czwartek, 19 lutego 2026



Znalazłem ten tekst na FB. Pięknie wyjaśnione, nawet dla tych co ledwo ogarniają dwie czynności na raz:

JAK DZIAŁA PROPAGANDA W POLSCE 

Na przykład: MLEKO

Mleczarze:
"Nie da się zrobić mleka, które by nie zawierało śladowych ilości bakterii kałowych. 
Fizjologia krowy jest taka, jaka jest".

Naukowcy: 
"Nie uda się zaprojektować takiego procesu technologicznego, który w nie-UHT-ym mleku zabiłby wszystkie bakterie. 
Niestety, dotyczy to również pałeczek okrężnicy".

Unia Europejska: 
"Określmy w takim takim razie, ile może być dopuszczalnie pałeczek okrężnicy w mleku".

Kreml: 
- Pasłuszajcie tawariszcze, nieskolka liet nazad Ewropejskij Sojuz wydumał skolko możjet byc fekalnych bakterij w karowym małakie.
- Kakaich bakterij?
- Nie kakaich, tolka dupnych.

Kremlowska propaganda:
"Unia Europejska postanowiła właśnie po cichu wprowadzić prawo, zezwalające na dodawanie krowich odchodów do mleka".

Polski internet:
"Przez nierobów z Brukseli będziemy teraz pić maślankę z odchodami i żreć gówno z twarogiem".

Polski prawicowy internet:
"Tylko Polexit może zatrzymać próbę zatruwania nas i naszych dzieci kałem".

Polski ultraprawicowy internet:
"Po robieniu mac z krwi katolickich niemowląt, przyszedł czas na karmienie naszych polskich krów chanukowymi odchodami, celem depopulacji naszego narodu. 
Śmierć wrogom ojczyzny".

Pani Irenka do pani Jadwigi:
"Ja już tej całej polityki mam dość i na nikogo nie będę głosować. 
A już na pewno nie za tą Unią. Słyszała pani, że zmuszać nas będą do jedzenia krowich placków? 
Pani to sobie wyobraża?".

Autor tekstu: Tomasz Borowski

x.com/mr_tomashshelby

środa, 18 lutego 2026



Departament Bezpieczeństwa Krajowego (DHS) rozpoczął działania mające na celu ustalenie tożsamości anonimowych użytkowników mediów społecznościowych, którzy w sieci krytykowali działania ICE – o sprawie informuje „The New York Times”.

W ostatnich miesiącach departament wysłał setki administracyjnych wezwań do firm technologicznych m.in. Google i Meta, do której należy Facebook i Instagram. Wnioskowano o przekazanie danych pozwalających zidentyfikować właścicieli konkretnych kont, w tym nazwisk, adresów email i numerów telefonów. Chodziło o profile, które w ostry sposób krytykowały działania ICE.

Administracyjne wezwania koncentrują się głównie na danych identyfikujących użytkowników, takich jak godziny logowania, używane urządzenia czy adresy e-mail. Nie obejmują one dostępu do treści komunikacji ani danych lokalizacyjnych.

Platformy społecznościowe, według NYT, zadeklarowały, że analizują wnioski rządowe przed ich spełnieniem. Niektóre z nich powiadomiły swoich użytkowników, dając im od 10 do 14 dni na odwołanie się od wezwania do sądu.

Steve Loney z American Civil Liberties Union – jednej z najważniejszych organizacji broniących praw obywatelskich, skomentował dla NYT, że amerykański rząd coraz śmielej sięga po dane użytkowników, a skala i częstotliwość działań jest bezprecedensowa i pozbawiona realnej kontroli.

Departament Bezpieczeństwa tłumaczy, że dane użytkowników są potrzebne, ponieważ chodzi o bezpieczeństwo funkcjonariuszy ICE.

Google deklaruje, że sprzeciwia się zbyt szerokim żądaniem – każde takie wezwanie analizuje oraz informuje o tym swoich użytkowników, o ile pozwala na to prawo.

oko.press


Kyiv Post: - Rosyjskie drony naruszyły przestrzeń powietrzną NATO — Rumunii, Polski, Skandynawii. Jaka jest jedna lekcja, którą Europa powinna wyciągnąć z Ukrainy, zanim będzie za późno? Czy Europa jest przygotowana na niskokosztową wojnę z użyciem dronów o dużej masie?

Jewhen Lesin, zastępca dowódcy kompanii Darknode: Nie ma jednej lekcji ani rozwiązania. Wymaga to złożonego, zintegrowanego podejścia. To, co mówimy naszym partnerom w Europie — tutaj, w Monachium i wszędzie indziej — jest proste: uczcie się od nas. Skorzystajcie z naszego doświadczenia. Zmieńcie swoją doktrynę.

Nie chodzi tylko o drony, ale o strategię i taktykę. Drony Szahid i FPV są stosunkowo tanie, ale mają ogromną siłę rażenia. Tylko w 2025 r. Rosja wystrzeliła w przestrzeń powietrzną Ukrainy co najmniej 56 tys. Szahidów.

Zanim opracowaliśmy drony przechwytujące, które przeciwdziałają bezzałogowym statkom powietrznym, przeszliśmy już przez fazę wykorzystywania samolotów odrzutowych, rakiet, broni palnej — wszystkiego. Nasi sojusznicy mogą albo sami przejść przez ten bolesny proces, kiedy będzie już za późno, albo uczyć się na naszych doświadczeniach i dostosować się szybciej i taniej.

