziło, że 8 grudnia przejęło kilka miast, które wcześniej były kontrolowane przez SDF, na zachód od Manbidż. (...)

Siły Obronne Izraela (IDF) rozmieściły siły w celu utworzenia strefy buforowej w Syrii wzdłuż Wzgórz Golan. IDF oświadczyło, że rozmieszczenie tych sił jest operacją obronną i tymczasową mającą na celu ochronę Izraela przed możliwą niestabilnością w Syrii wynikającą z upadku reżimu syryjskiego. Premier Izraela Beniamin Netanjahu powiedział 8 grudnia, że ​​uważa, że ​​porozumienie o wycofaniu się z Wzgórz Golan z 1974 r. „upadło” wraz z upadkiem reżimu syryjskiego. Netanjahu powiedział, że nakazał IDF zajęcie opuszczonych pozycji Syryjskiej Armii Arabskiej (SAA), „aby zapewnić, że żadne wrogie siły” ich nie zajmą. Działalność IDF koncentruje się wokół Chana Arnabeha w centrum strefy wycofania w prowincji Kunajtira. Rzecznik Sił Obronnych Izraela mówiący po arabsku wydał 8 grudnia ostrzeżenia mieszkańcom Ufaniya, Quneitra, al Hamidiyah, Samdaniya al Gharbiya i al Qahtaniah w Syrii, aby pozostali w domach. Jednostka operacji specjalnych Shaldag izraelskich sił powietrznych zdobyła bez oporu pozycję SAA na szczycie góry Hermon 8 grudnia. Siły Obronne Izraela kontynuowały budowę umocnień obronnych, takich jak okopy, wzdłuż granicy. Siły opozycyjne dowodzone przez HTS ogłosiły przejęcie kontroli nad Quneitra 7 grudnia.

Siły Powietrzne Izraela (IAF) przeprowadziły ataki powietrzne na byłe obiekty SAA, w tym zaawansowane składy broni i amunicji w Syrii, aby uniemożliwić grupom opozycyjnym zdobycie tych materiałów. Siły Powietrzne Izraela przeprowadziły ataki powietrzne na skład broni i amunicji w Majadin, w prowincji Deir ez-Zor. Siły Powietrzne Izraela zaatakowały co najmniej siedem celów wojskowych w południowo-zachodniej Syrii, w tym lotnisko wojskowe Mezzeh i byłą bazę 4. Dywizji SAA na górze Qasioun pod Damaszkiem. Siły Powietrzne Izraela zaatakowały również byłą bazę 90. Brygady SAA w pobliżu granicy izraelsko-syryjskiej i bazę lotniczą Khalkhala na północ od miasta Suwayda w południowo-zachodniej Syrii. Siły Powietrzne Izraela zaatakowały również Centrum Badań Naukowych i kompleks bezpieczeństwa w Damaszku, w tym budynki wywiadu i administracji celnej, które, jak poinformowały Reutersa nieokreślone regionalne źródła bezpieczeństwa, były wcześniej wykorzystywane przez Iran do opracowywania i przechowywania pocisków, a także poufnych danych wojskowych i innego sprzętu. Źródła powiązane z opozycją podały, że atak lotniczy Sił Obronnych Izraela uderzył w przejście Al-Kusajr na granicy libańsko-syryjskiej, którego Hezbollah używał wcześniej do transportu broni do Libanu. Izrael niszczy irańską infrastrukturę wojskową w Syrii, co utrudni wysiłki Hezbollahu zmierzające do odbudowy w Libanie, a tym samym ograniczy zagrożenie ze strony Iranu dla Izraela.

Stany Zjednoczone przeprowadziły ataki powietrzne na ponad 75 celów ISIS w centralnej Syrii 8 grudnia. Ataki powietrzne wymierzone były w personel i obiekty ISIS i nie spowodowały żadnych ofiar cywilnych. Prezydent USA Joe Biden i generał Michael Kurilla, dowódca Centralnego Dowództwa USA, niezależnie od siebie, podkreślili, że Stany Zjednoczone zapobiegną odbudowie i wykorzystaniu niestabilności w Syrii przez ISIS. Oświadczenia te odzwierciedlają ryzyko, że upadek reżimu syryjskiego może umożliwić ISIS skonsolidowanie i rozszerzenie swojej pozycji w Syrii. Kurilla ostrzegł, że Stany Zjednoczone pociągną do odpowiedzialności każdego aktora w Syrii, który wspiera lub współpracuje z ISIS.

(...)

Twardogłowy irański parlamentarzysta stwierdził, że Iran powinien skupić się na „testach bomb atomowych” po upadku reżimu syryjskiego. Ahmad Naderi opublikował na X (Twitter) 8 grudnia, że ​​Iran powinien skupić się na testach bomb atomowych i ożywieniu Osi Oporu. Naderi wcześniej stwierdził, że Iran powinien zdobyć broń jądrową, aby przywrócić odstraszanie. Retoryka Naderiego jest zgodna z rosnącymi apelami wysokich rangą urzędników irańskich zachęcających irańskiego Najwyższego Przywódcę Alego Chameneiego do odwołania jego fatwy z 2003 r. zakazującej produkcji i używania broni jądrowej. Ta retoryka jest szczególnie godna uwagi w świetle niedawnej ekspansji irańskiego programu nuklearnego, która ułatwia Iranowi budowę broni. Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej (MAEA) poinformowała w listopadzie 2024 r., że Iran nadal rozwija swój program nuklearny poza parametrami Wspólnego Kompleksowego Planu Działań. Iran powiadomił Międzynarodową Agencję Energii Atomowej 29 listopada, że ​​planuje znaczną rozbudowę swoich zdolności wzbogacania uranu poprzez zainstalowanie ponad 6000 dodatkowych wirówek i uruchomienie niektórych z nich w obiektach jądrowych Fordow i Natanz.

understandingwar.org