czwartek, 21 maja 2026

 
 
W dniach 19–20 maja Władimir Putin złożył wizytę państwową w ChRL. Pretekstem do podróży była rocznica podpisania Traktatu o dobrosąsiedztwie i przyjaznej współpracy z 2001 r., który przedłużono o kolejne pięć lat. Strony odbyły szereg spotkań w różnych formatach, z których najważniejsze były rozmowy Putina z Xi Jinpingiem oraz z premierem Li Qiangiem. Podpisano 42 porozumienia sektorowe i biznesowe oraz dwa dokumenty o znaczeniu politycznym: Wspólne oświadczenie ws. dalszego umacniania wszechstronnego partnerstwa i współpracy strategicznej oraz pogłębiania stosunków dobrosąsiedzkich, przyjaźni i współpracy oraz Wspólną deklarację ws. kształtowania wielobiegunowego świata i stosunków międzynarodowych nowego typu. Putin i Xi Jinping wzięli udział w ceremonii otwarcia dwuletniego programu współpracy w dziedzinie oświaty oraz wygłosili oświadczenia dla mediów.

Mimo nadzwyczajnej oprawy medialnej wizyta miała rutynowy charakter i nie wniosła nic nowego do stosunków między stronami. Od wielu lat mają one znamiona de facto sojuszu, nastawionego na fundamentalną rewizję ładu międzynarodowego oraz zastąpienie porządku ukształtowanego po zakończeniu zimnej wojny porządkiem skupionym wokół Chin i wspierającej je Rosji. Wizyta jest też sygnałem, że partnerstwo ChRL i FR pozostaje jednym z filarów polityki zagranicznej obu państw, a próby jego rozluźnienia są skazane na niepowodzenie. Pekin i Moskwa wzmacniają też w ten sposób swoją pozycję wobec USA. Przekaz komunikatów stron jest zbudowany wokół tezy, że świat jest coraz bardziej niestabilny, Zachód jest źródłem presji i chaosu, a Chiny wraz z Rosją są przewidywalnym rdzeniem nowego, „sprawiedliwszego” wielobiegunowego ładu międzynarodowego opartego na multilateralizmie.

Komentarz

    Dla Pekinu wizyta Putina miała dużą wartość polityczną, wzmacniając narrację o pozycji mocarstwowej Chin. ChRL pokazała, że jest w stanie utrzymywać równoległe kanały komunikacji z USA i Rosją, a jednocześnie budować obraz świata, w którym to Pekin, a nie Waszyngton, jest stabilizatorem i arbitrem nowego porządku. Politycznie Xi Jinping zademonstrował swobodę strategiczną i kolejny raz zignorował oczekiwania Zachodu, że wpłynie na Putina w sprawie Ukrainy. Temat ten pojawił się tylko w komunikacie jedynie jako element wymiany poglądów i bez szczegółów. Pekin czerpie korzyści z rosyjskiej konfrontacji z Zachodem, dlatego wspiera Moskwę politycznie i gospodarczo, lecz oficjalnie utrzymuje język neutralności i nazywa wojnę „kryzysem ukraińskim”, ponieważ nie chce ponosić kosztów konfliktu. Rosja zgodziła się natomiast na ostre sformułowania wobec planów Japonii dotyczących zmiany polityki bezpieczeństwa narodowego. Równocześnie brak porozumień, które mogłyby w znaczący sposób złagodzić asymetrię gospodarczą między stronami, wskazuje, że Chiny przeciągają rozmowy i wzmacniają pozycję przetargową wobec Rosji.

    Mimo dużej liczby porozumień, nie wprowadzają one nowej dynamiki w relacje gospodarcze ChRL i Rosji. Mimo że Putinowi towarzyszyła liczna delegacja, obejmująca m.in. pięciu wicepremierów, ministra finansów, szefową Banku Centralnego i szefów głównych firm energetycznych (Gazpromu, Rosniefti, Rosatomu), dyrektora Federalnej Służby Współpracy Wojskowo-Technicznej z Zagranicą oraz wiceministra obrony, to podpisane dokumenty będą miały minimalny wpływ na stosunki gospodarcze między obydwoma państwami. Zawarto dziewięć porozumień między instytucjami edukacyjnymi i siedem między organizacjami medialnymi, co sygnalizuje dalsze zacieśnianie współpracy i koordynacji w propagandzie i dezinformacji. Pozostałe to memoranda (MoU) lub protokoły ustaleń. Jedyna konkretna umowa gospodarcza dotyczy wspólnej budowy drugiej nitki kolejowej na przejściu granicznym Zabajkalsk–Mandżuria.

    Kluczowym problemem dla Moskwy jest niepodpisanie kontraktu na budowę gazociągu Chiny–Rosja (trasa zachodnia), czyli Siła Syberii 2. Przed wizytą dawała ona do zrozumienia, że ta umowa byłaby dla niej najważniejszym rezultatem wizyty i sugerowała duże prawdopodobieństwo jej podpisania. Z publicznie dostępnych informacji nie wynika jednak, aby strony dokonały postępu w rozmowach o tym kontrakcie. W tym sensie szczyt był porażką polityki rosyjskiej. Demonstracja poparcia dla Moskwy i osobiście dla rosyjskiego przywódcy ze strony Pekinu i zapewnienia o kontynuacji dotychczasowego kursu na pogłębianie i intensyfikację relacji z Rosją są jednak cenne dla Kremla w obliczu rosnących trudności wewnętrznych, patowej sytuacji na froncie i skuteczności ukraińskiej strategii atakowania rosyjskiej infrastruktury energetycznej oraz słabnącego zainteresowania Białego Domu zakończeniem wojny. Kreml uzyskał też chińskie oficjalne poparcie w wielu ważnych dla niego kwestiach geopolitycznych. Najważniejsza dotyczy wsparcia rosyjskich wysiłków dla zabezpieczenia swojej suwerenności i integralności terytorialnej, co oznacza lekko zawoalowane oficjalne uznanie i aprobatę dla działań FR zmierzających do ustanowienia kontroli nad formalnie anektowanymi przez nią obwodami Ukrainy.

    Pekin poparł rosyjskie stanowisko wobec Waszyngtonu w sferze strategicznej broni nuklearnej. Chodzi o zamrożenie jej pułapów na poziomie przyjętym przez wygasły w lutym br. traktat o redukcji strategicznych zbrojeń – Nowy START – oraz krytykę planów budowy amerykańskiego systemu obrony przeciwrakietowej „Złota Kopuła”, a także uznawanie europejskich planów i inicjatyw wzmocnienia mechanizmów nuklearnego i konwencjonalnego odstraszania za konfrontacyjne. Tym samym po raz pierwszy ChRL publicznie poparła istotne elementy antagonistycznej polityki Moskwy wobec Europy, zwłaszcza w sferze wojskowo-strategicznej. Wskazuje to, że Pekin może być gotowy poprzeć rewizjonistyczną politykę Moskwy w Europie.

osw.waw.pl

środa, 20 maja 2026



Donald Trump może obecnie mieć rekordowo niskie wyniki w sondażach. Jednak w swojej partii prezydent USA nadal posiada niekwestionowaną władzę. Republikanin po raz kolejny udowodnił to we wtorek wieczorem, kiedy w Kentucky zakończono liczenie głosów w prawyborach jego partii przed listopadowymi wyborami uzupełniającymi.

Niecałe dwie godziny po zamknięciu lokali wyborczych kandydat Trumpa, Ed Gallrein, został ogłoszony zwycięzcą w 4. okręgu wyborczym do Izby Reprezentantów z przewagą około 10 punktów procentowych (p.p.). Zwycięstwu temu towarzyszyła nie tylko najdroższa kampania przedwyborcza do Izby Reprezentantów. Około 27 mln euro (114,8 mln zł według obecnego kursu walut) trafiło przede wszystkim do kampanii dotychczas nieznanego republikanina Gallreina.

Był to jednocześnie jeden z najbardziej zaciekłych ataków, jakie prezydent kiedykolwiek przeprowadził na "kolegę partyjnego". Jego przeciwnik, Thomas Massie, reprezentował Kentucky w Izbie Reprezentantów USA od prawie 15 lat. Jednak już zeszłego lata Massie znalazł się na celowniku Trumpa.

Po pierwsze dlatego, że ten konserwatywno-libertariański kongresman zagłosował przeciwko tzw. Big Beautiful Bill Trumpa w proteście przeciw rosnącemu deficytowi budżetowemu i zwiększającym się wydatkom wojskowym.

Massie stał się całkowitym wrogiem prezydenta USA, gdy w listopadzie 2025 r., jako najbardziej znany republikanin obok Marjorie Taylor Greene, głośno opowiedział się za ujawnieniem akt Epsteina. Taylor Greene dobrowolnie zrezygnowała i opuściła Waszyngton, a teraz Massie również jest poza grą.

Od tygodni Trump wyzywał Massiego od "kompletnych idiotów" i "odrażających typów", zwłaszcza że Massie odważył się również głosować za ograniczeniem uprawnień wojennych prezydenta wobec Iranu.

"Tom Massie z Kentucky, najgorszy i najbardziej niewiarygodny republikański kongresman w historii naszego kraju, jest jeszcze większą hańbą dla naszego narodu niż senator Bill Cassidy z Luizjany, który dziś wieczorem poniósł bezprecedensową porażkę, nie pozwalając mu nawet startować w republikańskich prawyborach" — napisał Trump wczoraj, w dniu wyborów, na swoim koncie w serwisie "Truth Social".

W ten sposób Trump nawiązał do kolejnego śmiertelnego wroga wewnątrz partii. Cassidy był jednym z siedmiu republikańskich senatorów, którzy w 2021 r. głosowali za skazaniem Trumpa za "podżeganie do zamieszek" przed szturmem na Kapitol. Teraz również Cassidy padł ofiarą — w tym przypadku spóźnionej — zemsty prezydenta i ruchu "Make America Great Again" (MAGA).

Już na początku maja Trump sprawił, że "płynęła czerwona krew", tym razem w Indianie. Tam pięciu senatorów, przeciwko którym Trump prowadził kampanię wyborczą, przegrało prawybory.

Wcześniej głosowali bowiem przeciwko zmianie granic okręgów wyborczych, którą prezydent chciał przeforsować z myślą o listopadowych wyborach uzupełniających. Nieposłuszni republikanie zrobili to, argumentując, że w i tak już czerwonej Indianie krok ten jest nadmierny i podważa zaufanie do demokracji. Oni również zapłacili za swój opór utratą stanowisk.

We wtorek wieczorem Trump świętował swoje zwycięstwa wyborcze podczas "Congressional Picnic", tradycyjnego letniego festynu Kongresu USA w parku Białego Domu. Według reporterów prezydent długo pozostawał na festynie i rozmawiał z gośćmi w upalnych letnich temperaturach.

(...)

W swoim przemówieniu we wtorek wieczorem Massie nie powstrzymał się od złośliwych uwag. "Musiałem najpierw zadzwonić do mojego konkurenta, aby przyznać się do porażki. A trochę czasu zajęło, zanim udało mi się dodzwonić do Eda Gallreina w Tel Awiwie" — powiedział Massie przy głośnych oklaskach swoich zwolenników.

Według agencji Bloomberg, rywal Massiego, Gallrein, dysponował kwotą ok. 16,3 mln euro (69,3 mln zł). Kwota ta obejmuje również środki pochodzące od dwóch proizraelskich "super-PAC-ów", potężnych machin zbierających fundusze. Łącznie wydały one ponad 9 mln dol. (33 mln zł), aby pokonać Massiego.

onet.pl\Die Welt


W wyniku udanych ukraińskich kontrataków dronów na rosyjskie miasta nastroje w Rosji zbliżają się do punktu krytycznego. Pogłębiający się kryzys gospodarczy i brak sukcesów militarnych stanowią zagrożenie dla Władimira Putina — twierdzi znawca Rosji Andrej Gurkow.

