środa, 21 kwietnia 2021


Trzeba na wstępie wskazać, że szwedzki zespół badawczy nie boi się stwierdzić, że wielobiegunowość połączona z coraz silniejszą rywalizacją mocarstw oraz erozją dotychczasowego systemu norm i organizacji wymaga dokładniej analizy sytuacji w sferze bezpieczeństwa również w perspektywie północnej części naszego kontynentu. Szczególnie, że redefiniowany współcześnie dotychczasowy układ sił, gwarantował państwom tej części Europy przez wiele lat tylko zyski. Trzeba więc przyzwyczaić się i przede wszystkim zrozumieć, że należy analitycznie oraz praktycznie przygotować się do zachodzących zmian w bezpieczeństwie i obronności. Czego świadectwem może być rosnąca w ostatnich latach realizacja współpracy regionalnej, na czele z budowaniem platformy dla obronności państw nordyckich.

Co ciekawe, bardzo cennym spostrzeżeniem jest uznanie, iż obecnie nie ma możliwości pominięcia amerykańskiego wkładu w bezpieczeństwo i obronność regionu. Stąd tak ważne, zdaniem autorów omawianego raportu jest odnotowanie zacieśniania współpracy państw nordyckich oraz bałtyckich właśnie ze Stanami Zjednoczonymi. Trzeba dodać, że dzieje się to wobec wielodomenowego ujęcia współczesnych działań obronnych. Bowiem, mamy do czynienia ze współpracą z amerykańskim Korpusem Piechoty Morskiej (np. Norwegia), US Air Force (coraz częstsza obecność np. bombowców US Air Force w regionie), US Navy (rejon arktyczny oraz bałtycki) i US Army czego najlepszym przykładem może być nadchodzący Defender Europe 21. Nie możemy też pominąć w tym aspekcie amerykańskiego, rosnącego wkładu w regionie w obrębie dyslokacji na ćwiczenia komponentów Sił Operacji Specjalnych. Wracając jednakże do raportu, to jego twórcy dostrzegają też, że z dłuższej perspektywy należy cały czas wyznaczać państwom europejskim cele w zakresie rozbudowania własnych możliwości obronnych.

Przy czym cenną uwagą jest podkreślenie wątpliwości czy uda się zdynamizować wydatki na kwestie bezpieczeństwa mając w perspektywie europejskiej rosnące obawy o efekty ekonomiczne trwającej pandemii. Już na wstępie wskazano, że chociaż zarówno w przypadku Chin jak i Rosji trudno jest mówić o porównaniu ich potencjałów ze zjednoczonymi siłami państw NATO oraz szerzej Zachodu, to jednak zarówno Pekin i Moskwa, co naturalne z ich perspektywy, inwestują w rozbijanie zachodniej współpracy. Generalnie, z perspektywy raportu widać jak ważne jest odkurzenie znaczenia systemu obrony kolektywnej, wspartej przez efektywne odstraszanie atomowe w ramach NATO. Czego beneficjentem są nie tylko same państwa członkowskie, ale szerzej europejskie bezpieczeństwo. Szczególnie, gdy obserwuje się politykę rosyjskiej modernizacji własnych sił nuklearnych i rakietowych w ostatnich latach.

defence24.pl

W Arabii Saudyjskiej podatek dochodowy obciąża wyłącznie cudzoziemców (stawką 20 proc., z uwzględnieniem zysków kapitałowych). Notabene w królestwie Saudów na stałe pracuje około 10 mln nisko opłacanych robotników z państw arabskich spoza Zatoki Perskiej (z Egiptu, Sudanu, Jordanii, Libanu, Syrii, Tunezji), którzy żyją w fatalnych warunkach socjalnych, a to, co zarobią, wysyłają do rodzin w swoich ojczyznach. Rodowici Saudyjczycy płacą tylko VAT, wprowadzony w 2018 r. we wszystkich państwach regionu Zatoki Perskiej, i składkę na ubezpieczenie społeczne. W ramach rekompensaty, po tym jak rząd podniósł krajowe ceny gazu i narzucił VAT, pracownicy sektora publicznego otrzymywali jednak comiesięczne dopłaty o równowartości ponad 260 dolarów.

(...)

W Arabii Saudyjskiej panuje niepisana umowa między społeczeństwem a dynastią rządzącą: lud akceptuje absolutną władzę, która tępi wszelkie przejawy nieprzychylnego jej aktywizmu obywatelskiego, ponieważ w zamian dostaje obietnicę dostatniego życia. W obliczu powolnego, ale przesądzonego schyłku ery paliw kopalnych rodzi się pytanie: co będzie, gdy załamie się popyt na ropę, a wraz nim fundamenty saudyjskiego dobrobytu? W jaki sposób Saudowie kupią sobie lojalność poddanych? Ryzyko konfrontacji z ludem potęguje wewnątrzkrajowa presja demograficzna, za sprawą której populacja rdzennych Saudyjczyków (bo tylko ci są w kręgu zainteresowania władzy) wzrośnie w ciągu najbliższej dekady o niemal 6 mln. Te dwie przesłanki legły u podstaw przekonania, że nie ma innego wyjścia, niż poszukać alternatywnych strumieni dochodów.