- Wstąpiłeś do Sił Powietrznych Ukrainy w 2024 r., porzucając życie programisty i poety. Czy takie nastawienie pomaga w wysoce technicznym świecie wojny z wykorzystaniem bezzałogowych statków powietrznych?

Pracowałem w branży IT, a poezja i literatura były moimi hobby. Nie mogę powiedzieć, że te konkretne umiejętności bezpośrednio pomogły mi w rozmieszczeniu baterii lub utworzeniu batalionu.

Pomogło mi posiadanie szerokiego zakresu umiejętności — relacji międzyludzkich, empatii w połączeniu z myśleniem technicznym, taktycznym i doktrynalnym. Ta wojna wprowadziła technologie i taktyki, które wcześniej nie istniały. Wcześniej nie było dronów.

Wojna zmieniła się na zawsze. To wojna nowej generacji, a my wciąż się do niej dostosowujemy.

Różnorodne doświadczenia mogły pomóc mi szybciej się dostosować i zachować elastyczność.

onet.pl\Kyiv Post

wtorek, 17 lutego 2026



Poszczególni chanowie (tj. pomniejsi władcy) i sam wielki chan formułą czöjön wiązali się z różnymi szkołami tybetańskiego buddyzmu, np. Möngke z Drigungpa/’Bri-gung-pa i Cang Karmapa, Kubilaj – z Celpa/mTshal-pa, Arik Böge – z Taglungpa/sTag-lung-pa, a Hülegü – z Phagmodrupa/Phag--mo-gru-pa. Dopiero w 1252 roku wielki chan Möngke wydał edykt (tyb. dżasa sangpo / ’ja’-sa bzang-po), który podporządkowywał wszystkie szkoły tybetańskiego buddyzmu administracji klasztoru Sakja. Ze względu na rywalizację i niesnaski między arystokracją świecką a duchowną namiestnik z Sakja nie był jednoznacznie akceptowany jako „władca Tybetu”. Bardzo silny był bowiem opór ze strony innych szkół, które wysyłały poselstwa do Pekinu, domagając się dla siebie takich samych benefi cjów, z jakich korzystała szkoła Kargjupa. Szkoła Drigungpa, po śmierci Möngkego wspierająca Hülegü, zwróciła się nawet do cesarza z prośbą o pomoc militarną przeciwko Sakjapa, uzyskała ją w 1285 roku, ale dwa lata później to Sakjapa zażądała od cesarza przysłania wojsk do Tybetu, a konsekwencją tego było zrównanie z ziemią klasztoru Drigung w 1290 roku.

Za panowania mongolskiej dynastii Yuan w Chinach niepomiernie wzrosła rola tybetańskich duchownych, z których wielu sprawowało funkcje urzędowe w nadzorowanym przez Mongołów aparacie władzy. Wielu mnichów przebywało na dworze, niektórzy nawet w najbliższym otoczeniu cesarza, nie tylko udzielając nauk i objaśnień religijnych, lecz także dbając o cesarską dietę. Powszechne stało się nadużywanie przez mnichów prerogatyw, przejawy arogancji, rozszerzanie przywilejów, korupcja, nepotyzm, sprzeniewierzanie funduszy, wymuszanie świadczeń (prowiant, kwatery, transport), okrucieństwo i rozwiązłość. Przysparzało to duchownym krytyków i wrogów wśród ludności chińskiej. Znane jest też przekonanie, zgodnie z którym to właśnie „degeneracja i rozpasanie mnichów tybetańskich” przyczyniły się do wzrostu nastrojów antymongolskich w Chinach86. Niemniej jednak to właśnie na epokę dynastii Yuan przypada rozpowszechnienie w północnych Chinach tybetańskiej wersji buddyzmu, której symbolem jest charakterystyczna biała pagoda (chiń. báită), wzorowana na tybetańskim czörten/mchod-rten. Liczba buddyjskich obiektów religijnych sięgnęła 42 tys., a mnichów i mniszek było ok. 250 tys.

W 1260 roku, po śmierci chana Möngkego, na tronie mongolskim jako Wielki Chan zasiadł Kubilaj, otrzymując z tej okazji od Phagba Lamy inicjację w obrządku tybetańskim oraz status boddhisattvy Mańdżuśriego (tj. ucieleśnienia mądrości Buddy). Chan z kolei nadał Phagba Lamie tytuł Państwowego Nauczyciela (guóshī), plasujący go w strukturze administracyjnej imperium. Ulegając namowom swoich chińskich doradców, Kubilaj wystąpił w zmaganiach o tron przeciwko własnemu bratu, Arikowi Böge (wojna domowa w latach 1261–1264), którego wcześniej obwołano chanem na kurułtaju (zjeździe starszyzny) w ówczesnej stolicy imperium, Karakorum. Chińscy historycy traktują jednak Kubilaja jako cesarza od momentu objęcia przezeń godności chana, chociaż – z perspektywy tradycji mongolskiej – był on uzurpatorem, chińska dynastia Song jeszcze istniała (do 1279 roku), a dynastię Yuan formalnie założył Kubilaj dopiero w 1271 roku. Wyjątkiem wśród opracowań chińskich jest praca Xizang jianming tongshi, faktograficznie przedstawiająca mongolską narodowość chana i wstąpienie „na tron chiński”, a nie – jak pozostałe opracowania – rozciągające panowanie dynastii Yuan w Chinach na całe imperium mongolskie.