— W dziesiątkach miast Rosji w nocy ogłaszany jest alarm lotniczy. To coś zupełnie nowego dla rosyjskiej ludności — mówi rosyjski dziennikarz i ekspert ekonomiczny Andrej Gurkow.

Przykładem może być popularny filmik przedstawiający młodą Rosjankę z Moskwy, która zastanawia się, dlaczego w jej mieście nagle słychać wybuchy: "Nigdy nie sądziłam, że wojna dotrze do nas". — To właśnie osiągnęli Ukraińcy tym atakiem na Moskwę — dodaje Gurkow.

Kreml zdaje sobie z tego sprawę i robi ruchy wyprzedzające. Okazuje się też, że do realizacji swoich celów Putin nagle potrzebuje Europy; obszaru, którym jeszcze do niedawna gardził.

Urodzony w Rosji dziennikarz, który ma szerokie kontakty w swojej ojczyźnie i intensywnie obserwuje media, dochodzi do wniosku, że "nastrój się zmienia". Wiele osób odczuwa pilną potrzebę, by jakoś zakończyć wojnę. — To uczucie, którego jeszcze kilka miesięcy temu nie było.

(...)

Według Gurkowa Kreml reaguje na wielowarstwowy kryzys, wysyłając sygnały zarówno do własnej ludności, jak i za granicę. Chodzi o prezentację, która ma pochodzić z rządu Putina i została przekazana rosyjskojęzycznym mediom za granicą — o treści wysoce kontrowersyjnej.

W Rosji nazywa się to metodiczka, czyli instrukcje metodyczne. Jak można by przekonać społeczeństwo do zawieszenia broni lub zawarcia pokoju? I tam w niezwykle interesujący, niezwykle cyniczny i sprytny sposób wymieniono wszystko, co trzeba podać społeczeństwu, aby miało poczucie: "wygraliśmy tę wojnę tak wspaniale, że możemy być dumni" - wyjaśnia.

(...)

Rosjanin interpretuje propozycję Władimira Putina, aby były kanclerz Gerhard Schroeder pełnił rolę mediatora w negocjacjach pokojowych z Ukrainą, jako sygnał skierowany do Europy. Nawet jeśli Schroeder, jako były lobbysta gazowy na usługach Rosji, nie jest neutralnym mediatorem, to inicjatywa Putina odzwierciedla gotowość do nawiązania kontaktu z Europą.

onet.pl\BILD


Telefon, który nie dzwoni

Karol Nawrocki został wybrany na prezydenta Polski przy założeniu, którego nikt nie chciał wypowiedzieć głośno. Założenie brzmiało w polskiej polityce zagranicznej liczy się jedna rozmowa telefoniczna. Telefon do Białego Domu. Telefon, który zna kierunek tylko jednej osoby Donalda Trumpa. Telefon, dla którego polska kampania wyborcza została zaprojektowana jako instrument bilateralnego dostępu.

15 maja Pentagon poinformował polski sztab generalny o wstrzymaniu rotacji 4 tysięcy żołnierzy amerykańskich z brygady pancernej, którzy mieli przyjechać do Polski. Decyzja nie była konsultowana ani z Kongresem, ani z polskim rządem, ani z polskim prezydentem. Wiadomość przeszła kanałem niejawnym, dotarła do szefa sztabu, leżała w skrzynce 36 godzin. W tym samym czasie szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego Bartosz Grodecki wystąpił z komunikatem o „kluczowym partnerze strategicznym”. Komunikat nie przebił się przez treść decyzji. Dane sieciowe pokazują, że tego dnia Twitter wygenerował 82% wszystkich interakcji w wątku, a 86% z nich obwiniało prezydenta.

W ciągu 38 godzin trzyletnia inwestycja polityczna Prawa i Sprawiedliwości w narrację „uprzywilejowanej relacji z administracją Trumpa” została unieważniona przez decyzję urzędników Pentagonu, którzy prawdopodobnie nie wiedzą, jak się nazywa polski prezydent.

To jest historia o czymś więcej niż pojedynczej wpadce komunikacyjnej. To jest historia o tym, jak partia polityczna może zostać złapana w pułapkę własnej narracji wyborczej w środku cyklu, bez ścieżki wyjścia i bez czasu na adaptację. To jest też historia o tym, że gdy strategia jednej strony rozsypuje się publicznie, druga strona zwykle nie potrafi tego wykorzystać, bo gra w grę emocjonalnego rewanżu zamiast w grę strategicznej akumulacji.

Architekt i tynkarz

Aby zrozumieć, jak głęboka jest dziura, w której znalazł się obóz prezydencki, trzeba cofnąć się do września 2024. Wtedy Jarosław Kaczyński, w jednym z pierwszych wywiadów po przegranych wyborach, zarysował strategię odbudowy w sposób, który dziś wygląda na proroczy w odwrotnym znaczeniu. Prezes PiS twierdził relacja z administracją Trumpa będą najsilniejszym narzędziem w naszych rękach a KO i D. Tusk z tym sobie nie poradzi. Strategia była elegancka wykorzystać polską historyczną fascynację Ameryką, przekonać wyborcę, że tylko prawica ma dostęp do tej osi, a dostęp przekuć w kapitał wyborczy w cyklach 2025–2027.

Strategia miała trzy filary. Pierwszy filar to symbolika wizyty, fotografie, czerwone czapki, spotkania z otoczeniem Trumpa, MAGA-eskie metki na polskich konwencjach. Drugi filar to kandydat Karol Nawrocki, prezentowany w kampanii jako twarz polskiej polityki transatlantyckiej, choć w rzeczywistości jego doświadczenie w stosunkach międzynarodowych. Trzeci filar to narracja egzystencjalna bez relacji z USA Polska jest bezbronna, a tę relację gwarantuje tylko PiS.

Filary stały dobrze do 15 maja ale decyzja Pentagonu rozbiła wszystkie trzy jednocześnie. Symbolika została unieważniona, bo żadna z fotografii nie zatrzymała brygady pancernej. Prezydent stracił legitymizację, bo nie potrafił, jak głośno powtarzano w komentarzach przez 48 godzin, „nawet zadzwonić” do swojego sojusznika. Narracja egzystencjalna obróciła się przeciwko swoim autorom jeśli rzeczywiście bez Trumpa Polska jest bezbronna, a Trump właśnie wycofał wojska, to wina jest po stronie tych, którzy obiecywali, że tej sytuacji nie dopuszczą.

Dane sieciowe są w tym względzie chłodne. W zbiorze 4 tysięcy komentarzy pod artykułami informacyjnymi, twardo wskazujących winnego, stosunek wynosi 1,4 do 1 na korzyść narracji „wina PiS”. Twitter, gdzie kondensuje się polska klasa dyskursywna, ma ratio 4 do 1. To są miażdżące dane.

Co bardziej fascynujące w tej historii to nie liczby. To strategiczna decyzja samego PiS-u, jak reagować.

Powrót do bezpiecznej formuły

W teorii partia, której centralna oś narracyjna została właśnie unieważniona, powinna albo bronić tej osi, albo zaproponować nową. PiS w ciągu 72 godzin po decyzji Pentagonu zrobił coś trzeciego wycofał się do narracji sprzed Trumpa.

Czarnek, Błaszczak i Kaczyński, najgłośniejsze głosy partii w tym wątku, nie powiedzieli ani jednego słowa w obronie relacji z Białym Domem. Nie zażądali wyjaśnień od administracji USA. Nie próbowali tłumaczyć decyzji jako technicznej, przejściowej, niewłaściwie zinterpretowanej. Zamiast tego wszyscy trzej, niemal jednocześnie, sięgnęli po stary podręcznik „antyamerykanizm Tuska”, „Niemcy chcą wypchnąć Amerykanów”, „rząd doprowadził do osłabienia sojuszu”, „SAFE było wymyślone, żeby zarobili Niemcy”.

W komentarzach pod tymi wypowiedziami widać dwie rzeczy. Po pierwsze, twarda baza partyjna podchwyciła linię natychmiast i replikuje ją z dyscypliną, której pozazdrościć mogłaby każda partia europejska. Po drugie, ta linia nie przebija się poza twardą bazę. Centrum polityczne i centro-prawica chwiejna w komentarzach albo milczą, albo dryfują w stronę narracji „kompromitacja”. To jest sygnał, że PiS w tym wątku zrezygnował z gry o wyborcę chwiejnego i wycofał się do obrony rdzenia.

Strategicznie taki ruch ma dwa wytłumaczenia. Jedno jest taktyczne partia ocenia, że obrona relacji z Trumpem na obecnym etapie jest niemożliwa, więc nie warto tracić politycznego kapitału. Drugie jest strukturalne w kierownictwie PiS-u brak jest osoby, która ma narzędzia, żeby ten temat poprowadzić inaczej. Trzecie, najciekawsze wytłumaczenie, łączy oba PiS zdaje sobie sprawę, że strategia Kaczyńskiego z września 2024 była błędem strategicznym, ale nie ma jeszcze planu B.

Konsekwencje tego wyboru dla cyklu 2027 są poważne. Powrót do narracji „Polska kontra Niemcy/Bruksela” oznacza, że PiS wchodzi w kampanię z przekazem, który nie wystarczył do wygrania wyborów w 2023, ale teraz w wersji bardziej zużytej i z dodatkową hipoteką w postaci spadającej wiarygodności urzędu prezydenta. To jest ścieżka bez polityki zewnętrznej, bez pozytywnej wizji.

Co bardziej znamienne to jest też ścieżka, która zostawia otwartą flankę po prawej stronie.

Pusty fotel po prawej

Konfederacja w ostatnim tygodniu zachowywała się w sposób, który dla obserwatora zewnętrznego musi być niepojęty. Partia, której centralna teza programowa od 2019 brzmiała „nie żebrać o amerykańskich żołnierzy, liczyć tylko na siebie, budować polski przemysł obronny”, dostała w prezencie strategicznym empiryczny dowód na słuszność tej tezy. I milczy.

Sławomir Mentzen wystąpił z jedną wypowiedzią, która została zacytowana w pojedynczych postach z dopiskiem „czyżby Mentzen miał rację”. Krzysztof Bosak nie pojawił się w polu komentarzy. Nie ma analizy konfederackiej, nie ma oświadczenia partyjnego, nie ma narracji budowanej wokół tej decyzji.

W komentarzach pod artykułami widać natomiast dziesiątki organicznych głosów, które dosłownie powtarzają tezy konfederackie „jako obywatel RP nie życzę sobie utrzymywania armii USA z moich podatków”, „liczyć tylko na siebie”, „nie żebrać o obecność wojsk, które nie chcą tu być”. To są wyborcy szukający autora politycznego. Konfederacja im się nie zgłasza.

Wytłumaczenie jest najprawdopodobniej dwukierunkowe. Konfederacja od 2023 odzyskuje wyborców kosztem PiS, a duża część tej bazy pozostaje emocjonalnie pro-Trumpowa. Otwarte wystąpienie z tezą „dobrze, że Amerykanie wycofują wojska” alienowałoby tę grupę. Z drugiej strony, jeśli Konfederacja tego nie powie głośno, traci spójność tożsamościową w oczach swojego rdzennego, antysystemowego elektoratu. To jest klasyczna pułapka partii, która rozszerzała bazę i straciła klarowność ideową. Konfederacja w tym tygodniu wybrała trzecie wyjście milczenie. Ono pozwala odkładać konflikt, ale kosztuje okno operacyjne.

