wtorek, 25 czerwca 2024



Grzegorz Osiecki, Tomasz Żółciak, money.pl: Ilu migrantów - dziennie czy tygodniowo - pokonuje zaporę na granicy?

Maciej Duszczyk, wiceminister spraw wewnętrznych i administracji: Na pewno skala przejść od mniej więcej tygodnia jest znacząco niższa niż to, co obserwowaliśmy chwilę wcześniej. We wtorek 18 czerwca było takich prób 80. Jeszcze tydzień temu ok. 150, a dwa tygodnie temu pomiędzy 200 a 300. Nie oznacza to jednak, że za chwilę nie nastąpi ponowny wzrost.

To efekt wysłania tam większej liczby żołnierzy i funkcjonariuszy?

Tak. To także efekt wprowadzenia strefy buforowej. Przemytnicy, którzy sterują całym tym ruchem po stronie białoruskiej, obserwują, jak to wszystko teraz funkcjonuje. Tak jest nieustannie - my staramy się uprzedzić ich ruchy, oni patrzą, jak my reagujemy. Podobnie jest na granicy USA i Meksyku czy granicy węgiersko-serbskiej.

W mediach społecznościowych politycy prześcigają się w publikowaniu zdjęć pokazujących cudzoziemców, w domyśle migrantów. To sztuczne nakręcanie atmosfery strachu czy rzeczywiście narastający problem?

W ostatnich dniach nie wydarzyło się nic, co uzasadniałoby taką panikę. Mamy za to do czynienia z pewną specyficzną sytuacją, która się wytworzyła. Mieliśmy próbę cyberataku na serwery Urzędu ds. Cudzoziemców, nagłośnioną medialnie sytuację z niemiecką policją, która bez informowania nas przywiozła i pozostawiła po naszej stronie granicy rodzinę migrantów oraz zdjęcie migrantów siedzących na przystanku w woj. podlaskim.

Każda z tych sytuacji musi być i jest przez nas sprawdzana i analizowana. Chociażby kwestia zachowania niemieckiej policji - nasza Straż Graniczna była w kontakcie z niemieckimi odpowiednikami i ustalono, że strona niemiecka nie dopełniła procedury. I to wymagało reakcji, także na najwyższym szczeblu premiera i kanclerza.

Procedury dublińskie, procedury readmisyjne, na podstawie których migrantów zawraca się do kraju pochodzenia lub tranzytu, to element strefy Schengen. My też w ramach tych umów takich ludzi możemy zawrócić np. na Litwę czy do Niemiec. Problem w tym, że niemieccy policjanci zostawili tych ludzi bez naszej wiedzy. Gdy nasi funkcjonariusze się tam pojawili, tych ludzi już tam nie było.

I mamy pewność, że to był odosobniony przypadek?

Tak, sprawdzałem to razem z naszą Strażą Graniczną. Nie wiem, co konkretnie spowodowało takie zachowanie niemieckiej policji, może ktoś kończył wtedy zmianę i nie poczekał na naszych funkcjonariuszy? Na pewno był tu brak profesjonalizmu. Trudno mi jednak spekulować. Przyszedł list od szefa berlińskiej policji z przeprosinami i zapewnieniem, że taka sytuacja już się nie powtórzy.

Od 1 stycznia do 14 czerwca Niemcy przekazali do Polski łącznie 290 cudzoziemców, z czego 164 na podstawie readmisji, czyli umowy bilateralnej, a 126 na w ramach procedury dublińskiej. W tym samym czasie nie wpuszczono do Niemiec 3578 osób, z czego 63 proc. to byli Ukraińcy. Tak więc nie jest prawdą, że wskutek kontroli granicznych w Niemczech zatrzymywane są głównie osoby, które wcześniej przekroczyły np. polsko-białoruską granicę.

Białoruskie służby najpewniej szkolą i wyposażają osoby forsujące zaporę, co powoduje wzrost agresywnych zachowań z ich strony. Jak temu przeciwdziałać?

Mamy do czynienia z różnymi fazami i scenariuszami tego kryzysu. Nasze działania to właśnie taki "najlepszy dostępny scenariusz reakcji". Jeśli udaje nam się rozpoznać tamtą politykę, to udaje nam się przeciwdziałać dalszemu rozwojowi sytuacji.

Natomiast zabójstwo polskiego żołnierza jest nowym scenariuszem, do którego staramy się dostosować. Teraz np. nie pozwalamy już polskim mundurowym wychodzić poza zaporę, bo wychodzimy z założenia, że jeśli to zrobią, mogą zostać albo zabici, albo porwani. Tak więc zabójstwo polskiego żołnierza jest swoistym gamechangerem, bo spowodowało to naszą reakcję w postaci stworzenia strefy buforowej czy projektu zmieniającego zasady użycia broni na granicy.

Sytuacja jest jednak bardzo dynamiczna. Jednego dnia mieliśmy do czynienia z kobietą, która przyszła pod zaporę z dzieckiem, drugiego dnia przyszły już cztery kobiety w ciąży. Gdy przyjęliśmy grupę dzieci, z których zresztą część miała sfałszowane dokumenty, za chwilę na granicy pojawiła się dwukrotnie większa grupa.

Jakich scenariuszy obawiacie się teraz najbardziej?

My na granicy nie mamy już scenariusza migracyjnego. Ja osobiście znam się na migracjach, kanałach migracyjnych oraz jak temu przeciwdziałać. Dziś mamy jednak sytuację, w której po drugiej stronie płotu są osoby, które mogą być szkolone przez Białorusinów i których celem nie jest przekroczenie granicy, tylko atakowanie polskich strażników.

Robią to dla pieniędzy?

Być może. Ale chodzi też o odwrócenie uwagi - ich atak w jednym miejscu zapory powoduje, że migrantom łatwiej jest ją pokonać w innym miejscu. Dlatego już dostosowaliśmy nasze działania do tego nowego scenariusza.

Myśli pan, że uda się namierzyć tego mężczyznę, który zabił polskiego żołnierza?

Nie umiem na to pytanie odpowiedzieć, z tego, co wiem, wszyscy robią wszystko, by go namierzyć - i drogą dyplomatyczną, i wywiadowczą.

Mamy rządową zapowiedź wzmocnienia zapory w postaci Tarczy Wschód. Czy jej efektem może być 100-procentowa szczelność granicy?

100-procentowa szczelność jest nieosiągalna. Natomiast dla tej inicjatywy wystarczający jest argument, by jak najwięcej osób nie przekroczyło granicy. Dlaczego? Stworzenie dużo bardziej szczelnej bariery zmniejsza ryzyko łatwego jej przekroczenia, czyli zwiększa ryzyko pozostawania tych ludzi po stronie białoruskiej, co z kolei jest niekorzystne dla władz białoruskich, które chcą, by te osoby przebywały u nich jak najkrócej.

Czy możliwe jest otwarcie nowych szlaków migracyjnych, np. od strony Obwodu Królewieckiego?

Od tej strony nie. Ryzyko dla Rosji jest zbyt duże, taka inicjatywa oznaczałaby konieczność ściągnięcia grupy kilku-kilkunastu tysięcy ludzi do Królewca. A to mogłoby zdestabilizować sytuację, bo tamtejsi mieszkańcy by tego nie zaakceptowali, oni nie są tak proputinowscy.

Możliwa jest kolejna fala migrantów lub uchodźców z Ukrainy?

