czwartek, 21 marca 2024



Swoje „Sto konkretów na sto dni" Koalicja Obywatelska ogłosiła 9 września 2023 na konwencji w Tarnowie, czyli pół roku temu. Pół roku! W obecnej sytuacji geopolitycznej to cała epoka, świat bowiem pędzi, aż łeb urywa, od czasu platformerskich stu obietnic wybuchła nowa wojna w Gazie, która angażuje uwagę Ameryki, trumpiści zablokowali w Kongresie USA pomoc dla Ukrainy, a Europie zajrzała w oczy groźba samotnej wojny Rosja-NATO. Czy w tej sytuacji ktoś serio uważa, że Tusk powinien nadal realizować „Konkret nr 4" i obniżać podatki? Czy to na pewno dobry pomysł, żeby pozbawiać budżet centralny oraz budżety samorządowe kolejnych 50 mld złotych? Za co w takim razie powstaną te schrony, które Polacy zaczęli nerwowo guglować?

Pełna realizacja „Stu konkretów na sto dni" rozłożyłaby państwo polskie na obie łopatki, już wtedy podpisując się pod swoją populistyczną listą życzeń, Platforma wiedziała, że po ewentualnym przejęciu władzy nie zdoła wszystkiego dowieźć, bo mamy na głowie nie tylko wojnę, ale też gigantyczne wydatki związane z transformacją energetyczną, a tymczasem program PO można streścić krótko: rozdawnictwo skierowane w stronę Wilanowa. Począwszy od drobnych pomysłów - nie za mądrych, ale mało szkodliwych - jak niższe podatki dla sektora beauty (koszt: 2,2 mld zł), skończywszy na dużych i bardziej szkodliwych pomysłach, jak podniesienie kwoty wolnej do 60 tysięcy. 70 procent tej wyższej kwoty wolnej wylądowałoby w kieszeniach zamożniejszych obywateli. Jeśli ktoś zarabia 4500 zł, to by zyskał na takiej zmianie sto złotych miesięcznie, jak ktoś zarabia 15 tysięcy - zyskałby trzysta złotych miesięcznie. Jaki w tym sens? Zwiększanie produkcji francuskich serów i włoskiego salami?

Ostatnią rzeczą, jakiej Polska teraz potrzebuje to pozbawianie budżetu wpływów, żeby rzucać kwietnymi bukietami rozdawnictwa w stronę jednoosobowych firm, bo czymś takim byłaby z kolei realizacja „konkretu nr 34", czyli powrót do ryczałtowej składki zdrowotnej. Przed pisowskim Nowym Ładem najzamożniejsi „na liniowcu" płacili składkę na NFZ w wysokości 53 złote (niby więcej, bo trzysta coś, ale potem tę żenująco niską kwotę i tak odliczali). Hołownia i Kosiniak-Kamysz tak bardzo chcą powrotu tego nadwiślańskiego raju podatkowego (określenie Marka Belki), że stawiają sprawę na ostrzu noża, mówią „to nasze być albo nie być w koalicji". I jest to szczególnie smutne. Oto bowiem marszałek Sejmu oraz minister obrony narodowej kraju zagrożonego wojną chcą pozbawiać wpływów ze składek system służby zdrowia. Halo, panowie! Być może trzeba będzie polskich żołnierzy wysłać, żeby bronili Litwy albo Estonii! Serio uważacie, że w warunkach grożącego nam konfliktu Rosja-NATO należy w Polsce zmniejszać finansowanie szpitali i przekierować te pieniądze na wydatki w luksusowych knajpach?

(...)

„Obejmiemy rzeki stałym monitoringiem w automatycznych stacjach pomiaru czystości" (konkret 53). Ktoś coś o tym słyszał? „Uruchomimy program budowy nowoczesnych targowisk w każdym mieście" (konkret 58). Ktoś coś wie? I tak dalej, można wymieniać przedwyborcze obietnice na sto pierwszych dni - w większości pokryte dziś kurzem. Tylko co z tego, że rząd tego wszystkiego nie wprowadził, ani nawet nie zaczął? Co z tego, że nie podwyższył kwoty wolnej i nie obniżył firmom składek? Nie z tego będzie rozliczany przez obywateli i historię Donald Tusk, ale z aktualnego zadania głównego: wzmocnienia odporności państwa na spodziewany szok wojny. I nie chodzi tu o czołgi rosyjskie jadące na Warszawę - tego na szczęście raczej nie zobaczymy - ale o czasy chaosu, który w całej Europie będzie próbował spotęgować Putin. Cześć analityków uważa, że na Kremlu już zapadła decyzja wywołania konfliktu zbrojnego z NATO, być może przybierze to postać hybrydowej agresji na kraje bałtyckie, co niemal automatycznie oznacza posłanie do walki również polskich żołnierzy i przejście państwa w tryb wojenny.

Zamiast cyrkowych sztuczek typu "obniżymy podatki i jednocześnie zwiększymy wydatki" trzeba od rządu wymagać pewnej podstawowej wojennej powagi i odpowiedzialności za państwo, aktywności międzynarodowej, wspierania Ukrainy, gdzie się tylko da, bo jej przegrana oznaczałaby dla nas katastrofę. Ofensywa dyplomatyczna Tuska i Sikorskiego, reanimacja Trójkąta Weimarskiego, wspólna wizyta u Bidena - właśnie to są działania, które najwięcej teraz znaczą. W Europie mamy bowiem ideologiczną próżnię: rządy w ostatnich miesiącach zrozumiały, że Putin będzie chciał iść dalej, zrozumiały też, że Ameryka niekoniecznie przyjdzie z pomocą, ale wciąż jeszcze nie wiedzą, jak w tej nowej sytuacji działać i co robić. Każdy sam czy wszyscy razem? Nie denerwować Rosji, czy raczej podsunąć jej piąchę pod nos jeszcze mocniej? Dlatego słowa Macrona - że być może wojska NATO znajdą się w Ukrainie - nie są wyskokiem narcyza, gadaniną, ale próbą wypełnienia tej próżni jakąś nową treścią. Tusk z Sikorskim też tego próbują i to dość skutecznie. PiS pokłócone ze wszystkim, co nie jest na chama pisowskie, poobrażane na kraje ościenne, trwające wiecznie w nastroju nieprzysiadalnym, dysponowało zerową skutecznością międzynarodową, nawet jeśli miało dobre intencje i pomysły.

gazeta.pl

środa, 20 marca 2024



Kontrataki sił ukraińskich doprowadziły do wyparcia agresora z części pozycji na północny zachód od Awdijiwki i w Krasnohoriwce, niemniej nadal sytuację na froncie cechuje powolny postęp wojsk najeźdźczych. 12 marca Rosjanie poinformowali o zajęciu wsi Newelśke, stanowiącej dogodną platformę do działań oskrzydlających w kierunku południowym (Krasnohoriwka) i północnym (Perwomajśke), jednak w kolejnych dniach wstrzymali działania zaczepne na tym kierunku. Na zachód od Awdijiwki doprowadzili do względnego wyrównania frontu na linii Berdyczi–Orliwka–Toneńke. W obwodzie zaporoskim siły rosyjskie wyparły obrońców z kolejnych pozycji w rejonie Werbowego na południowy wschód od Orichiwa, zaktywizowały się także w rejonie Hulajpola, gdzie od lata ub.r. panował względny spokój.

Dowództwo ukraińskie zwraca uwagę na coraz większe dysproporcje w sile ognia pomiędzy obrońcami a agresorem. 18 marca wiceminister obrony generał Iwan Hawryluk poinformował, że od początku br. rosyjska przewaga w artylerii wynosi 7:1. W ciągu pierwszych 77 dni 2024 r. Rosjanie mieli zrzucić na pozycje ukraińskie ponad 3,5 tys. bomb lotniczych – 16 razy więcej niż w 2023 r. Tymczasem siły ukraińskie mają się borykać z coraz większym niedoborem pocisków artyleryjskich i rakiet. Doniesienia Hawryluka potwierdza przekaz ukraińskiego Sztabu Generalnego, według którego odnotowano kolejny rekord w dobowej liczbie ataków lotniczych na pozycje obrońców – 15 marca Rosjanie mieli ich przeprowadzić 130.

(...)

Ukraińskie drony kamikadze kontynuowały uderzenia na cele na terytorium Rosji, głównie infrastrukturę przemysłu naftowego. Nocą i rankiem 13 marca zaatakowano m.in. rafinerie w Riazaniu, Kstowie w obwodzie niżnonowogrodzkim oraz w rejonie miasta Kiriszy w obwodzie leningradzkim. W pierwszej z wymienionych wybuchł pożar, w pozostałych nie odnotowano zniszczeń. Był to najprawdopodobniej największy z dotychczasowych ukraińskich ataków – strona rosyjska informowała o zniszczeniu 58 bezzałogowców. Wieczorem 13 marca drony uderzyły w rafinerię w Nowoszachtyńsku w obwodzie rostowskim, gdzie w wyniku uszkodzeń wstrzymano produkcję. 16 marca celem ataków były rafinerie w Syzraniu i Nowokujbyszewsku w obwodzie samarskim, w obu wybuchł pożar. Dzień później ukraińskie bezzałogowce uderzyły w rafinerię w Słowiańsku na Kubaniu w Kraju Krasnodarskim, co również wywołało pożar (zginąć miał jeden z pracowników). 17 marca atakowane miały być także obiekty w obwodach biełgorodzkim, jarosławskim, kałużskim i rostowskim, nie ma jednak doniesień o trafieniach. Rosjanie deklarowali zniszczenie tego dnia 35 ukraińskich dronów.