Jeszcze ciekawszy jest przypadek Korony Polskiej Grzegorza Brauna. W zbiorze prawie pięciu tysięcy wzmianek nazwisko Brauna pojawia się marginalnie. Korona, która powinna być w tym wątku naturalnym beneficjentem Braun przez lata budował narrację „NATO nas nie obroni”, „Amerykanie wykorzystują Polskę”, „suwerenność oznacza wyjście z układów zewnętrznych” jest w polu komentarzy nieobecna. Decyzja Pentagonu jest dla tez Korony dowodem empirycznym, jakiego od dekady żaden inny tani nie dostarczył. Korona z tego nie korzysta.

Powód jest prawdopodobnie prostszy niż w przypadku Konfederacji bo Korona po wykluczeniu Brauna z głównego nurtu utraciła zdolność szybkiej reakcji medialnej. Partia istnieje organizacyjnie, ale nie funkcjonuje sieciowo. To diagnoza poważniejsza niż się wydaje, bo oznacza, że nawet w idealnych warunkach narracyjnych Korona nie potrafi się przebić.

Najgroźniejszym scenariuszem dla obu partii jest jednak coś, czego być może żadna z nich nie zauważyła. PiS w swoim wycofaniu do narracji „Polska kontra Niemcy” zaczął używać elementów języka suwerenności. Morawiecki mówi o „polskim przemyśle obronnym”, Czarnek o „polskiej samodzielności”, Błaszczak o „polskich zdolnościach”. To jest dryf retoryki PiS w kierunku konfederackim. Jeśli PiS zdąży zinternalizować tę narrację do końca 2026 i wejdzie do kampanii z hasłem „Polska sama” zamiast „Polska z Trumpem”, konkurencyjny obszar zostanie zwężony i Konfederacja oraz Korona stracą tożsamościowe paliwo. Dla obu partii oznacza to wyścig kto pierwszy ostentacyjnie zajmie pozycję suwerenną, ten zablokuje pozostałym przestrzeń ruchu.

Okno tego wyścigu, według obecnej dynamiki cyklu narracyjnego, ma horyzont 30–60 dni. Potem temat się rozejdzie, paliwo wygaśnie, a kolejna fala informacyjna wyprze cały wątek z agendy publicznej.

Niemiecka pułapka

Nawet jeśli Konfederacja lub Korona zdecyduje się na ofensywę, czeka na nie pułapka, którą najtrudniej obejść.

W komentarzach prawicowych dominującym wątkiem nie jest suwerennościowa krytyka USA, ale wojna z Niemcami. „Herr Tusk für Deutschland”, „nie podbierać Niemcom”, „Tusk wykonuje polecenia Berlina”, „niemieckie agitki Axela Springera sieją dezinformację”, „volksdeutsch”, „Tusk ma niemieckie pochodzenie”. Tematy te są dziś silnie zagospodarowane przez PiS.

To jest naturalny teren dla Konfederacji sceptycyzm wobec Berlina, krytyka osi Tusk-Niemcy, podejrzliwość wobec głównego nurtu medialnego. Problem polega na tym, że jeśli Konfederacja wejdzie w ten wątek, stanie się jednym z głosów chóru prawicowego, w którym dominują głosy PiS-owe. Nie zyska dystynktywnej tożsamości, tylko rozpłynie się w wielogłosie. Strategicznie korzystniejsza dla Konfederacji byłaby pozycja, której PiS nie zajmie nigdy „USA jako nielojalny sojusznik, więc potrzebujemy własnych zdolności”. Pozycja czystego pragmatyzmu, bez germanofobii. Ale to wymaga klarownego, ideowego stanowiska, które Konfederacja od dwóch lat odkłada.

Korona w tej pułapce jest jeszcze bardziej zaplątana. Braun jest historycznie i tematycznie powiązany z germanofobią, więc każde jego wystąpienie zostanie automatycznie odczytane jako jeszcze jeden głos w chórze antyniemieckim. Pozycja czystego pragmatyzmu jest dla Korony niedostępna, bo zniszczyłaby jej tożsamość symboliczną.

To pokazuje fundamentalny problem polskiej prawicy w 2026 jest pełna paliwa, ale każda partia ma inny silnik, a żaden silnik nie pasuje do tego paliwa wprost. PiS ma silnik niepodległościowy zmieszany z trumpowskim, ale ostatni właśnie wybuchł. Konfederacja ma silnik libertariański zmieszany z narodowym, ale waha się przed dolaniem nowego paliwa. Korona ma silnik germanofobiczny zmieszany z antynatowskim, ale silnik jest stary i nie odpala.

W teorii flanka prawicowa powinna mieć po wyborach 2027 łączną przewagę w sondażach większą niż dziś. W praktyce każdy z trzech graczy może wyjść z kampanii z gorszym wynikiem, niż wskazują obecne sondaże, bo wzajemna kanibalizacja w wielogłosie zniszczy wartość paliwa, którą Pentagon im właśnie dostarczył.

Druga strona, która nie wie, co robić

Tymczasem koalicja rządząca dostała w ręce coś, czego od miesięcy nie miała gotową narrację z winowajcą, motywem i ofiarą. „PiS sprzedał wam wizję uprzywilejowanej relacji z Ameryką, a teraz patrzcie, czym się skończyło”. Argument o klasie wagi wyborczej. W komentarzach widać jednak brak strategicznej dyscypliny po stronie rządowej. Przeważa sarkazm i schadenfreude, nie konstruktywna oferta.

Wyborca centrum nie głosuje na partię, która jest zadowolona z porażki kraju. Głosuje na partię, która ma plan. Tymczasem koalicja w tym tygodniu wybrała tryb celebracji porażki obozu konkurencyjnego, a nie tryb prezentacji własnej pozytywnej wizji bezpieczeństwa. Konsekwencja jest taka, że choć Sikorski i Tusk mają w ręku najlepszy argument wyborczy od miesięcy, ten argument zostaje zużywany w komunikacji wewnątrzbazowej, gdzie nie zmienia nic, zamiast w komunikacji z centrum, gdzie mógłby zmienić wszystko.

Władysław Kosiniak-Kamysz w tej historii ma najtrudniejszą pozycję. Jako minister obrony narodowej, formalnie odpowiedzialny za relacje z Pentagonem, jest naturalnym kandydatem do przejęcia tematu bezpieczeństwa od prawicy. Jego komunikat z 16 maja, w którym podkreślał ciągłość sojuszu polsko-amerykańskiego, był poprawny dyplomatycznie, ale w polu komentarzy został zignorowany. Ani prawica nie uwierzyła, ani lewica nie uznała za wystarczający. Kosiniak-Kamysz znalazł się w klasycznej pułapce ministra obrony narodowej w okresie kryzysu nie może powiedzieć prawdy, bo zaszkodzi sojuszowi, ale jeśli powie tylko dyplomatycznie, zostanie uznany za nieskutecznego.

Strategicznie najbardziej obiecującym ruchem rządu w najbliższych tygodniach jest pokazanie konkretu obronnego nowy kontrakt zbrojeniowy, decyzja o SAFE, wzmocnienie polskiego przemysłu obronnego. Każdy taki konkret przesuwa narrację z „PiS jest winny” na „my mamy plan”. Pytanie jest tylko, czy rząd jest w stanie wyprodukować taki konkret w ciągu czterech tygodni, czy raczej wybierze tryb czekania na wygaszenie kryzysu model, który koalicja stosuje w większości sytuacji niewygodnych.

Bo trzeba odnotować rzecz, której koalicja nie chciałaby usłyszeć w komentarzach pod jej własnymi postami widać też niepokój, sceptycyzm, pytania bez odpowiedzi. „Co dalej?”, „Kto nas obroni?”, „Gdzie SAFE?”. Te pytania nie są zadawane przez wyborców PiS, są zadawane przez wyborców koalicji. To znaczy, że choć narracja anty-PiS jest dziś dominująca w sieci, narracja pro-koalicyjna pozostaje niedopisana. Wyborca koalicji wie, że PiS się skompromitował, ale nie wie, co teraz proponuje jego własna partia.

Mała grupa, która decyduje o wszystkim

W całym zbiorze 4 tysięcy komentarzy tylko niecałe 7% wskazuje wprost winnego. Pozostałe 93% to emocje, sarkazm, dygresje, obelgi pod adresem innych komentujących. To statystyka, którą można podsumować w jednym zdaniu w polskiej debacie publicznej narrację prowadzi twarda mniejszość, a reszta tylko reaguje emocjonalnie.

Ta mniejszość, około kilkaset osób w polu komentarzy i może kilka tysięcy na Twitterze, dyktuje strukturę dyskursu, który następnie powielany jest w mediach, na ulicy, przy stole. To jest realna polska klasa dyskursywna w tym wątku. Tysięczna część polskiej populacji wyborczej. Nieproporcjonalnie wpływowa, nieproporcjonalnie spolaryzowana, nieproporcjonalnie niereprezentatywna dla głosujących.

Z tej grupy wyłaniają się trzy bloki. Blok pierwszy to centrum-liberalna ekspresja, dominująca na Twitterze, niesiona przez dziennikarzy, polityków KO i aktywne konta opozycyjne. Blok drugi to twarda baza prawicowa, dominująca w komentarzach pod portalami informacyjnymi i na Facebooku, niesiona przez aparat PiS-u, Republikę i grupę kont copy-paste. Blok trzeci, najmniejszy, to grupa suwerennościowo-antynatowska, organiczna, bez politycznego patronatu. To są wyborcy, których nikt dziś nie reprezentuje, ale którzy w 2027 mogą zdecydować o przekroczeniu progu wyborczego przez Konfederację, Koronę lub jakąkolwiek nową formację.

Bo to jest być może najbardziej znacząca część tej historii. Jedna decyzja Pentagonu, podjęta bez konsultacji z polskim państwem, ujawniła trzecią warstwę polskiego elektoratu, która do tej pory była mało widoczna. Warstwa, która nie wierzy w Amerykę, nie wierzy w Niemcy, nie wierzy w Rosję, nie wierzy w polskie instytucje. Wierzy tylko w to, że Polska musi sama o sobie decydować, bo nikt inny nie zrobi tego za nią. To brzmi jak hasło z lat dwudziestych XX wieku, ale w 2026 staje się empiryczną odpowiedzią na świat, w którym Pentagon, Berlin i Moskwa traktują Warszawę instrumentalnie.

Cykl bez właściciela

Co właściwie się stało 15 maja w Pentagonie, polska polityka nigdy się prawdopodobnie nie dowie. Eksperci w środowisku obronnym sugerowali nieoficjalnie, że decyzja jest częścią szerszej renegocjacji architektury bezpieczeństwa NATO, w której Stany Zjednoczone redukują obecność rotacyjną na rzecz przyspieszenia produkcji zbrojeniowej w Stanach. Inni mówili, że to element targów z Chinami w sprawie Tajwanu. Jeszcze inni, że to po prostu konsekwencja decyzji budżetowej zatwierdzonej w Pentagonie przez urzędnika średniego szczebla, którego nikt nie pamięta z nazwiska.

Wszystkie te wytłumaczenia są pewnie częściowo prawdziwe i wszystkie są dla polskiej polityki nieistotne. Bo polska polityka nie odpowiada za decyzję Pentagonu odpowiada za to, jak na nią reaguje. A reaguje, w pierwszych godzinach, źle. PiS wycofuje się do bezpiecznych formuł. Koalicja celebruje porażkę konkurenta zamiast budować własną wizję. Konfederacja milczy. Korona jest niewidoczna. PSL i Polska 2050 są poza dyskusją.