Na razie na nic takiego, jeśli chodzi o funkcjonowanie szlaku migracyjnego przez Ukrainę do Polski, się nie zanosi. Natomiast migracja samych Ukraińców, z uwagi na sytuację wojenną, jest możliwa, zwłaszcza w okresie zimowym. Infrastruktura krytyczna jest bardziej zniszczona niż rok temu, pytanie więc, jak szybko Ukraińcy to odbudują i jaka będzie sytuacja na froncie.

Patrząc na to, jakie są reakcje, zwłaszcza części polityków, na pojawiających się w Polsce cudzoziemców, nie ma pan obaw o to, jak oni będą się integrować w naszym kraju, zwłaszcza gdy zacznie działać unijny pakt migracyjny?

Bardzo niepokoję się poziomem dyskusji na temat migracji do Polski, niektóre wpisy w mediach społecznościowych są na granicy lub przekraczają granice rasizmu. Polska nigdy nie miała tradycji rasistowskiej, więc może pojawić się problem, by te negatywne tendencje odwrócić.

Przez ostatnie lata udało nam się trochę zmienić wizję imigracji, przecież to za rządów PiS dużo ludzi z zagranicy do nas przyjeżdżało. I teraz przedstawiciele rządu, który tych ludzi wpuścił, decydują się na to, by mocno podbijać antyimigracyjny bębenek. A to bardzo niebezpieczne zjawisko z punktu widzenia spójności społecznej. Obecne działanie można porównać z rokiem 2021, kiedy to obyła się słynna konferencja ówczesnych ministrów z fejkowym zdjęciem jakiegoś człowieka gwałcącego zwierzę. Został on przedstawiony jako migrant.

W ostatnich dniach pojawiło się sporo komentarzy odnośnie do dyrektywy 2024/1346 w sprawie ustanowienia norm dotyczących przyjmowania osób ubiegających się o ochronę międzynarodową. Musimy ją implementować w ciągu dwóch lat. Mówi ona o prawie do zakwaterowania o odpowiednim standardzie, prawie do świadczeń materialnych, takich jak kieszonkowe.

To dyrektywa wynegocjowana jeszcze przez poprzedni rząd.

No widzi pan, skoro pan się od niej dystansuje, to znaczy, że dla was to też kłopotliwy temat.

Nie, z punktu widzenia obecności cudzoziemców ubiegających się o ochronę międzynarodową, mamy już w Polsce pewne procedury. To, że te osoby otrzymują darmowe wyżywienie i przebywają w ośrodkach, jest prawdą. Tak samo jak to, że po uzyskaniu ochrony międzynarodowej, objęte są indywidualnym programem integracji. Świadczenia, które te osoby otrzymują w Polsce, są i tak jednymi z najniższych w Europie. Nikt nie planuje jednak tego zmieniać. Jedynie co można zrobić, to podnieść w niewielkim stopniu stawkę żywieniową, bo po czasie wysokiej inflacji jest zupełnie nieproporcjonalna.

Krytycy podnoszą, że ta dyrektywa nakaże ujednolicenie tzw. kieszonkowego we wszystkich krajach członkowskich - po to, by migranci nie udawali się do tych krajów, gdzie jest wyższy "socjal". To prawda?

Nie, dyrektywa mówi o harmonizacji przepisów, ale i tak tylko w preambule, a nie ustalaniu jednej kwoty świadczeń dla wszystkich krajów. 500 euro w Polsce to nie to samo, co 500 euro w Luksemburgu. Dyrektywa mówi o przyjrzeniu się systemom integracji cudzoziemców, by nie byli oni wykluczani społecznie. I to jest OK, bo jeśli takich ludzi spychamy w ubóstwo, to oni się radykalizują. To jest wyciąganie wniosków z błędów takich krajów jak Szwecja czy Niemcy.

Jednak to Polska będzie decydować o zakresie implementacji dyrektywy. Znajduje się w niej zapis, że dany kraj dostosowuje przepisy do swojej specyfiki i modelu społecznego. Tak więc mamy pełną swobodę, jak to zrobimy. Ważne jest również to, że dotyczy ona bardzo niewielkiej grupy cudzoziemców, legalnie przebywających w danym kraju. Informacje, że będzie uchodźcom przysługiwało kieszonkowe w wysokości ponad 2 tys. zł to kompletna bzdura.

Od września ukraińskie dzieci przebywające w Polsce będą objęte obowiązkiem szkolnym. Dlaczego dopiero teraz? Tyle się mówiło o tym, że te dzieci są poza systemem, że to grozi różnymi patologiami.

Pierwsza nowelizacja, za którą ja odpowiadałem, wprowadziła ten obowiązek szkolny. Dlaczego wcześniej tego nie wprowadzono? Nie wiem, trzeba pytać poprzedni rząd.

Na jakie efekty tego działania liczycie?

Przede wszystkim liczymy, że uda się zweryfikować, ile tych osób w Polsce jest. Pozwoli to ustabilizować ich pobyt, bo będą musiały się pojawić w urzędach, zarejestrować, zostawić odciski palców itd. Zadziała to także stymulująco na rynek pracy, bo duża część świadczeń zostanie Ukraińcom odebrana lub zawieszona, a dzięki objęciu ich dzieci obowiązkiem szkolnym, łatwiej będzie im podjąć decyzję o pójściu do pracy.

A może pojadą do Niemiec?

Być może, ale z drugiej strony wydaje się, że gdyby mieli to zrobić, to już dawno to by się stało. Tu raczej będziemy mieli sytuację, w której rodzice będą wchodzili na rynek pracy, a dzieci pójdą do szkoły, dzięki czemu sprawdzimy, w jakiej są kondycji i co umieją.

Ile może być takich dzieci?

Tego dokładnie nie wiemy, ale według mojej wiedzy możemy mówić o grupie 35-50 tys. dzieci, które 1 września dodatkowo pojawią się w szkołach.

To jest do udźwignięcia przez polską oświatę?

Sygnały z Ministerstwa Edukacji Narodowej są pozytywne, tzn. nie powinniśmy mieć z tym problemów.

W całej tej dyskusji o migrantach czasami zapominamy, że stanowią oni także ważny motor napędzający polską gospodarkę. Jak chcemy tym procesem dalej zarządzać?

Wchodząc do resortu, zaproponowałem stworzenie strategii migracyjnej, która ma na to pytanie odpowiedzieć. Na zlecenie MSWiA, Komitet Badań nad Migracjami Polskiej Akademii Nauk przygotowuje diagnozę. Wysłali 12 tys. ankiet do bardzo różnych interesariuszy. Na tej podstawie przygotują we wrześniu raport, następnie już my, czyli MSWiA, stworzymy draft tej strategii, który poddamy konsultacjom. Model zostanie więc dopiero wypracowany.

Już dziś mogę jednak powiedzieć jasno - nie ma co liczyć na to, że Polska będzie prowadziła tak liberalną politykę migracyjną, jak do tej pory. Oczywiście potrzebujemy dodatkowych rąk do pracy, które uzupełnią lukę na rynku, ale to musi odbywać się na odpowiedzialnych zasadach. Musimy być pewni, że imigranci uzupełniają luki na polskim rynku pracy, a nie wykorzystując nasz system, jadą do innych państw.

