niedziela, 1 lutego 2026



11 września 2001 roku był momentem zerwania. Nie tylko dla Nowego Jorku czy Waszyngtonu, ale dla całej architektury państwa amerykańskiego i jego instytucji. Tego dnia skończył się symbolicznie XX wiek — wraz z jego jak się okazało naiwną, lecz wygodną fantazją o „końcu historii” (firmowaną przez filozofa polityki Francisa Fukuyamę), o ostatecznym zwycięstwie liberalnej demokracji i stopniowej redukcji przemocy na świecie.

Terroryzm istniał wcześniej. Był ścigany przez policję federalną, traktowany jako szczególna, lecz wciąż kryminalna forma przemocy. Po 11 września nastąpił skok semantyczny i polityczny: terroryzm przestał być przestępstwem, a stał się celem nowej wojny, bo tak sprawy zaczęli nazywać prezydent George W. Bush i jego ekipa. A skoro wojną — wymagał nowych narzędzi, nowych struktur i nowego języka.

Decyzje podejmowano w atmosferze szoku, strachu i presji opinii publicznej. Kongres działał szybko, administracja George’a W. Busha jeszcze szybciej. Już w 2002 roku uchwalono Homeland Security Act, ustawę, która powołała do życia Ministerstwo Bezpieczeństwa Wewnętrznego (DHS) — gigantyczną strukturę, do której przeniesiono lub podporządkowano 22 różne agencje federalne. Celem było jedno: scentralizować państwo wokół nowej logiki bezpieczeństwa.

W tym procesie wydarzyło się coś pozornie technicznego, a w praktyce niezwykle brzemiennego w skutki. Dotychczasowe służby zajmujące się imigracją — istniejące 70 lat Immigration and Naturalization Service — zostały rozwiązane, a ich kompetencje rozparcelowane.

Na ich gruzach powstała nowa formacja: Immigration and Customs Enforcement, czyli ICE. Nie wyrosło ona ani z tradycji ewoluowania jednej z formacji policyjnych, ani z administracji dotychczas odpowiedzialnej z polityki migracyjne. Została wmontowana w aparat „wojny z terroryzmem”.

Formalnie miało zajmować się egzekwowaniem prawa imigracyjnego i celnego, faktycznie jednak od początku funkcjonowało w logice zagrożenia dla bezpieczeństwa narodowego. Imigracja — zjawisko dotąd społeczne, ekonomiczne i demograficzne — została połączona w jednym akcie prawnym z terroryzmem, przemytem broni i działalnością wywiadowczą.

(...)

W amerykańskim systemie prawnym naruszenie przepisów imigracyjnych w ogromnej większości przypadków nie ma charakteru karnego. Nielegalny pobyt, przekroczenie terminu wizy czy utrata prawa do pracy to nie zbrodnie ani występki, lecz uchybienia administracyjne. Państwo nie oskarża wówczas o to, co ktoś zrobił, lecz o to, kim jest w świetle dokumentów. Przestępstwem jest nielegalne przekroczenie granicy, ale wielu imigrantów dostaje się do USA legalnie, z wizą.

Ta konstrukcja pociąga za sobą poważne konsekwencje.

Procedura jest uboższa w gwarancje zachowania pełnej litery prawa, odwołania są trudniejsze, a decyzje zapadają szybciej.

Człowiek może przez lata żyć, pracować i zakładać rodzinę w Stanach Zjednoczonych, by nagle dowiedzieć się, że jego obecność stała się „nieprawidłowa”, choć nic w jego codziennym życiu się nie zmieniło. W tym też jest cały paradoks imigracji w Ameryce. Władze przez lata przymykały na uchybienia oko, bo imigranci wykonywali prace, których nie chcieli wykonywać obywatele.

ICE nie reaguje więc na konkretne zdarzenia, lecz wyszukuje niezgodności w systemie. Prawo migracyjne jest skomplikowane, pełne wyjątków i uznaniowości, a jego interpretacja zmienia się wraz z politycznym klimatem. To, co w jednym momencie jest tolerowane, w innym może zostać uznane za podstawę do zatrzymania i deportacji. Stąd bierze się wrażenie arbitralności, które tak często towarzyszy działaniom tej służby.

Istnieje pojęcie „prosecutorial discretion” (uznaniowość prokuratorska). Pod różnymi administracjami (inaczej za Obamy, Trumpa, Bidena i znowu Trumpa) priorytety deportacyjne zmieniały się drastycznie – od ścigania tylko osób z wyrokami karnymi po zasadę, że „nikt nie jest bezpieczny”.

(...)

To właśnie ta cecha czyni ICE instytucją tak szczególną. (...) To aparat pilnujący porządku dokumentów. A gdy państwo zaczyna traktować status jako zagrożenie, a nie jako administracyjną okoliczność, władza zyskuje narzędzie dyscypliny: ciche, elastyczne i wyjątkowo trudne do kontroli.

Jeśli spojrzeć na ICE od środka, widać konstrukcję (...)
  • Z jednej strony mamy pion śledczy, Homeland Security Investigations, przypominający klasyczną policję federalną: prowadzi dochodzenia, zbiera informacje, korzysta z narzędzi operacyjnych, współpracuje z innymi służbami.
  • Z drugiej strony funkcjonuje pion deportacyjny, Enforcement and Removal Operations, którego zadaniem jest lokalizowanie, zatrzymywanie i usuwanie cudzoziemców z terytorium Stanów Zjednoczonych.
(...)

Sąd Najwyższy wielokrotnie potwierdzał, że cudzoziemcy przebywający w USA podlegają ochronie proceduralnej, ale jednocześnie dopuszczał uproszczone mechanizmy administracyjne w sprawach imigracyjnych. W efekcie powstała strefa pośrednia: formalnie zgodna z konstytucją, lecz pozbawiona wielu zabezpieczeń znanych z prawa karnego.

(...)

W Stanach Zjednoczonych policja miejska, władze hrabstw i rząd federalny to trzy różne światy. ICE nauczyło się to wykorzystywać. Zamiast działać wprost, opiera się na współpracy z lokalnymi służbami i władzami aresztów. Oficjalnie to nie ICE zatrzymuje ludzi, tylko lokalna policja. Dopiero później pojawia się federalna decyzja o deportacji.

