sobota, 19 lutego 2022


- Nie należy mieć złudzeń co do północnego sąsiada. Za jedynego rzeczywistego potencjalnego wroga Finowie zawsze uważali tylko ZSRR, a fiński system wojskowy, oparty na zasadach totalnej mobilizacji, był budowany tylko do zadań organizowania obrony przed ZSRR. Jednocześnie Zachód milcząco zawsze był potencjalnym sojusznikiem Finów na wypadek ewentualnej konfrontacji z ZSRR. Mówienie o neutralności Finów byłoby błędem w każdym okresie. Ich tak zwany zrównoważony kurs był zawsze koniecznym środkiem, a nie szczerym neutralnym stanowiskiem. Finlandia nigdy go nie miała w okresie po 1945 roku. Chociaż jednocześnie Finowie aktywnie pozyskują sowiecką broń od początku lat 60. XX wieku. - RUSŁAN PUCHOW, DYREKTOR ROSYJSKIEGO CENTRUM ANALIZ STRATEGII I TECHNOLOGII (CAST)

Jeśli chodzi o sprzęt fińska armia posiada faktycznie znaczną liczbę pojazdów produkcji radzieckiej, w tym pozyskiwanych m. in. po armii NRD. Są one jednak modernizowane i dostosowywane do specyfiki eksploatacji. Na przykład poprzez pozyskanie w Polsce kamuflaży multispektralnych, które Grupa Lubawa dostarczyła dla modernizowanych BMP-2. Ostatnie zakupy sprzętu pochodzenia posowieckiego miały miejsce na poczatu ostatniej dekady XX wieku. Później nastąpił bardziej zdecydowany zwrot w stronę sprzętu zachodniego wraz z pogłębieniem współpracy wojskowej zarówno z NATO jak i z neutralną Szwecją.

Rosjanie mówią dziś o Szwecji i Finlandii jako „pozornie neutralnych" ze względu na ich zacieśnienie współpracy z Sojuszem Północnoatlantyckim. Przy tym Moskwa zdaje się nie zauważać, że powodem silnego zwrotu tych państw w ostatniej dekadzie były działania Moskwy, a szczególnie aneksja Krymu i wojna w Donbasie.

W tym kontekście nie powinno dziwić, że obecna fińska strategia bezpieczeństwa do 2025 r. mówi o asymetrycznym charakterze przyszłych wojen, potrzebie dużej mobilności a także sieciocentrycznych systemach wymiany informacji zunifikowanych z potencjalnymi sojusznikami. Finowie nie zrezygnowali też nigdy z systemu „totalnej obrony" opartego na powszechnym szkoleniu, poborze i wysokim rozproszeniu sił na terenie kraju, połączonym z maskowaniem miejsc rozlokowania. W taką strategię wpisują się też F-35A, które Finowie najwyraźniej uznali za zdolne do działania w warunkach rozproszenia sił, także w oparciu o stosowane tam wciąż drogowe odcinki lotniskowe. Puchow słusznie zauważa, że jest to strategia nastawiona na ewentualna konfrontację z Rosją i odparcie ataku sił znacznie silniejszego przeciwnika. Trudno dziwić się, że Helsinki postrzegają ten kraj nadal jako jedynego potencjalnego agresora i szukają oparcia w sojuszach. Stąd rosnący zakres współpracy z NATO, ale przede wszystkim ze Szwecją i Norwegią.

Moskwa widzi te działania jako zagrożenie dla swojej północnej flanki, która jest silna głównie w zakresie marynarki wojennej i lotnictwa. Może też stać się w najbliższym czasie istotnym kierunkiem ekspansji. Rosyjski ekspert postrzega fińską armię, jako dobrze wyszkolona i wyposażoną, szczególnie w kontekście specyfiki regionalnej. Finowie potrafią w optymalny sposób wykorzystać zarówno warunki terenowe jak i klimatyczne, a siły zbrojne były wzmacniane w ostatnich dekadach, a nie redukowane jak w wielu państwach zachodnich. Zakupy F-35, podobnie jak koreańskich 155 mm armatohaubic K9 (spokrewnionych z polskim Krabem i tureską Firtiną), wielu typów broni przeciwpancernej czy pojazdów Patria AMV, są elementem tych działań. Helsinki nie wykluczają wstąpienia do NATO, ale nadal silne są ruchy sprzeciwiające się porzuceniu neutralności. Jest to krok którego Rosja zdecydowanie się obawia, gdyż może on wymagać wzmocnienia potencjału na północy, ale też brania pod uwagę całkowicie odmiennej sytuacji strategicznej na Bałtyku.

defence24.pl

Pekin jest żywotnie zainteresowany skutkami międzynarodowymi kryzysu ukraińsko-rosyjskiego, ponieważ elity ChRL i Rosji łączy chęć przebudowy istniejącego porządku międzynarodowego. Przywódcy KPCh liczą, że sukces Moskwy mógłby doprowadzić do poważnego osłabienia NATO, a nawet wręcz do rozpadu wspólnoty transatlantyckiej. Odizolowana od USA, podatna na rosyjską presję militarną i skłócona wewnętrznie UE nie tylko pozostanie otwarta na penetrację ekonomiczną ChRL, lecz także będzie zneutralizowana jako sojusznik USA w rywalizacji globalnej z Chinami. Niemniej Pekinowi zależy na utrzymaniu wrażenia, że rosyjski partner działa niezależnie od niego. Jest to w rozumieniu Chińczyków zarówno ważne dla zachowania przez Putina prestiżu, jak i potrzebne do tego, by zapobiec łączeniu obecnego kryzysu z rywalizacją globalną Chin i USA. Dlatego ChRL długo unikała wszystkiego, co mogłoby sugerować, że dochodzi między oboma państwami w tej sprawie do konsultacji. Pekin obserwuje również, czy przyjęta przez Moskwę taktyka agresywnych działań sprawdzi się i będzie mogła być zaadaptowana w przyszłości na potrzeby rywalizacji chińsko-amerykańskiej w regionie Azji i Pacyfiku.

Mimo że przywódcy ChRL nie wsparli Moskwy od razu, to propaganda chińskich mediów państwowych dała jasno do zrozumienia, po czyjej stronie opowiada się KPCh. Od połowy grudnia ub.r. widoczny jest w państwowych mediach stopniowy wzrost ilościowy materiałów powtarzających rosyjską narrację o „ekspansji NATO”, prowokowaniu „kolorowych rewolucji” przez zachodnie służby na terenie państw byłego ZSRR i „uzasadnionych obawach Rosji o bezpieczeństwo” w obliczu presji USA, podobnej do tej wywieranej na ChRL. Pojawiają się zawoalowane sugestie, że nieradząca sobie z pandemią COVID-19 administracja Stanów Zjednoczonych szuka wojny dla odwrócenia uwagi opinii publicznej. Powtarzanym też często elementem przekazu jest wskazywanie na rzekome próby USA rozbicia chińsko-rosyjskiej relacji „o najwyższym poziomie wzajemnego zaufania, koordynacji i wartości strategicznej”, budującej „nowy typ stosunków międzynarodowych” – jak to nazywa propaganda KPCh, która stara się zarazem za wszelką cenę unikać stosowania terminu „sojusz”. Wydaje się, że w ten sposób KPCh nie tylko wyraża wsparcie dla Moskwy, lecz także przygotowuje własne społeczeństwo na spodziewany konflikt ukraińsko-rosyjski.

osw.waw.pl

Europejski system gazowy pokazał w 2021 roku elastyczność, a hurtowe rynki – swoją odporność – taki jest główny wniosek ACER (Agencji UE ds. współpracy Regulatorów) z monitoringu hurtowych rynków gazu. Wysokie ceny gazu są głównie efektem działania fundamentalnych czynników popytu i podaży na rynkach.