Nieco ponad miesiąc temu Rada UE przyjęła pakt migracyjny. Tyle się o nim mówi, że można odnieść wrażenie, że ten pakt już działa. Kiedy przewidziane tam instrumenty z kategorii "przyjmujemy grupę migrantów lub płacimy za ich nieprzyjęcie" tak realnie zadziałają?

Najwcześniej w 2027 roku. Natomiast kiedy prowadzę rozmowy, jak to ma technicznie wyglądać, to na razie nie jestem w stanie tego zrozumieć. I to nie tylko ja. Jednakże szansa na to, że Polska zostanie objęta koniecznością bycia solidarną z innymi krajami aniżeli będzie elementem tej solidarności, są cały czas bardzo niewielkie. Zaryzykuję nawet twierdzenie, że w takim kształcie solidarność migracyjna nie wejdzie praktycznie w życie.

Czyli zakładacie, że za trzy lata ciągle będziemy pod silną presją migracyjną, co spowoduje wyłączenie nas z tego mechanizmu?

Sądzę, że cały czas będziemy musieli monitorować sytuację na zewnętrznej granicy UE, że będziemy mieć prowokacje ze strony Białorusi - która w ciągu trzech lat przecież się nagle nie zdemokratyzuje i nie zamknie tego szlaku migracyjnego - i trzeba będzie utrzymywać niezbędna infrastrukturę. Nawet jeśli wojna się skończy, to Polska wciąż będzie udzielać wsparcia dla Ukrainy. To wszystko musi być zauważone przez Komisję Europejską.

I tak cały czas będziemy podnosić, że pilnujemy zewnętrznej granicy UE i to zawsze będzie działać na KE?

Jeśli mamy do czynienia z tak masowymi zjawiskami migracyjnymi, to raczej musimy wymagać solidarności z nami, bo to my jesteśmy teraz i pewnie w przyszłości pod presją migracyjną. Na razie nie widać perspektywy, by to miało się zmienić. Problem w tym, że sama koncepcja solidarności - tak jak została ona zapisana w pakcie migracyjnym - będzie dzieliła państwa członkowskie, a nie jednoczyła w odpowiedzi na wyzwania migracyjne. Ona jest po prostu konfliktogenna w swoim założeniu, bo ktoś będzie musiał być mniej, a ktoś inny bardziej poszkodowany. Dlatego implementacja tego mechanizmu w jego obecnej formie jest bardzo mało prawdopodobna.

Kwestie migracyjne będą istotnymi wątkami naszej przyszłorocznej prezydencji w unijnej Radzie?

To będą kluczowe elementy przez najbliższe lata na każdym poziomie i w każdej dyskusji na forum UE. Naszą rolą w ramach prezydencji jest pokazywanie kompletnie nowej sytuacji w naszym regionie, czyli instrumentalizacji migracji, a także poszukiwanie rozwiązań unijnych. Trzeba też prowadzić dyskusje w ramach paku migracyjnego - piętnaście państw podpisało specjalny list do KE i stwierdziło, że Pakt to zdecydowanie za mało i trzeba dalej dyskutować, by odpowiedzieć na wyzwania migracyjne. Znalazł się w tym liście zapis dotyczący instrumentalizacji migracji.

Pakt migracyjny zakłada, że pieniądze pochodzące z wpłat za nieprzyjęcie migrantów trafiałyby na uszczelnianie granic, bo miałoby to obniżać presję migracyjną. Tyle że z tego, co pan mówi, mechanizm ten zacznie działać za trzy lata, o ile w ogóle. Czy możemy liczyć na jakieś inne formy wsparcia ze strony UE?

To pytanie o kształt przyszłej perspektywy finansowej UE, która będzie negocjowana także za naszej prezydencji. Na pewno z budżetu unijnego trzeba wydawać dużo więcej na migrację, tylko pytanie, jakimi instrumentami to robić. Dziś mamy specjalny fundusz FAMI, pytanie więc, czy wystarczy zasilić go większymi środkami, czy stworzyć zupełnie inne rozwiązanie, które pomoże przetrwać całej strefie Schengen. O tym wszystkim będziemy rozmawiać z nową KE i Parlamentem Europejskim, ta dyskusja dopiero się otwiera.

Które części paktu migracyjnego są dla nas nieakceptowalne?

Choćby procedura graniczna. PiS skupiał się cały czas na solidarności europejskiej, stanowiącej minimalny element paktu, natomiast nie skupił się na głównych elementach, czyli właśnie procedurze granicznej. Gdybyśmy mieli ją zaimplementować w obecnie proponowanej formie, to dużo bardziej monitorować nasze rozwiązania będą Rosjanie niż Komisja Europejska. Oni natychmiast znajdą scenariusz taki, który w nas uderzy. Implementacja tych zasad jest dla nas zbyt ryzykowna w sytuacji graniczenia z państwem, które chce nas destabilizować.

Wątpliwości budzi przyjmowanie wniosków i dokonywanie tzw. screeningu bezpośrednio przy granicy. Jesteśmy w sytuacji obronnej, nie możemy tych osób wpuszczać, musi być więc przewidziana możliwość, by tych ludzi nie przyjmować, nie stosować tych procedur, gdy dochodzi do kryzysu migracyjnego.

Mówimy o push backach?

Mówimy o nieprzyjmowaniu wniosków na granicy.

A dzisiaj mamy push backi na granicy czy nie?

A jak rozumiemy "push back"?

Ktoś przekracza zaporę i zostaje zawrócony na drugą stronę bez szansy złożenia dokumentów.

Takie sytuacje, jeżeli są, to są rzadkie. Najczęściej te osoby nie chcą zarejestrować się w polskim systemie, lecz podchodzą pod zaporę i się wycofują, gdy widzą polskiego strażnika. Jeśli mamy do czynienia z narażeniem zdrowia i życia, takie osoby nie są zawracane i jeśli sytuacja tego wymaga, kierowane są do szpitala w Hajnówce. A jeśli takie osoby znajdują się na terytorium Polski i chcą złożyć wniosek, to mogą to zrobić.

A jak układa się wasza współpraca z aktywistami pomagającymi migrantom?

Jeśli pomagają w ratowaniu zdrowia i życia tych ludzi, robią bardzo dobrą robotę. Natomiast jeśli służą temu, by utworzyć szlak migracyjny, czy zwiększyć nieszczelność zapory, to powinni poważnie zastanowić się nad swoją działalnością.

Były takie przypadki?

Było kilka przypadków takiego działania. Na szczęście nie jest to jednak masowe.

Weekendowa wrzawa wokół migrantów obecnych w Polsce zaczęła się bodajże od fotografii czarnoskórych osób siedzących na przystanku w jednej z podlaskich miejscowości. Zdjęcie wykonała tamtejsza sołtys, którą zaniepokoiła ta sytuacja. Czy rząd podjął tu jakąś reakcję, czy uznano to za nadgorliwość pani sołtys?

Nic mi o tym nie wiadomo. Pamiętajmy, że mamy do czynienia z nową sytuacją - mamy strefę buforową, jest więcej żołnierzy i policji na granicy - a to wywołuje chwilowy niepokój. To są osoby, którym przyjęto wnioski o ochronę międzynarodową, które jadą do jednego z ośrodków, by tam dalej przejść całą procedurę.

Czemu w Polsce znów mamy strefę buforową, a nie stan wyjątkowy?

Stan wyjątkowy nie jest nam obecnie potrzebny.

