niedziela, 30 listopada 2025



Premier Izraela Benjamin Netanjahu złożył oficjalny wniosek o ułaskawienie go przez prezydenta Icchaka Hercoga - przekazała w niedzielę kancelaria szefa państwa. Netanjahu argumentował, że szybkie zakończenie toczącego się przeciw niemu procesu korupcyjnego jest niezbędne dla pojednania narodowego.

W nagraniu opublikowanym wkrótce po złożeniu wniosku Netanjahu powiedział, że zakończenie rozpoczętego kilka lat temu procesu leży w interesie narodowym Izraela. "Minęła prawie dekada od rozpoczęcia śledztwa przeciwko mnie. Proces w tej sprawie trwa już prawie sześć lat i oczekuje się, że będzie trwał jeszcze wiele lat" - powiedział premier, cytowany przez portal Times of Israel.

Przekonywał, że w jego własnym interesie pozostaje doprowadzenie procesu do końca, dopóki nie zostanie oczyszczony ze wszystkich zarzutów, jednak "bezpieczeństwo i interes narodowy wymagają czegoś innego".

"Izrael stoi w obliczu ogromnych wyzwań, a jednocześnie wielkich szans. Aby odeprzeć zagrożenia i wykorzystać szanse, niezbędna jest jedność narodowa" - argumentował Netanjahu. W jego ocenie kontynuowanie procesu "rozdziera nas (naród - PAP) od środka, tworzy podziały i pogłębia rozłamy". "Jestem przekonany, podobnie jak wielu innych w kraju, że natychmiastowe zakończenie procesu znacznie pomogłoby w ugaszeniu płomieni i promowaniu szerokiego pojednania - którego nasz kraj rozpaczliwie potrzebuje" - dodał.

Netanjahu poinformował, że zdecydował się na złożenie wniosku o ułaskawienie, ponieważ sędziowie niedawno zażądali od niego składania zeznań trzy razy w tygodniu.

Przypomniał też, że o zastosowanie wobec niego prawa łaski zaapelował ostatnio prezydent USA Donald Trump. W przypadku ułaskawienia obaj moglibyśmy "z jeszcze większą energią bronić żywotnych interesów Izraela i Stanów Zjednoczonych" - podkreślił Netanjahu.

Wzywając Hercoga do ułaskawienia szefa izraelskiego rządu, Trump podkreślił, że Netanjahu był "budzącym szacunek i zdecydowanym" premierem czasu wojny, a teraz przewodzi krajowi w czasach pokoju. Zaznaczył, że chociaż "szanuje niezależność izraelskiego sądownictwa", uważa, że ""sprawa" przeciwko Netanjahu (...) to nieuzasadnione, upolitycznione oskarżenia".

Biuro Hercoga odpowiedziało wówczas, że izraelski prezydent darzy swojego amerykańskiego odpowiednika ogromnym szacunkiem, ale osoba biegająca się o ułaskawienie powinna złożyć formalny wniosek zgodnie z obowiązującym prawem.

Według izraelskiego prawa wniosek o ułaskawienie musi złożyć starająca się o nie osoba lub członek najbliższej rodziny.

Prezydent ma prawo ułaskawić osoby skazane przez izraelskimi sądami, a w szczególnych okolicznościach może ułaskawić również jeszcze nieskazaną osobę. W historii kraju zapis ten zastosowano tylko raz. Według krytycznego wobec Netanjahu dziennika "Haarec" ułaskawienie go przed wydaniem wyroku skazującego wiązałoby się z licznymi komplikacjami politycznymi i wątpliwościami natury prawnej.

Netanjahu jest oskarżony o łapówkarstwo, oszustwo i nadużycie zaufania w toczącym się od 2020 r. procesie dotyczącym trzech spraw karnych. Wszystkie trzy sprawy związane są z relacjami między Netanjahu i jego rodziną a wpływowymi i bogatymi właścicielami firm medialnych oraz oskarżeniami o to, że premier wykorzystywał te znajomości dla osobistych i politycznych korzyści.

Premier wielokrotnie odrzucał wszystkie oskarżenia, określając cały proces jako polityczną nagonkę.

PAP


Gazeta donosi też, że po spotkaniu Donalda Trumpa z Władimirem Putinem na Alasce jedna z europejskich agencji wywiadowczych rozesłała do urzędników innych państw Europy raport, który miał ich "zszokować".

"W środku znajdowały się szczegóły planów handlowych i gospodarczych, które administracja Trumpa snuła z Rosją, w tym wspólne wydobycie pierwiastków ziem rzadkich w Arktyce" — czytamy. Obok części urzędników administracji w kontekście rozmów, pomijani mieli być europejscy urzędnicy. "WSJ" przytacza sytuację, kiedy Witkoff odmówił rozmów z nimi za pomocą bezpiecznego łącza, twierdząc, że zbyt często podróżuje, by używać niewygodnego w obsłudze systemu.

Jak zaznacza "WSJ", Witkoff, Kushner, a także szereg amerykańskich biznesmenów uwierzyli w wizję roztaczaną przez Kreml.