Służą temu porozumienia znane jako 287(g), które pozwalają lokalnym funkcjonariuszom sprawdzać status imigracyjny i przekazywać zatrzymanych ICE.

Dla osoby trafiającej do aresztu różnica jest żadna. Dla systemu – zasadnicza. 

(...)

Sytuacja w Minneapolis wyraźnie pokazuje złożoność tego mechanizmu. Po śmierci George’a Floyda władze miasta zaostrzyły przepisy zakazujące policji współpracy z ICE, chcąc całkowicie odciąć się od procesów deportacyjnych. Wyzwanie polegało jednak na tym, że lokalna policja (MPD) to tylko jeden z elementów systemu. Przez lata

luki w przepisach pozwalały służbom federalnym na pozyskiwanie danych z więzienia hrabstwa Hennepin, które podlega szeryfowi, a nie burmistrzowi. Dopiero późniejsze zmiany w polityce hrabstwa ograniczyły te praktyki, choć nawet pełna blokada na szczeblu lokalnym nie powstrzymała autonomicznych operacji agentów federalnych na terenie miasta.

W praktyce oznaczało to, że miasto mogło mówić „nie współpracujemy z ICE”, a deportacje i tak się odbywały. Jedni umywali ręce, drudzy wykonywali polecenia, a ludzie znikali z dnia na dzień z pracy, szkoły, sąsiedztwa.

Ten model był dotąd wygodny dla Donalda Trumpa. Twarda polityka imigracyjna nie wyglądała jak decyzja centrum, tylko jak ciąg lokalnych procedur. Protesty kierowały się przeciwko szeryfom albo władzom hrabstw, rzadziej przeciwko Waszyngtonowi. ICE pozostawało w cieniu, choć to ono spina cały system.

Dopiero dwa ostatnie przypadki zastrzelenia przez jej funkcjonariuszy zamieszkałych w Minneapolis białych obywateli USA zwróciły całą uwagę świata na agencję.

ICE od początku było projektowane jako instytucja działająca raczej w cieniu niż na widoku. Przez długie lata jej funkcjonariusze nie nosili jednolitych mundurów, często pojawiali się w cywilu, bez wyraźnych oznaczeń.

Oficjalnie chodziło o bezpieczeństwo operacyjne, w praktyce jednak oznaczało to sytuacje, w których zatrzymywani ludzie nie mieli pewności, czy mają do czynienia z policją, agentami federalnymi czy kimś, kto jedynie się za nich podaje. W państwie prawa widoczność funkcjonariuszy władzy jest jednym z podstawowych zabezpieczeń praw obywateli. ICE przez długi czas działało odwrotnie — jak instytucja, która unika bycia rozpoznaną i poprawnie zidentyfikowaną.

Równocześnie ta sama instytucja dysponuje kompetencjami znacznie wykraczającymi poza migrację. Jej pion śledczy prowadzi dochodzenia w sprawach cyberprzestępczości, przemytu dzieł sztuki, handlu zabytkami, przestępstw finansowych czy międzynarodowych siatek przemytniczych.

(...)

Byli i obecni urzędnicy Ministerstwa Bezpieczeństwa Wewnętrznego mówili wprost: nawet tam, gdzie chodzi wyłącznie o wywiad i analizę, marka ICE jest dziś tak skażona, że paraliżuje własne działania. To, co przez dwie dekady było wewnętrznym napięciem — połączenie funkcji śledczych i deportacyjnych w jednej instytucji — wyszło na zewnątrz. I zaczęło działać przeciwko niej.

oko.press


O powiązaniach korporacji z Urzędem Imigracyjnym media pisały szerzej jesienią w 2025 roku, gdy broniąca praw imigrantów organizacja Just Futures Law dotarła do umowy między Palantirem a HSI (częścią ICE zajmującą się kryminalistyką i przeciwdziałaniem przestępczości) oraz innych powiązanych ze sprawą dokumentów.

Wśród nich znalazła się m. in. korespondencja między przedstawicielami agencji i korporacji oraz raporty czy manuale dotyczące produktów firmy. Johana Bhuiyan w swoim artykule dla „The Guardian” zwraca uwagę, że chociaż zgromadzone materiały dotyczą lat 2014-2022, to dają pewien wgląd w obecną sytuację – zwłaszcza w kontekście wygranego przez Palantir kontraktu rządowego. Kontrakt dotyczy bowiem stworzenia platformy ImmigrationOS, która ma ułatwić ICE identyfikację i deportację imigrantów.

Ujawnione dokumenty informują, że oprogramowanie Palantira pozwalało m. in. wykorzystywać informacje z systemów zawierających prawa jazdy, uczelnianych systemów wymiany studenckiej czy rejestrów połączeń telefonicznych.

Agenci korzystali z platformy Investigative Case Management (ICM), pozwalającej na przeszukiwanie prywatnych i federalnych baz danych osobowych. Ponadto mieli do dyspozycji aplikację Falcon (Sokół), umożliwiającą skanowanie dokumentów tożsamości czy rejestrowanie i udostępnianie rozmów, ale też śledzenie ludzi w czasie rzeczywistym (informacje, kiedy i do której wieży logował się dany telefon). Program miał dostęp do różnych federalnych baz danych, łącznie z Enforcement Integrated Database (EID), przechowującej dane biometryczne osób, którymi interesował się DHS (Departament Bezpieczeństwa Krajowego).

Funkcjonariuszy zachęcano, by często korzystali z Falcona i przesyłali za jego pomocą jak najwięcej informacji. Chodziło o podzielenie się nimi z innymi pracownikami agencji, ale też o nakarmienie aplikacji danymi. W ten sposób system mógł się wzbogacić nie tylko o skany dokumentów, ale też o zawartość skonfiskowanych telefonów, odblokowywanych przez służby graniczne za pomocą oprogramowania Cellebrite.

Pracownicy ICE mieli także uzupełnić bazy Palantira zasobami firm łączących informacje zdobyte w oficjalnych rejestrach państwowych i u brokerów danych. W tym kontekście najczęściej wymienia się oprogramowanie Clear firmy Thomson Reuters.

W 2022 roku Falcon został zastąpiony przez Raven (Kruk), a teraz służby imigracyjne dostaną od Palantira kolejny produkt.