Zgodnie z zachodnimi szacunkami prowadzone od stycznia ataki na rafinerie doprowadziły do okresowego zmniejszenia dziennych mocy przerobowych rosyjskiego przemysłu naftowego o 10–15% (600 tys. baryłek według Gunvor; 900 tys. według JP Morgan). W omawianym czasie celem ataków było 12 rafinerii. W części z nich doszło do uszkodzenia instalacji – czas ich naprawy szacuje się na kilka tygodni lub nawet miesięcy. Mimo powtarzających się uderzeń władze FR nie zapewniły obrony powietrznej obiektów należących do rosyjskich oligarchów. Prawdopodobnie rządzący chcą wymusić na właścicielach pokrycie jej kosztów, co byłoby z ich strony dodatkową daniną na zbrojenia.

Głównym celem rosyjskich ataków z wykorzystaniem rakiet i dronów kamikadze pozostaje zaplecze walczących wojsk ukraińskich w strefie przyfrontowej. Dwukrotnie (13 i 19 marca) wrogie pociski uderzyły w Sełydowe, będące ważnym węzłem logistycznym jednostek ukraińskich operujących na północny zachód od Doniecka (w rejonach Awdijiwki i Marjinki). Atakowano też inne lokalizacje w obwodach charkowskim i donieckim, m.in. Charków i Słowiańsk.

Strona ukraińska zwraca uwagę na nową taktykę wykorzystania przez Rosjan pocisków Iskander-M – uderzenie w krótkim odstępie czasu dwiema rakietami w to samo miejsce. 15 marca w Odessie dwa iskandery uderzyły w obiekt zajmowany przez ukraińskie MSW, według części źródeł dyslokowano tam pododdziały Brygady Szturmowej Policji „Gniew”. Strona ukraińska informowała o 21 zabitych oraz 73 rannych cywilach i funkcjonariuszach. Wśród poległych znalazł się dowódca Pułku Szturmowego Policji „Cunami” podpułkownik Ołeksandr Hostiszczew. 17 marca podobny atak przeprowadzono w Mikołajowie, gdzie celem były zakłady remontowe broni pancernej.

Rosjanie zintensyfikowali uderzenia na rejony graniczące z FR. 14 marca w wyniku serii ataków na infrastrukturę nadawczą doszło do czasowego zaniku sygnału radiowego i telewizyjnego w obwodach sumskim i charkowskim. Rakiety i drony kamikadze uderzyły m.in. w Konotop (trzykrotnie) oraz w Sumy. 18 marca „szahedy” zaatakowały cele w głębi terytorium Ukrainy. O trafieniach donoszono z obwodów połtawskiego (w rejonie Krzemieńczuka), kirowohradzkiego i chmielnickiego. O odparciu ataku bez strat poinformowały władze obwodu kijowskiego. Łącznie od 12 marca wieczorem do 19 marca rano w cele na Ukrainie miało uderzyć 60 rakiet (głównie z systemów S-300) i 105 „szahedów”. Obrońcy donosili o zestrzeleniu jednej rakiety i 82 dronów.

(...)

18 marca premier Denys Szmyhal oświadczył, że rząd przeznaczył dodatkowe 5 mld hrywien (ok. 128 mln dolarów) na zakup dronów. Szefowa ukraińskiego resortu gospodarki Julija Swyrydenko zauważyła, że do chwili obecnej z producentami bezzałogowców zawarto już umowy o wartości ok. 30 mld hrywien (ponad 760 mln dolarów), a w przygotowaniu są kontrakty opiewające na kwotę 14 mld hrywien (ponad 350 mln dolarów). Strona ukraińska twierdzi, że miejscowe przedsiębiorstwa są gotowe do wyprodukowania – w nieokreślonym terminie – przeszło miliona dronów.

12 marca Stany Zjednoczone ogłosiły przekazanie Ukrainie pierwszego od grudnia pakietu wsparcia wojskowego o wartości 300 mln dolarów. W 55. – licząc od sierpnia 2021 r. – amerykańskim pakiecie pomocy znalazły się m.in. rakiety do wyrzutni Stinger, pociski GMLRS do wyrzutni HIMARS, amunicja artyleryjska kalibru 155 mm i 105 mm, granatniki przeciwpancerne AT-4 oraz amunicja strzelecka. Zostaną one przekazane z zasobów armii amerykańskiej w ramach Presidential Drawdown Authority. Wcześniej media informowały, że do pakietu wejdą też pociski balistyczne ATACMS, co ostatecznie nie potwierdziło się. Dwa dni później rzecznik Pentagonu Sabrina Singh stwierdziła, że przekazany pakiet pomocy stanowi „przypadek wyjątkowy” i nie ma możliwości powtórzenia podobnego posunięcia bez zatwierdzenia przez Kongres USA nowych środków na pomoc Kijowowi.

Również 12 marca nowe pakiety wsparcia zapowiedziały Dania – ma ona przeznaczyć na ten cel 335 mln dolarów – i Francja. Szesnasty z kolei pakiet duński obejmuje armatohaubice CAESAR (nowej produkcji francuskiej), moździerze samobieżne 120 mm oraz amunicję do obydwu tych dział. Pociski kalibru 155 mm do armatohaubic mają zostać dostarczone we współpracy z Czechami i Estonią. W ramach nowego pakietu francuskiego, którego wartości nie ujawniono, „w najbliższych miesiącach” przekazanych zostanie sześć armatohaubic CAESAR i 150 dronów. Premier Gabriel Attal zapowiedział także dostarczenie w późniejszym terminie kolejnych 12 armatohaubic CAESAR, 40 pocisków manewrujących SCALP i ok. 600 lotniczych bomb kierowanych AASM – po 50 sztuk miesięcznie. 14 marca bułgarski resort obrony poinformował o zakończeniu przewozu na Ukrainę 100 transporterów opancerzonych BTR-60.

osw.waw.pl


18 marca Rada Unii Europejskiej przyjęła decyzję modyfikującą kształt Europejskiego Instrumentu na rzecz Pokoju (EPF, zob. Wojenny fundusz UE: sukces i niepewna przyszłość Europejskiego Instrumentu na rzecz Pokoju). Zapewnia ona zwiększenie refinansowania dostaw uzbrojenia i sprzętu wojskowego (UiSW) przekazanych przez państwa członkowskie Ukrainie w ramach tego instrumentu o 5 mld euro, co oznacza, że łączna wysokość budżetu EPF w latach 2021–2027 wyniesie 17 mld euro. Nowością jest przeznaczenie części środków na zakup nowego UiSW (prawdopodobnie 1 mld euro) niezależnie od dotychczasowych zwrotów za UiSW dostarczone Kijowowi z zasobów krajów UE (2,6 mld euro) i finansowania unijnej misji szkoleniowej EUMAM Ukraine (500 mln euro). Państwa, które przekazują Ukrainie UiSW bilateralnie, będą mogły odliczyć te koszty od wpłacanej do EPF składki.

Komentarz

Rada UE przyjęła decyzję po wielomiesięcznych negocjacjach. Wypracowany kompromis znacząco odbiega przy tym od pierwotnego projektu wysokiego przedstawiciela ds. zagranicznych i polityki bezpieczeństwa Josepa Borrella, który chciał zabezpieczenia na potrzeby pomocy wojskowej dla Ukrainy kwoty do 20 mld euro w perspektywie czterech kolejnych lat. W ramach EPF miał w tym celu powstać odrębny mechanizm – Fundusz Pomocy Ukrainie (Ukraine Assistance Fund). Ostatecznie państwa członkowskie przychyliły się tylko do minimalnej modyfikacji pierwotnej decyzji o EPF – zasilono go kwotą wystarczającą, aby zapewnić wsparcie w 2024 r. Oznacza to, że kolejne podwyższenie pułapu pomocy będzie musiało stać się przedmiotem osobnego postanowienia Rady, ponownie wymagającego jednomyślności wszystkich członków Unii.

Osiągnięty kompromis bierze pod uwagę interesy największego płatnika EPF, czyli Niemiec, które przez dłuższy czas blokowały jego reformę, domagając się wprowadzenia mechanizmu potrącania wartości pomocy udzielonej bilateralnie od składki na rzecz Instrumentu. Ostatecznie Berlin zrezygnował z żądania, aby rabat obejmował także wsparcie udzielone w poprzednich latach. Przyjęta forma kompromisu przesądza jednak o tym, że najbogatsze kraje UE nie będą musiały łożyć równocześnie zarówno na EPF, jak i na swoją pomoc dwustronną, jeżeli jej wartość w konkretnym roku przewyższy spodziewany zwrot za nią z Instrumentu. Przykładowo przekazując UiSW o wartości 1 mld euro, donator przy założeniu, że zwrot wyniesie 45%, potrąca ze swej składki na EPF 450 mln euro). Dokumenty wykonawcze muszą doprecyzować funkcjonowanie mechanizmu potrącania w taki sposób, aby nie zagroziło to finansowaniu misji szkoleniowej EUMAM Ukraine.

Z części postulatów wycofała się Francja, która chciała szybszego wygaszenia refundacji za przekazywanie posiadanego UiSW Kijowowi. W zamyśle Paryża EPF powinien stać się mechanizmem opłacającym zakupy zbrojeniowe dla Ukrainy w zakładach przemysłowych w UE. Wprawdzie preambuła do decyzji Rady stawia sobie taki cel, lecz nie przewiduje daty granicznej, od której refundacja UiSW z zasobów państw członkowskich miałaby ustać – organ może to w przyszłości uczynić na wniosek Komitetu EPF. Decyzja umożliwia też krajom członkowskim nabywanie UiSW poza Unią, jeżeli europejski przemysł zbrojeniowy nie będzie w stanie wyprodukować go w tempie odpowiadającym ukraińskim potrzebom (pozwoli to m.in. wyłożyć fundusze na czeską inicjatywę amunicyjną).