Nie chodzi czasem o to, co odstręczało PiS od wprowadzenia stanu wyjątkowego, czyli konieczność wypłacenia rekompensat przedsiębiorcom, których biznesy ucierpiały przez wprowadzenie jednego z konstytucyjnych stanów nadzwyczajnych?

Głównym sensem strefy buforowej jest odcięcie miejsc, gdzie najczęściej dochodziło do spotkania migranta z przemytnikiem.

Rozumiemy, tyle że tamtejsi przedsiębiorcy, np. z branży turystycznej, narzekają, że mają sporo odwoływanych rezerwacji, że ludzie się boją tam jeździć.

Ale to się właśnie skończyło. Sygnały, które otrzymujemy, mówią, że strefa buforowa wbrew pozorom zwiększyła bezpieczeństwo tamtejszych terenów. Oczywiście zdjęcia umieszczane w sieci wywołują pewne emocje, ale w sytuacji presji migracyjnej takie sytuacje będą się zdarzały. Kluczowe jest nieuleganie narracji, która nas jeszcze bardziej podzieli.

Wiemy, ilu migrantów mamy aktualnie w Polsce?

Nie jesteśmy w stanie do końca tego zweryfikować. Dziś np. uchodźcy z Ukrainy mogą być tu zarejestrowani, ale mieszkać w Niemczech. Mamy też osoby, które prawdopodobnie przedłużyły swój pobyt i nie zarejestrowały się. Tak naprawdę żadne państwo demokratyczne i wolnorynkowe nie wie dokładnie, ilu migrantów jest na jego terytorium. My szacujemy, że w naszym przypadku jest to 2,5-2,8 mln osób.

Ilu jeszcze jesteśmy w stanie przyjąć, biorąc pod uwagę choćby potrzeby polskiej gospodarki?

Polityka migracyjna jest na pewno służebna dla rozwoju gospodarczego. Jednocześnie sama gospodarka nie może nam narzucać modelu migracyjnego i integracyjnego. My dziś wysyłamy do przedsiębiorców sygnał, że więcej taniej imigracji nie będzie. Oczywiście będą uzupełnione niedobory rynkowe, ale więcej takiej imigracji, jak do tej pory, być nie może. Grozi to bowiem popełnieniem błędów państw, które wcześniej nie wyciągnęły odpowiednich wniosków, a my możemy na ich błędach się uczyć.

Czy to nie jest narracja, która przypomina tę stosowaną przez Konfederację?

Konfederacja ma negatywny stosunek do jakichkolwiek migrantów czy różnorodności. My mówimy o odpowiedzialności i procesach społecznych, na które trzeba bardzo uważać. Mówimy o poszukiwaniu jakichś kompromisów. Stanowisko Konfederacji jest bardzo jasne - zero migracji.

Migranci stanowią ok. 8 proc. naszego społeczeństwa. Rozumiemy, że w świetle ograniczania tej taniej migracji, coraz więcej działań rządu skupiać się będzie na integrowaniu tych osób?

Absolutnie, dlatego po wakacjach ruszy 49 współfinansowanych przez UE centrów integracji cudzoziemców. Celem ich działania będzie m.in. wykorzystanie potencjału tych migrantów, którzy już w Polsce są, by mogli zajmować wyższe stanowiska i w sposób bardziej kompleksowy wchodzili na rynek pracy.

money.pl


Tego jeszcze nie grali: w Kazaniu narodziła się nam nowa świecka sportowa tradycja – zwycięstwa bez walki, na odległość i w błogim stanie nieświadomości.

Ona tak się nie może nazywać – tradycja, i całe te igrzyska w Kazaniu też nie mogą się nazywać igrzyskami. Bo to czystej wody hucpa. Rosyjska propaganda na cały świat trąbi, że impreza w Kazaniu, nazwana BRICS Games 2024, to godna odpowiedź cierpiącej srogą niesprawiedliwość Rosji (wykluczenie z Igrzysk Olimpijskich przez MKOl). Nasze igrzyska są lepsze niż ichnie. Bojowe surmy propagandy ubierają w gromkie słowa wielką nicość, jaką są zawody BRICS. Ostatnio opisałam przypadek zawodnika, Rosjanina Aleksandra Malcewa, który był jedynym uczestnikiem konkursu w pływaniu artystycznym. No i konkurs ten wygrał. Ale przynajmniej pojawił się na basenie w Kazaniu, zanurzył się w nim i wykonał swój program artystyczny. Wydawać by się mogło, że to już szczyt absurdu i nic więcej w tej materii nie da się wymyślić. Po czym okazuje się, że jednak nie doceniliśmy mistrzów klejenia rzeczywistości butaprenem działających w sojuszu z budowniczymi wiosek potiomkinowskich. Bo oto w zapasach w stylu belt wrestling poważne szanse medalowe w kategorii do 85 kg miał litewski zapaśnik Andrius Mażeika. Według organizatorów Mażeika przeszedł eliminacje, dotarł do ścisłego finału i przegrał walkę o brązowy medal. Tymczasem nie ma żadnych śladów jego pobytu w Kazaniu ani udziału w turnieju.

Kiedyś był taki dowcip z cyklu „Pytania do Radia Erewań”. Otóż: czy analfabeta może być członkiem Akademii Nauk ZSRR? Radio Erewań odpowiada: Może, ale tylko członkiem rzeczywistym, a nie członkiem korespondentem. (...)

Portal „Agientstwo” próbował wyśledzić, na czym polega fenomen Mażeiki. Jak wynika z oficjalnych wpisów na stronie BRICS24, Mażeika w ćwierćfinale miał stoczyć bój z zapaśnikiem z Kazachstanu Adiletem Żanbyrszy. Nie stawił się, więc sędziowie uznali jego przegraną walkowerem. Żanbarszy poszedł dalej, a Mażeika trafił do repasaży. A w repasażach przeciwnikiem Mażejki był Rumun, niejaki Stepan Caraseni (notabene, nie udało mi się znaleźć wiadomości o takim zawodniku z Rumunii; w sieci trafiają się wzmianki o mistrzu ju-jitsu z Gagauzji, który nosi takie imię i nazwisko, ale czy to on?). Rumun nie stawił się na macie. Może dlatego, że tak naprawdę nie istnieje. Walkowerem wygrał zatem Mażeika, w związku z czym przeszedł dalej – do walki o trzecie miejsce. Jak wynika z kroniki zawodów, na tym etapie uległ zawodnikowi z Kirgistanu Muratbekowi Uułu. Nigdzie nie można znaleźć relacji z tych walk.