(...)

Strukturalna reforma gospodarki jest więc niezbędna, aby zabezpieczyć byt przyszłych pokoleń Saudyjczyków. Uruchomiona w 2016 r. „Saudi Vision 2030” stanowi wprawdzie kontynuację serii 5-letnich planów rozwojowych, realizowanych w latach 1975–2015, lecz przerasta je rozmiarem i intensywnością. Ta śmiała inicjatywa zmierza do dywersyfikacji źródeł dochodu królestwa w kierunku zmniejszenia zależności od ropy. Chodzi o przekształcenie go w samowystarczalną gospodarkę, której lokomotywą będzie sektor prywatny. Aby tak się stało, konieczne jest inwestowanie w obszary o wysokim potencjale wzrostu, takie jak turystyka, opieka zdrowotna, finanse, produkcja. Mohammed bin Salman (MBS), następca tronu, któremu wiekowy ojciec de facto już oddał władzę, rozumie, że jeśli gospodarka nie będzie rosła w tempie powyżej 6,5–7 proc., to stopa bezrobocia wśród młodych nie spadnie, nawet nie pozostanie na tym samym poziomie, ale wzrośnie, a to jest tykająca bomba zegarowa. Stąd pomysł rozwinięcia sektora prywatnego kosztem uszczuplenia sektora publicznego, który zatrudnia 70 proc. saudyjskich pracowników. Pierwotnie zakładano podwojenie PKB w perspektywie roku 2030 i stworzenie 6 mln nowych miejsc pracy, które wchłoną armię bezrobotnych młodych ludzi. Ale czy uda się ten cel osiągnąć?

Transformację gospodarki, obejmującą rozbudowę branż i tworzenie miejsc prac w sektorze prywatnym, napędzają megainwestycje realizowane w ramach Vision 2030. Największą z nich jest NEOM (Nowa Przyszłość) – szacowany na 500 mld dolarów projekt zagospodarowania pustynnych terenów nad Morzem Czerwonym i utworzenia tam high-techowej strefy biznesowej. Okrętem flagowym przedsięwzięcia będzie „The Line” – futurystyczne 100-mln megamiasto, w pełni zautomatyzowane i bezemisyjne, które połączy wybrzeże Morza Czerwonego z północno-zachodnią częścią Arabii Saudyjskiej. Dalej jest i strasznie, i śmiesznie: nad miastem zabłyśnie sztuczny księżyc, zasiewanie chmur zapewni życiodajny deszcz, mieszkańcy będą przemieszczać się latającymi taksówkami, o czystość zadbają roboty, a ludzie będą lepszymi wersjami samych siebie dzięki modyfikacji genomów. Trudno oprzeć się wrażeniu, że książę MBS, delikatnie mówiąc, dał się ponieść wybujałej fantazji, a ponieważ otacza go krąg sowicie opłacanych potakiwaczy, nikt nie śmie zakwestionować przynajmniej niektórych pomysłów.

obserwatorfinansowy.pl

W 1956 r., na XX Zjeździe KPZR, tym samym, na którym Chruszczow odciął się od Stalina i jego zbrodni, ujawnił on także ambitne plany rozwoju przemysłu gazowego w ZSRR. I zaczął je konsekwentnie realizować. Wydobycie gazu ziemnego wzrosło z 9 mld metrów sześciennych w 1955 r. do 198 mld metrów sześciennych w 1970 r. Chruszczow był dumny z rozwoju przemysłu gazowego w ojczyźnie i uważał to za jeden z głównych dowodów, że radziecka gospodarka skutecznie ściga zachodnie kraje i wkrótce je przegoni.

Jeden z najbliższych współpracowników Chruszczowa Leonid Breżniew doprowadził do odsunięcia go od władzy w 1964 r. i sam przejął ster rządów w ZSRR. Breżniew podzielał słabość Chruszczowa do przemysłu gazowego i pilotował jego rozwój. To za jego rządów doszło do podpisania kluczowej z punktu widzenia radzieckiego i światowego rynku gazowego umowy.

Pod koniec lata 1967 r. 30 km na południowy zachód od Wiednia, w zamku Hernstein służącym niegdyś Habsburgom za zakwaterowanie na czas polowań (obecnie jest czterogwiazdkowym hotelem) doszło do spotkania delegacji radzieckiej i austriackiej. Przez dwa tygodnie toczyły się rozmowy na temat pierwszego w historii znaczącego kontraktu na dostawę gazu do kraju znajdującego po zachodniej stronie żelaznej kurtyny.

Inicjatorem spotkania byli Sowieci, ponieważ mieli rezerwy gazu, z którymi chcieli coś zrobić. Austriacy chętnie się na spotkanie stawili, gdyż zużycie energii w Europie Zachodniej rosło. Problem polegał na tym, że sprzedaż gazu ziemnego rządzi się zupełnie innymi prawami niż na przykład sprzedaż ropy naftowej. W przypadku tej ostatniej można wymienić paliwo na pieniądze i później nie mieć ze sobą nic do czynienia. Dostarczanie gazu ziemnego w latach 60. wymagało zbudowania infrastruktury, utrzymywania stałych kontaktów i przede wszystkim zaufania. A z tym w czasach zimnej wojny było krucho.

