czwartek, 1 stycznia 2026



Tak, gospodarka USA rośnie szybciej. Ale zanim otworzysz szampana (lub wylejesz łzy nad Europą), zobacz, skąd ten wzrost się bierze. To nie jest magia wolnego rynku, to trzy konkretne sterydy:

Doping Demograficzny: USA rośnie, bo rośnie jej populacja (a dokładnie rośnie imigracja). Europa demograficznie się kurczy. To jak wyścig dwóch firm: jedna (USA) zatrudnia tysiące nowych pracowników, druga (UE) nie. Ta pierwsza ma większy przychód, ale czy pojedynczy pracownik żyje lepiej? Wzrost PKB per capita wcale nie jest tak drastycznie różny, jak ten nominalny.

Kult Orki (Godziny Pracy): Przeciętny Amerykanin pracuje rocznie o kilkaset godzin więcej niż Niemiec czy Francuz. Amerykański wzrost PKB bierze się w dużej mierze z tego, że oni po prostu mniej odpoczywają. Europa kupiła sobie czas wolny za niższe PKB. To wybór cywilizacyjny: chcesz mieć nowy iPhone co rok (USA) czy miesiąc płatnego urlopu w wakacje (UE)?

Iluzja Dolara: Większość tej przepaści z ostatniej dekady to efekt umocnienia dolara. Gdyby przeliczyć PKB po parytecie siły nabywczej (PPP), różnica drastycznie maleje. Amerykanin zarabia więcej dolarów, ale płaci nimi kosmiczne rachunki za czynsz, żłobek i lekarza, które w biednej Europie są często o połowę tańsze.

Więc tak - USA jest większą maszyną do robienia pieniędzy. Ale Europa wciąż jest lepszą maszyną do życia.

x.com/Maciej__Czajka

środa, 31 grudnia 2025



Prezydent USA Donald Trump zamieścił w środę na swoim profilu w portalu Truth Social link do komentarza redakcyjnego "New York Post" mówiącego, że rzekomy atak na rezydencję Putina w Wałdaju nie miał miejsca i że to Rosja jest przeszkodą do osiągnięcia pokoju.

Trump zamieścił tekst bez żadnych uwag, wklejając tylko tytuł opublikowanego we wtorek komentarza rady redakcyjnej prawicowego tabloidu: "Bzdury Putina o "ataku" pokazują, że to Rosja stoi na drodze do pokoju".

Artykuł, który zamieścił Trump, przytaczał słowa prezydenta po spotkaniu z Wołodymyrem Zełenskim na Florydzie mówiące o tym, że koniec wojny jest "bliżej niż kiedykolwiek wcześniej", lecz - jak skomentował "New York Post" - "zamiast tego rosyjski dyktator Władimir Putin wybrał kłamstwa, nienawiść i śmierć". Redakcja należącej do imperium Ruperta Murdocha gazety wytyka Rosji hipokryzję i mówi, że rzekomy atak prawdopodobnie nie miał miejsca i że był tylko pretekstem dla Putina, by odrzucić postępy w rozmowach pokojowych.

"Tak jak na Alasce, Putin odpowiedział na ofertę pokoju napluciem Ameryce w twarz" - skomentował dziennik, zachęcając Trumpa do zaoferowania kija zamiast marchewki, zwiększenia sankcji i dostaw broni dla Ukrainy.

Zamieszczony artykuł jest pierwszą oznaką, że prezydent USA wątpi w rosyjskie twierdzenia na temat ataku na Wałdaj. W swojej pierwszej publicznej wypowiedzi na ten temat sugerował, że wierzy Putinowi i że był "bardzo zły" na Ukrainę, a na sugestię, że Putin mógł kłamać, odparł: "to możliwe, ale prezydent Putin powiedział mi, że tak było".

We wtorek wątpliwości co do rosyjskich twierdzeń sygnalizował ambasador USA przy NATO Matthew Whitaker, który w wywiadzie dla Fox News powiedział, że "nie jest jasne, czy to się rzeczywiście stało".

- Wydaje mi się, że to byłoby dość niedelikatne, by tak blisko zawarcia pokoju, a Ukraina naprawdę chce go zawrzeć, robić coś, co można uznać za lekkomyślne lub nieprzydatne - powiedział. Ambasador dodał, że sprawa jest badana przez służby wywiadowcze USA i ich sojuszników i czeka na konkluzje tych ustaleń.