O braku entuzjazmu części państw dla dalszego wykorzystywania EPF jako mechanizmu refundacji pomocy wojskowej dla Ukrainy świadczy przeniesienie największych wpłat na ostatnie lata jego obowiązywania (2025–2027). Wynika to z chęci uniknięcia konieczności nowelizacji budżetów krajowych w 2024 r. Wprowadzona na życzenie Budapesztu klauzula pozwalająca uchylić się od współfinansowania pomocy wojskowej dla Ukrainy w zamian za przekazywanie takowej innym państwom w ramach EPF może w przyszłości otwierać pole do naśladowania postawy Węgier przez kolejne kraje i generować problemy z refundacją dostaw dla tych wspierających militarnie Kijów. Budapeszt niezmiennie od wiosny 2023 r. blokuje też uruchomienie ósmej transzy wypłat z EPF w wysokości 500 mln euro. Pozytywnym sygnałem jest otwartość wysokiego przedstawiciela na ewentualne przeznaczenie na potrzeby Instrumentu części zysków ze skonfiskowanych rosyjskich aktywów – decyzje w tej sprawie jeszcze nie zapadły.  

osw.waw.pl


Unia Europejska obiecała w zeszłym roku milion pocisków i dostarcza je z opóźnieniem. Jednak milionowy pocisk powinien wkrótce dotrzeć — o ile jeszcze nie dotarł. Ponadto administracja prezydenta USA Joe Bidena w zeszłym tygodniu zidentyfikowała 300 milionów dolarów oszczędności z wcześniej zatwierdzonego kontraktu na pomoc Ukrainie i wykorzystała je do opłacenia skromnej partii pocisków. Jednocześnie Ukraina otrzymuje niewielkie partie amunicji w ramach umów między krajami z niektórymi europejskimi sojusznikami. Wreszcie, Ukraina produkuje niektóre naboje artyleryjskie we własnych fabrykach.

W sumie możliwe jest, że Ukraina pozyska w tym roku ponad dwa miliony pocisków — wystarczająco dużo, aby jej baterie wystrzeliwały co najmniej 6 tys. pocisków dziennie każdego dnia aż do sylwestra.

To dużo pocisków, ale mniej niż Rosja może pozyskać. Rosyjskie fabryki produkują około dwóch milionów pocisków rocznie. A Rosja otrzymuje od Korei Północnej duże partie amunicji: być może dwa miliony pocisków w 2023 roku i potencjalnie kolejny milion w tym roku.

Wiele północnokoreańskich pocisków to niewypały, ale odejmując je, Rosjanie wciąż mają wystarczająco dużo pocisków, aby wystrzelić ich 10 tys. każdego dnia — tysiące więcej niż Ukraińcy mogą wystrzelić w swoim prawdopodobnym szczytowym tempie strzelania w 2024 roku.

Mimo to ukraiński oficer artylerii Green powiedział, że się nie martwi. — Jesteśmy bardziej kreatywni, mądrzejsi — powiedział o swoich strzelcach.

To oczywiste, do czego nawiązuje. Gdy kryzys artyleryjski pogłębił się pod koniec ubiegłego roku, sieć setek małych warsztatów w Ukrainie zwiększyła produkcję kilogramowych dronów FPV (z widokiem z pierwszej osoby), z których każdy może przenosić pół kilo materiałów wybuchowych na odległość 3 km.

Obecnie warsztaty te produkują ponad 50 tys. dronów miesięcznie, co znacznie przekracza — jak się wydaje — rosyjską produkcję skutecznych dronów. Celem ukraińskiego rządu jest dostarczenie w tym roku miliona dronów FPV.

FPV nie jest bezpośrednim zamiennikiem 50-kilogramowego pocisku, który może zawierać 12 kg materiałów wybuchowych na odległość 25 km. Ale drony mogą uzupełniać tradycyjną artylerię — i złagodzić zmniejszającą się, ale utrzymującą się niekorzystną sytuację Ukrainy w zakresie amunicji.

Jedną z ukraińskich taktyk, którą obserwujemy, jest dobrze wycelowany ostrzał artyleryjski, który trafia w zmasowaną rosyjską grupę szturmową i rozprasza jej żołnierzy oraz pojazdy. Zdezorganizowani ocalali, ukrywający się poza ochroną zagłuszaczy radiowych i obrony przeciwlotniczej, stają się łatwym celem dla dronów FPV, które atakują pojedynczych żołnierzy i pojazdy.

Tam, gdzie wcześniej ukraińska bateria mogła wystrzelić 10 pocisków, aby pokonać rosyjską grupę szturmową, teraz może wystrzelić tylko pięć — i skoordynować ostrzał z pobliskimi operatorami dronów, aby wykończyć Rosjan.

W ten sposób ukraińska artyleria — z kilkoma milionami pocisków dostarczonych za pośrednictwem Czech — powinna przejść długą drogę w kierunku zabicia lub okaleczenia 100 tys. Rosjan, co według estońskiego ministerstwa obrony miałyby wystarczyć do zniwelowania ofensywnego potencjały Rosji w 2024 roku.

onet.pl/Forbes


Podobnie jak w przypadku wszystkich poprzednich rosyjskich przywódców, którzy byli w stanie przez długi czas utrzymać się przy władzy, czas rządów Putina obejmuje kilka etapów: okres reform, szybkiego rozwoju, stagnacji — i wojny.

Tym, co z biegiem czasu czyni panowanie Putina coraz bardziej zagadkowym, jest brak jakichkolwiek cech, które odróżniałyby go od innych potencjalnych kandydatów na to stanowisko.

Nie sposób nie odnieść wrażenia, że osobowość rosyjskiego prezydenta jest dziełem przypadku. Władimir Putin nie ma żadnych cech, które odróżniałyby go od innych rosyjskich polityków. Nie jest elokwentny, nie potrafi zapamiętać zbyt wielu nazwisk i liczb, cały czas używa tych samych prymitywnych zwrotów i formuł, do tego ma przeciętne poczucie humoru i słabe wyczucie, jeśli chodzi o nastroje publiczności. To nie przypadek, że dopóki nie doszedł do władzy, nigdy nie zrobił na nikim wrażenia.

"Urok" pojawił się, gdy zaczął rządzić — albo nie był to urok jego, a władzy, którą objął. Szacunek i wszelkie pozytywne odczucia nie wynikają z jego osobowości, a wyłącznie ze stanowiska, które piastuje.

(...)

Jasne jest, co uczyniło go prezydentem. W swoich pierwszych — i ostatnich — uczciwie przeprowadzonych wyborach w marcu 2000 r. zdobył 53 proc. głosów, czyli prawie dwa razy więcej niż jego największy rywal. Choć nie miał własnego programu politycznego (początkowo kontynuował liberalne reformy Jelcyna, uzupełniając je wielkomocarstwową i militarystyczną retoryką), był postrzegany przez wielu jako "człowiek ludu".

W ciągu 25 lat władzy Putin zdecydowanie przestał jednak reprezentować "przeciętnego Rosjanina". Dziś jego poglądy na większość spraw są poglądami mniejszości, często nielicznej. Połączenie zaawansowanego wieku (w kraju o niskiej średniej długości życia) i braku elastyczności, który uniemożliwia dostosowanie się do zmieniającego się świata, sprawiło, że w wielu fundamentalnych kwestiach — zarówno gospodarczych, jak i społecznych — poglądy Putina są dalekie od poglądów większości Rosjan.

Gwałtowne nasilenie prześladowań i cenzury wypowiedzi — dotyczących nie tylko wojny i pokoju, ale i władzy, relacji między płciami itp. — jest bezpośrednim wynikiem tej rozbieżności. W 2024 r. Putin nie jest postrzegany przez obywateli jako osoba bliska społeczeństwu. W tym roku nie miał najmniejszych szans na uczciwe wygranie wyborów. "Zwycięstwo" zapewniły mu głównie aresztowania, wygnanie i zabójstwa przeciwników politycznych, zamknięcie gazet i delegalizacja organizacji publicznych, nominowanie kandydatów bez szans i jawne oszustwa.

(...)

Rezultat rządów Putina w Rosji jest tak smutny, że każdy komentator chciałby móc powiedzieć, że to celowe działanie. Miło i wygodnie jest wierzyć, że biliony rubli wydane na wojsko i bezpieczeństwo państwa są wynikiem sprytnego, choć nikczemnego spisku. Trudniej — i mniej przyjemnie — jest uświadomić sobie, że działania podejmowane rzekomo w celu zapewnienia bezpieczeństwa obywatelom są najłatwiejszym sposobem na ukrycie licznych kradzieży i przekrętów.

Militaryzacja i korupcja państwa Putina nie tyle się uzupełniają — one nie mogłyby bez siebie istnieć.

(...)

"Fenomen Putina" polega na tym, że rosyjski system państwowy został zbudowany i ukształtowany wokół zasadniczo przypadkowej jednostki. Rezultat okazał się tragiczny. Lata stagnacji i pozostawania w tyle zakończyły się wojną, która pochłonęła już dziesiątki tysięcy istnień ludzkich, represjami, tysiącami ucieczek, zniszczeniem systemu nauki i edukacji oraz stworzeniem nowego modelu gospodarczego, który przygotowuje państwo do powojennego kryzysu.

onet.pl/The Moscow Times


— Zawsze mówimy o Ukrainie, ale w rzeczywistości nikt się nią nie przejmuje — powiedział na wizji Sytin. — Rosja realizuje ekspansjonistyczny kurs, to jest fakt. Nawiasem mówiąc, [robi to] nie tylko w Ukrainie — kontynuował.

— Kraje NATO i UE chcą położyć kres temu ekspansjonizmowi — dodał po chwili.

Wtedy nagle prowadzący Andriej Norkin przerwał mu w połowie zdania, wykrzykując:

— Wcale nie, to nie jest ekspansja, a obrona interesów narodowych i bezpieczeństwa!

Zanim rosyjski politolog zdążył na to odpowiedzieć, prowadzący ogłosił:

— Musimy przerwać. Wrócimy po przerwie.

