niedziela, 9 sierpnia 2026



W poniedziałek 3 sierpnia ambasador Stanów Zjednoczonych przy NATO Matthew Whitaker potwierdził, że Waszyngton nie zezwoli Ukrainie na krajową produkcję pocisków przechwytujących Patriot, wycofując się z wcześniejszych zobowiązań podjętych przez administrację Trumpa.

"Nie sądzę, by cokolwiek się zmieniło" — powiedział Whitaker w programie Fox Business. "Eksport pocisków przechwytujących Patriot podlega ścisłej kontroli i nie zezwalamy na ich produkcję nikomu poza amerykańskimi producentami".

onet.pl\Kyiv Post

piątek, 7 sierpnia 2026



W dokumencie przekazanym w odpowiedzi na zapytanie Kyiv Post ukraiński wywiad wojskowy (HUR) stwierdził, że skala i regularność dostaw świadczą o tym, iż współpraca wojskowo-techniczna między Pjongjangiem a Moskwą stała się "systemowa".

Według oceny tej agencji Korea Północna zajmuje obecnie "kluczową pozycję" wśród zagranicznych dostawców broni i sprzętu wojskowego dla Rosji, zapewniając od 25 do 40 proc. amunicji artyleryjskiej wykorzystywanej przez rosyjskie siły.

HUR poinformował, że od czerwca 2023 r. Rosja otrzymała od Korei Północnej ponad 100 pocisków balistycznych KN-23 i KN-24 wraz z wyrzutniami. Jak podaje agencja, co najmniej 80 z tych pocisków zostało już użytych.

(...)

Pjongjang dostarczył także ponad 600 systemów artyleryjskich różnych typów i kalibrów, w tym samobieżne działa M-1989 Koksan 170 mm, wyrzutnie rakietowe M-1991 240 mm, wyrzutnie rakiet 107 mm Type 63, samobieżne zestawy rakiet przeciwpancernych, holowane działa D-74 122 mm oraz moździerze Type 76 140 mm.

Ponadto, według HUR, Korea Północna dostarczyła ponad 7 mln sztuk amunicji, w tym pociski moździerzowe, artyleryjskie, czołgowe i rakietowe o kalibrach od 82 mm do 240 mm, a także przeciwpancerne pociski kierowane.

Agencja wywiadowcza informuje, że północnokoreański przemysł zbrojeniowy jest w stanie wyprodukować od 1 do 2 mln pocisków artyleryjskich rocznie, przy minimalnej miesięcznej wydajności rzędu 30-50 tys. sztuk.

"Znacząca część tej produkcji mogłaby zostać przekazana Federacji Rosyjskiej, jeśli zapadnie odpowiednia decyzja polityczna" — informuje HUR.

Pomimo szerokiej współpracy wojskowej agencja podkreśla, że nie ma dowodów na wykorzystanie przez Rosję zaawansowanych północnokoreańskich komponentów w produkcji dronów lub systemów rakietowych.

Korea Północna wysłała na rosyjski front ponad 15 tys. żołnierzy, z których około jedna trzecia została zabita lub ranna. Dostarczyła również amunicję i inny sprzęt, co — zdaniem południowokoreańskich analityków — przyniosło reżimowi miliardowe zyski.

Te dostawy broni oraz obecność żołnierzy umożliwiły zabezpieczenie dostaw energii i materiałów budowlanych. To pozwoliło Kim Dzong Unowi, przywódcy Korei Północnej, rozpocząć ogólnokrajową ofensywę budowlaną i zwiększyć dostępność energii — mimo sankcji ONZ.

Według raportu "Wall Street Journal" gospodarka Korei Północnej wzrosła w 2024 r. o niemal 4 proc. — najszybciej od ośmiu lat — i nadal się rozwija, a zdjęcia satelitarne pokazują, że nocą widać trzy razy więcej świateł niż pięć lat temu, zwłaszcza w rejonach przemysłowych.

onet.pl\Kyiv Post


W 2011 r., kiedy do władzy doszedł obecny przywódca, Kim Dzong Un — wnuk założyciela komunistycznego państwa — dochody walutowe kraju wyniosły 3,22 mld dol. (według aktualnego kursu 11 mld zł). Następnie wprowadzono sankcje. W 2020 r. KRLD zarobiła zaledwie 1,13 mld dol. (4,2 mld zł), a w 2021 r. — 1,4 mld dol. (5,2 mld zł).

Jednak potem wszystko się zmieniło.

W ubiegłym roku Kim Dzong Un uzyskał sześciokrotnie większe dochody zagraniczne niż w roku poprzedzającym wybuch wojny w Ukrainie — 8,38 mld dol. (31 mld zł). W sumie od 2022 r. udało mu się zarobić 22 mld dol. (82 mld zł) — wynika z analizy danych rządowych, handlowych i wywiadowczych przeprowadzonej przez Bloomberg Economics, a także z badania głównych źródeł przychodów walutowych Korei Północnej.

To prawie cztery razy więcej niż w poprzednim czteroletnim okresie, kiedy to Stany Zjednoczone przekonały Rosję i Chiny do poparcia sankcji wobec KRLD, aby pozbawić ją wpływów walutowych przeznaczonych na rozwój programu jądrowego.

Od 2022 r. Kim Dzong Un zaczął się wzbogacać dzięki sprzedaży broni, wspierając wojnę w Ukrainie rozpętaną przez Władimira Putina. Za pomoc "drogiemu przyjacielowi" Kim, według szacunków agencji Bloomberg, otrzymał od Rosji łącznie 14,02 mld dol. (52 mld zł) w ciągu czterech lat, w tym 849 mln dol. (3,1 mld zł) za "eksport" żołnierzy.

Wzrosły również dochody z przekazania północnokoreańskich robotników, którzy zaczęli być sprowadzani do Rosji, m.in. w celu "zrekompensowania" zaostrzenia polityki migracyjnej wobec mieszkańców krajów Azji Środkowej.

(...)

Oprócz dostarczenia żołnierzy KRLD zapewniła armii Putina amunicję artyleryjską i minową w ilości 5–6 mln sztuk — wskazuje kontradmirał w stanie spoczynku Mark Montgomery, obecnie starszy dyrektor Center on Cyber and Technology Innovation oraz starszy pracownik naukowy Foundation for Defense of Democracies. — To więcej niż wyprodukowało całe NATO w ciągu ostatnich kilku dekad — zauważa ekspert.

Ponadto od końca 2023 r. do sierpnia 2025 r. Korea Północna przekazała Rosji 150 rakiet balistycznych typu KN-23 i KN-24 — poinformował Agencję Reutera Andrij Czerniak, rzecznik Głównego Zarządu Wywiadu Ministerstwa Obrony Ukrainy. Według niego po rocznej przerwie Rosja ponownie zaczęła je wykorzystywać, otrzymując 40 sztuk. Cała nowa partia może liczyć 120 rakiet. Ponadto w obwodzie woroneskim tworzona jest północnokoreańska jednostka rakietowa.

onet.pl\The Moscow Times

czwartek, 6 sierpnia 2026



3000 lat. To jak od czasów Homera do dziś. Tyle lat pracy słynnego lekarza z Warszawskiego Szpitala Południowego, który zarabiał rocznie 1,6 mln, kosztowało budżet i NFZ tylko jedno weto prezydenta Karola Nawrockiego. Według szacunków Ministerstwa Finansów utrata wpływów z podwyżki akcyzy i opłaty cukrowej, które prezydent zablokował, wyniesie do wyborów 2027 roku ponad 5 mld zł. Nie wiemy, ile dokładnie z tych pieniędzy wypłynie w postaci zysków za granicę – zagraniczne koncerny mają szczególnie duży udział na rynku piwa – ale wiemy, że koszty wyrównania dziury w finansowaniu ochrony zdrowia spadną na państwo.

W przypadku weta w sprawie systemu SENT, uszczelniającego nadzór nad obrotem materiałami budowlanymi, koszty utracone na rzecz mafii vat–owskich szacowane są na 1,2 mld zł. Tyle bowiem autorzy ustawy chcieli pozyskać z uszczelnienia obrotu i zablokowania wyłudzeń w ramach mechanizmu, który monitoruje obrót w Polsce m.in alkoholu, paliw, tytoniu czy odzieży.

Z kolei 4 mld utraconych zysków dla budżetu grozi wskutek odesłania do Trybunału Konstytucyjnego ustawy o tzw. nadzwyczajnych zyskach koncernów paliwowych. Koszt weta aktu o usługach cyfrowych (DSA) czy ustawy o rynku kryptoaktywów trudniej policzyć, ale wiadomo, że brak regulacji rynku cyfrowego też ma swoją – nawet jeśli nie podobnie wymierną – cenę. I na tym bowiem korzystają oszuści czy niepłacące w Polsce uczciwych podatków korporacje. Przykładowo, w efekcie poprawek po pierwszym wecie prezydenta z ustawy o usługach cyfrowych usunięte zostały nie unijne biurokratyczne przepisy, ale wszystko, co do ustawy w ramach konsultacji społecznych dodano, żeby chronić polskich obywateli.

(...)

Do zaskoczeń nie należy, że prezydent zawetował projekt ustawy o statusie osoby najbliższej – czy tak zwanej „ustawy łańcuchowej”. Komuś może się to nie podobać, jasne, ale to warunek demokracji.

Dużo ciekawszym zagadnieniem jest jednak to, czemu prezydent wetuje ustawy, które uderzały w międzynarodowe mafie, wielkie zagraniczne korporacje czy zyski będące wynikiem drożejącej dla zwykłych obywateli benzyny?

(...)

A trzeba pamiętać o czymś jeszcze. Przecież faktycznym skutkiem tych wet nie będzie obniżka podatków, lecz coś odwrotnego. Miliardy, które powędrują do koncernów alkoholowych, mafii VAT–owskich czy międzynarodowych korporacji, nie trafią na rozwój polskiej armii, inwestycje czy edukację. Zarazem jednak rosnącą dziurę w systemie ochrony zdrowia (czy wskaźnik 5 proc. PKB na zbrojenia) i tak trzeba będzie sfinansować z budżetu lub z deficytu. Przy naszej demografii każda złotówka, która nie wpłynie do ZUS czy NFZ, i tak będzie musiała zostać wyrównana – bo w starzejącym się społeczeństwie nie będzie innej rady. Lecz pieniądze te nie popłyną z kieszeni korporacji, ale składek i podatków.

W praktyce obietnica niepodnoszenia Polakom podatków, którą prezydent zacementował toruńskim cyrografem u Sławomira Mentzena, poskutkuje tylko przerzuceniem tych pieniędzy z jednej kieszeni do drugiej. Nie zapłaci koncern paliwowy czy piwowarski, to zapłacą nauczyciele, pielęgniarki czy policjanci. Chyba że – tu kłania się wulgarna interpretacja polityki – właśnie o to w tym chodzi. Żeby, tak długo jak rządzi koalicja PO–PiS–Lewica, ludziom żyło się gorzej. A korzystne dla Polski i naszych planów rozwojowych ustawy prezydent będzie podpisywał dopiero, gdy w parlamencie uformuje się inna większość. A premierem będzie ktoś wskazany przez niego. Oczywiście jest to jakiś – choć pewnie niejedyny – klucz do interpretacji tych 12 ostatnich miesięcy w Pałacu Prezydenckim.

Poszukując jednak także innych odpowiedzi, o politykę wet prezydenta Karola Nawrockiego, postanowiłem popytać moich kolegów z prawicy. Niektórych, jak sądzę, nawet bliskich mu z czasów sprzed objęcia urzędy Prezydenta RP. Moi koledzy z prawicy, gdy pytam ich o weta Karola Nawrockiego, przedstawiają jedną z dwóch wersji. Są one zbieżne w tym wymiarze, że w obu prezydent jest człowiekiem bez winy i bez woli, albo bez wiedzy. Niewinnym zakładnikiem cudzych interesów albo lojalności.

Jedna wersja brzmi tak. Karol Nawrocki jest człowiekiem z biedy i gdańskich podwórek, więc ma wrażliwość społeczną i solidarystyczne poglądy na gospodarkę i państwo Lecha Kaczyńskiego. Jak najdalsze od liberalnych fantazji. Gdy jednak zadaję pytanie, czy Lech Kaczyński wetowałby ustawy uderzające w mafie VAT–owskie albo zyski globalnych koncernów, słyszę nagłą zmianę tonu. „Nie, nie, oczywiście, że Lech Kaczyński robiłby inaczej, ale rozumiesz, Karol Nawrocki musi trzymać Konfederację blisko”. Czyli wersja o tym, że prezydent ma propaństwowe i solidarystyczne poglądy, rozpływa się w powietrzu. Faktycznie bowiem to, co prezydent uważa za dobre dla Polski, jest drugorzędne. Ważne jest to, że związał się toruńskim cyrografem i jego decyzje dyktują obowiązujące poglądy wyborców Sławomira Mentzena.

Druga wersja mówi coś innego. Prezydent – przekonywał mój rozmówca – nie rozumie tych wszystkich gospodarczych spraw, nie czuje się w tym silny, więc powołał zespół analityków i doradców, którzy oceniają to za niego. „Czyli koniec końców ci analitycy oceniają to tak, żeby wyszło, że zawsze ma wetować większe wpływy do budżetu i cokolwiek, co uderza w zagraniczne korporacje?” – dopytuję. W odpowiedzi słyszę, że nie. Ale – kontynuuje mój rozmówca – muszę mieć na uwadze to, że do prezydenta dobijają się różni lobbyści i grupy wpływu. A na koniec głowa państwa robi wcale niekoniecznie to, co w dobrej wierze doradzają analitycy i doradcy.

To byłaby wersja – a przypomnę, cytuję raczej ludzi sympatyzujących z prezydentem – jeszcze gorsza. Bo to oznacza, że właśnie owe lobby i grupy wpływu piszą uzasadnienia wet i prowadzą rękę prezydenta.

(...)