Ale Austria miała idealne warunki, by przełamać impas. Jej krajowy monopolista, jeżeli chodzi o ropę i gaz, koncern OMV, w latach 1945-1955 był zarządzany przez Rosjan. W 1955 r. Austria ogłosiła neutralność i na niewielką skalę importowała gaz ziemny z Czechosłowacji. Skala była niewielka, ale obie strony zaczęły uczyć się handlu gazem, poznawały siebie i kapitał zaufania powoli rósł.

W czerwcu 1968 r. Austriacy i Rosjanie zakończyli uzgadnianie ceny i podpisali umowę. Jest znamienne, że dostawy gazu rozpoczęły się zgodnie z planem 1 września 1968 r. pomimo inwazji wojsk Układu Warszawskiego dziesięć dni wcześniej, która bardzo zaogniła sytuację polityczną między krajami bloków wschodniego i zachodniego.

To, w opinii autora książki, dostarcza dowodów na to, że biznes na gazie ziemnym okazał się być „mostem” łączącym wspólnym interesem ZSRR (a później Rosję) z Europą Zachodnią i USA. „Mostem” tym ważniejszym, że w lutym 1981 r. Leonid Breżniew, ogłaszając cele jedenastego planu pięcioletniego, podkreślił priorytetową w nim rolę przemysłu gazowego. Wydobycie gazu miało zostać zwiększone o 50 proc. w tym okresie (z 435 mld metrów sześciennych w 1980 r. do 630-645 mld metrów sześciennych w 1985 r.).

By to osiągnąć, planowano zainwestować w przemysł gazowy przez te pięć lat tyle kapitału, ile zainwestowano przez poprzednie piętnaście. Za te pieniądze miano wybudować sześć linii rurociągu o średnicy 1420 mm i długości 20.000 km łączącego Zachodnią Syberię z europejską częścią ZSRR. Co ciekawe, gaz w ZSRR był jedynym źródłem energii, którego wydobycie osiągnęło zaplanowane poziomy.

Kiedy Breżniew zapowiadał priorytety planu pięcioletniego, nie mógł zdawać sobie sprawy, że jednocześnie decyduje o przyszłości kapitalistycznej Rosji. „Gaz był paliwem, które umożliwiło Rosji przetrwać bolesną transformację ustrojową” – podkreśla autor książki. W lata 90. Rosja weszła bowiem z największym i najmłodszym przemysłem gazowym świata. Jej zasoby to było wówczas 40 proc. globalnych rezerw. W 1990 r. gaz ziemny zaspokajał 42 proc. potrzeb energetycznych kraju, w 2000 r. było to już 53 proc., a w 2018 r. – 54,8 proc.

obserwatorfinansowy.pl

czwartek, 8 kwietnia 2021


Przyjmuje się, że zwycięstwo AKP w wyborach 2011 r. to jedna z najistotniejszych cezur w całym okresie jej rządów – oznacza początek procesu umacniania władzy prowadzącego do wykrystalizowania systemu, w którym polityka gospodarcza jest ściśle podporządkowana interesowi partyjnemu i pragmatyce rządzenia. Odbyło się to nie w drodze gwałtownej wolty, lecz trwało kilka lat. Pierwsze symptomy tych zmian dało się zaobserwować jeszcze przed kryzysem z 2008 r., ostateczne obranie nowego kursu nastąpiło w roku 2013.

Nowy etap wiąże się przede wszystkim z zamknięciem kluczowych dla życia społecznego i gospodarczego procesów pierwszego okresu. Zakończyły się reformy początkowych lat rządów AKP. Wyhamował również dynamiczny wzrost. Daron Acemoglu i Murat Ucer wiążą ze sobą te dwa zjawiska i dowodzą, że obniżyła się jakość wzrostu. Ilustracją tego jest stagnacja w produktywności sektora małych i średnich przedsiębiorstw oraz większy udział inwestycji publicznych – w pierwszym okresie stanowiły one 12% PKB, a po roku 2007 wskaźnik ten sięgnął 24%. Trend ten został zamaskowany przez kryzys z 2008 r. Zmiana, dająca się zaobserwować jeszcze przed nim, pozwala domniemywać, że celem władz było zwiększenie kontroli nad kluczowymi obszarami gospodarki, co miało przyczynić się do konsolidacji zaplecza. Zakończył się wzrost oparty na szerokiej społecznej inkluzji, rozumianej jako aktywizacja i wchłonięcie przez turecki kapitalizm dużych, wcześniej często marginalizowanych grup obywateli. To akurat zjawisko można częściowo uznać za naturalne – po zreformowaniu niewydolnego systemu pojawiły się nowe możliwości, po czym, gdy otwarte nisze zostały już zajęte, pierwotna dynamika tego procesu wyczerpała się. Kryzys z 2008 r. przyniósł zmianę paradygmatu w światowej ekonomii, z czym wiązała się ponowna etatyzacja gospodarek. Właśnie tak zachowały się władze tureckie, z tym że nie planowały już żadnych dalszych działań, które umożliwiłyby podtrzymanie wzrostu aktywności gospodarczej małych i średnich firm.

