Tematem obszernych materiałów otwierających serwisy informacyjne są też sianokosy. 10-minutowy reportaż w miniony weekend wyjaśniał Białorusinom osobliwości "zielonych żniw" i sprytne sposoby kołochoźników, które pozwalają zachować soczystość i wartości odżywcze ściętej trawy. Ta bowiem będzie pożywieniem dla białoruskich krów, bez których nie byłoby tamtejszej prężnej branży mleczarskiej.
- Zwykły proces pracy zamienia się w cyrk i pokazówkę - mówi Hurniewicz. I zwraca uwagę na kolejne absurdy łukaszenkowskich żniw. Nierzadko główną rolę w nich odgrywają narodowi bohaterowie lata - kombajniści.
- Gdy mają przerwę obiadową, na polach organizowane są dla nich koncerty. Czasem wygląda to wręcz komicznie: trzech kombajnistów spożywa posiłek, a przed nimi tańczy i śpiewa 10 osób w strojach ludowych. Odwiedzają ich celebryci i urzędnicy, wygłaszane są patetyczne przemówienia - mówi rozmówca Interii.
Każda bitwa potrzebuje jednak generała. W "bitwie o plony" tę rolę odgrywa oczywiście Alaksandr Łukaszenka.
Jak co roku na początku żniw organizuje szeroko relacjonowane spotkania z rządem, na których wyznacza cele, wskazuje odpowiedzialnych za ich wykonanie i dzieli się licznymi mądrościami na temat gospodarki rolnej.
Nie cofa się też przed groźbami.
Dla reżimu kampania żniwna to bowiem śmiertelnie poważna sprawa. Łukaszenka zażądał, by migających się od ciężkiej pracy w polu i "szkodników", którzy sabotują "kampanię żniwną", wcielić armii.
- Każde niewykonanie rozkazu - do wojska. Niech tam służą. Będą siedzieć w lesie. Tam też potrzebna jest siła robocza. Niech tam posłużą w okresie żniw. Zarówno urzędnik, jak i ten, kto nie chce pracować - orzekł.
(...)
Te wszystkie absurdy nie wzięły się znikąd. Alaksandr Łukaszenka pielęgnuje radziecką opowieść o Białorusi jako kraju ciężko pracujących robotników rolnych. Bo miejsca na indywidualne rolnictwo od czasów sowieckich, jak wiadomo, nigdy nie było.
Kiedy Związek Radziecki jeszcze w latach 20. XX w. próbował szukać swojej legitymacji do sprawowania kontroli nad nierosyjskimi republikami, odwoływał się do opowieści narodowych.
Z racji struktury białoruskiego społeczeństwa, które zamieszkiwało głównie wieś, budowano obraz Białoruskiej SRR jako kraju rolniczego o zdrowych chłopskich korzeniach, a białoruskojęzyczna kultura - jeśli istniała - była przede wszystkim wiejskim folklorem. Podstawą tożsamości była praca na roli i zadanie wykarmienia siebie i innych.
Łukaszenka tę wiejską opowieść o Białorusi przejął i dzielnie kultywuje obraz kraju stojącego rolnictwem.
Problem polega jednak na tym, że taka Białoruś już nie istnieje.
- Jeśli w latach 90. miało to jeszcze pewną logikę, ponieważ na Białorusi mieszkało wiele osób związanych z rolnictwem, a ich poparcie było potrzebne władzy, to dziś wywołuje już tylko gorzki uśmiech. Białoruś jest jednym z najbardziej zurbanizowanych krajów Europy - około 80 proc. obywateli mieszka w miastach - tłumaczy Dzmitry Hurniewicz. Dla porównania w Polsce ten współczynnik wynosi 60 proc.
(...)
- W Związku Radzieckim żniwa były ważnym, ale zwyczajnym procesem gospodarczym. Na Białorusi przedstawia się je jako kwestię przetrwania narodu - mówi Interii Hurniewicz.
Dla Łukaszenki produkcja rolna to podstawa białoruskiej suwerenności. Wgląd w to, jak myśli tu aparat państwowy i co Łukaszenka chciałby, żeby myśleli Białorusini, daje niedawny tekst jednego z ideologów postsowieckiej Białorusi Wadima Hihina, opublikowany na łamach rządowego dziennika "SB. Biełarus' Siegodnia", który do 2018 r. nosił dumną radziecką nazwę "Sowietskaja Biełorussija".
"Na białoruskich polach rozgrywa się zupełnie inna bitwa. Bitwa o chleb" - pisze Hihin w swoim liście miłosnym do kołchozów i Łukaszenki, i dodaje: "To nie przesada. Dziś jedzenie to nie tylko kalorie na talerzu. To suwerenność i główna gwarancja pokoju".
