środa, 28 stycznia 2026



Na początku XIX wieku na dworze cesarskim zaczęło maleć zainteresowanie Tybetem. Wraz ze słabnięciem mandżurskich Chin osłabła kontrola, stając się w połowie wieku XIX czysto nominalną: jeden z ambanów skarżył się, że jest w Lhasie gościem, nie gospodarzem. Tybet odzyskał część terenów wcielonych do pozostałych prowincji, a nawet stoczył wojny z Ladakhiem (1842) i Nepalem (1856) bez udziału Qingów. Mandżursko-chińska armia niewiele by zresztą pomogła, bo garnizon wojskowy w Lhasie stopniał do setki żołnierzy, w większości cierpiących na syfilis, zwany od tej pory w Tybecie „chińską chorobą”. Wykorzystując osłabienie imperialnego centrum, Tybetańczycy odmówili korzystania ze złotej urny, a następnie zgodzili się na rozwiązanie kompromisowe. Lamaistyczni duchowni wybierali swojego kandydata zgodnie z buddyjskimi procedurami, a potem to właśnie tabliczkę z jego imieniem cudownym trafem wyciągał z urny amban. Raz nawet, by zagwarantować wybór zgodny z wolą Buddy i cesarza, w urnie umieszczono trzy tabliczki z imieniem tylko jednego, właściwego kandydata. Potem w ogóle dano sobie spokój z urną.

Tybet rządził się sam, w izolacji, pasującej zresztą miejscowym. W 1815 roku zakazano wjazdu cudzoziemcom (czytaj: Europejczykom), których nie lubiano, bo „zagrażali buddyzmowi”. Z tego powodu nie wpuszczono do Tybetu Mikołaja Przewalskiego, który do końca życia daremnie marzył o zobaczeniu Lhasy. Raz miał nawet pozwolenie chińskich władz, ale Tybetańczycy je zignorowali. Podobnie zrobili z brytyjskimi ofertami rozwinięcia handlu i z brytyjsko-chińską delimitacją granicy w Himalajach, uczynioną ponad ich głowami. Na tle Brytyjczyków Rosjanie wydali się Tybetańczykom jednak znośniejsi, więc Dalajlama XIII zrobił ruch w ich stronę, wysyłając swoich przedstawicieli do cara. Petersburgowi to odpowiadało, Rosjanie byli zainteresowani Dachem Świata z przyczyn strategicznych (Wielka Gra z Anglią), imperialistycznych (kolejny potencjalny obszar do podboju, Rosja to lubi) oraz mistycznych – nad Wołgą wielu wierzyło, że car Aleksander I, ten od Boże, coś Polskę, wcale nie zmarł, tylko zrzekł się tronu i udał się do Tybetu. Ot, taka rosyjska wersja ezoterycznych mitów o Jezusie w Kaszmirze.

W efekcie doszło do krótkotrwałego zbliżenia tybetańsko-rosyjskiego. Car gościł wysłanników dalajlamy, Tybetańczycy zaczęli wpuszczać rosyjskich szpie…, znaczy: podróżników, krążyły plotki o dostawach rosyjskiej broni. Wszystko to bardzo denerwowało Brytyjczyków, co w połączeniu z odrzucaniem przez Tybetańczyków propozycji rozmów i konsekwentną izolacją przywiodło wicekróla Indii, lorda Curzona (tego od późniejszej wschodniej linii granicznej Polski), do decyzji o zbrojnej interwencji w Tybecie.

Poprowadził ją w latach 1903–1904 pułkownik Francis Younghusband, wówczas kiplingowski imperialista, uczestnik Wielkiej Gry i rywal polskiego generała carskiej armii Bronisława Grąbczewskiego w Pamirze. Younghusband po kolonialnemu szybko rozwiązał spory: karabiny maszynowe Maxim okazały się skuteczniejsze od tybetańskich świętych amuletów chroniących przed kulami. Zginęło od sześciuset do trzech tysięcy Tybetańczyków przy stratach Brytyjczyków wynoszących około czterdziestu poległych. Lhasa padła, Dalajlama uciekł do Mongolii, Younghusband wymusił otwarcie handlu i wkrótce po tym wrócił do Indii. Historia ta skończyłaby się jak wiele podobnych w czasach  kolonialnych, jednoliniową wzmianką w zakurzonych podręcznikach lub zatartą inskrypcją na którymś z pomników brytyjskich w Kalkucie, gdyby nie jedno.

W Tybecie Younghusband miał wizję. Już po zmasakrowaniu Tybetańczyków i zajęciu Lhasy brytyjski komisarz doświadczył objawienia w tybetańskich Himalajach. Odczuł „miłość do całego świata”, zrozumiał, że „ludzie są w swoich sercach bogami”, a nawet pożałował podboju Tybetu. Był to początek jego ewolucji z kolonialnego oficera w pradziadka hippisów. Zaczął wierzyć w kosmiczne promienie; telepatię; Matkę Ziemię oraz obcych na planecie Altair; szukał nowego Chrystusa i wszystko to opisał w licznych książkach. Dołączył do rosnącej od drugiej połowy XIX wieku grupy zachodnich poszukiwaczy sensu życia z pomocą mądrości Wschodu, obejmującej między innymi amerykańskiego oficera Henry’ego Steela Olcotta i rosyjską szlachciankę Jelenę Bławatską, założycieli Towarzystwa Teozoficznego, tłumaczkę buddyjskiego kanonu z Pali Carolyn Rhys-Davies, malarza symbolistę Nikołaja Roericha i wielu innych.

Takie były prapoczątki ruchu New Age.

Michał Lubina - Chiński obwarzanek


Gdy KPCh przejęła władzę w Chinach pod koniec lat 40., wprowadziła centralnie zarządzaną gospodarkę planową. W 1958 Mao Zedong utworzył system dziedzicznego zezwolenia na pobyt stały, który określał, gdzie ludzie mogli pracować. Mieszkańcy zostali, najogólniej mówiąc, skategoryzowani jako pracownicy „miejscy” lub „wiejscy”. Pracownik chcący przenieść się ze wsi do miasta by podjąć pracę w sektorze innym niż rolniczy, musiał ubiegać się o pozwolenie w odpowiednich organach administracji. Liczba pracowników, którym pozwalano na takie przeniesienie była ściśle kontrolowana. Migrujący pracownicy potrzebowali sześciu pozwoleń, by starać się o pracę w prowincji innej niż ich pierwotna. Osobom, które pracowały poza obszarem, do którego zostały oficjalnie przypisane, nie przysługiwały racje zboża, zakwaterowanie z miejsca pracy lub opieka zdrowotna. Edukacja, zatrudnienie, małżeństwo i inne aspekty życia były kontrolowane.

Założeniem hukou miało być ograniczenie masowej migracji z obszarów wiejskich do miast dla zapewnienia równowagi strukturalnej w obliczu istnienia ogromnej populacji ubogich rolników. System hukou był narzędziem scentralizowanej gospodarki planowej. Poprzez regulację pracy gwarantował licznym przedsiębiorstwom państwowym odpowiednią liczbę nisko opłacanych pracowników.

Przez pewien okres Chińskie Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego kontynuowało uzasadnianie systemu hukou na podstawie przesłanki o porządku publicznym, a także dostarczało danych demograficznych dla rządowej polityki centralnego planowania.

System hukou jest usprawiedliwiany przez niektórych uczonych jako podnoszący stabilność Chin dzięki lepszemu monitorowaniu „osób namierzonych”, które według standardów partii są politycznie podejrzane. Ciągle pozostaje to istotną funkcja hukou.

Od około roku 1953 do 1976 policja okresowo robiła obławy na osoby nie posiadające ważnego pozwolenia stałego pobytu, umieszczała je w centrach zatrzymań i wydalała z miast. Przepisy administracyjne wydane w roku 1982, znane jako „areszt i repatriacja” upoważniały policję do zatrzymań ludzi i ich „repatriacji” do miejsca stałego zamieszkania.

Chociaż w teorii od jednostki wymaga się, by mieszkała na terenie, do którego jest przypisana na mocy zezwolenia, w rzeczywistości system w dużej mierze się załamał. Po reformach rynku w Chinach nieoficjalna migracja do miast i znalezienie pracy bez ważnego zezwolenia stały się możliwe. Reformy ekonomiczne stworzyły naciski, które pobudziły migrację z głębi kraju na wybrzeże. Dostarczyły również impulsu dla władz do niewprowadzania kontroli migracji.

