piątek, 21 listopada 2025


Zdaniem Kowałenki, okrążenia Pokrowska jest dziś niemożliwe z jednego powodu: 51. armia ogólnowojskowa całkowicie zawiodła w natarciu na Dobropillia.

— Podczas przełamania kilka ich brygad znalazło się w okrążeniu w rejonie Kuczerowego Jaru, Szachowego i Nowego Szachowego. Obecnie istnieje również zagrożenie okrążenia dla ich oddziałów w rejonie Czerwonego Limanu. Wszystko to doprowadziło do załamania się kierunku, który miał odegrać kluczową rolę w okrążeniu Pokrowska. Dowódca 51. armii został odwołany ze stanowiska — najwyraźniej za nieudany przełom. Nie ma więc żadnego okrążenia — uspokaja rozmówca Onetu.

Jednak sytuacja w samym mieście pozostaje bardzo trudna.

— Rosyjskie wojska kontrolują południowe dzielnice. Przez nie do miasta infiltrują się grupy dywersyjne. Nie są to oddziały szturmowe, ale małe grupy składające się z dwóch do czterech osób, przebrane za cywilów. Tych grup jest bardzo dużo. Ich zadaniem nie jest wchodzenie w walkę, ale penetracja jak najgłębiej w głąb miasta. Są praktycznie we wszystkich dzielnicach miasta: Pierwomajka, Sobaczówka, Centralny, Hnatiwka, Róg, Hirnyk — aż do dworca kolejowego. Trudno je wykryć i zneutralizować — wyjaśnia analityk wojskowy.

Rosja ciągle aktywnie wykorzystuje drony uderzeniowe i rozpoznawcze.

Wyposaża je w minimalną część bojową, ale za to w potężne baterie. Takie drony wykrywają pozycje ukraińskich żołnierzy, punkty ogniowe i operatorów dronów. Następnie wykorzystują to do przeprowadzania ataków lub aby grupy dywersyjne mogły ominąć nasze pozycje i posuwać się dalej. Nie powiedziałbym jednak, że sytuacja jest tragiczna. Wykorzystujemy obecnie Pokrowsk jako główne miasto do powstrzymywania ogromnych sił i środków przeciwnika. Znacznie bardziej tragiczne byłoby, gdyby te siły i środki zostały przekierowane na inne kierunki w przypadku szybkiego i bezbolesnego dla Rosjan zajęcia Pokrowska — podkreśla.

(...)

Ekspert gwarantuje, że plan na wypadek okupacji Pokrowska istnieje, ale znany jest tylko głównodowodzącemu.

— Myślę, że głównym zadaniem na dziś jest przekształcenie miasta w maszynkę do mięsa i czynnik wyczerpujący dla rosyjskich wojsk. Naszym zadaniem jest przekształcenie całego kierunku w strefę powstrzymywania przynajmniej na okres zimowy dla rosyjskiej grupy skoncentrowanej tutaj, a jest to ponad 160 tys. osób — uważa.

W opinii analityka i blogera, rozejm w Ukrainie na razie nie nastąpi.

onet.pl

Pokrowsk miał znaczenie militarne jako kotwica dla całej okolicznej linii obrony Ukraińców. Zarówno dowództwo rosyjskie jak i ukraińskie, przywiązywały dużą wagę do walki o niego i to w tej okolicy starcia były najintensywniejsze od miesięcy. Przy skromniejszych zasobach Ukraińców, uporczywa obrona miasta musiała mieć konkretne konsekwencje. Sił zabrakło gdzie indziej. Najlepiej widać to na odcinku frontu, który znajduje się niecałe 100 kilometrów na południowy zachód w kierunku Zaporoża. Tam, w cieniu Pokrowska, doszło do czegoś, co niektórzy Ukraińcy określają "załamaniem frontu" i "katastrofą".

Chodzi o rejon niewielkiego miasta Hulajpołe. Front, praktycznie od pierwszej fazy wojny, stoi około 10 kilometrów na południe od niego. Rosjanie i Ukraińcy zbudowali zgodnie z jego przebiegiem linie umocnień, ale byli tam raczej pasywni, nawet podczas nieudanej ukraińskiej kontrofensywy w 2023 roku. Teraz Rosjanie nadchodzą. Od wschodu, z kierunku Doniecka i wzdłuż dotychczasowej wieloletniej linii frontu i pasa umocnień. To efekt ich sukcesów z końca 2024 roku, kiedy zwinęli skuteczną przez długi czas ukraińską obronę w rejonie Wuhłedaru, a na początku 2025 roku w rejonie Wiełykiej Nowosiłki. Właśnie od tego miasta rozlali się na północ i zachód, obecnie już na około 20-30 kilometrów. Jak na prawie rok działań, ich tempo jest zdecydowanie mało imponujące, ale efekt, w realiach tej wojny, istotny.

W ostatnich tygodniach kierunek wschodni ku Hulajpołe stał się problemem. W całym regionie brak większych miast czy przeszkód terenowych w postaci rzek, jezior, terenów podmokłych czy wzgórz. Dominują płaskie pola z niewielkimi wsiami i rzadko rozrzuconymi rzeczkami, płynącymi w niewielkich dolinkach. Pomiędzy polami można zobaczyć klasyczne dla tej części Ukrainy zagajniki, sadzone w celu ochrony gleby, a teraz pełniące głównie rolę osłony przed dronami. Teren jest więc ogólnie nieoptymalny do obrony, kiedy ma się mniejsze siły niż przeciwnik. Jeszcze w końcu września, obserwujący front zakładali, że Ukraińcy będą się starali na jakiś czas zatrzymać Rosjan na dolince rzeki Janczur, płynącej w poprzek kierunku ich natarcia, około 20 kilometrów na wschód od Hulajpołe. Było to najdogodniejsze ku temu miejsce i na zdjęciach satelitarnych widać było pewne prace fortyfikacyjne Ukraińców.

Wystąpił jednak klasyczny problem. Fortyfikacje i plany to jedno. Oddziały dostępne do ich obsadzenia oraz ich realizacji to co innego. Zwłaszcza kiedy 100 kilometrów dalej trwa zacięta bitwa o Pokrowsk, śledzona nie tylko przez całą Ukrainę, ale i obserwatorów tej wojny na całym świecie. To tam od kilku miesięcy trafiały posiłki, które miały gasić kolejne kryzysy wywołane rosyjską presją. Do wzmacniania pozycji w rejonie rzeki Janczur rzucano resztki, a konkretnie 125. Brygadę, eufemistycznie nazwaną "ciężką" - teoretycznie ze znacznymi siłami czołgów i bojowych wozów piechoty. Jej losy i katastrofę opisał szczegółowo po polsku użytkownik platformy X "Thorkill", specjalizujący się w śledzeniu sytuacji na froncie. To na podstawie cytowanych artykułów z ukraińskiej prasy i jego ustaleń powstał poniższy krótki opis zdarzeń.

125. Brygada miała dostać rozkaz przemieszczenia się z rejonu Lwowa nad rzekę Janczur w rejonie wsi Połtawka i Uspieniwka w pierwszej połowie września. Oddział stacjonował wówczas na tyłach od około miesiąca, formalnie przechodząc reorganizację. Z brygady obrony terytorialnej, sformowanej w obwodzie lwowskim, miał się stać brygadą ciężką. Oznacza to, że z lekko uzbrojonej formacji (pięć batalionów lekkiej piechoty), nadającej się głównie do obrony drugorzędnych kierunków, miał się przekształcić w silnie uzbrojoną, która dysponuje znaczną liczbą czołgów (dwa bataliony) i bojowych wozów piechoty (dwa bataliony). Do momentu wysłania na Zaporoże, ani transformacja, ani wzmocnienie brygady, faktycznie nie zaistniały. Pytanie kluczowe brzmi: skąd w ogóle brygada miałaby dostać ciężki sprzęt, którego ciągle brak. Na front pojechała więc de facto słaba jednostka obrony terytorialnej. Na dodatek nie cała brygada, tylko dwa bataliony w niepełnym składzie (około 200 i 350 ludzi), które następnie na miejscu rozdzielono i oddano pod kontrolę dwóm innym formacjom, będącym już na miejscu. To praktyka powszechnie stosowana przez ukraińskie dowództwo, często krytykowana przez komentatorów i oficerów niższego szczebla, jako uniemożliwiająca dobrą współpracę tasowanych na froncie pododdziałów.