Cykl, który właśnie się otworzył, nie ma jeszcze właściciela politycznego. Ten, kto pierwszy zbuduje wokół tego cyklu pozytywną, wykonalną, ujmującą wizję polskiego bezpieczeństwa, ten dostanie premię, której wartość trudno dziś przeliczyć na mandaty, ale która prawdopodobnie sięga rzędu kilku punktów procentowych w sondażach. To jest stawka, dla której warto zaryzykować strategicznie. Żadna z polskich partii w tym tygodniu nie zaryzykowała.

Telefon, który nie zadzwonił 15 maja w Pałacu Prezydenckim, jest dziś najgłośniejszym dźwiękiem w polskiej polityce. Jest też najgłośniejszym dźwiękiem we wszystkich kalkulacjach wyborczych, które będą się toczyć przez następne 16 miesięcy. Każda strategia, każda kampania, każdy sondaż między teraz a październikiem 2027 będzie miał gdzieś w tle ten sam pytanie co zrobimy, gdy Ameryka nie zadzwoni.

Polska klasa polityczna jeszcze nie zna odpowiedzi. Polski wyborca, sądząc po komentarzach, też nie. Ale on przynajmniej już wie, że pytanie zostało zadane.

resfutura.pl

wtorek, 19 maja 2026



Putin właśnie wylądował w Pekinie, rozłożono czerwony dywan, kompania reprezentacyjna dumnie wypięła umundurowaną pierś. Powitał go przy trapie minister spraw zagranicznych Wang Yi.

W pierwszych komentarzach zauważono od razu, że Putina powitał wyższy rangą polityk (minister, członek Biura Politycznego partii) niż Han Zheng, który witał Donalda Trumpa, niedawno wizytującego Pekin (Han Zheng jest formalnie wiceprzewodniczącym ChRL, ale od 2022 r. nie jest już członkiem Biura Politycznego). Chiny mają swoje rytuały i system sygnalizowania różnych ważnych spraw bez słów.

(...)

BBC zauważa, że Xi będzie rozmawiał z Putinem z pozycji siły. O pozycji „Siły Syberii-2” też. „Rosja po inwazji na Ukrainę straciła Europę jako równego partnera i stała się młodszym partnerem Chin. Moskwa popadła w zależność od chińskich technologii i okazała się surowcowym dodatkiem ChRL”. Dodajmy: słabnąca Rosja stawać się będzie jeszcze bardziej zależna od Chin. 

Politolog Konstantin Eggert (Deutsche Welle) mówi: „Putin żyje w izolacji od rzeczywistości, ale nawet on powinien rozumieć, że Chiny nie pójdą z nim do końca. Pekin jest zainteresowany, aby wojna Rosji z Ukrainą trwała wiecznie. Rosja słabnie i staje się jeszcze bardziej zależna od dostaw chińskich towarów, chińskich technologii i chińskiego wsparcia na arenie międzynarodowej. Ale [Pekin nie jest też zainteresowany sytuacją, w której] Rosja wygrywa wojnę. Bo wtedy Putin powie: „my jesteśmy zwycięzcami, pokonaliśmy NATO, a teraz, drogi panie Xi, porozmawiamy o nowych cenach na ropę i gaz”. Chińczycy nie chcą też klęski Rosji. Bo w ślad za tym w Moskwie nastąpi kolejne wahnięcie i giętka linia polityczna zmieni się na korzyść Zachodu, sankcje zostaną zdjęte, stosunki naprawione, rosyjska elita powróci na Zachód. To nie zostanie powitane w Pekinie z radością. Dlatego nie wierzę w pośrednictwo Chin w ustanowieniu pokoju między Rosja a Ukrainą” – kończy swój wywód Eggert. I dodaje: „Wojna Putina przeciwko Ukrainie bez Xi Jinpinga nie jest możliwa. W chwili, gdy Chiny przestaną kupować rosyjską ropę i gaz, cała sprawa momentalnie się zawali”.

Niezadowoleni z atmosfery, jaka panuje wokół wizyty, są Z-blogerzy, na ogół w pełni lojalni, a nawet piejący hymny pochwalne dla Putina. Teraz tak nie jest: „Czy walczyliśmy, aby stać się surowcową kolonią Chin?” – krzyczy jeden z nich. I wtórują mu inni.

Jak mawiał kiedyś prowadzący programu „Wzglad”, żegnając się z widzami: „Wszystko dopiero się zaczyna”.

labuszewska.pl


Eric Schmidt wybuczany przez studentów Uniwersytetu Arizona, gdy zaczął mówić o AI.

Nagranie krąży po X. Sprawdzałem jego autentyczność w innych źródłach. Wszystko wskazuje na to, że sytuacja faktycznie miała miejsce.

Na początku tego roku pozwoliłem sobie na garść przewidywań. Stwierdziłem, że stosunek do AI będzie generował wśród ludzi nowe, głębokie podziały. Obecnie coraz częściej myślę, że to kluczowe zjawisko, które określi przyszłość.

Moje obydwie córki buczałyby pewnie razem z tymi studentami. Należą do tej części młodzieży, która odrzuca i potępia grafiki oraz teksty generowane przez modele. Nie instalują aplikacji z modelami i nie korzystają z AI w celu zdobycia informacji. Obydwie lubią gry komputerowe, więc szybujące ceny pamięci RAM jeszcze gorzej je nastrajają względem AI. Dla nich, oraz wielu młodych osób, które myślą podobnie jak one, AI jest wytworem kapitalistów z Doliny Krzemowej, który rzuca ponury cień na przyszłość gatunku ludzkiego. Cenią wytwory Homo Sapiens. Do wyszukiwania informacji wykorzystują internetowe wyszukiwarki - w ich pokoleniu to zaczyna być symbolem buntu. Oczywiście modele AI pojawiają się dzisiaj nawet tam, a sama dziedzina information retrieval jest jedynym z fundamentów współczesnego AI. Może niebawem pojawi się wyszukiwarka AI-free (cokolwiek miałoby to znaczyć). Możliwe, że pojawią się całe segmenty produktów i sztuki AI-free.

Część znajomych moich córek wręcz przeciwnie, zdobywa informacje w czasie rozmów z modelami serwowanymi przez Google, OpenAI itd. Jednak poczucie pewnej beznadziejności jest bardziej powszechne.

W moim idealnym świecie narzędzia AI byłby wykorzystywane tylko przez naukowców, inżynierów, analityków oraz w szeroko pojętym przemyśle. W tych dziedzinach współczesne AI ma ogromny potencjał i może przynieść wiele nowych, ciekawych i pożytecznych rzeczy.
Reszta zastosowań u mnie również wzbudza rodzaj niesmaku (dzisiejsza imba z Tokarczuk).

Świat jednak nie jest idealny.

https://x.com/LeszBuk


Poufne dokumenty Mety odsłaniają kulisy nadchodzącej fali zwolnień, która ruszy już 20 maja. Właściciel Facebooka i Instagrama planuje zredukować zatrudnienie o około 10%, co oznacza zwolnienie blisko 8 tysięcy osób.

(...)

Nadchodzące zmiany to także drastyczne spłaszczenie struktury zarządzania firmą. Meta likwiduje wiele stanowisk menedżerskich na rzecz mniejszych, autonomicznych zespołów projektowych. Bardziej horyzontalna struktura ma pozwolić korporacji na szybsze podejmowanie decyzji i wyraźne podniesienie produktywności.

Jednocześnie firma zamierza przenieść aż 7 tysięcy dotychczasowych pracowników do zupełnie nowych działów powiązanych z AI. Przesunięcia te, nazywane wewnątrz firmy „poborem”, zasilą m.in. zespoły Applied AI Engineering. Część osób o zmianie swoich stanowisk dowiezie się w tym samym dniu, w którym ogłoszone zostaną zwolnienia.

Wielka reorganizacja to bezpośredni efekt gigantycznych nakładów inwestycyjnych na rozwój zaawansowanych modeli AI. Mark Zuckerberg już wcześniej uprzedzał, że koszty infrastruktury wymuszą drastyczne oszczędności w innych obszarach, w tym likwidację 6 tysięcy nieobsadzonych wakatów. Ciągła niepewność doprowadziła jednak do bezprecedensowego tąpnięcia morale w firmie.

Działania Mety wpisują się w szerszy trend widoczny w całej Dolinie Krzemowej. Coraz więcej gigantów technologicznych decyduje się na masowe cięcia kosztów, aby sfinansować transformację w kierunku technologii „AI-native”. 

bankier.pl


Od wieczora 12 maja do rana 14 maja Rosjanie przeprowadzili serię zmasowanych ataków powietrznych na całym terytorium Ukrainy, uderzając głównie w infrastrukturę krytyczną, przemysł i logistykę. Według ukraińskiego Dowództwa Sił Powietrznych wykorzystali łącznie 1567 bezzałogowców uderzeniowych i ich imitatorów (w tym 892 w ciągu pierwszej doby ataków) oraz 64 pociski balistyczne i manewrujące. 13 maja największe zniszczenia odnotowano w obwodach zachodnich. Najbardziej zmasowany atak od początku pełnoskalowej agresji dotknął Zakarpacie, a po raz pierwszy celem stał się Użhorod. W rezultacie uderzenia w obiekty energetyczne od prądu odcięte częściowo zostały m.in. Iwano-Frankiwsk, gdzie trafiono także budynek mieszkalny (dziewięć osób zostało rannych), Kołomyja, Lwów, Równe i Żółkiew. W Korosteniu, Kowlu, Równem i Stryju uszkodzona została infrastruktura kolejowa. Według Ukrzaliznyci odnotowano 23 uderzenia w podstacje zabezpieczające, mosty i dworce kolejowe oraz lokomotywownie i wagonownie, poza zachodnią częścią Ukrainy również w obwodach charkowskim i dniepropetrowskim. W Łucku trafiona została lokalna siedziba Służby Bezpieczeństwa Ukrainy. Z kolei Naftohaz donosił o uszkodzeniu podległych sobie instalacji wydobywczych w obwodzie charkowskim i przedsiębiorstwa w obwodzie żytomierskim. O zniszczeniach infrastruktury krytycznej i przemysłowej donoszono też z Charkowa oraz obwodów odeskiego i połtawskiego. Prezydent Wołodymyr Zełenski poinformował, że w rezultacie uderzeń na całym terytorium Ukrainy zginęło sześć osób cywilnych, a rannych zostało kilkadziesiąt.

14 maja głównym celem uderzenia był Kijów. Zniszczenia odnotowano w kilku rejonach ukraińskiej stolicy, a w jej lewobrzeżnej części doszło do odcięcia dostaw wody. Uszkodzone zostały m.in. podstacja energetyczna, stacje paliw i siedziba produkującej drony firmy Skyeton. Jedna z rakiet uderzyła w blok mieszkalny, który uległ częściowemu zawaleniu. Zginęły 24 osoby, w tym troje dzieci, a 48 zostało rannych. W obwodzie kijowskim zaatakowane zostały m.in. Biała Cerkiew i Wasylków. Według niektórych źródeł trafione zostały pozycje obrony powietrznej Kijowa. Najprawdopodobniej właśnie w nie wycelowano pociski hipersoniczne Kindżał, z których żadnego nie udało się zestrzelić. W ataku ucierpiały także Charków, gdzie 28 osób zostało rannych (w tym troje dzieci), Krzemieńczuk, w którym trafiona została m.in. wciąż częściowo wykorzystywana przez obrońców rafineria, oraz obwody czernihowski (uszkodzono obiekt energetyczny) i odeski (ucierpiała infrastruktura portowa). Drugi z wymienionych był ponownie celem ataku wieczorem, a uderzenie w infrastrukturę energetyczną odcięło od prądu 32 miejscowości. W kolejnych dniach celami uderzeń były przedsiębiorstwa w rejonie Kijowa – 16 maja koło Wyszogrodu, a 17 i 19 maja w Browarach.