System pokazał elastyczność, rozumianą jako zdolność przyjęcia przepływów gazu, wynikających z sygnałów cenowych; co więcej infrastuktura gazowa jest na tyle rozbudowana, że w systemie nie ma już wąskich gardeł, które utrudniałyby realizację tych przepływów – stwierdziła Agencja. Jednocześnie ACER zauważył, że nawet jeśli nie zanotowano poważniejszych zakłóceń w dostawach, to stopień bezpieczeństwa spadł w efekcie niższego importu LNG i za pośrednictwem gazociągami, oraz niższych stanów magazynowych. 

Ceny gazu były wynikiem fundamentalnych czynników podaży i popytu. Cenę dodatkowo podbijała niepewność, ceny kontraktów forward rosły z obawy o przyszłą podaż – takie są, według ACER główne przyczyny wysokich cen. Agencja zauważyła jednocześnie rynkowy efekt – wyrównania się cen w hubach. To ma być dowód na elastyczność rynków i dostosowanie się ich do powstałej sytuacji. 

Konstrukcja rynków jest efektywna, ale wymagana jest refleksja nad tym, w jaki sposób mechanizmy rynkowe mogą chronić otoczenie, kiedy wystąpią ekstremalne ceny – konkluduje ACER. Agencja wskazuje na efekty drogiego gazu. Wzrost cen do historycznie wysokich poziomów nie tylko wpłynęły na wysokość rachunków konsumentów, ale uderzyły też przemysł, który musiał wręcz ograniczać produkcję. Innym efektem był powrót energetyki do węgla, który nawet przy wysokich kosztach emisji CO2, stał się konkurencyjnym źródłem produkcji prądu. 

W całym roku konsumpcja gazu w UE i Wielkiej Brytanii wzrosła o 4,8%. Jednak w I połowie roku wzrost ten wynosił aż 12% w ujęciu rocznym, co było efektem odbudowy gospodarek po pandemii, przedłużającej się zimy i zwiększonego popytu ze strony energetyki. 

Za to w II połowie roku konsumpcja spadła o 3%, a to z powodu ograniczania popytu z powodu wysokich cen gazu i przełączania się energetyki na węgiel. 

W całym roku zużycie gazu do produkcji energii elektrycznej spadło o 4% w ujęciu rocznym, za sprawą przede wszystkim wzrostu konkurencyjności węgla. 

Wahaniom ulegał import LNG, w ujęciu rocznym spadając o 16%. Tempo sprowadzania skroplonego gazu było silnie skorelowane ze stanem światowych rynków. Przez trzy kwartały import do Europy był wyjątkowo niski w efekcie panujących na różnych rynkach cen. Producentom zdecydowanie bardziej opłacało się sprzedawać w innych regionach świata, przede wszystkim w Azji. 

Dopiero w IV kwartale wywindowane we wrześniu na absurdalne poziomy ceny na europejskich hubach przyciągnęły dostawy z rynku spot. Import dodatkowo napędziły spadek cen w Azji i rosnące tam zapasy. Przez ostatnie trzy miesiące 2021 roku strumień LNG, trafiający do Europy był wyższy o 32% w stosunku do tego samego okresu roku poprzedniego. Mimo wszystko dostawy LNG nie zdołały znacząco wyhamować wzrostu cen – ocenia ACER. 

Największym dostawcą LNG w 2021 roku  były USA z 28% udziałem, Katar – 24% i Rosja – 20%. 

Znamienne jest jednak, że nawet w tak kryzysowej sytuacji zdolności regazyfikacji europejskich terminali LNG były wykorzystywane zaledwie w 37%, podczas gdy rok wcześniej było to 45%.

Import gazu tradycyjnymi drogami okazał się sporo niższy niż w przedpandemicznym rokiem 2019. Z Rosji popłynęło mniej o 3%, przy czym w ostatnich miesiącach roku spadek ten sięgnął aż 25%. Gazprom pozostał największym dostawcą Europy, mimo spadku wolumenu i mimo tego, że wzrosły dostawy rurami z Norwegii. Znacząco wzrósł natomiast import z Algierii i Azerbejdżanu, oba te kraje dały Europie w sumie 10% gazu. 

Mniejsze dostawy LNG i gazociągami z Rosji spowodowały, że niezbędne było wytłoczenie większych wolumenów z magazynów. W kwietniu poziom zapasów w UE był ponad 30% niższy niż rok wcześniej. Latem zatłoczono znacząco mniej – o 15% rok do roku. W październiku w magazynach było o 15 mld m sześc. mniej niż rok wcześniej. Tymczasem w ubiegłych latach magazyny dawały średnio 26% zimowego popytu. ACER jednoznacznie wskazuje, że za słabe napełnienie magazynów odpowiada Gazprom, który w swoich magazynach w państwach europejskich zgromadził rekordowo mało gazu.

wysokienapiecie.pl

czwartek, 17 lutego 2022


Łukasz Cieśla: - Nie jest jednak tak, że Zachód daje Rosji przyzwolenie na agresywną politykę? Zapomina o obszarze poradzieckim, oferuje niewystarczające wsparcie dla jej byłych republik, dlatego Rosja ma dużą swobodę na tym obszarze?