ELITE, czyli Enhanced Leads Identification&Targeting for Enforcement, to zaawansowane narzędzie analityczne, które ma poprowadzić funkcjonariuszy ICE niemal za rękę: najpierw wskazując im cel (człowieka przeznaczonego do deportacji) na mapie, następne – wyświetlając o nim szczegółowe informacje, a w końcu – określając miejsce jego zamieszkania. Może nawet wytypować funkcjonariuszy przeznaczonych do zajęcia się daną sprawą.

Dane pochodzą z wymienionych już wyżej źródeł czy rządowych baz danych, jak USCIS (Citizenship and Immigration Services), ale także z HHS – Departamentu Zdrowia i Opieki Społecznej. Dzięki temu dane o osobach, które potrzebowały opieki medycznej, trafiają do służb zajmujących się migracją i kontrolą granic.

M.in. dlatego aplikacja jest w stanie określić imię i nazwisko, Alien Number (numer identyfikacyjny przyznawany cudzoziemcom), datę urodzenia czy prawdopodobny adres interesującej agentów osoby. Ale – jak pisze Joseph Cox dla 404 Media – agencja też inne źródła informacji.

ICE ma ponoć płacić prywatnym detektywom czy łowcom nagród za pomoc w identyfikacji adresu.

W jaki sposób działa ELITE? Użytkownik (czyli w interesującym nas przypadku: agent ICE) określa początkowe kryteria, na podstawie których wytypuje osobę do zatrzymania. Może uwzględnić dane osobowe, lokalizację, zachowanie danego człowieka czy informacje dotyczące np. przestępczości.

Program nie tylko informuje funkcjonariuszy, ile osób mieszka na wskazanym przez nich obszarze czy pod podanym adresem, ale także przewiduje prawdopodobieństwo, czy będą się tam znajdować w trakcie planowanej obławy. Aplikacja w praktyce pozwala zaplanować nalot na większe skupisko ludzi, których będzie można aresztować.

„Przypomina Google Maps” – miał zeznać jeden z funkcjonariuszy i wygląda na to, że mówił prawdę. „Agenci wybierają osoby do deportacji [...] tak, jak wybiera się pobliską kawiarnię”. – powiedział 404media senator Ron Wyder. Wystarczy po prostu zaznaczyć interesujący obszar.

Co więcej – tę mapę można wykorzystać do przeprowadzenia tzw. operacji specjalnych, czyli większych akcji skierowanych przeciwko konkretnym, z góry określonym grupom osób.

(...)

Zamiast fizycznie śledzić konkretne osoby czy uruchamiać procedurę instalowania podsłuchu, można po prostu wykorzystać fakt, że większość ludzi nosi mobilnego szpiega w kieszeni. Wiele z popularnych aplikacji gromadzi dane o użytkownikach i sprzedaje je brokerom danych. Dziennikarze i obrońcy prywatności nieraz zwracali uwagę na związane z tym niebezpieczeństwa.

oko.press


29 stycznia br. prokremlowski propagandysta Paweł Zarubin podszedł do szefa GRU Igora Kostiukowa i zapytał, jak przebiegły ostatnie rozmowy dotyczące Ukrainy w Abu Zabi. Ten odpowiedział lakonicznie: "Wszyscy powiedzieli: »konstruktywne«". Kiedy Zarubin zapytał, co dokładnie ma na myśli, Kostiukow dodał: "Wszyscy wszystko rozumieją". Na pytanie, w jakim sensie, odpowiedział: "W najbardziej dosłownym".

Kostiukow nie wyjaśnił, co miał na myśli. Krótka rozmowa z Zarubinem miała miejsce na Kremlu po tym, jak Władimir Putin przyjął prezydenta Zjednoczonych Emiratów Arabskich (ZEA) Muhammada ibn Zajida Al Nahajjana. Szef GRU towarzyszył Putinowi podczas tego i kilku innych spotkań na najwyższym szczeblu, np. z ministrem spraw zagranicznych Iranu Abbasem Aragczim po atakach USA na irańskie obiekty jądrowe latem ub.r. oraz z prezydentem Syrii Ahmadem asz-Szarą w styczniu br. po wycofaniu rosyjskich wojsk z jednego z kluczowych obiektów w Syrii.

Na pytanie jednego z rosyjskich mediów o to, dlaczego na spotkaniu Putina z prezydentem ZEA potrzebny jest Kostiukow, rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow odpowiedział: — Na wszelki wypadek. Teraz mowa była tylko o stosunkach dwustronnych. Są one tak szerokie, że jest wiele tematów do omówienia.

W ten sposób Igor Kostiukow zastąpił na negocjacjach Władimira Medinskiego. Asystent prezydenta i były minister kultury stał na czele rosyjskiej delegacji od 2022 r. — począwszy od spotkań w Stambule, kiedy to Rosja i Ukraina po raz pierwszy od rozpoczęcia pełnej inwazji próbowały dojść do porozumienia w sprawie zakończenia wojny.

Kreml nie wyjaśnił publicznie, dlaczego skład grupy negocjacyjnej uległ zmianie. Jednak politolog Władimir Pastuchow uważa nieobecność Medinskiego na rozmowach w Abu Zabi za "dobry znak".

"Jego pojawienie się w Abu Zabi oznacza, że ta faza procesu negocjacyjnego zbliża się ku końcowi. Wojskowy skład delegacji to również symbolika na granicy teatralnej dramaturgii, ale jednak bardziej budząca nadzieję" — pisze Pastuchow na swoim kanale w Telegramie.

W otwartych źródłach jest dość mało informacji o Kostiukowie, ale wiadomo, że urodził się 21 lutego 1961 r., a wykształcenie wojskowe zdobył w marynarce wojennej. Ukończył Akademię Wojskowo-Dyplomatyczną, następnie rozpoczął służbę w Głównym Zarządzie Wywiadu (GRU). Jako jeden z szefów rosyjskiego wywiadu wojskowego brał udział w kierowaniu operacją wojskową w Syrii, ale szczegóły jego działalności w tym kraju nie są znane.

W połowie pierwszej dekady XXI w. Kostiukow przez co najmniej pięć lat był attaché wojskowym w ambasadzie Rosji w Grecji. Szefem GRU został mianowany w grudniu 2018 r. Kostiukow zastąpił na tym stanowisku Igora Korobowa, który zmarł na raka w wieku 62 lat.