Stymulacja koniunktury oparta na polityce fiskalnej w czasie kryzysu nie stanowiła jeszcze odejścia od globalnie obowiązujących paradygmatów ekonomicznych. Kluczowy okazał się wymiar wewnątrzpolityczny. Polityka gospodarcza AKP służyła przede wszystkim realizacji planu gruntownej przebudowy całokształtu rzeczywistości politycznej i społecznej Turcji. Aby osiągnąć ten cel, należało przede wszystkim odsunąć zagrożenie ze strony starego establishmentu – przede wszystkim wojska. Gdy dokonano tego – za pomocą procesów Balyoz i Ergenekon – partia poczuła się zdecydowanie pewniej i, nie przewidując jeszcze konfliktu z sojuszniczym Ruchem Gülena, przystąpiła do dalszej konsolidacji swojej władzy. Rosnąca dominacja Erdogana doprowadziła jednak do erupcji masowego niezadowolenia. Wzrost stopy życiowej rozbudził aspiracje Turków zarówno w zakresie poziomu życia, jak i politycznej podmiotowości. Właśnie to zderzenie dążeń obywateli ze sposobem działania kontrolującej coraz szersze obszary życia partii doprowadziło do społecznej rewolty zapoczątkowanej w 2013 r. w parku Gezi, w którego miejscu miało stanąć centrum handlowe budowane przez związany z władzami holding Kalyon. Silna pozycja Erdogana wzbudziła także sprzeciw tracącego wpływy Ruchu Gülena, którego członkowie ujawnili w tym samym roku skandal korupcyjny z udziałem ówczesnego premiera, jego rodziny oraz ministrów jego rządu. Do tych wydarzeń należy dodać następujące niemal równolegle z protestami wokół Gezi obalenie rządu Braci Muzułmanów w Egipcie. AKP była blisko związana z tym ugrupowaniem – traktowała jego rządy jako początek realizacji ambitnego projektu eksportu tureckich wzorców politycznych na Bliski Wschód. Wszystkie te wstrząsy Erdogan uznał za dowód, że jego władza jest permanentnie zagrożona, jej utrata spowoduje osobisty upadek, a utrzymanie zależeć będzie przede wszystkim od przyspieszenia procesu jej konsolidacji.

OSW - Polityka gospodarcza Turcji w obliczu kryzysu


Żyjemy w gospodarce opartej coraz bardziej na wiedzy i innowacjach, a coraz mniej – na produkcji. Według autorów omawianej książki, ten fakt wymaga nowego spojrzenia na konsumpcję – jako na środek do tworzenia wartości społeczno-ekonomicznych, które we wspomnianym typie gospodarki są bardzo potrzebne. We współczesnej ekonomii nie chodzi już bowiem tylko o wytwarzanie i osiąganie zysku, ale generalnie o podnoszenie poziomu życia społeczeństwa, na co składają się produkty zarówno materialne, jak i niematerialne.


W nowoczesnej gospodarce opartej na wiedzy bardzo ważny jest kapitał ludzki. A ten jest kształtowany w znacznej mierze poprzez konsumpcję. „W konsumpcji kreującej kapitał ludzki i społeczny wyraża się jej inwestycyjny wymiar […]. Konsumpcja kształtuje kondycję i kompetencje człowieka, które stanowią potencjał produkcyjny […]. W ten sposób konsumpcja jest elementem kończącym jeden proces gospodarowania i – dzięki inwestowaniu w człowieka – rozpoczynającym następny. W procesie konsumpcji realizuje się jej wymiar społeczny i produkcyjny” – wyjaśnia Olejniczuk-Merta.

Mówiąc prościej, chodzi o to, że konsumując produkty materialne i niematerialne, człowiek uruchamia proces przetwarzania ich w energię, wiedzę oraz inne formy ich potencjału. W swojej masie konsumujący ludzie uruchamiają ważne procesy społeczno-ekonomiczne, które stanowią podstawę rozwoju społeczno-gospodarczego. Konsumpcja inwestycyjna to pojęcie bardzo pojemne, bo obejmuje zużywanie odzieży, informacji, żywności oraz wielu innych dóbr i usług.

(...)

„Społeczeństwo konsumpcyjne narzuca swoim członkom pełnienie funkcji konsumenckich i do nich przymusza […] poprzez socjalizację i regulację normatywną” – dodają naukowcy. Przypominają, że francuski socjolog i filozof kultury Jean Baudrillard, wykorzystując teorię znaków uznał, iż konsumpcja jest swego rodzaju kodem (językiem), dzięki któremu ludzie komunikują się w społeczeństwie konsumpcyjnym. Jest ona też procesem klasyfikowania i ustalania hierarchii. Ludzie nie poszukują produktów tylko ze względu na ich użyteczność, ale także ze względu na ich znaczenie (dlatego rośnie rola mody, nakręcanej przez reklamę i marketing), a potrzeby i aspiracje rosną szybciej niż ilość dostępnych na rynku dóbr. Zdaniem przywoływanego Baudrillarda, współczesne społeczeństwo bardziej potrzebuje konsumentów niż pracowników, a ten trend ulegnie wzmocnieniu wraz z postępem technologicznym.