— Rosja ma tak wiele ogromnych zasobów, ogromne połacie ziemi — powiedział Witkoff gazecie, opisując swoje nadzieje na to, że Rosja, Ukraina i USA zostaną partnerami w biznesie. — Jeśli zrobimy to wszystko, a wszyscy będą prosperować i będą częścią tego, i wszyscy będą mieli z tego korzyści, to naturalnie stanie się to bastionem przeciwko przyszłym konfliktom. Bo wszyscy będą prosperować — wyjaśnił. "WSJ" opisuje też sytuację, kiedy po odmowie Trumpa przekazania Ukrainie pocisków Tomahawk Witkoff poradził Kijowowi, by zamiast o rakiety zabiegał o 10-letnie zwolnienie z ceł, bo to dałoby impuls ukraińskiej gospodarce.

— Jestem w biznesie zawierania układów. Po to tu jestem — stwierdził wysłannik Trumpa.

Dziennik opisuje zabiegi szeregu amerykańskich firm i biznesmenów, by przygotować się do powrotu do Rosji. Bliscy Putinowi oligarchowie, w tym Giennadij Timczenko, Jurij Kowalczuk i bracia Arkadij i Borys Rotenbergowie, mieli wysłać swoich przedstawicieli na spotkania z amerykańskimi biznesami na temat wydobycia surowców w Rosji. Według cytowanego przez dziennik zachodniego urzędnika struktur bezpieczeństwa oferowali oni koncesje na wydobycie gazu na Morzu Ochockim i w czterech innych miejscach, a także wydobycie metali ziem rzadkich nieopodal Norylska i na Syberii.

Chętnym na przejęcie gazociągu Nord Stream 2 ma być darczyńca na kampanię Trumpa, inwestor Stephen Lynch, który zapłacił 600 tys. dol. lobbyście związanym z synem prezydenta, Donaldem juniorem, by uzyskać licencję na tę transakcję. Inny znajomy Donalda juniora, biznesmen Gentry Beach, ma prowadzić rozmowy na temat zakupu udziałów w projekcie wydobycia gazu w rosyjskiej Arktyce. Z kolei wicedyrektor koncernu ExxonMobil miał negocjować z szefem Rosnieftu Igorem Sieczynem w Katarze powrót do inwestycji w wielki projekt Sachalin 2. Projekt ten został wstrzymany w związku z sankcjami nałożonymi w 2022 r. ExxonMobil, inwestor Todd Boehly i inni mieli też rozmawiać na temat kupna aktywów objętego sankcjami Łukoilu.

onet.pl


Wypadki się zdarzają, jednak w przypadku tego konkretnego, nie sposób nie wspomnieć o ogólnej zapaści rosyjskiego przemysłu kosmicznego. Kiedy na wszystko brakuje pieniędzy, brakuje też na utrzymanie infrastruktury, a to podnosi ryzyko takich wydarzeń. Roskosmos, państwowy koncern kontrolujący praktycznie cały rosyjski program i przemysł kosmiczny, już od wielu lat zmaga się z problemami finansowymi. Sytuacja jest typowa dla wielu sektorów rosyjskiej gospodarki. W czasach ZSRR cechowała ją znaczna rozbudowa, okres świetności i początkowo nawet pozycja globalnego lidera. Potem nastąpiła stagnacja, a ostatecznie zapaść po rozpadzie imperium. Jednocześnie nadal ma ona ogromne znaczenie symboliczne, ideologiczne i propagandowe, czemu towarzyszą duże ambicje. To dlatego na papierze Rosja ciągle chce budować nową stację kosmiczną, eksplorować Księżyc, Marsa i ogólnie być ważnym graczem, odpowiednio do swoich mocarstwowych pretensji. Przez pewien czas fundamentalne problemy maskowało zapotrzebowanie na wynoszenie satelitów z całego świata na względnie tanich rosyjskich rakietach. Eldorado dewizowe trwało do około 2013/2014 roku, ale zostało całkowicie przejedzone.

Kiedy kolejne problemy i katastrofy podważyły wiarygodność Rosjan, doszły sankcje za agresję na Ukrainę, a w USA zaczęła rosnąć konkurencja w postaci SpaceX, nastąpił krach. O ile przez pierwszą dekadę XXI wieku rosyjskie rakiety rok w rok odpowiadały za ponad połowę globalnych startów, tak rok 2025 zamkną z wynikiem około 5 procent. Całkowita zapaść dokonała się na przestrzeni ponad dekady. Jednocześnie pogarszająca się sytuacja budżetowa Rosji dodatkowo dociskała Roskosmos z drugiej strony. Po 2014 roku roczne wydatki na cały przemysł i program kosmiczny oscylowały w rejonie trzech miliardów dolarów, co było określane przez specjalistów jako zupełnie nieadekwatne do potrzeb. Poza tym realnie było to zazwyczaj jeszcze około 10 procent mniej, niż planowano. Kiedy doda się do tego klasyczną korupcję (z symptomatycznym przykładem budowy kosmodromu Wostocznyj) i skrajną nieefektywność (Roskosmos zatrudnia około 170 tysięcy ludzi, SpaceX Elona Muska około 10 razy mniej), to trudno spodziewać się innego efektu niż zapaść.