W 2019 r. Kostiukow otrzymał stopień admirała. Jest Bohaterem Rosji od 2017 r., jest równiez odznaczony orderami "Za zasługi dla Ojczyzny" IV stopnia, Orderem Honorowym, Orderem Aleksandra Newskiego, Orderem Odwagi, Orderem "Za zasługi wojskowe", a także medalem "Za męstwo".

W październiku 2022 r. Unia Europejska nałożyła sankcje na Rosję za cyberataki na Bundestag w 2015 r. Jako pierwszy zastępca szefa Głównego Zarządu Sztabu Generalnego Kostiukow kierował 85. Centrum (grupą hakerską o nazwach Fancybear/APT28), które przeprowadziło cyberatak. Centrum również figuruje na liście sankcji UE.

Wcześniej, w styczniu 2019 r., Kostiukow znalazł się na liście sankcji UE z powodu otrucia byłego oficera GRU Siergieja Skripala i jego córki Julii w brytyjskim Salisbury. Kostiukow, pełniący wówczas funkcję pierwszego zastępcy szefa GRU, został uznany za odpowiedzialnego za posiadanie, transport i użycie toksycznego środka paralityczno-drgawkowego Nowiczok przez oficerów GRU w Salisbury w weekend 4 marca 2018 r. Rosja zawsze zaprzeczała swojemu udziałowi w ataku.

Stany Zjednoczone również niejednokrotnie umieszczały szefa GRU na listach sankcyjnych. Pod koniec grudnia 2016 r. nałożono na niego ograniczenia w związku z cyberatakiem na serwery Partii Demokratycznej w przededniu wyborów prezydenckich, a w marcu 2018 r. — również za ingerencję w wybory amerykańskie.

W 2022 r. sankcje na Kostiukowa nałożyły Nowa Zelandia i Kanada.

Niezależne rosyjskie media zwróciły uwagę na aktywa dzieci Kostiukowa, które najwyraźniej nie odpowiadają oficjalnym dochodom.

Serwis The Insider w 2021 r. podał, że jego syn i córka mają drogie nieruchomości i samochody, których łączna wartość szacowana jest na kilka milionów dolarów i ich oficjalne dochody w żaden nie pozwalają wyjaśnić takich zakupów.

Dane dotyczące majątku rodziny Kostiukowa zostały usunięte z otwartych rejestrów, a w wyciągach z rosyjskich ksiąg wieczystych jako właściciel nieruchomości wymieniona jest "Federacja Rosyjska". W 2021 r. syn Kostiukowa pracował w rosyjskim MSZ (dziś prawdopodobnie pracuje w rosyjskiej ambasadzie we Włoszech), a córka zajmowała kierownicze stanowisko w grupie spółek należących do jednego z posłów Dumy z kremlowskiej partii Jedna Rosja.

W październiku 2025 r. rosyjskie media ujawniły, że córka Kostiukowa została jedyną właścicielką firmy zajmującej się dostawą sprzętu elektrotechnicznego na potrzeby państwa, w tym Ministerstwa Obrony. Sprawozdania finansowe tej firmy są niejawne, ale według szacunków dziennikarzy tylko w ostatnim roku obroty mogły wynieść około 1,8 mld rubli (84 mln zł).

(...)

Rosyjscy stratedzy polityczni podkreślają, że mianowanie admirała Kostiukowa szefem grupy negocjacyjnej może być demonstracyjnym krokiem mającym na celu pokazanie "siły pozycji Rosji" w odpowiedzi na udział Kyryło Budanowa w ukraińskiej delegacji. Zdaniem stratega politycznego Marata Baszirowa Kostiukow będzie nadzorował kwestie wycofania wojska i sprzętu z linii frontu w Ukrainie.

W czwartek 29 stycznia Kostiukow, odpowiadając na pytanie dziennikarzy, czy delegacja przygotowuje się do nowego spotkania w Zbu Zabi, powiedział, że "są zawsze gotowi". — Ukraińcy są w smutnym nastroju... My jesteśmy w dobrym — dodał.

onet.pl\Novaya Gazieta


Po pierwsze, fakt, że Rosja nie jest obecnie w stanie przełamać frontu i odzyskać swobody manewru, nie oznacza, że manewr jako forma prowadzenia wojny przestał istnieć. Oznacza jedynie, że Rosjanie nie potrafią go dziś skutecznie realizować w warunkach wysokiego nasycenia pola walki rozpoznaniem, precyzyjnym ogniem i degradacją własnego systemu dowodzenia.

Po drugie, manewr operacyjny nie „oderwał się” od swojej materialnej bazy. Jego podstawą nadal pozostają czołgi podstawowe, wozy bojowe piechoty, artyleria oraz zabezpieczenie logistyczne, a nie same środki bezzałogowe. Rosyjskie Siły Zbrojne – niezależnie od publicystyki – nie zrezygnują z tych zdolności, ponieważ są one warunkiem prowadzenia wojny lądowej na poziomie operacyjnym, zwłaszcza w pierwszej fazie konfliktu o wysokiej intensywności.

Po trzecie, drony nie zastępują systemu walki – one go uzupełniają. Ich rola jest kluczowa na poziomie taktycznym: w rozpoznaniu, korekcji ognia, rażeniu punktowym i zwiększaniu przejrzystości pola walki. Nie są jednak samodzielnym „nośnikiem manewru” ani substytutem zdolności do przełamania i eksploatacji powodzenia. Są elementem systemu walki połączonej, a nie jego rdzeniem.

Wreszcie, wojna lądowa pozostaje wojną o kontrolę przestrzeni, a nie wyłącznie o jej obserwację lub czasowe rażenie. Terytorium zajmują i utrzymują ludzie, a nie sensory czy efektory. Dron nie zapewnia trwałej obecności fizycznej, nie kontroluje dróg, nie zabezpiecza zaplecza i nie egzekwuje władzy nad terenem. Bez piechoty, osłanianej przez wojska pancerne i wspieranej przez artylerię, nie ma trwałego rezultatu operacyjnego.

x.com/konrad_muzyka

sobota, 31 stycznia 2026



Tomasz Sajewicz: Z tego, co Panowie mówicie, dla mnie jako dla dziennikarza wyłania się smutny obraz: sposób postrzegania Chin to w dużej mierze pochodna rywalizacji Chin ze Stanami Zjednoczonymi.