Litewska Federacja Zapaśnicza oznajmiła, że nikogo nie wysyłała do Kazania, a Mażeika odniósł poważną kontuzję i od ponad dwóch lat nie pojawiał się na zawodach. Jego trener Siergiej Kasymow oświadczył: „Być może oni [w Kazaniu] fałszują protokoły, aby wykazać, że mają zawodników z wielu krajów. Na 99,9 proc. jestem pewien, że Andrius tam nie pojechał”. Nie pojechał, ale odcisnął piętno. 

labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl



Na oficjalnej stronie zawodów (...) można przeczytać, że w Igrzyskach BRICS bierze udział 4791 sportowców z (około) 90 krajów. Wikipedia w haśle poświęconym już piątym z kolei Igrzyskom BRICS (wcześniej rosyjska propaganda nie poświęcała tym zawodom uwagi, były wydarzeniem marginalnym) wymienia 89 państw, z których pochodzą uczestnicy. Listę otwiera Abchazja, państwo nieuznane przez wspólnotę międzynarodową (ale uznawane przez Rosję, która wyrwała tę prowincję Gruzji i patronowała ogłoszeniu przez nią suwerenności). Ciekawa jest oprawa udziału w imprezie reprezentacji Afganistanu. Sportowcy z tego kraju występują pod zaimprowizowaną flagą BRICS2024. Flaga Afganistanu jest w Rosji zakazana – Taliban nadal ma status organizacji terrorystycznej (choć pojawiają się poważne sygnały, że Moskwa ten status uchyli, bo kontakty z talibami na wysokich szczeblach trwają w najlepsze). Wśród uczestników wymienione są też Palestyna i Izrael. Ciekawostka. I jeszcze jedna: w zawodach bierze udział reprezentacja Republiki Serbskiej (to nie samodzielne państwo, a podmiot wchodzący w skład Bośni i Hercegowiny; prezydent RS Milorad Dodik niedawno gościł w Petersburgu i spotykał się z Putinem).

Kursywą na tej liście zapisano m.in. Wielką Brytanię, Portugalię, Japonię, Hiszpanię, Włochy. Skąd to wyróżnienie? Być może wynika ono z tego, że to państwa mające w Rosji status „nieprzyjaznych”. Jeszcze od czasów sowieckich Moskwa bardzo sobie ceniła udział przedstawicieli wrogiego zachodniego obozu w swoich imprezach. Kiedy w latach 80. doszło do wzajemnego bojkotu igrzysk w Moskwie (1980) i Los Angeles (1984), Związek Sowiecki organizował tzw. Igrzyska Dobrej Woli i starał się przyciągnąć do startu w nich jak największą liczbę sportowców w wrażych państw zachodnich. Nawiązaniem do tamtej tradycji mają być podobne igrzyska (Światowe Igrzyska Przyjaźni) zaplanowane przez Rosję na wrzesień (zawody mają się odbyć w Moskwie i Jekaterynburgu). Międzynarodowy Komitet Olimpijski opublikował deklarację przeciwko polityzacji sportu, w której wezwał państwa należące do ruchu olimpijskiego, aby nie brały udziału w alternatywnych imprezach organizowanych przez Rosję na pohybel reszcie świata (w lutym 2022 r. po agresji Rosji na Ukrainę MKOl objął embargiem międzynarodowe imprezy sportowe organizowane przez Rosję). Uczestnictwo w takich zawodach może pociągnąć za sobą przykre konsekwencje.

Kto zatem po takiej przestrodze zjawił się w Kazaniu? Który sportowiec z Hiszpanii czy Włoch zaryzykował karę od MKOl? Próbowałam w dostępnych materiałach znaleźć choć jedno nazwisko, ale mi się nie udało. Może coś przeoczyłam. Na Twitterze znalazłam natomiast taką wzmiankę na koncie „Prof. Prieobrażenski”: „A iluż to sportowców z tych krajów [nieprzyjaznych] przyjechało do Rosji, by wystartować w Igrzyskach BRICS? Oznajmiam: z Wielkiej Brytanii – zero, z Niemiec – zero, z Włoch – zero, z Hiszpanii – zero”. Martwe dusze, do boju!

labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl


Jak napisała The Wall Street Journal, Rosjanie, by zapobiec atakom morskich dronów-kamikadze, przy pomocy barek zbudowali długie bariery przy wejściu do Zatoki Sewastopolskiej. W odpowiedzi na to Ukraińcy wymyślili alternatywny sposób atakowania okrętów Floty Czarnomorskiej – instalując trudno wykrywalne podwodne miny.

Zmodyfikowane drony SeaBaby nauczył się ustawiać na dnie miny wykonane z tworzywa sztucznego, ważące około 180 kg. Trudno je znaleźć, ponieważ leżą zakopane w ile pokrywającym dno na płyciznach i wykorzystują czujniki akustyczne i elektromagnetyczne do wykrywania obecności okrętu, powodując detonację.

Przez 1,5 miesiąca zespół ukraińskich służb wywiadowczych śledził trasy rosyjskich okrętów wojennych i transportu cywilnego, zanim wysłał SeaBaby w celu podłożenia dwóch min. 14 września korweta rakietowa Samum została wysadzona przez taką minę.

W ciągu następnych tygodni SeaBaby ustawiły około 15 kolejnych min. Podczas jednej z operacji dron otworzył ogień z granatnika w stronę rosyjskich łodzi patrolowych klasy Raptor, uszkadzając je.

11 października duży kuter patrolowy Paweł Dierżawin został uszkodzony podczas wpływania do Zatoki Sewastopolskiej. Został skierowany do remontu w następstwie wybuchu miny. 13 października okręt ten płynął do innego portu w celu naprawy, ale ponownie trafił na minę. Wybuchł także duży holownik wysłany na ratunek tego okrętu.

Kilka dni później doszło do eksplozji na nowoczesnym okręcie przeciwminowym, jednym z dwóch znajdujących się w służbie marynarki rosyjskiej.

belsat.eu


– Prigożyn jest dla obecnych władz Rosji najbardziej niebezpiecznym typem osobowości. Był zarówno częścią władzy, jak i opozycją wobec niej. Z jednej strony, nie dało się go kontrolować, z drugiej – sympatyzowało z nim wiele osób we władzach i strukturach bezpieczeństwa. Władze naprawdę się go bały, a wiele osób postrzegało go – i nadal postrzega – jako proroka. To wciąż może odgrywać pewną rolę. Prawdopodobnie nawet tragiczną – powiedział w komentarzu dla Vot Tak rosyjski ekspert polityczny, który chciał pozostać anonimowy.

(...)

Dzień przed puczem Jewgienij Prigożyn powiedział, że Ukraina nie bombardowała Donbasu przez osiem lat (od początku działań wojennych w Donbasie do początku pełnoskalowej wojny), ale „wymieniała ciosy z prorosyjskimi separatystami”. Według niego przez te wszystkie lata okupowany region był plądrowany przy udziale pracowników rosyjskiej administracji prezydenckiej, a ani Ukraina, ani NATO, ani Unia Europejska nie zamierzały atakować terytoriów separatystów.

Prigożyn w swoim wywiadzie odpowiada na pytanie, dlaczego konieczne było rozpoczęcie wojny: – Aby Szojgu otrzymał „Gwiazdę Bohatera”. Wojna była potrzebna oligarchicznemu klanowi, który rządzi Rosją. Wojna była potrzebna, aby Wiktor Medwedczuk (prokremlowski ukraiński oligarcha i polityk, przyjaciel Putina – belsat.eu) został prezydentem Ukrainy.

(...)

Rosyjski politolog, z którym rozmawialiśmy, uważa, że swoim „Marszem Sprawiedliwości” Prigożyn obnażył systemowe problemy zarządzania i zdolności obronnych Rosji. Jego wykroczenie było tak poważne, że „słowo prezydenta Rosji” i gwarancje Łukaszenki nie wystarczyły, by utrzymać go przy życiu.