Autorzy omawianej książki wskazują, że do tej pory ekonomia zajmowała się konsumpcją głównie jako efektem procesu produkcji. Nie dostrzegano relacji między konsumpcją a produkcją, a ta jest – zdaniem naukowców z Akademii Koźmińskiego – bardzo silna i wyraźna. Konsumpcję przez wiele wieków najpierw lekceważono z powodów religijnych (kładziono nacisk na wymiar duchowy życia), a potem z powodów gospodarczych (to praca i ziemia były najważniejsze w początkach ekonomii). Dopiero w ostatnich latach na różne aspekty powiązania konsumpcji z rozwojem społecznym wskazali nobliści (m.in. Angus Deaton, Richard Thaler czy Paul Romer), a Unia Europejska przyjęła program Zielony Ład, którego wiele zadań będzie realizowanych na podstawie inwestycyjnego wymiaru konsumpcji – podkreślają Olejniczuk-Merta i Noga.

obserwatorfinansowy.pl

Zdaniem Inkstera: „USA instynktownie dążą teraz do wyjścia z zaangażowania we współpracę z Chinami i pójścia własną drogą, poprzez ograniczenie wymiany handlowej, odzyskanie jak największej porcji własnej produkcji osadzonej na terytorium Chin, wyłączenie Chin z własnych rynków i własnego systemu bankowego oraz uniemożliwienie im dostępu do komponentów z zakresu wysokich technologii”.

Taki jest aktualny stan rzeczy i takie opinie zaczynają dominować na amerykańskiej scenie, tak publicznej, jak medialnej i politycznej, choć niekoniecznie biznesowej (mimo że Apple, Dell czy HP zaczęły już wychodzić z Chin). Znaleźliśmy się więc nie tylko na skraju Wielkiego Rozwodu, ale nawet „nowej zimnej wojny”, o której coraz głośniej. Jednakże autor tu akurat słusznie podkreśla: „jeśli wejdziemy także w wojnę ideologiczna, to władze w Pekinie zinterpretują to jako próbę zmiany reżimu”. A na coś takiego Pekin z całą pewnością nie pozwoli, czując się teraz zbyt silny i pewny swego.

Co więc nas czeka? Autor na koniec tomu kreśli cztery scenariusze, w tym dwa – jak je nazywa – „teoretyczne” i co ciekawe zalicza do nich także ten, mówiący o zachowaniu status quo. Jako najbardziej prawdopodobny wskazuje natomiast „częściowe rozejście się” (partial disengagement), ale nie wyklucza też najgorszego z nich – nowej zimnej wojny.

Przed wejściem w nią zdecydowanie przestrzega i powołuje się na niedawne (lipiec 2020) badania ekspertów Deutsche Bank, którzy ocenili, że ewentualny „technologiczny rozwód” między USA a Chinami w ciągu najbliższych 5-8 lat kosztowałby je i cały świat sumę rzędu 3,5 biliona dolarów. Stawka jest więc niezmiernie wysoka i administracja Joe Bidena ma przed sobą z całą pewnością niełatwe wybory.

Jednakże większość amerykańskich elit, co Inkster dobrze dokumentuje, jest teraz albo mocno rozczarowana, albo nawet wściekła na Chińczyków, bo czuje się przegrana i na dodatek nie wie, co zrobić, napotykając rosnącą chińską pewność siebie oraz ich stałą mantrę: „nie chcemy wojny, ale się jej nie boimy”.

obserwatorfinansowy.pl

Trzeba zauważyć, że dr Hunzeker nie jest zwolennikiem patrzenia niejako jednowektorowego, które bazuje na przekonaniu, że pełnoskalowa inwazja nie jest opłacalna dla Chin. Zaś wszystko powinno być podporządkowane zdolnościom do przeciwdziałania agresji bazującej jedynie na zajmowaniu pomniejszych wysepek (Kinmen, Matsu), ostrzale rakietowym czy przede wszystkim prowadzeniu blokady morskiej czy też co obecnie jest nad wyraz modne, skupieniu się na działaniach w domenie cyber. Zauważa on bowiem bardzo celnie, że punktowe działania Pekinu mogą pociągnąć za sobą lepszą reakcję sojuszników Tajwanu na czele ze Stanami Zjednoczonymi. W przypadku działań takich jak blokada morska marynarka wojenna i siły powietrzne Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej miałyby (polityczny i wojskowy) problem z reakcją na chociażby rejsy statków państw trzecich, eskortowane przez własne okręty wojenne oraz loty cywilnych maszyn, etc. Trzeba przecież pamiętać, że Tajwańczycy są ważnym dostawcą zaawansowanych rozwiązań technologicznych dla wielu państw świata.

Finalnie, punktowe uderzenia np. rakietowe na Tajwan nie mogłyby złamać woli oporu ludności. Nawet wprost przeciwnie, mogłoby to zwiększyć poparcie dla przygotowań obronnych. Tutaj należy przypomnieć kazus Ukrainy, która pod asymetryczną presją ze strony Rosji animującej zajęcie Krymu i wybuch konfliktu w Donbasie potrafiła zmobilizować znaczną część społeczeństwa do obrony kraju i długofalowej reformy wojska. Kwestie ukraińskiej mobilizacji są tutaj nader ważne, bowiem na Tajwanie toczyć się ma też batalia wokół morale młodego pokolenia względem ich zaangażowania w system obronny kraju. Administracja prezydent Tsai dostrzegła bowiem, że obronność Tajwanu opierająca się jedynie na sprzętowej perspektywie może być zupełnie nieadekwatna do postaw młodych ludzi, nie potrafiących dostrzec swojej roli i znaczenia zaangażowania w system bezpieczeństwa państwa.