(...)

Wielu polityków nadal utrzymuje, że wojnę w Ukrainie można zakończyć w drodze negocjacji. Ich ulubionym argumentem, który zresztą niedawno powtórzył sam papież Franciszek, jest to, że zamiast dostarczać Ukrainie broń, należy zacząć myśleć o negocjacjach z Rosją.

Sam Władimir Putin kategorycznie odrzucił jednak taką możliwość:

— Negocjować teraz tylko dlatego, że kończy się im (Ukrainie — przyp. red.) amunicja? To byłoby niedorzeczne z naszej strony — powiedział.

(...)

Co więcej, Putin kategorycznie wyklucza możliwość zawieszenia broni.

— Jeśli negocjacje miałyby się odbyć, dotyczyłyby gwarancji bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej — powiedział.

onet.pl/Bild


14 marca Bundestag po raz kolejny odrzucił wniosek frakcji CDU/CSU o wyrażenie zgody na dostawy pocisków manewrujących dalekiego zasięgu Taurus dla Kijowa. W trakcie dyskusji na ten temat przewodniczący klubu parlamentarnego SPD Rolf Mützenich skrytykował inicjatywę opozycji i wysunął propozycję debaty o „zamrożeniu i zakończeniu” wojny na Ukrainie. Wypowiedź została negatywnie oceniona zarówno przez chadeków, jak i partie koalicji, których przedstawiciele zarzucili SPD podważanie wiarygodności RFN jako kluczowego sojusznika Kijowa oraz zachęcanie Rosji do kontynuowania inwazji.

W odpowiedzi Mützenich oskarżył oponentów o wyrwanie zdań z kontekstu oraz zadeklarował jednoznaczne poparcie dla suwerenności i integralności terytorialnej Ukrainy w jej granicach sprzed 2014 r. Dodał przy tym, że jedynie Kijów może podjąć decyzję o zawieszeniu broni i zamrożeniu konfliktu. Taką linię interpretacji jego słów przyjmują obecnie pozostali politycy SPD, w tym współprzewodniczący Lars Klingbeil, który jednocześnie podkreślił zasadność rozmów o sposobach zakończenia wojny.

Komentarz

Wystąpienie Mützenicha jest precedensem w dyskusji o wojnie na Ukrainie – po raz pierwszy polityk wysokiego szczebla partii rządzącej wskazał zamrożenie konfliktu jako etap jego zakończenia. Przekaz ten zaczyna stopniowo dominować w narracji SPD – podkreśla się status RFN jako głównego europejskiego donatora pomocy wojskowej i otwarcie wyraża rozczarowanie skalą wsparcia udzielanego przez inne państwa. Jednocześnie stronnicy Mützenicha z lewicowego skrzydła SPD (a we frakcji stanowią oni większość), odwołując się do tradycji Ostpolitik, krytykują koncentrację na pomocy militarnej jako narzędziu zakończenia wojny. W tym przekazie wybrzmiewa wezwanie do podjęcia działań dyplomatycznych, gdyż dalsze zwiększanie wsparcia wojskowego jednoznacznie wiąże się z jej przedłużaniem i ryzykiem eskalacji, a także – niechęcią do jej zakończenia. Prominentnym oponentem takiego stanowiska jest socjaldemokratyczny minister obrony Boris Pistorius – najpopularniejszy aktualnie polityk w kraju, wprost mówiący o potrzebie zwycięstwa Ukrainy. W obliczu zbliżających się wyborów – wiosennych do Parlamentu Europejskiego i jesiennych w trzech wschodnich krajach związkowych – niechętne pseudopacyfistycznemu kursowi ugrupowania głosy innych deputowanych SPD, takich jak Michael Roth czy Nils Schmid, będą jednak jeszcze bardziej marginalizowane. W grudniu ubiegłego roku Rotha nie wybrano ponownie do zarządu partii, w którym zasiadał nieprzerwanie od 2017 r.

Stałe uwypuklanie takiej narracji wynika z wewnątrzpolitycznych kalkulacji i służy przede wszystkim poprawie niskich (15%) notowań przed wyborami. SPD kreuje się na odpowiedzialną partię pokoju, dbającą o bezpieczeństwo Niemiec w przeciwieństwie do pozostałych sił, a zwłaszcza CDU/CSU, prezentowanych niemal jako podżegacze wojenni. Celem jest zarówno przedstawienie w dobrym świetle sprzeciwu kanclerza Olafa Scholza wobec wysyłania taurusów na Ukrainę oraz zniwelowanie wrażenia jego politycznej izolacji, jak i zmobilizowanie własnych wyborców oraz pozyskanie elektoratu niechętnego militarnemu wspieraniu Kijowa. Prorosyjska i budująca kampanię na antyukraińskich hasłach AfD przoduje we wszystkich landach wschodnich, uzyskując powyżej 30% poparcia. Socjaldemokraci mogą liczyć na 6–7% głosów w Saksonii i Turyngii oraz 17% w Brandenburgii. Przekazaniu taurusów sprzeciwia się 61% badanych Niemców, w tym 58% sympatyków SPD oraz 84% zwolenników AfD i 85% popierających BSW Sahry Wagenknecht.

Pomoc dla Ukrainy, m.in. dla uchodźców z tego kraju, wywołuje coraz więcej sporów w koalicji rządzącej. Zieloni i FDP popierają zwiększenie dostaw broni dla Kijowa, oskarżając kanclerza o odejście od założeń Zeitenwende. Wprawdzie oba ugrupowania zachowują dyscyplinę koalicyjną w trakcie głosowań w Bundestagu i odrzucają kolejne wnioski chadeków o przekazanie Ukrainie taurusów, lecz ich przedstawiciele otwarcie opowiadają się za wysłaniem pocisków. Wraz z intensyfikacją kampanii przed wyborami do PE i w landach wschodnich napięcia wewnątrz koalicji będą rosły, usztywniając stanowisko Scholza w sprawie pomocy. Zarazem mało prawdopodobne wydaje się, aby na tym tle doszło do rozpadu koalicji – nie opłaca się to bowiem żadnej z partii ją tworzących.

osw.waw.pl


Na jednym z moskiewskich mostów z okazji Dnia Rosji w 2023 roku pojawiła się praca streetartowca Filipa Kozłowa, znanego jako Philippezno. Przedstawia rosyjski herb, czyli dwugłowego orła, pod którym artysta umieścił czarny napis: IZROSSILOVANIE. Ten neologizm gra na skojarzeniu słowa „Rosja” ze słowem oznaczającym gwałt (po rosyjsku Россия i изнасилование), co po polsku mogłoby brzmieć jako „zrosjenie”. I właśnie to odbyło się w Rosji w ostatni weekend zamiast wyborów.

Zrosjenie procesu wyborczego trwa od lat i wypracowało przez ten czas pewien schemat. Pierwszym elementem jest czas – gwałt musi trwać długo. Centralna Komisja Wyborcza Federacji Rosyjskiej pod koniec ubiegłego roku ogłosiła, że wybory prezydenckie zostaną przeprowadzone w ciągu trzech dni – od 15 do 17 marca 2024 roku. Nazywane jest to wielodniowym głosowaniem, stosuje się je w Rosji od 2020 roku. Rozciągnięte w czasie głosowanie to tryb wyborczy służący konsolidacji autorytarnego reżimu Putina, który wykorzystał pandemię do dopracowania maszyny fałszerstw. Według rosyjskiej CKW w kraju wciąż panuje pandemia COVID-19 i stąd zastosowanie tego trybu. Dzięki wydłużeniu czasu mało zwrotny system administracji reżimu nie musi fałszować wyborów na łapu-capu. Jest to szczególnie ważne w regionach, gdzie kontrola aparatu państwa jest utrudniona, na przykład w okupowanych częściach obwodów donieckiego, ługańskiego, zaporoskiego i chersońskiego Ukrainy albo na terenach przyfrontowych Federacji. Dlatego tam zastosowano jeszcze bardziej wydłużony tryb głosowania przedterminowego, który zaczął się aż tydzień wcześniej. Faktycznie sprowadza się on do kolędowania członków komisji wyborczych z urną wraz z obstawą wojskową po domach i mieszkaniach opustoszałych miast i wsi. W ten sposób sytem uzasadnia absurdalne wyniki, które wbrew logice dowodzą, że im teren jest bardziej narażony na działania wojenne, tym naród chętniej głosuje na Putina. Tak na przykład w stale ostrzeliwanym rejonie szebiekińskim obwodu biełgorodzkiego już w sobotę frekwencja wynosiła ponad 80 proc. Im dłuższy czas, tym większa samokontrola gwałcącego systemu.

Drugim elementem schematu zrosjenia jest dewiacyjna procedura. Najlepszym przykładem jest upowszechnianie się praktyki ZGE (ros. ДЭГ), czyli zdalnego głosowania elektronicznego. System putinowski lokuje w nim ogromne nadzieje na przyszłość, stąd duże inwestycje w jego promocję. Zaraz po starcie wyborów Kreml opublikował krótki filmik z samym Putinem głosującym zdalnie. Widzimy, jak Putin wchodzi do pokoju, siada za biurkiem, na którym stoi ekran komputera, sięga po myszkę, klika raz, zwraca się do kamery i mechanicznie macha do widza łapką. Głos oddany! Rosyjski internet natychmiast zalały prześmiewcze memy i komentarze, że przecież procedura zdalnego głosowania zakłada kilkustopniową weryfikację danych i nie da się zagłosować jednym kliknięciem. Komentatorzy najwyraźniej zapomnieli, że w ZGE nie chodzi o oddanie głosu czy jego nieoddanie. Ta procedura służy za libretto w konstrukcji całych wyborów. Innymi słowy, publikując wyniki zdalnego głosowania, które dzięki mechanizacji liczenia mają jakoby spływać jako pierwsze, można streścić obywatelom przyszły wynik końcowy, niejako przygotować mentalnie do skali triumfu Putina. W tym roku system poszedł na całość. Czarna skrzynka moskiewskiego zdalnego głosowania zaraz po jego zakończeniu wypluła następujący wynik: w elektronicznych wyborach wzięło udział rekordowe 94 proc. zarejestrowanych wyborców, z których 89 proc. oddało swój głos na Putina. Czytając te statystyki, uzyskujemy natychmiastowy wgląd w skalę zrosjenia tegorocznych wyborów.