Wojciech Górecki, analityk Ośrodka Studiów Wschodnich: Tak to może wyglądać, co prowadzi do paradoksalnych sytuacji. Weźmy konflikt ormiańsko–azerbejdżański. Rosja z jednej strony utrzymuje dobre relacje z obiema stronami – jest strategicznym sojusznikiem Armenii i strategicznym partnerem Azerbejdżanu, i przez lata sprzedawała obu stronom broń, twierdząc, że dba o zachowanie równowagi. Z drugiej strony była przez lata głównym mediatorem w konflikcie jako jeden z trzech współprzewodniczących Mińskiej Grupy OBWE – w praktyce najważniejszy – a po kolejnej wojnie o Górski Karabach, jesienią 2020 r., wprowadziła tam swoje siły pokojowe. W Osetii Południowej, do wojny rosyjsko-gruzińskiej z 2008 r., Rosja miała pokojowy kontyngent obok kontyngentów gruzińskiego i osetyjskiego. W Abchazji Rosjanie, działający pod egidą Wspólnoty Niepodległych Państw, ochraniali misję obserwatorów wojskowych ONZ. Można zatem powiedzieć, że Moskwa zdominowała procesy pokojowe, a Zachód się z tym godził, bo gwarantowało to przez lata stabilność. Z kolei polityka Zachodu wobec obszaru poradzieckiego przechodziła różne fazy. W latach 90. było poczucie końca historii i złudna, jak się okazało, nadzieja, że obszar ten, na czele z Rosją, podąży ku liberalnej demokracji. Promowane były równoleżnikowe szlaki komunikacyjne jak choćby projekt TRACECA. W tamtym okresie Moskwa blokowała Abchazję i Osetię Południową oraz uznawała integralność terytorialną Gruzji, więc traktowano ją jak sojusznika. Wojna 2008 r. stała się impulsem do rozwoju Partnerstwa Wschodniego i bliższej współpracy z kilkoma zorientowanymi za Zachód byłymi republikami. W efekcie doszło do podpisania umów stowarzyszeniowych i zniesienia wiz dla Ukrainy, Mołdawii i Gruzji. Jednak od kilku lat Zachód nie ma nowych pomysłów na to, co dalej zaproponować Kijowowi, Kiszyniowowi i Tbilisi. Paradoksalnie, obecne napięcie być może doprowadzi do jakiegoś nowego otwarcia i nowej polityki wobec obszaru poradzieckiego.

- Jeśli spojrzymy na Kaukaz Południowy, sytuacja polityczna i gospodarcza w każdym z trzech państw jest inna. Ostatecznie jednak pana zdaniem Gruzja, Armenia i Azerbejdżan są skazane na Rosję, również patrząc na położenie geograficzne?

Zmarły kilka lat temu prof. Aleksander Rondeli, nieformalny patron ekipy Saakaszwilego, powiedział mi kiedyś, że Gruzja oczywiście chce na Zachód, Gruzini uważają się w sensie cywilizacyjnym za część Europy. Jeśli jednak Zachód nas zostawi, dodał prof. Rondeli, my się z Rosją dogadamy, mamy know-how wynikające z kilkuset lat wspólnego sąsiedztwa. Nie będziemy szczęśliwi, ale damy sobie radę, umiemy z nimi rozmawiać. Gruzji bliżej jest bowiem do Rosji w sensie mentalnym, a nieraz kulturowym. We wszystkich sondażach Gruzini opowiadają się za członkostwem w NATO i UE, ale z drugiej strony znacznie szybciej akceptują na przykład małżeństwo z Rosjaninem lub Rosjanką niż z Amerykanami. Mają wspólną prawosławną kulturę i wynikające z niej poczucie bliskości, choć oczywiście agresywną politykę Putina uważają za egzystencjalne zagrożenie.

- Armenia ma prozachodniego premiera, byłego dziennikarza Nikola Paszyniana. Rosja chciała go ukarać za jego preferencje polityczne i dlatego nie pomogła Armenii w 2020 r., gdy wojska Azerbejdżanu wjechały do Górskiego Karabachu?

Motyw ukarania Paszyniania, pokazania mu miejsca w szeregu, odgrywał pewnie rolę. Rosja miała też formalny powód do nieinterweniowania w Górskim Karabachu, bo cały ten obszar jest uznawany de iure za terytorium Azerbejdżanu. Przypomnijmy, że Armenia nigdy nie uznała karabaskiej niepodległości, choć oczywiście kontrolowała ten obszar do 2020 r., a tzw. klan karabaski rządził do 2018 r. w Erywaniu. Jednak motyw ukarania Armenii za prozachodnie aspiracje nie był dominujący. W mojej ocenie Rosja nie była przygotowana na taki impet azerbejdżańsko-turecki, na taki blitzkrieg. Doszła do wniosku, że musi zrobić na Kaukazie trochę miejsca dla rosnących w siłę Turcji i Azerbejdżanu, uwzględnić zmieniający się układ sił. Z tych kilku względów nie zaangażowała się w 2020 r. w wojnę w Karabachu, ale potem wygrała pokój. Choć image Rosji nieco ucierpiał, gdyż nie obroniła sojuszniczki Armenii przed Azerbejdżanem, doprowadziła jednak do zawieszenia broni na swoich warunkach. Ulokowała w Górskim Karabachu swoje siły pokojowe i pozostała głównym rozgrywającym w tym konflikcie.

- Ormianie odgrażają się, że nie odpuszczą swojego świętego Arcachu, czyli Karabachu. Czeka na nas więc niebawem kolejna wojna między Armenią i Azerbejdżanem?

Nie sądzę, bo różnica potencjałów wojskowych jest zbyt wielka. To byłoby samobójstwo dla Armenii. Raczej Paszynian będzie dążył do jakiegoś porozumienia, najpierw z Turcją, potem z Azerbejdżanem. W efekcie mogłoby to doprowadzić do otwarcia granic z sąsiadami i włączenia kraju w gospodarczy krwioobieg regionu. Ormianie są przygnębieni przegraną w Karabachu. Z drugiej strony Armenia, która była zakładniczką konfliktu i na tej sytuacji traciła, m.in. ominęły ją przecinające Kaukaz najważniejsze ropociągi i gazociągi, ma szansę na wyjście z tego impasu. Co może kosztować Paszyniana utratę władzy, bo przywiązanie Ormian do Górskiego Karabachu, czyli po ormiańsku Arcachu, jest rzeczywiście ogromne.

- Niedawno Armenia wysłała swoje wojska do tłumienia protestów w Kazachstanie. Premier Paszynian chce zapunktować u Putina, bo zrozumiał, że integracja z Zachodem to mrzonki?

Tak się złożyło, że Paszynian jest w tej chwili przewodniczym Rady Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym, a symboliczne kontyngenty wysłali do Kazachstanu wszyscy członkowie OUBZ. Rzecz jasna, obecność innych państw miała charakter symboliczny, liczył się udział Rosji. Poza tym protesty społeczne w Kazachstanie wybuchły spontanicznie i miały głównie podłoże ekonomiczne. Dalszy rozwój wypadków posłużył prezydentowi tego kraju Tokajewowi do rozprawienia się ze starą elitą skupioną wokół poprzedniego prezydenta, Nazarbajewa. Tokajew poprosił Rosję – a formalnie OUBZ – o pomoc, czym zademonstrował społeczeństwu, że ma poparcie zewnętrzne, no i pokazał, że nie do końca ufa swoim służbom. Ale pomoc ta nie trwała na tyle długo, by Kazachstan stał się teraz wielkim dłużnikiem Rosji. W interesie Rosji jest spokój w tym kraju, mają ze sobą bardzo długą wspólną granicę, a na południe od Kazachstanu są kolejne kraje Azji: Kirgistan, Tadżykistan, wreszcie Afganistan, które mogą generować niestabilność. Ta drobna przysługa "dobrosąsiedzka" Rosji na rzecz prezydenta Kazachstanu leżała więc zatem także w interesach Moskwy.

onet.pl

wtorek, 15 lutego 2022


Po tym, jak kraj zaanektował ukraiński Krym w 2014 r., Zachód uderzył Rosję sankcjami, powodując załamanie kursu rubla. Po kolejnych sankcjach za ingerencję w wybory w USA, wahaniach cen ropy i pandemii, rubel nigdy nie odzyskał dawnej wartości.