Jest jednak rzecz, której prezydentowi Karolowi Nawrockiemu odebrać nie można. To coś, co wynika z – wybaczcie państwo – „neorojalizmu” polskiej prezydentury. Rzeczywiście chcemy w Polsce – a z pewnością chce tego większość z nas – prezydenta jako współczesnego monarchy. Tylko na epokę social mediów (które należałoby nazywać raczej mediami antyspołecznościowymi). Monarchy, w roli powiernika narodowej dumy, którego podziwiamy za majestat – pełne patosu słowa, smoking, powagę – i jednocześnie kogoś takiego, jak my. W tym sensie Karol Nawrocki jest – choć wszyscy krzywią się na to porównanie – drugim Aleksandrem Kwaśniewskim. Krytyków Kwaśniewskiego gorszył jego komunistyczny rodowód i wiele z jego decyzji. Ale Polakom podobało się, że ma poczucie humoru, dystans, gra w tenisa. I imponowała im wizja średnioklasowego, mieszczańskiego snobizmu, którą wraz z małżonką Jolantą Kwaśniewską, na przełomie wieków reprezentował.

Na podobnej zasadzie: obrazek Karola Nawrockiego, który z jednej strony walczy o polską rację w sporach historycznych, a z drugiej strony zbija piątki ze sportowcami i świetnie bawi się na trybunach, jest współczesnym disco polo Kwaśniewskiego. Lepszy od nas, ale i taki jak my. Taki, jacy chcielibyśmy być. W zapośredniczony sposób robi to, co i my byśmy chcieli – jak trzeba to się bije, a jak trzeba to się dobrze bawi, a przy tym zawsze w patriotycznym kostiumie. Nie kłania się autorytetom, ale i nie wywyższa (przynajmniej w ocenie wyborców) ponad miarę. Pozwala wyzbyć się wstydu – wstajemy z kolan i nie przepraszamy, że jesteśmy Polakami – i sprawnie idzie po wąskiej grani między powagą, wręcz brutalnością, a codziennością i swojskością.
 
I tak jak realna ocena prezydentury Kwaśniewskiego utonęła w nostalgii za Olkiem, tak i dziś bilans prezydentury – cena wet, jednowektorowej polityki zagranicznej, destrukcyjnych decyzji – znika za wizerunkiem. Czy, jak powiedzielibyśmy po internetowemu, „wajbem, który się zgadza”.

Pilawa: Kto wysoko się wspiął, ten wyjątkowo boleśnie upada. W podręcznikach do historii to zdanie będzie opisywać początek kariery politycznej Karola Nawrockiego jako prezydenta Polski.

zero.pl


Palantir budował swoją pozycję w Europie na długo przed obecnym rozkwitem AI. Jego stałym atutem było to, że nigdy nie zmarnował żadnego kryzysu, by udowodnić swoją przydatność rządom w potrzebie.

We Francji Palantir pojawił się po zamachach terrorystycznych w Paryżu w listopadzie 2015 r., gdy służby bezpieczeństwa zmagały się z gwałtowną presją społeczną oburzoną tym, że dopuściły do takiej tragedii. W 2016 r. krajowa agencja wywiadu podpisała kontrakt z gigantem analizy danych.

Podobnie było w Niemczech — pierwsze duże wdrożenie Palantiru nastąpiło we Frankfurcie. Policja kupiła system Gotham w 2017 r. i wdrożyła go pod nazwą hessenDATA. Okazał się on kluczowym narzędziem pozwalającym zamienić lawinę informacji w ślady prowadzące do rozwiązania spraw.

W Niemczech nadal toczy się spór o użycie oprogramowania Palantiru. Na szczeblu federalnym minister spraw wewnętrznych Alexander Dobrindt naciska na rozszerzenie stosowania Palantiru i forsuje odpowiednie przepisy. Spotyka się to jednak ze sprzeciwem koalicyjnych socjaldemokratów oraz części wysokich urzędników służb bezpieczeństwa.

Taki sam schemat, od kryzysu do kontraktu, powtórzył się w Wielkiej Brytanii podczas pandemii COVID-19. Jak podaje Louis Mosley, szef Palantiru w Wielkiej Brytanii, relacja firmy z NHS zaczęła się, gdy brytyjska ochrona zdrowia zapłaciła symboliczną opłatę 1 funta za agregację danych w czasie kryzysu.

Europol, unijna agencja policyjna, korzystał z platformy Gotham od 2016 do 2021 r., zanim z niej zrezygnował. Dla jednego z urzędników Europolu problem z Palantirem ma mniej wymiaru ideologicznego, a bardziej praktycznego. Tak, platforma jest droga, budzi obawy o suwerenność i uzależnia odbiorców od aktualizacji ze strony Palantiru — przyznaje. Ale podstawowe pytanie brzmi: czy każda instytucja potrzebuje pełnej machiny Palantiru?

— Palantir rzeczywiście sprawdza się przy ogromnych ilościach danych i chęci połączenia wszystkiego — mówi. — Ale to nie nasz przypadek. W wielu sytuacjach alternatywy są wystarczająco dobre.

onet.pl\Politico


👁️ Data House Res Futura 💾 ID raportu: Tranton_5b || 📡 Data support: www.sentione.com
🔐 Dostęp: 🟢 Free

📅 Okres danych: 06.08.2026
Zasięg w sieci: 3,5 MLN
🤖 Bot Spot: ok. 9% – powtarzalność napędzają pojedyncze konta wielokrotnie publikujące te same hasła po obu stronach sporu.

CZĘŚĆ 1 – BRIEF NARRACYJNY

Cztery różne hashtagi i seria rocznicowych ataków – Koalicja Obywatelska spróbowała przypieczętować pierwszy rok prezydentury Karola Nawrockiego etykietą porażki, a polski internet odpowiedział jej z nawiązką laurką dla głowy państwa.

Falę otwiera skoordynowana akcja Koalicji Obywatelskiej i rządu, które pod hasłami #SzkodliweWeto, #Wetoman, #Wetomat czy #StraconyRok rozpisały rocznicę prezydentury na serię tematycznych zarzutów – od energetyki i bezpieczeństwa, przez prawa obywateli, po sprawy podatkowe i sądownictwo. Ten bilans szkodliwych wet ma jednak dziś w polu równie silnego rywala: kontratak wymierzony w sam rząd, który odpowiada zarzutami o niespełnione obietnice, afery i rosnące ceny, oraz spójny front obrony prezydenta budowany wokół wysokiego poparcia sondażowego i przekonania, że wetowane ustawy były po prostu źle napisane. Krytyka kampanii KO jako cynicznej, sztampowej propagandy rośnie równolegle z każdą kolejną publikacją oficjalnych kont, a personalne ataki na prezydenta – bez wskazania konkretnego zarzutu – utrzymują się na stałym, wysokim poziomie przez cały badany dzień. Sygnałem ostrzegawczym dla obozu rządzącego jest trwałość jednego argumentu obronnego: powracający w całym badanym okresie argument o celowym wszywaniu do ustaw zapisów, które mają wymusić weto, funkcjonuje jako gotowe narzędzie unieważniające każdy kolejny zarzut z listy KO, niezależnie od jego treści.

Narracyjnie wygrywa obóz broniący prezydenta. Mimo że to Koalicja Obywatelska nadaje kampanii ton i wolumen z poziomu oficjalnych kont, w organicznym odzewie – komentarzach i cytowaniach – przeważa kontratak na rząd i obrona Nawrockiego, a łączna nośność narracji przychylnych prezydentowi wyraźnie przewyższa nośność bilansu szkodliwych wet. To efekt bumerangu: własna akcja rocznicowa KO stała się dla przeciwników politycznych okazją do mobilizacji, a nie momentem, w którym udało się narzucić polu jednoznaczną ramę porażki prezydentury.

Na osiach oceny obraz jest jednoznaczny na korzyść prezydenta. Wśród głosów zajmujących stanowisko zdecydowanie przeważa przekonanie, że weta nie szkodzą Polsce, a bilans krytyki KO trafia raczej w mniejszość pola niż w jego środek. To nie jest spór wyrównany – to wyraźna przewaga jednej strony, choć wciąż mierzona w polu, gdzie druga strona zachowuje realną, kilkudziesięcioprocentową obecność.

Weta broniły Polski przed złym prawem: ✅ 72% [szacunkowe] / Weta szkodziły Polsce przez cały rok: ❌ 28% [szacunkowe]

Najmocniejszy argument za tym, że weta broniły Polski przed złym prawem, brzmi: rząd wszywa do ustaw zapisy niemożliwe do zaakceptowania, żeby wymusić odmowę podpisu i później rozgrywać ją politycznie jako dowód złej woli prezydenta. W tym obozie mieszczą się zarówno głosy przekonane, że konkretne ustawy – energetyczna, kryptowalutowa czy sądowa – miały realne wady, jak i głosy czysto afirmatywne, dla których każde weto jest z definicji słuszne, bo pochodzi od popieranego prezydenta.

Najmocniejszy argument za tym, że weta szkodziły Polsce przez cały rok, brzmi: konkretne odrzucone ustawy – o tańszej energii, o bezpieczeństwie dostaw, o prawach osób bliskich – miały realną wartość dla obywateli, a ich zablokowanie oznacza wymierne straty czasu i pieniędzy. Obóz ten obejmuje zarówno wyliczenia całościowego bilansu wet jako dowodu obstrukcji, jak i wskazania pojedynczych, najbardziej dotkliwych decyzji w obszarze energetyki i bezpieczeństwa.

CZĘŚĆ 2 – ANALIZA NARRACYJNA

🗺️ Mapa narracji – fazy i wektory

Pole rozkłada się na pięć głównych narracji, a kluczem interpretacyjnym jest to, że oficjalna kampania rocznicowa Koalicji Obywatelskiej dzieli nośność niemal po równo z organicznym kontratakiem wymierzonym w sam rząd, a wokół obu tych biegunów układają się narracje poparcia, krytyki kampanii i obrony prezydenta.

Największa nośność, 16% [szacunkowe], to bilans szkodliwych wet – seria tematycznych zarzutów wobec kolejnych odrzuconych ustaw, prowadzona równolegle na kilku frontach: energetyki i cen prądu, bezpieczeństwa i obronności, praw obywateli, spraw podatkowo-gospodarczych oraz sądownictwa. Narracja jest w fazie plateau: powtarza ten sam schemat od początku badanego dnia, każde kolejne weto dostaje osobną odsłonę w tym samym formacie, bez wyraźnej eskalacji tonu. Źródłem jest skoordynowana publikacja oficjalnych kont rządowych i partyjnych, a jej potencjał przebicia do mainstreamu jest wysoki, bo temat rocznicy prezydentury sam w sobie gwarantuje uwagę mediów. Wewnątrz tej narracji większość głosów formułuje ocenę ogólną, bez wskazania mechanizmu, ale wyraźnie widać też kilka odrębnych wątków mechanizmowych – energetykę, bezpieczeństwo, prawa obywateli, podatki i sądownictwo – z których żaden pojedynczo nie przebija się do czołówki, choć razem budują większość nośności tej narracji. Organiczność jest umiarkowana: rdzeń stanowią publikacje instytucjonalne, ale rozchodzą się one dalej przez naturalne cytowania i odpowiedzi sympatyków.

Druga narracja, również 16% [szacunkowe], to kontratak skierowany w sam rząd – odpowiedź na kampanię rocznicową w postaci zarzutów o niespełnione obietnice wyborcze, afery lokalne, rosnące ceny paliw i pogłębiający się dług publiczny. Narracja jest w fazie eskalacji: rośnie wprost proporcjonalnie do intensywności publikacji strony rządowej, bo każdy kolejny wpis o wecie przyciąga pod sobą falę odpowiedzi tego typu. Pochodzi niemal wyłącznie z sekcji komentarzy pod postami samej Koalicji Obywatelskiej, co nadaje jej charakter reaktywny i w pełni organiczny – to nie jest zaplanowana kontrkampania, lecz spontaniczna, masowa riposta widzów na własnym podwórku nadawcy. Potencjał przebicia do mainstreamu jest ograniczony do bańki osób już zaangażowanych w spór, ale w obrębie tej bańki jest to narracja dominująca.

Trzecia narracja, 9% [szacunkowe], to powoływanie się na wysokie poparcie społeczne dla prezydenta – przywoływanie sondażowego wyniku ponad połowy Polaków jako kontrargumentu wobec całej kampanii krytycznej. Narracja jest w fazie plateau, utrzymuje się na stałym poziomie przez cały badany dzień, często w formie krótkich, powtarzalnych wpisów bez rozwinięcia. Ma wysoki potencjał mobilizacyjny wewnątrz elektoratu prezydenckiego, bo dostarcza gotowej, liczbowej odpowiedzi na każdy zarzut, choć poza tą bańką jej siła przekonywania jest niższa. Część wpisów w tej narracji nosi ślady powtarzalności – te same sformułowania i ten sam wynik wracają w wielu miejscach pola niemal bez zmian, co sugeruje wspólne źródło inspiracji, a nie w pełni niezależne, oddolne powstawanie tych treści.

Czwarta narracja, 7% [szacunkowe], to krytyka samej akcji rocznicowej jako cynicznej, sztampowej propagandy – zarzut, że hasła i grafiki kampanii są puste, powtarzalne i skierowane bardziej do już przekonanych niż do kogokolwiek innego. Narracja jest w fazie eskalacji, bo rośnie razem z każdą kolejną publikacją w tym samym formacie graficznym i językowym, które ułatwiają wyśmianie schematu. Ma umiarkowany potencjał przebicia do mainstreamu, bo krytyka formy medialnej rzadko przebija się poza krąg osób już zaangażowanych politycznie. Jest w pełni organiczna, rozproszona wśród wielu pojedynczych głosów, bez wyraźnego jednego źródła.