(...)

Co więcej, brak pełnej eliminacji zdolności bojowych sił zbrojnych Republiki Chińskiej na Tajwanie mógłby generować rosnące straty po stronie chińskiej, analizując chociażby aktywność lądowych systemów przeciwokrętowych. Hunzeker nie mówił o tym wprost, ale przecież tajwańscy komandosi nie ukrywają, że są w stanie prowadzić zaawansowane i skomplikowane działania sabotażowo-dywersyjne względem napastników. Stąd też trzeba zakładać, że Tajpej potrafiłoby w pewnym momencie zacząć przejawiać zdolności ofensywne i blokujące możliwość konsumpcji pierwszych, niepełnych pod względem polityczno-wojskowym, sukcesów Pekinu. W dodatku, Hunzeker zauważa, że dziś i tak Tajwan musi szykować się do odpowiedzi na podobne zagrożenia, gdyż tak czy inaczej zajmowanie wysepek, ostrzał rakietowy, cyber uderzenia czy też uderzenia rakietowe są naturalnie wpisane również w pełnoskalowe działania ChALW.

(...)

Dla Pekinu jedynym rozwiązaniem w zakresie narzucenia swego władztwa na Tajwan pozostaje więc nadal wbrew pozorom pełnoskalowa operacja desantowa. Zakładająca fizyczne zajęcie wyspy oraz jej okupację, oczywiście z długofalowym wprowadzaniem nadzoru nad aktywnością społeczeństwa tajwańskiego. To również wymagałoby znacznych zasobów, szczególnie, gdy porówna się kwestię zbrojnego zajęcia terytorium tajwańskiego z obecną próbą Pekinu w zakresie zdławienia politycznych protestów w Hongkongu. Skala działań służb bezpieczeństwa i wojska musiałaby być wręcz gigantyczna w przypadku nawet fizycznego pokonania wojsk tajwańskich, generując zapewne znaczne osłabienie międzynarodowej pozycji Chin.

defence24.pl

piątek, 2 kwietnia 2021


Obwód Kaliningradzki od zawsze w strategii politycznej i militarnej wcześniej ZSRR, a obecnie Rosji miał kluczowe znaczenie. Jest rosyjskim przyczółkiem w europejskim subregionie. Wrotami na Bałtyk i na Nizinę Polską, wyprowadzająca krótką drogą do Europy Środkowej i Zachodniej.

Od zakończenia II wojny światowej w obwodzie stacjonowały głównie elementy Floty Bałtyckiej i 11. Armii z jednostkami piechoty morskiej i lotnictwem morskim. Siły te przeznaczone były do desantu na Półwysep Jutlandzki, blokady cieśnin duńskich dla floty NATO oraz do osłony i wsparcia sił desantowych. Po rozwiązaniu Układu Warszawskiego na przestrzeni blisko 30 lat wojska w obwodzie przechodziły kilkukrotną reorganizację, połączoną z częściową redukcją potencjału wojskowego.

Generalnie według aktualnej wiedzy wojska Kaliningradzkiego Rejonu Obrony (KOR) podlegają pod Dowództwo Zachodniego Okręgu Wojskowego jako 11. Korpus Armijny. Ponadto w rejonie dyslokowane są zasadnicze siły Floty Bałtyckiej.

Zasadniczo przeznaczenie tych sił nie uległo zmianie i w przypadku wojny będą przeznaczone do zdobycia przewagi na Bałtyku, zarówno na morzu jak i w powietrzu. Wobec zmiany układu sił w regionie w tym i obecności NATO w krajach bałtyckich sądzić należy, że wojska z KOR przewidywane są także do innego użycia. Jednym z możliwych wariantów jest blokowanie manewru lądem, morzem i powietrzem sił Sojuszu Północnoatlantyckiego w obszar krajów bałtyckich oraz wsparcie działań 6. Armii rosyjskiej, która rozmieszona jest za wschodnią granicą tych krajów. W dalszej fazie operacji, po opanowaniu krajów bałtyckich, skierowanie wysiłku działań w południową część Bałtyku i polskiego wybrzeża morskiego. Wsparcie działań zasadniczych sił uderzających od wschodu.

Ciekawe, że wojskowi NATO z uporem godnym lepszej sprawy głoszą koncepcje o koniecznym wzmocnieniu państw bałtyckich w przypadku wojny wojskami Sojuszu, przegrupowując w ich obszar znaczne siły. Nie sądzę, żeby była to wojskowo przemyślana operacja w obliczu przytłaczającej przewagi potencjalnego przeciwnika, między innymi 1. Armii Pancernej i sił z KOR. Ponadto do tego potencjału doliczyć trzeba siły zbrojne Białorusi, które w przypadku konfliktu staną się częścią kontyngentu wojsk rosyjskich. Rosyjskiej 6. Armii współdziałającej z Flotą Bałtycką zajęcie państw bałtyckich zajmie 2-4 doby. Siły wepchnięte w ten stosunkowo wąski obszar (180-230 km głębokości operacyjnej) zostaną szybko pozbawione wsparcia i rozbite.

