sobota, 14 lutego 2026



Z jednej strony sobotnie przemówienie Marco Rubio wyglądało jak misja ratunkowa, która ma załagodzić dotychczasowe spory administracji Trumpa z Europejczykami wokół Grenlandii, ceł czy też polityki wobec Ukrainy.

Rubio przybrał zupełnie inny ton niż J.D. Vance w ubiegłym roku. Nie zarzucał Europejczykom odejścia od demokracji, wolności słowa i fundamentów cywilizacji zachodniej. Zwracał się do nich per "przyjaciele", dużo mówił o wspólnych korzeniach cywilizacyjnych Europy i USA i przekonywał, że nadal tworzą one jedną, zachodnią cywilizację, która nie jest tylko jedną z wielu, ale jest wyjątkowa i — mówiąc wprost — lepsza niż wszystkie pozostałe.

Z drugiej jednak strony Rubio powtórzył ubiegłoroczny przekaz Vance'a: nie chcemy, żeby Europa była słaba, bo to osłabia też Amerykę; Europa musi być silna, bo wtedy odżyje cywilizacja zachodnia.

(...)

Sekretarz stanu chciał uspokoić Europejczyków i zapewnić ich, że USA nadal chcą współpracy i dobrych relacji, ale przekazał też wprost, że zasady gry w sojuszu transatlantyckim się zmieniły i że Ameryka oczekuje, iż Europa wzmocni się militarnie oraz duchowo i że ponownie będzie "dumna ze swojego dziedzictwa, ze swojej tradycji i historii".

W praktyce oznacza to, że USA oczekują od Europy tego wszystkiego, co u siebie w kraju robi administracja Trumpa: zatrzymania imigracji z krajów globalnego południa, walki z ideologią woke w przestrzeni publicznej, na uczelniach itd., czyli odwrócenia "wymazania cywilizacyjnego", które — jak stwierdził Rubio — zagraża zarówno USA, jak i Europie.

Oznacza to też utrzymanie poparcia Ameryki Trumpa dla państw narodowych w Europie, a nie dla Unii Europejskiej. W swoim przemówieniu Rubio sięgnął do idei, którą Vance głosi od dawna: Amerykanie nie mogą walczyć i umierać za abstrakcyjne wartości, tylko za konkretnych ludzi, konkretne miejsce na ziemi i konkretny naród. Naturalnie jest to sposób myślenia pokrewny klasycznemu europejskiemu nacjonalizmowi. Choć amerykański sekretarz stanu tego nie dodał, w tym sposobie myślenia ukryta jest oczywista intencja: Amerykanom dużo łatwiej będzie wpływać na politykę Europy, kiedy każde z państw europejskich z Waszyngtonem będzie rozmawiało osobno.

Bezpośrednio po Marco Rubio w Monachium przemawiał szef dyplomacji Chin Wang Yi. Potępił amerykański unilateralizm i protekcjonizm, i stwierdził, że w ostatnich miesiącach na arenie międzynarodowej zapanowało prawo dżungli. W tym kontekście przedstawiał Chiny jako fundament globalnej stabilności i przewidywalności, a następnie apelował o reformę "globalnego systemu zarządzania".

Wang Yi nie tylko potępił konkretne działania USA, ale też zdecydowanie je napominał. Odnosząc się do ataku na Wenezuelę i porwania Nicolasa Maduro, stwierdził, że Waszyngton przekroczył linię, której nie wolno przekraczać, a mówiąc o sytuacji w Iranie, przekonywał, że USA powinny zachować się "roztropnie" i odstąpić od dalszej eskalacji napięcia.

Jednocześnie szef chińskiej dyplomacji zwrócił się do Europejczyków. W obliczu sporów z administracją Trumpa największe państwa europejskie coraz chętniej dywersyfikują swoje partnerstwa. Stąd m.in. zatwierdzenie umowy z Mercosurem, negocjacje handlowe z Indiami, a także liczne wizyty przywódców europejskich — premiera Wielkiej Brytanii Keira Starmera, prezydenta Francji Emmanuela Macrona, a niedługo również kanclerza Merza — w Chinach.

W tym właśnie kontekście Wang Yi mówił, że Europa i Chiny to dwie wielkie cywilizacje, "dwa nieodzowne bieguny w świecie wielobiegunowym", które są partnerami, a nie rywalami. — Dopóki będziemy o tym pamiętać, będziemy mogli podejmować prawidłowe wybory w obliczu wyzwań. Będziemy mogli zatrzymać ruch w kierunku coraz większych podziałów i będziemy mogli razem działać, by stworzyć lepszy świat — mówił szef chińskiej dyplomacji. Dodał też, że Europa i Chiny mogą "osiągnąć harmonię bez uniformizacji" i zaapelował, by Europejczycy przyłączyli się do reformy globalnego systemu zarządzania zdefiniowanego przez Xi Jinpinga.

To wprost zaproszenie dla Europy do zrywania z USA, odrzucenia amerykańskiego unilateralizmu i protekcjonizmu oraz przyłączenia się do działań na rzecz zwiększenia głosu tzw. globalnego południa w instytucjach międzynarodowych.

/Raczej propozycja dialogu - red./

Wang Yi postawił jednak warunek: Europa powinna "mieć odwagę rozmawiać z Rosją" na temat zakończenia wojny w Ukrainie i powinna wyjść w tym zakresie z nowymi inicjatywami. Jego zdaniem Europa powinna włączyć się w rozwiązanie "podstawowych przyczyn konfliktu" (tego zwrotu używa również Moskwa), z czego następnie powinna wyłonić się "nowa architektura bezpieczeństwa" na kontynencie.

/Czyli Europa powinna być silniejsza - red./

(...)

Europa zamierza więc pozostać bliżej USA, ale jednocześnie równoważyć ten sojusz partnerstwami z państwami niezachodnimi. Nie zamierza jednak spełniać warunków postawionych ani przez Rubio, ani przez Wanga Yi. Merz stwierdził, że "wojny kulturowe MAGA nie są naszymi wojnami", tym samym dając do zrozumienia, że nie podziela diagnozy Rubio i Vance'a o "cywilizacyjnym wymazywaniu" Europy. Wbrew oczekiwaniom Pekinu nic nie mówił też o rozmowach z Putinem ani o konstruowaniu nowej architektury bezpieczeństwa w Europie — w domyśle wespół z Moskwą.

onet.pl


Prezydent Trump twierdzi, że prezydent Izraela Herzog powinien wstydzić się z tego powodu, że nie ułaskawił premiera Netanjahu.