Lwowska obrona terytorialna weszła do walki nad rzeką Janczur prawie z marszu, w ciągu 1-2 dni od przybycia na miejsce. Czasu na zapoznanie się z sytuacją i dobre przygotowanie obrony właściwie nie było. Na dodatek umocnienia przyszykowane dla jednego z batalionów miały być kiepsko wykonane. Rosjanie to wykorzystali, bo już 19 września zdołali przebić się na jego skrzydle, wchodząc za plecy głównej linii obrony i rozbijając pozycje moździerzy oraz operatorów dronów. Tym samym pozbawili batalion kluczowego wsparcia. Z informacji wynika, że miał on pójść w rozsypkę, praktycznie uciekając z pozycji i ponosząc ciężkie straty. Jak wyliczyły rodziny żołnierzy, 41 zabitych i zaginionych (co najczęściej oznacza zabitych), w ciągu kilku dób. Doliczyć do tego trzeba nieznaną, ale na pewno co najmniej podobną liczbę rannych. W mniej niż tydzień od trafienia na front, batalion został rozbity i niezdolny do skutecznej walki. Drugi batalion wytrzymał przez trzy następne tygodnie i bronił pozycji, ale wobec postępów Rosjan na północ od niego, w końcu dostał zgodę na wycofanie i zejście z pierwszej linii. Stracił 49 ludzi.

W wyniku opisanego starcia, Rosjanie w szybkim tempie przełamali ukraińską obronę w rejonie rzeki Janczur. Już w połowie października było pewne, że byli na jej zachodnim brzegu, zajmując Połtawkę. Wyrwa w obronie zmusiła Ukraińców w ciągu następnych kilku tygodni do porzucenia też położonej nieco dalej na północ Uspieniwki. Obecnie Rosjanie są już sześć - dziesięć kilometrów na zachód od rzeki Janczur, podchodząc pod Hulajpołe i przecinając prowadzącą do miasteczka z północy ważną drogę z Pokrowskiego (inne miasto niż Pokrowsk). Szybkie tempo ich postępów w tej okolicy (zaledwie sześć tygodni walk) doprowadziło bez większego wysiłku do przełamania obrony na rzece i pojawienia się szeregu alarmistycznych doniesień w ukraińskich mediach. Padły słowa o "katastrofie" i "przełamaniu frontu". Aktualnie w rejon Hulajpołe miały zostać dosłane kolejne posiłki, żeby stabilizować sytuację. Problem w tym, że najdogodniejsze pozycje obronne w okolicy zostały już utracone w wyniku obsadzenia ich kiepsko przygotowanym i słabym oddziałem oraz dyskusyjnych decyzji dotyczących koordynacji i dowodzenia. Łatanie efektów tej porażki będzie kosztowne w ludziach i sprzęcie.

gazeta.pl


Axios: Tak wygląda 28-punktowy plan pokojowy

1. Suwerenność Ukrainy zostanie potwierdzona.

2. Między Rosją, Ukrainą i Europą zostanie zawarte kompleksowe porozumienie o nieagresji. Wszystkie niejasności ostatnich 30 lat uznaje się za wyjaśnione.

3. Oczekuje się, że Rosja nie dokona inwazji na sąsiednie kraje, a NATO nie będzie się dalej rozszerzać.

4. Rosja i NATO — za pośrednictwem USA — będą prowadzić dialog, by rozwiązać wszystkie kwestie dotyczące bezpieczeństwa i stworzyć warunki do deeskalacji w celu zapewnienia globalnego bezpieczeństwa oraz zwiększenia możliwości współpracy i przyszłego rozwoju gospodarczego.

5. Ukraina otrzyma solidne gwarancje bezpieczeństwa.

6. Liczebność Sił Zbrojnych Ukrainy będzie ograniczona do 600 tys.

7. Ukraina zgadza się na zapisanie w swojej konstytucji, że nie dołączy do NATO, a NATO zgadza się na zapis, że Ukraina nie będzie przyjęta do Sojuszu w przyszłości.

8. NATO zgadza się, by jego żołnierze nie stacjonowali na Ukrainie.

9. Europejskie myśliwce będą stacjonować w Polsce.

10. USA gwarantują:

— USA otrzymają wynagrodzenie za gwarancję (bezpieczeństwa); — Jeśli Ukraina dokona inwazji na Rosję, utraci gwarancje; — Jeśli Rosja dokona inwazji na Ukrainę, oprócz zdecydowanej skoordynowanej odpowiedzi militarnej, ponownie będą nałożone na nią wszystkie globalne sankcje, cofnięte zostanie uznanie nowego terytorium i wszystkie inne korzyści wynikające z tego porozumienia; — Jeśli Ukraina wystrzeli pocisk na Moskwę albo Petersburg bez przyczyny, gwarancja bezpieczeństwa będzie uznana za niewiążącą.

11. Ukraina może dołączyć do UE i otrzyma krótkoterminowy preferencyjny dostęp do rynku europejskiego, dopóki ta kwestia będzie rozpatrywana.

12. Potężny globalny pakiet środków mających na celu odbudowę Ukrainy, obejmujący między innymi: — Utworzenie Funduszu Rozwoju Ukrainy, który będzie inwestował w szybko rozwijające się sektory przemysłu, w tym technologię, centra danych i sztuczną inteligencję. — Stany Zjednoczone będą współpracować z Ukrainą w zakresie wspólnej odbudowy, rozwoju, modernizacji i eksploatacji ukraińskiej infrastruktury gazowej, obejmującej rurociągi i obiekty magazynowe. — Wspólne działania na rzecz odnowy terenów dotkniętych wojną w celu odbudowy i modernizacji miast i obszarów mieszkalnych. — Rozwój infrastruktury. — Wydobycie minerałów i zasobów naturalnych. — Bank Światowy opracuje specjalny pakiet finansowy, by przyspieszyć te działania.

13. Rosja zostanie ponownie zintegrowana ze światową gospodarką: — Zniesienie sankcji będzie omawiane i uzgadniane etapami, w każdym przypadku indywidualnie. — USA zawrą długoterminową umowę o współpracy gospodarczej na rzecz wzajemnego rozwoju w obszarach energetyki, zasobów naturalnych, infrastruktury, sztucznej inteligencji, centrów danych, projektów wydobycia metali ziem rzadkich w Arktyce i innych korzystnych dla obu stron możliwości biznesowych. — Rosja będzie zaproszona z powrotem do G8.

14. Zamrożone środki będą wykorzystane w następujący sposób: — 100 miliardów dolarów w zamrożonych rosyjskich aktywach zostanie zainwestowane w prowadzone przez USA działania na rzecz odbudowy i inwestycji na Ukrainie; — Stany Zjednoczone otrzymają 50 proc. zysków z tego przedsięwzięcia. Europa dołoży 100 miliardów dolarów, aby zwiększyć kwotę inwestycji dostępnych na odbudowę Ukrainy. Zamrożone fundusze europejskie zostaną odmrożone. Pozostała część zamrożonych funduszy rosyjskich zostanie zainwestowana w oddzielny amerykańsko-rosyjski fundusz inwestycyjny, który będzie realizował wspólne projekty w określonych obszarach. Celem tego funduszu będzie zacieśnienie stosunków i wzmocnienie wspólnych interesów, aby stworzyć silną zachętę do unikania ponownego konfliktu.

15. Powołana zostanie wspólna amerykańsko-rosyjska grupa robocza ds. bezpieczeństwa, której zadaniem będzie promowanie przestrzegania wszystkich postanowień tej umowy i czuwanie nad nim.

16. Rosja prawnie usankcjonuje swoją politykę nieagresji wobec Europy i Ukrainy.

17. USA i Rosja zgodzą się na przedłużenie obowiązywania traktatów o nierozprzestrzenianiu i kontroli broni jądrowej, w tym traktatu START I.

18. Ukraina zgadza się być państwem nieposiadającym broni nuklearnej zgodnie z Układem o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej.

19. Uruchomienie Zaporoskiej Elektrowni Atomowej odbędzie się pod nadzorem Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej, a wyprodukowana energia elektryczna będzie dzielona równo między Rosję i Ukrainę.

20. Oba kraje zobowiązują się do wdrażania programów edukacyjnych w szkołach i w społeczeństwie, których celem jest promowanie zrozumienia i tolerancji wobec różnych kultur oraz eliminowanie rasizmu i uprzedzeń: — Ukraina przyjmie zasady UE dotyczące tolerancji religijnej i ochrony mniejszości językowych. — Oba kraje zgodzą się na zniesienie wszelkich środków dyskryminacyjnych i zagwarantowanie praw ukraińskich i rosyjskich mediów i edukacji. — Wszelka ideologia i działalność nazistowska muszą zostać odrzucone i zakazane.