PAP


Pod koniec ubiegłego roku statek towarowy Ursa Major, należący do tak zwanej rosyjskiej floty cieni, zatonął w tajemniczych okolicznościach u wybrzeży Kartageny w Hiszpanii. Zginęło dwóch członków załogi, 14 osób zdołało się uratować. Hiszpański dziennik "La Verdad" poinformował, że jednostka przewoziła dwa jądrowe reaktory wodne ciśnieniowe dla Korei Północnej. Początkowo kapitan statku Igor Anisimow mówił, że przewożono jedynie puste kontenery i sprzęt budowlany. Podczas śledztwa zmienił jednak zeznania i powiedział, że transportowano ciężkie włazy do okrętów podwodnych. Analiza zdjęć z dronów ujawniła dwa niezgłoszone niebieskie kontenery na rufie, ważące około 65 ton każdy. "Śledczy uznali, że były to w rzeczywistości pokrywy dwóch reaktorów jądrowych VM-4SG, potencjalnie przeznaczonych dla nowej klasy północnokoreańskich okrętów podwodnych" - donosi hiszpańska gazeta.

Statek należał do firmy Oboronlogistics, która zajmuje się transportem i dostawami rosyjskiego sprzętu wojskowego, powiązanej z rosyjskim resortem obrony. Informowała ona, że na pokładzie były dźwigi portowe i części do lodołamaczy, które miały być zainstalowane w porcie we Władywostoku. Państwowa rosyjska agencja RIA Novosti informowała, że statek wypłynął z Sankt Petersburga 11 grudnia i zmierzał do portu we Władywostoku. Miał tam dotrzeć 22 stycznia. Z kolei oortal Kyiv Post podał na platformie X, że statek najprawdopodobniej transportował dwa 45-tonowe włazy do reaktora jądrowego lodołamacza i dwa dźwigi portowe Liebherr.

gazeta.pl

wtorek, 30 grudnia 2025



Siły rosyjskie opanowały północ Myrnohradu, kończąc tym de facto wielomiesięczne walki o aglomerację pokrowską. W mieście pozostają jeszcze grupy żołnierzy ukraińskich, jednakże nie są one w stanie prowadzić zorganizowanej obrony. Część skapitulowała, a niektórzy w najbliższych dniach będą najpewniej próbowali przedostać się na tereny kontrolowane przez obrońców. Walki toczą się na północ od aglomeracji, przy czym jednostki ukraińskie nie ograniczają się do organizowania obrony, lecz próbują kontratakować. Do szczególnie zażartych starć ma dochodzić w miejscowości Rodynśke (według niektórych źródeł przeszła już ona pod kontrolę agresora) na głównej drodze z Pokrowska przez Dobropole do Kramatorska.

Najeźdźcy kontynuowali natarcie na północny i południowy zachód od Siewierska, dążąc do oskrzydlenia pozycji przeciwnika na wzniesieniach na zachód od tego miasta. Obrońcy przeprowadzili szereg kontrataków, w rezultacie czego udało im się wyhamować uderzenie wroga w rejonie wsi Swiato-Pokrowśke na południowy zachód od Siewierska. Szczególnie ciężkie walki mają się toczyć o leżącą na północny zachód od niego Droniwkę (zgodnie z niektórymi źródłami została już ona zajęta przez agresora). 23 grudnia Sztab Generalny Sił Zbrojnych Ukrainy przedstawił utratę Siewierska jako planowe wycofanie w celu zorganizowania obrony w lepszych warunkach terenowych, jednak cztery dni później zdymisjonowano dowódców jednostek broniących miasta (54 Brygady Zmechanizowanej i 10 Brygady Górsko-Szturmowej). Agresorowi udało się opanować kolejne tereny w łuku na północ od Łymanu, głównie w okolicach drogi biegnącej z niego do Siewierska, ale nie wpłynęło to na zmianę sytuacji na froncie.

Siły ukraińskie wznowiły ataki na pozycje Rosjan w północno-zachodniej części Kupiańska, przyczyniając się do rozbicia ich zorganizowanej obrony tamże. Większość zabudowań miasta na prawym (zachodnim) brzegu rzeki Oskoł znajduje się obecnie w szarej strefie, a celem obu stron jest przede wszystkim zniszczenie wrogiej logistyki. Źródła ukraińskie podkreślają, że najeźdźcy masowo wykorzystują drony – ich liczba ma przewyższać liczbę zaangażowanych w walki żołnierzy agresora. Obrońcy liczą, że w perspektywie nadchodzących tygodni uda im się wyprzeć Rosjan z zachodnich dzielnic Kupiańska. Sprzyja temu fakt, że agresorowi nie udało się zorganizować sprawnej logistyki, a w rezultacie jego kontrola nad prawobrzeżnymi kwartałami miasta okazała się iluzoryczna.