Tu kilka słów wyjaśnienia:

👉 Na Netanjahu ciążą zarzuty korupcji i nadużycia władzy (Sprawa 1000: przyjęcie prezentów o wartości do 260 000 USD; Sprawa 2000: proponowanie niekorzystnych dla rozwiązań prawnych dla jednego medium w zamian za przychylną obsługę medialną; Sprawa 4000: zapewnienie zmian legislacyjnych wartych setki milionów dolarów spółce telekomunikacyjnej i medialnej w zamian za obsługę medialną korzystną dla premiera i jego rodziny). Proces trwa.

👉 Trump żąda od prezydenta Izraela  ułaskawienia Netanjahu, który nie został uznany jeszcze za winnego. Brzmi znajomo. W Izraelu to jest możliwe do przeprowadzenia zgodnie z prawem, ale ułaskawiony najpierw musiałby przyznać się do winy i zobowiązać do poprawy, co by oznaczało odejście z polityki. Tymczasem nie taki jest cel zabiegów. 

🗣️Trump jako suzeren dba o wasali, dopóki ci są w pełni posłuszni. Tak jest z Netanjahu. Może liczyć na poparcie, dobre słowo i przywileje, ale do momentu, w którym nie wyjdzie z szeregu. Netanjahu zaatakował Katar wbrew interesom USA, co jest uznawane przez analityków izraelskich za "katastrofę strategiczną". Izrael naruszył interesy suzerena, który brutalnie przywołał go do porządku, zmusił do przerwania wojny w Gazie, a teraz narzuca kolejne warunki także wbrew wasalowi (potencjalne zaangażowanie Turcji i Kataru w odbudowę Gazy). 

Relacje USA - Izrael pokazują, że globalny feudalizm budowany przez Trumpa jest korzystny dla jego wasali, ale na poziomie personalnym, ale już niekoniecznie na poziomie państw, które tracą suwerenność na rzecz seniora. 

To paradoks, bo Netanjahu przekonuje, że walczy o suwerenność Izraela i pod tym hasłem prawdopodobnie wystartuje w wyborach jesienią 2026. Relacje USA - Izrael w warunkach hołdu złożonego Trumpowi przez Netanjahu powinny dawać do myślenia każdemu  politykowi, który rozważa taką relację. 

x.com/JarekKociszewsk

piątek, 13 lutego 2026



Bezprecedensowa w historii powojennej Japonii skala zwycięstwa Partii Liberalno-Demokratycznej w przedterminowych wyborach do Izby Reprezentantów (izby niższej parlamentu) zaskoczyła przywódców ChRL. Nie postrzegają jednak oni swojej trwającej kilka miesięcy eskalacji dyplomatycznej skierowanej przeciwko premier Takaichi Sanae jako jednoznacznej porażki. Japonia może stać się teraz celem nawet bardziej zażartej kampanii politycznej wewnątrz Chin, która pozwoli na odnowienie legitymizacji wewnętrznej KPCh pod nacjonalistycznymi i antyjapońskimi hasłami. W sytuacji dyplomatycznego zawieszenia broni z USA Pekin potrzebuje innego celu, na którym może skupić negatywne emocje opinii publicznej.

Partia Liberalno-Demokratyczna (LDP) zdobyła 8 lutego 315 mandatów w Izbie Reprezentantów, a koalicyjna Japońska Partia Innowacji (JIP) uzyskała 36 mandatów, dzięki czemu rządząca koalicja ma obecnie 351 posłów w 465-osobowej izbie niższej parlamentu. LDP samodzielnie posiada teraz więcej niż wymagane dwie trzecie głosów (310) do zainicjowania zmiany konstytucji. Do tego jednak potrzeba również większości dwóch trzecich głosów w zdominowanej przez opozycję izbie wyższej – Izbie Radców. Osiągnięta „super większość” pozwala jednak LDP odrzucić weto Izby Radców do ustaw przyjętych przez Izbę Reprezentantów. Da to premier duże możliwości realizowania jej ambitnej agendy gospodarczej, ale też wprowadzania fundamentalnych zmian w polityce bezpieczeństwa narodowego Japonii. W pierwszej kolejności dotyczy to trwającej rewizji strategii bezpieczeństwa, a także znaczącego zwiększenia wydatków na cele obronne, na co Takaichi uzyskała jednoznaczny mandat wyborczy.

Japonia, wychodząca z nowym impulsem rozwojowym z wieloletniej stagnacji gospodarczej, może równocześnie zostać ważnym aktorem w sferze bezpieczeństwa w Azji Wschodniej. W ten sposób może stać się istotną przeszkodą w realizacji przez Pekin ambicji przejęcia Tajwanu czy zdominowania gospodarczo-politycznego tego regionu. Wydaje się, że bezprecedensowa kampania nacisku dyplomatycznego na premier Takaichi (zob. Pekin eskaluje konflikt dyplomatyczny z Tokio) miała na celu co najmniej rozbicie rządzącej w Tokio koalicji, a w wypadku przedterminowych wyborów – doprowadzenie do przegranej LDP. Mimo że tak się nie stało, kierownictwo Komunistycznej Partii Chin (KPCh) niekoniecznie musi uznać swoją strategię za porażkę, choć presja na premier bezpośrednio przed wyborami mogła de facto wzmocnić LDP.

Oficjalna reakcja chińskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych na wynik japońskich wyborów wpisuje się w dotychczasową eskalację napięć dyplomatycznych. Rzecznik MSZ ChRL Lin Jian potwierdził, że co prawda wybory są sprawą wewnętrzną Japonii, ale ich wynik odzwierciedla „pewne głęboko zakorzenione problemy strukturalne, nurty myślowe i trendy”, które powinny skłonić społeczeństwo japońskie i międzynarodową opinię publiczną do refleksji. Wezwał rząd Japonii do zmierzenia się z międzynarodowymi obawami, do „dążenia do pokojowego rozwoju” i „niepowtarzania militaryzmu”. Ostrzegł też, że jeśli „skrajnie prawicowe siły” w Japonii „źle ocenią sytuację i będą działać lekkomyślnie, spotkają się z oporem ze strony społeczeństwa japońskiego i społeczności międzynarodowej”. Ponowił również żądanie wycofania się premier Takaichi z tego, co nazwał „błędnymi uwagami” na temat Tajwanu, podkreślając, że naród chiński jest „zdecydowany bronić swoich podstawowych interesów”.