Rosjanie kontynuowali niszczenie infrastruktury krytycznej i zaplecza logistycznego obrońców w obwodach przyfrontowych i przygranicznych. Codziennie od 15 do 19 maja atakowany był Charków, a we wszystkie te dni z wyjątkiem 17 maja obwód odeski, gdzie głównym celem pozostaje infrastruktura portowa. 18 maja dron trafił w masowiec „KSL DEYANG” pod banderą Wysp Marshalla, reprezentujący jednak chińskiego armatora i z chińską załogą. O kolejnych uszkodzeniach obiektów donoszono z Zaporoża (15 i 16 maja), Krzywego Rogu (16 i 17 maja) i Dniepru (dwukrotnie 17 maja oraz 18 maja, kiedy to atak na miasto miał charakter zmasowany), Sum (17 maja) i Czernihowa (18 maja). W rezultacie uderzenia rakiety w centrum Pryłuk 19 maja w obwodzie czernihowskim zginęły dwie osoby, a 17 zostało rannych.

W dniach 17–19 maja agresor przypuścił zmasowane ataki na infrastrukturę wydobycia i przetwórstwa gazu. Naftohaz informował o zniszczeniu instalacji wydobywczych i uszkodzeniu zakładów w obwodach czernihowskim (17 i 19 maja) i dniepropetrowskim (dwukrotnie 18 maja). Według ukraińskich źródeł wojskowych od wieczora 12 maja do rana 19 maja Rosjanie wykorzystali łącznie 3022 bezzałogowce – największą ich liczbę w ciągu tygodnia od początku pełnoskalowej agresji – oraz 92 rakiety. Obrońcy zadeklarowali zneutralizowanie 2834 dronów i zestrzelenie 46 rakiet (w tym 41 z 56 atakujących Kijów 14 maja).

Rzeczywisty odsetek rosyjskich dronów unieszkodliwionych przez obrońców wynosi od 50% do 75% – zależnie od ataku. Informację taką podał minister obrony Mychajło Fedorow w wywiadzie udzielonym wraz ze swoim niemieckim odpowiednikiem Borisem Pistoriusem dla UNITED24media, opublikowanym 16 maja. Cztery dni wcześniej, w trakcie wizyty Pistoriusa w Kijowie, w przekazie dla mediów Fedorow podał, że odsetek ten wynosi ok. 90%, a w przypadku pocisków manewrujących – prawie 80% (o pociskach balistycznych, w przypadku których deklarowana skuteczność ukraińskiej obrony powietrznej nie przekracza 10%, nie mówił). Wypowiedź Fedorowa, potwierdzająca zawyżanie przez Dowództwo Sił Powietrznych i Sztab Generalny armii ukraińskiej oficjalnych statystyk strąceń wrogich środków napadu powietrznego, stanowi drugi od początku pełnoskalowej agresji przypadek na tak wysokim szczeblu (w sierpniu 2024 r. w trakcie briefingu dla zachodnich wojskowych uczynił to głównodowodzący Sił Zbrojnych Ukrainy generał Ołeksandr Syrski). Unaocznia to skalę dezinformacji wojujących stron w przekazie na temat prowadzonych przez nie działań.

Nocą 17 maja siły ukraińskie przeprowadziły największy z dotychczasowych ataków dronowych na Moskwę. Ustanowiły też dobowy rekord tej wojny, wysyłając nad terytorium Rosji i w głąb terenów okupowanych ponad tysiąc bezzałogowców. Przynajmniej jeden przedarł się przez obronę powietrzną rosyjskiej stolicy i eksplodował na terenie rafinerii, wywołując pożar. Płonące szczątki innego bezzałogowca spadły na lotnisko Szeremietiewo. Według mera Moskwy Siergieja Sobianina w rejonie miasta strąconych zostało 81 dronów, a rannych 12 mieszkańców, głównie pracowników rafinerii. Do poważniejszych zniszczeń doszło w obwodzie moskiewskim, gdzie upadek dronów wywołał pożary na terenie parku technologicznego Elma i zakładów Angstrem w Zielenogradzie oraz magazynu paliwa na terenie pompowni ropy w miejscowości Durykino. Zgodnie z komunikatem Służby Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU) trafiona została również druga pompownia, czego nie potwierdziły jednak inne źródła. SBU poinformowała też o trafieniu instalacji na lotnisku Belbek na okupowanym Krymie, a Siły Systemów Bezzałogowych – węzła łączności na tym półwyspie oraz patrolowca Służby Pogranicznej FSB w Kaspijsku. Według Ministerstwa Obrony FR nocą 17 maja zestrzelonych zostało 556 ukraińskich bezzałogowców, a łącznie w ciągu doby 1054 (zgodnie z danymi ukraińskimi Rosjanie nie przekroczyli dotąd 1 tys.) oraz pojedyncze pociski manewrujące Flamingo i Neptun. Przeciętnie od początku maja br. liczba ta ma wynosić ok. 300, co potwierdza, że ukraińskie ataki na Rosję nabrały charakteru zmasowanego. Nie przełożyło się to jednak na istotny wzrost ich skuteczności, która – zwłaszcza w przypadku atakowanej niemal codziennie Moskwy – pozostaje niewysoka.

Głównym celem ukraińskich dronów pozostawały przedsiębiorstwa rosyjskiego sektora paliwowego. Do trafień i pożarów doszło 13 maja na terenie rafinerii w Jarosławiu (według ukraińskiego Sztabu Generalnego uszkodzona została instalacja przetwórcza), terminalu naftowego Tamańnieftiegaz w Kraju Krasnodarskim, pompowni Nurlino w Baszkortostanie oraz zakładu przetwórstwa gazu w Astrachaniu, który w rezultacie ataku wstrzymał produkcję. Łącznie w ciągu doby Ukraińcy mieli użyć co najmniej 572 bezzałogowców (taką liczbę unieszkodliwionych podał rosyjski resort obrony). 15 maja ukraiński dron wywołał pożar na terenie rafinerii w Riazaniu (ukraiński Sztab Generalny zakomunikował o uszkodzeniu czterech instalacji przetwórczych), a inny trafił w tym mieście w blok mieszkalny, zabijając cztery osoby (w tym dziecko) i raniąc dwanaście. Dzień później do trafienia doszło na terenie kombinatu chemicznego Azot w Niewinnomyssku w Kraju Stawropolskim, a 18 maja – rafinerii w Kstowie w obwodzie niżnonowogrodzkim. Według niektórych źródeł 19 maja ukraiński dron uderzył w pompownię ropy naftowej Jarosław-3 w obwodzie jarosławskim. Ukraiński Sztab Generalny informował ponadto o trafieniu kolejnych okrętów w Kaspijsku (kutra rakietowego i trałowca 15 maja oraz kutra przeciwdywersyjnego 18 maja), a SBU – o zniszczeniu łodzi latającej i śmigłowca na lotnisku w Jejsku w Kraju Krasnodarskim (15 maja).

(...)

W ocenie Ukraińców 1 kwietnia br. łączna liczba rosyjskich żołnierzy zaangażowanych w działania bezzałogowców sięgnęła 100 tys. Komunikat o rozwoju Wojsk Systemów Bezzałogowych w Siłach Zbrojnych FR przedstawił 14 maja dowódca ukraińskich Sił Systemów Bezzałogowych Robert Browdi „Madiar”. Na początku maja ich łączna liczebność wynosiła 114 tys. (w ciągu czterech miesięcy wzrosła o 28 tys.), a do końca 2026 r. ma osiągnąć 168 tys. Według „Madiara” plan ten może być podwyższony nawet do 200 tys., niemniej za osiągalną uznał wcześniej podaną liczbę. Powiadomił także o testowaniu przez Rosjan odpowiednika systemu Starlink. Prototypowe terminale określił jako kiepskiej jakości, łatwo wykrywalne i zbyt duże. Uznał jednak, że rozwinięcie przez agresora własnego sprawnie działającego systemu wzdłuż całej linii frontu jest kwestią jednego roku.

(...)

18 maja portal informacyjny Politico podał, że niemieckie służby rozbiły rozległą sieć przemytniczą, która dostarczała do Rosji technologie podwójnego zastosowania. Centrum operacji stanowiła firma handlowa Global Trade, której działalność miała być kontrolowana pośrednio przez objętą sankcjami rosyjską spółkę Kołowrat. Po rozpoczęciu pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę firma pośredniczyła w pozyskiwaniu i wysyłce komponentów elektronicznych z Europy do Rosji, z wykorzystaniem krajów tranzytowych, w tym Turcji. Wśród eksportowanych elementów znajdowały się m.in. mikroprocesory, łożyska i sprzęt pomiarowy. Operację ujawnił po wielomiesięcznej inwigilacji niemiecki wywiad zagraniczny – BND. W jej wyniku zatrzymano kilka osób, którym zarzuca się naruszenie przepisów eksportowych oraz obchodzenie sankcji. Według śledczych skala procederu obejmowała ok. 16 tys. przesyłek o wartości przekraczającej 30 mln euro. 

osw.waw.pl

poniedziałek, 18 maja 2026



Moskwa po 17 maja: noc, która zmieniła temperaturę

Atak ukraińskich dronów na stolicę Federacji Rosyjskiej od początku wojny nie zrobił tego, czego mógł się po nim spodziewać Kreml. Nie wywołał fali wściekłości. Nie skonsolidował społeczeństwa wokół żądania odwetu. Nie wyniósł na top zasięgów żadnego z głosów wzywających do uderzenia jądrowego na Kijów, mimo że takie głosy w rosyjskim Telegramie wciąż padają codziennie. Wywołał coś znacznie mniej spektakularnego i znacznie groźniejszego dla reżimu: żałobę bez wektora politycznego.

Cytat, który Kreml musiał przepuścić

Pierwszą rzeczą, którą zrobił rosyjski Telegram po ataku, było zacytowanie Wołodymyra Zełenskiego. Nie z sympatii. Z bezradności. Wypowiedź ukraińskiego prezydenta „sprawiedliwe są nasze odpowiedzi, ich państwo musi zakończyć tę wojnę” pojawiła się tego dnia w kilkuset postach o ataku na stolicę i odpowiadała za ponad siedemdziesiąt procent łącznego zasięgu wątku.

Niosły ją kanały opozycyjne: ASTRA, Telekanał Dożdż, BBC Russian, Meduza, Mediazona. Niosły ją również kanały rdzennie pro-kremlowskie: Pul N3, Operacja Z, Olej Carow, Maksim Ostaszko. Każdy ze swojego powodu, w swojej ramie interpretacyjnej, z własnym komentarzem ale ten sam cytat, w niemal identycznym brzmieniu, dotarł tego dnia do milionów rosyjskojęzycznych odbiorców.

Prezydent Ukrainy sterował agendą rosyjskich social media przez dwadzieścia cztery godziny jednym oświadczeniem.