Piąta narracja, 7% [szacunkowe], to przekonanie, że prezydent słusznie odrzuca ustawy zawierające ukryte, niekorzystne zapisy – obrona weta jako aktu odpowiedzialności, nie obstrukcji. Narracja jest w fazie plateau, towarzyszy kampanii krytycznej od samego początku i nie wykazuje wyraźnej tendencji wzrostowej ani spadkowej w badanym okresie. Ma średni potencjał przebicia do mainstreamu, bo wymaga znajomości szczegółów legislacyjnych, których nie każdy odbiorca chce śledzić. Jest głównie organiczna, choć powtarzalność konkretnego argumentu o celowo wadliwych zapisach w ustawach wskazuje na jeden wspólny punkt odniesienia, z którego czerpie wielu autorów niezależnie od siebie.

⚡ Epicentra i amplifikatory

Bilans szkodliwych wet ma jasno zlokalizowane epicentrum: Kancelaria Premiera i oficjalne konto Koalicji Obywatelskiej publikują serię tematycznych grafik poświęconych kolejnym odrzuconym ustawom, z których każda dostaje osobną, ujednoliconą odsłonę. Amplifikatorami są politycy partii koalicyjnych – rzecznik rządu Adam Szłapka, wicepremier Krzysztof Gawkowski oraz posłowie i posłanki Koalicji Obywatelskiej publikujący pod tymi samymi hasztagami na własnych kontach, w tym Borys Budka i Cezary Tomczyk, którzy nadają przekazowi dodatkowy zasięg poza kontami instytucjonalnymi.

Kontratak na rząd nie ma jednego wyróżnionego epicentrum personalnego – jego źródłem jest zbiorowe grono komentujących pod postami samej Koalicji Obywatelskiej na Facebooku, co czyni go reakcją na własną publikację nadawcy, nie zewnętrzną kontrkampanią. Amplifikatorami są aktywne konta na X, które regularnie przywołują wypowiedź posła Marcina Józefaciuka o wadliwych zapisach wszywanych do ustaw jako gotowy kontrargument, powielany pod kolejnymi wpisami niezależnie od tego, którego weta akurat dotyczą.

Poparcie sondażowe dla prezydenta ma epicentrum w cytowaniu wyniku sondażu pracowni IBRiS dla Wirtualnej Polski, wskazującego rekordowe poparcie dla głowy państwa. Amplifikatorami są liczne indywidualne konta na X i Facebooku, powtarzające ten sam wynik niemal słowo w słowo pod wieloma różnymi wpisami, co nadaje tej narracji charakter gotowego, łatwego do skopiowania argumentu.

🔓 Podatność kontrnarracyjna

Bilans szkodliwych wet jest średnio podatny na kontrę. Ma wyraźną lukę: opiera się na wyliczeniu liczby odrzuconych ustaw bez przypominania równie dużej liczby ustaw podpisanych, co otwiera pole do prostego kontrargumentu liczbowego. Skutecznie mogliby go osłabić sami politycy prezydenccy, przypominając regularnie stosunek ustaw podpisanych do zawetowanych oraz wskazując konkretne wadliwe zapisy w każdej z krytykowanych ustaw, zamiast ograniczać się do ogólnego zaprzeczenia.

Kontratak na rząd jest nisko podatny na kontrę wewnątrz własnej bańki, bo karmi się bezpośrednio treścią atakowanych postów i nie wymaga samodzielnego uzasadnienia. Jego słabością jest jednak to, że rzadko odnosi się merytorycznie do samych wet, co ułatwia stronie rządowej odpowiedź przez oddzielenie tematu afer od tematu wet, zamiast pozostawiania zarzutu bez reakcji. Skutecznie osłabić tę narrację mogliby rzecznicy rządu, systematycznie rozdzielając te dwa wątki w swoich odpowiedziach.

Poparcie sondażowe jest wysoko podatne na kontrę, bo opiera się na pojedynczym wyniku bez kontekstu metodologicznego ani porównania z innymi pomiarami z tego samego okresu. Lukę mogliby wykorzystać komentatorzy strony rządowej, zestawiając ten wynik z innymi sondażami lub wskazując na różnice metodologiczne, co osłabiłoby wrażenie jednoznacznego mandatu społecznego. Na razie nikt w badanym polu nie podjął tej kontry, co pozwala narracji utrzymywać się bez większego oporu.

🧠 Dominujące emocje w dyskursie

Pogarda i kpina (36% [szacunkowe]) to najczęściej występująca w zbiorze emocja, obecna niemal równomiernie po obu stronach sporu – wyśmiewanie przeciwnika, ironiczne komentarze i sarkastyczne riposty dominują zarówno wśród krytyków, jak i obrońców prezydenta. Paliwem jest wzajemna niechęć dwóch ugruntowanych obozów politycznych, dla których rocznica prezydentury stała się kolejną okazją do potwierdzenia własnych przekonań, nie do rzeczowej wymiany argumentów. Nośnikami są zarówno krótkie, jednozdaniowe riposty pod postami polityków, jak i dłuższe, rozbudowane tyrady w komentarzach na Facebooku. Emocja ta jest wysoko podatna na instrumentalizację przez aktorów zewnętrznych, bo łatwo dokleić do niej dowolną nową treść bez potrzeby merytorycznego uzasadnienia.

Gniew i oburzenie (23% [szacunkowe]) towarzyszy przede wszystkim wyliczeniom konkretnych, odrzuconych rozwiązań – energetycznych, socjalnych i bezpieczeństwa – opisywanych jako realna strata dla obywateli. Paliwem jest poczucie, że decyzje polityczne mają bezpośrednie przełożenie na codzienne rachunki i bezpieczeństwo, co nadaje tej emocji wyższą wiarygodność niż czystej kpinie. Nośnikami są głównie oficjalne konta polityczne i ich najbliżsi sympatycy, rzadziej przypadkowi komentujący. Instrumentalizacja zewnętrzna jest tu możliwa, ale wymagałaby dostarczenia nowych, konkretnych przykładów strat, bo sama emocja bez świeżego paliwa faktograficznego wygasa stosunkowo szybko.

Duma i aprobata (9% [szacunkowe]) koncentruje się wokół obrony prezydenta i przywoływania jego poparcia sondażowego jako dowodu słuszności jego decyzji. Paliwem jest przekonanie o osobistej więzi części elektoratu z prezydentem, widoczne w emocjonalnym, wykrzyknikowym tonie wielu wpisów. Nośnikami są głównie indywidualne konta na Facebooku i X, rzadziej organizacje partyjne. Ta emocja jest podatna na instrumentalizację przez środowiska prezydenckie, które mogą łatwo przekuć ją w zorganizowaną mobilizację przy kolejnych sporach z rządem.

Humor i ironia (7% [szacunkowe]) przejawia się w memach, przeróbkach haseł kampanii i żartobliwych nawiązaniach do wcześniejszych sporów politycznych. Paliwem jest sama forma kampanii rocznicowej – jednolite hasła i grafiki łatwo poddają się parodii, co obie strony sporu wykorzystują do wzajemnego wyśmiewania. Nośnikami są zarówno konta satyryczne, jak i przypadkowi komentujący dorzucający własne żarty do już istniejącego wątku. Instrumentalizacja zewnętrzna jest tu ograniczona, bo humor działa najskuteczniej w rękach autorów bezpośrednio zaangażowanych w spór, nie z zewnątrz.

Nienawiść i wrogość wobec przeciwnej strony politycznej (5% [szacunkowe]) przejawia się w bezpośrednich wyzwiskach i inwektywach, pozbawionych już jakiegokolwiek odniesienia do samego tematu wet. Paliwem jest wieloletnia polaryzacja polityczna, dla której rocznica prezydentury jest tylko kolejnym pretekstem do wyładowania niechęci wobec drugiej strony sceny politycznej. Nośnikami są głównie komentarze na Facebooku pod postami największego zasięgu. Ta emocja jest nisko podatna na pozytywną instrumentalizację przez którąkolwiek ze stron, bo jej intensywność szkodzi wiarygodności obu obozów jednocześnie.

🎯 Oczekiwania społeczne i okna operacyjne

Zmiana władzy w najbliższych wyborach (2% [szacunkowe]), okno: do jesieni przyszłego roku, to najczęściej formułowane oczekiwanie – część komentujących wprost deklaruje, że obecny spór rozstrzygnie dopiero wynik kolejnych wyborów parlamentarnych, nie kolejna runda wet czy kontrwet. Aktorzy oczekujący tej zmiany kierują swoje nadzieje głównie do własnego elektoratu, mobilizując go do wytrwania do terminu głosowania, nie do konkretnej instytucji czy urzędnika. Horyzont jest z natury odległy, co obniża presję na natychmiastową reakcję którejkolwiek ze stron sporu. Zanim narracja wokół tego oczekiwania osiągnie plateau, upłynie zapewne jeszcze wiele podobnych rocznicowych starć, bo samo oczekiwanie odnawia się przy każdej kolejnej okazji medialnej. Jeśli nie zostanie spełnione w zakładanym terminie, ryzykuje to pogłębieniem frustracji części elektoratu krytycznego wobec prezydenta, co może wzmocnić właśnie te narracje, które już dziś dominują w polu.

Rozliczenie prezydenta przed Trybunałem Stanu lub odsunięcie go od urzędu pojawia się jako postulat skrajnego, brzegowego skrzydła pola – zbyt wąskiego, by nadawać mu liczbowy wymiar – okno pozostaje nieokreślone, bo nie towarzyszy mu żaden konkretny mechanizm proceduralny wskazany przez autorów wpisów. Kierowany jest do instytucji parlamentarnych i wymiaru sprawiedliwości, nie do samego prezydenta, co świadczy o charakterze bardziej życzeniowym niż operacyjnym tego oczekiwania. Narracja wokół niego raczej nie zbliża się do żadnego punktu kulminacyjnego, a jego niespełnienie nie generuje w badanym polu wyraźnej frustracji, bo już w punkcie wyjścia jest traktowane przez większość jako mało prawdopodobne.

📌 Wnioski analityczne

Kampania rocznicowa Koalicji Obywatelskiej przyniosła efekt odwrotny do zamierzonego w warstwie organicznej. Choć to strona rządowa nadaje kampanii ton i wolumen z poziomu oficjalnych kont, w komentarzach pod jej własnymi publikacjami przeważa kontratak i obrona prezydenta, nie akceptacja przekazu o szkodliwości wet. Dla sztabu odpowiedzialnego za komunikację oznacza to, że dalsze powielanie tego samego formatu bez zmiany kanału dotarcia może pogłębiać, nie osłabiać, przewagę narracyjną drugiej strony. Skuteczniejsza mogłaby okazać się zmiana środowiska publikacji na takie, w którym odbiorcy nie są już zmobilizowani przeciwko nadawcy.

Argument o celowym wszywaniu do ustaw zapisów wymuszających weto funkcjonuje jako trwały, uniwersalny kontrargument, obecny przez cały badany okres niezależnie od tego, którego konkretnego weta dotyczy aktualna dyskusja. Ta trwałość, nie sama skala, czyni go sygnałem wczesnego ostrzegania dla strony rządowej: raz uruchomiony argument nie wygasa wraz z tematem, lecz zostaje w gotowości do użycia przy każdej kolejnej okazji. Jeśli strona rządowa nie zaproponuje własnej, równie zwięzłej riposty na ten konkretny zarzut, ryzykuje, że stanie się on domyślnym filtrem, przez który część odbiorców odczyta każdą przyszłą krytykę wet.

Powtarzalny, niemal identyczny sondażowy wynik poparcia dla prezydenta, cytowany w wielu miejscach pola niezależnie od siebie, wskazuje na gotowe, przećwiczone narzędzie mobilizacyjne po stronie prezydenckiej, nie na spontaniczne, oddolne odkrycie tego samego faktu przez wielu autorów. Dla obozu prezydenckiego jest to okno do dalszego wzmacniania przekazu o mandacie społecznym przy okazji kolejnych sporów z rządem, o ile utrzyma podobną dyscyplinę przekazu. Dla strony rządowej to sygnał, że sama krytyka wet bez odniesienia się do tego kontrargumentu pozostawia lukę, którą przeciwnik już systematycznie wypełnia.

Duży udział czystych ataków personalnych, pozbawionych jakiegokolwiek odniesienia do treści konkretnych wet, sąsiaduje bezpośrednio w tych samych wątkach z merytoryczną krytyką i obroną decyzji prezydenta. Dla obu stron sporu oznacza to ryzyko, że neutralny obserwator odczyta całość wymiany jako zwykłą polityczną przepychankę, nie jako rzeczową ocenę konkretnych ustaw, co osłabia wiarygodność argumentów merytorycznych formułowanych obok. Strona, która skuteczniej oddzieli własny przekaz merytoryczny od otaczającego go szumu inwektyw, zyska przewagę u odbiorców niezaangażowanych na stałe w ten spór.

/Stosunek za do przeciw jest odbiciem "zajęcia" mediów społecznościowych przez agresywne, "prawicowe" algorytmy; nie przedstawia realnych proporcji nastrojów społecznych, gdzie przewaga prawicy jest niewielka, jeśli w ogóle. Po drugie badający zakłada, że KO zakłada, że kogoś na X i fb odbije, być może KO chce tylko zaistnieć, puścić przekaz, i jest świadoma w jakimś stopniu w realiach "polityki algorytmowej", która sprzyja agresywnej, dezinformującej kampanii, czyli Konfederacji - red./

resfutura.pl


Gdy dostałem od jednego z polskich tygodników zlecenie napisania artykułu o polskiej kolonizacji Ukrainy w czasach I RP, zacząłem dzwonić do ukraińskich intelektualistów i historyków. I dowiedziałem się, że chyba mnie popieprzyło, że chcę mówić o jakiejś kolonizacji, jeśli po pierwsze, to Rzeczpospolita to jest również ich tradycja i historia i chcą w niej partycypować, a po drugie, to kolonizowali wszyscy samych siebie: ruska szlachta (do pewnego stopnia niby spolonizowana, choć ta polonizacja to była po prostu kultura państwowa, "rzeczpospolita", wspólna) eksploatowała ruskich chłopów, a polska - polskich.

Taka narracja, oczywiście, nie występowała zbyt często, gdy to Moskwa nadawała ton ukraińskiej polityce historycznej. Ale teraz już nie nadaje. 

No i tak.  