Równocześnie KPCh kontynuuje operację propagandową przeciwko Japonii. Wiele chińskich mediów nie tylko powtarza oficjalny komunikat MSZ, lecz także propaguje wypowiedzi komentatorów powiązanych z tym ugrupowaniem – zazwyczaj „ekspertów” z finansowanych przez państwowe firmy think tanków i instytutów badawczych. Przedstawiają oni wyniki wyborów w alarmistycznym tonie. Podsycają obawy wielu Chińczyków, że Takaichi i LDP dążą do zmiany japońskiej konstytucji i powrotu do militarystycznej, ekspansjonistycznej polityki sprzed II wojny światowej. Straszą też zachwianiem równowagi regionalnej i wzrostem prawdopodobieństwa wybuchu wojny, jeśli Japonia pod nowymi rządami odejdzie od pacyfistycznej konstytucji. Taka narracja jest powielana i powtarzana zarówno w propagandzie wewnętrznej, jak i zagranicznej. W chińskich mediach społecznościowych pojawiły się mało wyszukane karykatury Takaichi i ultranacjonalistyczne komentarze. Nawet jeżeli część z nich powstała spontanicznie, to aparat propagandowy je wzmacnia i powiela.

osw.waw.pl


TS: Chciałbym wrócić na chwilę do wątku CNN i percepcji Chin. W Stanach Zjednoczonych czy w Polsce jednak mamy możliwość podjęcia decyzji, trzymając w ręku pilota od telewizora. W Chinach tej możliwości nie ma. Ważnym elementem lęku przed Chinami jest także to, że społeczeństwo chińskie żyje dosłownie w orwellowskim świecie, ponieważ jest to świat jedynego obowiązującego przekazu, ubrany we wszystkie nowoczesne technologie, w piękne portale, ale to jest jednak świat orwellowski.

MJ: I znów ja rozumiem to trochę inaczej. Zobacz, Chińczycy bez problemu za pomocą VPN od lat korzystają z dostępnej na świecie pornografii, z gier video, z innych rzeczy. Oni mają dostęp do wiadomości.

TS: Zgadzam się.

MJ: Ale ich to nie interesuje.

TS: Dokładnie.

MJ: I to jest problem.

TS: Tak. A dlaczego ich to nie interesuje?

BG: Ponieważ mają zakodowane, żeby władzy nie tykać. W DNA to mają.

MJ: Z jednej strony, wiedzą czym to grozi. Z drugiej – nie ma środowisk, które stanowiłyby fundament…

BG: Tak, środowisk dysydenckich.

MJ: Po prostu nie ma tego. Z trzeciej strony natomiast jest jedna rzecz, której my nie zauważamy. To dyskurs intelektualny w Chinach. Chiny nie są pustynią intelektualną.

BG: Nie są.

MJ: Ten dyskurs istnieje. Jest on jednak diametralnie różny od tego, co my mówimy dzisiaj, tutaj, i co mówi się za granicą – tak różny, że trudno nam to sobie czasem wyobrazić. Ale toczą się dyskusje dotyczące miejsca Chin w świecie, realizowanej polityki, relacji z Rosją. Nie żeby te dyskusje tętniły życiem, ale debata intelektualna istnieje, choć jest niestety niezwykle silnie nacjonalistyczna. Możemy określić Chiny jako ultranacjonalistyczne państwo, w którym nie możesz krytykować Chin i nie możesz krytykować władzy, bo wówczas stajesz się wrogiem ludu. To tak, jakbyśmy politykę PiS podkręcili jeszcze stukrotnie – wtedy wyjdzie nam coś podobnego. Na przykład, jeżeli powiem w Polsce, że powinniśmy utrzymywać dobre relacje ekonomiczne z Niemcami, to według niektórych naszych środowisk nacjonalistycznych jestem zdrajcą. Jeżeli w Chinach intelektualista powie, że np. być może powinniśmy jednak słuchać Europy jeśli chodzi o respektowanie praw człowieka, to nie jest Chińczykiem. Tu moim zdaniem tkwi problem, dlaczego ludzie nie szukają informacji w mediach zagranicznych, dlaczego nie podważają pewnych rzeczy. Uważają, że zagranica kłamie i jest antychińska, nie ufają jej. Natomiast dyskurs antypartyjny dotyczący wolności indywidualnych również w Chinach istnieje, tylko jest on tak subtelny, że łatwo go przeoczyć.

Tomasz Sajewicz Marcin Jacoby Bogdan Góralczyk - Nowa gra w Chińczyka

czwartek, 12 lutego 2026



Kontrowersje tybetańsko-chińskie w epoce Tubo/Tang znalazły odzwierciedlenie również w sferze duchowej. Dysputa między dwiema szkołami buddyzmu – chińską i indyjską (tyb. döndzen dzödba/ston-rtsen rtsod-pa) – w klasztorze Samje/bSam-yas w latach 792–794, w obecności króla Trisonga Decena jako arbitra, znana w historiografi i tybetańskiej jako Rada Lhasy, przyniosła zwycięstwo indyjskiej logiczno-epistemologicznej szkole stopniowego oświecenia Madhjamaka (tyb. rimgjipa/rim-gyis-pa, chiń. jiànwù, jiànménpài), reprezentowanej przez indyjskiego mnicha Kamalaśilę (Kamalaśīla, chiń. Liánhuáróng), nad chińską szkołą olśnienia (tyb. czigczardu togba / cig-car-du rtogs-ba, chiń. dùnwù, dùnménpài), prowadzącego do prawdy (chiń. chán, jap. zen). Jej przedstawicielem był chiński mnich Moheyan (tj. Mahajana), a szkoła cieszyła się przychylnością tybetańskiej arystokracji. Debata doktrynalna skoncentrowała się na problemie drogi do wyzwolenia, przy czym Kamalaśila rozróżniał między samą drogą a jej celem, kładąc nacisk na przestrzeganie zasad moralnych, medytację oraz podążanie ku mądrości poprzez nieustanną pracę nad sobą, naukę i samodoskonalenie. Moheyan natomiast negował znaczenie działania i myślenia jako metody osiągania doskonałości, a wyzwolenia upatrywał w przebudzeniu. W teorii Moheyana wyraźnie przebijały elementy taoizmu i jednej z naczelnych jego zasad: niedziałania (chiń. wúwèi). Kamalaśila argumentował obrazowo, porównując drogę do wyzwolenia ze wspinaczką, wymagającą systematycznego, wytrwałego stawiania kroków (co bardzo przemawiało do Tybetańczyków), natomiast teorię Moheyana skomentował ironicznie, przyrównując ją do stanu alkoholowego delirium.