W tym znajduje się sygnał, który warto zatrzymać: bańka informacyjna, którą Kreml budował od 2022 roku, ma szczeliny. Wystarczy, że komunikat strony przeciwnej jest na tyle prowokacyjny, by propagandyści pro-kremlowscy uznali, że muszą go zwalczyć i wtedy oni sami, własnymi kanałami, przenoszą go dalej niż jakikolwiek niezależny medialnie nadawca byłby w stanie. Im głośniejsza polemika, tym szersza dystrybucja. To paradoks, z którego rosyjska propaganda nie znalazła wyjścia.

Popławska, czyli rewolucja sentymentu

Najwyższy współczynnik zaangażowania w całym wątku osiągnął post Jany Popławskiej. Sześć tysięcy trzysta wyświetleń, tysiąc czterysta dwadzieścia trzy reakcji 22%engagement rate. Treść jest pozornie sprawozdawcza: trzech zabitych, minimum dwunastu rannych, trafienia w bloki mieszkalne, szczątki na terenie Szeremietiewa. Bez wezwań. Bez ramy interpretacyjnej. Bez wskazania winnego poza milczącą sugestią.

To jest sygnał ważniejszy niż całe transparenty propagandowe pisane w tym samym dniu przez Rogozina czy Sołowiowa.

Trzy lata temu post o trafieniu w rosyjskie cele wywoływał gniewną mobilizację komentarze typu „wyrównać z ziemią”, „zmiażdżyć Kijów”, „lekcja dla bandyzmu”. W maju 2026 takiego tonu w głównym wątku praktycznie nie ma. Jest żal. Jest lament. Jest emocjonalne wchłonięcie ofiary cywilnej jako kategorii sentymentalnej bez konwersji w polityczny mandat eskalacyjny.

Tę zmianę profilu emocjonalnego widać dokładnie tam, gdzie jest najtrudniejsza do podrobienia czyli w spontanicznych reakcjach klikalnych, nie w retoryce nadawców. Audytorium pro-wojenne, które jeszcze niedawno żywiło się dumą, dziś żywi się żałobą.

W długiej historii konfliktów to przesunięcie zwykle wyprzedza wycofanie społeczne o około dwa-trzy lata. Izrael lat 80 po Libanie, Wielka Brytania końcówki Irlandii Północnej, Stany Zjednoczone późnego Wietnamu wszystkie trzy społeczeństwa najpierw nauczyły się opłakiwać ofiary, potem przestały popierać wojnę. Rosja w 2026 jest na etapie nauki opłakiwania.

Carow, czyli moment, w którym propaganda zaczyna koić

Drugą najmocniejszą narracją dnia była relatywizacja. Olej Carow, jeden z najważniejszych propagandystów obozu kremlowskiego, opublikował tekst, którego sens streszcza się do jednego zdania: wszystko jest pod kontrolą. Rosyjska obrona przeciwlotnicza zestrzeliła tysiąc dronów, do Moskwy doleciało sto dwadzieścia, wcześniej Ukraina wysyłała „prymitywne latające cele”, więc proszę nie wpadać w panikę. Kanał TASS przekazał równolegle, że w marcu 2025 atak był liczbowo większy. Mediazona te dane przepuściła dalej, bez polemiki bo nie musi.

To jest moment osobliwy. Propagandyści wojny od trzech lat działali w trybie pobudzającym: pokazywali siłę, sukces, pewność, perspektywę zwycięstwa. 17 maja działali w trybie uspokajającym. Propagandysta zmienia ton nie wtedy, kiedy chce tylko wtedy, kiedy musi. Wybór techniki minimalizacji, kontekstualizacji historycznej, statystycznego przykrycia liczbami zestrzeleń to są techniki kierowane do audytorium, które jest spanikowane lub bliskie paniki. Nie do audytorium gotowego ruszyć na Kijów.

Carow i Pul N3 wiedzą o swoim audytorium więcej niż ja, niż większość analityków zewnętrznych, niż prawdopodobnie sam Kreml. Żyją z jego uwagi. Mierzą jego reakcje co godzinę.

Jeśli oni wybrali tego dnia ton kojący, to znaczy, że w ich danych widać coś, czego my widzimy tylko cień: rosyjska klasa średnia, która czyta internet, jest dziś bliżej załamania niż mobilizacji.

Kasziewarowa, czyli głos, który nie powinien był paść

Najgroźniejszy dla Kremla głos dnia nie pochodzi z opozycji, nie pochodzi z Kijowa, nie pochodzi z Brukseli. Pochodzi od Anastazji Kasziewarowej, dziennikarki i propagandystki ortodoksyjnie pro-wojennej, której kanał liczy 242 tysiące subskrybentów. Po ataku z 17 maja napisała tekst, którego polityczna treść streszcza się do następującego: państwo rosyjskie nie wywiązuje się z obowiązku ochrony obywateli i potrzebuje radykalnej zmiany sposobu prowadzenia wojny.

To nie jest opozycja. To jest zaplecze. To jest dokładnie ta sama Kasziewarowa, która od początku wojny pisała o „naszych chłopcach” i „kijowskim reżimie”. Ale tego dnia jej diagnoza brzmiała: nie potrzebujemy mobilizacji na front, potrzebujemy mobilizacji zaplecza. Czerwoną linią jest śmierć rosyjskiego cywila. Państwo musi działać inaczej.

Tę samą logikę nosi cytowany w innym wpływowym poście były szef Sztabu Generalnego Federacji Rosyjskiej, generał armii Jurij Bałujewski z apelem o przejście „od specoperacji do pełnej wojny”, oskarżenie obecnego dowództwa o „walkę pół-siły”, wezwanie do zmiany strategii. To jest klasyczna sygnatura rewolucji pałacowych w rosyjskiej historii politycznej.Nie liberalna opozycja, lecz sfrustrowani lojaliści, którzy w pewnym momencie uznają, że obecne kierownictwo zdradza wartości, w imię których prowadzona jest wojna.

Pucz GKChP w 1991, dymisja Chruszczowa w 1964, bunt Prigożina w 2023 wszystkie te momenty zaczynały się dokładnie od takich głosów. Nie od barykad. Od artykułów. Od listów otwartych. Od dziennikarzy i wojskowych, którzy w bezpiecznym tonie patriotycznym formułowali nieformalne wotum nieufności wobec kierownictwa. Kreml zna ten wzorzec lepiej niż ktokolwiek.

Stąd jego dylemat: stłumi krytykę z prawej flanki straci ostatnich entuzjastów wojny. Pozwoli jej rosnąć ryzykuje konsolidację alternatywnego ośrodka politycznego wokół tezy, że wojnę trzeba prowadzić inaczej i z innym kierownictwem.

Margines bezpieczeństwa systemu w tym wymiarze jest wąski. Czerwiec 2023 pokazał, jak wąski.

Co to znaczy dla Warszawy

Polskie planowanie strategiczne powinno wyjść z tej analizy z trzema wnioskami praktycznymi.

Pierwszy: rosyjskie społeczeństwo wkracza w fazę zmęczenia, ale nie kryzysu i scenariusz bazowy zakłada przedłużone trwanie wojny i obecnego reżimu. „Rosjanie się obudzą” nie jest czynnikiem, na którym można budować politykę polską. Można na nim ewentualnie budować politykę informacyjną, ale nie politykę bezpieczeństwa.

Drugi: realna zmiana, jeśli przyjdzie w średnim horyzoncie, przyjdzie od elit, nie od ulicy. Polski wywiad i polska dyplomacja powinny patrzeć nie na Lewadę i Russian Field, lecz na rotacje w aparacie wojskowym, na ruchy kapitałowe oligarchów, na intensywność krytyki z prawej flanki. To są wskaźniki czulsze niż sondaże.

Trzeci: każda trajektoria zmiany w Rosji prowadzi przez fazę chaotyczną, a nie przez automatyczną demokratyzację. Zagrożenie strukturalne wobec Polski pozostaje, niezależnie od tego, kto formalnie rządzi w Moskwie w 2027 czy 2028 roku. Mit „lepszej Rosji za Putinem”, który okresowo wraca w zachodniej publicystyce, nie ma podstaw w bieżącym profilu rosyjskiej sfery publicznej. Najgłośniejsi krytycy Putina z prawej flanki są zwolennikami eskalacji, nie deeskalacji.

Noc 17 maja jako wskaźnik

Jedna noc nie zmienia historii. Ale jedna noc może zmienić temperaturę dyskursu i pokazać, gdzie tej temperatury jest już za mało, by reżim mógł na nią liczyć jak dotąd. Rosyjskie społeczeństwo po 17 maja nie obaliło Putina, nie wyszło na ulicę, nie zażądało końca wojny. Pokazało jednak coś innego, znacznie subtelniejszego i znacznie ważniejszego dla każdego, kto chce zrozumieć tę wojnę: nauczyło się opłakiwać własne ofiary szybciej, niż propaganda nauczyła się je zagłuszać.

To jest dystans, który dzieli społeczeństwa wojenne od społeczeństw post-wojennych. Rosja w 2022 roku tego dystansu nie miała. W 2026 zaczyna mieć. Nie wiadomo jeszcze, jak długo trzeba będzie czekać, zanim ten dystans przekształci się w czyn polityczny. Ale wiadomo, że proces się rozpoczął.

(...)

resfutura.pl

niedziela, 17 maja 2026

 
 
 Ze wstępnych szacunków wynika, że w pierwszym kwartale 2026 r., po raz pierwszy od trzech lat, Rosja odnotowała spadek PKB. Oznacza to pogłębianie się obserwowanych od końca 2024 r. negatywnych trendów w gospodarce. Obniżenie aktywności dotyczy w zasadzie wszystkich sektorów i branż pracujących na potrzeby cywilne, zaś wyhamowanie tempa wzrostu widoczne jest w branżach działających na potrzeby armii. Pomimo powyższych trendów, będących efektem rosyjskiej agresji na Ukrainę i zachodnich sankcji, Kreml kontynuuje dotychczasową politykę. Zwiększa wydatki na wojnę i utrudnia funkcjonowanie biznesu, wprowadzając kolejne regulacje rynku. W efekcie rośnie deficyt finansów publicznych. Odcięty od tanich kredytów zagranicznych rząd FR musi zapożyczać się na rynku wewnętrznym. W dużej mierze odbywa się to za pomocą emisji rubla, co zwiększa presję inflacyjną i nasila dotychczasowe trudności. 

(...)

Spowolnienie aktywności gospodarczej w Rosji doprowadziło do stagnacji. Oficjalnie w całym 2025 r. PKB zwiększył się o 1% r/r, co oznacza, że wzrost ten był prawie pięciokrotnie niższy niż rok wcześniej. Wstępne szacunki Ministerstwa Rozwoju Gospodarczego i Handlu FR dotyczące PKB w pierwszym kwartale 2026 r. pokazują jednak, że wskaźnik ten zmniejszył się o 0,3% r/r (Rosstat nie publikuje danych miesięcznych, a szacunków za cały kwartał jeszcze nie udostępniono). Należy przy tym pamiętać o licznych zastrzeżeniach co do wiarygodności rosyjskich statystyk.

Negatywne tendencje obserwowano we wszystkich elementach popytu, zarówno w inwestycjach i konsumpcji gospodarstw domowych, jak i w eksporcie.

Obroty handlu detalicznego, głównej składowej popytu konsumpcyjnego, mocno wyhamowały już w 2025 r. i utrzymywały się na niskim poziomie także w pierwszym kwartale 2026 r. De facto, po uwzględnieniu inflacji, ich wartość najprawdopodobniej spadała. Wstrzemięźliwości zakupowej towarzyszy zmiana zachowań konsumentów, którzy coraz częściej poszukiwali tańszych towarów na platformach internetowych. W konsekwencji masowo zaczęto zamykać punkty handlowe (w 2025 r. ich liczba zmniejszyła się w Moskwie o 5%, a w Petersburgu o 4%). Szczególnie trudne chwile przeżywa branża tekstylna. W ubiegłym roku liczba sklepów odzieżowych zmalała o 12%, przy czym z ok. 20 marek odzieżowych, które zakończyły swoją działalność w Rosji w 2025 r., większość stanowili rodzimi producenci.

