28 lutego w Waszyngtonie ma być prezydent Wołodymyr Zełenski, aby podpisać umowę o użytkowaniu ukraińskich złóż kopalin. Tymczasem 24 lutego w rozmowie z autorem telewizyjnego programu propagandowego „Moskwa. Kreml. Putin” rosyjski prezydent z firmowym cynicznym uśmieszkiem zadeklarował, że gotów jest współpracować z amerykańskimi partnerami przy zagospodarowaniu złóż w Rosji i na „nowych terytoriach” (tak rosyjska propaganda nazywa okupowane regiony Ukrainy – część obwodów donieckiego, ługańskiego, zaporoskiego i chersońskiego).
(...)
Zachęta Putina pod adresem amerykańskiego biznesu ma jeszcze jeden aspekt. Putin przez lata wbijał Rosjanom do głów, że gwarantuje nietykalność rodzimych surowców i ich obronę przed zakusami Zachodu (z USA na czele). A teraz deklaruje, że Trump może liczyć na dobry deal i wejście na rosyjskie złoża. Mistrzowska zmiana obuwia w biegu. Ale czego się nie robi dla zamydlenia oczu „amerykańskim partnerom”.
Niemniej w środowisku Z-patriotów oświadczenie Putina o robieniu interesów z „Pindosją” (lekceważące określenie USA) zapanował niepokój. Sprzeciw przeciwko wspólnej eksploatacji bogactw naturalnych wypowiedział m.in. Artiom Żoga – specjalny przedstawiciel prezydenta na Uralu, a w przeszłości jeden z watażków „rosyjskiej wiosny” w Donbasie.
Żoga, który swego czasu dostąpił zaszczytu poproszenia Putina, aby ten wystartował ponownie w wyborach prezydenckich, jest człowiekiem w pełni oddanym wodzowi. W drużynie posłusznych putinistów krytyka pod adresem idola to rzecz bez precedensu. Do chórku niezadowolonych z projektu (na razie przecież pisanego palcem na wodzie) dołączył niespodziewanie patriarcha Cyryl, który nakazał modlitwy o to, aby Amerykanie nie przejęli rosyjskich złóż. I aby nie wywiedli w pole Putina.
tygodnikpowszechny.pl