21. Terytoria: — Krym, obwody ługański i doniecki będą uznane za de facto rosyjskie, w tym przez USA. — Obwody chersoński i zaporoski będą zamrożone wzdłuż linii kontaktowej, co oznaczać będzie de facto uznanie (terytorium) wzdłuż linii kontaktowej. — Rosja odstąpi od innych uzgodnionych terytoriów, które kontroluje poza tymi pięcioma regionami. — Ukraińskie siły wycofają się z części obwodu donieckiego, którą obecnie kontrolują, a strefa wycofania będzie uznana za neutralną zdemilitaryzowaną strefę buforową, uznaną na arenie międzynarodowej za terytorium należące do Federacji Rosyjskiej. Rosyjskie siły nie wkroczą do tej zdemilitaryzowanej strefy.

22. Po uzgodnieniu przyszłych ustaleń terytorialnych zarówno Federacja Rosyjska, jak i Ukraina zobowiązują się do niezmieniania tych ustaleń siłą. Gwarancje bezpieczeństwa nie będą miały zastosowania w przypadku naruszenia tego zobowiązania.

23. Rosja nie będzie uniemożliwiać Ukrainie korzystania z Dniepru w celach handlowych, osiągnięte zostaną także porozumienia w sprawie swobodnego transportu zboża przez Morze Czarne.

24. Powołana będzie komisja humanitarna w celu rozwiązania nierozstrzygniętych kwestii: — Wszyscy pozostali więźniowie i ciała będą wymienione na zasadzie "wszyscy na wszystkich". — Wszyscy zatrzymani cywile i zakładnicy, w tym dzieci, będą uwolnieni. — Wdrożony zostanie program łączenia rodzin. — Podjęte będą działania, by złagodzić cierpienie ofiar konfliktu.

25. Ukraina przeprowadzi wybory w ciągu 100 dni.

26. Wszystkie strony zaangażowane w ten konflikt objęte zostaną pełną amnestią za czyny popełnione podczas wojny i zgodzą się, by nie wysuwać żadnych roszczeń ani rozpatrywać żadnych skarg w przyszłości.

27. Porozumienie to będzie prawnie wiążące. Jego wdrażanie będzie monitorowane i gwarantowane przez Radę Pokoju, na której czele stanie prezydent Donald J. Trump. Za naruszenia będą nakładane sankcje.

28. Gdy wszystkie strony wyrażą zgodę na to memorandum, zawieszenie broni wejdzie w życie natychmiast po tym, jak obie strony wycofają się do uzgodnionych punktów, by rozpocząć wdrażanie porozumienia.

onet.pl\PAP

czwartek, 20 listopada 2025



Druga rzecz zwracająca uwagę na politycznej mapie regionu to mnogość jednostek narodowo-terytorialnych o różnym zakresie autonomii. Na rosyjskim Kaukazie Północnym leży 7 spośród 21 republik FR (idąc z zachodu na wschód, są to: Adygeja, Karaczajo-Czerkiesja, Kabardo-Bałkaria, Osetia Północna, Inguszetia, Czeczenia i Dagestan), zajmujących łącznie powierzchnię nieco ponad 110 tys. km², czyli mniej więcej jednej trzeciej Polski (dla porównania największa rosyjska republika – Jakucja – liczy trochę powyżej 3 mln km2, czyli dziewięć i pół razy więcej niż nasz kraj). Na terenie Gruzji znajdują się dwie republiki autonomiczne – Adżaria i separatystyczna Abchazja – a także drugie parapaństwo, niemająca żadnego formalnego statusu Osetia Południowa (w czasach ZSRR była obwodem autonomicznym, obecnie to formalnie region cchinwalski – od miasta Cchinwali). W Azerbejdżanie status autonomiczny posiada będąca eksklawą Republika Nachiczewańska, natomiast utracił go Górski Karabach (Górsko-Karabaski Obwód Autonomiczny należał do radzieckiego Azerbejdżanu; w 1991 r. stanowiący tam większość Ormianie proklamowali Republikę Górskiego Karabachu – separatystyczne parapaństwo, które zostało ostatecznie zlikwidowane przez siły azerbejdżańskie w 2023 r.). Żadnych terytoriów tego typu nie ma jedynie w Armenii.

Skomplikowany podział administracyjny odzwierciedla sytuację etniczną regionu. Kaukaz to narodowościowa, lingwistyczna i religijna mozaika, tygiel świata, gdzie „na małej powierzchni jest dużo wszystkiego”. Już w połowie XIX wieku Michał Andrzejkowicz-Butowt notował: „w naszym stujęzycznym Kaukazie jedziesz, zapalisz fajkę u ogniska jednego narodu, a nim ją skończysz, już miniesz kilka krajów i narodów” (Szkice Kaukazu, t. I, Warszawa 1859, s. 86). Dotyczy to zwłaszcza Kaukazu Północnego, ale też Gruzji – bardzo zróżnicowanej regionalnie (pomijając autonomie, każda z kilkunastu historycznych krain ma własną specyfikę, a często i dialekt, zaś gruzińscy Swanowie i Megrelowie mówią odrębnymi, chociaż spokrewnionymi z gruzińskim, językami) – i Azerbejdżanu, zróżnicowanego regionalnie i etnicznie.

Warto pamiętać, że trzy główne narody Kaukazu Południowego należą do trzech różnych rodzin ludów: Ormianie – do indoeuropejskiej, Azerbejdżanie – do tureckiej (turkijskiej), a Gruzini – do rdzennej, kartwelskiej (gruzińskiej). Cały region zajmuje w sumie 186 tys. km2 – to nieco ponad połowa Polski. Na równie zróżnicowany krajobraz składają się góry z wiecznie ośnieżonymi pięciotysięcznikami, dwa ciepłe morza, palmy i bambusy, stepy i półpustynie. W samym Azerbejdżanie występuje dziewięć z jedenastu istniejących na Ziemi typów klimatu (według klasyfikacji Wladimira Köppena). Etniczna i przyrodnicza mozaika to efekt ukształtowania terenu. Dominują tu góry i przedgórza (przykładowo niziny zajmują tylko 13% powierzchni Gruzji), co sprawia, że poszczególne doliny rozwijały się w izolacji. Odległość z jednej wioski do drugiej może wynosić 10 km, ale jeśli po drodze jest przełęcz, którą co roku na kilka miesięcy zasypuje śnieg, to każda z osad będzie żyła swoim życiem, wykształcając z czasem nieco inną leksykę, ale też ornament czy sposób przygotowywania potraw, a w efekcie – mentalność.

(...)

Drugim obok geografii filarem, na którym powinien opierać się gmach wiedzy analityka zajmującego się Kaukazem, jest historia. I znowu – dotyczy to też specjalistów od innych regionów i krajów, ale od tego regionu – zdecydowanie bardziej. Miejscowe przysłowie mówi, że na Kaukazie raz się strzeli, a echo odbija ten wystrzał przez kolejne stulecie. A czasami dłużej.

W tamtejszych dyskursach odwołania do naprawdę odległych dziejów pojawiają się częściej niż gdzie indziej. O czyimś prawie do danego terytorium ostatecznie przesądza dowiedzenie, że jego przodkowie żyli tam wcześniej niż przodkowie adwersarza. Dlatego oprócz historii „obiektywnej” badacz Kaukazu musi znać narracje, jakie na temat przeszłości głoszą strony poszczególnych konfliktów. Powinien także śledzić kolejne wydania podręczników szkolnych ukazujących się w Armenii, Azerbejdżanie i Gruzji, ale również w Abchazji (Osetia Południowa takowych prawie nie wydaje). I na Kaukazie Północnym. Ważną rolę odgrywają przy tym empatia oraz wczucie się w lokalną wrażliwość i sposób myślenia, gdyż tamtejsze narracje przełożone na polski czy angielski „jeden do jednego”, bez uwzględnienia kontekstów kulturowych, będą brzmiały w wielu przypadkach co najmniej dziwacznie, a to trąci już orientalizmem. Gruzini wznoszący toasty za Stalina – robią to zresztą coraz rzadziej – nie pochwalają zbrodni komunistycznych i rzadko kiedy chcą powrotu dyktatury. Piją zwykle za człowieka, który wziął pod but Rosję i wygrał wojnę („A kimże on był?! Synem szewca z zapyziałej dziury i niedoszłym księdzem!” – oznajmił mi lata temu wielki gruziński aktor Kote Macharadze, występujący w poświęconym Dżugaszwilemu monodramie). I którego zna cały świat, co dla małego narodu nie jest bez znaczenia. Nie oznacza to, że nie należy przy tym prostować ewidentnych przeinaczeń czy wskazywać celowych fałszerstw.