– Bunt jednoznacznie wpłynął na stabilność całego systemu. Pokazał, że dla jego dobra nie warto tworzyć kolejnej, równoległej armii. Aby nie powtórzyła się sytuacja z Sudanu, gdzie od ponad roku trwa wojna między oficjalną armią a zbuntowanymi Siłami Szybkiego Reagowania. Wiem, że rosyjskie władze i agencje bezpieczeństwa uważnie śledzą i analizują ten konflikt. Jest to jeden z powodów, dla których zdecydowano się zlikwidować Grupę Wagnera. Ryzyko, że sprawy wymkną się spod kontroli, jest zbyt duże. Już raz znaleźli się na krawędzi – twierdzi ekspert.

(...)

Pomimo faktu, że rosyjskie władze próbowały usunąć z przestrzeni publicznej wszystko, co mogłoby przypominać o wagnerowcach: zamknęły Centrum Grupy Wagnera w Petersburgu i biura rekrutacyjne w innych rosyjskich miastach, zminimalizowały obecność symboli grupy i wzmianki o niej w mediach – Grupa Wagnera w Rosji nie została zapomniana. „Wagnerowskie” kanały w sieciach społecznościowych wciąż mają setki tysięcy subskrybentów, pod postami – setki komentarzy użytkowników z symbolami grupy na awatarach.

Niektórzy zwykli Rosjanie nawet rok po marszu na Moskwę nie chcą uwierzyć, że Prigożyn został zabity, nazywają wagnerowców bohaterami i dumą Rosji, a tych, którzy „tak się odpłacili za zajęcie Bachmutu” – szakalami. Ze wzruszeniem piszą o dziewczynce, która wygrała konkurs piosenki patriotycznej z piosenką „Wagner”, płaczą, oglądając „archiwalne filmy z Jewgienijem Wiktorowiczem”. Wielu z nich nadal nosi ubrania z symbolami Grupy Wagnera, a jako dzwonek w telefonie mają piosenkę Akima Apaczowa „Leto i arbalety” poświęconą wagnerowcom.

belsat.eu


Orban poinformował, że z włoską premier rozmawiał również o nielegalnej imigracji.

Zwrócił się do Giorgii Meloni: „Wy jesteście bliżej Afryki, ale migranci przybywają też do nas. W ciągu najbliższych 20 lat ludność Afryki wzrośnie o 750 mln osób, to dwa razy wyższy wzrost demograficzny niż w Europie”.

„Albo będzie projekt rozwoju dla Afryki, albo dojdzie do masowej migracji, którą nie będziemy mogli zarządzać” - ocenił. Jak zaznaczył, jego rząd popiera wszystko to, co proponuje włoska premier w sprawie Afryki i kroków na rzecz jej rozwoju.

Tuż przed objęciem półrocznego przewodnictwa w Radzie UE Orban nazwał „hańbą” to, że od ponad 15 lat państwa Bałkanów Zachodnich czekają na przyjęcie do Unii.

„Uważam, że to niedopuszczalne, powiedzmy +tak+ albo +nie+” - oznajmił.

Premier Meloni poparła priorytety węgierskiej prezydencji, wśród nich działania na rzecz zażegnania kryzysu demograficznego oraz, jak stwierdziła, „nowe podejście do polityki rolnej”, walkę z przemytnikami migrantów i obronę zewnętrznych granic UE.

Przekazała ponadto, że tematem ich rozmowy była też wojna na Ukrainie.

„Nasze stanowiska nie są zawsze zbieżne, ale doceniam węgierskie stanowisko w UE i NATO, które pozwala sojusznikom podjąć ważne decyzje także wtedy, kiedy nie ma porozumienia” - wyjaśniła.

„Powtórzyliśmy poparcie dla niepodległości i suwerenności Ukrainy” - oświadczyła Meloni.

PAP


Rosyjski oddział Bank of China zawiesił współpracę z objętymi sankcjami USA bankami w Rosji, aby uniknąć wtórnych amerykańskich retorsji - podał w poniedziałek rosyjski dziennik "Kommiersant", powołując się na rozmówców z sektora bankowego.

Rosyjski oddział Bank of China specjalizuje się w obsłudze płatności w juanach w wymianie handlowej między Chinami i Rosją; jest to druga pod względem wielkości filia chińskich banków w Rosji, a wartość jej aktywów wiosną 2024 roku wynosiła 6,7 mld dol.

Eksperci, z którymi rozmawiał "Kommiersant", powiedzieli, że decyzja Bank of China prawdopodobnie zwiększy ryzyko oszustw bankowych, zważywszy, że chińskie i rosyjskie podmioty będą próbowały ominąć sankcje dokonując płatności i będą w związku z tym korzystać z "nieprzejrzystych" pośredników.

"To nie jest dobra wiadomość dla rosyjskiego rynku" - ocenił jeden z rozmówców dziennika. "Pojawią się dodatkowe koszty (handlu), zarówno jeśli chodzi o czas, jak i koszty przeprowadzania płatności" - wyjaśnił.

"Ale najpoważniejszym problemem będzie to, że płatności wyjdą poza sektor bankowy, co sprawi, że państwo będzie miało nad nimi mniejszą kontrolę" - dodał ekspert.

W ubiegłym tygodniu Reuters poinformował, że po majowej wizycie Władimira Putina w Chinach stworzono alternatywny kanał dla dwustronnych operacji biznesowych, w ramach którego płatności mają być dokonywane przez małe regionalne banki usytuowane w pobliżu granicy rosyjsko-chińskiej. Reuters zwrócił jednak uwagę, że ten sposób omijania sankcji będzie działał tylko przez krótki czas, ponieważ amerykański resort finansów opracowuje już sposoby objęcia restrykcjami także mniejszych banków wspierających rosyjskie siły zbrojne.

Chiny stały się po inwazji na Ukrainę najważniejszym partnerem gospodarczym Rosji, a chiński juan jest wykorzystywany do opłacania ponad jednej trzeciej całego rosyjskiego eksportu, podczas gdy przed wojną było to 0,4 proc. płatności.

Niespełna dwa tygodnie przed poniedziałkową decyzją Bank of China USA ogłosiły, że wprowadzają szeroki pakiet dodatkowych sankcji wymierzony w "gospodarkę wojenną" Rosji, które mają zwiększyć ryzyko sankcji wtórnych dla podmiotów prowadzących interesy z rosyjskimi bankami, przemysłem zbrojeniowym i innymi kluczowymi sektorami tamtejszej gospodarki. Dotyczy to również Chin, pełniących główną rolę w omijaniu dotychczasowych restrykcji.

Rozszerzono między innymi sankcje na największe rosyjskie banki państwowe, w tym Sbierbank, Wnieszekonombank i WTB w odniesieniu do ich wszelkich znaczących transakcji, w tym z filiami tych banków w Chinach i Indiach. Doradca Białego Domu ds. bezpieczeństwa narodowego Jake Sullivan oświadczył wtedy, że nowe retorsje są sygnałem dla Pekinu i innych krajów wspomagających rosyjską machinę wojenną, że oni również "są teraz narażeni na poważne ryzyko trafienia pod reżim sankcyjny". 

PAP

poniedziałek, 24 czerwca 2024



- Czym więc jest ten bunt dla reżimu Putina: chwilą siły — "znowu wygraliśmy" — czy chwilą słabości, jak nadmienił pan na początku?

Niewątpliwie chwilą słabości. To, że potem reżim opamiętał się i wyciągnął niezbędne wnioski, to inna sprawa.

- Jakie wnioski?

Najważniejsze — sam rebeliant Jewgienij Wiktorowicz Prigożyn został faktycznie zniszczony, a jego PKW zlikwidowana. "Grupa Wagnera" jako taka już nie istnieje i jego odtworzenie jest praktycznie niemożliwe.