Docierają sprzeczne informacje odnośnie do tego, jak dużą część Hulajpola zajęli najeźdźcy. Najprawdopodobniej opanowali oni centrum miasta – 25 grudnia opublikowali film ze znajdującego się tam sztabu jednego z batalionów obrońców. Prawdziwość nagrania potwierdziły nieoficjalnie ukraińskie źródła wojskowe, a w sprawie utraty pozycji wszczęto śledztwo. Obserwatorzy po stronie obrońców wskazują, że do szybkich postępów agresora przyczyniły się dezorganizacja łączności pomiędzy broniącymi miasta brygadami oraz słabość dowodzenia. Najpewniej Ukraińcy kontrolują zachodnie i południowo-zachodnie obrzeża Hulajpola, jednak według DeepState większość miasta znalazła się w szarej strefie, a grupy żołnierzy obu stron są obecne „prawie wszędzie”.

27 grudnia Rosjanie przeprowadzili jeden z najdotkliwszych w skutkach ataków na infrastrukturę energetyczną w Kijowie i obwodzie kijowskim. Celami były przede wszystkim lokalne elektrownie cieplne – trzy stołeczne oraz Białocerkiewska i Trypolska. Trafione zostały także Kijowska Elektrownia Wodna w Wyszogrodzie i podstacja w Browarach. Według wstępnych danych w lewobrzeżnym Kijowie nastąpił blackout, a jednej trzeciej stolicy odcięto ogrzewanie. W ciągu doby przywrócono dostarczanie prądu dla 748 tys. abonentów w Kijowie i 347 tys. w obwodzie kijowskim oraz udało się ustabilizować dostawy energii dla prawobrzeżnych dzielnic stolicy (tzn. przywrócono grafik planowych wyłączeń). Oznacza to, że bezpośrednio w rezultacie ataku odcięto od prądu więcej niż 1,1 mln odbiorców. Ze względu na powiązania systemowe ucierpiała też część obwodu czernihowskiego. Do południa 29 grudnia wróciło ogrzewanie w 400 tys. stołecznych domów. 30 grudnia Ministerstwo Energetyki Ukrainy uznało, że z uwagi na skalę zniszczeń nie ma możliwości przywrócenia grafiku wyłączeń w lewobrzeżnym Kijowie i części obwodu kijowskiego.

Celami były również Kijowski Instytut Lotniczy i stołeczne lotnisko Żulany (jeden z głównych rejonów dyslokacji systemów Patriot). W Kijowie zginęła jedna, a ranne zostały 32 osoby, natomiast w obwodzie odnotowano śmierć jednej i ranienie 14 osób. Dowództwo Sił Powietrznych (DSP) armii ukraińskiej podało, że agresor użył w ataku 519 dronów (w tym 300 uderzeniowych „szahedów”) i 40 rakiet (w tym 10 balistycznych Iskander-M i Kindżał). Według DSP unieszkodliwione zostały 474 bezzałogowce (w cele miało trafić zaledwie 25) i 29 rakiet (w tym sześć balistycznych).

Energetyka należała do głównych celów najeźdźców w obwodach na bezpośrednim zapleczu frontu w okresie świątecznym. Uszkodzili oni m.in. elektrownie cieplne w: Chersoniu (24 grudnia i dwukrotnie 28 grudnia; ze względu na brak możliwości naprawy obiekt wstrzymał pracę), Charkowie (24 grudnia) i Czerkasach (25 grudnia), podstacje w Czernihowie i Korosteniu (24 grudnia), Mikołajowie (26 grudnia) oraz obwodach mikołajowskim (29 grudnia) i czernihowskim (30 grudnia). Resort energetyki oznajmił, że do ataków na obiekty energetyczne, skutkujących dodatkowymi przerwami w dostawach prądu, wody i ogrzewania dochodziło głównie w obwodach: charkowskim (w czasie świąt codziennie), chersońskim, czernihowskim, dniepropetrowskim i sumskim. Zmalała natomiast liczba uderzeń w infrastrukturę energetyczną w obwodzie odeskim (potwierdzono atak na podstację 26 grudnia), który wciąż boryka się ze skutkami tych z poprzednich tygodni. 24 grudnia DTEK poinformował, że w rezultacie dotychczasowych ataków wroga uszkodzeniu uległo 50% mocy wytwórczych energii elektrycznej, a bez prądu Ukraińcy pozostają do 20 godzin na dobę. W niektórych obwodach przyfrontowych nie da się przywrócić jakichkolwiek dostaw z sieci ogólnokrajowej.