(...)

Sprawą większej wagi niż człowiek z Dmanisi jest przeszłość nieistniejącego już jako odrębna jednostka Górskiego Karabachu. Według Baku to „odwieczne” azerbejdżańskie ziemie, a masowe ormiańskie osadnictwo rozpoczęło się tam dopiero w XIX wieku, po zajęciu ich przez Rosję (Ormianie przybywali z Persji i Imperium Osmańskiego). Z kolei w narracji Erywania region „od zawsze” zamieszkiwali Ormianie, a w skład Azerbejdżanu wszedł on bardzo niedawno, za czasów ZSRR. Na tak drastyczne różnice interpretacyjne wpływa m.in. brak wiarygodnych danych na temat składu etnicznego tego obszaru w XIX wieku oraz wybiórcze korzystanie z tych dostępnych.

Strona azerbejdżańska powołuje się na statystyki dotyczące całego historycznego Karabachu, a więc także Nizinnego, gdzie zdecydowanie przeważali muzułmanie. Ponadto zwraca uwagę na początkową odrębność Kościoła Albanii Kaukaskiej, włączonego do Apostolskiego Kościoła Ormiańskiego dopiero w 1836 r. Ma to dowodzić, że dawni karabascy Ormianie to w istocie zarmenizowani Albanowie (a według współczesnej azerbejdżańskiej historiografii mieszkańcy Albanii Kaukaskiej, która istniała pomiędzy II wiekiem p.n.e. a VIII wiekiem n.e., odegrali bardzo istotną rolę w etnogenezie narodu azerbejdżańskiego). Baku akcentuje również, że na tych terenach funkcjonowały różne podległe Persji organizmy państwowe, w tym Chanat Karabaski, i traktuje go a priori jako państwo azerbejdżańskie.

Z kolei strona ormiańska przytacza dane odnoszące się do samego Górskiego Karabachu, gdzie – oprócz Szuszy i jej okolic – zdecydowanie dominowali Ormianie. Jednocześnie głosi, że odrębność Kościoła Albańskiego to kwestia czysto formalna, gdyż od początku VIII wieku był on połączony unią z Kościołem Ormiańskim, na jego czele stał lokalny ormiański władyka, zaś liturgię sprawowano po staroormiańsku. A poza tym – to kolejny argument Erywania – nie wiadomo, gdzie się Albania Kaukaska kończyła i jakie dokładnie tereny obejmowała.

(...)

Przydatny w pracy analitycznej może okazać się stosowany przez wielką reporterkę Hannę Krall test na prawdę. Zgodnie z nim naszą czujność powinna wzbudzić… zbytnia spójność i logiczność narracji, jako że samo życie rzadko bywa spójne i logiczne.

(...)

Krall wpadła na pomysł owego testu podczas mszy odprawianej przez księdza Adama Bonieckiego. Czytano wówczas fragment Ewangelii według świętego Jana o tym, jak Grecy chcieli zobaczyć się z Jezusem, ale najpierw podeszli do apostoła Filipa, a ten przekazał ich Andrzejowi. Do Jezusa udali się potem. Po mszy Krall zapytała Bonieckiego: „Adamie, dlaczego oni nie poszli do Jezusa od razu?”. Odpowiedział, że nie wie. „Przecież ważne jest to, co im powiedział” – stwierdził. Reporterka na to, że wie, co jest ważne, po prostu ją to ciekawi: może się bali, a może trudno się było do niego dostać? Ksiądz pomyślał, że Krall wątpi w prawdziwość historii, ale ta stwierdziła: „Nie, jest wprost przeciwnie. Ta opowieść jest prawdziwa, ponieważ jest zupełnie bez sensu. Gdyby ktoś ją wymyślił, to by wymyślał tak, żeby wszystko było logiczne. A tutaj jest wszystko nielogiczne. Nie wiadomo, dlaczego – ale tak było”. Wtedy Boniecki oznajmił: „Wiesz, nigdy nie myślałem o Ewangelii jako o reportażu”.

(...)

„Metoda reporterska w analityce” (samo to sformułowanie jest oczywiście na wyrost i ma charakter pewnej prowokacji) może odnosić się jednak do metod zbierania materiałów czy odróżniania prawdy od fałszu, ale nie do samego przekazu. Tutaj analityk i reporter różnią się zasadniczo. Pierwszy opisuje świat, stawiając tezy, które musi uzasadnić (istotne, by opierał je na faktach, a nie dobierał fakty tak, by pasowały do założonych z góry tez), natomiast drugi chce przedstawić fakty w możliwie pięknej formie i w uniwersalny sposób. Ma też więcej swobody – wolno mu przykładowo za pomocą anegdoty oddać coś, co w tekście analitycznym (nie mówiąc o akademickim) wymagałoby długiego wywodu i licznych przypisów.

Nie oznacza to, że reportaż nie powinien diagnozować rzeczywistości jak najprecyzyjniej. Lubię cytować Mariusza Szczygła, który tak opisał jeden z zabiegów Krall (zastosowany w wydanej w 1972 r. książce Na Wschód od Arbatu): „Zagadka dla młodych czytelników. Oto zdanie o możliwościach dojazdu do miejscowości Wierszyna na Syberii: «Autobus jeździ codziennie z wyjątkiem dni, kiedy pada deszcz, kiedy są zaspy, kiedy jest wiosenne i jesienne błoto i kiedy są na drodze wyboje – po deszczu, błocie i zaspach». Zdanie to krytycy wskazywali jako przykład mistrzowskiego stylu Krall oraz jako genialnie skonstruowaną informację. Co w nim jest niezwykłego? Otóż Krall pisze, że autobus do Wierszyny jeździ codziennie, ale jednocześnie pisze w zawoalowany sposób, że autobus do syberyjskiej wioski nie jeździ prawie nigdy. Nie mówi tego wprost, bo Związek Radziecki ma być wzorcem szczęśliwości, w którym wszystko skazane jest na sukces”.

(...)

Szczególny przypadek stanowi Abchazja. Opublikowałem kiedyś w „Rzeczpospolitej” artykuł, który zatytułowałem Kraj w cudzysłowie. Tłumaczyłem w nim, że opisując ten separatystyczny region, trzeba czasem brać w cudzysłów najprostsze słowa, bo znaczą tam co innego: „Językiem państwowym» [czy można mówić o „państwowym” języku w parapaństwie?! – WG] Abchazji jest abchaski, jednak niemal wszyscy, przynajmniej w Suchumi, używają na co dzień rosyjskiego. W obiegu jest rosyjski rubel, choć «formalna» waluta to abchaski apsar, wart według sztywnego kursu dziesięć rubli (bite są wyłącznie monety okolicznościowe)”. A tak naprawdę formalną walutą jest przecież gruzińskie lari.

(...)

W mojej Planecie Kaukaz opisałem rodzinę lezgińskiego poety z Dagestanu: „Poznaliśmy się, gdy jeszcze był aktywistą. Ktoś mnie przyprowadził do niego na kolację. Gospodarz miał pod ręką dzwoneczek, którego używał do komunikacji z rodziną. Dzyń, dzyń – i przybiegała żona. Gestem pokazywał jej pusty półmisek albo karafkę. Żona znikała w kuchni i po paru sekundach była z powrotem, dokładając pieczeń i dolewając wina. Dzyń, dzyń, dzyń – pojawiał się najmłodszy syn. «Papierosy»! – komenderował ojciec i w chwilę później otwierał nową paczkę. Biesiadnikom, a rzy stole siedzieli sami mężczyźni, wyraźnie to imponowało. «Kaukaski macho» – myślałem, obserwując Fejzudina. Tamtego wieczoru dzwoneczek często szedł w ruch i żona nie nadążała z winem. W końcu goście się rozeszli, ja zostałem na noc. Obudziło mnie pragnienie. Dowlokłem się do kuchni i zobaczyłem, jak macho krząta się przy garach. Już pozmywał, właśnie zabierał się do kartofli. Żona i synowie spali w najlepsze”. Daleko od oczu postronnych toczyło się życie zupełnie inne od tego widzianego przez nich.