(...)

Od około roku 1953 do 1976 egzekwowanie praw związanych z miejscem zamieszkania doprowadziło do wyodrębnienia się najniższej klasy społecznej. Podczas gdy mieszkańcy miast cieszyli się gamą społecznych, ekonomicznych i kulturowych korzyści, ośmiuset milionowa populacja wsi chińskiej była traktowana jako obywatele drugiej kategorii. Tym niemniej jednak partia rządząca poczyniła pewne ustępstwa względem rolników, by uczynić życie na wsi możliwym do zniesienia.

W latach 1978–2001 Chiny przeszły od kapitalizmu państwowego do kapitalizmu rynkowego. Na obrzeżach miast stworzono strefy produkujące towary na eksport, gdzie pracownikami w najcięższych warunkach były głównie kobiety. Ograniczenia mobilności imigrantów były wszechobecne. Tymczasowi pracownicy byli zmuszani do niepewnej egzystencji w noclegowniach firm lub w slumsach.

Wpływ systemu hukou na imigrantów stał się szczególnie uciążliwy w latach 80., po tym jak setki milionów osób zostały wypchnięte z państwowych korporacji i spółdzielni. Od lat 80. około 200 milionów Chińczyków żyje poza oficjalnym miejscem zameldowania. W miastach cierpią z powodu o wiele niższego dostępu do edukacji i usług rządowych. Pod pewnymi względami ich status społeczny i ekonomiczny jest podobny do statusu nielegalnych imigrantów. Miliony rolników, którzy opuścili swe ziemie, utknęło na marginesie miejskiego społeczeństwa. Oskarża się ich tam o bycie przyczyną rosnącej przestępczości i bezrobocia. Pod presją mieszkańców miast (posiadających miejski hukou), ich władze wprowadzają dyskryminujące prawa.

System hukou jest nazywany „chińskim apartheidem”. Stopniowe rozluźnianie pewnych represyjnych aspektów systemu hukou od połowy lat 90. w dużym stopniu wyeliminowało przestrzenny wymiar apartheidu. Jednak hukou ciągle jest dziedziczny, więc główny element społecznego apartheidu pozostaje niezmienny.

(...)

Niektórzy uczeni z Chin kontynentalnych uważają, że system hukou, pomimo iż jest dyskryminujący, nie jest gorszy niż system paszportowy zatrzymujący obywateli krajów rozwijających się przed osiedleniem się na Zachodzie. System ten został nazwany globalnym apartheidem. /Piękna bzdura - red./

pl.wikipedia.org

wtorek, 27 stycznia 2026



Wojska rosyjskie kontynuują zmasowane ataki kombinowane na infrastrukturę energetyczną. Od 20 stycznia wieczorem do 27 stycznia rano agresor użył łącznie 1072 dronów, z czego 965 uderzeniowych „szahedów”, oraz 24 pocisków balistycznych i manewrujących. Obrońcy zadeklarowali zneutralizowanie 929 bezzałogowców oraz zestrzelenie 14 rakiet.

Do najbardziej zmasowanego ataku doszło w nocy z 23 na 24 stycznia, kiedy to Rosja użyła ponad 375 dronów i kilkunastu rakiet różnego typu (m.in. przeciwokrętowych pocisków Cyrkon). Celami były obiekty infrastruktury energetycznej i mieszkalnej w Kijowie (jedna osoba zginęła, kilka zostało rannych, a ponad 800 tys. abonentów pozostało bez prądu), w Charkowie (atak trwał dwie i pół godziny, rannych zostało 30 osób, uderzono m.in. w szpital położniczy) i innych miastach (łącznie ponad 170 obiektów, w tym 80 budynków mieszkalnych). W ataku na stolicę uszkodzone zostały m.in. budynki kompleksu klasztornego Ławry Peczerskiej, wpisanej na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Jak podkreśliła 25 stycznia premier Julija Swyrydenko, skutki uderzenia, ze względu na uszkodzenia wyrządzone w poprzednich dniach oraz nadzwyczaj trudne warunki pogodowe, były dla sektora energetycznego najpoważniejsze od 2022 r. – aż 85% odbiorców na całej Ukrainie miało zostać pozbawionych dostępu do energii elektrycznej (jak dotąd udało się przywrócić dostawy prądu dla 60% użytkowników).

W ciągu ostatniego tygodnia celami ataków rosyjskich były obiekty infrastruktury energetycznej na całej Ukrainie – ucierpiały Zaporoże (20, 21, 25 stycznia – atak trwał łącznie kilkanaście godzin), Krzywy Róg (21 stycznia), Charków (20, 21, 23, 25, 26 stycznia – pozbawionych prądu zostało ponad 1,1 mln mieszkańców miasta i całego obwodu charkowskiego), Chersoń (21 i 27 stycznia – trafiony został m.in. wieżowiec mieszkalny w centrum miasta), Dniepr (22 stycznia), Sumy (23 stycznia), Odessa (26 i 27 stycznia) oraz miejscowości w obwodach żytomierskim (23 stycznia), czernihowskim (24 stycznia), mikołajowskim (26 stycznia) i lwowskim (27 stycznia).

W nocy z 22 na 23 stycznia Siły Obrony Ukrainy dokonały ataku bezzałogowych statków powietrznych na należące do spółki Pienzanieftieprodukt magazyny paliw w Penzie. Opublikowane zdjęcia satelitarne świadczą o tym, że całkowicie zniszczony został co najmniej jeden zbiornik paliwa, zaś kilka innych nosi ślady uszkodzeń. Baza ta to część koncernu Rosniefti i jeden z największych obiektów paliwowych w regionie. W jej skład wchodzi 18 zbiorników o łącznej pojemności ok. 21,6 tys. m³. Obiekt odpowiada za zaopatrywanie w paliwa sektora cywilnego i jednostek wojskowych Federacji Rosyjskiej oraz pełni funkcję regionalnego punktu przeładunkowo-dystrybucyjnego. Penza znajduje się ponad 500 km od granicy z Ukrainą.

W nocy z 25 na 26 stycznia ukraińskie drony uderzeniowe zaatakowały infrastrukturę rafinerii Sławiańsk EKO w Sławiańsku nad Kubaniem w Kraju Krasnodarskim. Zgodnie z komunikatem opublikowanym przez Sztab Generalny Sił Zbrojnych Ukrainy trafione miały zostać elementy instalacji przerobu ropy naftowej. Skala zniszczeń pozostaje jednak nieznana.

(...)

26 stycznia Fedorow poinformował, że jednostki wojskowe, które przystąpiły do programu „Armia Dronów. Bonus” wyeliminowały w ubiegłym roku 240 tys. rosyjskich żołnierzy, a także dokonały 62 tys. trafień w lekki sprzęt wojskowy wroga, 29 tys. trafień w sprzęt ciężki oraz 32 tys. w bezzałogowe statki powietrzne. Ogółem ukraińskie drony są odpowiedzialne za prawie 820 tys. trafień w cele nieprzyjaciela. Wśród najbardziej skutecznych formacji znalazły się Ptaki Madiara, Jednostka Specjalna SBU Alfa oraz Grupa Łazara.

21 stycznia ukraiński wywiad wojskowy (HUR) opublikował dane dotyczące przedsiębiorstw zaangażowanych w produkcję rosyjskich pocisków manewrujących 9M727 wykorzystywanych w systemie rakietowym Iskander-K. Według ustaleń wywiadu kluczowym przedsiębiorstwem w cyklu produkcyjnym jest Biuro Badawczo-Konstrukcyjne „Nowator”, należące do koncernu Ałmaz-Antiej. HUR ujawnił również dane dotyczące 39 rosyjskich oraz jednego białoruskiego przedsiębiorstwa, które uczestniczą w produkcji głowic bojowych, silników turboodrzutowych i ich komponentów, satelitarnych oraz bezwładnościowych systemów nawigacyjnych, a także innych elementów elektronicznych wykorzystywanych w pociskach Iskander-K. Szczególną uwagę wywiad zwrócił na fakt, że 8 z 41 wymienionych przedsiębiorstw nadal nie zostało objętych sankcjami żadnego z państw należących do koalicji sankcyjnej. Wśród nich znalazły się m.in.: Tambowskie Zakłady „Elektropribor”, JSC „Wysokie Technologie” i Wołżańskie Zakłady Elektromechaniczne.