Dalej pisze o tym, jak "niewidzialna ręka rynku" nie sprawdza się w rolnictwie i jaki błąd popełniają na Zachodzie, wspierając nie kolektywizację wsi, a rolnictwo indywidualne. "Białoruś poszła inną drogą. Tutaj nie oddano ziemi na zatracenie żywiołowemu rynkowi. Państwo wzięło na siebie rolę głównego dysponenta, stratega i inwestora" - czytamy.
"Białoruski model udowodnił, że państwo może i powinno być efektywnym właścicielem, jeśli u steru stoją profesjonaliści" - przekonuje Hihin i wskazuje, kto jest czołowym profesjonalistą białoruskiego rolnictwa: "Głównym motorem tego procesu jest Głowa Państwa".
A jak jest naprawdę? - Białoruś musi importować zboże. W 2023 roku wydała na zakup zagranicznej pszenicy około 50 mln dolarów - mówi Hurniewicz i dodaje: - Rolnictwo jest głęboko dotowane, a niemal połowa białoruskich rejonów jest deficytowa i utrzymywana z budżetu państwa. Trzykrotnie mniejsza Litwa zbiera więcej zboża niż Białoruś, a jej plony z hektara są wyższe.
Hurniewicz przywołuje też garść statystyk, które pokazują, w jakim stanie jest białoruskie rolnictwo. - Powierzchnia gruntów rolnych na Białorusi stale się zmniejsza. W 1994 roku wynosiła 6,2 mln hektarów, obecnie to około 5,7 mln hektarów. W ciągu ostatnich 20 lat liczba pracowników państwowych przedsiębiorstw rolnych spadła z 380 tysięcy do 250 tysięcy osób. Liczba kołchozów zmniejszyła się w tym czasie o około 500 - z 2000 do 1500. Bez wsparcia państwa aż 60 proc. z nich przynosiłoby straty - wylicza.
O znaczeniu kolektywnego rolnictwa dla białoruskiej gospodarki mówi Interii Wojciech Konończuk - Nie jest ono kluczowe dla gospodarki białoruskiej, bo to sektor, który generuje kilka procent PKB - wskazuje szef OSW.
Jak mówi, w 2020 roku - w roku niedokończonej rewolucji antyłukaszenkowskiej - sektor IT był niemal na poziomie rolnictwa. - Rozwój IT został zahamowany, a wręcz ograniczony w związku z emigracją wielu informatyków, którzy wsparli protesty. Ale to pokazuje priorytety Łukaszenki. Branża IT to mogła być kura, która znosi złote jaja. Łukaszenka, mając do wyboru ograniczenie swojej władzy lub wstrzymanie rozwoju sektora IT, wybrał oczywiście to drugie - wskazuje Konończuk.
interia.pl
- Zwykły proces pracy zamienia się w cyrk i pokazówkę - mówi Hurniewicz. I zwraca uwagę na kolejne absurdy łukaszenkowskich żniw. Nierzadko główną rolę w nich odgrywają narodowi bohaterowie lata - kombajniści.
- Gdy mają przerwę obiadową, na polach organizowane są dla nich koncerty. Czasem wygląda to wręcz komicznie: trzech kombajnistów spożywa posiłek, a przed nimi tańczy i śpiewa 10 osób w strojach ludowych. Odwiedzają ich celebryci i urzędnicy, wygłaszane są patetyczne przemówienia - mówi rozmówca Interii.
Każda bitwa potrzebuje jednak generała. W "bitwie o plony" tę rolę odgrywa oczywiście Alaksandr Łukaszenka.
Jak co roku na początku żniw organizuje szeroko relacjonowane spotkania z rządem, na których wyznacza cele, wskazuje odpowiedzialnych za ich wykonanie i dzieli się licznymi mądrościami na temat gospodarki rolnej.
Nie cofa się też przed groźbami.
Dla reżimu kampania żniwna to bowiem śmiertelnie poważna sprawa. Łukaszenka zażądał, by migających się od ciężkiej pracy w polu i "szkodników", którzy sabotują "kampanię żniwną", wcielić armii.
- Każde niewykonanie rozkazu - do wojska. Niech tam służą. Będą siedzieć w lesie. Tam też potrzebna jest siła robocza. Niech tam posłużą w okresie żniw. Zarówno urzędnik, jak i ten, kto nie chce pracować - orzekł.
(...)
Te wszystkie absurdy nie wzięły się znikąd. Alaksandr Łukaszenka pielęgnuje radziecką opowieść o Białorusi jako kraju ciężko pracujących robotników rolnych. Bo miejsca na indywidualne rolnictwo od czasów sowieckich, jak wiadomo, nigdy nie było.
Kiedy Związek Radziecki jeszcze w latach 20. XX w. próbował szukać swojej legitymacji do sprawowania kontroli nad nierosyjskimi republikami, odwoływał się do opowieści narodowych.