(...)

Kurczące się dochody FR wpływają negatywnie również na możliwości inwestycyjne, co nie tylko blokuje rozwój, lecz także utrudnia dostosowanie się biznesu do zmieniających się warunków na rynku. W 2025 r. inwestycje w środki trwałe w Rosji zmniejszyły się o 2,3% r/r – spadek zanotowano po raz pierwszy od 2020 r., przy czym wyhamowanie tempa wzrostu inwestycji obserwowano już w roku 2024. Ten negatywny trend ma się utrzymać również w roku bieżącym (rząd prognozuje spadek inwestycji w 2026 r. na poziomie 0,5% r/r, choć oceny biznesu są znacznie bardziej pesymistyczne). Przykładowo spośród największych inwestorów w FR w najtrudniejszej sytuacji znalazły się Koleje Rosyjskie, które w 2025 r. zmniejszyły nakłady kapitałowe o ponad 40% r/r, a na 2026 r. zaplanowały cięcia o kolejne 17%. W ubiegłym roku inwestycje ograniczył także koncern naftowy Rosnieftʹ (o 6% r/r; brak informacji o planowanych nakładach na 2026 r.). 

Negatywne tendencje widać we wszystkich sferach gospodarki, przy czym nawet w branżach pracujących na potrzeby armii widoczne jest wyhamowanie tempa zwiększania produkcji. Dynamiczny wzrost utrzymywany jest głównie w produkcji wojskowych środków transportu, w tym dronów, ujętych w pozycji „pozostałe środki transportu”, podczas gdy wytwarzanie amunicji i broni palnej, uwzględniane w pozycji: „gotowe wyroby metalowe”, w pierwszych miesiącach 2026 r. zaczęło spadać. Z dyskusji dotyczącej wytwarzania bezzałogowców dla wojska zorganizowanej przez Ministerstwo Przemysłu i Handlu FR (zhakowanej przez ukraińskiego prankera) wynika, że 90% materiałów niezbędnych do produkcji dronów (w tym elektronika, ale też kable czy plastik) pochodzi z Chin, nie istnieją bowiem rosyjskie zamienniki.

W zasadzie we wszystkich sektorach i branżach rosyjskiej gospodarki rośnie liczba firm, których sytuacja finansowa pogarsza się. W 2025 r. odsetek przedsiębiorstw notujących stratę przekroczył 27%. To rezultat zarówno spadających obrotów, jak i coraz wyższych kosztów obsługi zadłużenia.

W poważnym kryzysie pozostaje przemysł motoryzacyjny, zwłaszcza segment samochodów ciężarowych (spadek w 2025 r. o ponad 30% r/r i o kolejne 30% w pierwszym kwartale 2026 r.). Koncern Kamaz – największy ich producent w FR, realizujący m.in. zamówienia na potrzeby wojska (w 2024 r. ok. 30% całości produkcji; brak późniejszych danych) – zakończył 2025 r. ze stratą finansową netto w wysokości prawie 0,5 mld dolarów (tj. 11 razy wyższą niż przed rokiem). Podobnie jak pozostałe rosyjskie koncerny motoryzacyjne, przez większość drugiej połowy 2025 r. funkcjonował on w systemie pracy skróconym do czterech dni w tygodniu.

W kryzysie pogrąża się też branża metalurgiczna. Co prawda spadek jej produkcji w 2025 r. wyniósł zaledwie 2,1%, głównie dzięki wynikom metalurgii nieżelaznej, m.in. złota. Jednak popyt na stal w tym czasie zmniejszył się o 15% r/r, podobnie jak w pierwszym kwartale 2026 r., przede wszystkim za sprawą spowolnienia w sektorze budowlanym. Efektem było załamanie w branży stalowej – przykładowo produkcja rur dla sektora naftowo-gazowego zmniejszyła się w 2025 r. o ponad 21% r/r, a stali nierdzewnej o 17%. W efekcie zysk netto Siewierstali – największego rosyjskiego koncernu stalowego – spadł w ub.r. 4,7-krotnie r/r, do ok. 400 mln dolarów. W pierwszym kwartale 2026 r. koncern zdołał jeszcze wygenerować minimalny zysk, ale jego przychody zmalały do najniższego poziomu od 2021 r. 

Poważne trudności przeżywa także sektor wydobywczy, zwłaszcza surowców energetycznych, który odnotował w 2025 r. spadek o 1,8% r/r. Niewielki wzrost (o 0,8% r/r) w pierwszym kwartale 2026 r. był w dużej mierze efektem niskiej bazy w roku ubiegłym. Mimo że zmniejszenie wolumenów wydobycia było niewielkie, to spadek cen surowców na światowych rynkach w 2025 r. uderzył w kondycję finansową przedsiębiorstw. Rekordową stratę netto w wysokości prawie 13 mld dolarów zanotował w 2025 r. Łukoil – drugi pod względem wielkości koncern naftowy FR. Na jego wyniki wpłynęła przede wszystkim konieczność dokonania odpisów wartości aktywów zagranicznych utraconych na skutek amerykańskich sankcji. Surgutnieftiegaz również zakończył ubiegły rok ze stratą 3 mld dolarów netto, a pozostałe dwa koncerny spośród największych w Rosji – Rosnieftʹ i Gazpromnieftʹ – co prawda zdołały odnotować zysk, lecz jego wielkość była odpowiednio trzyipółkrotnie (3,5 mld dolarów) i dwukrotnie (3 mld dolarów) niższa niż przed rokiem. Poważnym wyzwaniem dla sektora naftowego FR są utrzymujące się ataki ukraińskich dronów na rosyjskie rafinerie i system transportowy, w tym terminale eksportowe, trwające od połowy 2025 r. i nasilone w pierwszym kwartale 2026 r. W ich rezultacie przesyłowe moce eksportowe FR zostały ograniczone, co m.in. wymusiło redukcję wydobycia ropy (na razie trudno jednak oszacować skalę, rosyjski rząd nie publikuje tego rodzaju danych od 2022 r.).

W 2025 r. w kryzysowej sytuacji znalazła się branża węglowa, w przypadku której na niskie ceny eksportowanego surowca nałożyły się rosnące koszty logistyki, wynikające głównie z coraz wyższych cen przewozów kolejowych w Rosji. W efekcie cała branża zakończyła ubiegły rok ze stratą netto, przy czym ujemny wynik finansowy zanotowało przeszło 65% spółek węglowych. W pierwszym kwartale br. problemy branży pogłębiły się, a jej produkcja zmalała o ponad 5% r/r.

Wartość prac wykonanych w budownictwie w 2025 r. była wyższa niż przed rokiem (o 2,5%), ale w pierwszym kwartale 2026 r. sektor ten odnotował, po raz pierwszy od 2020 r., spadek o 10% r/r, choć na jego wynik wpływ miała zapewne także bardzo mroźna i śnieżna zima. Zastój panuje przede wszystkim w budownictwie mieszkaniowym. W 2025 r. oddano do użytku tyle samo powierzchni mieszkalnej co w roku poprzednim, ale w pierwszym kwartale 2026 r. już o prawie 30% mniej r/r. Dodatkowo odsetek sprzedanych mieszkań w stosunku do tych w budowie jest niski i utrzymuje się na poziomie nieco ponad 30%, a ponadto ok. 20% obiektów oddawanych jest do użytku z co najmniej półrocznym opóźnieniem.

Zgodnie z danymi Centralnego Banku Rosji (CBR) w 2025 r. banki udzieliły jedynie 968 tys. kredytów hipotecznych, tj. o ponad 25% mniej niż w 2024 r. i o 50% mniej niż w rekordowym 2023 r. (to najgorszy wynik od 2016 r.). Zarazem ponad 80% tych kredytów przyznano na warunkach preferencyjnych (roczne oprocentowanie ok. 8%, wobec rynkowego – ok. 20–30%) w ramach rządowych programów wsparcia rodzin z dziećmi czy żołnierzy (i ich rodzin) biorących udział w wojnie na Ukrainie. Łączna wartość tych kredytów była jedynie o 9% niższa r/r, co wiązało się z dynamicznym wzrostem cen nieruchomości. 

(...)

Spowolnienie aktywności gospodarczej szczególnie odczuł sektor transportowy. Co prawda przewozy towarowe (w mln ton) wszystkimi środkami transportu utrzymały się w 2025 r. na poziomie sprzed roku, a w pierwszym kwartale 2026 r. zmniejszyły się o 2,6%, jednak w trudnej sytuacji znalazł się zwłaszcza transport kolejowy, którego przewozy zmniejszyły się odpowiednio o 5,7% i 3,1%. Państwowe Koleje Rosyjskie dzięki kolejnym podwyżkom taryf transportowych zdołały zakończyć ubiegły rok z zyskiem, ale był on o 95% niższy niż przed rokiem i wyniósł 2,3 mld rubli, tj. ok. 27 mln dolarów. Zadłużenie koncernu sięgnęło rekordowych 3,8 bln rubli (ok. 45 mln dolarów), co oznacza wzrost o ponad 25% r/r. Dodatkowo państwowa spółka zredukowała w ub.r. inwestycje o ok. 40% i w ramach oszczędności zmniejszyła o 15% zatrudnienie w aparacie centralnym.

W 2025 r. zmniejszył się zarówno eksport (o ok. 4%), jak i import (o 1,5%) liczony w dolarach. Na wyniki eksportu negatywny wpływ miały przede wszystkim spadające od początku 2025 r. ceny sprzedawanej przez Rosję ropy naftowej. Wiązało się to z międzynarodową koniunkturą i utrzymującą się nadpodażą surowca na światowych rynkach, ale też z sankcjami nałożonymi przez USA w październiku 2025 r. na dwa największe koncerny energetyczne FR – Rosnieftʹ i Łukoil. W efekcie odbiorcy z państw trzecich niechętnie podejmowali ryzyko współpracy z rosyjskimi podmiotami, obawiając się sankcji wtórnych Waszyngtonu, przez co znacznie wzrósł upust (do ok. 30 dolarów za baryłkę Urals wobec marki Brent) na eksportowaną przez FR ropę naftową. W grudniu 2025 r. cena baryłki surowca w portach bałtyckich spadła poniżej 40 dolarów i do końca lutego 2026 r. nie przekroczyła poziomu 45 dolarów (wobec ok. 60 dolarów w połowie 2025 r. i średnio 68 dolarów w 2024 r.).

Wraz z wybuchem wojny w Zatoce Perskiej nie tylko znacznie podniosły się ceny ropy (według wyliczeń rządu FR średnia cena eksportowanego surowca w marcu 2026 r. wyniosła 77 dolarów za baryłkę i aż prawie 95 dolarów w kwietniu), lecz także wzrosło zapotrzebowanie na nią, co doprowadziło do prawie całkowitej redukcji upustu. Dochody z rosnących cen surowca na światowych rynkach pojawią się jednak z opóźnieniem nawet dwóch–trzech miesięcy ze względu na spowodowane sankcjami wydłużenie operacji finansowych. Dużym wsparciem dla eksportu w 2025 r. były natomiast dynamicznie zwyżkujące ceny złota (o ok. 65% r/r) na światowych rynkach, przy czym trend wzrostowy utrzymał się również w pierwszych miesiącach 2026 r. 