W 1260 roku Wielki Chan przyznał swemu przewodnikowi duchowemu tytuł Cesarskiego Nauczyciela (dìshī, tyb. tiszi/ti-shri) z tytularną siedzibą w pekińskim klasztorze Metog Rawa / Me-tog Ra-ba i przekazał dar należny nauczycielowi od ucznia: władzę nad trzema regionami Tybetu (tyb. czölkha sum / Chol-kha-gsum). Na mocy Edyktu Perłowego (tyb. dżasa mudigma / ’ja’-sa mu-tig-ma) Kubilaja z 28 maja 1264 roku całe terytorium Tybetu znalazło się pod rządami Phagba Lamy, który przybrał tytuł drogön czögje phagba / ’gro-mgon chos-rgyal’phags-ba – Obrońca Żywych Istot) i zapoczątkował dynastię Sakja/Sa-skya (od nazwy klasztoru, w którym miał swoją siedzibę). Edykt nadawał Phagba Lamie zwierzchnictwo i władzę nad wszystkimi klasztorami, a także zwalniał mnichów od płacenia podatków i obdzielał ich wieloma przywilejami. Ukształtował się wówczas hierokratyczny model władzy w Tybecie, z lamą jako głową państwa, uzależnionym jednak od „patronatu zewnętrznego” w kwestiach bezpieczeństwa militarnego oraz gwarancji własnych rządów. 

Godność dishi była novum w chińskiej tytulaturze urzędniczej. Po śmierci Phagba Lamy w 1280 roku rozdzielono funkcję dishi i opata klasztoru Sakja, co oznaczało, że ten ostatni nie był już świeckim władcą całego centralnego Tybetu. Jednak wbrew intencjom Phagba Lamy jego szkoła nie zyskała w Chinach zwolenników, przegrywając ze szkołą chán (jap. zen).

Phagba przez pewien czas przebywał w cesarskiej – od 1264 roku – stolicy Dadu (Dàdū – Wielka Stolica, mong. Chanbałyk, stara nazwa chińska: Yanjing – Yànjīng, tj. dzisiejszy Pekin), gdzie opracował uniwersalne, fonetyczne pismo typu abugida dla języków używanych na terytorium państwa mongolskiego (łącznie z samym mongolskim, tybetańskim i chińskim), oparte na alfabecie tybetańskim. Kubilaj, zlecając mu takie zadanie i wprowadzając to pismo edyktem z lutego 1269 roku, kierował się – mimo korzystania z wielu tradycyjnych elementów chińskiej państwowości – dążeniem do ograniczenia wpływów kultury chińskiej na swój dwór i państwo, chociaż sam był z Chinami mocno związany emocjonalnie. Wprawdzie po śmierci Kubilaja, który usilnie propagował to pismo, poszło ono w zapomnienie, to jednak uderzające wydaje się podobieństwo znaków do powstałego później alfabetu koreańskiego, co wskazuje, że alfabet ten ma źródło w piśmie Phagba Lamy.

(...)
 
Władza dynastii Yuan nie była zatem ani całkowicie polityczna, ani militarna, bowiem sprowadzała się – zdaniem Dawa Norbu – do wymiaru strukturalnego, który obejmował aspekt instytucjonalny poprzez powołanie Rady Politycznej i wyznaczenie świeckiego wielkorządcy Tybetu (tyb. pönczen/dpon-chen lub pönpo/dpon-po), a także aspekt organizacyjny, tzn. wspomniany podział terytorialny i ustanowienie 15 (później 27) stacji pocztowych. Na rozkaz Kubilaja niewielkie garnizony mongolskie zostały wycofane z większości rejonów Tybetu. W ten sposób Tybet jako jedyny z podległych Mongołom krajów zdołał zachować faktyczną niezależność, chociaż formalnie godził się na ich zwierzchność, która wszakże pozostawała dość luźna. Realną władzę w Tybecie sprawowały klasztory, wspomagane przez arystokrację. Jedynie niezależny autor chiński – Wang Lixiong – zwraca uwagę, że „Tybetańczycy w rzeczywistości rządzili się sami”, a „odwoływanie się do mongolskiego najazdu na Tybet jako argumentu na rzecz chińskiej [nad nim] suwerenności nie odpowiada faktom” i „stanowi przejaw dziwnej logiki”, bowiem to „Mongołowie i Tybetańczycy władali Chinami”.

W politycznie poprawnej chińskiej interpretacji każde posunięcie imperium mongolskiego wobec Tybetu – ustanowienie godności dishi, powołanie pönczena, urzędy, tytuły, nominacje dla urzędników zarządzających trzynastoma wanhu, utworzenie Rady Politycznej i trzech komandorii, nadanie przez Kubilaja Tybetu jako lenna siódmemu synowi, przeprowadzanie spisów ludności w latach 1260, 1268, 1287 i 1334 (podobnie jak w całym imperium mongolskim), a także założenie stacji pocztowych, w tym czterech w Ü i siedem w Cangu, a od 1281 roku dodatkowych czterech w Ngari) i posterunków wojskowych (tyb. mangdżam/dmag-’jams) w 1287 roku – świadczy o podporządkowaniu Tybetu nie Mongołom, lecz Chinom. Sami Mongołowie – w myśl propagandowo-sinocentrycznego rozumowania – stanowili „jedną z narodowości Chin”, a „twierdzenie jakoby kampania Mongołów, mająca na celu zjednoczenie Chin, była w zasadzie narzuceniem władzy przez obce państwo, jest błędne, ponieważ pomija podstawowy element historii – to, że Chiny są krajem wielonarodowym”. W myśl takiego rozumowania, jeśli Phagba Lama w 1267 roku pomagał chanowi w tłumieniu rewolty w Tybecie, to nie czynił tego w celu umocnienia tam swojej władzy oraz pozycji na dworze Kubilaja, lecz na rzecz jedności Chin.