Nie ma co wyskakiwać przed szereg, mości państwo.

x.com/ZiemowitSzcze11

środa, 5 sierpnia 2026



„Rosja swoim terrorem faktycznie zablokowała korytarz zbożowy, czy też szlak morski do transportowania ukraińskiej produkcji za granicę. Zwróciliśmy się już do naszch partnerów i sojuszników, by pomogli nam w odblokowaniu eksportu morskiego poprzeć naciski na Moskwę” – powiedział Sybiha na konferencji prasowej w Kijowie z szefową MSZ Łotwy Baibą Braże.

„Prowadzimy obecnie intensywne konsultacje ze wszystkimi naszymi sąsiadami – Mołdawią, Rumunią, Słowacją, Węgrami i Polską – na temat tego, w jaki sposób rozbudować infrastrukturę i stworzyć odpowiednie warunki, aby pomóc Ukrainie transportować zboże na rynki państw trzecich. Chciałbym podkreślić, że mówimy o tranzycie przez te kraje” – zastrzegł szef ukraińskiej dyplomacji.

/Ta sytuacja - węziej - jest skutkiem ukraińskich ataków na statki na Morzu Azowskim - red./

Wyjaśnił, że chodzi o rozwiązania podobne do tych z 2022 roku z wykorzystaniem lądowych korytarzy transportowych. „Tam, gdzie będzie to możliwe, chcemy również wykorzystywać porty tych państw, aby ukraińskie produkty mogły dotrzeć do odbiorców” – dodał Sybiha.

Temat transportu ukraińskiego zboża do portów państw sąsiednich nie jest nowy. W wyniku zniesienia unijnych ceł do Polski sprowadzono miliony ton, które - jak się okazało - zamiast trafić do państw docelowych, zostało u nas. Dodatkowo jakość tego zboża pozostawiała wiele do życzenia, a część określana była wprost jako "techniczne", a więc nie było przeznaczone do spożycia. Mimo to, na polskie stoły, o czym pisaliśmy jako pierwsi, trafiło około 300 tys., bochenków chleba z tejże mąki.

W tej sprawie prokuratura postawiła już zarzuty szeregowi osób, a Ministerstwo Rolnictwa udostępniło listę firm, zamieszanych w eksport. 

PAP


Pierwsze trzy lata pełnoskalowej inwazji na Ukrainę nie przełożyły się na ogólną kondycję rosyjskich finansów regionalnych. Rok 2022 skonsolidowane budżety podmiotów federacji zakończyły nawet z nadwyżką, choć znacznie niższą niż rok wcześniej. W 2023 i 2024 r. odnotowano stosunkowo niewielki deficyt.

Sytuacja znacząco pogorszyła się w 2025 r., gdy łączny deficyt regionalny osiągnął rekordowe 1,5 bln rubli (ok. 5,5% wydatków; 20 mld dolarów), tym samym znacznie przekraczając wcześniejsze prognozy rządu federalnego, zakładające ujemne saldo w wysokości ok. 300 mld rubli. Wydatki przewyższyły dochody w 74 z 89 regionów (wliczając w to ukraińskie terytoria okupowane – 6 podmiotów). Jednocześnie wyraźnie wzrosło zadłużenie podmiotów federacji.

Problemy, z jakimi mierzą się obecnie regiony, wypływają częściowo z samej architektury relacji finansowych między nimi a Kremlem. Model ten odzwierciedla politykę centralizacji, prowadzoną przez reżim Władimira Putina w ostatnim ćwierćwieczu.

Budżety regionalne opierają się na trzech głównych filarach – podatkach dochodowych od osób fizycznych (PIT) i prawnych (CIT) oraz na transferach międzybudżetowych. Te ostatnie, przyznawane przez centrum federalne, dzielą się na subsydia i subwencje – przeznaczane na (współ)finansowanie określonych zobowiązań – oraz dotacje, bez uściślonego celu wydatkowania. Do pozostałych źródeł regionalnych dochodów należą m.in. podatki akcyzowe, od nieruchomości, transportowe etc.

W latach bezpośrednio poprzedzających inwazję na Ukrainę, transfery międzybudżetowe stanowiły przeciętnie ok. 20% dochodów skonsolidowanych budżetów regionalnych, co wskazuje na istotną rolę centrum federalnego w ich finansach (aczkolwiek udział środków przyznawanych z Moskwy różni się znacząco w zależności od podmiotu; w 2025 r. tylko 26 regionów – tzw. donatorów – przekazywało do centrum więcej środków, niż z niego otrzymywało).

W ramach centralizacyjnej polityki Kremla zwiększył się ponadto udział władz centralnych w redystrybucji dochodów podatkowych regionów. W ostatniej dekadzie do budżetu federalnego trafiało średnio powyżej 50% (najwięcej w 2025 r. – 57%) z nich.

Co więcej, Ministerstwo Finansów FR od początku drugiej dekady XXI wieku stopniowo zastępowało ponadto zadłużenie podmiotów federacji w bankach komercyjnych tańszymi pożyczkami budżetowymi. Obniżyło to wprawdzie koszty obsługi długu ponoszone przez regiony, jednak za cenę większej kontroli politycznej ze strony centrum.

Powyższy model relacji finansowych dostarczył Kremlowi dodatkowe narzędzia politycznego oddziaływania na regiony. Z drugiej strony jednak centrum odgrywało coraz większą rolę w stabilizacji ich budżetów. Po 2022 r., z każdym kolejnym rokiem pełnoskalowej wojny, okazywało się to coraz trudniejszym zadaniem.

Sytuacja stała się szczególnie poważna w 2025 r., gdy rosyjska gospodarka znalazła się w stagnacji (oficjalnie wzrost PKB wyniósł zaledwie 1%), a deficyt w budżecie federalnym osiągnął 5,65 bln rubli (ok. 70 mld dolarów, 2,6% PKB). W tych warunkach możliwości Kremla w zakresie pomocy regionom okazały się bardzo ograniczone.

Znaczne powiększenie się deficytu skonsolidowanych budżetów regionów w 2025 r. było wynikiem przede wszystkim niekorzystnej różnicy między tempem wzrostu ich wydatków (o 8,9%; odnotowany w 79 regionach) a dochodów własnych (o 4,1%; odnotowany w 71 regionach). Przy uwzględnieniu inflacji (5,6%) w ujęciu realnym te ostatnie wręcz się zmniejszyły.

Regiony zebrały wprawdzie więcej pieniędzy z tytułu PIT (aż w 88 regionach; m.in. dzięki podwyżce płacy minimalnej i indeksacji wynagrodzeń w sektorze publicznym), jednak dochody z CIT zmniejszyły się (w 55 regionach), nie tylko wskutek złej sytuacji makroekonomicznej. Wpływ na to miało również podniesienie podatku od osób prawnych z 20% do 25%, co skłoniło przedsiębiorstwa do działań na rzecz optymalizacji. Beneficjentem podwyżki był natomiast budżet federalny, do którego trafiły dodatkowe dochody (jego udział w CIT wzrósł z 3% do 8%). Jednocześnie udział transferów międzybudżetowych w dochodach regionów pozostał na tym samym poziomie – 15% (3,95 bln rubli; rok wcześniej – 3,75 bln). Oznacza to ich realny spadek względem poziomu sprzed wojny.

Wzrost zadłużenia skonsolidowanych budżetów regionalnych (odnotowany w 38 podmiotach) do rekordowych 3,5 bln rubli związany jest z kolei z niemal trzykrotnym zwiększeniem się udziału w nim pożyczek komercyjnych między styczniem 2025 a styczniem 2026 r. W tym samym czasie udział pożyczek budżetowych spadł. Większość regionów nie dysponuje dużymi rezerwami finansowymi (ich ogólna suma zmalała w 2025 r. z 2,9 do 1,9 mld rubli). Nagłe powiększenie się deficytu wymusiło zatem zaciągnięcie wysoko oprocentowanych (od 17% do niemal 30%) zobowiązań wobec prywatnych instytucji kredytowych celem pokrycia wydatków bieżących. W efekcie koszt obsługi zadłużenia regionalnego wzrósł w ciągu roku o 39%.

Szybko rosnące wydatki regionów przynajmniej częściowo wiążą się z inwazją na Ukrainę. Koszty te nie wyrażają się przy tym wyłącznie w oficjalnych wydatkach regionalnych na obronność i bezpieczeństwo. Choć wzrosły one znacznie od 2022 r., nadal stanową niewielką część wszystkich wydatków.

(...)

Najprawdopodobniej największym „wojennym” obciążeniem dla budżetów regionów jest współfinansowanie jednorazowych płatności dla ochotników podpisujących kontrakty z Ministerstwem Obrony. Wielkość regionalnych bonusów różni się przy tym znacznie w zależności od miejsca – od 300 tys. rubli (ok. 3,6 tys. dolarów) w Republice Komi do 4,1 mln (50 tys. dolarów) w Petersburgu.

Według niezależnych szacunków w 2023 r. zaciągnęło się do armii ok. 345 tys. Rosjan, w 2024 – 407 tys., w 2025 – 364 tys. Tempo rekrutacji zaczęło spadać w ostatnim kwartale ub.r. (względem analogicznego okresu w 2024 r. – o połowę). Negatywny trend utrzymywał się w pierwszym kwartale 2026 r. (-20%). W związku z tym centrum wywiera na regiony presję na zwiększenie zaciągu, co przekłada się na wzrost średniej wysokości bonusu dla ochotników.

W 2024 r. regiony według niezależnych ocen mogły przeznaczać na jednorazowe płatności średnio 13% swoich wydatków socjalnych, zaś na wszystkie transfery dla żołnierzy, weteranów oraz ich rodzin – blisko jedną czwartą. Oznaczałoby to, że w latach 2024–2025 na samą rekrutację i świadczenia socjalne (np. odszkodowania) związane z wojną budżety regionalne wydawały co najmniej 840 mld rubli (ok. 10 mld dolarów) rocznie. Według innych wyliczeń wydatki podmiotów federacji na ww. cele wyniosły min. bilion rubli.

(...)

Związanemu z wojną obciążeniu finansowemu i szkodom powstałym w wyniku działań zbrojnych towarzyszy pogarszająca się sytuacja makroekonomiczna w Rosji. Pośrednie skutki inwazji – sankcje gospodarcze, odpływ zachodnich firm, zdezorganizowane łańcuchy dostaw, reorientacja kierunków eksportu, wahania kursu rubla wobec dolara, spadek inwestycji czy technologiczny regres – przekładają się na kondycję gospodarczą poszczególnych regionów.

W szczególnie trudnej sytuacji znajdują się obecnie regiony, których gospodarki skoncentrowane są wokół branż objętych sankcjami, jak metalurgia (zatrudniająca 700 tys. pracowników w całej Rosji), przemysł motoryzacyjny (kilkaset tys.) czy górnictwo węglowe (150 tys.). Kryzys w tych sektorach, oznaczający zmniejszone wpływy z podatku CIT, w pełni uderzył w regionalne budżety w 2025 r. Ucierpiały również regiony specjalizujące w wydobyciu ropy naftowej i gazu ziemnego, leśnictwie i związanych z nim przemysłach czy eksporcie dóbr na Zachód.

Największy deficyt budżetowy w 2025 r. w rezultacie odnotowały: specjalizujący się w metalurgii obwód wołogodzki (23%), odpowiadający za połowę rosyjskiego wydobycia węgla obwód kemerowski (22%), wydobywające węglowodory obwody. tiumeński (22%) i sachaliński (20%) oraz Jamalsko-Nieniecki Okręg Autonomiczny (20%). Jednocześnie znaczna część dochodów podatkowych (średnio ok. 70%) regionów z rozwiniętym górnictwem naftowym i gazowym trafia do budżetu federalnego.

(...)

Stosunkowo bezpieczne finansowo są Moskwa (oraz satelicki obwód moskiewski) i Petersburg, korzystające ze znacznej koncentracji płatników CIT na swoim terenie. Paradoksalnie, w sprzyjającej sytuacji znajdują się także najsłabiej rozwinięte regiony (np. Czeczenia), w dużym stopniu zależne od transferów z centrum. Te bowiem stanowią stabilne źródło dochodów budżetowych.

Nie zważając na problemy finansowe regionów, Kreml w coraz większym stopniu angażuje je w wojnę, drenując ich budżety poprzez (formalne i nieformalne) obciążanie ich częścią rosnących kosztów związanych z jej prowadzeniem.

osw.waw.pl




Kathleen Curlee z Center for Security and Emerging Technology na Uniwersytecie Georgetown ocenia sytuację bardziej trzeźwo: branża sztucznej inteligencji pochłania praktycznie wszystkie zyski Starlinka, a to, czy centra danych w kosmosie w ogóle się opłacą, pozostaje całkowicie otwartą kwestią. To ryzykowny zakład. Na początku 2026 r. SpaceX przejęło start-up Muska xAI i od tego czasu łączy technologię rakietową, satelity oraz rozwój sztucznej inteligencji, aby dotrzymać kroku firmom OpenAI i Anthropic.

Projekt Starship również pozostaje w tyle: pod koniec lipca odbył się dopiero 13. lot testowy, a żaden egzemplarz nie osiągnął jeszcze orbity okołoziemskiej. Według Agencji Reutera w marcu w raporcie nadzorczym NASA ostrzegano, że opóźnienia mogą zagrozić lądowaniu na Księżycu, które zostało zaplanowane na 2028 r.

W przypadku SpaceX nieustannie widać ponadto, jak ściśle model biznesowy firmy jest powiązany z Waszyngtonem. Prezes Gwynne Shotwell oszacowała łączną wartość zamówień federalnych na koniec 2024 r. na ok. 22 mld dol. (81 mld zł). "Washington Post" szacuje tę kwotę dla samej firmy SpaceX nawet na ok. 38 mld (141 mld zł). Shotwell stwierdziła, że firma jest "bardzo optymistyczna" w odniesieniu do rządu.