24 stycznia zastępca szefa Służby Wywiadu Zagranicznego Ukrainy Ołeh Łuhowskyj wskazał, że białoruski kompleks wojskowo-przemysłowy został silnie zintegrowany z rosyjskim, a ponad 80% białoruskich firm uczestniczy w realizacji Rosyjskiego Państwowego Zamówienia Obronnego oraz Państwowego Programu Zbrojeń Rosji na lata 2025–2034. Białoruskie przedsiębiorstwa zajmują się m.in.: naprawą broni pancernej i rakietowo-artyleryjskiej, obsługą sprzętu łączności i systemów automatycznego sterowania, serwisem sprzętu lotniczego, dostarczaniem pocisków artyleryjskich i systemów bezzałogowych.

Podczas wystąpienia na Forum w Davos 22 stycznia prezydent Wołodymyr Zełenski przekonywał, że Rosja traci obecnie 35 tys. żołnierzy miesięcznie. Stanowi to według niego znaczący skok w porównaniu do szacunków sprzed roku, gdy najeźdźca tracił 14 tys. żołnierzy miesięcznie. Podkreślił przy tym, że armia rosyjska mobilizuje od 40 tys. do 43 tys. ludzi miesięcznie, jednak ok. 10–15% z nich dezerteruje lub zostaje rannych podczas walk.

24 stycznia podczas ataku na śmigłowce w rejonie Kropywnyckiego siły rosyjskie po raz pierwszy użyły „szahedów” wyposażonych w terminale satelitarne Starlink. Dzięki temu Rosjanie są w stanie na bieżąco koordynować lot bezzałogowców i precyzyjnie trafiać w cel.

23 stycznia ukraińska Służba Wywiadu Zagranicznego podała, że Kreml zatwierdził tzw. Strategię zrównoważonego rozwoju obwodu azowskiego do 2040 r. – dokument, który pod pozorem długofalowego planowania społeczno-gospodarczego ma na celu uzasadnienie nielegalnej aneksji tymczasowo okupowanych terytoriów Ukrainy oraz ich włączenie do rosyjskiej przestrzeni prawnej, administracyjnej i gospodarczej. Strategia formalnie obejmuje siedem podmiotów Federacji Rosyjskiej, w tym Autonomiczną Republikę Krymu oraz okupowane obwody: doniecki, ługański, chersoński i zaporoski. Dokument stanowi kolejny krok w kierunku legitymizacji okupacji przy użyciu narzędzi biurokratycznych i ekonomicznych. Zakłada m.in.: poprawę jakości usług komunalnych dla 2,58 mln osób, stworzenie „komfortowych warunków życia” dla 750 tys. mieszkańców, osiągnięcie poziomu 23,6 mln przyjazdów turystycznych rocznie. Zapowiedziano również utylizację zatopionych statków na Morzu Azowskim oraz daleko idące zmiany w systemach gospodarki wodnej rzek Don i Dniepr. W dokumencie nie znalazły się informacje o źródłach finansowania strategii.

21 stycznia mer Kijowa Witalij Kliczko przekazał, że od początku roku ze stolicy Ukrainy wyjechało ok. 600 tys. osób. Biuro prasowe mera wyjaśniło, że liczba ta opiera się na danych rozliczeniowych operatorów telefonii komórkowej. Na obecną sytuację wpływają m.in. wyjazdy mieszkańców do innych miast, przedłużone ferie, a także nauka zdalna – wielu studentów uczestniczy w zajęciach online, przebywając poza stolicą. 23 stycznia Kliczko zaapelował do mieszkańców – zarówno tych, którzy pozostają w mieście, jak i tych, którzy mają możliwość opuszczenia go – o przygotowanie zapasów żywności, wody oraz niezbędnych leków. Jak podkreślił, sytuacja jest bardzo trudna i może ulec dalszemu pogorszeniu.

Kijowska Miejska Administracja Wojskowa nie potwierdziła doniesień o wyjeździe ponad pół miliona osób, twierdząc, że gdyby ze stolicy wyjechała tak duża liczba abonentów, którym dostarczana jest energia elektryczna, sytuacja w energetyce prawdopodobnie nie byłaby tak krytyczna. 26 stycznia prezydent Zełenski poinformował, że w Kijowie niemal 60% odbiorców pozostaje bez dostaw energii elektrycznej, a ok. 1,2 tys. bloków mieszkalnych w stolicy nadal nie ma ogrzewania. Wskazał zarazem, że najtrudniejsza sytuacja panuje też w obwodach kijowskim, charkowskim, sumskim, czernihowskim oraz dniepropetrowskim. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych zwiększa liczbę punktów wsparcia i ogrzewania dla mieszkańców (w Kijowie funkcjonuje obecnie ponad 1,3 tys. tzw. punktów niezłomności, zapewniających mieszkańcom dostęp do podstawowych usług w warunkach kryzysowych). Zełenski zaznaczył, że kluczowe jest utrzymanie działania stacji bazowych łączności komórkowej. Premier oraz minister obrony mają zweryfikować dane dotyczące zwolnienia od służby wojskowej pracowników firm energetycznych i przedsiębiorstw komunalnych usuwających skutki rosyjskich ataków.

osw.waw.pl


Milblogerzy: Kontrolowana opozycja

Zachodnie media czasem przedstawiają rosyjskich "blogerów wojennych" - milblogerów - jako niezależnych świadków, "prawdę opowiadających". To bardzo naiwne. W Rosji nie ma niezależności. Jest jedno - stopień przywiązania do systemu.

Blogosfera "Z" - tak się ją czasem określa - narodziła się z rozczarowania. W 2022 roku oficjalne komunikaty Ministerstwa Obrony Rosji stały się nieważliwe nawet dla własnych żołnierzy. Przepaść między słowami a rzeczywistością była zbyt wielka.
Kreml stanął przed wyborem. Albo monopolizować całą informację (bardzo trudne i ryzkowne) - i zostać ośmieszonym. Albo pozwolić krytyce taktycznej, logistycznej, personalnej - pod warunkiem, że strategiczna będzie zakazana.
Wybrał drugie. Efektem jest sieć kanałów Telegramu, które każdego dnia opowiadają o porażkach, korupcji, głupich generałach - ale zawsze kończą się słowami: trzeba walczyć. Trzeba mobilizować się. Trzeba wygrać. 

Te kanały rosną szybko. Np. "Dwaj Majorowie" zwęszyli zasięgi z 740 tysięcy do 1,17 miliona subskrybentów w ciągu kilku miesięcy. Czemu? Bo prawie mówią prawdę. Prawie jest tu różnicą.

Reguły tej gry są nienazwane, lecz jasne - Krytykować można logistykę, taktykę, generałów. Krytykować nie można decyzji Putina, celów wojny, samej operacji. Ton musi być: patriota rozczarowany, ale nie zdrajca.

I to działa. 

Kreml toleruje to, bo to wentyl bezpieczeństwa. Ludzie mogą wrzeszczeć w kanałach Telegramu - i nie będą się buntować. Służy to wszystkim i dla obywateli, gdyż są "alternatywnie" doinformowani, a i  blogerzy zyskują zasięg oraz znaczenie, Kreml ma nad tym ma kontrolę.
Ale ta kontrola jest pozorna. Bo nikt w tych kanałach nie wie, że mogą być wykorzystywane do czegoś innego.

Pytanie czy milblogerzy wiedzą, co publikują?

To jest centralne pytanie mojej analizy. Gdy kanał Z-blogera publikuje szczegółową narrację o tablecie Achmedowa - czy opowiadają fakt, który znają z wewnątrz? Czy publikują dezinformację, którą komuś zależy rozpowszechniać? Czy może konstruują narrację ex post facto z rzeczy, które widzieli, ale źle je zinterpretowali? 

Odpowiedź jest prosta - nie wiemy. I to jest właśnie sedno gry cieni.

x.com/Maciej_Korowaj


PAP: Kim przed strajkiem w Stoczni Gdańskiej był Lech Wałęsa?