W sytuacji totalnej kontroli wyborów opozycja polityczna miała szczególnie trudne zdanie. Podzielone środowiska wypchniętych na emigrację polityków długo prowadziły dyskusje o najlepszej strategii. Z pomocą opozycji przyszedł Kreml, wystawiając Borysa Nadieżdina w roli opozycyjnego kandydata, który krytykuje wojnę i w ogóle kurs obecnego prezydenta. O dziwo, kontrolowany przez Kreml Nadieżdin skupił na sobie uwagę przeciwników Putina, którzy w pewnym momencie zaczęli masowo oddawać swój głos na jego kandydaturę. Wyniknęła absurdalna sytuacja, w której politycy emigracyjni na wyścigi zachęcali do głosowania na kontrolowanego przez Kreml kandydata, bo inaczej sami pozostaliby na marginesie polityki w Rosji. Ale nie zauważyli w czas, że w ten sposób Kreml nie tylko przejął kontrolę nad przestrzenią polityczną wewnątrz kraju, lecz także zdefiniował pole na emigracji, jednocześnie je wykoślawiając. W tych wypaczonych realiach poszukiwany przez prokuraturę opozycyjny polityk Maksim Kac zachęcał gorąco do głosowania na Nadieżdina, wiedząc przy tym, że jest to marionetka wystawiona przez Kreml, który chce go, Kaca, widzieć za kratami. Mimo że Nadieżdin jako jedyny kandydat był w stanie pokazać kadry wielogodzinnych kolejek ludzi zdeterminowanych, by oddać swój głos na niego, CKW nie zarejestrowała jego kandydatury. Opozycja mogła jeszcze desperacko twierdzić, że przynajmniej wyborcy się zobaczyli i że nie są sami w swoim sprzeciwie wobec Putina, ale faktycznie cała para poszła w gwizdek, opozycji nie przybyło poparcia, a aparat represji dostał od sztabu Nadieżdina listy z imionami, nazwiskami i adresami przeciwników Putina. A potem reżim zabił Aleksieja Nawalnego i sytuacja opozycji stała się beznadziejna.

Po pogrzebie Aleksieja Nawalnego, który stał się okazją do demonstracji, opozycja postanowiła kontynuować tę strategię w formie protestu „W południe przeciwko Putinowi”. Chodziło o to, by wyborcy stawili się masowo w samo południe w komisjach wyborczych, manifestując swój sprzeciw sobie nawzajem, ale też – za pośrednictwem mediów – światu. Znowu chodziło więc o widoczność, zajęcie miejsca w przestrzeni fizycznej miast i wsi. Można powiedzieć, że się udało, bo w niedzielę wyborczą po godzinie 12 świat obiegły obrazy długich protestacyjnych kolejek przed lokalami wyborczymi w Moskwie, Petersburgu i w wielu stolicach Europy i Azji. W Berlinie na przykład przed ambasadą Federacji Rosyjskiej w kolejce stała Julia Nawalna, wdowa po Aleksieju. Wraz z nią stał Michaił Chodorkowski, a ludzie chętnie się z nimi fotografowali.

Obrazek w opozycyjnych kanałach mediów społecznościowych jest optymistyczny. Ludzie stoją gęsiego kwartał za kwartałem, manifestując swój sprzeciw wobec Putina. Ale pamiętamy, że pole polityczne w Rosji definiuje Kreml, a Kreml od tygodni grał na zwiększenie frekwencji w tych wyborach. Reklamy w telewizji i internecie, sławni ludzie zachęcający do głosowania, groźby przełożonych w stosunku do ludzi pracujących w budżetówce, loterie fantowe, koncerty i nagrody w komisach wyborczych w dni głosowania – to wszystko miało napędzić wyborców przed kamery telewizji. Okazuje się więc, że Kreml i opozycja grała o te same kadry, ale opozycja nie zdała sobie sprawy z ważnej rzeczy. Od dawna wiemy, że nieważne jest, na kogo się głosuje, ważne jest to, kto liczy głosy. Tak samo nieważne jest to, kto i dlaczego stoi w kadrze, ale to, kto ten kadr podpisuje, kto jest paskowym. Po akcji „W południe przeciwko Putinowi” w propagandowych serwisach pojawiły się te same kadry, co w opozycyjnych kanałach, lecz okraszone suchą informacją, że np. w Berlinie przed konsulatem stoi bardzo długa kolejka obywateli chcących oddać głos w rosyjskich wyborach. Ełła Panfiłowa, przewodnicząca CKW: „chcę podziękować Zachodowi, że nas zjednoczył. W większym stopniu zrozumieliśmy, jak ważne jest, aby teraz być razem, wiadomo, im większa jest na nas presja, tym bardziej się bronimy”. W okienku telewizora lub smartfona prostego Rosjanina południe przeciwko Putinowi zmieniło się w trzydniówkę za Putinem w Berlinie, Rzymie i Wilnie, w towarzystwie stojących w wielogodzinnych kolejkach Rosjan, żeby zagrać na nosie Ameryce i Unii Europejskiej.

Rozpatrując to, komu udaje się lepiej kontrolować przekaz tegorocznych wyborów, opozycji czy Kremlowi, dyskusja o nich w kontekście efektywności politycznej może wydawać się przedmiotowa. Ale to tylko złudzenie. W miniony weekend nie odbyły się bowiem żadne wybory. I nie chodzi mi tylko o ich zrosjenie, o to, że nie było w nich realnej konkurencji, główny kontrkandydat został zamordowany w więzieniu, a wyniki są oszukane. Tak więc w weekend nie odbyła się żadna procedura wyborcza, nawet w formie parodii czy zwyrodnienia, bo nie chodziło w niej o żadną wyborczą legitymizację. Za to zostały przeprowadzone jak najbardziej poważne, wysoce zorganizowane, skrupulatne i dyscyplinujące działania systemu totalizującej się władzy. Trzydniowa procedura to stress test piramidy zarządzania totalitarnym systemem, który ujawnia słabe ogniwa, wskazuje na niedostatki procedury, pozwala ocenić efektywność reakcji w sytuacjach kryzysowych poszczególnych jego składowych. Ważne, że jest to procedura całościowa i jednocześnie samodiagnoza, aż po najmniejsze kapilary władzy na poziomie objazdowej komisji wyborczej w Baszkirii, pędzącej przez zaspy z urną do pustelnika, który żyje w samotni od 50 lat, ale w tych wyborach oddał głos na Putina.

Chwilę po północy polskiego czasu agencje informacyjne zacytowały słowa Putina, podsumowującego w swoim sztabie trzydniówkę: „myślę, że w naszym zwykłym, wewnętrznym życiu politycznym wszystko pozostanie mniej więcej takie samo, jak było”. (...)

new.org.pl

wtorek, 19 marca 2024



Jarosław Kociszewski: Czy waszym zdaniem społeczeństwo niemieckie przyjmuje do wiadomości, rozumie, jak skorumpowane zostało to środowisko?

Markus Wehner: W 2016 roku opublikowałem książkę „Nowa zimna wojna Putina”. Nie odniosła ona dużego sukcesu, ponieważ niemiecka opinia publiczna nie oczekiwała takiej książki, chociaż było już po aneksji Krymu i ofensywie rosyjskiej w Donbasie. Jednak teraz, po inwazji na pełną skalę, pojawiło się takie zapotrzebowanie w społeczeństwie niemieckim. Padają pytania, jak mogliśmy do tego dopuścić. Jak mogliśmy być tak ślepi? Jak mogliśmy sobie pozwolić na tak ogromne uzależnienie od państwa, które jest dyktaturą? Tak więc wszystkie te pytania pojawiły się dopiero po rozpoczęciu wielkiej wojny przeciwko Ukrainie.

RB: Ciekawe, że gdy rozmawiamy z dziennikarzami z zagranicy, używają, tak jak ty, słowa „korupcja”. Do dziś nie pada ono w Niemczech i myślę, że wielu socjaldemokratów, nawet dzisiaj, powiedziałoby: o jakiej korupcji mówisz?

JK: Z jednej strony, możemy mówić o korupcji jako o pewnym rozkładzie, lecz równocześnie w demokratycznym państwie prawa natychmiast należy zadać pytanie o odpowiedzialność prawną czy chociażby społeczno-polityczną.

MW: Jeszcze tego nie widzimy. Żaden polityk w Niemczech nie ustąpił z powodu prowadzonej przez siebie polityki wobec Rosji. Jednak nasi czytelnicy bardzo często mówią, że nie spodziewali się, że coś takiego może się wydarzyć w Niemczech. Przyznają się do utraty wiary w nasz system. Myślę więc, że wielu czytelników zmieniło spojrzenie na niemiecką politykę, a wynika to z dostrzeżenia korupcji w szerszym znaczeniu tego słowa.

JK: Skoro następuje zmiana perspektywy w społeczeństwie, to trzeba też zapytać o zmianę podejścia klasy politycznej. Czy ta deklarowana zmiana obejmująca odcięcie się od Rosji i wsparcie dla Ukrainy jest autentyczna?

RB: Oczywiście, że jest zmiana, ale problemem jest znaczenie słowa „autentyczna”. Mamy do czynienia z poważną zmianą polityki bezpieczeństwa, a także podejścia do dostarczania broni Ukrainie. Mamy też zmianę w polityce energetycznej. To wszystko jest niezaprzeczalne. Pytanie jednak brzmi, czy nadal istnieje dwuznaczność wobec Rosji, a ja powiedziałbym, że tak.