Jednym z największych zleceniodawców jest NASA. Od 2012 r. SpaceX transportuje ładunki, a od 2020 r. również astronautów na Międzynarodową Stację Kosmiczną (ISS). Tylko na loty zaopatrzeniowe do 2030 r. przeznaczonych ma zostać nawet 14 mld dol. (52 mld zł). Obecnie jednak ciężar finansowania przesuwa się w stronę Pentagonu i służb wywiadowczych. Wojsko płaci miliardy za tajną usługę satelitarną Starshield oraz rakiety nośne w ramach programu startów związanych z bezpieczeństwem narodowym. Według Agencji Reutera w maju 2026 r. Space Force przeznaczyła 2,29 mld dol. (8,5 mld zł), a wkrótce potem kolejne 4,16 mld dol. (15 mld zł) na dwa nowe programy satelitarne.

(...)

Opinie ekspertów na temat tego, w jakim stopniu SpaceX utrzyma swoją passę sukcesów, są podzielone. Analityk Goldman Sachs, Eric Sheridan, widzi przewagę SpaceX. W rozmowie z CBS stwierdził, że firma wielokrotnie osiągała cele, które nawet doświadczeni znawcy branży uważali wcześniej za nierealne. To właśnie zdecydowanie odróżnia ją od konkurencji.

Bardziej sceptycznie wypowiedział się analityk Cory Johnson. Ostrzegł, że obecna wycena wynika bardziej z entuzjazmu wobec osoby Muska niż z konkretnych wyników finansowych — a rzeczywistość rynkowa ostatecznie zawsze dogania przewartościowane akcje.

onet.pl\Die Welt


Według dwóch rozmówców Reutersa, wojska lądowe USA zużyły "praktycznie wszystkie" pociski typu ATACMS (Army Tactical Missile System) oraz PrSM (Precision Strike Missile). To broń ziemia-ziemia, kosztująca 1,5-2 milionów dolarów za sztukę. To właśnie ATACMS dostarczone Ukrainie umożliwiły Kijowowi atakowanie celów w głębi terytorium Rosji. Z kolei nowszy PrSM ma docelowo zastąpić ATACMS-y - mają zasięg większy o kilkaset kilometrów.

(...)

Jedno ze źródeł wskazało, że pomimo wysokiego zużycia broni precyzyjnej, Dowództwo Centralne USA (CENTCOM), nadzorujące siły amerykańskie na Bliskim Wschodzie, jest w stanie uzupełniać zapasy z globalnych rezerw wojskowych.


(...)

Problem dotyczy nie tylko uzbrojenia ofensywnego. Jak wynika z raportu Center for Strategic and International Studies (CSIS) opublikowanego w zeszłym tygodniu, między lutym a lipcem zużyto około 65 proc. pocisków przechwytujących systemu Patriot, a zapasy pocisków THAAD, służących do zwalczania rakiet balistycznych, są co najmniej o 38 proc. niższe niż na początku wojny. Dwóch rozmówców agencji Reutera potwierdziło, że choć agencja nie miała bezpośredniego wglądu w te dane, pokrywają się one z wewnętrznymi informacjami USA. Zmniejszyły się również zapasy pocisków manewrujących Tomahawk. 

gazeta.pl


— W Ukrainie wiele osób zadaje sobie pytanie: "a co to było?" — mówi Nowej Gazecie Iwan Stupak, analityk wojskowy i były pracownik Służby Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU). — Nikt nie jest w stanie tego do końca zrozumieć. Ogłoszono jakąś operację. Co się na nią składało, jakie cele przed nią postawiono — nie jest jasne.

Jak dodaje ekspert, uderzenia na rosyjskie rafinerie miały miejsce już wcześniej. — Podobnie jak miały miejsce ostrzały obiektów infrastrukturalnych. Tak, w ostatnich dniach ataki zaczęły skupiać się na magazynach Wildberries. Celem jest nie tylko osłabienie systemu bankowego, który udziela tej firmie kredytów, oraz wyrządzenie szkody budżetowi państwowemu, który nie otrzyma podatków na wojnę, ale także dotarcie do zwykłych Rosjan. W ciągu tych 40 dni ataki rzeczywiście się nasiliły. Nie wykraczają one jednak poza ogólne statystyki — mówi Stupak.

Według niego nie wiadomo jeszcze, jakie skutki przyniosą ataki na magazyny komercyjnych firm w Rosji. Z jednej strony — mogą nasilić się nastroje protestacyjne, a ludzie będą domagać się od Putina zakończenia wojny. Z drugiej strony — zazwyczaj to właśnie w czasie wojny społeczeństwo "jednoczy się wokół flagi", zbliża się do władzy i zaczyna jeszcze mocniej "kibicować" kontynuacji działań. A co najważniejsze — jasne jest, że po 40 dniach ataki się nie zakończą.

Obecnie zniszczono ok. 27 proc. magazynów Wildberries. Aby wyrządzić odczuwalne szkody w działalności tej firmy, trzeba atakować ją na taką samą skalę do końca roku. Nie przyniesie to jednak znaczącego efektu na polu bitwy.

(...)

— Pytanie o znaczenie militarne ogłoszonej przez Zełenskiego operacji mającej na celu zmuszenie Rosji do pokoju należy kierować do strategów politycznych i specjalistów od PR — mówi Nowej Gaziecie ekspert wojskowy i pułkownik sił Ukrainy w stanie spoczynku, Roman Switan. — To przecież czysta autopromocja! Po prostu nie było żadnej operacji. Z wojskowego punktu widzenia przed armią stawia się zadania strategiczne. Na przykład pozbawienie przeciwnika bazy surowcowej i gospodarczej, a także zasobów niezbędnych do kontynuowania wojny, oraz zniszczenie jego zaplecza. Mówienie teraz o jakichkolwiek wynikach ostrzałów rosyjskiego zaplecza jest absolutnie przedwczesne.

Według Switana przed wojskami Kijowa stoi zadanie — i jest z powodzeniem realizowane. — Jest to jednak cel na kilka kolejnych lat. A jego realizacja rozpoczęła się wcale nie 40 dni temu — dodaje ekspert.

Switan twierdzi, że operacja mająca na celu odcięcie Krymu i przerwanie rosyjskiej logistyki na okupowanych terytoriach również rozpoczęła się już w sierpniu 2025 r., a w styczniu 2026 r. weszła w fazę aktywną. Nie ma ona związku z oświadczeniem Zełenskiego.

Iwan Stupak potwierdza, że operacja odcięcia Krymu rozpoczęła się znacznie wcześniej niż w czerwcu i przynosi efekty: niszczy radary, systemy obrony powietrznej, lotniska wojskowe i inne cele. Nie dzieje się tu nic zasadniczo nowego.

onet.pl\Nowa Gazieta

wtorek, 4 sierpnia 2026



Rosja przegrała I wojnę światową częściowo z powodu nadmiernej mobilizacji. Ta prawda nie jest dziś oczywista, ale 100 lat temu została jasno sformułowana zarówno przez analityków, jak i bezpośrednich uczestników wydarzeń.

Imperium Rosyjskie zmobilizowało do armii około 15,5 mln mężczyzn, co pozwoliło mu utrzymywać siły liczące w danym momencie około 7 mln żołnierzy. To było zbyt wiele jak na tę wojnę i pozostawiło kraj ze zbyt wieloma nieproduktywnymi ustami do wyżywienia.

I wojna światowa bardzo szybko przekształciła się w to, co Niemcy nazywali "Materialschlacht" — bitwę materiałową — polegającą na tym, kto wystrzelił więcej ładunków wybuchowych w metalowych łuskach w kierunku okopów, a nie na tym, ile "mięsa armatniego" udało się w nich upchnąć. Pod tym względem armia rosyjska przez całą wojnę pozostawała w tyle za Niemcami w stosunku 2:8.

Według radzieckich specjalistów wojskowych idealna liczebność armii na potrzeby tej wojny wynosiłaby 3–3,5 mln żołnierzy. Ówcześni oficerowie szacowali tę liczbę na 4,2 mln, wierząc, że będą w stanie zrekompensować niedobór pocisków i ciężkiej artylerii "materiałem ludzkim".

W związku z mobilizacją tak dużej liczby żołnierzy i pozyskaniem dla armii 5 mln koni w kraju zaczęło brakować siły roboczej i zwierząt pociągowych, a logistyka zaczęła się załamywać. Jednocześnie zawaliła się infrastruktura kolejowa, a wynikający z tego brak transportu doprowadził do niedoborów chleba w Piotrogrodzie, masowych niepokojów i upadku monarchii.

Podpułkownik Werchowski doszedł do wniosku, że jedynym sposobem na kontynuowanie wojny byłaby częściowa demobilizacja, choć brzmiało to "absurdalnie". W 1917 r. niektórzy wojskowi zaproponowali właśnie to rządowi tymczasowemu.

onet.pl\The Moscow Times

Siły rosyjskie zintensyfikowały natarcie w Donbasie, wypierając obrońców z szeregu pozycji na większości kierunków działań. Pod kontrolę agresora przeszła większa część pasa wzniesień na wschód od aglomeracji Kramatorsk–Słowiańsk. Według części ukraińskich źródeł OSINT do granic obu miast zostało najeźdźcom niespełna 5 km. Jednocześnie Rosjanie zintensyfikowali niszczenie ich infrastruktury wszelkimi dostępnymi środkami. Poważnie uszkodzony został jedyny most łączący obie części Słowiańska (pozostał jeden pas jezdni dla ruchu pieszego i lekkich pojazdów), co znacząco utrudnia zaopatrzenie zgrupowania walczącego na wschód od tego miasta. Równocześnie wojska rosyjskie postępują na południe od aglomeracji, gdzie ich grupy szturmowe zaczęły regularnie przenikać do Ołeksijewa-Drużkiwki na północny zachód od Konstantynówki.

Po 840 dniach walk ostatni ukraińscy żołnierze, zagrożeni odcięciem od sił głównych, wycofali się z Czasiw Jaru (przez ponad rok względnie nie niepokojeni utrzymywali się w jego południowo-zachodniej części). Informacji tej zaprzecza dowództwo ukraińskie, którego zdaniem walki o to miasto wciąż trwają. Pod kontrolę rosyjską przeszły kolejne miejscowości na trasie z Pokrowska do Drużkiwki, a według niektórych źródeł wojsko agresora dotarło na odległość nieco ponad 5 km od niej. Rosjanie zajęli też kolejne pozycje na południe i wschód od Dobropola oraz pomiędzy Pokrowskiem a granicą obwodu dniepropetrowskiego.

(...)

30 lipca Rosjanie przeprowadzili zmasowany atak powietrzny na Kijów i Lwów. W stolicy kraju i jej okolicach trafione zostały co najmniej trzy zakłady produkujące drony uderzeniowe oraz komponenty do nich i do rakiet, przy czym zniszczony miał zostać zakład należący do zarejestrowanej w USA amerykańsko-ukraińskiej firmy Terminal Autonomy. We Lwowie zaatakowano zakłady lotnicze. Ponadto w wyniku uszkodzenia budynków mieszkalnych zginęła tam jedna osoba, a 38 zostało rannych (w Kijowie zginęła jedna osoba i trzy zostały ranne). Celami były także zakłady w obwodach iwanofrankiwskim, rówieńskim i dniepropetrowskim. Użyta przez Rosjan północnokoreańska rakieta KN-23 uderzyła w Raduszne na przedmieściach Krzywego Rogu, zabijając sześć osób, w tym troje dzieci. Z kolei jeden z pocisków manewrujących Ch-101 wszedł w przestrzeń powietrzną Polski i eksplodował nad polem w rejonie Tarnawy-Kolonii w województwie lubelskim, 95 km od granicy z Ukrainą. Rosjanie mieli wykorzystać łącznie 83 rakiety, z których – zależnie od źródeł – zestrzelono od 32 do 55.

1 sierpnia głównymi celami zmasowanego ataku powietrznego były obiekty przemysłowe i magazyny w Kijowie i obwodzie kijowskim. Zniszczenia odnotowano w siedmiu rejonach miasta, a uszkodzonych zostało m.in. 13 bloków mieszkalnych, stacja pogotowia ratunkowego i ambasada Litwy. Zginęło dziewięcioro cywili, a 33, w tym czworo dzieci, zostało rannych. Ponadto jedna osoba zginęła, a trzy zostały ranne w podkijowskich Browarach, gdzie celem dwukrotnego ataku były główne magazyny największej ukraińskiej firmy e-commerce Rozetka. W co najmniej pięć zakładów zbrojeniowych w Kijowie trafiła rekordowa liczba 26 pocisków balistycznych i hipersonicznych, a obrońcy wykorzystali zaledwie jedną rakietę przechwytującą PAC-3 MSE z systemu Patriot. Zależnie od źródeł nie zestrzelono żadnego pocisku lub najwyżej jeden.

Rosjanie kontynuowali uderzenia w ukraińską infrastrukturę portową, a intensywność ataków na Mikołajów wzrosła. Miasto to nie jest użytkowane jako port pełnomorski od 2022 r., niemniej w dalszym ciągu służy jako istotny węzeł żeglugi śródlądowej, a jego infrastruktura zaczęła być wykorzystywana jako magazyn części zamiennych dla zniszczonych obiektów w portach obwodu odeskiego. Do uderzeń na Mikołajów doszło 28 i 30 lipca, a od 1 sierpnia następowały one już codziennie. Uszkodzonych zostało dziewięć kotwiczących tam statków (a łącznie od rozpoczęcia ataków 15 lipca – 16). Do ataków na Odessę i okoliczne porty dochodziło codziennie z wyjątkiem 2 sierpnia. Zniszczone zostały m.in. zbiorniki z paliwem (1 sierpnia), a uszkodzono co najmniej pięć statków (w większości na otwartym morzu, gdzie oczekiwały na wznowienie ruchu do portów tzw. Wielkiej Odessy). 1 sierpnia celem uderzenia rakietowego po raz kolejny był niedziałający most w Zatoce nad Limanem Dniestru.

(...)