Krzysztof Brożek: W sierpniu 1980 roku nie miał jeszcze skończonych 37 lat. Był żonaty, niedawno urodziło mu się szóste dziecko. Należał do nielegalnych Wolnych Związków Zawodowych. Jako reportażysta i historyk staram się przede wszystkim słuchać innych, a nie komentować i oceniać. Ale jeśli już miałbym pokusić się o charakterystykę Lecha Wałęsy, to powiedziałbym, że jest to self-made man. Pochodzi z chłopskiej rodziny, wyrwał się ze wsi, wyjeżdżając do Gdańska, gdzie został elektrykiem w stoczni. W tamtym czasie to już był wyznacznik awansu, a w nim mimo to wciąż grała ambicja, by osiągnąć coś więcej. Znajdował się w różnych sytuacjach, stykał się z różnymi ludźmi i ciągle podpatrywał, uczył się i tworzył siebie na nowo.

PAP: Rozmawiał pan z kolegami i sąsiadami Wałęsy ze Stogów. Jak go postrzegało najbliższe środowisko?

K.B.: Ci, którzy byli mu nieżyczliwi, widzieli w nim megalomana i człowieka pazernego na życie. Ci, którzy mu sprzyjali, dostrzegali pracowitość, aktywność i charyzmę. Wydaje się, że mówili o tej samej cesze Wałęsy, tylko w zależności od własnego nastawienia oceniali ją negatywnie lub pozytywnie. Każdy w jego środowisku się zmieniał, ale Wałęsa dokonywał zmian z jakąś zapalczywością, coś go pchało i kazało być aktywnym nawet w sytuacjach, w których to innych drażniło, a nawet mogło mu zaszkodzić.

(...)

PAP: Wałęsa podpisał zobowiązanie do współpracy 21 grudnia 1970 roku, kilka dni po masakrze robotników, gdy wojsko i milicja zastrzeliły 16 osób. Został zastraszony?

K.B.: Na około ośmiuset zatrzymanych w tych dniach demonstrantów dokumenty współpracy podpisało stu czterdziestu. Z samej Stoczni Gdańskiej – trzydziestu kilku. Spośród różnych komitetów strajkowych na Wybrzeżu – czternastu. Wałęsa nie powiedział o tym podpisie nawet żonie. Jak wyglądały takie werbunkowe przesłuchania, opowiedział mi stoczniowiec Jerzy K., TW „Kolega”, który swojej późniejszej żonie też o tym nie wspomniał. Został wezwany na przesłuchanie, bo esbecja dowiedziała się, że ukrywa broń. Milicjant posadził go na krześle i zostawił samego w pokoju. Po długim czasie drzwi się otworzyły i weszło dwóch nieumundurowanych esbeków. Jeden stanął z przodu, drugi z tyłu. Jeden miał do niego powiedzieć coś w tym sensie: „Ty skurwysynu, co ci się partia i nasz system nie podoba?”.

Nim zdążył odpowiedzieć, otrzymał uderzenie na tyle silne, że spadł z krzesła. Podniósł się, usiadł z powrotem, a funkcjonariusze wyszli.

Wrócił milicjant, zabrał go na pobranie odcisków palców i znów zostawił samego w pokoju na długi czas. Wrócili esbecy i powiedzieli mu, że jego sytuacja jest tragiczna i zaczęli go zastraszać: „Pistolet przecież miałeś, po to braliśmy te odciski palców, odciski są twoje, z tego pistoletu strzelano w Białostockiem chyba i został zraniony człowiek, i piętnaście lat masz na dzień dobry”. Gdy się odezwał, znów otrzymał cios. Zalał się krwią, stracił dwa zęby, kazali mu wyjść i w łazience przepłukać usta. Gdy wrócił, czekało na niego, jak powiedział, „dwóch bardzo dobrych wujków”. Zaczęli go przepraszać, przeklinać poprzedników, zaproponowali mu papierosa i kawę. W końcu jeden powiedział: „Jeśli ty nam pomożesz, to my tobie pomożemy. My będziemy się z tobą kontaktować, chcemy na bieżąco wiedzieć, jaka jest sytuacja w stoczni. Umowa jest taka: dopóki nie jesteś wrogiem systemu, nie ma sprawy w sądzie”. Dali mu do podpisania dokument, że nie będzie z nikim o tym rozmawiał.

PAP: To wiarygodna relacja?

K.B.: Dla mnie tak. Mimo upływu lat, widziałem, jak Jerzy K. podczas opowiadania cały drżał i co chwilę musiał uspokajać się wypaleniem papierosa. Aż momentami czułem niezręczność nagrywania, bo sam, siedząc za kamerą, miałem skojarzenie, że tym razem ja go przesłuchuję.

PAP: Na czym polegała działalność Wałęsy jako TW?

K.B.: Największą aktywność TW „Bolek” przejawiał przez pierwsze kilkanaście miesięcy od zwerbowania. Jego zadaniem było obserwować nastroje wśród załogi i meldować o planowanych strajkach. Po Grudniu ‘70, po donosach kolegów, nie tylko zresztą „Bolka”, bardziej aktywnych robotników spotkały realne represje: zwolnienie z pracy, przeniesienie na gorsze stanowisko, cofnięcie meldunku w Gdańsku, zwolnienie żony z pracy, niekończące się wezwania na formalne i nieformalne przesłuchania, pogróżki, pobicia. Trzeba pamiętać, że donosy „Bolka” nie były jedynym powodem do stosowania represji. SB nie ufała swoim źródłom. Dobrym przykładem jest TW „Kolega”, o którym opowiadałem. Donosił  na „Bolka”, a „Bolek” na niego. Może nam się to wydawać smutnym paradoksem, ale to tylko zwykła esbecka kuchnia. Źródła donosiły na siebie, bo SB ich w ten sposób kontrolowała, a ich informacje weryfikowała.

W esbeckich materiałach znalazłem taką charakterystykę „Bolka”: „jest to człowiek bardzo wybuchowy, częstokroć nie analizuje swoich wypowiedzi, potrafi z rzeczy stosunkowo błahych robić problemy. W związku z tym musi być często kontrolowany”.

Po kilkunastu miesiącach jego aktywność osłabła, bo większość niepokornych została już ze stoczni usunięta, a sytuacja opanowana.

PAP: W autobiograficznej „Drodze nadziei” Wałęsa napisał: „W pracy wspominam ten okres jako okres porażek ludzkich i zawodowych, okres moralnych klęsk”.

K.B.: Jeden z donosów kończy słowami: „Mój cel jedyny i nadrzędny wychować porządnie i bezkolizyjnie dzieci, ja już się nie liczę – częściowo przegrałem życie – ale to wielki splot wydarzeń”. W 1972 roku „Bolek” pokwitował tylko trzy gratyfikacje, ostatnią w maju, na łączną sumę 1600 zł – to wartość niecałej miesięcznej pensji. W następnym roku dwa pokwitowania, a liczba donosów zmalała do trzynastu w stosunku do z 51 w 1971 roku. Można przyjąć, że niezbyt liczne gratyfikacje były już wtedy dla SB tylko formą podtrzymania kontaktu z mało już aktywnym tajnym współpracownikiem. W 1975 roku aktywność TW „Bolka” spadła do zera.

PAP: Z pańskiej książki „Wałęsa. Gra o wszystko” wynika, że w tym czasie Wałęsa coraz częściej wchodził w konflikt z przełożonymi.

K.B.: Wałęsa coraz częściej krytykował kierownictwo wydziału i stoczni, a wobec pogarszającej się sytuacji w kraju punktował wzrost cen, niskie zarobki, męczące nadgodziny oraz nieudolność partii i administracji. Rząd uważał za śrubę, partię w stoczni porównywał do przedłużenia tej śruby, a związkowców uległych władzy do manekinów. „Pytam się, gdzie po obronę może zwrócić się jednostka napotykająca się na złego szefa czy przełożonego. Czy zawsze musi być pokonana i odejść ze spuszczoną głową? (…) Chcemy oszczędzać i szukać rezerw, ale weście się do pracy kierownicy, projektanci, dajcie przykład na najprostrzą, łatwiejszą drogę. Przecież przykłady można mnożyć, widać waszą ułomność” – to fragment przemówienia, które sam zapisał na kartce, a następnie przekazał SB. Ale esbecy nie chcieli słuchać jego rad, tylko zagrozili mu zwolnieniem z pracy, jeśli nie powściągnie swojego temperamentu. Tak się nie stało. Przeciwnie – Wałęsa uznał, że jego zwolnienie byłoby bezprawne, więc próbował interweniować u dyrektora i związków zawodowych. Koniec końców 30 kwietnia 1976 roku po przepracowaniu prawie dziewięciu lat w stoczni został zwolniony. Półtora miesiąca później został wyrejestrowany jako TW.