Wymownym jej przejawem był sierpniowy list nowego dyrektora firmy Energia do załogi. Energia to nie byle firma, ale symbol, filar i najważniejszy element Roskosmosu. Jest kontynuatorem pierwszego radzieckiego biura konstrukcyjnego i fabryki rakiet z lat 40., utworzonych pod kierownictwem legendarnego dla Rosjan Siergieja Korolowa - ojca ich programu kosmicznego i rakietowego. Energia odpowiada dzisiaj m.in. za rakiety Sojuz, kapsuły załogowe i statki towarowe Progress. "Sytuacja jest krytyczna. Długi na wiele milionów dolarów. Oprocentowanie pożyczek, które pożera budżet. Liczne procesy, które są nieefektywne. Znaczna część zespołu straciła motywację i poczucie odpowiedzialności" - pisał Igor Maltsew, który został dyrektorem Energii zaledwie trzy miesiące wcześniej. "Musimy przestać okłamywać siebie i innych, że wszystko z nami jest ok. Uratować nas może tylko cud" - pisał w liście do załogi, który wyciekł do rosyjskich mediów.

Nie oznacza to oczywiście, że rosyjski program kosmiczny całkowicie zniknie. Przede wszystkim dlatego, że potrzebuje go państwo. Zwłaszcza wojsko, które jest aktualnie głównym klientem branży kosmicznej. Satelity szpiegowskie i telekomunikacyjne jakoś trzeba umieścić na orbicie i nie są to ładunki, które można wynieść rakietami innych państw. Same te satelity trzeba też opracować i wyprodukować. To jednak zupełnie inna skala potrzeb niż w czasach, kiedy znaczna część świata wynosiła swoje ładunki w kosmos na rosyjskich rakietach.

Rosjanie mają nawet kilka nowych modeli rakiet. Wśród nich jest lekka Angara 1.2, która teoretycznie ma przejąć wynoszenie większości satelitów wojskowych z kosmodromu Plesieck od zmodyfikowanych starszych Sojuzów 2. Jest też cięższa Angara A5. Ich rozwój i produkcja są jednak bardzo powolne. Od pierwszego lotu próbnego w 2014 roku do dzisiaj łącznie odpalono zaledwie 12 Angar. Nie ma informacji wskazujących na zwiększenie tego tempa w kolejnych latach. Równocześnie trwają prace nad nową rakietą o mylącej nazwie Sojuz-5, która tak naprawdę ma niewiele wspólnego z rodziną Sojuz. Rozmiarami i możliwościami to odpowiednik Falcon 9, czyli konia roboczego firmy SpaceX, tylko rosyjska rakieta nie jest wielokrotnego użytku. Pierwszy egzemplarz Sojuz-5 niedawno trafił na Bajkonur i ma polecieć przed końcem roku. Podstawowym koniem roboczym Rosjan pozostaje jednak ciągle Sojuz-2, czyli zmodernizowany radziecki Sojuz, będący z kolei rozwinięciem rakiet R-7, czyli tych, które wyniosły w kosmos między innymi Jurija Gagarina.

Różnych planów i wizji innych nowych rakiet oraz statków kosmicznych Rosjanie mają wiele. Jest jednak ewidentne, że era, w której byli poważnym graczem w kosmosie, minęła. Ponieważ Kreml dla potrzeb wizerunkowych będzie potrzebował programu kosmicznego, więc prawdopodobnie ten będzie utrzymywany na kroplówce. Jednak po zakończeniu działania ISS pod koniec tej dekady lub na początku następnej, Rosjanie zostaną właściwie z niczym. Ewentualnie będą mogli zostać drugorzędnym partnerem Chińczyków w ich znacznie ambitniejszym i adekwatnie finansowanym programie kosmicznym.

gazeta.pl


Wołodymyr Zełenski w sobotę (29 listopada) ma wybierać szefa swego biura, po tym, jak w piątek zwolnił poprzedniego - Andrija Jermaka. Dymisja polityka, który uważany był za najbliższego współpracownika ukraińskiego prezydenta i nieformalnie drugą osobę w państwie, spowodowana była zacieśniającym się wokół niego skandalem korupcyjnym. W piątek wieczór Jermak przesłał wiadomość "New York Post", w której oznajmił, że idzie na pierwszą linię frontu: "Zostałem zhańbiony, a moja godność nie została zachowana, mimo że od 24 lutego 2024 roku przebywam w Kijowie. Nie chcę sprawiać problemów Zełenskiemu - idę na front". "Jestem uczciwą i przyzwoitą osobą" - zapewnił i dodał: "Jestem obrzydzony brudem skierowanym przeciwko mnie, a jeszcze bardziej brakiem wsparcia ze strony tych, którzy znają prawdę".

gazeta.pl


Raport Komitetu ONZ Przeciwko Torturom (CAT) przytacza "The Guardian". Badacze w swojej publikacji wyrazili zaniepokojenie doniesieniami dotyczącymi m.in. ciężkich pobić, ataków psów, rażenia prądem, podtapianiem i przemocy seksualnej, jakich mieli dopuszczać się Izraelczycy wobec palestyńskich więźniów. Badanie, przeprowadzone przez 10 niezależnych ekspertów, dotyczy okresu ostatnich dwóch lat. Stwierdzono w nim, że Izrael "prowadzi de facto politykę zorganizowanych i powszechnych tortur". 