Niedobór interceptorów do systemów Patriot uczynił ukraińską obronę powietrzną nieskuteczną w przypadku użycia przez Rosjan pocisków balistycznych i hipersonicznych. Z co najmniej 50 rakiet obu kategorii wykorzystanych przez agresora od wieczora 28 lipca do rana 4 sierpnia udało się zestrzelić co najwyżej dwie. W omawianym okresie ukraińskie źródła wojskowe wykazały łącznie 128 rakiet, z których zestrzelonych miało zostać 57 (w tym 55, głównie pocisków manewrujących, w zmasowanym ataku 30 lipca). Według ukraińskiego Dowództwa Sił Powietrznych Rosjanie użyli także 1254 dronów uderzeniowych i ich imitatorów, z których unieszkodliwiono 1068.

(...)

Ukraińskie drony uderzyły w kolejne magazyny największego rosyjskiego sprzedawcy internetowego Wildberries. Zaatakowane zostały należące do tej firmy obiekty w Riazaniu (29 lipca), Penzie oraz Sarapule w Udmurcji (30 lipca), Zielenodolsku w Tatarstanie i Wołgogradzie (31 lipca), Nowosiemiejkinie w obwodzie samarskim (2 sierpnia), Chriastowie w obwodzie włodzimierskim (3 sierpnia) oraz Czechowie w obwodzie moskiewskim, Krasnym Borze w obwodzie leningradzkim i miejscowości Emmauss w obwodzie twerskim (4 sierpnia). Zdjęcia satelitarne potwierdziły całkowite zniszczenie magazynu w Chriastowie. 3 sierpnia rosyjska edycja „Forbesa” poinformowała, że od rozpoczęcia ataków (18 lipca) Wildberries utraciło 17% swoich powierzchni magazynowych.

Siły Systemów Bezzałogowych kontynuowały operację „Wyłączenie Krymu”, w coraz większym stopniu obejmującą także pozostałe terytoria okupowane. Według ich dowódcy Roberta Browdiego „Madiara” od 28 lipca do 3 sierpnia ukraińskie drony uszkodziły 33 obiekty infrastruktury energetycznej (187 od początku operacji, tj. od 1 lipca). Najpoważniejsze skutki przyniosło uderzenie w podstację zabezpieczającą Mariupol, w rezultacie którego 2 i 3 sierpnia duża część tego miasta została odcięta od dostaw prądu i wody oraz łączności komórkowej i internetu. Znacząco zmniejszyła się natomiast intensywność i/lub efektywność ataków na rosyjską żeglugę w ramach operacji pod kryptonimem MoŁoCZKa. Według „Madiara” od 23 lipca do 30 lipca trafiono dziewięć statków (łącznie 205 od rozpoczęcia operacji 6 lipca). 1 sierpnia w rejonie Noworosyjska ukraiński dron nawodny zatopił nieduży kontenerowiec „Yanina” pod banderą rosyjską. O kolejnych atakach na logistykę i obronę powietrzną (głównie stacje radiolokacyjne) agresora w rejonie Krymu i w sąsiadującym z nim Kraju Krasnodarskim informowały także Sztab Generalny armii ukraińskiej oraz SBU.

29 lipca ukraińskie bezzałogowce uderzyły w rafinerię Łukoilu w Permie, gdzie w rezultacie uszkodzenia instalacji doszło do częściowego wstrzymania produkcji. Celami były także rafinerie w Riazaniu (29 lipca), Wołgogradzie (31 lipca), Ufie (1 sierpnia), Saratowie (2 sierpnia) i Syzraniu w obwodzie samarskim (4 sierpnia) oraz baza paliwowa w Ludinowie w obwodzie kałuskim (2 sierpnia), na których terenie doszło do pożarów. W rejonach przygranicznych FR i na terenach okupowanych obrońcy przeprowadzili także pojedyncze ataki na stacje paliw. Według ukraińskiego Sztabu Generalnego 2 sierpnia do trafienia i pożaru miało dojść w bazie lotnictwa strategicznego Engels w obwodzie saratowskim. Z danych rosyjskich wynika, że tego dnia Ukraińcy wykorzystali kolejną rekordową liczbę dronów uderzeniowych. W ciągu doby nad Rosją i terenami przez nią okupowanymi miało zostać zneutralizowanych 1158 bezzałogowców.

osw.waw.pl


SBU ogłosiła 4 sierpnia, że jej operatorzy dronów przeprowadzili ponad 100 ataków na strategiczne obiekty rosyjskie, w tym przedsiębiorstwa obronnej bazy przemysłowej (DIB), bazy lotnicze, zasoby obrony powietrznej, stanowiska dowodzenia, okręty wojenne, tankowce, rafinerie ropy naftowej oraz transport i logistykę wojskową od rozpoczęcia kampanii 26 czerwca. SBU podkreśliła, że jej operatorzy uderzyli w Zakłady Lotnicze Jewpatoria i bazy lotnicze w okupowanych Saky, Hvardiiske, Belbek i Baherove na Krymie; uderzyli w bazę lotniczą Engels w obwodzie saratowskim i bazę lotniczą Khanskaya w Republice Adygei; zniszczyli bombowiec strategiczny Tu-95MS, dwa myśliwce Su-35 i dwa bojowe samoloty szkoleniowe L-39; i uderzyli w 14 rosyjskich rafinerii ropy naftowej i inne obiekty infrastruktury naftowej, dwa statki towarowe i dwa tankowce floty cieni. Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski poinformował 4 sierpnia, że zatwierdził kolejną operację SBU, ale nie określił czasu trwania, rodzaju ani wyznaczonego celu.

Nasilające się kampanie strajkowe Ukrainy przeciwko rosyjskiej armii, logistyce, DIB i aktywom gospodarczym obejmują znacznie więcej niż strajki SBU. Siły ukraińskie uderzyły w co najmniej 19 magazynów Wildberries w całej Rosji od pierwszego ataku na obiekty Wildberries 18 lipca. Według doniesień siły ukraińskie przeprowadziły co najmniej 200 ataków na rosyjskie statki towarowe i tankowce na Morzu Czarnym i Azowskim oraz na co najmniej 24 obiekty infrastruktury naftowej i benzynowej, zmniejszając zdolność rafineryjną Rosji o co najmniej jedną trzecią. Niektórzy rosyjscy milblogerowie przejęci przez Kreml próbowali odrzucić ukraińską kampanię uderzeniową jako nieudaną, ale jeden z milblogerów przyznał, że ukraińskie strajki były “bolesne dla Rosji". Siły ukraińskie przeprowadziły także intensywną kampanię strajkową przeciwko infrastrukturze elektroenergetycznej na Krymie, powodując przedłużające się przerwy w dostawie prądu. Dodatkowe ukraińskie ataki wymierzone były w mosty i inną infrastrukturę transportową na półwyspie i wokół niego.

(...)

Bloomberg poinformował 4 sierpnia, że strajki Ukrainy zmusiły Rosję do eksportu niemal rekordowych ilości ropy naftowej, ponieważ moce rafinacji ropy naftowej w Rosji osiągnęły najniższe wskaźniki od maja 2002 r.[8] Bloomberg podał, powołując się na platformę analizy rynków energii EA Analytics, że w lipcu 2026 r. rosyjskie wskaźniki przerobu ropy naftowej wynosiły średnio 3,6 mln baryłek dziennie, czyli o około jedną trzecią poniżej normy sezonowej.

(...)

Siły rosyjskie w coraz większym stopniu wykorzystują bezzałogowe pojazdy naziemne (UGV) do misji logistycznych w północnym obwodzie sumskim, ale nadal wykorzystują żołnierzy do dostarczania zaopatrzenia pieszo. Oficer ukraińskiej brygady działającej w północnym obwodzie sumskim poinformował 4 sierpnia, że siły rosyjskie coraz częściej korzystają z UGV, ale pojedynczy rosyjscy żołnierze również pieszo dostarczają amunicję i zaopatrzenie bliżej linii frontu. Rzecznik stwierdził, że większość rosyjskich UGV nie dociera na linię frontu, gdyż nie mogą przekraczać rzek.

(...)


Dowódca ukraińskiej kompanii działającej w rejonie Kostyantynówki poinformował 4 sierpnia, że sytuację w mieście kontrolują siły ukraińskie, ale małe rosyjskie grupy szturmowe, w tym dobrze wyszkolony personel i oficerowie, w dalszym ciągu próbują infiltrować Kostyantynówkę. Dowódca poinformował, że siły rosyjskie wysyłają dziennie około trzech małych grup, które przedostają się w głąb miasta zaledwie około 500 metrów. Dowódca dodał, że rosyjskie władze wojskowe wyślą kolejną grupę tą samą drogą, nawet jeśli siły ukraińskie zniszczą pierwszą grupę. Dowódca poinformował, że władze rosyjskie zleciły grupom przeprowadzenie misji podnoszenia flagi w celu uzyskania materiału filmowego przedstawiającego rosyjskie natarcie. Dowódca dodał, że drony FPV zaopatrują żołnierzy w prowiant tylko raz na trzy dni.

understandingwar.org

niedziela, 2 sierpnia 2026



- Rosjanie wyciągnęli wszystko, co mogli. W trakcie poprzedniego ataku na Kijów, 30 lipca, użyli zaledwie dziewięciu pocisków batalistycznych. Dzisiaj to były praktycznie wyłącznie pociski batalistyczne - stwierdził w rozmowie z Espreso TV ekspert ds. lotnictwa Walerij Romanenko.

W ocenie specjalisty tak szerokie zastosowanie rakiet oznacza, że Rosja sięgnęła do zapasów zgromadzonych w odległych bazach. Świadczyć o tym może także obecność bombowców strategicznych Tu-160, które, jak zauważył ekspert, musiały przybyć z Dalekiego Wschodu.
Wojna w Ukrainie. Ekspert o ataku na Kijów

W obecnej sytuacji pociski batalistyczne okazują się być wyjątkowo skuteczną bronią - jak przytoczył rozmówca Espreso, w ostatnim czasie Rosja wystrzeliła 125 pocisków, z czego zestrzelonych zostało tylko 19.

- To wyraźnie świadczy o jednym - brakuje nam systemów przeciwrakietowych, konkretnie pocisków do systemów Patriot, zdolnych do zestrzeliwania rosyjskich rakiet. To gwałtownie wpływa na skuteczność odpierania ataków Rosji - wskazał.

Jak zauważył Ramanenko, w nocy z piątku na sobotę w stronę Kijowa leciało 27 pocisków balistycznych. Zestrzelony został tylko jeden. - Nie chcę używać tego słowa, ale jeżeli miałbym rozwinąć tę myśl, to powiedziałbym wprost - dzisiaj to była egzekucja - stwierdził.

Romanenko ma jednak nadzieję, że w przyszłości sytuacja się poprawi. - Nie sądzę, żeby ta sytuacja trwała długo. Rosjanie po prostu wykorzystują okazję - powiedział, wskazując, że Ukraina czeka obecnie na dostawę pocisków Patriot, które zmienią sytuację.

(...)

Niedobór pocisków do systemów Patriot, o którym od tygodni mówi strona ukraińska, jest obecnie jednym z głównych tematów podejmowanych przez dyplomację Ukrainy w rozmowach z zachodnimi partnerami.

- To niesamowita broń. Musimy bardzo uważać, komu pozwalamy ją produkować - powiedział Trump w prezydenckiej rezydencji w Camp David, odpowiadając na pytanie o możliwość zezwolenia Ukrainie na wytwarzanie pocisków Patriot. Prezydent USA stwierdził następnie, że Ameryka nie wyraziła zgody na wydanie Kijowowi takiej licencji.

Deklaracja ta stoi w sprzeczności z wcześniejszymi zapewnieniami Wołodymyra Zełenskiego, a także samego Trumpa, który o pozwoleniu na produkcję tej broni dla Ukrainy osobiście mówił podczas szczytu NATO w Ankarze.

- Zgodził się wydać nam licencję, a następnie odbyłem spotkanie z przedstawicielami sektora produkcyjnego, bardzo ważnymi amerykańskimi firmami zbrojeniowymi - zapewniał jeszcze w środę Wołodymyr Zełenski, komentując spotkanie z Trumpem na krótko po zakończeniu rozmowy.

interia.pl


Z kolei ludzie Morawieckiego przypomnieli sobie, że w PiS trwa wewnętrzna dyskusja o wyjściu z Unii — czemu dotąd wszyscy, także oni, zaprzeczali. Dowiedzieliśmy się też, kto w PiS prowadzi farmy trolli i dla kogo one pracują — bo każda frakcja ma swoje trolle, które zwalczają frakcję przeciwną. Otóż część dużych, anonimowych kont w mediach społecznościowych, które dotąd atakowały Tuska, a teraz prowadzą natarcie na rozłamowców, prowadzona jest przez niezawodnych działaczy dawnej Suwerennej Polski — Dariusza Mateckiego i Patryka Jakiego.

Ale to rękodzieło. Bo duże farmy trolli w serwisie X prowadzić mają ludzie Morawieckiego — dlatego na tym portalu rozłam zbiera lepsze opinie niż w innych mediach społecznościowych. Nas to nie dziwi, bo pamiętamy ważny wątek afery RARS — ludzie Morawieckiego dawali zarobić setki milionów dyktatorowi prawicowej mody spod znaku „Red is Bad” Pawłowi Sz., który odwdzięczał się im finansując trolling na ich rzecz w kampanii wyborczej.

Ale nas najbardziej wciągnęła wywołana przez "harcerzy" awantura o to, kto w PiS przygotował raport o ciemnych stronach życiorysu Karola Nawrockiego. Dokument ów ujawniliśmy w "Stanie Wyjątkowym" jesienią 2024 r., tuż przed ogłoszeniem nominacji prezydenckiej PiS dla Nawrockiego, opowiadając o wojnach wewnętrznych wokół tej kandydatury. Jego autorstwo pozostawało tajemnicą — do momentu rozłamu.