Z ostatnich notatek o nim można się dowiedzieć, że krzyczał na esbeków przez telefon, był arogancki, nie chciał nawet się z nimi spotkać.

dzieje.pl

poniedziałek, 26 stycznia 2026



W odróżnieniu od znacznej części rosyjskiego sektora energetycznego – branż węglowej, gazowej czy naftowo-paliwowej – od czasu rozpoczęcia przez Moskwę pełnoskalowej agresji na Ukrainę Państwowa Korporacja Energii Jądrowej Rosatom odnotowuje stabilny wzrost przychodów. Według publikowanych przez podmiot sprawozdań finansowych w latach 2022–2024 udało mu się zwiększyć zarówno wpływy zagraniczne, jak i łączne.

Według sprawozdania za 2024 r. wzrost wpływów generowany jest m.in. poprzez realizację kontraktów na budowę reaktorów za granicą, co stanowi newralgiczny rodzaj aktywności Rosatomu. Działalność ta od lat należy do narzędzi urzeczywistniania ambicji Moskwy w sferze jądrowej. Umocnienie pozycji w zakresie budowy i modernizacji obiektów nuklearnych ma przynosić korzyści zarówno gospodarcze, jak i polityczne. Wznosząc reaktory na rynkach zagranicznych, spółka czerpie zyski od państw odbiorców spłacających zobowiązania za usługę i użytkowaną technologię. Inwestycjom często towarzyszą też długoletnie umowy na dostawy produkowanego w Rosji paliwa jądrowego bądź wsparcie w obsłudze instalacji.

Z politycznego punktu widzenia współpraca ta długoterminowo wiąże kraje trzecie z FR w dziedzinie bezpieczeństwa energetycznego, choć głębokość tej relacji zależy od rodzaju kontraktu i innych elementów oferty (m.in. finansowania oraz statusu własnościowego elektrowni). W tym kontekście szczególnie istotną rolę odgrywają projekty kreujące stosunek zależności na wiele lat przez chociażby konieczność spłaty kredytu bądź strukturę własnościową spółki celowej. W promowanej przez giganta formule build-own-operate reaktor stanowi właściwie rosyjską własność, nad którą miejscowe władze nie mają kontroli.

Rosatom szczyci się dominacją na globalnym rynku eksportu technologii jądrowych – odpowiada jakoby za blisko 90% inwestycji na nim. W rzeczywistości zaś pod koniec 2025 r. podpisane umowy zobowiązały Rosjan do budowy 22 reaktorów w siedmiu państwach, podczas gdy obecnie powstaje na świecie ok. 60–70 takich obiektów. Projekty korporacji różnią się pod względem m.in. stopnia jej zaangażowania, rodzaju finansowania, a także stadium zaawansowania. Instalacje te wznoszone są przede wszystkim w Azji (Turcja, Iran, Chiny, Bangladesz i Indie) oraz na Węgrzech i w Egipcie. We wszystkich przypadkach prace rozpoczęto jednak przed 2022 r. Trzy nowe przedsięwzięcia ogłoszone w ostatnich trzech latach (Kazachstan, Uzbekistan i Iran) nie zostały natomiast jeszcze sformalizowane poprzez zawarcie konkretnych umów.

Silna pozycja Rosatomu jako dostawcy technologii bierze się w pierwszej kolejności ze struktury koncernu oraz państwowego wsparcia finansowego dla niego. Dla potencjalnego klienta zainteresowanego budową elektrowni nuklearnej korporacja to zaopatrzeniowiec kompleksowy, tzw. one-stop shop. Powiązane z nią spółki oferują bowiem usługi z całego zakresu łańcucha wartości cywilnej energetyki jądrowej – projektowania, budowy, wyszkolenia kadry technicznej czy dalszej obsługi obiektu wraz z zapewnieniem dostaw paliwa. Jednocześnie oferta może zostać podparta finansowaniem znacznej części inwestycji (a nawet całości) za pomocą nisko oprocentowanego kredytu udzielanego przez rosyjskie podmioty, często na podstawie umowy międzyrządowej.

Te dwa elementy sprawiają, że giganta postrzega się jako atrakcyjnego oferenta na rynku. Ewentualni konkurenci – przede wszystkim z państw zachodnich – nie są w stanie samodzielnie przedstawić podobnie kompleksowej propozycji realizowanej w ramach jednej struktury, co wymusza tworzenie rozbudowanych konsorcjów, komplikujących i wydłużających prace. Możliwość pełnego pokrycia przez stronę rosyjską kosztów budowy zdecydowanie odróżnia Rosatom od firm zachodnich, które zazwyczaj wymagają współfinansowania ze strony kraju odbiorcy. Jest to istotna przewaga rosyjskiej oferty z perspektywy państw niedysponujących wystarczającymi środkami dla tak kapitałochłonnych inwestycji, przy czym warto zaznaczyć, że równocześnie takie postępowanie stanowi duże obciążenie dla Moskwy. Ten model zakłada bowiem ulokowanie dużych funduszy bez gwarancji korzystnego zwrotu. Pożyczki są często udzielane na niski procent, a kapitał wykłada głównie państwo rosyjskie.

Kreml nie zdecydował się też na wykorzystanie giganta do celów politycznych poprzez nakaz wstrzymania eksportu paliwa czy świadczenia usług dla przedsiębiorstw z Zachodu w ramach szantażu energetycznego, tak jak miało to miejsce w przypadku Gazpromu i umyślnego redukowania dostaw gazu ziemnego do Europy od 2021 r. Warto przy tym zaznaczyć, że na poziomie retorycznym władze dopuszczały taką możliwość, a w odpowiedzi na amerykańskie ograniczenia dotyczące importu wzbogaconego uranu z Rosji Kreml wprowadził restrykcje na eksport tego towaru do Stanów Zjednoczonych – w praktyce jest to jednak martwa regulacja. Względna swoboda działalności Rosatomu pozwala mu na utrwalenie reputacji rzetelnego kontrahenta, nieuwzględnianego w politycznych kalkulacjach Moskwy.

Pomimo uprzywilejowanej pozycji na globalnym rynku podmiot doświadczył jednak trudności w obszarze wznoszenia elektrowni jądrowych po 2022 r. Powstała po rosyjskiej inwazji na Ukrainę nowa sytuacja międzynarodowa poskutkowała utratą przez niego jednego z projektów. Realizowaną przez spółkę córkę korporacji – Atomstrojeksport – budowę jednostki na fińskim półwyspie Hanhikivi zarzucono w maju 2022 r. Wówczas to miejscowy kontrahent Fennovoima zerwał kontrakt, tłumacząc to opóźnieniami po stronie rosyjskiej oraz ryzykami związanymi z destabilizacją łańcuchów dostaw po rozpoczęciu przez nią pełnoskalowej wojny.

Na obecnym etapie Rosatom napotyka także przeszkody w zakresie realizacji dwóch innych obiektów, nad którymi prace rozpoczęły się jeszcze przed 2022 r. – węgierskiego Paks-2 oraz tureckiego Akkuyu. W przypadku tego pierwszego stawianie dwóch reaktorów WWER-1200 jest opóźnione o ponad dekadę, a trudności powstałe w ciągu ostatnich trzech lat wyraźnie się do tego przyczyniły. W 2022 r. koncern zmuszono do renegocjacji istniejących kontraktów, aby umożliwić pracę spółek i ich finansowanie w realiach implementacji zachodnich sankcji finansowych. Co więcej, presja polityczna w Niemczech poskutkowała opóźnieniami w zakresie dostaw przeznaczonych dla jednostki turbin Siemensa. Warto nadmienić, że pomimo decyzji administracji Donalda Trumpa o wyłączeniu elektrowni Paks-2 spod wcześniejszych restrykcji wrześniowa decyzja TSUE o stwierdzeniu nieważności zgody Komisji Europejskiej na pomoc publiczną generuje dalsze opóźnienia – i to w chwili, gdy wciąż nie wylano betonu pod pierwszy z bloków.