(...)

MW: Oczywiście, że widzimy prawdziwą zmianę. W tym roku wydaliśmy 2 proc. naszego PKB na obronność. Stało się tak pierwszy raz od 10 lat, czyli od szczytu NATO w Walii, gdzie niemiecki rząd zobowiązał się do osiągnięcia tego celu. Dostarczamy też więcej broni do Ukrainy niż Wielka Brytania, Włochy czy Hiszpania.

Dostrzegam, że niektórzy politycy lewicy, zwłaszcza socjaldemokraci, dokonują tej zmiany, ponieważ zostali do tego zmuszeni. Warto pamiętać, że nie tylko mamy długą tradycję dobrych stosunków z Rosją, lecz także jesteśmy krajem pacyfistycznym. W ciekawym położeniu znaleźli się Zieloni, którzy od dawna mieli jasne [negatywne] podejście do reżimu rosyjskiego i wspierali Ukrainę. Jednak równocześnie, od zarania, są częścią ruchu pokojowego. Są pacyfistami. Muszą więc również tutaj zmienić swoje nastawienie. To są długie i bolesne procesy dla niemieckiego społeczeństwa. Widzimy też, że na obrzeżach naszej sceny politycznej, na skrajnej lewicy i prawicy, działają partie prorosyjskie, Die Linke i AfD, które są bardzo silne, zwłaszcza we wschodnich Niemczech.

RB: Mówi się, że szklanka może być do połowy pełna albo do połowy pusta. Moim zdaniem w tym przypadku jest do połowy pełna. Porównajmy Niemcy z Austrią, gdzie politycy są jeszcze głębiej uwikłani w te wszystkie rosyjskie sprawy niż politycy niemieccy. Tam nie widać prawdziwej zmiany politycznej od czasu rozpoczęcia wojny pełnoskalowej. W porównaniu z tym powiedziałbym, że w Niemczech widać zmianę prawdziwą, nie wiemy tylko, na ile jest ona głęboka.

JK: Od lat Polska czy państwa bałtyckie mówiły o zagrożeniu. W książce jasno opisujecie sposób, a jaki socjaldemokraci niemieccy ignorowali głos tych państw.

RB: Kraje, nad którymi się przelatuje z Niemiec do Rosji…

JK: Czy w następstwie inwazji rosyjskiej na Ukrainę to podejście się zmieniło? Politycy niemieccy zaczęli zawracać uwagę na głos z tych krajów?

RB: Powiedziałbym, że tak. Myślę, że nawet w percepcji publicznej, ale także w percepcji politycznej, ta zmiana nastąpiła. Lecz można także przypomnieć historyczne korzenie tej dawnej perspektywy Niemiec, którą opisał historyk Martin Schulze, jeden z wiodących ekspertów od Europy Wschodniej w Niemczech, wskazując, iż sięga ona sojuszu między Prusami a Rosją w XVII, XVIII i XIX wieku. To dokładnie to samo podejście, dzięki któremu dwie potęgi imperialne, Niemcy i Rosja, uzgodniły warunki podziału i eksploatacji Polski oraz innych państw. Uważam, że nadal należy zwracać uwagę na te zaszłości, aby zrozumieć niemiecką politykę w ostatnich dziesięcioleciach.

MW: Lars Klingbeil, który jest obecnie współprzewodniczącym SPD, a był bardzo blisko Gerharda Schrödera i częścią jego powiązań moskiewskich, kilka razy w ciągu ostatnich dwóch lat powiedział, że powinniśmy byli słuchać Polski, krajów bałtyckich i powinniśmy to robić w przyszłości, i błędem było, że ich nie słuchaliśmy.

Od czasu do czasu takie słowa padają, jednak zawsze mam wrażenie, że bardzo się to nie podoba, zwłaszcza starszym członkom partii. Oni wyrośli, zostali wychowani w SPD z Willym Brandtem i Egonem Bahrem i tą starą Ostpolitik. Opisaliśmy to w książce, że oni nie rozróżniają pierwszej fazy [budowania relacji z ZSRR po wojnie – przyp. red.], która była oczywiście słuszna i ważna, od drugiej, kiedy socjaldemokraci wspierali reżimy komunistyczne, byli przeciwko Solidarności w Polsce i wszystkim tym ruchom wolności społecznej, takim jak Karta 77 i tak dalej. Zbudowali partnerskie relacje z reżimami komunistycznymi, nawet ze wschodnioniemieckim reżimem komunistycznym, i nie w smak była im opozycja, nawet ta niewielka w NRD. Oni przede wszystkim chcieli zachować status quo, a ruch wolnościowy był dla nich zagrożeniem. To nadal pokutuje i nawet dzisiaj socjaldemokraci nie chcą zniszczyć mitu Ostpolitik jako absolutnie wspaniałej polityki.

RB: Sądzę, że ma to również związek z głębokim poczuciem winy społeczeństwa niemieckiego zmonopolizowanym przez Rosję. Mamy więc wszystkie te kampanie na wschodzie, ale to Rosja była wrogiem najtrudniejszym, zaangażowanym w największą część drugiej wojny światowej. Dla pokolenia, które przeżyło wojnę, pojęcie „Wschód” oznacza wyłącznie Rosję z pominięciem perspektywy innych grup etnicznych i krajów bałtyckich. Perspektywa Polaków, Ukraińców, Białorusinów była niejako zapomniana przez cały ten czas. Myślę, że po wybuchu wojny w 2022 roku nastąpiła poważna zmiana w postrzeganiu tej części Europy. Dopiero teraz niemiecka opinia publiczna zaczyna uznawać perspektywę Ukraińców, Białorusinów czy Bałtów. Opinia Polaków była już obecna, jednak dopiero teraz jest dostrzegana z większą świadomością niż wcześniej.

(...)

JK: Oczywiście opisujecie strumień pieniędzy, własny interes i ego Schrödera i ludzi z jego otoczenia. To jasne, ale wspominacie też część ideologiczną i przekonanie, przynajmniej części zaangażowanych, że budując więzi między Niemcami a Rosją, pracują na rzecz lepszego świata. Na ile ważne było to przeświadczenie, że warto budować mosty, a fakt, że przy okazji można się wzbogacić, czynił to jedynie bardziej atrakcyjnym?

RB: Trudno jest zajrzeć do czyjegoś umysłu, ale sądzę, że cała tradycja Entspannungspolitik, odwilży i budowania relacji jest opowieścią moralną. Myślę, że ci ludzie naprawdę wierzyli, że politycznie robią rzeczy dobre.

Tymczasem sfera finansowa również nie została jeszcze wyjaśniona do końca. W Niemczech właśnie ujawniono, że dziennikarz, który pracował dla telewizji publicznej, zawarł też umowę z wydawcą na wydanie książki. To było proputinowskie, ale zgodne z prawem. Tymczasem teraz okazało się, że była także druga umowa. Nie wiem, w którym raju podatkowym, ale otrzymał również 100 tysięcy euro od oligarchy. Istnieje podejrzenie, że układ ten był zorganizowany przez Heino Wiesela z sieci Schrödera. Pokazuje to, że także w obszarze finansowym może istnieć jakieś drugie dno. Może to jednostkowy przypadek, lecz może być również jakiś schemat, którego istnienie podejrzewaliśmy. Zobaczymy.

MW: Niestety nie dostaliśmy żadnych dokumentów z Kajmanów, które by tego dowodziły, ale odpowiadając na twoje pytanie, myślę, że część ideologiczna jest dość ważna. Gdy mówimy o Ostpolitik, to myślimy o micie, czyli o czymś, w co się wierzy, a zatem nie ma miejsca na wątpliwości. Tak więc dla niemieckich socjaldemokratów Ostpolitik była właśnie takim fundamentem. Bez niej nie byłoby zjednoczenia Niemiec. To było coś, co musiało być całkowicie dobre, i dlatego nie uznawali roli prezydenta Reagana, premier Thatcher w Wielkiej Brytanii czy papieża Jana Pawła II w działaniach, które doprowadziły do rozpadu Związku Radzieckiego. Wierzyli, że fakt, iż ludzie Zachodu mogli rozmawiać z Gorbaczowem i Jelcynem, musiał być skutkiem Ostpolitik. Pewnie jest w tym ziarno prawdy, jednak głównym powodem zakończenia zimnej wojny nie była Ostpolitik. Związek Radziecki upadł, bo nie mógł już konkurować z Zachodem, ale trudno jest przyjąć to do wiadomości komuś, kto po prostu wierzy w słuszność polityki Willy’ego Brandta.

JK: Trudno nie odnieść wrażenia, że niemiecka elita była całkowicie bezbronna wobec rozgrywających agentów rosyjskich. Czy Niemcy stają się teraz bardziej odporne? A może istnieje ryzyko popełnienia tych samych błędów, ponieważ w pewnym momencie biznes powie, że trzeba dogadać się z Rosjanami, żeby uzyskać tańszą ropę czy jakąś rudę, i historia zatoczy krąg?

MW: Myślę, że nie tylko Niemcy byli celem tej szpiegowskiej rozgrywki, bo spójrzmy na Berlusconiego we Włoszech, Sarkozy’ego we Francji i przyjrzyjmy się Austrii. Dlatego musimy spojrzeć na to z szerszej perspektywy koncepcji wojny hybrydowej. Pojawia się tu zasada, że wojnę trzeba wygrać, zanim się ją rozpocznie. Trzeba najpierw wpłynąć na wroga, aby w chwili rozpoczęcia wojny był już na pozycji przegranej. Stąd dopiero teraz dostrzegana propaganda rosyjska, dezinformacja, ale też brutalna wojna. Dowody mieliśmy przed oczami cały czas, jednak nie chcieliśmy ich widzieć, a teraz jesteśmy bardzo spóźnieni.