O tym, że taka wersja dziejów jest stosunkowo nowym wytworem chińskiej propagandy, świadczy fakt, że w starszych publikacjach historycznych nie wspomina się o panowaniu mongolskim inaczej niż o agresji, inwazji, rzezi i ucisku narodowym. W późniejszych opracowaniach chińskich aspekt agresji, przemocy, brutalności w rządach mongolskich zszedł na dalszy plan lub w ogóle zanikł na korzyść eksponowanego argumentu propagandowego w postaci „programu jednoczenia narodu” (tj. Chin), a o ubocznych skutkach – np. o „represjonowaniu mas tybetańskich” za panowania dynastii Yuan – pobieżnie wspomina tylko jedna chińska publikacja.

Jerzy Bayer Waldemar J. Dziak - Tybet

poniedziałek, 16 lutego 2026



W Norwegii o korupcję oskarżony został były premier Thorbjørn Jagland, a rodzina królewska – ze względu na korespondencję małżonki następcy tronu ze skompromitowanym finansistą - znalazła się w poważnym kryzysie wizerunkowym. W Słowacji ustąpić musiał doradca premiera Fico Miroslav Lajčák, a we Francji były minister kultury Jack Lang pożegnać się ze stanowiskiem dyrektora Instytutu Świata Arabskiego.

Tymczasem w państwie stanowiącym centrum afery, Stanach Zjednoczonych, jak dotąd rewelacje z akt Epsteina nie przyniosły ani spektakularnych dymisji, ani zarzutów. Ze stanowiska głównej prawniczki banku Goldman Sachs musiała co prawda odejść Kathryn Ruemmler - obficie korespondująca z Epsteinem i nazywająca go "wujkiem". Już sekretarz handlu Howard Lutnick, który, jak pokazały maile, wprowadził wcześniej w błąd Kongres na temat czasowego zakresu swoich relacji z Epsteinem, a nawet odwiedził niesławną karaibską wyspę finansisty już po tym, gdy został on po raz pierwszy skazany za przestępstwa seksualne, nigdzie się nie wybiera i ma pełne wsparcie prezydenta Trumpa. Nie widać też, by Departament Sprawiedliwości chciał komuś postawić zarzuty.

Jednocześnie sprawa Epsteina budzi potężne emocje amerykańskiej opinii publicznej i będzie miała znaczenie dla amerykańskiej polityki. Przynajmniej na razie bardziej wydaje się ona szkodzić obecnej administracji, która wyraźnie nie potrafi zapanować nad narracją w sprawie Epsteina.

Ten brak kontroli najlepiej było widać w środę, gdy przed Komisją ds. Sądownictwa Izby Reprezentantów w sprawie Epsteina zeznawała prokuratorka generalna, Pam Bondi. Jej przesłuchanie było zupełną polityczną katastrofą, bardziej niż z parlamentarną polityką kojarzyć się mogło z show Jerry’ego Springera. Springer, ikona amerykańskiej śmieciowej telewizji, sadzał w studio osoby z dołów społecznych, których toczone przed kamerami kłótnie o pieniądze, zdrady i inne sprawy często przeradzały się w rękoczyny.

W trakcie przesłuchania Bondi do rękoczynów co prawda nie doszło, ale czasem wyglądało, jakby niewiele brakowało. Na pytania kongresmenów Bondi reagowała agresją, osobistymi zniewagami pod adresem pytających, w wielu momentach wyglądała jakby była na granicy zupełnego załamania. W jednym z najbardziej absurdalnych fragmentów przesłuchania zaatakowała kongresmenów za to, że nie doceniają gospodarczych sukcesów Trumpa i zaczęła recytować, jak dzięki prezydentowi rośnie amerykańska giełda.

Bondi nie odpowiedziała przy tym na kluczowe pytania, na czele z tym, czemu ofiary Epsteina - obecne w trakcie przesłuchania - miały takie problemy z kontaktem z nią, a dane niektórych z nich zostały ujawnione. Prokuratorka nie wyjaśniła też, czemu dane niektórych osób z niebanalnym prawdopodobieństwem uczestniczących w przestępczych działaniach finansisty zostały zaczernione w ujawnionych przez rząd plikach ani dlaczego nikomu jak dotąd nie postawiono zarzutów.