O wiele bardziej zaawansowanym projektem jest Akkuyu, gdzie Rosjanie budują cztery reaktory WWER-1200. Podobnie jak w przypadku Węgier inwestycja ta mierzy się z problemami związanymi z finansowaniem oraz dostawą zachodnich komponentów, co poskutkowało przesunięciem terminu rozruchu pierwszego z bloków z 2023 na 2026 r. Obie strony na bieżąco wypracowują rozwiązania w celu pokonania tych trudności – m.in. poprzez mechanizm umożliwiający pokrycie kosztów jednostek poprzez przelewanie należności za rosyjski gaz bezpośrednio na konto spółki celowej w Turcji.

Z perspektywy Rosatomu powodzenie tureckiego przedsięwzięcia jest ważne z uwagi na jego wyjątkowość – to pierwsza inwestycja powstająca w ramach modelu build-own-operate (BOO), który zakłada pełną rosyjską kontrolę nad procesem budowy oraz umożliwia utrzymanie własności nad obiektem również w trakcie jego eksploatacji (koncern w całości kontroluje miejscową spółkę celową – ewentualna odsprzedaż udziałów w Akkuyu leży w gestii Rosjan). W praktyce oznacza to ograniczony wpływ strony tureckiej na przebieg prac, co zostało demonstracyjnie potwierdzone przez korporację poprzez zerwanie umowy z tamtejszym podwykonawcą robót budowlanych i zastąpienie go firmą rosyjską. Formuła BOO, forsowana przez Siergieja Kirijenkę (wówczas szefa giganta) jeszcze w poprzedniej dekadzie, ma w zamierzeniu stanowić domyślną ofertę eksportową dla państw zainteresowanych rosyjskimi technologiami jądrowymi – stąd istotność dziewiczego projektu w Turcji.

Rosatom jako generalny wykonawca – tj. na podstawie kontraktów EPC (engineering, procurement and construction) – wdraża także trzy przedsięwzięcia w innych lokalizacjach: El-Daaba w Egipcie, Ruppur w Bangladeszu oraz Buszehr w Iranie. Inwestycje te znajdowały się na zaawansowanym etapie jeszcze przed 2022 r., co zwiększa prawdopodobieństwo ich ukończenia. Niemniej i one doświadczyły problemów wynikających z restrykcji – związanych w szczególności z opłacaniem prac i logistyką dostaw.

Realizacja projektów w krajach o mniejszym stopniu zintegrowania z zachodnimi rynkami niż Węgry i Turcja zwiększa swobodę Rosatomu w kontekście omijania przeszkód sankcyjnych, co potwierdza kazus bangladeskiego Ruppuru. Mimo to w 2023 r. logistykę także tej budowy utrudniło nałożenie zachodnich restrykcji na rosyjskie statki, co zmusiło koncern do przearanżowania schematu dostaw na potrzeby instalacji. Ze względu na obostrzenia wymierzone w rosyjskie banki w tym samym roku zdecydowano się też na zmianę sposobu spłaty kredytu udzielonego przez Rosjan na budowę jednostek – dług ma zostać uregulowany w juanach za pośrednictwem chińskiego systemu płatniczego CIPS, co pozwala odizolować transakcje od kontrolowanego przez Zachód obiegu kapitału.

W przypadku pozostałych projektów – egipskiego i irańskiego – sankcje są określane jako bliżej niesprecyzowana przeszkoda niewstrzymująca prac. W ocenie rosyjskiego ambasadora w Egipcie oddziałują one negatywnie na inwestycję w tym kraju jedynie „do pewnego stopnia”, zaś Rosatom pod koniec 2024 r. podkreślał, że nie mają na nią „znacznego wpływu”. W kontekście irańskim opóźnienia w stawianiu obiektu w mieście Buszehr to pokłosie wcześniejszych problemów, m.in. niespłacania długu przez Teheran.

Najmniej dotknięte restrykcjami są inicjatywy wdrażane przy dużym zaangażowaniu miejscowych kontrahentów – tj. bloki jądrowe w indyjskim Kudankulamie oraz w chińskich Tianwanie i Xudapu. Rosyjski gigant nie pełni funkcji ich generalnego wykonawcy, lecz współdzieli budowę z tamtejszymi spółkami. Jeśli chodzi o projekty chińskie, to pełną odpowiedzialność za ich wznoszenie – poza konstrukcją „wyspy reaktorowej” czyli „serca” elektrowni, gdzie znajduje się reaktor – wzięła na siebie China National Nuclear Corporation (CNNC). Do zadań Rosatomu należą wykonanie właśnie tej części obiektu oraz szeroko pojęty nadzór nad stawianiem instalacji i jej rozruch. Co istotne, paliwo do jednostek ma być produkowane w Chinach na rosyjskiej licencji.

W przeszłości koncern informował, że przy chińskich reaktorach realizowanych dekadę temu tzw. stopień lokalizacji – czyli zaangażowania miejscowych firm – wynosił ok. 75%. Można zakładać, że rola tamtejszych podmiotów od tego czasu jedynie wzrosła, w związku z czym coraz trudniej nazywać te przedsięwzięcia „rosyjskimi”. W indyjskiej elektrowni Kudankulam korporacja odpowiada natomiast za dostawę technologii oraz większą część prac budowalnych, a w przypadku stawianych aktualnie reaktorów stopień lokalizacji ma wynieść 50%. Należy przy tym zaznaczyć, że te procentowe udziały odnoszą się na ogół do całego procesu powstawania elektrowni, bez rozróżnienia istotności poszczególnych elementów konstrukcji (chociażby właśnie „wyspy reaktorowej” względem standardowych prac).

Co ważne, kontrolę nad obiektami – zarówno podczas stawiania, jak i w trakcie eksploatacji – sprawują w pełni podmioty miejscowe. Wymienione projekty różnią się jednak finansowaniem – o ile Chińczycy przeznaczają na swoje wyłącznie środki własne, o tyle koszt indyjskich pokrywają po części Rosjanie. Należy przy tym zaznaczyć, że ich wkład kapitałowy sukcesywnie się zmniejsza w toku rozbudowy instalacji – w przypadku czterech pierwszych reaktorów w Kudankulamie FR zobowiązała się do skredytowania ok. 85% prac, podczas gdy na dwa następne ma udzielić pożyczki w wysokości ok. 50% ich wartości.
 
osw.waw.pl

niedziela, 25 stycznia 2026



Tegoroczna zima na Kamczatce przyniosła najobfitsze opady śniegu od 60 lat. Według regionalnego oddziału hydrometeorologii w grudniu 2025 r. w Pietropawłowsku Kamczackim spadło 370 mm śniegu, czyli ponad trzykrotność miesięcznej normy. W pierwszej połowie stycznia doszło jeszcze półtorej normy (163,6 mm). Pokrywa śnieżna osiągnęła 1,7 m, a w niektórych rejonach nawet 2,5 m.

15 stycznia pod zwałami śniegu zginęły dwie osoby, po czym w mieście wprowadzono stan wyjątkowy. Region nie był w stanie samodzielnie uporać się z odśnieżaniem. 21 stycznia prezydent Rosji, Władimir Putin, polecił ministerstwu budownictwa włączyć się w likwidowanie skutków żywiołu na Kamczatce.

Tymczasem mieszkańcy oceniają sytuację jako "skrajnie trudną". — Wciąż odśnieżane są głównie główne drogi, ale między blokami w ogóle nie da się przejechać. Ludzie poruszają się wśród zasp wąskimi, nieprzetartymi ścieżkami, co jest niebezpieczne. Straż pożarna ani karetki nie mogą dojechać do domów i udzielić pomocy. Zdarzyło się już kilka pożarów ze skutkiem śmiertelnym — relacjonuje jedna z mieszkanek. Jak dodaje, uczniowie przeszli na naukę zdalną, ale przedszkola działają normalnie. Żywność trzeba nosić samodzielnie z głównych ulic.

Kolejna mieszkanka Pietropawłowska Kamczackiego nie zauważyła poprawy po przyjeździe dodatkowego sprzętu do odśnieżania. — Może główne drogi są poszerzane, ale w podwórkach wciąż zalegają góry śniegu, a przejść dla pieszych jak nie było, tak nie ma… Dotarcie do ulicy to prawdziwa przeprawa, niemal wszędzie są urwiska — podkreśliła.