(...)

Od połowy 2025 r. zaczęły być widoczne efekty walki banku centralnego z inflacją. W rezultacie w marcu 2026 r. spadła ona do 5,9% r/r. (...)

Wyhamowanie inflacji stanowiło w dużej mierze efekt prowadzonej od końca 2023 r. restrykcyjnej polityki monetarno-kredytowej Centralnego Banku Rosji, mocno ograniczającej dostęp do źródeł finansowania i tym samym popyt. Redukcja tempa wzrostu cen pozwoliła CBR rozpocząć w czerwcu 2025 r. stopniowe łagodzenie tej polityki. W rezultacie w kwietniu 2026 r., po ósmej z rzędu redukcji, bazowa stopa procentowa spadła do 14,5% (z 21% w czerwcu 2025 r.). Mimo tak znacznej redukcji nadal pozostaje ona na wysokim poziomie i mocno ogranicza dostęp do kapitału. Należy przy tym pamiętać, że od 2022 r., po tym jak w ramach sankcji odcięto Rosję od tanich zachodnich kredytów, tamtejsze podmioty są zależne od wewnętrznych źródeł finansowania. 

CBR ostrożnie podchodzi do możliwości dalszego redukowania stawki procentowej. W jego opinii w kraju nadal utrzymuje się silna presja inflacyjna, której źródłem są obecnie trzy główne czynniki: deficyt siły roboczej, wojna w Zatoce Perskiej destabilizująca globalny rynek, a przede wszystkim rosnące wydatki budżetowe FR. 

Od początku 2025 r. znacząco zwiększała się nierównowaga w finansach publicznych. Niskie ceny eksportowe ropy naftowej doprowadziły do sporego ograniczenia dochodów naftowo-gazowych – o ponad 20% r/r w 2025 r. i o prawie 40% r/r w pierwszych czterech miesiącach 2026 r. (wzrost cen surowca w marcu 2026 r. w związku z atakiem USA i Izraela na Iran był widoczny w budżecie FR dopiero w kwietniu). Zarazem wyhamowanie aktywności gospodarczej w kraju spowodowało, że wzrost pozostałych dochodów, mimo większych obciążeń podatkowych nałożonych na gospodarkę, okazał się niższy, niż oczekiwał rząd.

Jednocześnie Kreml dynamicznie zwiększał wydatki, głównie na potrzeby wojny. Według wypowiedzi ministra obrony narodowej FR Andrieja Biełousowa (z grudnia 2025 r.) w ub.r. bezpośrednio na potrzeby armii z budżetu federalnego przeznaczono 11,1 bln rubli, tj. ok. 133 mld dolarów (5,1% PKB, 25% wydatków budżetowych). Wojna pochłonęła zatem 70% środków przyznanych w budżecie na obronę narodową ogółem (15,9 bln rubli, tj. 7,4% PKB). Najprawdopodobniej jednak szacunki te nie obejmują nakładów ponoszonych m.in. na Gwardię Narodową, FSB czy służbę więzienną, które są zaangażowane w działania także w regionach okupowanych. Oznacza to, że rzeczywiste wydatki na obronę narodową przekroczyły o ok. 20% te zaplanowane przez rząd w ustawie budżetowej. Łącznie do sektorów siłowych trafiło około połowy środków budżetowych. W efekcie deficyt budżetu federalnego w 2025 r. wzrósł pięciokrotnie w porównaniu z pierwotnymi założeniami rządu. 

Faktyczna luka w finansach publicznych była znacznie większa i wyniosła łącznie 8,3 bln rubli (ok. 100 mld dolarów), tj. 3,9% PKB. Stało się tak za sprawą regionów i funduszy społecznych, których wydatki również wyraźnie przekroczyły dochody, jednak rząd federalny nie przyszedł im z pomocą. W efekcie były one zmuszone zwiększać swoje zadłużenie, głównie w bankach komercyjnych. Skonsolidowany deficyt budżetów regionów Rosji w 2025 r. wzrósł pięciokrotnie rok do roku i wyniósł 1,5 bln rubli, przy czym ujemny wynik zanotowały 74 regiony (z 89, w tym sześciu na okupowanych terytoriach Ukrainy). Ich dochody rosły o wiele wolniej niż wydatki napędzane jednorazowymi wypłatami za podpisanie kontraktu z armią oraz nakładami na wsparcie dla rodzin żołnierzy walczących na Ukrainie. Deficyt pojawił się także w budżetach funduszy społecznych, głównie za sprawą funduszu emerytalnego. 

W pierwszych czterech miesiącach 2026 r. ta negatywna tendencja się utrzymała. Mimo spadku dochodów o ok. 4,5% r/r rząd zwiększył wydatki, przy czym te na zamówienia publiczne (głównie zbrojeniowe) aż o prawie o 16% r/r, do niemal 5,7 bln rubli (ok. 77 mld dolarów). W rezultacie deficyt po pierwszych czterech miesiącach 2026 r. wyniósł 5,9 bln rubli i przewyższył poziom zaplanowany w ustawie budżetowej na cały 2026 r. (tj. 3,8 bln rubli). 

Deficyt w finansach publicznych pokrywano rosnącym zadłużeniem, Kreml starał się bowiem oszczędzać rezerwy zgromadzone w Funduszu Dobrobytu Narodowego (FDN). Wartość środków płynnych zgromadzonych w nim po czterech latach wojny skurczyła się o ponad połowę. W dużej mierze służą one obecnie dofinansowywaniu państwowych firm i projektów infrastrukturalnych. W marcu 2026 r. rząd wstrzymał do maja br. funkcjonowanie reguły budżetowej (podobnie zrobił w 2022 r.), zgodnie z którą środki z FDN wykorzystuje się do uzupełniania niedoborów w dochodach naftowo-gazowych w budżecie, jeśli średnia cena eksportowa baryłki ropy utrzymuje się poniżej ceny bazowej ustalonej przez rząd (tj. 59 dolarów w 2026 r.), natomiast w przypadku wyższych cen nadwyżki dochodów przeznacza się na zwiększanie rezerw. 

Rząd finansował rosnący deficyt, zwiększając dług publiczny, i zapożyczał się na rynku wewnętrznym, emitując obligacje. W ubiegłym roku dług wzrósł o 20% (o ponad 6 bln rubli, tj. ok. 70 mld dolarów), do 18% PKB. W dużej mierze obligacje rządowe wykupywane są przez banki, głównie państwowe, za pieniądze pożyczane od banku centralnego. De facto oznacza to drukowanie pieniądza i zwiększanie presji inflacyjnej. 

Mimo że ogólna wielkość długu publicznego nie jest duża, to zapożyczanie się przez władze FR jest bardzo kosztowne (rentowność 10-letnich obligacji rządowych wynosi ok. 14%). W efekcie koszty obsługi tego długu są wysokie. W 2025 r. wyniosły one ok. 1,7% PKB (ok. 7,5% wszystkich wydatków budżetowych), a w 2026 r. będą jeszcze wyższe (na koniec bieżącego roku dług może sięgnąć ponad 19% PKB). 

W tej sytuacji istotnym wsparciem dla finansów publicznych był dynamiczny wzrost ceny eksportowej rosyjskiej ropy (stanowiącej podstawę do opodatkowania sektora naftowo-gazowego) w wyniku ataku USA na Iran. Jeśli jej cena utrzyma się na obecnym poziomie do końca roku, rząd zdoła uzyskać dochody zaplanowane w ustawie budżetowej na 2026 r., a nawet je przewyższyć.

(...)

Na rynku pracy utrzymuje się niedobór siły roboczej, a bezrobocie pozostaje na bardzo niskim poziomie 2,2%. Rynek ten znajduje się pod presją nieustającej rekrutacji młodych mężczyzn na wojnę z Ukrainą. W 2025 r. kontrakt z armią podpisało od 330 tys. (oceny niezależne) do ponad 400 tys. osób (według Putina).

(...)

Dzięki spowolnieniu gospodarczemu zapotrzebowanie na nowych pracowników co prawda spadło, dzięki czemu liczba wakatów na jednego bezrobotnego się zmniejszyła, niemniej nadal brakuje specjalistów (m.in. w służbie zdrowia, rolnictwie czy transporcie). Rosyjski biznes tradycyjnie niechętnie pozbywa się pracowników, obawiając się trudności z ich ponownym zatrudnieniem. W rezultacie w okresach słabszej koniunktury, jak obecnie, preferuje on przede wszystkim skrócenie tygodnia pracy i obniżenie wynagrodzeń aniżeli redukcję zatrudnienia. Oznacza to dalszy wzrost kosztów pracy, choć jego tempo mocno w ubiegłym roku wyhamowało. 

osw.waw.pl


Dla Iranu relacja z Chinami ma wartość tylko wówczas jeśli nie jest sprzeczna z jego racją stanu. W czasach nowożytnych, w tym w szczególności w XX w., relacje irańsko-chińskie nie były ani intensywne, ani szczególnie przyjazne. Dopiero izolacja Iranu, związana z jego programem nuklearnym, otworzyła Chinom drogę do zintensyfikowania współpracy z Iranem ale nie doprowadziło to do zaniknięcia nieufności ze strony Irańczyków, w tym elit rządzących. Przełomowe znaczenie miała wizyta Xi Jinpinga w 2016 r. i chińskie plany włączenia Iranu w projekt Inicjatywy Pasa i Szlaku. Po podpisaniu JCPOA Iran był jednak zainteresowany zrównoważoną współpracą gospodarczą zarówno z Chinami jak i Europą. Dopiero wystąpienie Trumpa z JCPOA postawiło Teheran w sytuacji bezalternatywnej, co Pekin brutalnie wykorzystał doprowadzając do podpisania w 2021 r. 25-letniego Planu Współpracy. Zakłada on chińskie inwestycje w Iranie o wartości 300-400 mld USD ale w praktyce nic takiego się nie stało, a jedynym realnym efektem było to, że Iran sprzedawał Chinom swoją ropę z gigantycznym rabatem.

Umowa ta była od początku krytykowana w Iranie, w tym przez przedstawicieli elity rządzącej, jako zagrażająca irańskiej suwerenności ale ośrodki decyzyjne uciszały te głosy, gdyż niepowodzenie w negocjacjach z Zachodem stawiało Iran w sytuacji bez wyjścia. Z drugiej strony Chiny były zainteresowane rozwiązaniem kwestii programu nuklearnego Iranu, gdyż otworzyłoby to im drogę do inwestycji w Iranie, choć pozwoliłoby też Iranowi sprzedawać swoją ropę i ściągać inwestycje z Zachodu. Jeszcze w 2025 r. Iran był gotów wpuścić amerykańskich inwestorów w ramach kompleksowego dealu ale wojna zmieniła to podejście. Obecnie można już oczekiwać, że po zniesieniu sankcji Chiny utrzymałyby swoją uprzywilejowaną pozycję, choć Iran nie byłby całkowicie zamknięty dla Europy (w odniesieniu do USA sytuacja byłaby już jednak inna).

Iran gotów był zatem na asymetryczny deal gospodarczy z Chinami ze względu na swoją izolację oraz oczekiwanie, że doprowadzi to do stworzenia sojuszu irańsko-chińskiego (a szerzej irańsko-chińsko-rosyjskiego). Przed wybuchem wojny Chiny nie były jednak takim sojuszem zainteresowane, gdyż ograniczałoby to im pole manewru w relacjach z sunnickimi państwami arabskimi. Iran nie miał natomiast żadnego lewara by podnieść swoją atrakcyjność względem Chin.

defence24.pl