Podobnie bywa choćby z afiliacją polityczną: partie i przeróżne ugrupowania wciąż jeszcze niejednokrotnie budowane są nie wokół programu czy zestawu wartości, ale miejsca pochodzenia założycieli. Aby zrozumieć czyjeś wybory, warto dowiedzieć się, skąd wywodzi się ród tej osoby (można od kilku pokoleń mieszkać w Baku, ale być uważanym – i samemu się uważać – za „karabaskiego”, „gandżyńskiego”, „szekińskiego”). W wielu przypadkach wytłumaczy to nam, dlaczego np. po studiach rolniczych osoba ta trafiła do dyplomacji (dosłownie cała obsada kaukaskiej ambasady w pewnej europejskiej stolicy wywodziła się kiedyś z jednego dość małego miasteczka – tego samego, w którym przyszedł na świat były minister spraw zagranicznych tego kraju).

Warto w tym momencie wspomnieć, że stosunki międzyludzkie na Kaukazie są cały czas dużo mniej sformalizowane niż na Zachodzie. Gdy u nas stykają się ze sobą funkcje społeczne – petent i urzędnik, klient i sprzedawca, kierowca i policjant z drogówki, pacjent i lekarz – tam są to jeszcze często bardziej spotkania człowieka z człowiekiem. Dlatego policjant po zatrzymaniu samochodu do kontroli podaje kierowcy rękę (co nie oznacza, że nie zażąda od „znajomego” łapówki – choć łapownictwo bardzo się w całym regionie w ostatniej dekadzie zmniejszyło). Dlatego klient, wchodząc do sklepu, nierzadko najpierw pyta ekspedienta o imię – aby nie zwracać się doń bezosobowo. Dlatego w telewizji rzadko usłyszymy, że sąd skazał, powiedzmy, Timura S. na rok więzienia – zazwyczaj poznamy nazwiska skazanego oraz sędziego. A w kronice wypadków przeczytamy, jak nazywała się dziewczyna potrącona śmiertelnie przez samochód, a nieraz – pod jakim adresem mieszkała (gdybyśmy chcieli złożyć kondolencje rodzinie).

(...)

Moim największym sukcesem analitycznym było chyba przewidzenie wybuchu wojny rosyjsko-gruzińskiej w sierpniu 2008 r. Sukces ten dzielę zresztą z kolegami, bo wspólnie doszliśmy do podobnych wniosków. Interwencja Moskwy wisiała w powietrzu już od wiosny i mówiliśmy o tym z Krzysztofem Strachotą na spotkaniu w Sejmie. Wtedy sądziliśmy jednak, że pretekstem do jej wybuchu staną się wydarzenia wokół Abchazji (ostatecznie poprzedziła ją eskalacja napięcia wokół Osetii Południowej). Jakkolwiek dwuznacznie by to brzmiało, analityka budują właśnie sytuacje kryzysowe. Bartłomiej Sienkiewicz – jeden z twórców OSW – określił kryzys mianem „święta” analitycznego: „Kto nie przeżył przynajmniej jednego poważnego kryzysu w analityce, ten nie wie, co to życie. Kryzys ujawnia to, co w każdej instytucji jest najlepsze i najgorsze, jest jak «sprawdzam!» w pokerze” (...). 

Na miesiąc przed tamtą wojną udzieliłem krótkiego komentarza „Rzeczpospolitej”. Powiedziałem w nim: „Sytuacja jest poważna. Nie wykluczam, że
dojdzie do wojny. Chociaż wydaje się, że żadnej ze stron na niej nie zależy. Gruzji utrudniłaby integrację z Zachodem. Poza tym Osetia Południowa i Abchazja to naczynia połączone. O ile z Osetią Gruzini by sobie bez problemu poradzili, o tyle z Abchazją byłoby już trudniej. Osetyjczykom i Abchazom zależy zaś na utrzymaniu status quo. Z kolei Rosja, angażując się w wojnę, straciłaby resztki reputacji «bezstronnego mediatora». Poza tym w 2014 r. mają się odbyć igrzyska [zimowe – WG] w położonym obok granicy Abchazji Soczi. Gdyby w regionie trwał konflikt, olimpiada zostałaby Rosji odebrana. Jeżeli więc Moskwa bierze pod uwagę wojnę, wybuchnie ona w najbliższym czasie”.

Kilka miesięcy później zostałem zaproszony jako ekspert do powołanej przez UE niezależnej komisji mającej wyjaśnić okoliczności wojny. Prace tego zespołu, kierowanego przez ambasador Heidi Tagliavini ze Szwajcarii, zaowocowały powstaniem obszernego, liczącego ponad 1100 stron raportu.

Mogę być też dumny z wprowadzenia do analitycznego obiegu w połowie lat 90. terminu „parapaństwo”.

Wojciech Górecki - Zrozumieć Kaukaz, czyli kilka uwag o metodzie reporterskiej w analityce - OSW

środa, 19 listopada 2025



10 listopada ukraińskie Narodowe Biuro Antykorupcyjne (NABU) ogłosiło, że prowadzi działania w sprawie korupcji na dużą skalę w państwowej spółce energetyki jądrowej Enerhoatom. W godzinach porannych rozpoczęły się przeszukania w biurach spółki, a także w biurach ministra sprawiedliwości Hermana Hałuszczenki. Służby weszły do domu biznesmena i współwłaściciela studia Kwartał 95, Timura Mindicza. Osiem osób oskarżono o przekupstwo, nadużycie urzędu i nielegalne wzbogacenie się, pięć z nich zatrzymano. Niedługo później rozpoczęła się seria publikacji taśm z podsłuchów zainstalowanych przez NABU w mieszkaniu Mindicza. Na nagraniach słychać jak grupa, używając kryptonimów i zaszyfrowanego języka, omawiała swoja przestępczą działalność, w tym temat łapówek. Zgodnie z przedstawionymi komunikatami, zorganizowana grupa przestępcza miała wymuszać na podwykonawcach Enerhoatomu łapówki sięgające nawet 15 procent wartości kontraktów, co skutkowało wyprowadzeniem co najmniej 100 mln dolarów.

Liderem grupy był Timur Mindicz, jeden z najbliższych przyjaciół ukraińskiego prezydenta i współwłaściciel (niegdyś razem z Zełenskim) studia Kwartał 95. Mindicz, ostrzeżony w śledztwie, w obawie przed zatrzymaniem, zbiegł przez Polskę do Izraela, którego jest obywatelem.

Wśród osób zaangażowanych w działalność przestępczą pojawiły się również nazwiska byłego wicepremiera Ołeksija Czernyszowa (na taśmach występuje jako „Che Guevara”) oraz Rustema Umerowa, byłego ministra obrony i obecnego sekretarza Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony. Na ujawnionych przez NABU taśmach pojawia się również Ihor Myroniuk, występujący pod pseudonimem „Rakieta”. Jest on byłym doradcą ówczesnego ministra energetyki Hałuszczenki i byłym wiceszefem Funduszu Mienia Państwowego. Zarzuty przedstawiono również Dmytro Basowowi, przedstawiającemu się na taśmach jako „Tenor” – byłemu prokuratorowi i byłemu szefowi departamentu bezpieczeństwa Enerhoatomu. Basow wcześniej służył również jako doradca Andrija Derkacza, byłego ukraińskiego deputowanego, który został oskarżony o zdradę stanu, a obecnie jest rosyjskim senatorem. W sprawę zaangażowany był również biznesmen Ołeksandr Cukierman, na taśmach występujący jako Sugarman. Cukierman podobnie jak Mindicz uciekł do Izraela.

Ten ostatni, wraz ze swoją grupą, przekupywał wskazanych wyżej ukraińskich polityków znacznymi sumami pieniędzy. Według śledczych były wicepremier miał otrzymać 1,2 miliona dolarów i 100 tys. euro, a wspomniani Myroniuk i Basow mieli otrzymywać łapówki od kontrahentów Enerhoatomu w zamian za utrzymanie statusu dostawców i nieblokowanie ich produktów i usług. Na firmy wywierano presję, grożąc im cofnięciem certyfikacji i brakiem możliwości walki o swoje interesy po zastosowaniu przez urzędników obowiązującego na Ukrainie prawa (które zakazuje dochodzenia roszczeń w sądzie od niektórych strategicznych firm, w tym Enerhoatomu, w czasie stanu wojennego). Na ujawnionych taśmach Myroniuk przechwala się, że „to będzie totalny, pieprzony chaos dla całej grupy firm. Po prostu trafisz na czarną listę. Zostaniecie całkowicie zmieceni z powierzchni ziemi, a wszyscy wasi pracownicy zostaną wcieleni do wojska”.