Marcin Jacoby: Moim zdaniem zdecydowanie tak jest.

Bogdan Góralczyk: To jest absolutnie podstawowe, dlatego że w ślad za ośrodkami analitycznymi i wywiadowczymi oraz ośrodkami akademickimi, czyli – by wymienić najważniejszych przedstawicieli – Michaelem Pillsburym oraz Grahamem Allisonem na Harvardzie, Trump w 2017 roku zmienia strategię. Od tej chwili zamiast zaangażowania mamy strategiczną rywalizację. Trzeba wziąć tu pod uwagę dwa amerykańskie dokumenty z przełomu 2017 i 2018 roku: nowe strategie, bezpieczeństwa oraz wojskową, zatwierdzone przez Trumpa. Tam wskazano Chiny, obok Rosji, jako groźnego rywala. W Polsce tego się nie wie, ale Chińczycy mieli dokładny portret psychologiczny Trumpa tuż przed przejęciem przez niego władzy. A gdy do niej dochodzi, to co się dzieje? Trump wchodzi do Białego Domu 20 stycznia 2017 roku, a już w połowie kwietnia w jego rezydencji Mar-a-Lago jest  i Jinping. Chińczycy myśleli, że Trump to facet, którego ego kroczy 5 metrów przed nim, że zagrają na jego próżności i biznesowych instynktach, dadzą zbudować kilka kolejnych wieżowców, z pięćset pól golfowych i tysiąc zakładów produkujących damskie torebki przez imperium Ivanki, jego córki, i będzie po wszystkim. A gdy się jednak nie dał kupić, to jesienią tegoż 2017 roku zorganizowali jemu i małżonce wizytę „oficjalną plus”. Ja od momentu zakończenia pracy dyplomatycznej, a więc już od prawie piętnastu lat, wykładam protokół dyplomatyczny, a w nim nie ma pojęcia „wizyta oficjalna plus”. Jest wizyta oficjalna. No, może być od biedy wizyta cesarska. Był Pan wtedy korespondentem i widział Pan, jakie cesarskie przyjęcie Chińczycy zgotowali państwu Trump. Trump, co niecodzienne, nawet podziękował z samolotu. Wrócił do Stanów i znowu mu się jednak rachunki nie zgadzały – ponad czterysta miliardów dolarów – roczne ujemne saldo handlowe. W marcu 2018 roku rozpoczął więc wojnę handlową i celną, które trwają do dzisiaj. Następnie przyszła pandemia, podczas której rozpoczęła się wojna ideologiczna, aksjologiczna i medialna polegająca na tym, jak dokopać Chińczykowi. Należało poradzić sobie z pandemią, a na to jeszcze nałożyła się agresja rosyjska. Chiny są z Rosjanami – i mamy już wojnę ideologiczną. Jakby tego jeszcze było mało, mamy również wojnę technologiczną: czipy, półprzewodniki, sztuczną inteligencję, wyścig w kosmosie, pierwiastki ziem rzadkich itd. I teraz niech Pan to wszystko złoży razem.

Tomasz Sajewicz Marcin Jacoby Bogdan Góralczyk - Nowa gra w Chińczyka

piątek, 30 stycznia 2026



Keir Starmer wezwał do "bardziej wyrafinowanych" stosunków między Londynem a Pekinem. "Nie ma sensu chować głowy w piasek, jeśli chodzi o Chiny. W naszym interesie leży angażowanie się i nieustępowanie w kwestiach bezpieczeństwa narodowego, dlatego też udało nam się opracować spójne, kompleksowe podejście" — stwierdził brytyjski premier.

Trump został zapytany o zacieśnienie stosunków Wielkiej Brytanii z Pekinem podczas premiery filmu "Melania" w Waszyngtonie.

"To bardzo niebezpieczne dla nich" — stwierdził. W ostrych słowach wypowiedział się także na temat innego bliskiego USA kraju, wyraźnie zaznaczając strefę wpływów Ameryki. Brytyjczycy dają tymczasemdo zrozumienia, że nie zamierzają ugiąć się przed Waszyngtonem — i nie mają nic przeciwko wizycie Xi Jinpinga w Londynie.

(...)

Xi złożył pełną wizytę państwową w Wielkiej Brytanii w 2015 r. i odwiedził pub wraz z ówczesnym premierem Davidem Cameronem. Był to okres, który obecnie postrzegany jest jako "złota era" stosunków brytyjsko-chińskich. Krytycy chińskiego stanowiska w sprawie praw człowieka i szpiegostwa uważają tę podróż za jedną z najgorszych decyzji w polityce zagranicznej ery Camerona.

Kemi Badenoch, liderka opozycyjnej Partii Konserwatywnej, powiedziała: "Nie powinniśmy rozkładać czerwonego dywanu przed państwem, które codziennie prowadzi działalność szpiegowską w naszym kraju, lekceważy międzynarodowe zasady handlu i pomaga Putinowi w jego bezsensownej wojnie z Ukrainą. Potrzebujemy dialogu z Chinami, nie musimy się przed nimi kłaniać".

onet.pl\Politico


To, co dzieje się obecnie wokół Grenlandii, wykracza daleko poza ramy jednorazowego sporu dyplomatycznego. Dla Europy to próba sił i moment prawdy. Prezydent Stanów Zjednoczonych stawia Unię Europejską przed jasnym wyborem: albo pod pozorem partnerstwa transatlantyckiego zaakceptuje status wasala, albo ponownie stanie się suwerennym podmiotem zdolnym do obrony swoich interesów i integralności.

20 stycznia na sesji plenarnej Parlamentu Europejskiego w Strasburgu wygłoszone zostało płomienne przemówienie o takiej treści. Zostało nagrodzone gromkimi brawami przez parlamentarzystów ze wszystkich stron sceny politycznej. Jeszcze kilka miesięcy temu byłoby to co najmniej podejrzane, zważywszy na fakt, kto wypowiedział te słowa pod adresem republikańskiego prezydenta USA. Był to przewodniczący frakcji Patrioci dla Europy, a jednocześnie przewodniczący skrajnie prawicowej francuskiej partii Narodowe Zgromadzenie i kandydat na prezydenta Francji Jordan Bardella.

(...)