Jej zdaniem sytuację komplikuje dodatkowo aktywność sejsmiczna. Np. w nocy z 24 na 25 stycznia zanotowano aż cztery wstrząsy wtórne o magnitudzie od 4 do 6,4. Kobieta skarżyła się również na przepełnione śmietniki, do których nie mogą dojechać śmieciarki.

onet.pl\The Moscow Times


Rosyjski rynek motoryzacyjny w ostatnich dwóch dekadach generalnie rósł, choć przeżywał także załamania. Dwie dekady temu w Rosji sprzedano niemal półtora miliona nowych samochodów osobowych. W 2008 roku padł pierwszy rekord: Rosjanie kupili niemal trzy miliony aut. Rok później był już kryzys finansowy i pewne załamanie rynku, ale rynek się odbił i w latach 2011 - 2014 sprzedawano rocznie ponad dwa i pół miliona samochodów. To były sute lata nakręcane pompowanymi do gospodarki petro-rublami. Już po pierwszej rosyjskiej agresji na Ukrainę w 2014 roku rynek motoryzacyjny odczuł sankcje i spowolnienie gospodarki. Sprzedaż spadła do średniej ok. półtora miliona rocznie. Prawdziwe załamanie przyszło w 2022. Po raz pierwszy od lat 90. W Rosji sprzedano zaledwie 630 tys. nowych samochodów. Był to oczywisty efekt wojny, sankcji, wycofania zachodnich i azjatyckich koncernów z rosyjskiego rynku, ale i wciąż odczuwanych skutków pandemii. Z Rosji wycofały się oficjalne sieci dealerskie i serwisowe oraz fabryki i montownie. A przecież w „zagłębiach” nowego przemysłu motoryzacyjnego - w Kałudze, Petersburgu, czy Królewcu - powstały w ostatnich latach montownie i fabryki większości dużych koncernów samochodowych. Po agresji na Ukrainę koncerny się wycofały. Renault sprzedał udziały w rosyjskim AvtoVaz, gdzie produkowano popularne, tanie modele. Zniknęły fabryki i montownie Forda, grupy Volkswagena (VAG), BMW, Mercedesa, Nissana, Toyoty i grupy Stellantis. Rok 2022 był szokiem dla rosyjskiej motoryzacji. Dzisiaj ten rynek jest już zupełnie inny niż przed wojną. 

(...)

Po wstrząsie, jakim było wyjście z Rosji zachodnich koncernów, Kreml wymyślił, że najlepiej by było, by ten wart dobrze ponad milion samochodów rynek, przejęli rodzimi producenci. W ubiegłym roku Łada, czyli sztandarowa marka koncernu AvtoVaz, pozostała liderem z prawie 330 tys. sprzedanymi pojazdami; mimo, że sprzedaż Ład spadła o 25 proc. Najpopularniejszy jest najtańszy model – Łada Granta, której ceny zaczynają się od niecałych 800 tys. rubli (poniżej 40 tys. zł). Jest to zatem naprawdę tani samochód - tyle, że kiepski. 

(...)

Na kolejnych miejscach listy najpopularniejszych marek znajdują się chińskie: Haval, Chery, Geely oraz chińskie samochody pod białoruską marką Belgee. Najchętniej kupowanym samochodem był Haval Jolion – niedrogi i prosty, kompaktowy crossover z Chin. Producenci z Państwa Środka szturmem podbili rosyjski rynek. Weszli w pustkę po wycofanych zachodnich i japońskich markach. Chińczycy sprzedają już ponad 60 proc. samochodów w Rosji. A jednak, po okresie szybkiej ekspansji, zaczynają pojawiać się problemy. Po pierwsze chińskie samochody odnotowują znaczny spadek wartości na rynku wtórnym. W wypadku niektórych marek i modeli już po roku tracą połowę wartości. To efekt licznych promocji i niskiej ceny nowych aut, ale i braku rozbudowanej sieci serwisowej. Chińczycy weszli do Rosji, ale nie zbudowali w niej dużych sieci dealerskich. Wiele samochodów jest sprzedawane przez nieoficjalne komisy, niepowiązane z producentami. Do tego dochodzi coraz bardziej nerwowa i fiskalna polityka państwa. Kreml zorientował się, że Chińczycy chętnie sprzedają swoje samochody, ale mniej chętnie inwestują w produkcję w Rosji. W zasadzie własną fabrykę w Rosji, w Tule, ma tylko chiński Great Wall Motor, gdzie powstają samochody Haval. Fabrykę zbudowano jeszcze w 2019 roku. Po wybuchu wojny i ucieczce zachodnich koncernów jedynie Chery wszedł do byłych montowni Volkswagena i Mercedesa w Petersburgu i Kałudze, gdzie prowadzi ograniczony montaż. Co ciekawe, z chińskiego rynku do Rosji trafia już całkiem pokaźny potok używanych samochodów – w większości zachodnich marek. 

Drugim, dość nowym kierunkiem importu używanych i nowych samochodów, jest Korea Południowa. Ponieważ na rosyjskim rynku trudno dziś o używane, ale względnie młode auta z roczników „pandemicznych” 2020 - 2022 (była wtedy ograniczona podaż na rynku), dziś Rosjanie najchętniej kupują właśnie takie, kilkuletnie pojazdy i to one są importowane – przywożone na lawetach z Azji. I tu pojawia się inwencja twórcza w omijaniu długich rąk państwa, szukających pieniędzy w kieszeniach obywateli. Rosyjski rząd gdzie się da szuka teraz środków na wojnę i rosnące koszty utrzymania państwa. Co roku rośnie tzw. opłata utylizacyjna. 

To de facto rodzaj podatku, który tylko formalnie jest składką na ekologiczną utylizację samochodu w przyszłości. Od tego roku składka ta znowu wzrosła i jest inaczej naliczana. O ile dla samochodów o mocy silnika poniżej 160 KM jest nadal znośna (w przeliczeniu wynosi kilkaset zł), to w przypadku dużego auta, np. SUVa z silnikiem 200 KM mocy, może wynieść już milion rubli (46 tys. zł). Na przykład właściciel Toyoty Camry dostanie w ten sposób opłatę większą od wartości samego samochodu. Do tego dochodzi cło. W przypadku importownych samochodów nowych i do 3 lat cło wynosi od 48 do 54 proc. wartości pojazdu, a to nie wszystkie obciążenia. Właśnie weszła w życie podwyżka VAT z 20 do 22 proc. Od zakupów samochodów na kredyt i leasing odstraszają wysokie, 16 proc. stopy procentowe. 

Skoro obłożone fiskalnymi opłatami samochody są bardzo drogie, nic dziwnego, że Rosjanie szukają rozwiązań alternatywnych. Popularny jest import przez Białoruś. Przywożone koleją lub lawetami z Azji auta są clone na Białorusi, gdzie obowiązuje stawka „tylko” 24 proc. Inne, bardziej ryzykowne rozwiązanie, to Kirgistan. Ta środkowoazjatycka republika stała się w ostatnim czasie potężnym hubem importowo-eksportowym. Przez Kirgistan trafiają do Rosji nowe i używane samochody z Chin. W niektórych miesiącach ubiegłego roku reeksportowano do Rosji nawet 75 tys. samochodów. W Kirgistanie obowiązują niższe cła (10 - 15 proc.) i nie ma opłaty utylizacyjnej. Rosjanie kupują samochody w Chinach, rejestrują w Kirgistanie na „słupy” - miejscowych, z którymi podpisują potem umowę użyczenia pojazdu na kilka lat. I w ten sposób po Rosji jeździ mnóstwo samochodów na kirgiskich tablicach. Władze rosyjskie chcą jednak ten proceder ukrócić. 

belsat.eu


Rosyjski niezależny portal Mediazona poinformował wczoraj, że Drugi Zachodni Wojskowy Sąd Okręgowy w Moskwie opublikował wydany zaocznie wyrok w sprawie zatonięcia krążownika. Za zatopienie krążownika Moskwa i porażenie fregaty Admirał Essen zaocznie skazany na dożywocie został dowódca 406. Brygady Artyleryjskiej Marynarki Wojennej Ukrainy, któremu zarzucono wydanie rozkazu uderzenia rakietowego. Moskiewski sąd postanowił też nałożyć na ukraińskiego oficera karę w wysokości 2,2 miliarda rubli - około 104 miliony złotych. 