Płaszczyzną odniesienia kulturowego stała się zatem dla Tybetu cywilizacja indyjska, a nie chińska. Król zarządził, że przegrani w sporze muszą opuścić Tybet. W rezultacie chińscy mnisi oraz uczeni buddyjscy wyjechali, po czym nie odgrywali już więcej żadnej roli w religijno-teologicznej ewolucji Tybetu, który przyjął tradycję indyjską. Po tej debacie król Trisong Decen ogłosił buddyzm (w wersji indyjskiej) religią państwową. Skrócona wersja tego edyktu widnieje na kamiennej kolumnie w Samje.

Wskazanie na buddyzm indyjski jako źródło inspiracji było bardzo ważną decyzją, o znaczeniu historycznym, w ten bowiem sposób Trisong Decen wybrał indyjski model kulturowy, odrzucając chiński. Tybet pozostał zatem w sferze oddziaływania przede wszystkim kultury i cywilizacji Indii, choć z Chin również zaczerpnął wiele. Sam również mocno oddziaływał kulturowo na Chiny w późniejszych wiekach, nie tylko bezpośrednio, lecz także poprzez wiernych buddyzmowi tybetańskiemu Mongołów i Mandżurów.

Nie jest zatem prawdziwa teza chińskich propagandzistów, w myśl której „lamaizm jest wersją buddyzmu chińskiego”, a także stwierdzenie, że po jedenastu latach głoszenia przez Moheyana nauk „w Tybecie rozkwitł buddyzm chiński” i to z Chin buddyzm tybetański zaczerpnął nauki mahajany, natomiast z Nepalu i Indii – mistycyzm i nauki ezoteryczne. Tylko jedna chińska publikacja propagandowa – Religie tybetańskie z 2003 roku – przyznaje, że Moheyan poniósł porażkę.

(...)

Debata religijna – wielu badaczy ma poważne wątpliwości, czy w ogóle się odbyła – nie ograniczała się jedynie do kręgu spraw wiary, w istocie odzwierciedlała bowiem rywalizację między arystokratycznymi stronnictwami a władcą o wpływy w państwie, reformatorskie intencje króla, a także realia polityczno-militarne, w których Chiny były głównym adwersarzem Tybetu, natomiast Indie nie stanowiły dlań żadnego zagrożenia. Wypędzenie mnichów chińskich z Tybetu i zakaz wyznawania ich doktryny najwyraźniej miały podłoże polityczne i wynikały ze świadomości wzrostu wpływów chińskich oraz przemyślanej potrzeby jak najszybszego ich ograniczenia, co też zostało skutecznie wykonane. W ten sposób Tybet odciął się od wpływów nie tylko chińskiego buddyzmu, ale także szerszego oddziaływania kultury chińskiej.

Jerzy Bayer Waldemar J. Dziak - Tybet

środa, 11 lutego 2026



W dniach 8–9 lutego siły ukraińskie zaatakowały we wschodniej części obwodu zaporoskiego, zagrażając pozycjom agresora w rejonie Dobropilli i Ternuwatego. Według niektórych źródeł stanowiło to początek działań zaczepnych na większą skalę, czemu zaprzeczyły ukraińskie źródła wojskowe. Natarcie uległo wyhamowaniu, jednak w rejonie Dobropilli obrońcy mieli wbić się w pozycje kontrolowane przez wroga na głębokość 5 km. Przekaz ten podważała część źródeł ukraińskich (m.in. DeepState), donosząc, że miejscowości te nie zostały przez Rosjan zajęte i znajdowały się w szarej strefie. Siły rosyjskie miały z kolei odeprzeć Ukraińców od Hulajpola, a 10 lutego w niektórych źródłach pojawiła się informacja, że zajęły leżące na zachód od tego miasta Zaliznyczne, które bezskutecznie atakowały od kilku tygodni.

Rosjanie rozwijają natarcie na południowy wschód od Słowiańska. Zajęli kolejne wsie i tereny na północ od prowadzącej do tego miasta autostrady M03, zbliżając się do niego na odległość ok. 15 km. Podobny dystans dzieli agresora od Kramatorska. Najeźdźcy uzyskali też dalsze postępy terenowe pomiędzy Siewierskiem a Łymanem, umacniając się po południowej stronie drogi łączącej oba miasta. Według niektórych źródeł mieli także osiągnąć północne obrzeża Łymanu, lecz nie udało im się wkroczyć do niego z tego kierunku.

Siły rosyjskie zaktywizowały się na północ od aglomeracji pokrowskiej, gdzie wyprowadziły natarcie w kierunku Drużkiwki. Po wielomiesięcznych walkach zajęły węzłowe Szachowe i – wedle części źródeł – kolejne dwie miejscowości na północny wschód od niego. Trwają walki w centrum Konstantynówki, gdzie pod kontrolę rosyjską przeszły następne kwartały. Siły agresora poczyniły również postępy na południowy zachód od tego miasta, umacniając się po północnej stronie przebiegającej przez nie drogi Pokrowsk–Bachmut. Rosjanie częściowo odzyskali też inicjatywę w Kupiańsku, zajmując część utraconych wcześniej kwartałów, oraz wyparli obrońców z kolejnych terenów na wschód od tego miasta, gdzie logistykę ukraińską utrudnia rzeka Oskoł. Wkroczyli także do następnych miejscowości przygranicznych w obwodach charkowskim i sumskim, z których części wyparły ich ukraińskie kontrataki.