Jeśli występ Bondi przed kongresową komisją miał rozwiać wątpliwości Amerykanów, czy rząd w sprawie Epsteina działa transparentnie i kompetentnie i robi wszystko, by odpowiedzialni ponieśli karę, to odniósł przeciwny skutek. Kongres przy tym nie odpuści sprawy i będzie zadawać dalsze pytania.

wp.pl

niedziela, 15 lutego 2026



Sikorski wystąpił w ostatnim sobotnim panelu dyskusyjnym w Monachium na temat stanu relacji transatlantyckich. Szef polskiej dyplomacji twierdząco odpowiedział na pytanie "czy Zachód wciąż istnieje", lecz zaznaczył, że między obiema stronami Atlantyku zawsze istniały różnice. Jak wspominał, kiedy po raz pierwszy przyjeżdżał do Waszyngtonu, uważał się za konserwatystę, lecz ze zdziwieniem uznał, że jego pojęcie prawa do opieki zdrowotnej czy posiadania broni czyniły go w Ameryce "komuchem". Zaznaczył, że podobne "cywilizacyjne" różnice istnieją w postrzeganiu wolności słowa, która w Ameryce jest niemal nieograniczona.

- W Europie, z ważnych powodów historycznych, na przykład w Polsce, opowiadanie się za faszyzmem i komunizmem jest zabronione z bardzo ważnych powodów historycznych. Wierzymy w wolność słowa z odpowiedzialnością. A to, co wydarzyło się tutaj rok temu, polegało na tym, że wiceprezydent Stanów Zjednoczonych powiedział nam, że nasza koncepcja wolności słowa to cenzura, a ja po prostu tego nie akceptuję - powiedział Sikorski. - I tak trudność, z którą się teraz zmagamy, polega na tym, że jedna strona Atlantyku próbuje narzucić swoje wartości drugiej stronie i to jest niedopuszczalne - dodał.

W dalszej części dyskusji szef MSZ krytykował również łamanie przez administrację Trumpa dotychczasowej niepisanej zasady o wzajemnym nieingerowaniu w proces polityczny wewnątrz zachodnich demokracji. Przywołał przykład poparcia przez Trumpa Karola Nawrockiego w wyborach prezydenckich.

- Dawniej nie ingerowaliśmy (w sprawy sojuszników), ale ingerowaliśmy w imię demokracji w politykę autokracji, a teraz jest odwrotnie - ocenił Sikorski. - To całkowicie oburzające. I w Polsce, na przykład, jest to irracjonalne - dodał. Jak zaznaczył, Polska była przez lata najbardziej proamerykańskim krajem w Europie, a "Stany Zjednoczone miały wspaniałą sytuację, w której rząd i opozycja, rywalizowały o to, kto będzie bardziej proamerykański".

- Kiedy zaczniesz wybierać strony, zaczyna się inna dynamika - zaznaczył.

PAP


Tekst opublikowany na łamach "The New Yorker" uzupełnia dotychczasowy obraz rosyjskich działań sabotażowych — autorzy koncentrują się na operacyjnym sposobie funkcjonowania rosyjskiego wywiadu. Joshua Yaffa powołuje się na źródła w organach ścigania, zeznania świadków oraz wypowiedzi ekspertów i opisuje przypadki, w których młode osoby były werbowane do wykonywania pozornie prostych zadań, takich jak dostarczenie paczki, fotografowanie infrastruktury czy pozostawienie przedmiotu w określonym miejscu. Rekrutowani, nazywani jednorazowymi agentami (ang. single-use agents), często nie zdawali sobie początkowo sprawy z rzeczywistego znaczenia swoich działań ani z charakteru operacji, której stawali się częścią.

Według ustaleń proces rekrutacji ma charakter rozproszony i niskokosztowy. Zleceniodawcy unikają bezpośredniego kontaktu z wykonawcami, porozumiewają się za pośrednictwem komunikatorów, takich jak ormiańska aplikacja Zangi czy rosyjski Telegram. Oferowane wynagrodzenie jest stosunkowo niewielkie, a w niektórych przypadkach — wypłacane z opóźnieniem lub wcale. Taki model działania ma ograniczać ryzyko po stronie organizatorów oraz utrudniać jednoznaczne przypisanie odpowiedzialności państwu rosyjskiemu.

Artykuł Joshuy Yaffy wprowadza również nową perspektywę odnośnie do działalności jednorazowych agentów na terenie Polski. Autor łączy sprawę Daniila Bardadima, skazanego w ubiegłym roku za podpalenie sklepu IKEA na Litwie, z Serhijem Chaliyem, poszukiwanym między innymi za pośredni udział w podpaleniu Centrum Handlowego Marywilska na warszawskiej Białołęce. Bardadim został zwerbowany przez Chaliya po swoim przyjeździe do Polski w 2024 r. Po schwytaniu przez litewskie służby przyznał się do popełnionych czynów i opowiedział swoją historię.

demagog.org.pl

sobota, 14 lutego 2026



Amerykanie w Monachium podkreślili, że są zadowoleni ze wzrostu wydatków na obronność, ponieważ Stany Zjednoczone znów skupiają się na własnej półkuli i regionie Azji i Pacyfiku.

USA chcą "energicznych, zdolnych i bardziej samowystarczalnych europejskich sojuszników" — powiedział podsekretarz obrony Elbridge Colby, dodając, że Ameryka od dawna dźwiga "nieproporcjonalnie dużą część" ciężaru. Pochwalił przy tym Niemcy za "historyczną, ogromną zmianę" w wydatkach na obronność.

To wyraźna różnica w stosunku do tonu zeszłego roku, kiedy to wiceprezydent USA J.D. Vance wywołał burzę na konferencji w Monachium, ostro atakując europejskie wartości i politykę.