25 i 26 grudnia Rosjanie przeprowadzili kolejne uderzenia na infrastrukturę portową w obwodach odeskim i mikołajowskim. O uszkodzeniach – także obiektów przemysłowych – donoszono z rejonów izmailskiego i odeskiego. Na południe od Mikołajowa uszkodzone zostały terminal przeładunkowy oraz zacumowany przy nim statek pod banderą Liberii. Istotnym, choć przejściowym utrudnieniem dla ruchu na głównej trasie kolejowej z Polski na Ukrainę stał się atak na stację kolejową w Kowlu w obwodzie wołyńskim (26 grudnia). Rosjanie uderzyli też w obiekty przemysłowe w Zaporożu – m.in. zakłady Motor Sicz (24 i 30 grudnia) – oraz infrastrukturę wydobywczą i magazynową gazu w obwodzie czernihowskim (24 i 26 grudnia). Zgodnie z przekazem DSP od wieczora 23 grudnia do rana 30 grudnia agresor miał wykorzystać łącznie 998 bezzałogowców (w tym 625 „szahedów”) oraz 49 pocisków balistycznych i manewrujących. Obrońcy zadeklarowali zneutralizowanie 816 dronów i zestrzelenie 30 rakiet.

osw.waw.pl


Prezydent USA Donald Trump powiedział w poniedziałek, że Władimir Putin poinformował go o rzekomym ukraińskim ataku na rezydencję prezydenta Rosji. Trump dodał, że był z tego powodu "bardzo zły", choć przyznał przy tym, że możliwe, iż do takiego ataku nie doszło.

Trump odniósł się do sprawy rzekomego ataku podczas rozmowy z dziennikarzami w trakcie powitania premiera Izraela Benjamina Netanjahu w Mar-a-Lago na Florydzie. Prezydent USA najpierw stwierdził, że nic o nim nie wie i dopiero co o tym usłyszał, lecz dopytywany chwilę później przyznał, że dowiedział się o nim podczas porannej rozmowy telefonicznej z Putinem.

- Prezydent Putin powiedział mi o tym wczesnym rankiem. Powiedział, że został zaatakowany. To niedobrze. To niedobrze. Nie zapominajcie, o Tomahawkach. Zatrzymałem Tomahawki - odparł Trump, wspominając o odmowie przekazania Ukrainie rakiet dalekiego zasięgu.

- To nie jest odpowiedni moment. Jedno to prowadzić ofensywę, ale co innego atakować jego dom. To nie jest odpowiedni moment na takie rzeczy (...). Byłem bardzo zły - dodał.

Zapytany, czy nie otrzymał na ten temat informacji od amerykańskich służb, Trump odpowiedział: - Cóż, dowiemy się tego. Mówisz, że być może atak nie miał miejsca. To możliwe. Ale prezydent Putin powiedział mi dziś rano, że miał.

Trump potwierdził tym samym sprawozdanie z jego rozmowy z Putinem doradcy rosyjskiego przywódcy Jurija Uszakowa. Uszakow powiedział, że Trump wyraził oburzenie rzekomym atakiem na rezydencję Putina w obwodzie nowogrodzkim i że był nim zszokowany. Według Uszakowa Trump miał powiedzieć też Putinowi, że fakt ten zmieni jego nastawienie do Ukraińców.

Rosja zapowiedziała odwet. Według szefa rosyjskiego MSZ Siergieja Ławrowa Ukraińcy użyli 91 dronów, z których wszystkie zostały zestrzelone. Minister dodał, że w ataku nikt nie ucierpiał, a bezzałogowce nie wyrządziły żadnej szkody.

Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski tymczasem kategorycznie zaprzeczył, by wojska ukraińskie przeprowadziły atak na rezydencję Putina w rejonie wałdajskim. Zełenski określił je mianem "kolejnej fali kłamstw". W komunikacie przekazanym mediom, ukraiński przywódca zarzucił Rosji próbę podważenia postępów w rozmowach pokojowych na temat zakończenia wojny na Ukrainie.

O samej poniedziałkowej rozmowie z Putinem, Trump powiedział, że była "bardzo owocna", choć przyznał, że wciąż do rozwiązania pozostają drażliwe kwestie.

- Mamy kilka bardzo drażliwych kwestii, jak możesz sobie wyobrazić. On zna się na drażliwych kwestiach, prawdopodobnie lepiej niż ktokolwiek inny na świecie. Rozwiązujemy to. Mamy kilka kwestii, które mamy nadzieję rozwiązać, a jeśli je rozwiążemy, będzie pokój - ocenił prezydent USA.

PAP


Rosja tylko w 2025 roku straciła 250 tys. zabitych i ciężko rannych którzy zostali inwalidami. 

Za ostatnie dwa lata (2025 i 2024) - 400 tys (dane za oficjalnymi informacjami wywiadu Wielkiej Brytanii)    Liczba lżej rannych jest trudna do oszacowania ale rosyjskie straty w tej wojnie są na poziomie "wielkiej ojczyźnianej" i oscylują między 1 zabitym na 2 rannych a 1 zabitym na 4 rannych. Jest to fatalny współczynnik świadczący o wyjątkowo kiepskiej taktyce natarć oraz generalnie słabo o "czerwonej taktyce". 