Ten upadek podważył starą strategię Putina wobec Rosjan: lepsze warunki życia nawet przy ograniczeniu swobód politycznych.

Zamiast tego zaoferował im coś innego: marzenie o odrodzeniu rosyjskiego imperium.

– Putin zaczął wierzyć w swoją historyczną misję, w to, że Rosjanie mają wobec niego dług i powinni oddać mu pełną odpowiedzialność – mówi Tatiana Stanowaja, założycielka firmy konsultingowej R.Politik. – W umyśle Putina, jeśli pójdzie na wojnę z Ukrainą, to jest to jego osobista sprawa oraz kwestia przetrwania Rosji.

Putin przekazał tę wojowniczą narrację w środę, po rzucającym się w oczy tygodniowym milczeniu na temat kryzysu ukraińskiego, podczas wideokonferencji z rosyjskimi sportowcami, wylatującymi na zimową olimpiadę w Pekinie.

– Rosjanie nie boją się trudności – powiedział. – One zawsze czynią nas silniejszymi, bardziej zjednoczonymi i pewnymi siebie.

Putin ma powody do pewności siebie. Rosja jest lepiej przygotowana finansowo na zewnętrzne ciosy gospodarcze niż w 2014 roku, co być może zwiększa pewność przywódcy, że może przetrwać kolejną burzę.

– Ceny ropy są wysokie, a sytuacja makroekonomiczna Rosji nie powoduje większych obaw; budżet jest zrównoważony – powiedział Guriew, były ekonomista.

Dodatkowo Rosja zgromadziła fundusz rezerwowy o wartości prawie 200 mld dolarów, z którego może korzystać, aby stabilizować gospodarkę.

– Jest inflacja, ale należy zauważyć, że Rosja ma ogromną przewagę nad wieloma innymi krajami: jeśli podniesie stopy procentowe, nie będzie miała problemów ze spłatą swojego długu państwowego – powiedział Guriew.

onet.pl

Maciej Miłosz: - Podczas naszej grudniowej rozmowy o sytuacji na granicy ukraińsko–rosyjskiej mówił pan, że „potencjał, który zgromadzili Rosjanie przy granicy jest niewystarczający do przeprowadzenia operacji zaczepnej dającej gwarancje powodzenia” i że choć Rosja jako państwo ma oczywiście nad Ukrainą przewagę, to na tym konkretnym kierunku to nie wystarczy. Co się zmieniło przez ostatnie dwa miesiące?

Gen. Waldemar Skrzypczak: Rosjanie wzmocnili swój potencjał w tym regionie. Ale moim zdaniem jest on nadal niewystarczający, by przeprowadzić operację wielkoskalową na obszarze całej Ukrainy, rozbić armię ukraińską, pozbawić ją możliwości do obrony i pozbawić zdolność narodu ukraińskiego do oporu. Ten potencjał, który zgromadzili daje im przewagę potencjału nad Ukraińcami w stosunku trzy do jednego. Podkreślam, że tu nie chodzi o liczbę żołnierzy, ale o potencjał. Pod względem liczby żołnierzy te siły są podobne ponieważ armia ukraińska ma ok. 140 tys. żołnierzy w okopach. Ale różnica w uzbrojeniu i wyposażeniu daje Rosjanom wspominaną przewagę trzy do jednego.

- Mówił pan, żeby uderzenie się udało to na głównym kierunku natarcia przewaga atakujących musi wynosić 5–6 do jednego.

Wojsko rozróżnia obronę przygotowaną zawczasu, czyli stałą, gdzie żołnierze przygotowują się od miesięcy, artyleria ma swoje stanowiska, drogi są wytrasowane, pola minowe założone, uzbrojone itd. oraz obronę doraźnie przygotowaną, na której stworzenie obrońcy mają dwa-trzy dni, a czasami i mniej. Obronę doraźnie przygotowaną przełamuje się z przewagą trzy do jednego, ale taką zawczasu właśnie mając przewagę sześć do jednego. Ukraińcy mają teraz obroną zawczasu przygotowaną, a Rosjanie potencjał do przełamania obrony doraźnej. Rosyjscy dowódcy, których uważam za dobrze wyszkolonych, nie podejmą decyzji by tą obronę przełamywać.

- Ale to chyba jednak będzie decyzja nie dowódców, a prezydenta Putina.

Ale ten polityk słucha też w pewnym stopniu wojskowych, a taki rozkaz spowoduje wielkie straty armii rosyjskiej, z których jakoś trzeba się będzie wytłumaczyć.

- Mówi pan, że ten potencjał nie wystarczy by zająć Ukrainę i rozbić armię ukraińską. Ale do czego ten potencjał wystarczy?

Rosjanie gromadzą wojska w wybranych rejonach i prawdopodobnie tam planują wykonanie uderzeń. Wojsk nie gromadzi się równomiernie wszędzie, tylko tak by budować przewagę. Np. na północy wzdłuż linii Dniepru zgromadzono 1 Armię Gwardii Pancernej, która ma duży potencjał. Ale Ukraińcy też tam mają swoje wojska, bo wiedzą, że to teren dogodny do natarcia na Ukrainę. Obie strony chcą budować przewagę – Rosjanie tam gdzie chcą uderzyć, a Ukraińcy na tych kierunkach, gdzie rozpoznają koncentrację Rosjan.

Nie podejmę się prognozowania, wynik tej wojny jest trudny do przesądzenia. Pytaniem otwartym pozostaje, jak będą działali Rosjanie? Czy zgodnie ze swoimi dokumentami doktrynalnymi? Oni zawsze stawiają na zaskoczenie, ale w tym wypadku jest to oczywiście niemożliwe, ponieważ wszyscy monitorują ruchy wojsk, nawet na poziomie pojedynczego czołgu. A zaskoczenie u Rosjan to klucz, u nich bardzo rozwinięte jest maskowanie operacyjne – prowadzą działania pozorne w jednym rejonie, by uderzyć w innym. Ale to teraz będzie trudne.

- To jak przebiegałby taki atak "zgodnie z podręcznikiem"?