Moim zdaniem obserwujemy podwójną strategię wpływania na ludzi, którzy rządzą, przy jednoczesnym wspieraniu ekstremistów z prawej i lewej strony sceny politycznej. Celem jest destabilizacja demokracji liberalnych, tak jak działo się to w USA, Niemczech i innych krajach. Musimy też jasno powiedzieć, że Putin odniósł w tym spory sukces.

RB: Ale uważam, że ostatecznie się przeliczył. Sądzę, że kalkulował, iż Zachód w momencie rozpoczęcia ofensywy w 2022 roku był słabszy, niż był w rzeczywistości, a Niemcy wycofają się z powodu problemów energetycznych. W rezultacie tak się nie stało i stąd moje przekonanie, że obie strony się przeliczyły. Co do samej wojny myślę, że przesadą byłoby stwierdzenie, że Schröder jest winny wojny. On nie jest winny, choć polityka niemiecka zachęciła Putina do uwierzenia, że Zachód się wycofa. Stąd mogła być motywacją do rozpoczęcia inwazji na Ukrainę i dla nas jest to kwestią moralną.

JK: Czy Niemcy lub szerzej Zachód w pewnym sensie odkrywa teraz swoją siłę? Rozumie, że nie jest tak bezbronny i słaby, jak mogliby sądzić Rosjanie?

RB: Myślę, że Niemcy są w trudnej sytuacji, ponieważ jesteśmy krajem eksportującym, a co za tym idzie zależymy od rynków zewnętrznych bardziej niż inne kraje. W związku z tym mamy problem z Rosją, ale mamy też problem z Chinami i możemy stanąć w obliczu problemów z Ameryką, a te trzy rynki łącznie stanowią kręgosłup niemieckiej gospodarki, i dlatego jest to bardzo poważne pytanie.

Co robimy jesienią tego roku? Skoro pytanie jest tak trudne dla Niemiec, to będzie równie trudne dla sąsiadów, na których decyzje niemieckie będą miały wpływ. Testem naszej siły będzie sytuacja, w której firmy eksportowe nie będą mogły się rozwijać, i to będzie stanowić ogromy problem dla całej europejskiej gospodarki, a tym samym dla całej europejskiej polityki.

JK: Skoro mówisz o wyzwaniach zewnętrznych, bo Rosja, Chiny i niepewny los relacji z USA, to gdzie Niemcy szukają rozwiązania? Odpowiedzią jest wspólnota europejska czy postawienie na potęgę Niemiec konkurujących z sąsiadami?

MW: Sądzę, że jednym z czynników był bardzo niski poziom myślenia strategicznego w Niemczech na przestrzeni wielu lat. Mam nadzieję, że to się zmienia i opracowujemy lepszą strategię postępowania wobec reżimów, które chcą zmienić status quo i nasz system polityczny. W latach Merkel nasz sukces opierał się na trzech ważnych kłamstwach. Po pierwsze, na twierdzeniu, że bezpieczeństwo jest domeną Stanów Zjednoczonych, którym to zlecamy i przestajemy się tym zajmować. Po drugie, na ogromnej wadze prowadzenia interesów z Chinami, a po trzecie, na dostępie do taniej energii z Rosji. Teraz widzimy, że wszystkie te filary się załamują i musimy zacząć myśleć o przyszłości. Jestem przekonany, że partie, które są w centrum niemieckiej polityki, są świadome, iż sukces możemy odnieść tylko w zjednoczonej Europie.

RB: Uważam, że mamy cztery możliwości. Pierwsza opcja jest taka, że Niemcy powinny same sobie zapewnić bezpieczeństwo, lecz nie sądzę, aby którakolwiek partia traktowała to jako realne rozwiązanie. Drugą jest ustąpienie wobec nacisków Rosji, czego nawet prawicowi i lewicowi ekstremiści nie rozważają. Mamy też dwie odpowiedzi europejskie, z którymi także Polska musi się zmierzyć. Pierwszą odpowiedzią jest zorganizowanie dla nas alternatywnego parasola nuklearnego, być może we współpracy z Francją, a drugą jest trzymanie się opcji transatlantyckiej. Zarówno wśród chadeków, jak i socjaldemokratów dostrzegam rozważanie tych dwóch ostatnich opcji. Publicznie się o tym nie mówi, lecz każda z nich ma wady i zalety, a przyszłość pokaże, która zostanie wybrana.

JK: Czyli mówimy o wyborze między kontynuacją współpracy w ramach NATO z USA w jego centrum lub wzmacnianiu struktur europejskich?

RB: Struktury europejskie rozwijane równolegle do struktur euroatlantyckich.

MW: Obie te struktury mogą funkcjonować równocześnie i myślę, że taka będzie ostateczna odpowiedź.

JK: Wspomnieliście o Chinach jako o problematycznym partnerze gospodarczym. Zastanawiam się, czy Chiny są w stanie stworzyć taką samą sieć korumpującą i wpływającą na Niemcy, jak opisana przez was siatka rosyjska.

RB: Rosja koncentrowała się na polityce i energetyce, a Chiny na technologii, dlatego stosują różne metody i działania szpiegowskie przeciwko firmom. Dla Chin jest to znacznie trudniejsze, bo nie mają tak głębokich relacji kulturowych z Niemcami, jakie mają Rosjanie. Nie ma też poczucia winy do rozegrania, nie ma też mitu głębi duszy Rosjan, miłości do starych kompozytorów i tak dalej.

MW: Zgodzę się, że Chiny mają takie same cele jak Rosja, choć jest im znacznie trudniej. Z jednej strony, nie są traktowane w Niemczech tak romantycznie jak Rosja, z drugiej, istnieje mit chińskiej szybkości w działaniu i skuteczności. Przekonanie, że mogą osiągać swoje cele, bo nie są ograniczane przez dyskusje i debaty, które my musimy prowadzić. Merkel zawsze powtarzała, ze Chiny są partnerem pewnym.

JK: Skoro wspomniałeś już o Merkel, to jak ona się odnajduje w tej nowej rzeczywistości?

RB: Zniknęła z życia publicznego. Pisze wspomnienia, które powinny zostać opublikowane jesienią, i wszyscy na nie niecierpliwie czekamy. My skupiliśmy się na socjaldemokratach, ale równocześnie toczyła się inna historia, historia Merkel, która była kanclerzem przez 16 lat. Myślę, że Angela Merkel była w pełni świadoma natury Putina i widać było, jak jej podejście różniło się od tego obserwowanego wśród socjaldemokratów. Ona zawsze wspominała o prawach człowieka, a po aneksji Krymu zorganizowała sankcje w Niemczech i przekonywała do tego samego inne kraje Unii Europejskiej, w tym Włochy czy Austrię. Nie dostrzegamy też żadnych oznak osobistej korupcji ani u Merkel, ani wśród ludzi w jej wewnętrznym kręgu.

Dlatego uważam, że to jest inna historia, choć patrząc wstecz na czas jej urzędowania na stanowisku kanclerza, to można zidentyfikować pewien schemat pokazujący brak działania pomimo dostrzegania problemów. Spójrzmy na jakość kolei w Niemczech, brak cyfryzacji, problemy z edukacją, energetyką i bezpieczeństwem. To tak, jakby 16 lat gdzieś przepadło. To były lata dobre, lecz niestety stracone.

MW: Merkel jest inna. Po otruciu Aleksieja Nawalnego odwiedziła go w szpitalu w Berlinie, co uraziło Putina. Sądzę, że ponosi wielką odpowiedzialność, ponieważ rozumiała, jak działa system Putina i jak on myśli, a mimo to uważała, że dając mu rolę do odegrania, uda jej się uniknąć konfrontacji, tak jak uniknęła konfrontacji, gdy Putin przyprowadził na spotkanie psa. Merkel przyznała, wracając do Niemiec po tym spotkaniu, że przyprowadzając psa, którego się boi, nie zdała testu, któremu poddało ją KGB. Nie okazała strachu, ale nie nalegała, żeby psa wyprowadzono, a powinna była być stanowcza i to zrobić. Podobnie było z Nord Stream 2. Mogła projekt zatrzymać, lecz wymagałoby to konfliktu z socjaldemokratami, z przemysłowcami niemieckimi, z obywatelami Meklemburgii-Pomorza Zachodniego, którzy chcieli tego rurociągu. Ona starała się konfliktów unikać.

RB: Merkel nie mogła powstrzymać działań Schrödera jako osoby, mogła zatrzymać Nord Stream, ale tego nie zrobiła. To charakterystyczne dla jej polityki. Lubiła tworzyć koalicje z socjaldemokratami i oddawała im kwestie społeczne, pozwalała im rozwijać współpracę z Rosją. Uważała, że robiąc tak, pozbawia SPD zagadnień, którymi mogliby zmobilizować elektorat przeciw CDU.

new.org.pl


Z daleka może być trudno to dostrzec. Wszystko wskazuje na to, że wojna na Ukrainie utknęła w impasie, a obie strony walczą przy użyciu XX-wiecznej broni, takiej jak artyleria i czołgi. Niektórzy patrzą na twierdzenia o przełomach w zaawansowanych technologiach ze sceptycyzmem, argumentując, że wdrożenie narzędzi sztucznej inteligencji w niewielkim stopniu wpływa na miażdżącą wojnę na wyniszczenie. Jednak Ukraina i jej sojusznicy z sektora prywatnego twierdzą, że grają w dłuższą grę: tworzą laboratorium wojenne przyszłości. Ukraina „jest najlepszym poligonem doświadczalnym dla wszystkich najnowszych technologii” – mówi Fiodorow, „ponieważ tutaj można je przetestować w rzeczywistych warunkach”. Jak mówi Karp /Alex Karp, CEO Palantir Technologies - red./: „Są rzeczy, które możemy zrobić na polu bitwy, a których nie moglibyśmy zrobić w warunkach domowych”.