Bardella nazwał ostatnie działania Trumpa przejawem imperialnych ambicji. — To, co dzieje się dzisiaj, zapowiada konflikty jutra. Wycofanie się oznaczałoby stworzenie poważnego precedensu, który jutro dotyczyłby innych terytoriów europejskich, a pojutrze być może nawet francuskich terytoriów zamorskich, które mogłyby być narażone na podobną presję — powiedział podczas wspomnianego posiedzenia Parlamentu Europejskiego.

(...)

Według IFOP, francuskiej firmy zajmującej się badaniem opinii publicznej, obecnie 42 proc. mieszkańców Francji postrzega Stany Zjednoczone jako wroga. Przeciwne zdanie ma zaledwie 24 proc.

(...)

Podczas gdy Europa Zachodnia — w tym partie skrajne i antysystemowe — przez długi czas uważała stosunki ze Stanami Zjednoczonymi za ważne ze względów ideologicznych, Europa Środkowa i Wschodnia od zakończenia zimnej wojny kładła nacisk głównie na ich korzyści dla bezpieczeństwa. Wraz z pojawieniem się Donalda Trumpa w Białym Domu wizerunek USA w oczach wielu uległ zmianie, ale kraje, które w stosunkach z USA cenią sobie przede wszystkim partnerstwo w zakresie bezpieczeństwa, są bardziej powściągliwe w krytyce.

— Widzimy to na przykładzie Polski, krajów bałtyckich, a także Włoch — mówi politolog Maciej Ruczaj pracujący m.in. na prywatnej uczelni CEVRO w Pradze. — Myślę, że to właśnie stanowisko włoskiej premier Giorgii Meloni stanie się ostatecznie mainstreamowe. Ostatnio obserwujemy zbliżenie polityczne Meloni z niemieckim kanclerzem Friedrichem Merzem. Wydaje się, że ta dwójka jest głównym motorem europejskiej polityki. W końcu Niemcy są również znacznie bardziej umiarkowane w swoich reakcjach na działania USA niż na przykład Francja — dodaje Ruczaj.

onet.pl


Jeszcze do niedawna rynek półprzewodników lizał rany po postpandemicznej recesji. Magazyny pękały w szwach, a ceny leciały na łeb na szyję. Dziś sytuacja zmieniła się o 180 stopni, a rozkręcony na dobre boom AI znalazł sobie kolejną “ofiarę”. Tym razem padło na pamięci RAM, których cena wystrzeliła i pociągnęła za sobą zyski i wyceny wielkiej trójki. Dla konsumenta oznacza to jedno: droższe PC, ale dla inwestorów: eldorado.

Tak jak w przypadku chipów mamy do czynienia z bardzo wąskim gronem producentów, tak samo w przypadku pamięci operacyjnej w centrum tego zamieszania stoją trzej giganci, którzy kontrolują niemal 100% światowej produkcji pamięci. To koreańskie SK Hynix i  Samsung oraz amerykański Micron. 

Dlaczego to właśnie pamięć i jej producenci stali się nagle języczkiem u wagi? Jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze, a w cyfrowym świecie walutą jest nie dolar czy euro, a przepustowość. Nowoczesne LLM-y to cyfrowe giganty ważące dziesiątki gigabajtów, które muszą być błyskawicznie przesyłane do jednostek obliczeniowych. 

(...)

Czym więc jest ten „święty graal” o nazwie HBM? Aby zrozumieć różnicę, musimy spojrzeć na to, jak dane podróżują. Tradycyjna pamięć RAM (obecnie w najnowszej iteracji DDR5) w Twoim komputerze to bardzo szybki kurier na motocyklu. Porusza się szybko, ale może zabrać ze sobą tylko niewielką paczkę naraz. To świetne rozwiązanie do gier (gdyby ceny nie poszły w górę) i systemu Windows.

AI potrzebuje jednak czegoś innego. Pamięć HBM (High Bandwidth Memory) to ogromny pociąg towarowy. Może i nie pędzi tak szybko jak motocykl, ale ciągnie za sobą tysiące wagonów jednocześnie. W dodatku kontenery, które ciągnie są piętrowe - dzięki technologii pionowego układania kości (3D Stacking), inżynierowie stworzyli pamięć o niespotykanie szerokiej „bramie” przesyłowej. Zamiast jednej wąskiej ścieżki mamy tu tysiącpasmową autostradę. Efekt? Podczas gdy topowe DDR5 przesyła dane z prędkością ok. 100 GB/s, najnowsze układy HBM3e osiągają zawrotne 1200 GB/s na jeden stos. To właśnie ta brutalna przepustowość pozwala „karmić” nienasycone procesory AI.

Skoro przepustowość to pieniądz, to mennicą XXI wieku stały się fabryki w Korei i USA. To one decydują o tym, jak szybko rozwija się AI, a rynek wycenia tę władzę na miliardy dolarów. Niekwestionowanym liderem tego wyścigu stał się południowokoreański SK Hynix. Firma, która przez lata żyła nieco w cieniu Samsunga, dostarczając pamięci do naszych laptopów i smartfonów (możecie ich znać chociażby z kości RAM od G.Skill czy Kingston), postawiła wszystko na jedną kartę - rzeczone pamięci HBM (High Bandwidth Memory) i co ważne w czasie, gdy konkurencja spała.

Opłaciło się. Dziś, dzięki partnerstwie z Nvidią to właśnie kości Hynixa napędzają najpotężniejsze akceleratory AI na świecie.

W ostatnim kwartale zysk operacyjny firmy wzrósł o zawrotne 137% rdr, a inwestorzy, widząc w Hynixie głównego beneficjenta boomu, wywindowali kurs akcji o ponad 200% w zaledwie pół roku i aż 330 procent w skali całego roku. 

Tuż za nim podążają Amerykanie z Micron Technology. Ich wyniki to dowód na zmianę warty w branży. Jeszcze niedawno kondycja firmy zależała od chimerycznego rynku smartfonów, ale najnowsze raporty (za IV kwartał fiskalny) nie pozostawiają złudzeń: przychody wystrzeliły o 93% rok do roku (do 7,75 mld USD), wyciągając firmę z dołka finansowego. 

Kluczowa liczba to jednak przychody z samego segmentu serwerowego, które wzrosły o gigantyczne 152%, detronizując rynek konsumencki. Co więcej, zarząd ogłosił, że ich moce produkcyjne dla najdroższych kości HBM są już całkowicie wyprzedane. 