Następnie podjęte zostały decyzje o przeniesieniu ciężkich pojazdów opancerzonych i czołgów do Rosgwardii Wiktora Zołotowa. Ludzie zdali sobie sprawę, że jeśli nagle coś się stanie, a armia będzie na froncie, to nie będzie nikogo, kto mógłby bronić kraju.

Dziś nadal widzimy wiele konsekwencji buntu. Z jednej strony wojsko staje się coraz silniejsze, zyskuje dodatkowe znaczenie polityczne, dodatkowe zasoby, w tym finansowe. Z drugiej strony, swoimi ostatnimi decyzjami personalnymi Putin próbuje osłabić wysokich rangą oficerów wojskowych. Zmienił ministra obrony i jako zastępcę tego stanowiska umieścił swoją kuzynkę. Wsadził do więzienia byłego dowódcę 58. armii. Ogólnie rzecz biorąc, jeśli się nad tym zastanowić, to nonsens.

Obywatele po raz pierwszy stracili swoją kadrową armię w 2022 r., zaczęli ją ponownie składać ze skazańców, więźniów, nieszczęśników z kredytami, a w 2023 r. udało im się z wielkim trudem powstrzymać ukraińską kontrofensywę, z której byli dumni przez bardzo długi czas, opowiadając o tym na wszystkich kanałach. A rok później okazuje się, że człowiek, który przyniósł wam to zwycięstwo militarne, który dowodził 58. armią i powstrzymał kontrofensywę, jest teraz waszym głównym przestępcą, ukradł jakąś fajkę w obwodzie zaporoskim i musi siedzieć w areszcie śledczym. Wszystko po to, by nikt z generałów i wojskowych nie myślał o nowym buncie.

Myślę, że Putin podjął wszystkie decyzje o tych przetasowaniach rok temu — potrzebował tylko czasu, aby to wszystko przygotować. Teraz, dzięki tym nominacjom, po prostu przekształca Ministerstwo Obrony, które wciąż było niezależną jednostką, która to zyskała na sile podczas wojny, w podręczny departament zarządzany przez jego kuzynkę.

- Wśród tych nominacji wyróżnia się Aleksiej Diumin. W czasie rebelii był gubernatorem obwodu tulskiego, a obecnie sekretarzem Rady Państwa. Został mianowany jednym z negocjatorów z Prigożynem, a potem prawie dostał stanowisko ministra obrony.

W rzeczywistości jest to jedna z głównych tajemnic rebelii. Pamiętamy zdobycie Rostowa nad Donem: wszystkie te piękne zdjęcia z miasta, marsz wagnerowców przez region Rostowa udokumentowany, marsz wagnerowców przez region Woroneża — również udokumentowany, kiedy wszystkie te samoloty i helikoptery zostały tam zestrzelone za pomocą MANPADS.

Do tego dochodzi zmitologizowana historia. Mówi się nam, że kolumny prawie dotarły do Moskwy, ale nie przypominam sobie żadnych udokumentowanych dowodów na to. A co znajduje się między regionami Woroneża i Moskwy?

- Obwód tulski, na czele którego stał pan Diumin.

Zauważyłem również, że podczas gdy wszyscy gubernatorzy pisali te same wiernopoddańcze apele jak manekiny, pan Diumin milczał i w niczym takim nie uczestniczył. W żaden sposób nie zadeklarował swojej "jedności z prezydentem".

Oczywiście był zaangażowany w znacznie ważniejsze sprawy. Nie wiemy, czy wagnerowcy weszli na terytorium regionu Tuły, ale jasne jest, że Diumin odegrał jakąś rolę w rozwiązaniu tego kryzysu.

Co więcej, dwa miesiące później, kiedy Prigożyn został zabity jako uznany zdrajca, który popadł w niełaskę, Diumin pozwolił sobie powiedzieć, że nie był zdrajcą i że ojczyzna Prigożyna o nim nie zapomni. Było to dość śmiałe posunięcie polityczne. I najwyraźniej zasoby, które Diumin włożył w rozwiązanie kryzysu, są dla Putina cenniejsze niż oceny, które Diumin później wystawił Prigożynowi.

- Czy stanowisko sekretarza Rady Państwa to stanowisko dla cennej osoby?

W reżimach takich jak ten w Federacji Rosyjskiej najważniejszym zasobem politycznym, jaki może mieć urzędnik i biurokrata, jest dostęp do pierwszej osoby, możliwość skontaktowania się z nią i bezpośredniego przekazywania jej swoich myśli.

Diumin został asystentem prezydenta i oczywiście zachował dostęp do pierwszej osoby. Rzecz jasna, jest to dla niego awans. Diumin nie wypada z łask, Diumin nadal jest w zespole, a jego możliwości i wpływy nawet rosną. Co innego, jeśli dzwonisz na Kreml z Tuły, a co innego, jeśli sam jesteś na Kremlu.

- Więc negocjacje z Prigożynem zostały uznane za udane?

Najwyraźniej. Kto brał w nich udział, oprócz Aleksandra Łukaszenki? Najwyraźniej Diumin. Także Junus-Biek Jewkurow — pozostał na stanowisku, mimo wszystkich przetasowań w ministerstwie obrony. Także zastępca szefa Sztabu Generalnego Władimir Aleksiejew — on również pozostał na stanowisku.

- W słynnym wideo z Rostowa Prigożyn mówi do Jewkurowa i Aleksiejewa: "Chcemy dorwać szefa Gierasimowa i Szojgu". Jak pan myśli, na co tak naprawdę liczył w tym buncie? Jakie plany miał, pana zdaniem, na wieczór 24 czerwca?

Musimy zdać sobie sprawę, że Jewgienij Wiktorowicz to przecież człowiek z lat 90. Był biznesmenem z konceptualnymi pomysłami na życie. Przez kilka miesięcy publicznie targował się z ministerstwem obrony. I jest oczywiste, że miał nadzieję wytargować jakieś warunki wyjścia z tej sytuacji.

- Jakiej sytuacji?

W styczniu 2023 r. został pozbawiony możliwości rekrutowania więźniów. Przejęło ją ministerstwo obrony. Wiadomo, że w walkach o Bachmut Prigożyn "zlikwidował" 20 tys. tych więźniów (według obliczeń "Mediazony" i rosyjskiego serwisu BBC, w walkach o Bachmut zginęło co najmniej 17 tys. zwerbowanych jeńców. — red.), więc gdyby Grupa Wagnera nadal uczestniczyła w wojnie z taką samą intensywnością, w bardzo niedalekiej przyszłości nic by z niego nie zostało.

Bruksela zapomniała o "flocie cieni", a Putin drwi z Zachodu. Duńczycy biorą sprawy we własne ręce
Prigożyn musiał jakoś wydostać się z tej wojny i zachować swoje aktywa wojskowe. To właśnie próbował wynegocjować. Ale, jak pamiętamy, nie udało mu się osiągnąć porozumienia. Władimir Władimirowicz zawsze staje po stronie biurokracji w takich konfliktowych sytuacjach. W tym przypadku Putin również stanął po stronie biurokracji, mówiąc, że bez względu na to, kto biegał i kto miał jakie zasługi dla Federacji Rosyjskiej, wszystko powinno być ostatecznie ujednolicone — wszyscy powinni podpisać umowy z ministerstwem obrony.