Gdy obrona jest przygotowana zawczasu, to Rosjanie rozpoczynają powietrzną operacją zaczepną. Najpierw następują uderzenia rakietowe i artyleryjskie na systemy obrony powietrznej przeciwnika, następnie na celowniku lotnictwa uderzeniowego są centra dowodzenia i kierowania. Gdy środki obrony przeciwlotniczej są zniszczone, bądź zakłócone i lotnictwo rosyjskie ma przewagę w powietrzu, to dokonuje uderzenia głównie na struktury obrony, na odwody, by nie mogły się ruszyć z miejsca. Nie sądzę by atakowali infrastrukturę krytyczną, bo to będzie się wiązać z dużą liczbą ofiar cywilnych. A oni nie chcą nienawiści Ukraińców.

dziennik.pl

W Polsce, jak systematycznie informujemy, od tygodnia trwa rozlokowywanie grupy żołnierzy 82. Dywizji Powietrznodesantowej USA, najpierw miało to być 1,7 tys. żołnierzy z jednej z brygad, a obecnie zdecydowano o wysłaniu łącznie 4,7 tys. żołnierzy tej jednostki. Lotnisko Jasionka w Rzeszowie, jak donoszą media regionalne, „obsługuje obecnie więcej operacji lotniczych samolotów wojskowych USA niż regularnych lotów cywilnych". Na terenie drugiego dużego podkarpackiego lotniska, w Mielcu (dysponuje ono obecnie bogatą infrastrukturą, łącznie z asfaltobetonowym pasem startowym o długości 2,5 km i szerokości 45 metrów), rozwijane jest „miasteczko namiotowe" dla co najmniej kilkuset osób. Logika podpowiada, że zarówno Rzeszów-Jasionka jak i Mielec mogą odegrać kluczową rolę w przypadku zaistnienia sytuacji, w której konieczne będzie zapewnienie warunków do szybkiej ewakuacji z terytorium Ukrainy ok. 30 tys. przebywających tam obywateli USA. Z oświadczeń najwyższych rangą przedstawicieli rządu Stanów Zjednoczonych, od kilku dni nakłaniających swoich obywateli do szybkiej samodzielnej ewakuacji poza terytorium Ukrainy, można wywnioskować, iż – jak to wyraził prezydent Joe Biden – liczą się oni z tym, że „sprawy mogą się zacząć rozwijać w szaleńczym tempie".

Skalę napięcia podniosło niedawne przejścia z Bałtyku na Morze Czarne eskadry sześciu dużych rosyjskich okrętów desantowych Floty Bałtyckiej i Floty Północnej (Korolew, Mińsk, Kaliningrad, Piotr Morgunow, Georgij Pobiedonosec i Olenegorski Gornjak), które – jak spekulują niektóre media, bazując na tym, iż brak oficjalnych informacji o tym, co one zawierają – mają przewozić „tysiące żołnierzy i setki jednostek sprzętu". W tym samym czasie na Morze Śródziemne wpłynęły krążownik rakietowy Marszałek Ustinow, fregata Admirał Kasatonow, niszczyciel Wiceadmirał Kułakow oraz zespół okrętów Floty Pacyfiku, skupiony wokół krążownika rakietowego Wariag, detaszowany z bazy we Władywostoku. Na Morzu Czarnym operowały w tym czasie jednostki tutejszej floty z krążownikiem rakietowym Moskwa.

Nic dziwnego, że odpowiedzią na tę demonstrację siły FR (lub reakcją na istotny element przygotowań do ewentualnego desantu morskiego na terytorium Ukrainy w okolicy Krymu) stało się spektakularne zwiększenie aktywności lotniczej i lotniczo-morskiej sił NATO w tym regionie. Chorwacki rząd zatwierdził wejście amerykańskiego atomowego lotniskowca USS Harry S. Truman (CVN-75) na wewnętrzne wody morskie Republiki Chorwacji i jego pobyt w porcie Split od 11 do 15 lutego. USS Truman ostatnio kotwiczył przed portem w Splicie siedem lat temu. Okręt był wówczas dostępny dla publiczności, co tym razem zostało wykluczone. Świadczy to , iż tym razem pobyt jednostki w tym porcie ma jednoznacznie „niekurtuazyjny i roboczy" charakter.

Jak informują chorwackie media, USS Truman wpływa do portu w Splicie w celu „wsparcia logistycznego i odpoczynku załogi okrętu".

Według oficjalnych informacji USS Truman i jego grupa bojowa okrętów uczestniczyły w ćwiczeniach w południowej części Adriatyku, trwających od 24 stycznia do 4 lutego. W tym samym czasie wokół włoskiego lotniskowca Cavour i francuskiego lotniskowca nuklearnego Charles De Gaulle zebrały się dwie kolejne grupy bojowe. Według Naval News trzy lotniskowce połączyły siły 6 lutego na Morzu Śródziemnym, a następnie przeprowadziły dwudniowe ćwiczenia wojskowe, łącząc siły NATO po raz pierwszy od wielu dziesięcioleci w tak potężnej formacji. Tym ćwiczeniom towarzyszyły trwające do 4 lutego ćwiczenia Neptune Strike 22, w których wzięły udział również Chorwackie Siły Zbrojne, ale nie sprecyzowano, jaki był zakres udziału chorwackich jednostek w tych ćwiczeniach. Najprawdopodobniej odpowiadały one za obszar bezpieczeństwa lotniczego i łączności, zakładający wykorzystanie chorwackich instalacji radiolokacyjnych i środków łączności.

defence24.pl

niedziela, 13 lutego 2022


Rosyjsko-białoruska „Sojusznicza Stanowczość 2022” ma charakter bezprecedensowy. Po raz pierwszy ćwiczenia strategiczne (nie tylko w wymiarze dwustronnym, lecz także w skali wewnątrzrosyjskiej) prowadzone są zimą. Również po raz pierwszy głównym uczestnikiem po stronie rosyjskiej nie są siły Zachodniego OW, w dodatku nie są to ani siły żadnego z pozostałych okręgów wojskowych przygotowywanych do działań na kierunku zachodnim (Południowego OW i Północnego-Arktycznego, sformowanego na bazie Floty Północnej), ani siły przygotowywanego do działań w charakterze drugiego rzutu strategicznego na omawianym kierunku Centralnego OW. Stanowiące trzon rosyjskiego kontyngentu na ćwiczenia „Sojusznicza Stanowczość 2022” siły Wschodniego OW będą ćwiczyły na poligonach w Europie (w dodatku poza Rosją) po raz pierwszy. Poprzednie zaangażowanie jednostek z Dalekiego Wschodu na europejskim teatrze działań wojennych miało miejsce w warunkach bojowych w latach 1941–1945. Ponadto po raz pierwszy okręg wojskowy armii rosyjskiej będzie wykonawcą więcej niż jednego ćwiczenia strategicznego w roku kalendarzowym – późnym latem br. przypada kolejna edycja strategicznych ćwiczeń dowódczo-sztabowych „Wschód 2022” (poszczególne okręgi wojskowe organizują przedsięwzięcia tego szczebla raz na cztery lata i przygotowują się do nich blisko rok, z wyjątkiem Zachodniego OW, który wraz z armią białoruską przeprowadza ćwiczenia strategiczne co dwa lata). Również po stronie białoruskiej ćwiczenia stanowią novum – są pierwszym przedsięwzięciem strategicznym armii białoruskiej w zimie oraz odbywają się z jednostkami rosyjskimi, z którymi wcześniej ona nie współdziałała. Będą to zarazem pierwsze ćwiczenia Sił Zbrojnych Białorusi, w których wezmą one udział w całości (ćwiczeń w takiej skali armia białoruska nie przeprowadziła nigdy, także w okresie letnim).