(...)

Komitet zwrócił również uwagę na sytuację dzieci przetrzymywanych przez izraelskie służby. W raporcie odnotowano "wysoki odsetek nieletnich, którzy są przetrzymywani bez zarzutów lub tymczasowo aresztowani". Podkreślono, że wiek odpowiedzialności karnej w Izraelu wynosi 12 lat, a zdarzały się przypadki zatrzymywania dzieci poniżej tego wieku. Jak wskazują autorzy raportu, część nieletnich trafia do izolacji, gdzie obowiązują surowe ograniczenia dotyczące kontaktów z rodziną, a także brak dostępu do edukacji. W dokumencie zwrócono także uwagę, że warunki przetrzymywania więźniów w czasie trwającej wojny w Strefie Gazy miały ulec "znacznemu pogorszeniu". Według ustaleń Komisji, w aresztach miało w tym okresie zginąć 75 Palestyńczyków. Stwierdzono, że liczba zgonów jest "nienaturalnie wysoka" i dotyczy niemal wyłącznie palestyńskiej populacji więźniów. Jednocześnie autorzy raportu zaznaczyli, że do tej pory żaden urzędnik państwowy nie został pociągnięty do odpowiedzialności za te przypadki. Rząd Izraela wielokrotnie zaprzeczał stosowaniu tortur.

W raporcie odnotowano, że Izrael w ciągu dwóch lat wskazał tylko jeden przypadek skazania za tortury lub złe traktowanie. Dotyczył on żołnierza ukaranego za wielokrotne pobicia z użyciem pięści, pałki i broni więźniów z Gazy, którzy byli związani i mieli zawiązane oczy. Autorzy raportu ocenili jednak, że kara siedmiu miesięcy więzienia "nie odzwierciedla powagi czynu". "The Guardian" zauważa, że do publikacji raportu doszło w dniu, gdy trzech funkcjonariuszy izraelskiej straży granicznej zostało zwolnionych po przesłuchaniach w związku ze śmiertelnym postrzeleniem dwóch Palestyńczyków w Dżaninie. Na nagraniu z miejsca zdarzenia widać, jak zatrzymani wyczołgują się z budynku i podnoszą ręce oraz koszule, aby zasygnalizować, że nie są uzbrojeni. Widać także funkcjonariuszy Staży Granicznej. Jeden z nich zaczyna kopać zatrzymanych, po czym wykonuje gest, najwyraźniej nakazujący im powrót do budynku. Chwilę później Palestyńczycy zostali postrzeleni z bliskiej odległości. Strażnicy twierdzili później, że czuli "bezpośrednie zagrożenie dla życia". Twierdzili również, że zatrzymani mieli odmówić rozebrania się do naga i "włożyli ręce do kieszeni", a jeden z nich miał próbować uciec. Brytyjski dziennik wskazuje jednak, że  na nagraniu - którego autentyczność nie została zakwestionowana przez izraelskie władze - nie widać, aby zatrzymani Palestyńczycy stawiali jakikolwiek opór. Według izraelskich mediów funkcjonariusze zostali zwolnieni pod warunkiem, że nie będą omawiać sprawy z innymi osobami.

gazeta.pl

piątek, 28 listopada 2025



Analityk we wpisie zatytułowanym "Czarny piątek dla Jermaka" opisał działania Narodowego Biura Antykorupcyjnego Ukrainy (NABU) jako sygnał, że ukraińska polityka wchodzi w nową fazę przesileń i "ukrytych politycznych konfrontacji", które mogą się jedynie nasilać. Według Szlinczaka "ta sprawa praktycznie zakopała szanse Zełenskiego na reelekcję".

Ekspert zauważył również, że "NABU nie przyjdzie bezpośrednio do Zełenskiego, bo po pierwsze chroni go immunitet prezydencki, a po drugie — jakiekolwiek działania procesowe mają sens tylko wtedy, gdy można je doprowadzić do realnego finału".

(...)

W piątek ukraińskie agencje antykorupcyjne — NABU oraz SAP (Specjalnej Prokuratury Antykorupcyjnej) przeprowadziły przeszukanie w mieszkaniu Andrija Jermaka, bliskiego współpracownika Zełenskiego i od lat jego najbliższego doradcy. 54-latek pełni kluczową funkcję w rozmowach z USA, kierując zespołem negocjacyjnym w sprawie porozumienia pokojowego. To również przyjaciel Zełenskiego jeszcze sprzed czasów prezydentury.

Przeszukania przeprowadzono w związku z szeroko zakrojonym śledztwem dotyczącym afery korupcyjnej w sektorze energetyki jądrowej, w której wg. ustaleń NABU, uczestnicy procederu mieli pobierać łapówki na poziomie 10–15 proc. wartości kontraktów.

onet.pl

Siły rosyjskie po raz pierwszy wkroczyły do Pokrowska do 31 lipca, a siły rosyjskie posuwały się w Pokrowsku średnio 0,12 km dziennie od 31 lipca do 26 listopada. Siły rosyjskie nie zajęły Pokrowska —, miasta o powierzchni 11,5 mil kwadratowych —, mimo że działały na terenie miasta przez ponad 118 dni. ISW zaobserwowało jedynie dowody pozwalające ocenić, że siły rosyjskie skonsolidowały postęp w 66 procentach Pokrowska według stanu na 26 listopada, co stanowi niski odsetek, biorąc pod uwagę czas i siłę roboczą (elementy co najmniej dwóch połączonych armii zbrojnych), które Rosja poświęciła na kontynuowanie tych wysiłków.