5 lutego amerykańska firma SpaceX odcięła sygnał dla niezarejestrowanych na Ukrainie terminali Starlink, co przyczyniło się m.in. do pogorszenia łączności wykorzystujących je jednostek rosyjskich. Nie spowodowało natomiast poważniejszych problemów dla sił ukraińskich, o czym poinformował odpowiedzialny za tę kwestię doradca ukraińskiego ministra obrony Serhij „Flash” Beskrestnow. Zdecydowana większość użytkowników po stronie obrońców zdążyła bowiem zarejestrować użytkowane przez siebie terminale. Przez kilka dni siły agresora zmuszone były korzystać głównie z tradycyjnych środków łączności, co według niektórych źródeł wpłynęło na ograniczenie ich aktywności. 9 lutego Beskrestnow powiadomił, że Rosjanie rozpoczęli masowe dostarczanie na front własnych terminali umożliwiających korzystanie z internetu za pośrednictwem satelitów serii Jamał i Ekspres. Problem nawigacji dronów rozwiązali zaś, zwiększając wykorzystanie sieci Mesh. Kwestią otwartą pozostaje, w jakim stopniu zdołają oni w ten sposób zastąpić system Starlink, z którego korzystali ze względu na dużą dostępność, niezawodność i wygodę użytkowania.

W kolejnym zmasowanym ataku na infrastrukturę energetyczną 7 lutego ucierpiała głównie zachodnia część Ukrainy. Poważnie uszkodzone zostały elektrownie cieplne Dobrotwirska w obwodzie lwowskim i Bursztyńska w obwodzie iwanofrankiwskim (druga z wymienionych przejściowo wstrzymała pracę), a także podstacje w obwodach kijowskim, lwowskim i rówieńskim. Szczególnie niebezpieczne dla systemu energetycznego okazało się uszkodzenie podstacji Zachodnioukraińskiej w obwodzie lwowskim (750/330 kV), przez którą m.in. przesyłano energię importowaną z Węgier. Do uszkodzenia infrastruktury energetycznej doszło w ośmiu obwodach, a awaryjne wyłączenia prądu zaprowadzono w większości regionów Ukrainy. W elektrowniach jądrowych Chmielnickiej i Rówieńskiej nastąpiło częściowe wygaszenie reaktorów i ograniczenie mocy produkcyjnych. W obwodzie kijowskim uszkodzone zostały też magazyny i centrum logistyczne. Według ukraińskiego Dowództwa Sił Powietrznych agresor wykorzystał w ataku 408 bezzałogowców (w tym 250 uderzeniowych „szahedów”), z których unieszkodliwione miały zostać 382, a także 37 pocisków manewrujących (24 zestrzelono) i dwa hipersoniczne. Naprawiane obiekty w obwodzie lwowskim stały się celem wrogich dronów również następnej doby, a 9 lutego uszkodzona została podstacja w Nowowołyńsku.

Stałymi celami dronów agresora były obiekty energetyczne w regionach przygranicznych i przyfrontowych. Po raz kolejny trafione zostały m.in. podstacja w Zaporożu (4 lutego), elektrociepłownia w Charkowie (TEC-5) i podstacja w obwodzie sumskim (5 lutego), elektrownia cieplna (TES) k. Słowiańska i podstacja k. Kropywnyckiego (6 lutego) oraz obiekt należący do DTEK (najprawdopodobniej podstacja) w obwodzie odeskim (10 lutego). Ponadto 6 lutego rosyjska artyleria po raz kolejny ostrzelała elektrociepłownię w Chersoniu. 9 lutego prezydent Wołodymyr Zełenski poinformował, że w rezultacie wcześniejszych ataków wciąż bez ogrzewania pozostaje 1400 bloków mieszkalnych w Kijowie.

(...)

Wieczorem 8 lutego Rosjanie przeprowadzili dwa uderzenia rakietowe na Kijów i leżący na południe od niego Wasylków. Ze skąpego ukraińskiego przekazu wynika, że celami były najprawdopodobniej obiekty stricte wojskowe (m.in. lotnisko w Wasylkowie). Agresor miał wykorzystać 11 pocisków balistycznych Iskander-M, z których tylko jeden udało się zestrzelić, co stanowi najgorszy deklarowany wskaźnik skuteczności obrony powietrznej stolicy Ukrainy od 2022 r. Kijów został zaatakowany także 5 lutego dronami. Donoszono wówczas o pożarach i zniszczeniach w trzech rejonach miasta. 6 lutego Rosjanie uderzyli w rejonie Kropywnyckiego pociskami hipersonicznymi Kindżał, gdzie – według niektórych źródeł – celem było lotnisko Kanatowe. Zgodnie z danymi ukraińskimi od wieczora 3 lutego do rana 10 lutego agresor wykorzystał łącznie – wliczając zmasowany atak z 7 lutego – 1399 dronów (w tym 870 „szahedów”) i 63 rakiety. Obrońcy zadeklarowali zneutralizowanie 1218 bezzałogowców oraz zestrzelenie 24 pocisków manewrujących (wszystkie 7 lutego) i jednego balistycznego.

osw.waw.pl

wtorek, 10 lutego 2026



Pierwszy odcinek reportażu Marii Wiernikowskiej z Kanału Zero o jej wyjeździe do Rosji wzbudził szerokie zainteresowanie medialne. Odbił się szerokim echem w środowiskach zajmujących się sprawami międzynarodowymi, a zwłaszcza obszarem poradzieckim i samą Rosją. To nie może dziwić – w końcu mówimy o największym państwie na świecie, które z racji przeszłości i swojej polityki często wywołuje fascynację lub uzasadnione obawy czy po prostu przerażenie. Natomiast z powodu zaostrzania represji, a następnie inwazji na Ukrainę polscy dziennikarze, analitycy i naukowcy zajmujący się Rosją nie mają tam generalnie wstępu. W tym również ja, piszący te słowa – zostałem zatrzymany i wydalony z Federacji Rosyjskiej latem 2018 r. W taki sposób Rosja zmniejsza krąg ludzi opowiadających o niej. Stąd nie dziwi fakt, że wielu odbiorców usiłuje zaspokoić swoją ciekawość. Zwłaszcza że w ostatnich latach część środowisk medialno-eksperckich sama rozhuśtała narrację o sytuacji w Rosji, na zmianę wieszcząc jej upadek albo wróżąc nową Jałtę. Wróćmy jednak do kluczowego pytania.

Czy Maria Wiernikowska udźwignęła wyzwanie?

Nie jestem dziennikarzem, więc moja krytyka ograniczy się do kilku bardziej naukowych uwag. Po pierwsze, odnoszę wrażenie, że autorka reportażu uległa złudzeniu „prostego ludu rosyjskiego”. W pierwszym odcinku rozmawia ona głównie z przechodniami, pracownikami drobnego handlu czy też kelnerami, którzy kolektywnie odpowiadają: A my, prosty lud, na nikogo nie napadamy. Niektórzy z nich dodają, że na Ukrainie Rosja się broni, a generalnie winni są ci na Zachodzie. Rozmowy te są naturalne, prowadzone w sposób spontaniczny, a sami Rosjanie jawią się przyjaźnie.