Znów samo gęste: "Dobrzy znajomi i współpracownicy Nawrockiego przyjaźnią się z psychopatycznymi hitlerowcami i członkami gangów. Wszyscy bywają w tych samych miejscach, jest mnóstwo okazji, by ich wspólnie sfotografowano czy nagrano. Nawrocki tolerował fakt, że tacy ludzie aktywnie uczestniczyli w animowanym przez niego ruchu wokół upamiętnienia Żołnierzy Wyklętych w Gdańsku; można więc mu postawić zarzut splamienia pamięci i nadużycia zaufania starych, schorowanych weteranów, którzy nie wiedzieli, że fotografują się z gangsterami i hitlerowcami. Jako pracownik IPN i dyrektor Muzeum II Wojny Światowej Nawrocki nie przeciwstawiał się obecności na organizowanych przez siebie imprezach patriotycznych bandziorów z gangów motocyklowych i jawnych, wytatuowanych w swastyki neonazistów. Pozwalał im nagrywać filmy na Westerplatte, godził się, żeby powstawały tam teledyski zespołu, którego członków zatrzymywała za propagowanie nazizmu ABW. Głównymi postaciami narracji o uwikłaniach Nawrockiego mogą stać się Olgierd Lipnicki — gangster skazywany m.in. za sutenerstwo i brutalne pobicia, jeden z najbardziej znanych swego czasu polskich neonazistów, a obecnie członek gangów motocyklowych, oraz Grzegorz Horodko, hitlerowiec, członek nielegalnej organizacji Blood and Honour (Blut und Ehre — motto Hitlerjugend), kontaktujący się z najbardziej aktywnymi neonazistami z Europy. Lipnicki i Horodko, a także koledzy Nawrockiego z bokserskiego ringu, powiązani są z gangiem motocyklowym Bad Company, którego trzon stanowią recydywiści, a obecną gwiazdą jest satanista Marcin "Różal" Różalski. Już dzisiaj, w ciągu kilku godzin i tylko korzystając z ogólnodostępnych źródeł, można bez problemu skonstruować przekonującą, spójną, bogato ilustrowaną i świetnie klikającą się w internecie narrację, że kandydat PiS na prezydenta to uwikłany w znajomości z faszystami i gangsterami radykał. Czy, po ogłoszeniu jego kandydatury, pojawią się ludzie z kolejnymi informacjami, zdjęciami, filmami z bliższej i dalszej przeszłości (takie materiały na pewno są, Nawrocki był aktywny w środowisku także w czasach, kiedy zdjęcia czy filmy nie trafiały od razu do internetu, a o mediach społecznościowych nikt nawet nie myślał)? Wydaje się to oczywiste".

onet.pl

sobota, 1 sierpnia 2026



Tematem obszernych materiałów otwierających serwisy informacyjne są też sianokosy. 10-minutowy reportaż w miniony weekend wyjaśniał Białorusinom osobliwości "zielonych żniw" i sprytne sposoby kołochoźników, które pozwalają zachować soczystość i wartości odżywcze ściętej trawy. Ta bowiem będzie pożywieniem dla białoruskich krów, bez których nie byłoby tamtejszej prężnej branży mleczarskiej.

- Zwykły proces pracy zamienia się w cyrk i pokazówkę - mówi Hurniewicz. I zwraca uwagę na kolejne absurdy łukaszenkowskich żniw. Nierzadko główną rolę w nich odgrywają narodowi bohaterowie lata - kombajniści.

- Gdy mają przerwę obiadową, na polach organizowane są dla nich koncerty. Czasem wygląda to wręcz komicznie: trzech kombajnistów spożywa posiłek, a przed nimi tańczy i śpiewa 10 osób w strojach ludowych. Odwiedzają ich celebryci i urzędnicy, wygłaszane są patetyczne przemówienia - mówi rozmówca Interii.

Każda bitwa potrzebuje jednak generała. W "bitwie o plony" tę rolę odgrywa oczywiście Alaksandr Łukaszenka.

Jak co roku na początku żniw organizuje szeroko relacjonowane spotkania z rządem, na których wyznacza cele, wskazuje odpowiedzialnych za ich wykonanie i dzieli się licznymi mądrościami na temat gospodarki rolnej.

Nie cofa się też przed groźbami.

Dla reżimu kampania żniwna to bowiem śmiertelnie poważna sprawa. Łukaszenka zażądał, by migających się od ciężkiej pracy w polu i "szkodników", którzy sabotują "kampanię żniwną", wcielić armii.

- Każde niewykonanie rozkazu - do wojska. Niech tam służą. Będą siedzieć w lesie. Tam też potrzebna jest siła robocza. Niech tam posłużą w okresie żniw. Zarówno urzędnik, jak i ten, kto nie chce pracować - orzekł.

(...)

Te wszystkie absurdy nie wzięły się znikąd. Alaksandr Łukaszenka pielęgnuje radziecką opowieść o Białorusi jako kraju ciężko pracujących robotników rolnych. Bo miejsca na indywidualne rolnictwo od czasów sowieckich, jak wiadomo, nigdy nie było.

Kiedy Związek Radziecki jeszcze w latach 20. XX w. próbował szukać swojej legitymacji do sprawowania kontroli nad nierosyjskimi republikami, odwoływał się do opowieści narodowych.

Z racji struktury białoruskiego społeczeństwa, które zamieszkiwało głównie wieś, budowano obraz Białoruskiej SRR jako kraju rolniczego o zdrowych chłopskich korzeniach, a białoruskojęzyczna kultura - jeśli istniała - była przede wszystkim wiejskim folklorem. Podstawą tożsamości była praca na roli i zadanie wykarmienia siebie i innych.

Łukaszenka tę wiejską opowieść o Białorusi przejął i dzielnie kultywuje obraz kraju stojącego rolnictwem.

Problem polega jednak na tym, że taka Białoruś już nie istnieje.

- Jeśli w latach 90. miało to jeszcze pewną logikę, ponieważ na Białorusi mieszkało wiele osób związanych z rolnictwem, a ich poparcie było potrzebne władzy, to dziś wywołuje już tylko gorzki uśmiech. Białoruś jest jednym z najbardziej zurbanizowanych krajów Europy - około 80 proc. obywateli mieszka w miastach - tłumaczy Dzmitry Hurniewicz. Dla porównania w Polsce ten współczynnik wynosi 60 proc.

(...)

- W Związku Radzieckim żniwa były ważnym, ale zwyczajnym procesem gospodarczym. Na Białorusi przedstawia się je jako kwestię przetrwania narodu - mówi Interii Hurniewicz.

Dla Łukaszenki produkcja rolna to podstawa białoruskiej suwerenności. Wgląd w to, jak myśli tu aparat państwowy i co Łukaszenka chciałby, żeby myśleli Białorusini, daje niedawny tekst jednego z ideologów postsowieckiej Białorusi Wadima Hihina, opublikowany na łamach rządowego dziennika "SB. Biełarus' Siegodnia", który do 2018 r. nosił dumną radziecką nazwę "Sowietskaja Biełorussija".

"Na białoruskich polach rozgrywa się zupełnie inna bitwa. Bitwa o chleb" - pisze Hihin w swoim liście miłosnym do kołchozów i Łukaszenki, i dodaje: "To nie przesada. Dziś jedzenie to nie tylko kalorie na talerzu. To suwerenność i główna gwarancja pokoju".

Dalej pisze o tym, jak "niewidzialna ręka rynku" nie sprawdza się w rolnictwie i jaki błąd popełniają na Zachodzie, wspierając nie kolektywizację wsi, a rolnictwo indywidualne. "Białoruś poszła inną drogą. Tutaj nie oddano ziemi na zatracenie żywiołowemu rynkowi. Państwo wzięło na siebie rolę głównego dysponenta, stratega i inwestora" - czytamy.

"Białoruski model udowodnił, że państwo może i powinno być efektywnym właścicielem, jeśli u steru stoją profesjonaliści" - przekonuje Hihin i wskazuje, kto jest czołowym profesjonalistą białoruskiego rolnictwa: "Głównym motorem tego procesu jest Głowa Państwa".

A jak jest naprawdę? - Białoruś musi importować zboże. W 2023 roku wydała na zakup zagranicznej pszenicy około 50 mln dolarów - mówi Hurniewicz i dodaje: - Rolnictwo jest głęboko dotowane, a niemal połowa białoruskich rejonów jest deficytowa i utrzymywana z budżetu państwa. Trzykrotnie mniejsza Litwa zbiera więcej zboża niż Białoruś, a jej plony z hektara są wyższe.

Hurniewicz przywołuje też garść statystyk, które pokazują, w jakim stanie jest białoruskie rolnictwo. - Powierzchnia gruntów rolnych na Białorusi stale się zmniejsza. W 1994 roku wynosiła 6,2 mln hektarów, obecnie to około 5,7 mln hektarów. W ciągu ostatnich 20 lat liczba pracowników państwowych przedsiębiorstw rolnych spadła z 380 tysięcy do 250 tysięcy osób. Liczba kołchozów zmniejszyła się w tym czasie o około 500 - z 2000 do 1500. Bez wsparcia państwa aż 60 proc. z nich przynosiłoby straty - wylicza.

O znaczeniu kolektywnego rolnictwa dla białoruskiej gospodarki mówi Interii Wojciech Konończuk - Nie jest ono kluczowe dla gospodarki białoruskiej, bo to sektor, który generuje kilka procent PKB - wskazuje szef OSW.

Jak mówi, w 2020 roku - w roku niedokończonej rewolucji antyłukaszenkowskiej - sektor IT był niemal na poziomie rolnictwa. - Rozwój IT został zahamowany, a wręcz ograniczony w związku z emigracją wielu informatyków, którzy wsparli protesty. Ale to pokazuje priorytety Łukaszenki. Branża IT to mogła być kura, która znosi złote jaja. Łukaszenka, mając do wyboru ograniczenie swojej władzy lub wstrzymanie rozwoju sektora IT, wybrał oczywiście to drugie - wskazuje Konończuk.

interia.pl


Tomasz Żółciak i Grzegorz Osiecki, dziennikarze Wirtualnej Polski: - A jeśli spróbować to uprościć: kto w tej chwili wygrywa narracyjnie - PiS "nowogrodzki" czy obóz Morawieckiego?

Michał Fedorowicz z kolektywu Res Futura, analizującego nastroje w mediach społecznościowych: To zmienia się codziennie i dobrze pokazuje, jak chwiejni są dziś odbiorcy prawicy. W piątek, gdy dokonywał się rozpad w partii, dominowało zawodzenie: "po co to robicie". W sobotę i niedzielę - "Morawiecki zdrajca". Po wystąpieniu Kurskiego wahadło wróciło: "przegięliście, po co się kłócicie". A gdy prezes Kaczyński ogłosił, że nie będzie nikogo wywalał, tylko zajmie się tym rzecznik dyscypliny Karol Karski, część odbiorców odczytała to jako słabość prezesa, który przestraszył się Morawieckiego.

To wszystko jest bardzo kruche - obie strony są bardzo podatne na nastroje w mediach społecznościowych, a wyborcy reagują raczej jak stado: po prostu biegną za impulsem.

- Kto zgromadził wokół siebie ludzi, którzy naprawdę potrafią robić zasięgi - rolki, TikToki itd.? To wszakże kwestia tego, jaką "armią" się dysponuje w budowaniu własnej narracji.

Jest taka teoria, że PiS rozpadł się, bo był zbyt dobry w internecie. Brzmi paradoksalnie, ale wytłumaczę: partia produkowała ogromne ilości treści, które wzajemnie się wykluczały. Z jednej strony bardzo skrajnie prawicowe - tu prym wiedli politycy dawnej Suwerennej Polski - z drugiej treści prorozwojowe, bardziej progresywne. I te dwa nurty zaczęły się zwalczać. Tak naprawdę państwo pokłócili się o komunikację: kto gdzie udziela wywiadów, kto nagrywa jakie rolki, po co w ogóle ścigać się z Konfederacją i powielać jej przekaz.

Jeśli odłożyć na chwilę ambicje polityczne, to przez ostatnie dwa lata w PiS wykrystalizowały się dwa silne obozy komunikacyjne: ekipa Mateckiego (zwykle pierwsza piątka pod względem zasięgów) i ekipa Morawieckiego (też czołówka). Tematy, którymi żyją, całkowicie się wykluczają.

Paradoks polega na tym, że po rozłamie obie strony wciąż mają mocny internet i wcale się nawzajem nie potrzebują. Najsłabszy internet ma dziś PiS jako taki - bo politycy tacy jak Czarnek, Błaszczak czy Sasin są w mediach społecznościowych słabi. Morawieckiemu interakcje spadły o jakieś 15 proc., Mateckiemu odrobinę.

- Czy kandydat PiS na premiera Przemysław Czarnek nie dostał rykoszetem i w efekcie jest największym przegranym tego podziału pod względem zasięgów i interakcji w mediach społecznościowych?

Od kiedy Czarnek został kandydatem, nigdy nie robił dobrych internetów, nie miał milionowych zasięgów.

- Dlaczego tak się dzieje?

Czarnek nie mówi nic oryginalnego. Wszystko, co powtarza, już dawno powiedzieli Patryk Jaki, Dariusz Matecki czy reszta Konfederacji.

- A co oryginalnego mówi Morawiecki?

Morawiecki myśli do przodu, mówi o przyszłości, o CPK, o rozwoju.

- Ale Czarnek też mówi np. o wyjściu z ETS.

To od czterech-pięciu lat mówi Grzegorz Braun i cała Konfederacja. To nie jest oryginalne.

(...)

- Politycy PiS-u mówią czasem: "brylujemy na X, ale nasi wyborcy siedzą na Facebooku". Widać wyraźny rozdźwięk między tymi platformami?

Po pierwsze: większością grup PiS-u na Facebooku zarządza pośrednio lub bezpośrednio Dariusz Matecki - robiliśmy taką analizę wśród polityków Suwerennej Polski. Te "15 tysięcy lajków" pod postem to często efekt tzw. masowego udostępniania w powiązanych grupach - taki swoisty "Sok z buraka", gdzie udzielają się solidarni z Owsiakiem, solidarni z TVP, solidarni z TVN, solidarni z Trzaskowskim, solidarni z Tuskiem czy solidarni z solidarnymi.

Jedna osoba siedząca w dziesięciu takich grupach polajkuje wszędzie i powstaje pozorny zasięg - ale to puste liczby. Tak samo działa to po stronie Suwerennej Polski.