(...)


Maszowiec poinformował 26 listopada, że niepowodzenie sił rosyjskich w szybkim zajęciu Kupiańska i osiągnięciu znacznych zdobyczy w mieście w ciągu ostatnich dwóch tygodni naraża siły rosyjskie w Kupiańsku na ryzyko okrążenia w wyniku ukraińskich kontrataków, ponieważ rosyjska logistyka do Kupiańska jest zależna od co najwyżej 4,3-kilometrowego korytarza, który kontrolują siły rosyjskie w pobliżu Zapadnego, Holubiwki, Radkiwki, i Kindraszywka (cała północ od Kupiańska).

understandingwar.org

środa, 26 listopada 2025



W 2022 roku, kiedy Pekin zareagował histerycznie na wizytę przewodniczącej Izby Reprezentantów USA Nancy Pelosi na Tajwanie, przeprowadzając duże ćwiczenia wojskowe wokół wyspy. Chińskie pociski balistyczne spadły wtedy na południe od Yonaguni w japońskiej wyłącznej strefie ekonomicznej. Dla Tokio to był moment przełomowy. Jak to określił jeden z ekspertów: Japońskie elity przestały zadawać sobie pytanie, czy Japonia ma się zbroić i przygotowywać na konflikt z Chinami, a zaczęły zastanawiać, jak to zrobić?

Yonaguni jest ostatnią wyspą w łańcuchu wysp Ryukyu, do którego należy także archipelag Miyako. Rozciąga się na kilkaset mil od wysp japońskich. W związku z eskalacją dyplomatyczną z Tokio w ostatnich dniach chińskie media państwowe opublikowały artykuły kwestionujące suwerenność Japonii nad wyspami i podkreślające, że kilkaset lat temu królestwo Ryukyu było niezależne od Japonii.

zawielkimmurem.net


Nadchodzi "wielkie wymieranie" sektora motoryzacyjnego w Europie?

News z dziś: Volkswagen odkrywa, że w Chinach jest w stanie zaprojektować samochód o 50% taniej i 3 razy szybciej. Stąd mały krok, by przenieść tam produkcję i R&D, a do Europy eksportować samochody. Inni z resztą już to robią.

Nic dziwnego, bo Chińczycy intensywnie zabiegają by "udomowić" europejskie koncerny i związać je z własną bazą produkcyjną, coraz częściej licencjonują Niemcom własne technologie. I budują przy okazji polityczną zależność nowego typu. A prawdą jest, że chiński ekosystem przemysłowy jest po prostu znacznie szybszy i bardziej elastyczny, innowacyjny, konkurencyjny kosztowo. A - w dodatku do tego wszystkiego - systemowo subsydiowany.

Z resztą to nie tylko niemieckie koncerny samochodowe spoglądają na chińską bazę produkcyjną. Nie dalej jak w lipcu br. widzieliśmy z OSW w Chinach na deskach kreślarskich chińskiego biura projektowego projekt pewnego europejskiego samochodu, wymyślonego tam i opartego na chińskich komponentach. A teraz, tej, jesieni widzę go już na reklamach polskich auto portali z tytułem "Europa udowadnia, że umie robić tanie samochody elektryczne". Dość to zabawnie wygląda. Nie mówię tu już o Tesli, która długo była największym eksporterem elektryków z Chin do Europy, wysyłając do nas dziesiątki tysięcy samochodów z Gigafactory z Szanghaju.

"Wielkie wymieranie" w zasadzie już trwa, tylko odbywa się po cichu. Jeśli wytężyć wzrok, każdego tygodnia w Niemczech upada jakaś mała lub średnia firma z branży motoryzacyjnej, w całym regionie zwolnienia w fabrykach, na placach składowych rosną góry nieodbieranych części. Najsilniej obrywa mały i średni biznes - niemiecki Mittelstand, ale i cały łańcuch dostaw w Europie Środkowej. Koncerny sobie poradzą, o ile zaczną wybierać Chiny jako bazę przemysłową. 

Nastroje w polskiej branży na tym tle bardzo minorowe, słyszałem niedawno od liderów branży, że interesy Polski i Niemiec (a dokładnie - kilku koncernów, które długo kształtowały politykę Berlina) zaczęły fundamentalnie się rozjeżdżać na tym tle.

Europa ociągała się z cłami na Chiny, podczas gdy cały świat stawiał bariery (nie tylko USA, ale i Indie, Turcja, Brazylia...). Trudno teraz by europejski koncern był konkurencyjny, skoro jego rywal z Chin może wysyłać do Europy samochody wytworzone w ultra-konkurencyjnym ekosystemie przemysłowym w Azji. Więc racjonalne - jeśli myślimy głównie o wynikach w przyszłym kwartale... - jest zrobić to samo. Pytanie tylko, czy potrafimy wyobrazić sobie Europę, Niemcy, bez przemysłu motoryzacyjnego.