osw.waw.pl

sobota, 12 lutego 2022


Wydaje się, że obecnie większość historyków przychyla się ku tezie, że w latach 1980-1981 Polsce nie groziła interwencja wojsk sowieckich. Podzielam tę opinię. Nie odnaleźliśmy do tej pory żadnych dokumentów mogących potwierdzić przygotowania wojenne – nie chodzi tu o archiwa rosyjskie (w dużej mierze niedostępne), ale przede wszystkim o dokumentację innych państw Układu Warszawskiego. Nie zmienia to jednak faktu, że w 1981 r. Kreml próbował stworzyć wrażenie, jakby wojsko było gotowe do uderzenia.

Tzw. Komisja Polska, przygotowująca dla sowieckiego Politbiura strategię polityczną rekomendowała, aby "stałym czynnikiem w świadomości wszystkich polskich sił politycznych była możliwość międzynarodowej akcji militarnej w interesie obrony socjalizmu w Polsce". Szef komisji, Michaił Susłow, tak miał tłumaczyć logikę tego działania: czy Jaruzelski wierzył w interwencję, czy nie – to nie miało znaczenia, "jako przywódca kraju był zobowiązany nie wykluczać takiej możliwości". Powinniśmy o tym pamiętać, żeby uniknąć ahistorycznej oceny.

W celu uwiarygodnienia groźby Sowieci celowo zorganizowali wielkie ćwiczenia wojskowe. Minister obrony Dmitrij Ustinow wyjaśniał kierownictwu partyjnemu: "Planujemy przeprowadzić w Polsce manewry. Wydaje mi się, że powinny one być nieco zintensyfikowane – innymi słowy, że powinniśmy dać do zrozumienia, że mamy siły gotowe do działania".

Na granicach grupowano wojska. Jednocześnie cała machina Układu Warszawskiego musiała być gotowa na wypadek zupełnego załamania sytuacji w Polsce. Sowieckie, enerdowskie oraz czechosłowackie służby przeprowadzały rekonesans dróg, infrastruktury itd. Przede wszystkim prowadzono jednak rozmowy z polskimi dowódcami polskich jednostek – dowiadywano się m.in. czy są skłonni wywierać nacisk na władze polityczne.

Duet Kania i Jaruzelski był w mniemaniu Kremla niewystarczająco zdeterminowany do wprowadzenia stanu wojennego. Dlatego do pierwszego mechanizmu – straszenia interwencją – dołożono kolejny, czyli próbę zainstalowania nad Wisłą bardziej promoskiewskiej ekipy. Powołano specjalną grupę, którą kierował szef wywiadu KGB gen. Władimir Kriuczkow wspólnie z osobami wydelegowanymi z sowieckiego MSZ oraz MON.

Wydział XI Departamentu I KGB (komórka radzieckiego wywiadu odpowiedzialna za państwa socjalistyczne) opracował plan roszad personalnych obejmujący kilkanaście nazwisk. Planowano pozbawić władzy ludzi ocenianych przez Kreml jako "miękiszony". Na przykład I Sekretarz Kania miał znaleźć się poza kręgami władzy; Jaruzelski miał utracić stanowisko premiera i ministra obrony, ale na otarcie łez otrzymać fotel przewodniczącego Rady Państwa; wicepremiera Mieczysława Rakowskiego widziano jako nowego ambasadora w Chińskiej Republice Ludowej. Ich miejsce mieli zająć politycy z partyjnego "betonu" – bardziej prokremlowscy i skłonni do wprowadzenia stanu wojennego.

Sowiecka ambasada, wojskowi oraz delegatura KGB w Warszawie zajmowały się poszukiwaniem i identyfikacją zwolenników "betonu" w partii, nawiązywali z nimi osobiste kontakty i namawiali do wzięcia udziału w przetasowaniach na szczytach władzy. To działanie było – w ograniczonym stopniu – synchronizowane z dyplomacją oraz wywiadem sąsiadów: NRD, oraz Czechosłowacji. Wszystko po to, aby w szeregach polskiej partii i wojska znaleźć wystarczająco wielu politycznych sojuszników, skłonnych przegłosować zmiany personalne w trakcie plenum KC PZPR.

Plan próbowano realizować latem 1981 r., jednak spalił on na panewce. Okazało się, że Kania nadal cieszył się zbyt dużym poparciem, wojskowi w przeważającej części stali za Jaruzelskim, a w samej frakcji promoskiewskiej dochodziło do konfliktów personalnych. Nie znaczy to, że porzucono sojuszników z "betonu". Moskwa nadal zachęcała ich do aktywności, służby specjalne starały się ich wspierać, a sam Breżniew roztoczył nad nimi parasol ochronny – w czasie rozmów z Kanią tłumaczył, że prawdziwym komunistom nie może spaść włos z głowy.

Prowadzenie przez KGB akcji zachęcania "betonu" do zmiany partyjnego kierownictwa miało niespodziewane skutki. Kilku generałów zaoferowało nawet, że są skłonni – przy wsparciu wojsk Układu Warszawskiego – dokonać zamachu stanu: przejąć władzę, aresztować Kanię i Jaruzelskiego, zatrzymać i wywieźć za granicę kilka tysięcy działaczy "Solidarności". Jednak szef wywiadu KGB nie był tą ofertą zainteresowany. Tłumaczył, że plan jest nierealistyczny, a interwencja militarna może się odbyć bez pomocy spiskowców. Podkreślał, że gra toczy się jednak właśnie o to, żeby takiego rozwiązania uniknąć i zmusić Polaków do tego, żeby sami wprowadzili stan wojenny.

W połowie 1981 r. do stosowanych już narzędzi – groźby interwencji oraz wpierania frakcji promoskiewskiej – dodano trzecie: groźbę wprowadzenia sankcji. Już w maju Breżniew zapowiedział w rozmowie z Jaruzelskim, że Związek Sowiecki nie ma interesu w dostarczaniu cennych surowców do kraju, którego przyszłość jest niepewna. Szef KGB i członek sowieckiego Politbiura Jurij Andropow, w rozmowach z sojusznikami stawiał sprawę jasno: "Związek Radziecki dysponuje skuteczną bronią: dostawami ropy, bawełny, rud żelaza itd. Jej użycie doprowadziłoby do chaosu w Polsce. Wiedzą o tym Kania i Jaruzelski, wiedział o tym również Wyszyński. Jeżeli sytuacja nas do tego zmusi, będziemy gotowi sięgnąć po tę broń".