Proceder korupcyjny miał jednak dużo szerszy wymiar. Na taśmach Myroniuk i Basow przyznają, że podobne łapówki dotyczą budowy infrastruktury obronnej służącej ochronie obiektów energetycznych, a także wprost mówią o przekazywaniu kontraktów kontrolowanym przez grupę firmom. Ponadto ujawniono, że Mindicz korumpował ówczesnego ministra obrony Umerowa wymuszając na nim podpisanie kontraktu na zakup kamizelek kuloodpornych od izraelskiej firmy. Kamizelki te nigdy na Ukrainę nie dotarły, a do wojska trafiły niskiej jakości zamienniki chińskie.

Wpływy grupy Mindicza, a przede wszystkim jego samego, były tak znaczące, że dyskutowali oni nad składem gabinetu premier Julii Swyrydenki oraz o tym, czy minister sprawiedliwości Herman Hałuszczenko powinien zostać mianowany ambasadorem w USA. Na taśmach uchwycono zresztą również bezpośrednią rozmowę telefoniczną Hałuszczenki z Zełenskim, gdy ten pierwszy przebywał w mieszkaniu Mindicza. Jak twierdzą śledczy, to Zełenski zadzwonił do Hałuszczenki po tym jak otrzymał wiadomość od Mindicza. Rodzi to spekulacje na temat bezpośredniej roli prezydenta w całym procederze. Grupa Mindicza prawdopodobnie odpowiadała za obsadzenie stanowiska dotychczasowego ministra energetyki. Według prokuratury, Myroniuk przeprowadził „rozmowę kwalifikacyjną” z Switłaną Hrynczuk, gdy była ona brana pod uwagę w sprawie obsadzenia stanowiska ministra energetyki. Po ujawieniu afery, 12 listopada Hrynczyk podała się do dymisji. Dymisję złożył też minister sprawiedliwości Herman Hałuszczenko.

O skali afery i wpływów Mindicza świadczy również fakt, że grupa przekupywała kluczowe państwowe agencje. Na opublikowanych nagraniach z taśm z mieszkania Mindicza ujawniono, że Państwowe Biuro Śledcze i Narodowa Agencja Zapobiegania Korupcji były włączone w proceder korupcyjny, a ich przedstawiciele także otrzymywali łapówki.

Za uzyskane pieniądze członkowie grupy nabywali nieruchomości i budowali sobie luksusowe domy. Jak ujawniło śledztwo portalu Bihus.info, były wicepremier Ołeksij Czernyszow sfinansował w ten sposób budowę kilku takich budynków pod Kijowem. Wille miały być przeznaczone dla samego Czernyszowa, Mindicza, a także innych czołowych postaci ukraińskiej polityki.

(...)

Prawdopodobnym mózgiem i liderem grup był wspomniany już Mindicz, żydowski biznesmen i bliski przyjaciel ukraińskiego prezydenta. Według śledztwa ukraińskiej „Pravdy” Mindicz miał czerpać zyski ze swoich powiązań z Zełenskim i znacząco zwiększyć swoją siłę oddziaływania w ostatnich latach. 46-letni Mindicz pochodzi z Dniepru w środkowej Ukrainie. Był producentem filmowym i partnerem biznesowym ukraińskiego oligarchy Ihora Kołomojskiego. Jak donoszą ukraińskie media, to właśnie Mindicz przedstawił Kołomojskiemu Zełenskiego, po czym oligarcha został protegowanym przyszłego prezydenta finansując jego kampanię. Według ukraińskich dziennikarzy zażyłość Mindicza i Zełenskiego datuje się na wiele lat. W trakcie kampanii wyborczej w 2019 roku Zełenski poruszał się opancerzonym samochodem zarejestrowanym na Mindicza. Jak wspomniano, w przeszłości obaj byli współwłaścicielami studia Kwartał 95, a po objęciu prezydentury ich przyjaźń nie uległa zatarciu. W 2021 roku Mindicz zorganizował w swoim mieszkaniu przyjęcie urodzinowe dla Zełenskiego. To wreszcie Mindicz miał podsunąć Zełenskiemu osobę Czernyszowa, który – zanim został wicepremierem – pełnił szereg istotnych publicznych stanowisk, w tym szefa koncernu energetycznego Naftohaz, a wśród innych jego protegowanych wymienia się ministra sprawiedliwości Hermana Hałuszczenko, minister energetyki Switłanę Hrynczuk i p.o. ministra rolnictwa Witalija Kowala. Stopień bliskości członków grupy przestępczej (w tym ukraińskich polityków w randze wicepremiera i ministra) z Zełenskim był tak duży, że jego żona została matką chrzestną córki Czernyszowa, a małżeństwa często spędzały prywatny czas wspólnie.

(...)

Interesujący jest fakt ewidentnej walki ze sobą struktur państwowych. Niezależne od prezydenta NABU zwalczane jest przez podległe jego władzy organy. U jednego z zatrzymanych w ramach afery w Enerhoatomie znaleziono informacje o szefie NABU Semienie Krywonosie i innych pracownikach agencji, w tym o Ołeksandrze Abakumowie, który stał na czele operacji zmierzającej do rozbicia grupy Mindicza. W dokumentacji ujawniono między innymi posiadane przez śledczych z NABU samochody, adresy, numery tablic rejestracyjnych i szereg innych poufnych danych. Tego rodzaju szczegółowe informacje, a także niewątpliwe ostrzeżenia mogły im zostać przekazane wyłącznie przez wysoko postawionych przedstawicieli aparatu służb bezpieczeństwa, organów ścigania czy prokuratury. Logiczne wydaje się założenie, że nad grupą Mindicza rozpostarto parasol ochronny służb, prawdopodobnie Wywiadu Ministerstwa Obrony (HUR). Jak ujawniła „Pravda”, Zełenskiego w sprawie Mindicza wspierać ma gen. Budanow, szef Głównego Zarządu HUR. Kierowana przez niego agencja może stać za próbą przedstawienia w infosferze ataków na Mindicza jako działań Rosjan, którzy chcieliby się go rzekomo pozbyć. Pikanterii sprawie dodaje również fakt, że krótko po przeszukaniach i zatrzymaniach śledczy z NABU dostali ostrzeżenia, że za to odpowiedzą.

Ukraińskie media ujawniły w pierwszych dniach listopada, że NABU oraz SAPO interesują się również sprawami szefa Biura Prezydenta Andrija Jermaka, kolejnego bardzo bliskiego przyjaciela, a jednocześnie kluczowego współpracownika Zełenskiego. Ewentualne ujawnienie nieprawidłowości z istotną rolą Jermaka mogłoby zatopić próbującego utrzymać się na powierzchni Zełenskiego. Biorąc pod uwagę rzeczywistą rolę Jermaka – którego nie bez przyczyny często określa się jako osobę rzeczywiście trzymającą władzę – możliwość uniku ze strony Zełenskiego będzie właściwie niemożliwa.

(...)

Tajemnicą poliszynela jest to, że działania NABU oraz SAPO wpisują się w zachodnie, jak się wydaje – amerykańskie, dążenia do wywierania wpływu na Ukrainę. Próba storpedowania niezależności tej instytucji od ukraińskich władz miała więc wówczas na celu również zerwanie się Kijowa z pewnej formy zależności od Waszyngtonu. 

(...)

Znaczenie afery korupcyjnej jest tym większe, że ujawniona ona została w momencie trwania intensywnych, niemalże conocnych rosyjskich ataków powietrznych na obiekty ukraińskiej infrastruktury energetycznej, które prowadzą do coraz poważniejszych niedoborów w zakresie możliwości produkcji i dystrybucji energii elektrycznej. Proceder korupcyjny, również w zakresie zabezpieczenia obronnego obiektów, przyczynił się do osłabienia ukraińskiej odporności w strategicznej gałęzi gospodarki, co wpływa tak na funkcjonowanie państwa, przedsiębiorstw, mieszkańców, jak i wojska, również odczuwającego coraz poważniejsze problemy w zakresie dostaw energii elektrycznej. A pamiętajmy, że spółka Enerhoatom odpowiada za generowanie około 60 procent energii elektrycznej kraju.

nlad.pl


Rosyjski resort spraw zagranicznych zapowiedział w środę zredukowanie liczby pracowników polskiego personelu dyplomatycznego i konsularnego w Rosji w związku z decyzją władz Polski o zamknięciu rosyjskiego konsulatu w Gdańsku.

- Rosja w odpowiedzi na zamknięcie konsulatu w Gdańsku ograniczy liczbę pracowników służb dyplomatycznych i konsularnych Polski w Rosji - zapowiedziała rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa, cytowana przez agencję Reutera.

Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow, komentując decyzję o zamknięciu rosyjskiego konsulatu w Gdańsku, wyraził pogląd, że doszło do "pełnej degradacji" relacji z Polską. - Polska stara się sprowadzić do zera relacje dyplomatyczne z Rosją. Moskwa w związku z tym może jedynie wyrazić ubolewanie - powiedział Pieskow w rozmowie z przedstawicielami rosyjskich mediów państwowych. Dodał, że decyzja strony polskiej "nie ma nic wspólnego ze zdrowym rozsądkiem".

- Podjąłem decyzję o wycofaniu zgody na funkcjonowanie ostatniego w naszym kraju rosyjskiego konsulatu w Gdańsku - poinformował w środę podczas konferencji prasowej wicepremier, szef MSZ Radosław Sikorski. Podkreślił, że nie jest to jeszcze pełna odpowiedź na niedawne akty dywersji i wrogie działania Kremla.

W październiku 2024 r. i maju 2025 r. Polska zamknęła rosyjskie konsulaty w Poznaniu i Krakowie. W odpowiedzi Rosja podjęła decyzję o zamknięciu polskich konsulatów w Petersburgu i Królewcu.

Polskimi placówkami konsularnymi w Rosji pozostają Ambasada RP w Moskwie (Wydział Konsularny i Polonii w strukturze tej misji) oraz Konsulat Generalny RP w Irkucku. 

PAP

wtorek, 18 listopada 2025


Dwa tygodnie temu wróciłem z 10 wizyty studyjnej na Ukrainę. Poniżej znajduje się kilka wniosków płynących z tej wizyty (Baardzo długi wątek).

Najpierw jednak krótkie przypomnienie o najważniejszym wniosku z lipcowego wyjazdu.

Z tamtej wizyty wróciłem z nieco ostrożniejszą oceną ukraińskich perspektyw obrony. Wówczas Ukraina miała już coraz większe trudności adaptacyjne na coraz bardziej zorganizowane rosyjskie taktyki użycia dronów, w szczególności rozwijane przez jednostkę Rubikon. Rubikon systematycznie niwelował jedyną przewagę, którą Ukraina wciąż posiadała – przewagę w dronach. Do połowy 2025 roku rosyjska aktywność UAV koncentrowała się głównie na atakowaniu ukraińskich żołnierzy w pobliżu linii styczności, podczas gdy Ukraińcy próbowali razić siły rosyjskie, zanim zdążyły podjąć kontakt. Rubikon całkowicie zmienił tę logikę: operując na dystansie 10–20 km w głąb zaplecza, atakuje nie tylko elementy wsparcia – w dużej mierze uzależnione dziś od UAV – ale także kluczowe zdolności, na których opiera się ukraińska obrona – WRE, artyleria, drużyny dronowe, drony.

Od tego czasu rosyjskie wykorzystanie dronów nadal ewoluuje. Rosyjskie pododdziały ogólnowojskowe stosują lepiej zorganizowane taktyki atakami dronami, rażąc ukraińskie oddziały do 10 km w głąb, podczas gdy Rubikon wciąż wywiera presję na tyłach - +10km. W efekcie straty ukraińskie wśród personelu wsparcia i operatorów dronów przekraczają dziś straty piechoty – choć trzeba podkreślić, że liczebność ukraińskiej piechoty jest już poważnie uszczuplona.

Teoretycznie ukraińska mobilizacja nadal generuje co miesiąc znaczącą liczbę nowych żołnierzy, lecz nie ma to żadnego odczuwalnego wpływu na front. Powody są strukturalne, organizacyjne i głęboko zakorzenione w ukraińskim systemie. Według doniesień ukraińskich mediów liczba przypadków samowolnych oddaleń (AWOL) nadal rośnie. Choć wielu żołnierzy ostatecznie wraca do swoich jednostek, nic nie wskazuje, by problem ten miał zostać szybko rozwiązany.

Po stronie rosyjskiej infiltracja pozostaje jednym z filarów działań. Małe grupy nieustannie sondują linię styczności, szukając słabych punktów i wykorzystując każdą lukę, zamiast naciskać tam, gdzie obrona jest silniejsza. Gdy uda im się opanować choćby niewielki fragment terenu, natychmiast wchodzą tam pododdziały ogólnowojskowe w celu konsolidacji zajętych pozycji.

Rosyjski potencjał dronowy znacząco wzrósł. Regularne oddziały używają dużej liczby FPV, w tym wariantów na światłowodzie, oraz coraz bardziej zaawansowanych systemów walki elektronicznej. Szahidy – używane często na poziomie taktycznym też jako drony FPV - są znacznie skuteczniejsze niż rok temu dzięki modyfikacjom taktyki ich użycia i zmianom w systemach pokładowych. Lepsza koordynacja rosyjskich UAV z EW systematycznie zawęża ukraińskie strefy rażenia i zmusza operatorów dronów do działania coraz dalej od frontu.

Patrząc całościowo, dostępne dane wskazują na pogłębiającą się lukę. Ukraiński system obrony — oparty na dronach, zdecentralizowanym ogniu i uderzeniach przechwytujących  (interdiction) — jest stopniowo osłabiany przez rosyjskie działania infiltracyjne, rosnący potencjał UAV oraz utrzymujące się uderzenia lotnicze. Bez zdolności do głębokiego rażenia, zakłócania rosyjskiego zaplecza oraz ustabilizowania kluczowych odcinków, takich jak Hulajpole i Pokrowsk, odpowiednio przygotowanymi formacjami, zdolność Ukrainy do utrzymania pozycji będzie nadal maleć.

Problemy te stają się dziś wyraźnie widoczne na kilku kierunkach. Rosyjskie postępy przyspieszają wokół Łymanu (obecnie zagrożonego częściowym okrążeniem i prawdopodobnie jednego z kluczowych sektorów tej zimy), Siewierska, na północ od Wielkiej Nowosiłki oraz — co najbardziej niepokojące — na północ od Hulajpola. Od lipca Rosjanie przesunęli się o 20–25 km w głąb ukraińskich pozycji między Hulajpolem a Pokrowskie, co stwarza ryzyko okrążenia tego pierwszego. Ponad połowa rosyjskich zdobyczy terytorialnych w Ukrainie przypada obecnie na kierunki Wielka Nowosiłka–Hulajpole, choć odpowiadają one jedynie za 17% wszystkich raportowanych rosyjskich ataków lądowych. Ta dysproporcja pokazuje, jak ograniczony nacisk może przynosić nieproporcjonalnie duże rezultaty.

To już drugi raz, gdy Rosja wykorzystuje coraz cieńsze ukraińskie linie. W rejonie Dobropola w czerwcu Ukraińcy zatrzymali rosyjskie natarcie tylko dzięki szybkiemu przerzutowi dodatkowych jednostek. Tym razem, gdy Pokrowsk pełni rolę ukraińskiego centrum ciężkości, a walka o miasto jest postrzegana jako dowód, że Ukraina nie przegrywa wojny, Kijowowi może zabraknąć zasobów, by skutecznie zareagować na coraz szybsze tempo zajmowania terenu przez Rosjan.

Jeśli Rosjanie nie zostaną szybko zatrzymani na południu, to konsekwencje mogą być poważniejsze niż upadek Pokrowska czy Konstantynówki.

Z drugiej strony rosyjska taktyka uniemożliwia im szybkie postępy, ponieważ tempo natarcia ogranicza marsz piechoty — pieszo lub na motocyklach. W rezultacie przełamanie na poziomie operacyjnym wydaje się mało prawdopodobne. Co więcej, jak pokazały ostatnie ukraińskie kontrataki, siły rosyjskie — mimo postępów — często działają przy niskiej gęstości sił. Umożliwia to stosunkowo niewielkim ukraińskim pododdziałom, takim jak kompania czy batalion, znacząco odrzucić linię styczności, zwłaszcza gdy wspierają je drony, systemy walki elektronicznej i artyleria.

Tymczasem ukraińskie ataki na rosyjską infrastrukturę nie tylko będą trwać, ale niemal na pewno zwiększą się pod względem skali i intensywności. W lipcu Ukraina przeprowadziła jeden atak na rosyjską infrastrukturę krytyczną. W październiku było ich 40, a do połowy listopada liczba ta osiągnęła +30. Wraz ze wzrostem dostępności rakiet (Długi Neptun, FP-5) i dronów rosyjska infrastruktura krytyczna będzie atakowana i niszczona. Z ukraińskiego punktu widzenia kluczowe jest posiadanie zdolności dostarczania pocisków o odpowiednim ładunku bojowym oraz wystarczającej liczby platform startowych, aby utrzymać wysoką częstotliwość salw.