Obecnie obie strony twierdzą, że pozostają zaangażowane w NATO. Jednak ostatni rok — od przemówienia Vance'a, przez groźby Trumpa dotyczące włączenia Kanady (do USA jako 51. stanu), jego lekceważenie sojuszników, którzy walczyli u boku USA w Afganistanie, a zwłaszcza jego powtarzające się wezwania do aneksji Grenlandii — pozostawił swoje ślady.

Stosunki europejsko-amerykańskie przypominają stare małżeństwo, które się nie rozwodzi, ale przenosi do oddzielnych sypialni.

(...)

Przed wyjazdem do Niemiec sekretarz stanu USA Rubio podkreślił, że sojusz będzie kontynuowany. Przyszłość Ameryki i Europy "zawsze była powiązana i tak pozostanie... więc musimy po prostu porozmawiać o tym, jak ta przyszłość będzie wyglądać" — powiedział.

(...)

Jednak przed nami mogą pojawić się punkty zapalne, a europejscy przywódcy wyznaczyli granice, jeśli chodzi o cła handlowe i wysiłki Make America Great Again mające na celu kształtowanie europejskiej polityki na wzór Trumpa poprzez wspieranie partii populistycznych.

— Wojna kulturowa ruchu MAGA nie jest naszą wojną — powiedział Merz. — Wolność słowa kończy się u nas, gdy wypowiedzi te są sprzeczne z godnością ludzką i konstytucją. Nie wierzymy w cła i protekcjonizm, ale w wolny handel.

W swoim przemówieniu Macron podkreślił, jak bardzo Europa różni się od Ameryki pod przewodnictwem Trumpa we wszystkich kwestiach, od wolności słowa po regulacje technologiczne i szacunek dla nauki.

— Taka Europa będzie dobrym sojusznikiem i partnerem dla Stanów Zjednoczonych. Będzie partnerem, który jest szanowany, [bo] musimy być szanowani. Zrobiliśmy wiele i zrobimy jeszcze więcej — stwierdził Macron.

onet.pl\POLITICO


Z jednej strony sobotnie przemówienie Marco Rubio wyglądało jak misja ratunkowa, która ma załagodzić dotychczasowe spory administracji Trumpa z Europejczykami wokół Grenlandii, ceł czy też polityki wobec Ukrainy.

Rubio przybrał zupełnie inny ton niż J.D. Vance w ubiegłym roku. Nie zarzucał Europejczykom odejścia od demokracji, wolności słowa i fundamentów cywilizacji zachodniej. Zwracał się do nich per "przyjaciele", dużo mówił o wspólnych korzeniach cywilizacyjnych Europy i USA i przekonywał, że nadal tworzą one jedną, zachodnią cywilizację, która nie jest tylko jedną z wielu, ale jest wyjątkowa i — mówiąc wprost — lepsza niż wszystkie pozostałe.

Z drugiej jednak strony Rubio powtórzył ubiegłoroczny przekaz Vance'a: nie chcemy, żeby Europa była słaba, bo to osłabia też Amerykę; Europa musi być silna, bo wtedy odżyje cywilizacja zachodnia.

(...)

Sekretarz stanu chciał uspokoić Europejczyków i zapewnić ich, że USA nadal chcą współpracy i dobrych relacji, ale przekazał też wprost, że zasady gry w sojuszu transatlantyckim się zmieniły i że Ameryka oczekuje, iż Europa wzmocni się militarnie oraz duchowo i że ponownie będzie "dumna ze swojego dziedzictwa, ze swojej tradycji i historii".

W praktyce oznacza to, że USA oczekują od Europy tego wszystkiego, co u siebie w kraju robi administracja Trumpa: zatrzymania imigracji z krajów globalnego południa, walki z ideologią woke w przestrzeni publicznej, na uczelniach itd., czyli odwrócenia "wymazania cywilizacyjnego", które — jak stwierdził Rubio — zagraża zarówno USA, jak i Europie.

Oznacza to też utrzymanie poparcia Ameryki Trumpa dla państw narodowych w Europie, a nie dla Unii Europejskiej. W swoim przemówieniu Rubio sięgnął do idei, którą Vance głosi od dawna: Amerykanie nie mogą walczyć i umierać za abstrakcyjne wartości, tylko za konkretnych ludzi, konkretne miejsce na ziemi i konkretny naród. Naturalnie jest to sposób myślenia pokrewny klasycznemu europejskiemu nacjonalizmowi. Choć amerykański sekretarz stanu tego nie dodał, w tym sposobie myślenia ukryta jest oczywista intencja: Amerykanom dużo łatwiej będzie wpływać na politykę Europy, kiedy każde z państw europejskich z Waszyngtonem będzie rozmawiało osobno.

Bezpośrednio po Marco Rubio w Monachium przemawiał szef dyplomacji Chin Wang Yi. Potępił amerykański unilateralizm i protekcjonizm, i stwierdził, że w ostatnich miesiącach na arenie międzynarodowej zapanowało prawo dżungli. W tym kontekście przedstawiał Chiny jako fundament globalnej stabilności i przewidywalności, a następnie apelował o reformę "globalnego systemu zarządzania".

Wang Yi nie tylko potępił konkretne działania USA, ale też zdecydowanie je napominał. Odnosząc się do ataku na Wenezuelę i porwania Nicolasa Maduro, stwierdził, że Waszyngton przekroczył linię, której nie wolno przekraczać, a mówiąc o sytuacji w Iranie, przekonywał, że USA powinny zachować się "roztropnie" i odstąpić od dalszej eskalacji napięcia.