I trzeba sobie powiedzieć jednoznacznie, że demonizowany przez amerykańskich i polskich ekspertów Przesmyk suwalski nie ma żadnego znaczenia operacyjnego, a co najwyżej taktyczne. W przypadku agresji Rosjanie nie będą patrzeć na mapę polityczną i zarysy granicy między Polską a Litwą. Po prostu przejadą przez teren, jaki sobie wybiorą.

/Akurat Kaliningrad jest stosunkowo łatwo zablokować, a także atakować z dystansu - red./

defence24.pl

„Nie pozwolimy, by zagraniczne firmy jadły chiński ryż, ale rozbijały chińską miskę” – to jedno z haseł promowanych w sieci społecznościowej Weibo przez „Renmin Ribao” i inne państwowe media ChRL. Internauci nawołują do bojkotów, a celebryci zrywają współpracę z napiętnowanymi firmami.

Nagonka zaczęła się po nałożeniu przez UE, USA, Wielką Brytanię i Kanadę sankcji na czterech urzędników i jedną państwową instytucję z Chin za „poważne pogwałcenia praw człowieka” Ujgurów i innych muzułmanów w regionie Sinciang na zachodzie ChRL.

Jako pierwsza zaatakowana została marka H&M, która wyrażała „głębokie zaniepokojenie” doniesieniami o zmuszaniu Ujgurów do pracy w fabrykach i na polach bawełny. Firma zapewniła również, że nie będzie używała bawełny z Sinciangu, z którego według niektórych szacunków pochodzi 20 proc. światowej podaży tego surowca.

W środę młodzieżówka Komunistycznej Partii Chin (KPCh) potępiła szwedzki koncern w sieci Weibo. „Rozpowszechnianie apeli, by bojkotować bawełnę z Sinciangu, a jednocześnie chęć zarabiania pieniędzy w Chinach? To myślenie życzeniowe!” - głosił wpis, odnoszący się do komunikatu H&M z ubiegłego roku.

Po tym wpisie produkty H&M zniknęły z kilku największych chińskich sieci sprzedaży internetowej, a dwoje chińskich aktorów publicznie zerwało związki z koncernem. W sieci pojawiły się patriotyczne slogany wzywające do bojkotu H&M i deklaracje „poparcia dla bawełny z Sinciangu”.

PAP

Pierwsza wymiana ciosów miała miejsce w miniony czwartek na Alasce, gdzie doszło do pierwszego oficjalnego spotkania wysokich rangą delegacji Chin i USA pod rządami Joe Bidena. Był to ostatni punkt na trasie Amerykanów, którzy objechali wcześniej szereg kluczowych państw w Azji, w wielu miejscach poruszając temat rywalizacji z Chinami. Dyplomatyczne spotkanie na Alasce z miejsca zaczęło się od rzadko spotykanej niedyplomatycznej wymiany.

- Amerykanie wyraźnie zasygnalizowali, że nowa administracja prezydencka nie zmieni istotnie polityki wobec Chin. Chińczycy wcześniej starali się sugerować, że to jest możliwe, ale teraz zostało im pokazane, że nie - ocenia Przychodniak.

Jako pierwsi wygłaszający wstępne oświadczenie przed dziennikarzami Amerykanie szybko podnieśli ciśnienie Chińczykom. Wspomnieli bowiem między innym kwestię przestrzegania w Chinach praw człowieka, dławienia demokracji w Hongkongu czy łamania reguł w handlu. - Oczywiście wiedzieliśmy, zaczynając to spotkanie, że jest szereg tematów, w których zasadniczo się różnimy. Nie może być więc zaskoczeniem, że kiedy te tematy poruszyliśmy w sposób bezpośredni, spotkaliśmy się z taką odpowiedzą - powiedział później Antony Blinken, sekretarz stanu USA.

"Taka odpowiedź" to 15-minutowa tyrada, którą wygłosił minister spraw zagranicznych Yang Jiechi. Zdecydowanie wykraczającą poza dwuminutowy limit dla wstępnych wypowiedzi. Wytykał Amerykanom między innymi, że to u nich są problemy z prawami człowieka i to oni za pomocą siły starają się szerzyć swoją ideologię na świecie. Nie chcąc zostawić tego bez odpowiedzi, Blinken stwierdził, że "nigdy nie jest dobrym pomysłem stawać przeciw Ameryce".

- Co jednak istotne, choć najpierw publicznie doszło do ostrej wymiany zdań, to potem prowadzono negocjacje zgodnie ze sztuką dyplomacji - zwraca uwagę Przychodniak. Po spotkaniu minister Jiechi podkreślał, że wymiana zdań była "szczera, konstruktywna i pomocna". - Oczywiście są pomiędzy nami istotne różnice. Chiny będą zdecydowanie bronić swojej niezależności, bezpieczeństwa i interesów. Chiński rozwój i rosnąca siła są nie do zatrzymania - mówił po spotkaniu w chińskiej telewizji państwowej.