Z racji struktury białoruskiego społeczeństwa, które zamieszkiwało głównie wieś, budowano obraz Białoruskiej SRR jako kraju rolniczego o zdrowych chłopskich korzeniach, a białoruskojęzyczna kultura - jeśli istniała - była przede wszystkim wiejskim folklorem. Podstawą tożsamości była praca na roli i zadanie wykarmienia siebie i innych.
Łukaszenka tę wiejską opowieść o Białorusi przejął i dzielnie kultywuje obraz kraju stojącego rolnictwem.
Problem polega jednak na tym, że taka Białoruś już nie istnieje.
- Jeśli w latach 90. miało to jeszcze pewną logikę, ponieważ na Białorusi mieszkało wiele osób związanych z rolnictwem, a ich poparcie było potrzebne władzy, to dziś wywołuje już tylko gorzki uśmiech. Białoruś jest jednym z najbardziej zurbanizowanych krajów Europy - około 80 proc. obywateli mieszka w miastach - tłumaczy Dzmitry Hurniewicz. Dla porównania w Polsce ten współczynnik wynosi 60 proc.
(...)
- W Związku Radzieckim żniwa były ważnym, ale zwyczajnym procesem gospodarczym. Na Białorusi przedstawia się je jako kwestię przetrwania narodu - mówi Interii Hurniewicz.
Dla Łukaszenki produkcja rolna to podstawa białoruskiej suwerenności. Wgląd w to, jak myśli tu aparat państwowy i co Łukaszenka chciałby, żeby myśleli Białorusini, daje niedawny tekst jednego z ideologów postsowieckiej Białorusi Wadima Hihina, opublikowany na łamach rządowego dziennika "SB. Biełarus' Siegodnia", który do 2018 r. nosił dumną radziecką nazwę "Sowietskaja Biełorussija".
"Na białoruskich polach rozgrywa się zupełnie inna bitwa. Bitwa o chleb" - pisze Hihin w swoim liście miłosnym do kołchozów i Łukaszenki, i dodaje: "To nie przesada. Dziś jedzenie to nie tylko kalorie na talerzu. To suwerenność i główna gwarancja pokoju".
Dalej pisze o tym, jak "niewidzialna ręka rynku" nie sprawdza się w rolnictwie i jaki błąd popełniają na Zachodzie, wspierając nie kolektywizację wsi, a rolnictwo indywidualne. "Białoruś poszła inną drogą. Tutaj nie oddano ziemi na zatracenie żywiołowemu rynkowi. Państwo wzięło na siebie rolę głównego dysponenta, stratega i inwestora" - czytamy.
"Białoruski model udowodnił, że państwo może i powinno być efektywnym właścicielem, jeśli u steru stoją profesjonaliści" - przekonuje Hihin i wskazuje, kto jest czołowym profesjonalistą białoruskiego rolnictwa: "Głównym motorem tego procesu jest Głowa Państwa".
A jak jest naprawdę? - Białoruś musi importować zboże. W 2023 roku wydała na zakup zagranicznej pszenicy około 50 mln dolarów - mówi Hurniewicz i dodaje: - Rolnictwo jest głęboko dotowane, a niemal połowa białoruskich rejonów jest deficytowa i utrzymywana z budżetu państwa. Trzykrotnie mniejsza Litwa zbiera więcej zboża niż Białoruś, a jej plony z hektara są wyższe.
Hurniewicz przywołuje też garść statystyk, które pokazują, w jakim stanie jest białoruskie rolnictwo. - Powierzchnia gruntów rolnych na Białorusi stale się zmniejsza. W 1994 roku wynosiła 6,2 mln hektarów, obecnie to około 5,7 mln hektarów. W ciągu ostatnich 20 lat liczba pracowników państwowych przedsiębiorstw rolnych spadła z 380 tysięcy do 250 tysięcy osób. Liczba kołchozów zmniejszyła się w tym czasie o około 500 - z 2000 do 1500. Bez wsparcia państwa aż 60 proc. z nich przynosiłoby straty - wylicza.
O znaczeniu kolektywnego rolnictwa dla białoruskiej gospodarki mówi Interii Wojciech Konończuk - Nie jest ono kluczowe dla gospodarki białoruskiej, bo to sektor, który generuje kilka procent PKB - wskazuje szef OSW.
Jak mówi, w 2020 roku - w roku niedokończonej rewolucji antyłukaszenkowskiej - sektor IT był niemal na poziomie rolnictwa. - Rozwój IT został zahamowany, a wręcz ograniczony w związku z emigracją wielu informatyków, którzy wsparli protesty. Ale to pokazuje priorytety Łukaszenki. Branża IT to mogła być kura, która znosi złote jaja. Łukaszenka, mając do wyboru ograniczenie swojej władzy lub wstrzymanie rozwoju sektora IT, wybrał oczywiście to drugie - wskazuje Konończuk.
interia.pl