Jednocześnie szef chińskiej dyplomacji zwrócił się do Europejczyków. W obliczu sporów z administracją Trumpa największe państwa europejskie coraz chętniej dywersyfikują swoje partnerstwa. Stąd m.in. zatwierdzenie umowy z Mercosurem, negocjacje handlowe z Indiami, a także liczne wizyty przywódców europejskich — premiera Wielkiej Brytanii Keira Starmera, prezydenta Francji Emmanuela Macrona, a niedługo również kanclerza Merza — w Chinach.

W tym właśnie kontekście Wang Yi mówił, że Europa i Chiny to dwie wielkie cywilizacje, "dwa nieodzowne bieguny w świecie wielobiegunowym", które są partnerami, a nie rywalami. — Dopóki będziemy o tym pamiętać, będziemy mogli podejmować prawidłowe wybory w obliczu wyzwań. Będziemy mogli zatrzymać ruch w kierunku coraz większych podziałów i będziemy mogli razem działać, by stworzyć lepszy świat — mówił szef chińskiej dyplomacji. Dodał też, że Europa i Chiny mogą "osiągnąć harmonię bez uniformizacji" i zaapelował, by Europejczycy przyłączyli się do reformy globalnego systemu zarządzania zdefiniowanego przez Xi Jinpinga.

To wprost zaproszenie dla Europy do zrywania z USA, odrzucenia amerykańskiego unilateralizmu i protekcjonizmu oraz przyłączenia się do działań na rzecz zwiększenia głosu tzw. globalnego południa w instytucjach międzynarodowych.

/Raczej propozycja dialogu - red./

Wang Yi postawił jednak warunek: Europa powinna "mieć odwagę rozmawiać z Rosją" na temat zakończenia wojny w Ukrainie i powinna wyjść w tym zakresie z nowymi inicjatywami. Jego zdaniem Europa powinna włączyć się w rozwiązanie "podstawowych przyczyn konfliktu" (tego zwrotu używa również Moskwa), z czego następnie powinna wyłonić się "nowa architektura bezpieczeństwa" na kontynencie.

/Czyli Europa powinna być silniejsza - red./

(...)

Europa zamierza więc pozostać bliżej USA, ale jednocześnie równoważyć ten sojusz partnerstwami z państwami niezachodnimi. Nie zamierza jednak spełniać warunków postawionych ani przez Rubio, ani przez Wanga Yi. Merz stwierdził, że "wojny kulturowe MAGA nie są naszymi wojnami", tym samym dając do zrozumienia, że nie podziela diagnozy Rubio i Vance'a o "cywilizacyjnym wymazywaniu" Europy. Wbrew oczekiwaniom Pekinu nic nie mówił też o rozmowach z Putinem ani o konstruowaniu nowej architektury bezpieczeństwa w Europie — w domyśle wespół z Moskwą.

onet.pl


Prezydent Trump twierdzi, że prezydent Izraela Herzog powinien wstydzić się z tego powodu, że nie ułaskawił premiera Netanjahu.

Tu kilka słów wyjaśnienia:

👉 Na Netanjahu ciążą zarzuty korupcji i nadużycia władzy (Sprawa 1000: przyjęcie prezentów o wartości do 260 000 USD; Sprawa 2000: proponowanie niekorzystnych dla rozwiązań prawnych dla jednego medium w zamian za przychylną obsługę medialną; Sprawa 4000: zapewnienie zmian legislacyjnych wartych setki milionów dolarów spółce telekomunikacyjnej i medialnej w zamian za obsługę medialną korzystną dla premiera i jego rodziny). Proces trwa.

👉 Trump żąda od prezydenta Izraela  ułaskawienia Netanjahu, który nie został uznany jeszcze za winnego. Brzmi znajomo. W Izraelu to jest możliwe do przeprowadzenia zgodnie z prawem, ale ułaskawiony najpierw musiałby przyznać się do winy i zobowiązać do poprawy, co by oznaczało odejście z polityki. Tymczasem nie taki jest cel zabiegów. 

🗣️Trump jako suzeren dba o wasali, dopóki ci są w pełni posłuszni. Tak jest z Netanjahu. Może liczyć na poparcie, dobre słowo i przywileje, ale do momentu, w którym nie wyjdzie z szeregu. Netanjahu zaatakował Katar wbrew interesom USA, co jest uznawane przez analityków izraelskich za "katastrofę strategiczną". Izrael naruszył interesy suzerena, który brutalnie przywołał go do porządku, zmusił do przerwania wojny w Gazie, a teraz narzuca kolejne warunki także wbrew wasalowi (potencjalne zaangażowanie Turcji i Kataru w odbudowę Gazy). 

Relacje USA - Izrael pokazują, że globalny feudalizm budowany przez Trumpa jest korzystny dla jego wasali, ale na poziomie personalnym, ale już niekoniecznie na poziomie państw, które tracą suwerenność na rzecz seniora. 