Problem w tym, że mimo naszej bliskości językowej oraz częściowo etnicznej, przedstawiciele „prostego ludu” żyją w innym, mało znanym Polakom świecie. Przez zdecydowaną większość dziejów Rosji lud żył niejako obok państwa, bo instytucja państwa została tam stworzona odgórnie – przez władcę i jego wojskowe otoczenie. Dlatego w tym scentralizowanym, zbiurokratyzowanym i zmilitaryzowanym kraju ludność jest przedmiotem, a nie źródłem władzy. I lud ma tego świadomość, utwierdzoną indoktrynacją, poczuciem niemocy i brakiem ustrojowo-politycznej sprawczości. Jak opowiada mi jeden z liderów rosyjskiej emigracji, wielu Rosjan, nawet tych nastawionych antyputinowsko, oburzają sankcje czy ograniczenia wizowe dla nich na terenie Unii Europejskiej, bo w ich świadomości to państwo rosyjskie, w tym sam Putin, jest winne wojny, a nie „prosty lud”. Nie odczuwają winy, bo postrzegają się jako byt odrębny od państwa.

Dodam, że nigdy w Rosji nie doświadczyłem dyskryminacji, a ten „prosty lud” pomagał lub gościł mnie, jak tylko mógł i potrafił. Jednocześnie nie mam żadnych złudzeń, że kiedy władze państwa wezwą do boju czy innego politycznego szaleństwa, część tego ludu lojalnie stanie w szeregu i pomaszeruje, choćby nawet na Warszawę. Pozostała część wycofa się w życie prywatne lub skupi się na sferze zawodowej, żeby po prostu przeżyć. Sam reżim zresztą lubi wysyłać komunikat do świata zewnętrznego: jesteśmy pokojowym państwem, spójrzcie tylko na ten dobry, prosty lud.

gazetaprawna.pl


Pod koniec VIII wieku, u szczytu potęgi, państwo tybetańskie zajmowało większą powierzchnię niż cesarstwo chińskie, obejmując całą Wyżynę Tybetańską, tj. dzisiejszy Tybet i Qinghai, część Pamiru i Kaszmiru, większość Ujgurii oraz prowincji Sichuan, Gansu i Yunnan (w 763 roku sięgnęło nawet Chin właściwych). Tubo mniej więcej dziesięciokrotnie ustępowało Chinom pod względem liczby ludności. Było przy tym znacznie bardziej zróżnicowane etnicznie i gorzej zorganizowane. W kontaktach dwustronnych Tybetańczycy byli jednak stroną dużo bardziej aktywną, do nich też należała przewaga militarna, niekiedy wręcz miażdżąca, ale w żadnym razie niewynikająca z dominacji liczebnej. Za wytwór fantazji uznać trzeba więc statystyki z kronik dynastii Tang, szacujące przeciętny stan osobowy wojsk tybetańskich na 1.270.789 żołnierzy. Historiografia chińska skrzętnie przemilcza niewygodny wątek tybetańskiej przewagi militarnej, szczególnie szkodliwy propagandowo w świetle chińskich roszczeń wobec Tybetu.

Stosunki między Tybetem a Chinami w wiekach VII i VIII były relacjami między mocarstwami równymi sobie. Fakt ten znajdował wyraz we wspomnianych traktatach, łącznie z najważniejszym, zawartym w 822 roku, i nie został zanegowany ani przez ówczesnych cesarskich kronikarzy, ani też ich następców. Dowodem może być wyryta w 1794 roku w Lhasie inskrypcja mandżurskiego ambana (cesarskiego rezydenta w Tybecie) He Lina, w której podkreślano, że „w czasach dynastii Tang (618–907) i Song (960–1279) stosunki między Chinami a Tybetem były przyjazne, ale Tybet nie zaliczał się do wasali Chin”.

Jerzy Bayer Waldemar J. Dziak - Tybet

poniedziałek, 9 lutego 2026



Izrael zaostrza prawo okupacyjne na Zachodnim Brzegu Jordanu w sposób niezgodny z porozumieniami pokojowymi z Oslo i prawem międzynarodowym. To kolejny krok w kierunku przejęcia własności nad terytoriami okupowanymi bez otwartej aneksji.

👉 Anulowanie zakazu sprzedaży/zakupu gruntów palestyńskich przez osoby, które nie są lokalnymi mieszkańcami (zgodnie z prawem międzynarodowym osadnicy takimi nie są). To prawo sprzed 1967, które miało chronić terytoria palestyńskie. Teoretycznie nic w tym niezwykłego, gdyby nie kompletna dominacja osadników. Usunięcie prawa można tłumaczyć równouprawnieniem, ale w praktyce sprowadza się do przyspieszenia przejmowania ziem przez osadników.

👉 Upublicznienie niejawnych ksiąg wieczystych. To się wiąże z punktem poprzednim pozwalając na zidentyfikowanie palestyńskich właścicieli i wywarcie na nich presji, w celu nakłonienia do zakupu. Również Izrael usuwa mechanizmy chroniące te księgi wieczyste przed fałszerstwem, co z kolei pomoże nielegalnie pozbawiać Palestyńczyków ziemi. 

👉 Uproszczenie procedur zakupu gruntów na terytoriach okupowanych poprzez ograniczenie procedur biurokratycznych i kontroli chroniących przed fałszerstwami.

👉 Reaktywacja Komitetu ds. Nabywania Gruntów, czyli organu rządowego aktywnie wykupującego grunty na potrzeby osadnictwa.

👉 Rozszerzenie izraelskiego nadzoru nad infrastrukturą w strefach A (pełna autonomia) i B (autonomia administracyjna), co w praktyce oznacza odrzucenie fundamentalnych zapisów traktatów izraelsko-palestyńskich. 

👉 Przeniesienie kompetencji dot. zagospodarowania przestrzennego w Hebronie z administracji palestyńskiej do izraelskiej (okupacyjnej), co także jest sprzeczne z porozumieniami. 