Sankcje były szczególnie groźnym narzędziem nacisku, bo ich konsekwencje były trudne do przewidzenia. W 1981 r. Polska stanęła na skraju bankructwa. Sytuacja była tak zła, że na ulice wychodzili ludzie domagający się poprawy zaopatrzenia w żywność (tzw. marsze głodowe). Z punktu widzenia Kremla wystarczyło przykręcić kurek, zmniejszyć dostawy i kredyty, aby doszło do eskalacji konfliktu wewnętrznego na trudną do przewidzenia skalę. Sama wizja takiego zagrożenia miała zdopingować władze Polski do wprowadzenia stanu wojennego.

Jakie czynniki powstrzymywały Kreml przed interwencją militarną? Po pierwsze, potencjalne koszty operacji. Decydenci mieli świadomość, że Polska to "nie Węgry, ani nie Czechosłowacja" i potencjalny opór może być o wiele silniejszy – wprowadzenie wojska pociągnęłoby za sobą rozlew krwi. Potem mogło być jeszcze gorzej, bo w perspektywie majaczyło widmo potrzeby utrzymywania okupacji Polski aż do całkowitego opanowania sytuacji. Sowieci właśnie zaczęli odrabiać lekcję związaną z Afganistanem, gdzie problemem była nie sama interwencja (dobrze zaplanowana i zrealizowana), ale fakt, że wojsko musiało pozostać w kraju jako gwarant spokoju i utrzymania władzy przez sojuszników Kremla.

Drugim czynnikiem hamującym zapędy Kremla była sytuacja międzynarodowa. Kierownictwo partyjne obawiało się nie tylko wprowadzenia przez Zachód sankcji ekonomicznych, ale też tego, że zimna wojna mogłaby stać się "gorąca".

Szef wywiadu KGB przedstawiał w 1981 r. kasandryczne wizje: "mówiliśmy o [potencjalnej] wojnie 20, 10 i pięć lat temu. Ale teraz administracja USA pod rządami Reagana otwarcie obrała na niebezpieczny kurs militaryzacji i przygotowań do konfrontacji". Na ostatnim posiedzeniu ministrów obrony Układu Warszawskiego przed wprowadzeniem stanu wojennego, Breżniew żegnał wschodnioniemiecką delegację stwierdzeniem, że "jego głównym zadaniem jest zapobieżenie nuklearnej wojnie światowej". Obawiano się, że ewentualną interwencję wykorzysta na arenie międzynarodowej nie tylko Waszyngton, ale także Pekin.

Z tej perspektywy jednoczesne stosowanie wspominanych trzech narzędzi (gróźb militarnych, wsparcia frakcji promoskiewskiej oraz szantażu gospodarczego) było, biorąc pod uwagę cenę potencjalnej interwencji, praktycznie bezkosztowe. Środki te mogły być stosowane przez dłuższy czas, elastycznie i w zależności od rozwoju sytuacji. Kreml prowadził wyważoną grę, opierającą się na zgraniu działania KGB, MSZ i wojska.

onet.pl

piątek, 11 lutego 2022


Oba kraje wystawiły zawodowców: Rosjanie Siergieja Riabkowa, a Amerykanie Wendy Sherman. On – wiceminister dyplomacji, typowany na następcę Siergieja Ławrowa. Ona – wiceszefowa Departamentu Stanu, znana z negocjacji z najtwardszymi reżimami, Koreą Północną oraz Iranem. Asystowali im generałowie – Aleksander Fomin i James Mingus. Czarne limuzyny, silna ochrona rezydencji, dziennikarze śledzący każdy ruch dyplomatów i rozmowy za zamkniętymi drzwiami. A w tle widmo inwazji na Ukrainę, jeśli nie potoczą się one po myśli Kremla, i zapewnienia USA, że „nic o was bez was”.

Zaproszenie Kreml złożył także w duchu poprzedniej epoki, czyli koncentrując ponad 100 tysięcy żołnierzy na granicy z Ukrainą. W połowie grudnia nota dyplomatyczna z listą żądań trafiła na ręce Karen Donfried, która w Departamencie Stanu odpowiada za Europę i Eurazję. Były one tak radykalne, że nie chcąc, by zostały przemilczane przez Biały Dom, Rosjanie dla pewności opublikowali je dwa dni później na stronie internetowej swojego resortu. Sprowadzają się do odwrócenia „największej geopolitycznej katastrofy XX wieku”, jak 17 lat temu Władimir Putin ocenił upadek imperium radzieckiego.

Kreml dyktuje warunki w stylu Andrieja Gromyki, najsłynniejszego radzieckiego szefa dyplomacji, który funkcję tę pełnił prawie 30 lat, a do historii przeszedł jako „mister-niet”. Trzy z żądań uznaje za niepodlegające negocjacjom. To, że NATO nie będzie się rozszerzać na wschód, co między wierszami oznacza nic innego, jak „ręce precz od Ukrainy” (oraz Gruzji), to raz. Dwa, że nie będzie żadnych systemów ofensywnych w państwach graniczących z Rosją, czyli w Polsce, krajach bałtyckich, a także tych z basenu Morza Czarnego w pobliżu anektowanego osiem lat temu Krymu. Trzy, że NATO ma wycofać swoje wojska z państw przyjętych do Sojuszu po 1997 roku, gdy tworzona była Rada Rosja–NATO. Byłoby to równoznaczne z pozbawieniem krajów z byłego bloku komunistycznego gwarancji bezpieczeństwa. Do strefy buforowej trafiłyby więc Polska, Czechy, Węgry (przyjęte do Sojuszu w 1999 roku), Bułgaria, Estonia, Litwa, Łotwa, Rumunia, Słowacja, Słowenia (2004), Albania, Chorwacja (2009), Czarnogóra (2017) oraz Macedonia Północna (2020). W przypadku spełnienia tych żądań Kremlowi udałoby się odtworzyć ważną część zimnowojennego podziału świata, wymuszając na Zachodzie uznanie wygodnych dla Rosji stref wpływów.

„Jednym z celów prezydenta Putina – w tym samym wywiadzie mówił Blinken – jest odbudowanie strefy wpływów nad państwami, które kiedyś były częścią ZSRR”. 30 lat temu na obszarze byłego imperium powstało 15 niepodległych państw. Status sukcesorki prawno-międzynarodowej ZSRR zachowała Rosja, pozostałe miały trzy dekady, żeby nauczyć się funkcjonować samodzielnie i poszukiwać nowych partnerów. Skrajnymi przypadkami, które zamarzyły pójść śladem republik bałtyckich – wstąpić do NATO i zintegrować się z Unią Europejską – były Gruzja oraz Ukraina. Dla obu skończyło się to wojną z Rosją: w Gruzji w 2008 roku, a w Ukrainie w 2014 roku, pod postacią aneksji Krymu i wojny na Donbasie. Dla Kremla oba przypadki oznaczały wypychanie Zachodu z jej strefy wpływów. Niczym innym jest więc aktualna eskalacja na granicy z Ukrainą, chyba że jeszcze ktoś wierzy w zapewnienia Dmitrija Pieskowa, rzecznika Kremla, że „Rosja nie stanowi zagrożenia dla swoich sąsiadów”.