To paradoks, bo Netanjahu przekonuje, że walczy o suwerenność Izraela i pod tym hasłem prawdopodobnie wystartuje w wyborach jesienią 2026. Relacje USA - Izrael w warunkach hołdu złożonego Trumpowi przez Netanjahu powinny dawać do myślenia każdemu  politykowi, który rozważa taką relację. 

x.com/JarekKociszewsk

piątek, 13 lutego 2026



Bezprecedensowa w historii powojennej Japonii skala zwycięstwa Partii Liberalno-Demokratycznej w przedterminowych wyborach do Izby Reprezentantów (izby niższej parlamentu) zaskoczyła przywódców ChRL. Nie postrzegają jednak oni swojej trwającej kilka miesięcy eskalacji dyplomatycznej skierowanej przeciwko premier Takaichi Sanae jako jednoznacznej porażki. Japonia może stać się teraz celem nawet bardziej zażartej kampanii politycznej wewnątrz Chin, która pozwoli na odnowienie legitymizacji wewnętrznej KPCh pod nacjonalistycznymi i antyjapońskimi hasłami. W sytuacji dyplomatycznego zawieszenia broni z USA Pekin potrzebuje innego celu, na którym może skupić negatywne emocje opinii publicznej.

Partia Liberalno-Demokratyczna (LDP) zdobyła 8 lutego 315 mandatów w Izbie Reprezentantów, a koalicyjna Japońska Partia Innowacji (JIP) uzyskała 36 mandatów, dzięki czemu rządząca koalicja ma obecnie 351 posłów w 465-osobowej izbie niższej parlamentu. LDP samodzielnie posiada teraz więcej niż wymagane dwie trzecie głosów (310) do zainicjowania zmiany konstytucji. Do tego jednak potrzeba również większości dwóch trzecich głosów w zdominowanej przez opozycję izbie wyższej – Izbie Radców. Osiągnięta „super większość” pozwala jednak LDP odrzucić weto Izby Radców do ustaw przyjętych przez Izbę Reprezentantów. Da to premier duże możliwości realizowania jej ambitnej agendy gospodarczej, ale też wprowadzania fundamentalnych zmian w polityce bezpieczeństwa narodowego Japonii. W pierwszej kolejności dotyczy to trwającej rewizji strategii bezpieczeństwa, a także znaczącego zwiększenia wydatków na cele obronne, na co Takaichi uzyskała jednoznaczny mandat wyborczy.

Japonia, wychodząca z nowym impulsem rozwojowym z wieloletniej stagnacji gospodarczej, może równocześnie zostać ważnym aktorem w sferze bezpieczeństwa w Azji Wschodniej. W ten sposób może stać się istotną przeszkodą w realizacji przez Pekin ambicji przejęcia Tajwanu czy zdominowania gospodarczo-politycznego tego regionu. Wydaje się, że bezprecedensowa kampania nacisku dyplomatycznego na premier Takaichi (zob. Pekin eskaluje konflikt dyplomatyczny z Tokio) miała na celu co najmniej rozbicie rządzącej w Tokio koalicji, a w wypadku przedterminowych wyborów – doprowadzenie do przegranej LDP. Mimo że tak się nie stało, kierownictwo Komunistycznej Partii Chin (KPCh) niekoniecznie musi uznać swoją strategię za porażkę, choć presja na premier bezpośrednio przed wyborami mogła de facto wzmocnić LDP.

Oficjalna reakcja chińskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych na wynik japońskich wyborów wpisuje się w dotychczasową eskalację napięć dyplomatycznych. Rzecznik MSZ ChRL Lin Jian potwierdził, że co prawda wybory są sprawą wewnętrzną Japonii, ale ich wynik odzwierciedla „pewne głęboko zakorzenione problemy strukturalne, nurty myślowe i trendy”, które powinny skłonić społeczeństwo japońskie i międzynarodową opinię publiczną do refleksji. Wezwał rząd Japonii do zmierzenia się z międzynarodowymi obawami, do „dążenia do pokojowego rozwoju” i „niepowtarzania militaryzmu”. Ostrzegł też, że jeśli „skrajnie prawicowe siły” w Japonii „źle ocenią sytuację i będą działać lekkomyślnie, spotkają się z oporem ze strony społeczeństwa japońskiego i społeczności międzynarodowej”. Ponowił również żądanie wycofania się premier Takaichi z tego, co nazwał „błędnymi uwagami” na temat Tajwanu, podkreślając, że naród chiński jest „zdecydowany bronić swoich podstawowych interesów”.

Równocześnie KPCh kontynuuje operację propagandową przeciwko Japonii. Wiele chińskich mediów nie tylko powtarza oficjalny komunikat MSZ, lecz także propaguje wypowiedzi komentatorów powiązanych z tym ugrupowaniem – zazwyczaj „ekspertów” z finansowanych przez państwowe firmy think tanków i instytutów badawczych. Przedstawiają oni wyniki wyborów w alarmistycznym tonie. Podsycają obawy wielu Chińczyków, że Takaichi i LDP dążą do zmiany japońskiej konstytucji i powrotu do militarystycznej, ekspansjonistycznej polityki sprzed II wojny światowej. Straszą też zachwianiem równowagi regionalnej i wzrostem prawdopodobieństwa wybuchu wojny, jeśli Japonia pod nowymi rządami odejdzie od pacyfistycznej konstytucji. Taka narracja jest powielana i powtarzana zarówno w propagandzie wewnętrznej, jak i zagranicznej. W chińskich mediach społecznościowych pojawiły się mało wyszukane karykatury Takaichi i ultranacjonalistyczne komentarze. Nawet jeżeli część z nich powstała spontanicznie, to aparat propagandowy je wzmacnia i powiela.

osw.waw.pl