👉Wzmocnienie kontroli izraelskiej nad miejscami świętymi,  w tym nad Grotą Patriarchów w Hebronie i Grobem Racheli w Betlejem, co także jest sprzeczne z porozumieniami. 

🗣️ To bezprecedensowe kroki nie tylko umacniające izraelską okupację Zachodniego Brzegu Jordanu, ale stwarzające mechanizmy rozbudowy osadnictwa i  wysiedlania ludności Palestyńskiej. W ostatnich miesiącach, na skutek pogromów, Palestyńczycy zostali wysiedleni z kilku wsi i osad przez osadników żydowskich wspieranych przez siły bezpieczeństwa. Teraz staje się to oficjalną polityką rządu Izraela. Działania te potępiły kraje arabskie i państwa Unii Europejskiej, co w praktyce nie będzie miało żadnego znaczenia na rozwój wypadków na terytoriach okupowanych.

x.com/JarekKociszewsk


Sąd w Hongkongu skazał w poniedziałek 78-letniego magnata prasowy Jimmy'ego Laia na 20 lat więzienia na mocy ustawy o bezpieczeństwie narodowym. Organizacje praw człowieka alarmują, że biorąc pod uwagę wiek i stan zdrowia skazanego, jest to w praktyce wyrok śmierci dla symbolu ruchu demokratycznego, skazanego za zmowę z obcymi siłami.

Sąd, złożony z sędziów wyznaczonych bezpośrednio przez władze, w uzasadnieniu wyroku uznał, że czyny Laia były "zaplanowane z premedytacją" i należały do "najcięższej kategorii" przestępstw. Podkreślono, że oskarżony był "siłą napędową" spisku mającego na celu skłonienie USA i innych państw do nałożenia sankcji na Chiny oraz blokady Hongkongu. Lai miał wykorzystywać swoją gazetę "Apple Daily" jako narzędzie politycznego lobbingu i podżegania do nienawiści wobec rządu, dążąc - zdaniem sądu - do "upadku" Komunistycznej Partii Chin. Sąd odrzucił wniosek obrony o zmniejszenie wyroku w związku ze stanem zdrowia Laia, uznając czyny oskarżonego za "szczególnie poważne".

78-latek nie przyznał się do winy, określając się mianem "więźnia politycznego".

Międzynarodowe organizacje nie kryją oburzenia, mówiąc jednym głosem o "sądowej farsie". "Ten werdykt to ostatni gwóźdź do trumny wolności prasy w Hongkongu" - oceniła Jodie Ginsberg z Committee to Protect Journalists (CPJ). Wtórował jej Human Rights Watch, nazywając karę "okrutną i niesprawiedliwą", która w efekcie stanowi "wyrok śmierci". Thibaut Bruttin z organizacji Reporterzy bez Granic (RSF) przywołał tragiczną historię noblisty Liu Xiaobo, który zmarł w chińskim więzieniu. - Nie możemy pozwolić, by Laia spotkał podobny los. Kurtyna opada, to całkowity upadek niezależnego dziennikarstwa - podkreślił w oświadczeniu Bruttin.

Również władze Tajwanu skrytykowały "prześladowanie polityczne" Laia, wzywając do jego natychmiastowego uwolnienia. "Surowy wyrok wydany wobec Jimmy'ego Lai na mocy hongkońskiej ustawy o bezpieczeństwie narodowym nie tylko pozbawia go wolności osobistej i narusza wolność słowa oraz wolność prasy, ale także odmawia obywatelom podstawowego prawa do pociągania rządzących do odpowiedzialności" - oświadczyła tajwańska Rada ds. Chin Kontynentalnych (MAC).

Ogłoszeniu wyroku towarzyszyły nadzwyczajne środki ostrożności i silna obecność policji, która kordonem odgrodziła gmach sądu. Na sali rozpraw, oprócz rodziny skazanego i przedstawicieli zagranicznych konsulatów, pojawił się m.in. 94-letni kardynał Joseph Zen, emerytowany biskup Hongkongu i symbol oporu wobec Pekinu. Przed budynek sądu przybyli także byli pracownicy zamkniętego przez władze "Apple Daily", by okazać solidarność z dawnym szefem.

Lai, który posiada także brytyjskie obywatelstwo, został wcześniej skazany na kary pozbawienia wolności w innych postępowaniach i przebywa w więzieniu od 2020 r. Jest przetrzymywany w izolatce, a rodzina i prawnicy wielokrotnie alarmowali o znacznym pogorszeniu jego stanu zdrowia.

Jest najgłośniejszą ofiarą przepisów o bezpieczeństwie narodowym, wprowadzonych przez Pekin w odpowiedzi na masowe protesty z 2019 roku. Krytycy wskazują, że prawo to, kryminalizujące secesję i zmowę z zagranicą, posłużyło do całkowitego stłumienia opozycji demokratycznej i niezależnych mediów w byłej brytyjskiej kolonii.

PAP

niedziela, 8 lutego 2026



GRU, czyli rosyjski wywiad wojskowy, to elita armii i służb Federacji Rosyjskiej. Nie bez powodu jego dewiza brzmi: "Выше нас - только звёзды", co można przetłumaczyć: "Nad nami są tylko gwiazdy". Aleksiejew od lat znajdował w podobnym miejscu - czyli niemal na samym szczycie tej struktury. Od 2011 r. pełnił funkcję szefa sztabu i pierwszego zastępcy dowódcy GRU. Odpowiadał za planowanie i nadzór nad operacjami specjalnymi, a częścią z nich kierował osobiście.

Lista operacji, które planował i koordynował, jest bardzo długa. Obejmuje m.in. działania tzw. zielonych ludzików podczas aneksji Krymu, kierowanie rosyjskimi siłami specjalnymi oraz prywatnymi armiami w Syrii i Afryce, nadzór nad Grupą Wagnera, a także planowanie rosyjskiego uderzenia na Kijów w 2022 r. Według nieoficjalnych źródeł podlegać miała mu również komórka odpowiedzialna za eliminowanie osób uznanych przez Kreml za niewygodne. To z jej działalnością łączona jest m.in. próba otrucia Siergieja Skripala przy użyciu nowiczoka.

Najprawdopodobniej to Aleksiejew odpowiadał również za przetransportowanie w 2014 r. systemu rakietowego 9K37 Buk dla prorosyjskich separatystów - systemu, z którego później zestrzelono samolot MH17 linii Malaysia Airlines.