Żeby nie kończyć kolejnego posta niekonstruktywnie, strasząc tylko Chinami, powiem tyle - idzie wielkie przetasowanie, w którym musimy szukać szans. Jednym ze sposobów, to tzw. "odwrócony Deng Xiaoping" (copyright: @WnukowskiDamian), czyli dopuszczenie Chin do europejskiego rynku w zamian za transfery technologii i formowanie joint-ventures w Europie. Takie z resztą jest dziś myślenie w Komisji Europejskiej, ale i wielu stolicach UE. Polska ma również karty w tej grze. 

Nie mamy swojego samochodowego koncernu, ale stawka jest wysoka, bo polskim poddostawcom, którzy mogą niedługo zostać "osieroceni" przez koncerny migrujące do Chin, trzeba znaleźć nowe przestrzenie do wzrostu i awansu technologicznego. Być może czas postawić Chinom warunek: dostęp do rynku w zamian za technologię i włączenie w łańcuch dostaw. Skoro daliśmy się jako Europa wyrolować Chińczykom, to przynajmniej czegoś się od nich nauczmy.

x.com/J_Jakobowski


28-punktowy plan przyjęty przez Biały Dom Trumpa w celu zakończenia wojny na Ukrainie, rzekomo napisany przez amerykańskich negocjatorów z „uwagą” Kirilla Dmitriewa, szefa rosyjskiego funduszu majątku narodowego i osoby z wewnątrz Kremla, jest w rzeczywistości w swojej istocie przetworzonym rosyjskim dokumentem, który „The Insider” zobaczył kilka miesięcy temu dzięki źródłu zbliżonemu do rosyjskiego rządu.

Jak donoszą portale Axios i Wall Street Journal, 28-punktowy plan USA, silnie zorientowany na Moskwę, wywołał międzynarodowy kryzys w związku z obawami, że administracja Trumpa forsuje prorosyjską agendę, próbując jednocześnie zmusić Ukrainę do kapitulacji. Dokument miał być miesięcznym wspólnym przedsięwzięciem trzech osób: specjalnego wysłannika USA Steve'a Witkoffa, zięcia Trumpa Jareda Kushnera i Dmitriewa.

Wiele kluczowych założeń planu, który wyciekł do amerykańskiej prasy 18 listopada, zostało w rzeczywistości zaczerpniętych z wcześniejszego projektu, opracowanego przez Dmitrijewa niedługo po powrocie Trumpa do Białego Domu pod koniec stycznia 2025 roku. Należą do nich:
  • Faktyczne uznanie przez Stany Zjednoczone okupowanego przez Rosję Krymu, Ługańska i Doniecka (postrzegane jako wycofanie się Rosji z bardziej wiążącego de jure uznania tych terytoriów);
  • Zamrożenie terytoriów wzdłuż obecnej linii kontaktowej w obwodach zaporoskim i chersońskim;
  • Sekwencyjny proces znoszenia sankcji wobec Rosji;
  • Przyjęcie Ukrainy do Unii Europejskiej;
  • Trwałe wykluczenie Ukrainy z NATO;
  • Zakaz obecności sił pokojowych Zachodu i NATO na Ukrainie;
  • Schemat, w ramach którego Stany Zjednoczone czerpią zyski z zamrożonych rosyjskich aktywów w posiadaniu Unii Europejskiej, a jednocześnie inwestują w powojennej Ukrainie, a także zaproszenie dla Stanów Zjednoczonych do inwestowania w Rosji.
Najbardziej niesamowite podobieństwo dotyczy ostatniego punktu:

„100 miliardów dolarów zamrożonych rosyjskich aktywów zostanie zainwestowanych w prowadzone przez USA działania na rzecz odbudowy i inwestycji na Ukrainie” – czytamy w 28-punktowym planie. „Stany Zjednoczone otrzymają 50% zysków z tego przedsięwzięcia. Europa dołoży 100 miliardów dolarów, aby zwiększyć kwotę inwestycji dostępnych na odbudowę Ukrainy. Zamrożone fundusze europejskie zostaną odmrożone”.

„Oligarchowie nadal będą mieli szansę na zyski jako inwestorzy na Ukrainie” – wyjaśniło rosyjskie źródło, które pokazało The Insiderowi pierwszą wersję. Innymi słowy, aktywa nie zostaną utracone, a jedynie przekierowane na przyszłe możliwości biznesowe, aby wzbogacić miliarderów i przyjaciół Putina.

Rosyjska koncepcja zawierała również dwa „słodziki”, mające trafić bezpośrednio do nastawionego na transakcje Białego Domu Trumpa. Oba były niezwykłe, ale tylko jeden z nich został powtórzony w planie, który wyciekł do amerykańskich mediów.

Po pierwsze, Stany Zjednoczone miały zainwestować w powojenną gospodarkę Rosji, która – jak się spodziewano – miała „cierpieć na brak gotówki i pilnie potrzebować inwestycji” po całkowitym przestawieniu się na produkcję wojskową po pełnej inwazji na Ukrainę w lutym 2022 roku. Jak wyjaśniło źródło, zapoczątkowałoby to „nową… erę amerykańsko-rosyjskich inwestycji wewnętrznych, podobną do tej z lat 90.”.