Z materiałów opublikowanych na stronie sądu można się też było dowiedzieć, że “w wyniku wybuchu, pożaru i zadymienia zginęło 20 członków załogi krążownika, 24 marynarzy odniosło obrażenia różnego stopnia. Kolejnych 8 osób zaginęło bez wieści, w tym podczas walki o ocalenie okrętu, która trwała ponad sześć godzin”. 

belsat.eu\Mediazona\mil.in.ua 

sobota, 24 stycznia 2026



Opublikowana przez Pentagon Strategia Obrony Narodowej USA łagodzi dotychczasowe stanowisko Waszyngtonu wobec Chin i Korei Płn.; nie wspomina o Tajwanie oraz podkreśla znaczenie współpracy z Izraelem w regionie Bliskiego Wschodu. Zgodnie z dokumentem "priorytetem Pentagonu jest obrona ojczyzny".

W regionie Indo-Pacyfiku, który uchodzi za potencjalnie główne źródło konfliktu militarnego z udziałem Stanów Zjednoczonych, Pentagon podkreślił, że celem działań władz USA powinno być zapewnienie "korzystnej równowagi sił militarnych". W dokumencie stwierdzono, że działania te mają doprowadzić do sytuacji, by "ani Chiny, ani nikt inny nie mógł zdominować nas ani naszych sojuszników (w tej części świata - PAP)".

"Możliwy jest pokój na warunkach korzystnych dla Amerykanów, ale które Chiny również będą mogły zaakceptować" - napisano. Agencja Reutera podkreśliła, że w tym kontekście nie wspomniano o Tajwanie, którego nazwa zresztą w ogóle nie pojawiła się w dokumencie.

Pekin konsekwentnie podkreśla, że traktuje Tajwan jako swoje terytorium. W 1949 r., po zwycięstwie komunistów w wojnie domowej w Chinach, ich przeciwnicy uciekli na Tajwan i powołali tam do życia Republikę Chin, jak brzmi oficjalna nazwa kraju, której stosowania zakazują władze Chińskiej Republiki Ludowej. Stąd w terminologii międzynarodowej powszechnie stosuje się nazwę Tajwan bądź Chińskie Tajpej.

Dokument Pentagonu zaleca też ograniczenie roli USA w odstraszaniu Korei Północnej, przy jednoczesnym zcedowaniu na Koreę Południową głównej odpowiedzialności za to zadanie. Strategia Pentagonu nie wyklucza redukcji wojsk USA na Półwyspie Koreańskim.

"Korea Południowa jest w stanie przejąć główną odpowiedzialność za odstraszanie Korei Północnej przy kluczowym, ale bardziej ograniczonym wsparciu ze strony USA" - napisano w Strategii Obrony Narodowej. Dokument stwierdza też, że taka "zmiana w równowadze odpowiedzialności" jest zgodna z zamiarem Waszyngtonu, który ma na celu "aktualizację pozycji sił zbrojnych USA na Półwyspie Koreańskim".

W odniesieniu do Bliskiego i Środkowego Wschodu dokument Pentagonu stwierdza, że "chociaż Iran poniósł w ostatnich miesiącach poważne porażki, wydaje się, że jest zdecydowany na odbudowę swoich konwencjonalnych sił zbrojnych", a władze w Teheranie "pozostawiają otwartą możliwość podjęcia kolejnej próby uzyskania broni jądrowej". Podkreślono, że Izrael jest "wzorowym sojusznikiem" i nie wykluczono dodatkowego wzmocnienia obrony Państwa Żydowskiego.

W odniesieniu do Europy i Rosji oceniono, że Moskwa pozostanie "stałym, ale możliwym do opanowania zagrożeniem" dla członków Sojuszu na wschodniej flance. Podkreślono, że wojska USA "będą nadal odgrywać kluczową rolę w NATO, (…) by w większym stopniu uwzględniać rosyjskie zagrożenie dla interesów USA, a także zdolności naszych sojuszników". W amerykańskiej strategii podkreślono, że europejskie kraje NATO "przyćmiewają Rosję pod względem gospodarczym, liczby ludności, a tym samym ukrytej siły militarnej", a zarazem udział Europy "w globalnej potędze gospodarczej maleje".

Strategia Obrony Narodowej (National Defense Strategy, NDS) to dokument, który rozwija zapisy zawarte w Strategii Bezpieczeństwa Narodowego prezydenta USA Donalda Trumpa z grudnia ub. roku. NDS ustala cele planowania wojskowego dotyczące sił, infrastruktury czy finansowania.

PAP


Rosja w dającej się przewidzieć przyszłości pozostanie "stałym, ale możliwym do opanowania zagrożeniem" dla członków NATO na wschodniej flance - napisano w opublikowanej w piątek przez Pentagon Strategii Obrony Narodowej USA.

Strategia Obrony Narodowej (National Defense Strategy, NDS) to dokument, który rozwija zapisy zawarte w Strategii Bezpieczeństwa Narodowego. Ten drugi dokument władze amerykańskie opublikowały na początku grudnia minionego roku.

NDS jest publikowana przez każdą nową administrację USA. Dokument ustala cele planowania wojskowego dotyczące sił, infrastruktury czy finansowania. Nowa Strategia Obrony Narodowej stwierdza, że głównym priorytetem Pentagonu jest obrona ojczyzny.

W części dokumentu poświęconej Rosji podkreślono, że w dającej się przewidzieć przyszłości kraj ten pozostanie "stałym, ale możliwym do opanowania zagrożeniem" dla członków NATO na wschodniej flance.

Zaznaczono, że mimo tego, iż Moskwa mierzy się z trudnościami demograficznymi i gospodarczymi, wojna na Ukrainie pokazuje, że Rosja wciąż posiada duży potencjał militarny i przemysłowy.

"Rosja pokazała też, że jej społeczeństwo ma determinację, potrzebną do tego, by toczyć przedłużającą się wojnę w swoim bliskim sąsiedztwie" - czytamy w opublikowanym w piątek przez Pentagon dokumencie.

"Co więcej, mimo tego, że rosyjskie zagrożenie militarne jest głównie skoncentrowane na Europie Wschodniej, Rosja również posiada największy na świecie arsenał nuklearny, który modernizuje i dywersyfikuje, oraz zdolności podwodne, kosmiczne i cybernetyczne, które może wykorzystać przeciwko USA" - podkreślono.

"Z uwagi na to ministerstwo zapewni, że siły zbrojne USA będą gotowe do obrony przed rosyjskimi zagrożeniami dla USA. Ministerstwo będzie również nadal odgrywać kluczową rolę w samym NATO, nawet podczas dostosowywania obecności i działań sił zbrojnych USA na teatrze europejskim, aby w większym stopniu uwzględniać rosyjskie zagrożenie dla interesów amerykańskich, a także zdolności naszych sojuszników" - napisano w strategii.

W dokumencie zaznaczono, że europejskie kraje NATO "przyćmiewają Rosję pod względem gospodarczym, liczby ludności, a tym samym ukrytej siły militarnej".

"Jednocześnie, chociaż Europa pozostaje ważna, jej udział w globalnej potędze gospodarczej maleje. Wynika stąd, że chociaż jesteśmy i będziemy zaangażowani w Europie, musimy - i będziemy - priorytetowo traktować obronę terytorium USA i odstraszanie Chin" - napisano.

Przypomniano, że kraje NATO zobowiązały się do zwiększenia wydatków na obronność do poziomu 5 proc. PKB. "Dlatego nasi sojusznicy z NATO mają silną pozycję, by wziąć na siebie główną odpowiedzialność za konwencjonalną obronę Europy, przy kluczowym, ale bardziej ograniczonym, wsparciu ze strony USA" - dodano.

"Obejmuje to przejęcie inicjatywy we wspieraniu obrony Ukrainy. Jak powiedział prezydent (Donald) Trump, wojna na Ukrainie musi się zakończyć. Tak jak jednak również podkreślił, jest to przede wszystkim odpowiedzialność Europy. Zagwarantowanie i utrzymanie pokoju będzie zatem wymagało przywództwa i zaangażowania naszych sojuszników z NATO" - podsumowano.

Dokument przewiduje też m.in. "bardziej ograniczoną" rolę USA w odstraszaniu Korei Północnej i przejęciu głównej odpowiedzialności za ten kierunek przez Koreę Południową. To najpewniej wywoła niepokój w Seulu - zaznaczył Reuters. Natomiast w regionie Indo-Pacyfiku Pentagon jest skoncentrowany na tym, by nie dopuścić do chińskiej dominacji nad USA ani amerykańskimi sojusznikami.

PAP