Zdaniem brytyjskiego wywiadu Rosja w tej wojnie  poniosła straty całkowite na poziomie około 1 168 000 żołnierzy. Tak - ponad MILION przy czym niestety większość są to straty powrotne a nie bezpowrotne. 

Kosztem tych strat (250 tys. bezpowrotnych w 2025 roku) Rosja przesunęła linię frontu o 10 do 30km i zdobyła trzy nieduże ośrodki miejskie (Pokrowsk (60k), Mirnograd (48k), Siwiersk (14 tys). Patrząc po sukcesach terytorialnych to dużo większe sraty Ukraina poniosła w 2024 gdzie więcej ważnych ośrodków miejskich wpadło w ręce Rosjan - na czele z Toreckiem czy Awdiwką.  

Oczywiście sukcesu nie mierzy się zdobytymi km terytorium. (...) 

Z drugiej strony - Ukraina całkowite straty (powrotne i bezpowrotne) ma na poziomie szacunkowo ponad 550 tys. żołnierzy zaś zabitych na poziomie około 80 tys. Przy czym dzięki dobrze realizowanej czerwonej taktyce Ukraińcy w 2022 i 2023 traciła 1 zabitego na 7-9 rannych zaś  w 2024  1 zabitego na 5-7 rannych. Dopiero 2025 przynosi niekorzystne zachwianie tych proporcji z powodu braku możliwości szybkiej ewakuacji rannych. 

To co jest potwornym problemem Ukraińców to dezercje - sam grudzień i listopad to około 40tys łącznie. 7 brygad przeliczeniowo. Gdyby nie ubytek osobowy na skutek dezercji prawdopodobnie nie stracono by Pokrowska czy przejściowo Kupiańska. 

Niestety ale wliczając dezercje szacunkowe straty UA są miesięcznie pod koniec 2025 roku równe rosyjskim. RUS tracą zabitych i rannych tyle samo ile UA rannych, zabitych i dezerterów. Jest to zły prognostyk dla SZU na 2026 rok - Kijowowi nie brakuje amunicji (poza Patriotami) , sprzętu itp - brakuje żołnierzy w polu. Głownie na skutek monstrualnych fal dezercji z drugiej połowy 2025 roku. To że front nie pękł to zasługa rozwoju techniki (drony), heroizmu tych którzy walczą oraz nieudolności Rosjan. Ale tak jak wspominałem - rokowania na 2026 rok są złe. 

I dlatego Rosja będzie kontynuować ową wojnę ponieważ politycznie jest ona jedną wielką jej porażką:
- żaden z celów ultimatum z grudnia 2021 nie został zrealizowany (wprost przeciwnie) 
- żądania z Stambułu z 2022 też nie
- ultimatum Ławrowa z 2024 też nie (w zasadzie żaden z punktów)

Obecny 20 punktowy plan pokojowy jest de facto korzystny dla Ukrainy ponieważ w zamian za utratę terytoriów  i tak zajętych przez Rosję petryfikuje polityczną wygraną Kijowa czyli utrzymanie niepodległości, niezależności i prozachodniego kursu. 

Dlatego jestem sceptyczny co do tego czy Kreml w jakiejkolwiek formie na ów plan przystanie. 

(...)

x.com/wolski_jaros

poniedziałek, 29 grudnia 2025



Amerykański prezydent Donald Trump nie zdobył wielkiej popularności wśród europejskich wyborców populistycznej prawicy - ocenił w poniedziałek portal Politico, który na początku grudnia przeprowadził sondaże m.in. w Wielkiej Brytanii, Niemczech i Francji.

Serwis podkreślił, że Trump chce wspierać europejskie partie populistyczne, jednak cel ten może być trudniejszy do osiągniecia, niż sądzi prezydent USA. Badania wskazują bowiem na to, że Trump jest niepopularny w Europie, nawet wśród zwolenników prawicowych partii, które uważa za swoich sojuszników.

Wyniki sondażu, przeprowadzonego przez Politico we współpracy z Public First, świadczą o tym, że pośród europejskiego prawicowego elektoratu Trump znajdzie najwięcej zwolenników w gronie stronników brytyjskiej partii Reform UK. Około połowy wyborców tego ugrupowania ma pozytywne zdanie o amerykańskim prezydencie. Jednak we Francji i Niemczech podobną sympatię przejawia tylko, mniej więcej, jedna trzecia osób deklarujących poparcie dla partii prawicowych.

Wśród ogółu społeczeństw w trzech tych państwach negatywną opinię o Trumpie wyraża od 55 proc. (Wielka Brytania) do dwóch trzecich badanych (Francja i Niemcy).