Giełda zareagowała na te wieści błyskawicznie - akcje poszybowały w górę, a dziś Micron wyceniany jest blisko 390 procent wyżej niż przed rokiem. 

W tej układance jest jeszcze jeden trzeci gracz - Samsung, który choć początkowo został w tyle za SK Hynix w wyścigu, teraz nadrabia zaległości masą i wolumenem produkcji. Zysk operacyjny ich działu chipów (DS Division) w ostatnim kwartale wzrósł niemal trzykrotnie kwartał do kwartału, wyciągając dywizję z miliardowych strat notowanych jeszcze rok wcześniej. W ostatnim raporcie firma pochwaliła się zyskiem na poziomie 6,45 biliona wonów (ok. 4,7 mld USD). 

Wycena w ciągu roku wzrosła z kolei o przeszło 200 procent. 

Jeśli jesteście graczami i liczyliście, że obecne wzrosty to tylko chwilowa zadyszka rynku, to tak się nie stanie. W analizach największych banków inwestycyjnych, jak podaje agencja Bloomberga, coraz częściej pada termin „Memory Supercycle”. To rzadkie zjawisko, w którym popyt strukturalnie przewyższa podaż nie przez kwartał, a przez lata. 

Skąd więc ten pesymizm dla portfeli konsumentów? Tu wracamy do brutalnej fizyki produkcji. Wyprodukowanie zaawansowanej pamięci HBM jest znacznie bardziej skomplikowane i „powierzchniożerne” niż w przypadku standardowego RAM-u. Branżowa "zasada kciuka" mówi, że moce przerobowe wafla krzemowego potrzebne do stworzenia 1 GB pamięci HBM, „pożerają” możliwość wyprodukowania aż 3 GB tradycyjnego DDR5. Producenci mają więc prosty wybór: albo produkować masowo tanią pamięć do laptopów, albo przestawić linie na ultradrogą pamięć dla Nvidii. Wybór, patrząc na marże, jest oczywisty.

Widać to zresztą już w działaniach firm i prowadzi do sytuacji wręcz kuriozalnych. Najlepszym przykładem jest tu Samsung, gdzie dział produkcji pamięci zaczął odmawiać priorytetowego kontraktowania kości do smartfonów produkowanych przez… dział mobilny Samsunga. 

Analitycy z TrendForce nie pozostawiają złudzeń - czeka nas kolejna fala podwyżek. Prognozy na pierwszą połowę 2026 roku mówią o skokach cen kontraktowych DDR5 nawet o 30-60%, chociaż dotychczasowe wzrosty i tak są już drastyczne. 

Co gorsza, rykoszetem dostaje też starszy standard DDR4, ale zamiast tanieć z racji na wymianę generacyjną, również drożeje, bo jest tańszy w zakupie i jeszcze dostępny, ale… nikt już nie chce go produkować. Mechanizmy rynkowe widać tu jak na gołej dłoni. 

Jaki jest z tego wniosek dla przeciętnego Kowalskiego? Żyjemy w czasach, w których "dane to nowa ropa", a pamięć RAM stała się tankowcem do ich przewożenia. Dopóki giganci tacy jak Google, Microsoft czy OpenAI będą toczyć wyścig zbrojeń, pompując biliony w infrastrukturę, dopóty my, konsumenci, będziemy płacić swoisty "podatek od AI" przy zakupie każdego laptopa i podzespołu.

Producenci pamięci po chudych latach wreszcie trafili na swoją żyłę złota i nie zamierzają szybko odkręcać kurka z podażą dla rynku konsumenckiego. Zwłaszcza że giganci nie planują zwalniać z tempem inwestycji. Chociażby tylko Meta w najnowszym raporcie finansowym Meta zadeklarowała, że w samym 2026 roku firma planuje wydać na infrastrukturę AI astronomiczną kwotę, między 115 a 135 miliardów dolarów. To niemal podwojenie wydatków z poprzedniego roku. 

bankier.pl


Putin wita swojego nowego pana, czyli "sukcesy" w Syrii – Władimir Władimirowicz ściska dłoń nowemu prezydentowi Syrii, który dopiero co obalił jego poprzedniego sojusznika Assada. Oczywiście Rosja, jak na bogate mocarstwo przystało, zapłaci za odbudowę syryjskich miast. Baza w Al-Kamiszli? Już jej nie ma, kolejny "gest dobrej woli". Wygląda na to, że szachy 5d Putina polegały na uwiązaniu się w wojnie trwającej dłużej niż Wojna Ojczyźniana i na braku możliwości reagowania na to co się dzieje poza Ukrainą 🤡

Prędkość kontynentalna, czyli 15 metrów dumy – "Druga armia świata" ustanowiła historyczny antyrekord w ostatnich dniach: tempo natarcia wynosi 15 metrów dziennie. To najwolniejsza ofensywa w historii wojen od 100 lat.

Rosyjski sen: Wódka, trumna i nowy dom – Mieszkanka obwodu orłowskiego szczerze wyznaje plan na życie: mąż zabija za pieniądze, ona pije. Po co iść do pracy? To jest ten słynny "Ruski Mir" w pigułce – moralne dno.

Inwestycja życia: Mąż zamieniony na telefon od oszusta – Historia z internetu, która brzmi jak ponury żart. Kobieta wysłała męża na wojnę dla pieniędzy, mąż zginął w tydzień, przyszły miliony, a ona po pijaku przelała wszystko telefonicznym oszustom, którzy na koniec krzyknęli jej w słuchawkę "Sława Ukrainie!". Patriotyzm kończy się tam, gdzie zaczyna się głupota, a pieniądze z krwi znikają szybciej niż rosyjskie rezerwy walutowe. xD

Syria się buduje, Czelabińsk zamarza – Putin obiecuje odbudowę Syrii, a tymczasem w Czelabińsku domy zamieniają się w lodowe jaskinie przy -30 stopniach. Para bucha z rur, lód na ścianach, ale urzędnicy twierdzą, że "dom jest skomplikowany". Priorytety są jasne: Arabowie dostaną nowe miasta, a Rosjanie dostaną nowe obietnice i zapalenie płuc. Przecież nie można pozwolić, by obywatele żyli lepiej niż mieszkańcy zbombardowanego Aleppo.