Amerykanie też wydawali się zadowoleni, bo w końcu o to im chodziło. Chcieli odpowiednio ustawić relacje z Chinami na najbliższy czas. - Amerykanie może nie tyle chcą konfrontacji, ale dają do zrozumienia, że tam gdzie potrzebne będzie rywalizacja. Ewentualne poprawienie relacji jest natomiast zależne od tego, czy Chińczycy spełnią szereg ich oczekiwań na przykład w kwestii Hongkongu, Tajwanu, czy spraw handlowych - mówi ekspert PISM.

W poniedziałek swoją salwę oddała Bruksela. Ogłoszono nałożenie sankcji na 11 osób i podmiotów zaangażowanych w masowe naruszenia praw mniejszości Ujgurów, nazywane przez między innymi Blinkena ludobójstwem. To pierwszy akt nałożenia przez UE sankcji na Chiny od czasu masakry na Placu Tiananmen w 1989 roku. Ich znaczenie jest głównie symboliczne, ale jak pokazuje reakcja Chin, trafiły w czuły punkt.

Chińskie MSZ zareagowało ostrym oświadczeniem, w którym nazwano sankcje "rażącym naruszeniem prawa międzynarodowego" i ogłoszono eskalację, czyli odwetowe chińskie sankcje. Obłożono nimi między innymi pięciu członków europarlamentu zaangażowanych w temat Ujgurów, jak i kilka europejskich organizacji pozarządowych badających to, w jaki sposób chińskie władze metodycznie wyniszczają muzułmańską mniejszość zamieszkującą zachodni kraniec Chin.

W ciągu kilku godzin po ogłoszeniu sankcji przez UE podobne ogłosiły Kanada, Wielka Brytania i USA. - Najpewniej odbyło się to w jakiejś koordynacji - mówi Przychodniak. Tym samym Zachód pokazał jedność. Ma to znaczenie zwłaszcza w kontekście relacji Europy z USA, które zostały mocno nadszarpnięte w ostatnich miesiącach przez wynegocjowanie  umowy inwestycyjnej UE z Chinami. USA od początku miały do niej bardzo sceptyczne nastawienie. W Waszyngtonie zarzucano Brukseli, że koncentruje się na pieniądzach, zamykając oczy na zagrożenia płynące ze strony Chin.

gazeta.pl

Dziś w rozmowie z Onetem Michał Drożdż zrelacjonował, jak wyglądają jego obecne dyżury w trakcie trzeciej fali pandemii.

- W trakcie ostatniego dyżuru już wszystkie szpitale, do których jeździliśmy, odmawiały przyjęcia lub kazały nam czekać na "zwolnienie" łóżka. Gdy jeździliśmy po całym mieście z jedną pacjentką, to po trzech godzinach już kończył nam się tlen. Mieliśmy go jeszcze maksymalnie na godzinę... Generalnie jest bardzo źle – przyznaje.

- W końcu tlen nam się skończył, więc inna karetka dowiozła nam pełne butle. Jednak za chwilę może zabraknąć karetek dla mieszkańców Warszawy z nagłym zagrożeniem życia. Będzie wypadek w centrum i żadna karetka nie przyjedzie przez godzinę. To moim zdaniem nieuchronny scenariusz – mówi Michał Drożdż.

- Wspomniana kobieta trafiła w końcu do placówki w Kozienicach. Około godz. 9 rano została skierowana do szpitala. Po piętnastu godzinach oczekiwania w karetce... I łącznie po około 20 godzinach od momentu wezwania pogotowia. To jest obecna rzeczywistość – tłumaczy.

Ratownik relacjonuje: - Dziś, jak dzwonisz do dyspozytora, to on mówi: „Nie ma miejsca nigdzie. Radź sobie sam”. Jest więc trochę jak na wojnie. Chcesz miejsca dla pacjenta w szpitalu? To nie wiem, lej się z lekarzem... Przepraszam, ale tylko w tak absurdalny sposób można ukazać obecny obraz sytuacji. Lekarz oczywiście ma pełne prawo powołać się na przepisy i pacjenta nie przyjąć – dodaje ratownik.

(...)

Restrykcje? - Zacznijmy działać logicznie i zastanówmy się spokojnie, czy i w jakiej formie jeszcze są konieczne. Powinniśmy chronić ludzi starszych, nie zostawiać wielu ludzi samych bez opieki, z opieką „telemedyczną”, która dla starszej, obciążonej osoby nie jest żadnym poważnym procesem medycznym. Zadbajmy o podstawowe sprawy, a potem decydujmy o lockdownach.

Michał Drożdż przyznaje również, że nie rozumie, dlaczego zamknięte są obecnie centra fitness, a otwarte kościoły. - Czynnikiem bardzo poważnym jest otyłość. Tymczasem my zamykamy siłownie, gdzie chodzą zdrowi i wydolni ludzie, a otwieramy kościoły, gdzie często gromadzą się osoby starsze i mniej wydolne niż osoby stale uprawiające sport. Nie wiem, gdzie tu jest logika – puentuje.

onet.pl