Facebook jest oczywiście kluczowy jako miejsce kontaktu polityka z wyborcą, ale politycy, którzy odeszli z PiS, mają silne własne profile i mówią wprost do swoich odbiorców - nie muszą już dogadywać się z fanami Suwerennej Polski. Z tej perspektywy walka w social mediach między dawnymi frakcjami wygląda tak samo, jak przed rozłamem, choć z jedną różnicą: dziś PiS jako całość jednoznacznie konkuruje o fanów z Konfederacją i Koroną Polski. I tę walkę przegrywa od roku.

Każdy komunikat Czarnka - w sprawie ETS czy progu podatkowego - jest skutecznie kontrowany przez fanów Konfederacji i Korony: "kłamiecie", "wpuściliście Ukraińców", "Braun miał rację".

- A czy linie narracyjne Rozwoju Plus w tej sytuacji nie okażą się po prostu obłe, by zrobić wrażenie?

Wchodzimy tu w rejon komunikacji zbliżonej do Polski 2050. Problem w tym, że robi ona wrażenie, ale nie przekłada się na żadne realne poparcie - nie widać tego w procentach.

- Czyli, mówiąc językiem młodzieży, ta komunikacja "nie grzeje"?

Morawiecki od dwunastu miesięcy porusza się dwiema ścieżkami: mówi o rozwoju i o dobrych czasach, które wrócą - to dawało mu lajki i fanów, bo trafiał w niszę. Teraz jednak wchodzi na teren, który częściowo zajmuje Polska 2050, częściowo PSL, a nawet Razem - komunikację centrową, rozwojową, lekko lewicową, na pewno nie platformianą. Licytuje się więc z tymi samymi odbiorcami. Może teraz mówić: "nie mam przy sobie tych wrednych pisiorów, jestem lepszy". Ale sondaże i lajki pokazują, że niewielu chce to klikać i udostępniać. Bo centrum w mediach społecznościowych się nie klika - jest zbyt "obłe", bez skrajności.

(...)

- A jak w internecie postrzegany jest dziś Jarosław Kaczyński? Dominuje ocena, że prezes osłabł, zużył się, dał się rozegrać i doprowadził do największego exodusu z partii od czasu ziobrystów w 2011 r.? Czy raczej widziany jest jako gracz, który w dogodnym momencie po prostu pozbył się kłopotu w postaci Morawieckiego?

Algorytm w ogóle nie interesuje się Kaczyńskim. Jest dla niego jakimś tam symbolem, ale ani on sam, ani jego wypowiedzi nie robią "czadu", nie polaryzują. Jego wywiady się nie sprzedają - zostaje z nich jeden, może dwa cytaty. To nie jest to, co kiedyś.

- Czyli media społecznościowe właściwie już odwołały go z funkcji lidera PiS?

Dla użytkownika, który nie jest maszyną, wciąż jest symbolem. Ale dla samego algorytmu to polityk mało atrakcyjny w strumieniu treści. Klika się gorzej nawet u "Silnych Razem".

(...)

- Jakie wnioski polityczne można wysnuć z tego, co dzieje się dziś w socialach po prawej stronie? Co zdominuje przyszłoroczną kampanię?

Po prawej stronie widzimy trzy główne tematy-drivery. Pierwszy to stosunek do Ukrainy i wojny - licytacja na "antyukraińskość" widoczna była już w kampanii prezydenckiej, teraz stanie się stałym czynnikiem.

Drugi to ceny energii i ogólnie koszty życia - temat, który mocno "grzeje" społecznie. Trzeci: wszystkie partie będą atakować PiS za jego rządy - PiS czeka kampania w okrążeniu. Od trzech lat w opozycji jest skutecznie obijany przez Konfederację i Koronę, teraz dołoży mu się jeszcze reszta - za stosunek do Ukrainy, za zboże, rolnictwo, ETS, kwotę wolną. PiS nie miał jeszcze tak trudnej kampanii, bo pierwszy raz będzie mocno atakowany w mediach społecznościowych z prawej strony.

(...)

- Wracając do drugiego wątku - poziomu życia. Mieliśmy wygaszenie tarczy paliwowej -CPN, a teraz zapowiedź Tuska, że wróci na ostatnie dwa tygodnie wakacji. Czy to wystarczy?

Z jednej strony mamy rekordowo pozytywne badania CBOS o sytuacji materialnej Polaków, a z drugiej strony w sieci mamy rekordowe nasilenie narracji o bezrobociu, wzroście cen, drożyźnie. Więc jak Polak, któremu żyje się dobrze otwiera internet to się boi. A mistrzem dowożenia tego gniewu w sieci jest Konfederacja. Tematy energetyka i paliwo wywołują złość i strach - ludzie boją się, że będzie coraz drożej i stracą status. Nakłada się na to temat szpitali. A do tego dochodzi obawa przed ETS-em i "zielonym ładem", który - jak się mówi - ma zamykać fabryki. To temat stale żywy w social mediach i generujący lęk.

- A jak może się to rozwinąć, mimo że wskaźniki gospodarcze są raczej dobre?

Istnieje prawda życia i prawda ekranu. Szczerze nie wiem, jak zareagują użytkownicy czytający codziennie, że jest bardzo źle. To trochę przypomina jesień 2022 r., gdy rząd Morawieckiego po raz pierwszy zaczął mieć z tym problem - sytuacja się powtarza. Mimo że wskaźniki mówią, że żyje się lepiej, ludzie wciąż czytają, że jest źle. Pytanie, czy w końcu powiedzą "to pier***lolo, nie wierzymy w to", czy będą się sami nakręcać. Na tym żerują wyłącznie Konfederacja i Korona - mówią wyborcom, że będzie jeszcze gorzej, bo przyjdzie Trybunał Sprawiedliwości UE, zielony ład, Unia Europejska "wyrzuci was z domów", bo nie będzie na opał - klasyka gatunku.

(...)

- Czy zwolennicy obozu rządzącego przestali się bać samego PiS-u, a punktem odniesienia stali się dziś Braun i Konfederacja?

Dziś ich największym lękiem jest Braun - wizja koalicji PiS z Konfederacją.

- Czarny sen.

Właśnie dlatego wracam do wątku Kaczyńskiego - on już nikogo nie polaryzuje, nikt się go nie boi. Wszyscy po tej stronie boją się Brauna. Hasło "nie pójdziesz na wybory, przyjdzie Braun" stało się dziś swoistą odezwą mobilizacyjną.

- Ale z perspektywy Tuska to chyba dobra wiadomość - ma czym straszyć?

I tak właśnie to komunikują. Tyle że oczekiwanie jest, by robić więcej - zamykać, aresztować.

- Rozumiemy, że w tym kontekście mieszczą się ruchy ministra Kierwińskiego - deportacje w reakcji na incydenty z udziałem Ukraińców.

To są oczekiwania niezależne od bańki - bo nastroje antyukraińskie są dziś zjawiskiem ponadbańkowym. Naturalnie znajdzie się ktoś, kto broni Ukraińców, ale to margines. Za to oczekiwanie wobec Brauna - delegalizacji, zamknięcia - jest bardzo szerokie i otwarte.

- Na koniec - na ile w sieci aktywni są zewnętrzni gracze? Widać długą rękę Moskwy?

Moskwy i Kijowa. Propagandę rosyjską znamy dobrze - wiemy, jakie konta, jakie kanały. Ale bardzo sprawne operacje komunikacyjne prowadzi też strona ukraińska.

Propaganda kijowska działa na dwóch frontach: po pierwsze wokół sprawy Orderu Orła Białego i na forum unijnym, pokazując Polaków jako naród szowinistyczny - co paradoksalnie nakłada się na to, co mówili Rosjanie na początku 2022 r. - próbując zbudować wśród Niemców i Francuzów obraz niewdzięcznych Polaków wrogo nastawionych do Ukraińców. Po drugie, w Polsce koncentruje się głównie na podbijaniu przekazów antynawrockich, przedstawiających prezydenta jako szowinistę i nacjonalistę.

wp.pl

piątek, 31 lipca 2026

 
 
Stefaniszyna opisuje sytuację wyjściową, z jaką zetknęła się po przybyciu do Waszyngtonu. — W naszych rozmowach z najwyższymi rangą przedstawicielami Białego Domu słyszeliśmy, że Rosja wygrywa wojnę. Posunęło się to tak daleko, że podawano nam nazwy najmniejszych wiosek, które rzekomo zajęła Moskwa — opowiada. Dla Stefaniszyny było jasne, że podatność na rosyjską propagandę jest podstawowym problemem, który musi rozwiązać. — Rosjanie mieli stały kanał komunikacji z Waszyngtonem, przez który przekazywali fałszywe informacje — twierdzi Stefaniszyna.

— Rozpoczęliśmy kampanię dyplomatyczną, aby wyjaśnić [amerykańskim] decydentom sytuację w Ukrainie — mówi. W jej ramach Ukraińcy za zamkniętymi drzwiami przekazywali informacje amerykańskim urzędnikom na wszystkich szczeblach. — Po prostu pojawiałam się wszędzie tam, gdzie nikt nie chciał mnie widzieć — mówi Stefaniszyna.

— Prezydent Trump kształtuje swoje zdanie nie tylko na podstawie osobistych rozmów, ale także w oparciu o spostrzeżenia innych — mówi ambasadorka. Dlatego też ona i jej współpracownicy rozpoczęli konkretne działania mające na celu zmianę wizerunku Ukrainy w jego otoczeniu.

— Istniał "męski klub", który doprowadził do tej zmiany — opowiada Stefaniszyna. Od listopada 2025 r. Kijów dbał o to, by ukraińscy wojskowi, na czele z byłym funkcjonariuszem służb specjalnych i obecnym szefem Biura Prezydenta Ukrainy Kyryłem Budanowem, regularnie rozmawiali ze swoimi amerykańskimi kolegami. Każde z tych spotkań trwało od trzech do czterech godzin — twierdzi Stefaniszyna. — W ten sposób udało nam się powstrzymać próby Rosjan mające na celu manipulowanie rzeczywistością.

Stefaniszyna i jej zespół skupiali się nie tylko na decydentach w rządzie, ale także na środowisku MAGA prezydenta Trumpa. Nie chce wyraźnie komentować roli, jaką odegrała podczas wizyty prawicowej influencerki Laury Loomer w Ukrainie. — To było bardzo skuteczne — stwierdza jedynie krótko.

W 2022 r. Loomer wezwała Ukrainę do poddania się Rosji i zdecydowanie sprzeciwiła się udzielaniu przez USA wsparcia temu krajowi. "Czuję się jak dupek, że przez ostatnie pięć lat bagatelizowałam walkę Ukrainy. Byliśmy pod wpływem rosyjskiej propagandy" — napisała w mediach społecznościowych podczas swojej kilkudniowej podróży po Ukrainie. Wcześniej pracowała dla rosyjskiej telewizji państwowej Russia Today. Po wizycie w Ukrainie wyraźnie potępiła ataki Putina na kościoły w Ukrainie i obaliła szeroko rozpowszechnioną w kręgach prawicowych tezę, że Rosja jest prawdziwym obrońcą chrześcijaństwa.

Również w Fox News można zaobserwować zwrot. Ulubiony prezenter Trumpa, Sean Hannity, zawsze bronił bliskich relacji prezydenta USA z Rosją oraz jego wynikającego z tego powściągliwego stanowiska wobec Kijowa. We wtorkowym wywiadzie z Zełenskim stwierdził oburzonym głosem: — Rosja bez powodu zaatakowała pański kraj.

Podczas popołudniowej mowy pogrzebowej poświęconej zmarłemu senatorowi Lindseyowi Grahamowi zwrócił się bezpośrednio do obecnego na sali Zełenskiego. — Wiem, że Lindsey byłby głęboko poruszony i zaszczycony tym, że podjął pan tę długą podróż, aby dzisiaj tu być — powiedział Hannity. — W naszych prywatnych rozmowach często podziwiał pana siłę, z jaką stawia pan czoła całemu światu, jednemu z najbrutalniejszych reżimów na świecie.

Zełenski potrafił wykorzystać tę zmianę nastrojów w Waszyngtonie na swoją korzyść. Ambasador Stefaniszyna potwierdziła, że licencjonowanie linii produkcyjnej systemu Patriot w Ukrainie jest już przesądzone. Prezydent Ukrainy spotkał się zarówno z przedstawicielami amerykańskiego koncernu zbrojeniowego Raytheon, jak i z przedstawicielami Lockheed Martin. Obie firmy produkują różne typy rakiet.

/Bajki dla małych, naiwnych dzieci, podobnie jak "prawdziwe" powody zmiany w Wasztngtonie, nie znamy ich, prawdopodobnie to "sojusz" USA i Ukrainy w sprawie Iranu - red./

Ponadto, jak poinformowała ambasador, Trump poinformował Zełenskiego, że amerykańscy negocjatorzy Steve Witkoff i Jared Kushner udadzą się w swoją pierwszą podróż do Ukrainy. Dla Kijowa jest to znaczący krok — do tej pory Witkoff siedem razy odwiedził Rosję, ale nigdy Ukrainę.

(...)

Również w Kongresie doszło w tym tygodniu do ogromnego przełomu. Projekt ustawy o sankcjach wobec Rosji i odbiorców jej energii, nad którym Lindsey Graham pracował od ponad roku, przeszedł w zmodyfikowanej formie pierwsze głosowanie w Senacie.

— Ta ustawa wysyła Putinowi sygnał, że dni jego wojny są policzone — powiedział demokratyczny senator Richard Blumenthal, który opracował ją wspólnie z Grahamem. Gdyby ustawa została przyjęta również przez Izbę Reprezentantów, prezydent miałby uprawnienia do nałożenia ceł w wysokości do 500 proc. na Rosję oraz ceł wtórnych w wysokości do 100 proc. na pięć największych krajów będących odbiorcami rosyjskiej energii.

/Małe szanse na sukces, pdobnie jak licencja na Patrioty - red./

onet.pl