Bohaterowie są potrzebni tylko w telewizji – Pilot, który w 2003 roku uratował 160 pasażerów lądując w polu, teraz jest ścigany o 119 milionów rubli i pracuje jako kurier. Z kolei "bohater" obecnej wojny wrócił na wózku, bez połowy głowy i z 36 kolegów zostało ich pięciu. Wniosek? Ojczyzna kocha cię tylko wtedy, gdy jesteś mięsem armatnim, a jak przeżyjesz i zrobisz coś dobrego, to i tak cię zniszczy.

Zgniły Zachód, gdzie dają jeść – Wideo z francuskiego Auchan pokazuje półki uginające się od zablokowanych w Rosji towarów. Straszna męczarnia w tej Europie, nie to co w Rosji – stabilność, mróz i Ch**ło niedługo dłużej na stołku niż Stalin. Aż żal patrzeć, jak ci biedni Francuzi muszą jeść to mięso, zamiast cieszyć się smakiem wielkiej, imperialnej biedy.

/Streszczenie i tłumaczenie materiału wideo z YT, kanał Oszukany Rosjanin - red./

x.com/AryoSomeGumul


Zamknięty system finansowy Chin jest jednym z kluczowych filarów ich pozycji gospodarczej. To właśnie z tym walczy Trump.

Żeby to zrozumieć, trzeba sięgnąć do koncepcji Niemożliwej Trójcy, która pokazuje, że Chiny grają według zupełnie innych zasad niż kraje zachodnie.

Według koncepcji (...), dla państwa możliwe są tylko 2 z 3 opcji:  

1. Stały (zarządzany) kurs waluty.  

2. Niezależna polityka monetarna (możliwość ustalania własnych stóp procentowych).  

3. Swobodny przepływ kapitału (możliwość inwestowania pieniędzy za granicę i z zagranicy bez ograniczeń).  

Chiny świadomie rezygnują z 3-jki. Dlaczego? 

Chiny nie potrzebują zagranicznego kapitału. Ich system pozwala generować dowolną ilość kredytu i finansować co im się akurat podoba (oczywiście tworzy to ryzyko politycznych patologii). Dzięki temu np. eksport chińskich samochodów może mocno rosnąć bez równoległego drastycznego osłabienia juana.

W normalnych warunkach, gdyby Chiny miały niskie stopy procentowe, a np, USA wysokie (tak jak teraz), kapitał uciekałby z Chin, osłabiając je. W modelu chińskim ten mechanizm jest po prostu zablokowany.

Nie jest to model do wdrożenia w żadnym innym kraju. Do tego ma on szereg wad - więzi kapitał obywateli, tworzy niepotrzebne nadwyżki mocy produkcyjnych. To z kolei prowadzi do globalnych wojen cenowych, a w konsekwencji – do wojen celnych, bo świat nie jest w stanie wchłonąć tych nadwyżek bez niszczenia własnego przemysłu.

Właśnie m.in dlatego Trump sięga po cła - nie da się wygrać rynkowo z graczem, który gra na kodach i operuje poza klasyczną logiką zysku i straty.

Co ważne - w tym systemie nigdy juan nie zagrozi dolarowi - przypomnijcie sobie sytuację, kiedy Rosja chciała wykorzystać juana do interwencji.

x.com/luke_skiba


Trump skrytykował środową decyzję banku centralnego o wstrzymaniu obniżania stóp procentowych w długim wpisie na swoim portalu społecznościowym Truth Social. Mimo że decyzja była szeroko spodziewana i podjęta przez 10 z 12 członków komitetu Fed, prezydent skupił swoją krytykę na prezesie Rezerwy Federalnej Jerome Powellu, który, jego zdaniem, odmówił obniżki stóp, nie mając ku temu żadnego powodu.

"Szkodzi naszemu krajowi i jego bezpieczeństwu narodowemu. Powinniśmy mieć znacznie niższe stopy procentowe teraz, gdy nawet ten kretyn przyznaje, że inflacja nie jest już problemem ani zagrożeniem. Kosztuje Amerykę setki miliardów dolarów rocznie w całkowicie niepotrzebnych i nieuzasadnionych KOSZTACH ODSETEK" - napisał Trump.

Wbrew jego słowom Powell nie ocenił w środę, że inflacja nie jest problemem, lecz że pozostaje na podwyższonym poziomie - choć wyraził przekonanie, że jej współczynnik może zmniejszyć się w okolicach połowy roku.

Trump dodał, że USA powinny mieć niskie stopy ze względu na cła i swoją siłę, twierdząc przy tym, że inne państwa są "bankomatami wypłacającymi niskie stopy (...) tylko dlatego, że USA im na to pozwalają". Zdaniem prezydenta USA wysokie cła, które nałożył na towary z reszty świata, mogłyby być wyższe.

"Innymi słowy, byłem bardzo miły, uprzejmy i delikatny dla krajów na całym świecie. Jednym ruchem pióra do USA napłynęłoby o MILIARDY dolarów więcej, a te kraje musiałyby wrócić do zarabiania pieniędzy w tradycyjny sposób, a nie na plecach Ameryki. Mam nadzieję, że wszyscy docenią, choć wielu nie, to, co nasz wspaniały kraj dla nich zrobił" - napisał prezydent. Ocenił jednak, że cła uczyniły Amerykę "dużo silniejszą i potężniejszą niż wszelkie inne kraje" i z powodu tej siły powinny mieć najniższe stopy procentowe na świecie.

Główna instytucja decyzyjna Fed, Federalny Komitet ds. Operacji Otwartego Rynku (FOMC), zdecydowała w środę o pozostawieniu referencyjnej stopy procentowej na dotychczasowym poziomie, 3,5-3,75 proc., przerywając serię trzech kolejnych obniżek. Powell tłumaczył to postanowienie chęcią zachowania ostrożności w obliczu korzystnej sytuacji gospodarczej, nadal wysokim stopniem niepewności co do dalszych perspektyw, a także poziomem inflacji, wciąż pozostającym powyżej 2-procentowego celu Fed. Odnosząc się do ceł, Powell po raz kolejny ocenił, że większość członków FOMC uważa, że wiążą się one z jednorazową podwyżką cen, a nie długotrwałą inflacją.

PAP