We Francji wśród wyborców Zjednoczenia Narodowego, czyli partii Marine Le Pen, negatywne zdanie o amerykańskim prezydencie miało 38 proc. badanych, a pozytywne - 30 proc. Zwolennicy Alternatywy dla Niemiec (AfD) byli niemal równo podzieleni co do Trumpa (34 proc. aprobujących, 33 proc. przeciwników).

Politico podkreśliło, że problem ze stosunkiem partii prawicowych do Trumpa można było zauważyć po opublikowaniu amerykańskiej strategii bezpieczeństwa narodowego, która przewiduje wspieranie "patriotycznych partii europejskich". Portal przypomniał, że Jordan Bardella, przewodniczący francuskiego Zjednoczenia Narodowego, oświadczył wówczas, że odrzuca wasalizowanie partii prawicowych przez "wielkiego brata, takiego jak Trump". Natomiast członek władz tego ugrupowania, Thierry Mariani, powiedział, że prezydent USA traktuje Francję jak kolonię - zarówno w wypowiedziach, jak i w kwestiach ekonomicznych oraz politycznych.

Co ciekawe, choć 65 proc. wyborców AfD uznało, że narzucone przez Trumpa cła są szkodliwe dla Niemiec, to zaledwie 37 proc. sądzi, że Niemcy powinny nałożyć na USA cła odwetowe. Tymczasem wśród ogółu niemieckich badanych zwolennikami retorsji było 47 proc. badanych.

Prawicowy elektorat uważa, że stawianie interesów własnego kraju na pierwszym miejscu (jak głosi to Trump w stosunku do USA) należy do najważniejszych priorytetów. Zwolennicy europejskich partii prawicowych mogą więc postrzegać Trumpa jako orędownika tego podejścia - podkreśliło Politico. Jednak, jak zwrócił uwagę portal, praktyczna realizacja tego postulatu może skierować europejskie partie prawicowe na kurs kolizyjny w stosunku do działań amerykańskiej administracji.

Badania Politico zostały przeprowadzone w dniach 5-9 grudnia na próbie 10,5 tys. osób dorosłych z trzech państw europejskich oraz USA i Kanady. 

PAP

niedziela, 28 grudnia 2025



"Jak ktoś na miejscu Muska może mieć tak wiele powiązań z Chinami, a mimo to być dobrą osobą do reformowania rządu USA?" — pytał w marcu br. Derek Scissors, analityk z konserwatywnego think tanku American Enterprise Institute, w rozmowie z "Financial Times". Napływ środków z Państwa Środka do prywatnego biznesowego poletka Muska potwierdza, że "bardziej interesuje go jego reputacja i marka w Chinach niż interesy amerykańskie".

(...)

Największego rywala USA w walce o światową dominację Musk traktuje nadzwyczaj łagodnie. Powód jest prosty — Państwo Środka od dawna jest kluczowym rynkiem dla Tesli — amerykańskiego producenta m.in. samochodów elektrycznych. Przedsiębiorca wie, że ewentualna krytyka Xi Jinpinga mogłaby się odbić na prowadzonych przez niego biznesach. Robi zatem coś zupełnie odwrotnego — od lat chwali chińską infrastrukturę i system kolei dużych prędkości oraz chiński program kosmiczny, komplementuje politykę zielonej energii i zachęca swoich zwolenników do odwiedzenia tego kraju.

Chińczycy odwdzięczają się tym samym. W maju 2023 r. Musk był witany przez najwyższych urzędników i obsypany pochwałami przez opinię publiczną podczas swojej dwudniowej podróży do Państwa Środka. Multimiliarder miał wówczas napięty grafik — spotykał się z chińskimi ministrami spraw zagranicznych, handlu i przemysłu, a także z wysoko postawionymi przedstawicielami biznesu. Gospodarkę USA i Chin opisuje jako "bliźnięta syjamskie". Sprzeciwia się też działaniom, które mogłyby to zniweczyć.

(...)

Przedsiębiorstwo rozpoczyna produkcję w 2019 r. i szybko staje się centralnym elementem globalnej produkcji Tesli. Co ciekawe, jak podkreśla "Forbes", Tesla staje się pierwszym zagranicznym producentem samochodów, który zachował 100 proc. udziałów w swojej chińskiej spółce zależnej, bez lokalnego partnera. To ogromne odstępstwo od chińskiej praktyki joint-venture.

Musk ma wręcz znakomite warunki w Chinach. Zniżki podatkowe (stawka niższa aż o 10 proc. od stawki standardowej), preferencyjne kredyty państwowe i szybkie reakcje administracyjne po pandemii COVID-19 — wymienia czołowy anglojęzyczny serwis "The Diplomat", który zajmuje się sprawami Dalekiego Wschodu. Do tego tańsza siła robocza i niższe koszty produkcji w Chinach podnoszą marże operacyjne Tesli, napędzając jej akcje. Majątek samego Muska też gwałtownie wzrósł. Sama sprzedaż Tesli w Chinach wzrasta od 2019 r. ponad siedmiokrotnie.