Jeśli przyszłość działań wojennych zostanie poddana beta testom na Ukrainie, wyniki będą miały globalne konsekwencje. W konfliktach toczonych z oprogramowaniem i sztuczną inteligencją, w których prawdopodobnie więcej decyzji wojskowych będzie przekazywanych algorytmom, firmy technologiczne jako niezależne podmioty mogą dysponować ogromną władzą. Największych przełomów mogą dokonać ci, którzy chcą działać szybko i lekceważyć normy prawne, etyczne lub regulacyjne. Urzędnicy i eksperci ds. bezpieczeństwa narodowego ostrzegają, że te nowe narzędzia mogą wpaść w ręce przeciwników. „Perspektywy proliferacji są szalone” – mówi Rita Konaev z Centrum Bezpieczeństwa i Wschodzących Technologii w Georgetown. „Większość firm działających obecnie na Ukrainie twierdzi, że działa zgodnie z celami USA w zakresie bezpieczeństwa narodowego – ale co się stanie, jeśli tak nie będzie? Co stanie się następnego dnia?”

(...)

Za pomocą kilku kliknięć ukraiński inżynier Palantir pokazał mi, w jaki sposób można wydobywać oszałamiający zestaw danych z pola bitwy, których analiza do niedawna wymagałaby setek ludzi. Oprogramowanie Palantir przetwarza surowe dane wywiadowcze ze źródeł, w tym dronów, satelitów i Ukraińców naziemnych, a także radary potrafiące widzieć przez chmury i obrazy termowizyjne, które mogą wykryć ruchy wojsk i ostrzał artyleryjski. Modele obsługujące sztuczną inteligencję mogą następnie przedstawiać urzędnikom wojskowym najskuteczniejsze opcje namierzania celów i pozycji wroga. Według Palantira modele uczą się i doskonalą z każdym uderzeniem.

Kiedy firma nawiązała współpracę z ukraińskim rządem latem 2022 r., „była to tylko kwestia czystego przetrwania” – mówi Louis Mosley, wiceprezes wykonawczy Palantir na Wielką Brytanię i Europę. Palantir zatrudnił ukraińskich inżynierów, którzy mogliby dostosować jego oprogramowanie do celów wojennych, jednocześnie służąc jako rozmówcy między firmą technologiczną a sklerotyczną biurokracją Ukrainy. Urzędnicy rządowi zostali przeszkoleni w zakresie korzystania z narzędzia Palantir o nazwie MetaConstellation, które wykorzystuje dane komercyjne, w tym zdjęcia satelitarne, w celu uzyskania przybliżonego obrazu danej przestrzeni bojowej, w czasie rzeczywistym. Oprogramowanie Palantir integruje te informacje z komercyjnymi i tajnymi danymi rządowymi, w tym pochodzącymi od sojuszników, co pozwala urzędnikom wojskowym przekazywać dowódcom naziemnym pozycje wroga lub decydować o uderzeniu w cel. Jest to część tego, co Karp nazywa cyfrowym „łańcuchem zabijania”.

time.com


A wiedział, że jest Mieszkiem?

– Tego także nie wiemy. Jego imię to późna konstrukcja. Pamiętajmy, że wówczas nie wytworzono źródeł, które mogły wiernie oddać to, co mówiono w jego państwie. Ibrahim ibn Jakub, który wspomina o Mieszku, był Żydem z Półwyspu Iberyjskiego. Nie zawitał na tereny dzisiejszej Polski, ale do czeskiej Pragi. Musiał po arabsku zapisać słowiańskie imię, a w zapisie arabskim brak samogłosek, stąd jego Mškh można odczytać na różne sposoby.

Natomiast Widukind był Sasem i pisał po łacinie, w której też trudno oddać szeleszczące słowiańskie słowa. W różnych wersjach jego kroniki imię "króla Licikawików" zapisane jest jako Misica, Misaca lub Misaco. Inny niemiecki kronikarz także pisał Misico.

Czy postać Mieszka II, o którym jest więcej świadectw, nie pomaga? Skoro dano mu imię po dziadku, to pewnie tak się on właśnie nazywał.

– Bolesław Chrobry kazał wybić monetę dla swojego syna z napisem Misico, a więc tak, jak pisali Niemcy. Dopiero w połowie XI w. spotykamy w rocznikach polskich zapis Mesco lub Mesko. Nie wiemy więc, jak nazywał się pierwszy historyczny książę z rodu Piastów, ale dla nas oczywiście pozostanie już Mieszkiem.

Data 14 kwietnia 966 r. też się nie zgadza?

– Można ją włożyć między bajki. Zapisana przez Sejm data nie ma żadnego oparcia w wiedzy naukowej. Warto dodać, że żaden ze współczesnych Mieszkowi kronikarzy nie odnotował chrztu, tak jakby nie było to wydarzenie godne uwagi. Późniejsze o kilkadziesiąt lat źródła niemieckie i polskie nie są pewne nawet daty rocznej i podają lata 966, 967 oraz 968. Co więcej, z okresu panowania Mieszka nie mamy żadnego archeologicznego dowodu, że chrystianizowano jego państwo. Nie znaleźliśmy do dziś ani jednego grobu chrześcijanina z czasów Mieszka I, a kopiemy już ponad sto lat.

Przynajmniej wiemy, że początek naszemu państwu dało plemię Polan, prawda?

– Wedle utrwalonej w Polsce tradycji Polanie mieliby być plemieniem prapolskim, rządzonym przez Piastów. Tyle że cała ta konstrukcja nie ma umocowania w źródłach, bo Polan nie wspomina żadne źródło z czasów Mieszka. Nazwa Polonia pojawiła się dopiero na samym początku XI w. Późniejsi kronikarze, chcąc ją objaśnić, posługiwali się analogią: skoro jest Ruś i Rusini, to na pewno była Polonia i Polanie.

Mieszko więc też nie wiedział, że jest księciem Polan, ale nawet gdyby wiedział, iż należał do takiego plemienia, to mało by go to obchodziło. Budował władzę swoją i swojego rodu, ale nie na podstawie jakiegoś plemienia Polan.

Ale budował państwo.

– Tak, jednak nie takie, o jakim dziś myślimy. Mamy tendencję, aby przykładać dzisiejsze wyobrażenie o państwie do ówczesnych realiów. Chcemy, by władztwo Mieszka miało wyraźnie wyznaczone granice terytorialne, centrum administracyjne, system prawny itd. We wczesnym średniowieczu było inaczej. Granice były płynne, stolice nieustalone, krajem rządzono po trosze na zasadzie ugody, po trosze w oparciu o siłę. Mieszko miał poważny argument polityczny w postaci przybocznej drużyny. Rozszerzał swoje panowanie, lecz wcale nie był twórcą państwa, bo przejął schedę po poprzednikach. Dodam od razu, że nie ma archeologicznego dowodu, by kolebką Polski było Gniezno. Ten gród zbudowano później niż Poznań, Giecz czy Ostrów Lednicki.

(...)

Wracając do pochodzenia Piastów – pan ich wywodzi z Moraw. Dlaczego stamtąd?

– Gdy nie mamy bezpośrednich źródeł, musimy opierać się na logice historycznej. Opowiastka Galla o czterech przodkach Mieszka brzmi ładnie, ale przecież wszystkie dynastie średniowieczne tworzyły sobie takie genealogie. Jeśli więc nie wiemy, skąd pochodził Mieszko, musimy kierować się prawdopodobieństwem. Weźmy teraz dwa znamienne i interesujące nas fakty: najpierw upadek Wielkiej Morawy w 906 r., a potem początek państewka w Wielkopolsce. Ślady grodów w Poznaniu, Ostrowie Lednickim pochodzą z lat 20 X w. Później doszło Gniezno i Giecz. Ktoś musiał je zbudować i jakoś nie wierzę, że to Piast Kołodziej siadł sobie na przyzbie pod Gnieznem i stwierdził: a teraz zbudujemy państwo. Wymagało to dużej wiedzy, doświadczenia, determinacji i charyzmy. Te cechy mieli uciekinierzy z Moraw. Ponadto nazwy takie jak Poznań czy Sandomierz pochodzą od imion znanych na Morawach. Moim zdaniem ta teoria się broni, choć dla wielu jest wstydliwa.

Dlaczego?

– Bo Polakom trudno się pogodzić, że mieliby pochodzić od Pepików. Tymczasem choć państwo wielkomorawskie nie było wcale takie wielkie, jak sugeruje jego nazwa, to było pierwszym państwem słowiańskim, a jego władca Świętopełk I był nazywany królem. Powinniśmy być dumni, że pochodzimy od morawskiej dynastii Mojmirowiców. Oni byli chrześcijanami i Mieszko najpewniej wcale się nie ochrzcił dopiero w 966 r., bo jego ród był chrześcijański już wcześniej. W samym sercu Poznania są ślady wydatowanej dendrochronologicznie [na podstawie analizy przyrostów rocznych drzew – red.] na po 941 r. kamiennej budowli, która miała kaplicę. Zatem już na początku panowania Mieszka na Ostrowie Lednickim istniał kompleks pałacowo-kościelny. Kto go tam zbudował w kraju pogańskim?

Jeśli Mieszko mógł być już wcześniej chrześcijaninem, a z okresu jego panowania nie mamy wielu śladów chrześcijan, to kto ochrzcił się w domniemanym 966 r.?

– Może nikt, a może jego najbliższe otoczenie. Data 966 r. wydaje się dość późnym domysłem kronikarzy, którzy koniecznie potrzebowali jakiegoś "początku", od którego można by liczyć genezę Polski jako państwa chrześcijańskiego.

onet.pl/Newsweek