Znajduje to odzwierciedlenie w 28-punktowym planie, który brzmi następująco: „Pozostała część zamrożonych rosyjskich funduszy zostanie zainwestowana w oddzielny amerykańsko-rosyjski instrument inwestycyjny, który będzie wdrażał wspólne projekty w określonych obszarach. Fundusz ten będzie miał na celu zacieśnienie relacji i wzmocnienie wspólnych interesów, aby stworzyć silną zachętę do unikania powrotu do konfliktów”.

Drugie ujawnienie w pierwszym planie jest całkowicie nieobecne w planie Witkoff-Kushner-Dmitriev. Źródło Insidera podsumowało to następująco: „Bylibyśmy skłonni wymienić Chiny na USA”, dodając, że rosyjskie elity są „wkurzone rosnącą rolą Chin w gospodarce cywilnej, wykorzystujących luki pozostawione przez exodus zachodnich inwestorów”. Biorąc pod uwagę dobrze znaną rywalizację Trumpa z Pekinem, oferta dotyczyła koalicji przeciwko wschodzącemu azjatyckiemu supermocarstwu, opisanej przez źródło jako „rodzaj nowej koalicji chrześcijańskiej”. Wydawało się to odpowiadać powszechnemu w MAGA zaleceniu porzucenia Ukrainy – że Waszyngton powinien skoncentrować swoje wysiłki militarne i dyplomatyczne na przeciwdziałaniu wzrostowi Pekinu jako globalnego supermocarstwa. Postanowienie to zostało prawdopodobnie usunięte, ponieważ Rosja nie chciała sugerować, że kiedykolwiek zerwie ze swoim najważniejszym strategicznym sojusznikiem.

(...)

Obecny, 28-punktowy plan jest przesiąknięty tym chaosem. „The Journal” doniósł 24 listopada, że ​​Witkoff i Kushner napisali swój pierwszy projekt /w czasie - red./ „lotu powrotnego z Bliskiego Wschodu, w blasku negocjacji w sprawie porozumienia między Izraelem a Hamasem”, a szczegóły dopracowali wspólnie z Dmitriewem, który w październiku udał się do Miami na spotkania z oboma Amerykanami. „Większość” planu została napisana przez Witkoffa i Kushnera, podała gazeta, powołując się na „osobę znającą się na jego tworzeniu”.

Jednak pomimo ewoluującej i sprzecznej narracji na temat tego, jak te ramy pokojowe zostały skonstruowane, „The Insider” może ujawnić, że dokument zawiera specyficzne sformułowania, które pojawiły się niemal dosłownie słowo w słowo we wcześniejszym tekście – sporządzonym wyłącznie przez Dmitriewa niedługo po drugiej inauguracji Trumpa. Celem tego pierwotnego dokumentu, według źródła, które go opisało, było przedstawienie nowemu prezydentowi USA wielkiej umowy, która utwierdzała maksymalistyczne żądania Rosji, często określane przez Kreml jako „podstawowe przyczyny” wojny: mianowicie ponowne rozpatrzenie amerykańskiej architektury bezpieczeństwa dla Europy po zimnej wojnie, która obowiązywała przez ostatnie 34 lata. Opakowanie tej umowy miało odwołać się do dobrze znanych uprzedzeń administracji Trumpa i skłonności do zawierania umów quid pro quo, nawet jeśli to, co jest przedmiotem handlu, nie należy do Rosji ani Stanów Zjednoczonych.

Skłonności te były w pełni widoczne podczas rozmowy telefonicznej z 14 października między Witkoffem a wysoko postawionym rosyjskim dyplomatą Jurijem Uszakowem, której zapis trafił na łamy Bloomberga po południu 25 listopada.

Podczas tej rozmowy, która miała miejsce dwa tygodnie po ogłoszeniu wynegocjowanego przez Trumpa planu pokojowego dla Gazy, Witkoff doradzał Uszakowowi, jakie podejście powinien przyjąć Putin podczas rozmów ze swoim amerykańskim odpowiednikiem.

„Chciałbym zadzwonić i po prostu powtórzyć, że gratulujecie prezydentowi tego osiągnięcia, że ​​je wspieraliście, że je wspieraliście, że szanujecie to, że jest człowiekiem pokoju i po prostu, naprawdę cieszycie się, że to się stało” – powiedział Witkoff, dodając, że nadchodzące dni to idealny moment dla Kremla na przekazanie takiego przesłania. „Zełenski przyjedzie do Białego Domu w piątek [17 października]” – powiedział Witkoff. „Pójdę tam, bo chcą, żebym tam był, ale myślę, że jeśli to możliwe, porozmawiamy z waszym szefem przed tym piątkowym spotkaniem”.

„Oto, co moim zdaniem byłoby niesamowite” – dodał Witkoff. „Może powie prezydentowi Trumpowi: wiesz, Steve i Yuri omawiali bardzo podobny, 20-punktowy plan pokojowy i to mogłoby być coś, co naszym zdaniem mogłoby trochę ruszyć sprawę, jesteśmy otwarci na takie rzeczy”.