Od tego czasu fabryka w Szanghaju wyprzedza fabrykę Tesli we Fremont w Kalifornii zarówno pod względem wielkości, jak i wydajności, odpowiadając obecnie za ponad połowę globalnych dostaw firmy i większość jej zysków. Co więcej, prawie 40 proc. łańcucha dostaw akumulatorów Tesli opiera się na chińskich firmach, a te partnerstwa stale się rozwijają.

Dziś Tesla dominuje w wielu obszarach, ale chińscy producenci EV (np. BYD) intensyfikują konkurencję na lokalnym rynku, co sprawia, że motoryzacyjna duma Muska traci część udziałów i musi walczyć o utrzymanie pozycji.

Dotychczasowe działania multimiliardera pokazują jednak, że potrafi wynegocjować wyjątkowe warunki. Z jednej strony przyspiesza ekspansję Tesli w Chinach [11 lutego 2025 r. firma otworzyła swoją drugą fabrykę w Szanghaju], a z drugiej — mocno wiąże swój biznes z chińskim aparatem państwowym.

onet.pl


Newsweek: Na początku swej najnowszej książki stwierdza pan również, że Donald Trump jest najdziwniejszą postacią polityczną bodaj od czasów szalonego cesarza Kaliguli. Ma pan wrażenie, że żyjemy w jakiejś szczególnej epoce i osuwamy się właśnie w szaleństwo?

Norman Davies: — Zbyt łagodnie napisałem o Trumpie. On jest aberracją. W tradycji amerykańskiej nigdy nie było takiego faceta przy władzy. I moim zdaniem on prowadzi do klęski Ameryki. Politycy europejscy muszą być z nim bardzo ostrożni, bo nie dość, że jest nieprzewidywalny, wprowadza kompletny chaos, to jest też bardzo złośliwy. Ten człowiek powiedział, że Kanada jest częścią USA. Jak Polacy by reagowali, gdyby stwierdził, że Polska powinna być kolejnym stanem USA?

Obawiam się, że część Polaków by tego chciała...

— (śmiech) Elektorat PiS nie wie, co robi. Oni popierają człowieka, który prowadzi Polskę do ciężkich przeżyć, burząc sojusz amerykańsko-europejski. Wyraźnie pogardza przywódcami Europy. Nie wszystkimi, bo ma taki dziwny gust i myśli, że angielski król Karol go bardzo kocha, tak więc łagodniej zachowuje się w stosunku do Wielkiej Brytanii. To człowiek pusty, polityk niemoralny, wyznaje tylko biznesowe podejście: jak ty mi coś dasz, to ja ci coś dam. Przez niego stoimy na krawędzi katastrofy.

Gdyby porównać nasze czasy, do jakiego momentu historii są najbardziej podobne? Najczęściej przywołuje się rok 1938.

— Antonio Gramsci, włoski komunista, w więzieniu faszystowskim w latach 20. napisał: "Stary świat upada, a nowy świat się rodzi". Jesteśmy właśnie w takim momencie. Porządek, który znamy od końca II wojny światowej i w którym Ameryka jest hegemonem, upada. Jaki będzie ten nowy, jeszcze nie wiemy, ale myślę, że Chiny niedługo będą na pierwszym miejscu. A Stany Zjednoczone będą bardzo osłabione, prawdopodobnie przez konflikt wewnętrzny. Trump próbuje zmienić tyle rzeczy i tak radykalnie, że to musi wzbudzić opór.

onet.pl\NNewsweek


Maciej Kozielski: Jim Sciutto z CNN stwierdził, że to po Twoim pytaniu prezydenci USA J.D. Vance i Donald Trump bezpardonowo zaatakowali Wołodymyra Zełenskiego w Gabinecie Owalnym. Mieściło Ci się w głowie to, jak traktowali prezydenta Ukrainy?

Marek Wałkuski, korespondent Polskiego Radia w Białym Domu: Nie, byłem zszokowany. Podobnie jak moi amerykańscy koledzy, którzy wtedy byli ze mną w Gabinecie Owalnym. Patrzyliśmy na siebie z niedowierzaniem, nie do końca uświadamiając sobie, co tak naprawdę się wydarzyło.

Rozmawiałem później z amerykańskimi kolegami – także tymi, którzy pracują w Białym Domu od wielu lat. Oni również przyznali, że nigdy nie byli świadkami podobnej sytuacji. Zwykle, gdy jesteśmy w obecności prezydenta USA, dziennikarze przekrzykują się, próbując zadać swoje pytanie. Tym razem prawie przez dziesięć minut panowała całkowita cisza. Staliśmy, słuchając i obserwując to, co się dzieje.