Uciekinierów z rosyjskiej „bliskiej zagranicy” Kreml powstrzymuje starymi radzieckimi metodami, czyli siłą, czego doświadczył Kijów oraz Tbilisi. Pozostałych wiąże metodą kija i marchewki. Jak Alaksandra Łukaszenkę od czasu masowych protestów społecznych po sfałszowanych wyborach latem 2020 roku. Kij to świadomość, że Mińsk jeszcze nigdy nie był tak zależny od dobrej lub złej woli przywódcy w Moskwie. Marchewka jest mała, są nią pożyczki na przetrwanie reżimu dawkowane metodą kropelkową. Na Rosję skazana jest również Armenia, która jesienią 2020 roku przegrała wojnę w niekończącym się konflikcie o Górski Karabach. Rosja związana sojuszem z małą, biedną Armenią de facto nie zareagowała na militarną ofensywę Azerbejdżanu, z którym łączyły ją bardzo intratne kontrakty zbrojeniowe. Dopiero w ostatniej chwili wymusiła na stronach zawieszenie broni, które Ormianie odebrali jak przymuszenie do kapitulacji. Mimo upokorzenia, zakleszczeni pomiędzy Turcją a Azerbejdżanem nie mają poza Rosją alternatywy.

Najprostszym instrumentem przywoływania niepokornych do porządku jest kurek gazowy. Sojusznicy otrzymują paliwo po atrakcyjnych cenach dopóty, dopóki nie sprawiają kłopotów. A taki powstał w Mołdawii, gdzie prokremlowskiego prezydenta Igora Dodona dwa lata temu zastąpiła prodemokratyczna Maia Sandu. Nie trzeba było długo czekać. Jesienią ubiegłego roku wygasł kontrakt z Gazpromem, a związany z Kremlem gigant gazowy tak drastycznie podniósł ceny dla kompletnie uzależnionej od jego dostaw Mołdawii, że wywołał kryzys państwowy podważający zaufanie do nowych prozachodnich władz. Wprawdzie ostatecznie udało się zawrzeć kompromis i podpisać nowy kontrakt, lecz kosztem droższego gazu oraz odroczenia reform rynku energii. Rząd w Kiszyniowie zyskał jednak pięć lat na odnalezienie nierosyjskich źródeł dostaw. Wiadomość z Moskwy była czytelna – wydostać się ze jej wpływów nie będzie ani łatwo, ani tanio.

new.org.pl

Obecny obraz wygląda tak, że rząd RFN, bez względu na przynależność partyjną jego członków: 1) nadaje wciąż priorytetowe znaczenie prowadzeniu dialogu z Rosją jako instrumentowi rozwiązania kryzysu, 2) odpowiada na kolejne groźby FR, wspólnie wypracowując stanowisko Zachodu, 3) zapowiada wraz z zachodnimi partnerami niezdefiniowane do końca „poważne konsekwencje i reperkusje” w razie rosyjskiej inwazji na terytorium Ukrainy, 4) wyklucza bilateralne wsparcie militarne dla Ukrainy, np. w postaci dostarczania jej broni.

Polityków zarówno w rządzie, jak i parlamencie coraz bardziej dzieli kwestia gazociągu NS2 (choć w sprawie wykluczenia Rosji z międzynarodowego systemu rozliczeń SWIFT także prawdopodobnie nie będzie zgody). Pytanie dotyczy głównie tego, czy przyszłość tego przedsięwzięcia powinna zostać położona na stole negocjacyjnym Zachodu z FR w trwającym konflikcie. Widać jasno, że Niemcy znaleźli się w znanej z psychologii i biznesu pułapce konsekwencji, opisywanej również jako efekt utopionych kosztów. Jej mechanizm polega na tym, że zainwestowawszy w nieudany projekt dużo czasu i pieniędzy (a w przypadku NS2 także politycznego autorytetu), zamiast wycofać się, przyznać do porażki i skupić wysiłki na innym sposobie rozwiązania problemu, z uporem trwa się przy błędzie. W RFN nadal bardzo silne jest lobby środowisk, które kategorycznie i za wszelką cenę chcą oddzielić uruchomienie NS2 (prezentowanego jako projekt niezwykle korzystny, zwłaszcza gospodarczo, dla Niemiec) zarówno od wojny Rosji z Ukrainą, która trwa od lat w Donbasie, jak i od aktualnej eskalacji żądań i gróźb Moskwy. Do opinii publicznej wypowiedzi utrzymane w tym duchu najczęściej przebijają się od prominentnych przedstawicieli socjaldemokracji – zarówno parlamentarzystów, jak i członków gabinetu na czele z sekretarzem generalnym SPD („wydumany konflikt, by pogrzebać niechciany projekt”) i minister obrony Christine Lambrecht („nie wciągajmy projektu NS2 w ten konflikt”), ale też od kanclerza Olafa Scholza („NS2 to projekt prywatny i biznesowy”). Tego typu głosy wzbudzają kontrowersje, a nawet wzburzenie nie tylko za granicą, lecz także w niemieckiej debacie i – co ważne – nie popiera ich część socjaldemokratów (np. Michael Roth czy Nils Schmid).

W sprawie NS2 widać również tarcia wewnątrz rządu. Minister spraw zagranicznych Annalena Baerbock i wicekanclerz oraz minister gospodarki i klimatu Robert Habeck (oboje z Zielonych) są zgodni w swoim sprzeciwie wobec podejścia koalicjanta z SPD. Po pierwsze podkreślają, że przedsięwzięcie nie spełnia na razie wymogów niemieckiego i unijnego prawa energetycznego i najpierw musi uzyskać certyfikację, a po drugie uważają, że ewentualne dalsze naruszanie przez Rosję integralności terytorialnej Ukrainy musi spotkać się z retorsjami, „w przypadku których nie może być żadnych tematów tabu”, ergo: nowy gazociąg także mógłby stać się przedmiotem sankcji.

Stopniowo powiększa się grono polityków i ekspertów, którzy uważają zaangażowanie RFN w NS2 za ogromny błąd polityczny, największy od czasów zjednoczenia państwa. Zwolennicy tego poglądu rozumieją kalkulacje gospodarcze i argumenty o rzekomej niezbędności rosyjskiego gazu dla przeprowadzenia transformacji energetycznej w Niemczech (gdzie w założeniu stosunkowo tani surowiec ma być przejściowym nośnikiem energii na drodze do pełnej zeroemisyjności). Mimo to uważają, że projekt, który wzbudza taki sprzeciw w wielu państwach Unii i którego nie udało się przedstawić ani w krajach Europy Środkowej, ani w instytucjach UE jako europejskiego i mającego pozytywny wpływ na bezpieczeństwo energetyczne wspólnoty, jest porażką.

osw.waw.pl