16 października, na prośbę Rosji, Trump i Putin odbyli ponad dwugodzinną rozmowę telefoniczną. Spotkanie z jego ukraińskim odpowiednikiem następnego popołudnia miało podobno charakter burzliwy. Tydzień później Trump wysłał Witkoffa do Miami, aby osobiście spotkał się z Dmitrijewem. 29 października, według innego zapisu rozmowy opublikowanego przez Bloomberga , Dmitrijew i Uszakow rozmawiali telefonicznie po rosyjsku i dyskutowali o tym, jak mocno Moskwa powinna forsować swoje żądania w ewentualnej propozycji pokojowej:

Dmitriev: Nie, posłuchaj. Myślę, że ten dokument po prostu zrobimy, tak jakby, w naszym położeniu, a ja po prostu nieformalnie go przekażę, mówiąc, że to wszystko jest nieformalne. I mogą to przedstawić jako swoje. Nie sądzę jednak, żeby przyjęli dokładnie naszą wersję, ale przynajmniej będzie ona jak najbliższa. [(...)]
Uszakow: No właśnie o to chodzi. Mogą nie przyjąć tego do wiadomości i powiedzieć, że to było z nami uzgodnione. Tego się obawiam.
Dmitriev: Nie, nie, nie. Powiem dokładnie tak, jak ty, słowo w słowo.
Uszakow: Mogą to później przekręcić, i tyle. Jest takie ryzyko. Jest. No dobra, nieważne. Zobaczymy.

Podobnie jak niedoświadczony politycznie Wikoff, Dmitriew jest również postrzegany jako intruz w grze dyplomatycznej. Jednak jego rzekome powiązania z rosyjskimi służbami bezpieczeństwa – wraz z powiązaniami jego żony z córką Putina, Kateriną Tichonową – pomagają wyjaśnić jego nagły wzrost znaczenia w Moskwie. „Kiryl nie wykazał się geniuszem, ale był skłonny przypisywać sobie zasługi za pracę innych i wykorzystywać wymienianie nazwisk i kontakty, aby awansować” – powiedział The Insider źródło bliskie Dmitriewowi . „Biorąc pod uwagę jego przeszłość, nie powinien był otrzymać rosyjskiego zezwolenia ani mieć mandatu do negocjacji, ale teraz jest częścią rodziny i robi się wyjątki, tak jak w Białym Domu Trumpa”.

theins.press


Na sesji 21 listopada wycena amerykańskiego koncernu farmaceutycznego Eli Lilly przekroczyła bilion dolarów. To pierwsza na świecie firma farmaceutyczna o tak wysokiej wycenie, przy czym analitycy twierdzą, iż może się ona utrzymać.

Jak stwierdzają analitycy zapytywani przez Bloomberg i Financial Times ta wycena nie jest przypadkiem – inwestorzy „dali firmie premię” za przejęcie sporej części amerykańskiego rynku leków odchodzących i przeciwcukrzycowych od dotychczasowego lidera, duńskiego koncernu Novo Nordisk. Jeszcze 8 lat temu wartość rynkowa Eli Lilly wynosiła około 100 mld dolarów, zaś jej obecny wzrost wynika właśnie z wygranej w konkurencji na rynku leków GLP-1.

Jak przyznał sam prezes Lilly David Ricks w odcinku podcastu „Cheeky Pint”, leki GLP-1 „stanowią prawdopodobnie 80% wartości ekonomicznej firmy”, zaś lek GLP-1/GIP, tirzepatid – sprzedawany jako Zepbound i Mounjaro – przekroczył 10 mld dolarów sprzedaży w III kwartale, jeśli chodzi o ,wskazania do leczenia cukrzycy i kontroli wagi.

Tym samym Eli Lilly dołączyła do firm sztucznej inteligencji, jak Nvidia, oraz dominujących na rynku technologii, takich jak Meta i Apple. Jak do tej pory ten „klub bilionerów” jest niewielki, bo tego typu wyceny zawsze wiążą się z wygórowanymi oczekiwaniami inwestorów. Jak do tej pory Eli Lilly się udaje, w III kw. sprzedaż koncernu przekroczyła prognozy Wall Street o około 1,5 mld dolarów. Tyle że firma w końcu będzie musiała stawić czoła wygaśnięciu patentów i konkurencji leków generycznych, co znaczy, że jej główne leki trafią na tańszą konkurencję. Ricks twierdzi, że mimo tego Eli Lilly będzie konkurować „z firmami, takimi jak Bristol Myers lub Pfizer”.

„To duże firmy, których przychody nie różnią się aż tak bardzo od naszych, a my konkurujemy z nimi w tych innych segmentach rynku. Ich kapitalizacja rynkowa wynosiła 100-200 mld dolarów. My obracamy około 800 mld dolarów. I ta różnica to fenomen GLP-1. Myślę, że Wall Street również uważa, że ​​nasza produktywność w zakresie badań i rozwoju jest wyższa” – dodał Ricks.

Istotnie, Eli Lilly wydaje około 20-25% swoich przychodów na badania i rozwój. Zapytywany przez inwestorów czy to tempo utrzyma się, jeśli roczna sprzedaż przekroczy 120 mld dolarów, stwierdził, że „postarałby się wydać 20% tej kwoty, co byłoby zbliżone do budżetu” rządowych Narodowych Instytutów Zdrowia.

isbiznes.pl