W 2017 r. za swoją służbę został odznaczony tytułem Bohatera Federacji Rosyjskiej. Złotą Gwiazdę wręczył mu osobiście Władimir Putin.

Nic więc dziwnego, że w piątkowy poranek generał Aleksiejew czuł się bezpiecznie. Mimo trzech zamachów na rosyjskich generałów, do których doszło w Moskwie w ciągu ostatniego roku, nie miał ochrony. Po wyjściu z mieszkania ruszył w stronę windy.

Nie dotarł.

Padły trzy strzały. Rosyjskie media do dziś nie są zgodne co do przebiegu wydarzeń. Część z nich twierdzi, że generał został trafiony w plecy i była to próba egzekucji rodem z "Ojca chrzestnego". Inne, w tym dziennik "Kommiersant", informują, że został postrzelony w nogę, rękę i klatkę piersiową, a tylko jego opór i walka z napastnikiem pozwoliły mu przeżyć. Jak było naprawdę - nie wiadomo.

Pewne jest natomiast, że sąsiedzi szybko zaalarmowali służby. Wezwano pogotowie, a sprawna akcja ratunkowa zakończyła się powodzeniem. Wiceszef GRU przeżył. Rosyjskie media podały nawet wczoraj, że po operacji odzyskał przytomność.

Pozostaje pytanie: co robił w mieszkaniu przy ulicy Wołokołamskiej bez ochrony?

Ze względu na osobiste bezpieczeństwo tymczasowo mieszkał w lokalu należącym do GRU - tak brzmi wersja oficjalna.

Według nieoficjalnych informacji, sąsiedzi z bloku, w którym doszło do zamachu, poinformowali służby, że generał nocował u znacznie młodszej od siebie kochanki, z którą ma małe dziecko. Oficjalnie Aleksiejew ma 63-letnią żonę i dorosłe dzieci, a także wille w prestiżowej części Moskwy oraz apartament w centrum miasta.

Ulica Wołokołamskaja znajduje się niemal na obrzeżach Moskwy. Mieszkanie, z którego wychodził generał, mieści się na 24. piętrze. Piętro wyżej czekał zamachowiec. Miał wejść do budynku podczas nocnej zmiany ochrony. Otworzył domofon własnym kluczem. Ubrany był w za dużą kurtkę, kapelusz i maseczkę, która całkowicie zasłaniała twarz, co znacznie utrudniało jego identyfikację.

Początkowo niektóre rosyjskie media informowały nawet, że za zamachem stała kobieta sprzątająca klatkę schodową. Później jednak pojawiły się informacje, że służby pokazują mieszkańcom zdjęcia zamaskowanego mężczyzny. Co ciekawe, w budynku nie ma nagrań z monitoringu, a atak nastąpił dokładnie w momencie zmiany dyżuru ochrony wieżowca. Ochroniarze pracujący w nocy odebrali telefon od sąsiadów, którzy słyszeli strzały, przekazali zgłoszenie swoim zmiennikom i poszli do domów. Ochrona dzienna wjechała windą na 24. piętro z opóźnieniem, jednak zamachowca już tam nie było. Najprawdopodobniej w tym samym czasie zszedł po schodach i opuścił budynek.

W sobotę rosyjskie media poinformowały o zatrzymaniu dwóch osób, które miały stać za zamachem. Nie wiadomo jednak, czy są to faktyczni sprawcy ani - co najważniejsze - na czyje zlecenie został przeprowadzony atak.

Kreml szybko wskazał winnych. Kilka godzin po ataku minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow oskarżył Ukrainę o próbę sabotowania rozmów pokojowych. - To prowokacja mająca na celu destabilizację procesu pokojowego - oświadczył.

Federalna Służba Bezpieczeństwa Rosji poinformowała w niedzielę o zatrzymaniu w Zjednoczonych Emiratach Arabskich i deportacji do Rosji podejrzanego o próbę zamachu. Według komunikatu FSB jest nim 66-letni Lubomir Korba - obywatel Rosji, urodzony w obwodzie tarnopolskim ówczesnej ZSRR. Rosyjskie służby podkreślają, że Korba jest ukraińskiego pochodzenia.

W tym samym oświadczeniu rosyjski kontrwywiad wymienił również nazwiska dwóch innych osób posiadających rosyjskie obywatelstwo, określanych jako "wspólnicy" zamachowca. To 66-letni Wiktor Wasin oraz 55-letnia Zinaida Serebricka, która - jak twierdzi FSB - zbiegła na Ukrainę. Rosyjscy blogerzy i komentatorzy powiązani z władzami już przekonują, że Kijów nie będzie w stanie wyprzeć się związku z tym zamachem i że będzie musiał tłumaczyć się z tej sprawy przed prezydentem USA Donaldem Trumpem.

Zupełnie inaczej sytuację oceniają jednak zachodnie służby specjalne. Według źródeł "The Washington Post", nie wierzą one w zaangażowanie Ukrainy w próbę zamachu na Aleksiejewa.

- Ukraińskie służby przeprowadzały podobne operacje w przeszłości, ale byłoby prawdziwym szaleństwem robić to właśnie teraz - powiedział dziennikowi były wysokiej rangi funkcjonariusz amerykańskiego wywiadu.

Ukraińcy mają powody, by nienawidzić Aleksiejewa. Dla nich jest zdrajcą - pochodzi z Ukrainy, urodził się niedaleko Winnicy. Był również odpowiedzialny za los obrońców Mariupola wziętych do niewoli. To on był głównym negocjatorem Kremla podczas rozmów o wyjściu ukraińskich wojsk z kombinatu Azowstal w maju 2022 r. Miał wówczas obiecywać przestrzeganie konwencji genewskich i godne traktowanie jeńców. Zamiast tego były tortury i głodzenie więźniów.

(...)

Z drugiej strony modus operandi nie pasuje do ukraińskich służb. Poprzedni rosyjscy generałowie ginęli w eksplozjach ładunków wybuchowych. W 2024 r. zginął generał Igor Kiriłłow - bomba została ukryta w rowerze elektrycznym przy wejściu do jego mieszkania. W zamachach na generała Jarosława Moskalika w kwietniu 2025 r. oraz Faniła Sarwarowa w grudniu ubiegłego roku użyto samochodów-pułapek. Do tego termin - w trakcie rozmów w Abu Zabi - wydaje się bardzo ryzykowny dla Ukrainy.

wp.pl