- Byłeś kiedyś tak blisko politycznego magla czy może politycznej kuchni?

Nie, za kulisami polityki takie rzeczy pewnie zdarzają się częściej. Ale na oczach kamer nigdy czegoś podobnego nie widziałem.

Co mówili dziennikarze opuszczający tamto spotkanie?

Początkowo niewiele – wszyscy byliśmy w szoku. Ale rozmawiałem wtedy z urzędnikami Białego Domu, przedstawicielami biura prasowego, doradcami Donalda Trumpa. Uderzyło mnie, że wszyscy byli z niego dumni. Byli zadowoleni z tego, co się wydarzyło. Słyszałem komentarze: „America is back”. Trump pokazał siłę. To był dla mnie drugi wstrząs.

(...)

Jakim cudem udało się Ci zadać tamtego dnia aż cztery pytania prezydentowi Stanów Zjednoczonych?

Odkąd Donald Trump został prezydentem, jego spotkania w Gabinecie Owalnym czy wystąpienia podczas posiedzeń gabinetu często zamieniają się w długie konferencje prasowe. Trump to lubi. Już pierwszego dnia – 20 stycznia – kiedy powrócił do Białego Domu, w Gabinecie Owalnym podpisywał rozporządzenia i przez godzinę odpowiadał na pytania.

Rzeczywiście, wtedy zadałem cztery pytania, a właściwie – z pytaniem uzupełniającym – pięć. Przyczyniła się do tego dynamika spotkania z Zełenskim w Gabinecie Owalnym. Zacząłem od kwestii, czy Trump będzie kontynuował pomoc militarną dla Ukrainy, a Wołodymyra Zełenskiego zapytałem, czy ma poczucie, że Trump stoi po stronie Ukrainy. Zełenski pytania nie dosłyszał, Trump mu je powtórzył, ale przy okazji nazwał je głupim. Prezydent Ukrainy odpowiedział, a Trump pytanie zignorował.

Zauważyłem, że od tego momentu zaczął częściej zerkać w moją stronę. A zwrócenie na siebie uwagi Trumpa to jedna z kluczowych rzeczy, żeby mieć okazję do pytań. To on sam decyduje, kogo wywoła.

Po takim komentarzu wielu mniej doświadczonych dziennikarzy pewnie by się już nie odezwało. W końcu prezydent Stanów Zjednoczonych, jeden z najpotężniejszych polityków na świecie, mówi do ciebie na oczach dziesiątek, jeśli nie setek milionów ludzi: „Zadałeś głupie pytanie”.

Ja nie odpuściłem. Po chwili zacząłem się zgłaszać, podnosić rękę i Trump to zauważył. Nie wiem, dlaczego mnie wywołał. Może dlatego, że miał poczucie, że niegrzecznie mnie potraktował? A może był ciekaw, o co zapytam ponownie? Wskazał mnie jako kolejnego. Powiedziałem: „Panie prezydencie, wiem, że moje pytanie się panu nie podobało, ale mi chodziło o to, czy w negocjacjach ustawia się pan po stronie Ukrainy, czy chce pan być neutralny?”. Tym razem odpowiedział. Ale przez całą konferencję na mnie zerkał. Pozwolił mi jeszcze zadać dwa pytania. Jedno dotyczyło obecności wojsk amerykańskich w Europie Środkowo-Wschodniej, a drugie – krajów bałtyckich.

Mniej więcej po czterdziestu minutach, kiedy większość dziennikarzy już się wystrzelała, a Donald Trump wdał się w sprzeczkę z dziennikarką z CNN, ponownie na mnie wskazał. Uznałem, że to może być dobry moment, by zadać pytanie, które od dawna nosiłem w głowie.

Zastanawiałeś się, jak by się potoczyło spotkanie prezydentów, gdyby nie ta cała awantura? Nie sądzisz, że to była celowa ustawka ze strony Vance’a i Trumpa?

Dzięki tej awanturze dowiedzieliśmy się, co oni naprawdę myślą, jaki mają stosunek do Wołodymyra Zełenskiego, do Ukrainy, do całej tej sprawy. Ale nie sądzę, że to była jakaś celowa ustawka. (...)

press.pl


Jest tam też e-mail od prokuratora, w którym podano, że Trump podróżował prywatnym odrzutowcem Epsteina w latach 90. "więcej razy niż wcześniej informowano". Z rejestrów lotów wynika, że w latach 90. Trump latał tym samolotem osiem razy. Podczas jednego z tych lotów na pokładzie był tylko Trump, Epstein i 20-latka, której tożsamość utajniono.

PAP