Myślę, że Prigożyn postrzegał to, co się działo, dosłownie jako próbę przejęcia jego głównego atutu. A jego bunt był desperacką próbą wynegocjowania jakichś warunków dalszej egzystencji.

- W końcu przegrał walkę o byt nawet na poziomie fizycznym.

To właśnie najbardziej zaskakuje mnie w tej historii. Jak nawet po zakończeniu rebelii, ale po tym, jak Putin scharakteryzował jego działania jako zdradę, jak mógł uwierzyć w jakiekolwiek zapewnienia, które otrzymał, czy to od Diumina, czy Łukaszenki? Jak to się stało, że pozostał w Rosji? Doskonale wiedział, co dzieje się z ludźmi, których Putin nazywa zdrajcami!

Jeśli Putin nazwał cię zdrajcą, finał twojego życia jest jasny. I ten finał nie potrwa zbyt długo. Wydaje się, że w ostatnich miesiącach Prigożyn po prostu nie ocenił odpowiednio siebie, swojej wagi i tego, co dzieje się na wojnie i wokół niej.

Myślę, że przecenił swoje znaczenie dla systemu. Myślę, że był przekonany, że nawet jeśli Grupa Wagnera wycofa się z frontu w Ukrainie, nadal będzie utrzymywana przy życiu, ponieważ Kreml cenił pracę, którą wykonywała w Syrii i na kontynencie afrykańskim. Sądzę, że Prigożyn myślał, że skoro Afryka była ważnym obszarem dla Kremla, to zostanie utrzymany przy życiu i będzie mógł kontynuować tam swoją pracę. Była to błędna refleksja.

Zamiast Wagnera, w regionie walczy teraz Afrykański Korpus stworzony przez Timczenkę i Jewkurowa. W Mali, Burkina Faso, prowadzą i zajmują się wszystkimi zadaniami, którymi wcześniej zajmował się Prigożyn.

onet.pl


W 14 najważniejszych sondażach krajowych jego poparcie waha się od 8 do 17 proc. To więcej niż jakikolwiek inny trzeci kandydat od czasu, gdy teksański miliarder Ross Perot uzyskał prawie 19 proc. głosów w wyścigu z George'em H. Bushem i Billem Clintonem w 1992 r.

Robertowi F. Kennedy'emu Jr. niewiele zabrakło do zakwalifikowania się do debaty telewizyjnej, która odbędzie się w przyszły czwartek w CNN. Uzyskał ponad 15 proc. w trzech sondażach, a do uczestnictwa w debacie potrzebowałby czterech.

— Prezydenci Biden i Trump nie chcą ze mną debatować, a CNN nielegalnie zgodziło się na ich warunki. To nieamerykańskie i tchórzliwe — skomentował kandydat.

— Miły facet. Niezwykle liberalny. Trochę bardziej zaszkodzi Bidenowi — powiedział Trump w kwietniu o Robercie F. Kennedym Jr.

Miał zagrozić Joemu Bidenowi, a spędza sen z powiek Donaldowi Trumpowi. Prawicowe media pokochały Roberta F. Kennedy'ego
Już miesiąc później republikanin nie był tak neutralnie i łagodnie nastawiony do swojego przeciwnika:

— To radykalny lewicowy szaleniec. Najgłupszy członek klanu Kennedych.

— Kocham mojego brata Bobby'ego, ale jestem przeciwko niemu, ponieważ jego kandydatura może umieścić Donalda Trumpa w Białym Domu — powiedziała jego siostra Rory podczas występu z Joem Bidenem.

Według nieoficjalnych źródeł obóz Demokratów twierdzi, że "On nie jest swoim ojcem. To niebezpieczny prawicowy radykał. Jego zwolennicy po prostu jeszcze tego nie rozumieją".

onet.pl


Rosyjski oddział Al-Azaim Media należący do IS-K /Państwo Islamskie – Prowincja Chorasan/ opublikował 23 czerwca oświadczenie po ataku, w którym chwali „ich braci z Kaukazu” za pokazanie, do czego są zdolni. W szczególności Al-Azaim nie przyznał się do samego ataku, a odniesienie do Kaukazu zdecydowanie sugeruje, że za atak odpowiada Wilayat Kavkaz. Regionalna struktura antyterrorystyczna Szanghajskiej Organizacji Współpracy (SCO) wyraźnie ostrzegła, że ​​Wilayat Kavkaz stał się bardziej aktywny po ataku na centrum handlowe Crocus City Hall z 22 marca i od kwietnia 2024 r. nasilił apele rekrutacyjne na Kaukazie Północnym. Władze rosyjskie podejmowały od marca 2024 r. próbę przeprowadzenia słabej operacji antyterrorystycznej na Północnym Kaukazie w celu zwalczania rosnących wpływów IS i Wilajatu Kaukazu, ale w dużej mierze skupiły swoją reakcję po Crocus Hall na bezpodstawnym obwinianiu Ukrainy i NATO za atak. Niektórzy rosyjscy urzędnicy już teraz bezpodstawnie twierdzą, że Ukraina i NATO są zaangażowane w atak z 23 czerwca, podkreślając, że obecne podejście Rosji do walki z terroryzmem prawdopodobnie pozostanie powiązane z retoryczną postawą wobec Ukrainy i Zachodu, zamiast identyfikować i neutralizować zagrożenia IS w samej Rosji. Coraz bardziej napięte stosunki Rosji z mniejszością muzułmańską, zwłaszcza na Kaukazie, prawdopodobnie w dalszym ciągu będą zapewniać Wilajatowi Kaukazu i innym grupom ekstremistycznym cenną bazę rekrutacyjną.

understandingwar.org


Źródła w niemieckich służbach bezpieczeństwa poinformowały dziennikarzy "WSJ", że powodem pożaru w fabryce Diehl Metal Applications było podpalenie dokonane na zlecenie Rosji. Kreml miał w ten sposób próbować zakłócić dostawy sprzętu produkowanego przez grupę Diehl do Ukrainy. Jak wskazano, zajmuje się ona między innymi produkcją systemów przeciwlotniczych IRIS-T wykorzystywanych w wojnie w Ukrainie. Natomiast zakłady metalurgiczne Diehl Metal Applications należą do grupy Diehl, ale specjalizują się w produkcji z zakresu branży motoryzacyjnej.

Podobne ustalenia ujawnił 21 czerwca niemiecki dziennik "Bild" powołujący się na jedną z zagranicznych służb wywiadowczych. "Zagraniczni agenci mają konkretne dowody udziału Rosji" - poinformowano. Władze Niemiec mają teraz badać te informacje.

Dowodem w sprawie mają być wiadomości wysyłane przez osoby zaangażowane w podpalenie. Dwóch niemieckich urzędników poinformowało jednak, że "przechwytywanie komunikacji elektronicznej stanowiącej dowód zaangażowania Rosji jest niedopuszczalne przed niemieckimi sądami, co uniemożliwia władzom jednoznaczne przypisanie ataku i postawienie zarzutów karnych". Początkowo niemieccy śledczy twierdzili, że pożar był dziełem przypadku, a ubezpieczyciele firmy Diehl wydali 21 czerwca raport, w którym stwierdzili, że incydent powstał w wyniku problemów technicznych. Rzecznik spółki przyznał jednak, że przyczyną pożaru mógł być "sabotaż".

gazeta.pl