Rosja podejmuje działania adaptacyjne — buduje gęstszą sieć sensorów, mobilizuje cywilów do zadań anty-dronowych i wzmacnia lokalne obrony przeciwlotnicze — lecz działania te najprawdopodobniej nie zrównoważą wzrastającej ukraińskiej zdolności do prowadzenia masowych, rozproszonych i ciągłych uderzeń.

Chciałbym zakończyć ostrożnym, ale pozytywnym akcentem. Istnieje wiele przykładów ukraińskiej pomysłowości na poziomie taktycznym. W wielu sytuacjach ukraińskie oddziały osiągają imponujące efekty pomimo ograniczonych zasobów. Często wykazują większą kreatywność, elastyczność i zdolność rozwiązywania problemów niż Rosjanie, a ta pomysłowość wciąż generuje nowe narzędzia, metody i rozwiązania bojowe. Można mieć nadzieję, że takie praktyki będą stopniowo przenikały szerzej do sił lądowych. Lecz główne przeszkody stojące przed Ukrainą wynikają nie z braku innowacyjności taktycznej, lecz z barier organizacyjnych i biurokratycznych, które uniemożliwiają wdrażanie skutecznych rozwiązań na poziomie operacyjnym.

x.com/konrad_muzyka


Z ustaleń Res Futury – fundacji badawczej zajmującej się analizą narracji w mediach i internecie oraz wpływem dezinformacji – wynika, że od niedzieli na rosyjskojęzycznych kanałach Telegramu intensywnie kolportowano narrację o rzekomych „partyzantach w Polsce”, którzy mieliby stać za incydentami na trasie Warszawa–Dorohusk. W dniach 15–17 listopada doszło tam do dwóch aktów dywersji: w miejscowości Mika (woj. mazowieckie, pow. garwoliński) eksplozja ładunku wybuchowego zniszczyła tor kolejowy, a niedaleko stacji kolejowej Gołąb (pow. puławski, woj. lubelskie) pociąg z 475 pasażerami musiał nagle hamować z powodu uszkodzonej linii kolejowej.

Jak w rozmowie z PAP podkreślił dr Jakub Olchowski z Zespołu Badań Propagandy i Dezinformacji UMCS oraz Instytutu Europy Środkowej, przekaz o rzekomych „partyzantach w Polsce”, podobnie jak inne narracje kolportowane na polecenie Kremla, przedostają się do polskiej infosfery. – Propaganda jest konstruowana tak, aby działać zarówno na wewnętrznym rynku rosyjskim, jak i pełnić rolę „towaru eksportowego” – powiedział PAP Olchowski. 

(...)

W rosyjskich źródłach – jak wskazano w analizie Res Futury – za domniemanych „polskich partyzantów” uznawano trzy grupy: obywateli Polski przeciwnych dostawom broni na Ukrainę, ukraińskich dezerterów i uchodźców infiltrujących logistykę oraz radykalne grupy polityczne – konserwatywno-nacjonalistyczne lub antysystemowe. Rzekomym celem ich działań miało być zakłócenie dostaw wojskowych, podważenie morale elit oraz sygnalizowanie sprzeciwu wobec sojuszu z Zachodem.

Zdaniem Jakuba Olchowskiego do kolportowania przekazów propagandowych w Polsce Rosję zachęcił incydent dronowo-dezinformacyjny we wrześniu br. Skoordynowana rosyjska akcja łącząca działania kinetyczne i niekinetyczne wykazała, że polskie społeczeństwo wykazuje niską odporność na manipulacje i ataki dezinformacyjne. Dlatego teraz Kreml próbuje powtórzyć schemat.

- Pół biedy, że robią to zadaniowani, czyli rosyjskie trolle, farmy trolli i prorosyjskie środowiska w Polsce, których jest niewiele, ale są hałaśliwe. Problem w tym, że zwykli obywatele podchwytują te treści i rozpowszechniają je dalej - Dr Jakub Olchowski.

Ekspert zwrócił uwagę, że narracje takie jak ta o „polskim ruchu oporu” świetnie wpisują się w to, co w rosyjskich i białoruskich mediach mówi się o Polsce. Przedstawia się w nich Polaków, np. Tomasza Szmydta, jako osoby twierdzące, że władze Polski są rusofobiczne, prześladują obywateli chcących utrzymywać dobre relacje z Rosją, a tak naprawdę mają dość Ukrainy i Ukraińców. 

- Tu mamy do czynienia z prostą kontynuacją tych narracji: że za aktem dywersji stoją Ukraińcy. Treść ta błyskawicznie jest podchwytywana i rozpowszechniana przez różne środowiska, z Konfederacją na czele - Dr Jakub Olchowski.

Znawca kreowanych przez Kreml mechanizmów dezinformacji podkreślił, że Polacy mają inny sposób percepcji Rosji i wprost prorosyjski przekaz u nas by się nie sprzedał. 

- Ale antyukraiński już tak. Moskwa wykorzystuje naszą historię, resentymenty i fakt, że rzeź wołyńska sama się nie zrobiła. Dla niej hasło „Wołyń, pamiętamy” to samograj - Dr Jakub Olchowski.

W rosyjskich mediach i kanałach na Telegramie pojawiają się także sugestie, że akty dywersji na linii kolejowej w Polsce to efekt działań Berlina. Ten miałby rzekomo sabotować dostawy wojskowe na Ukrainę w ramach zemsty za wysadzenie gazociągu Nord Stream 2. Tego rodzaju przekazy wpisują się w szerzoną przez Moskwę teorię o „wewnątrzeuropejskiej wojnie hybrydowej” oraz o rosnącym chaosie i braku jedności w Unii Europejskiej. W kontekście wydarzeń, do których doszło na linii kolejowej Warszawa-Lublin, w rosyjskich przekazach przypominane są też wcześniejsze ataki na infrastrukturę w Niemczech, Francji i Czechach – mają one rzekomo potwierdzać, że Europa sama staje się ofiarą chaosu, który wywołała, wspierając Ukrainę.

Jak wskazał Jakub Olchowski, wszystko, co podważa spójność Zachodu, godzi w dobre relacje pomiędzy poszczególnymi państwami, uderza w Unię Europejską i NATO, jest w interesie Kremla. 

Ponieważ w Polsce antyniemieckie nastroje i narracje, przy dużym udziale polityków niektórych ugrupowań, są bardzo widoczne, to dla Moskwy grzechem byłoby tego nie wykorzystać – wyjaśnił rozmówca PAP.

pap.pl


Kreml prowadzi operacje informacyjne przeciwko państwom bałtyckim. Prawdopodobnie to tzw. faza zero – przygotowanie do ewentualnego ataku – podał Instytut Studiów nad Wojną. Eksperci, z którymi rozmawiała PAP są jednak zdania, że to zbyt pochopne wnioski i że takie oceny działają na korzyść Rosji.

ISW w opublikowanym w tym tygodniu raporcie napisał, że „Kreml prowadzi liczne operacje informacyjne przeciwko państwom bałtyckim, podobnie jak miało to miejsce w celu uzasadnienia pełnoskalowej inwazji na Ukrainę w 2022 r., prawdopodobnie w ramach fazy zerowej – przygotowania do ewentualnego ataku na państwa bałtyckie w przyszłości”.

Jak zastrzegli autorzy, ISW nie zakłada obecnie szybkiego ataku Rosji na państwa bałtyckie.

W raporcie przywołano wypowiedzi szefa rosyjskiej dyplomacji Siergieja Ławrowa, które padły w wywiadzie udzielonym we wtorek rosyjskim mediom. Oskarżył on państwa bałtyckie o „rusofobię”, złe traktowanie osób rosyjskojęzycznych oraz nieprzestrzeganie porozumień z Rosją. Przedstawił państwa bałtyckie jako pozbawione suwerenności marionetki Wielkiej Brytanii. Zasugerował, że nie są one częścią Europy, lecz Rosji.

W ocenie autorów raportu te oświadczenia Ławrowa to część wysiłków Kremla mających stworzyć warunki informacyjne dla możliwego przyszłego ataku na jedno lub wszystkie państwa bałtyckie i stanowią element fazy zero - działań mających na celu przygotowanie się do potencjalnej wojny NATO-Rosja w przyszłości.

Zarazem w opracowaniu podkreślono, że nie zaobserwowano bezpośrednich oznak rosyjskich przygotowań do ataku na państwa NATO, a działania w ramach fazy zero mogą trwać latami. Kreml może również zdecydować się na powstrzymanie ataku, nawet po ustaleniu jego warunków.

Jak w rozmowie z PAP wyjaśnił płk prof. Marek Wrzosek, wykładowca w Akademii Sztuki Wojennej, faza zero to etap informacyjnego i psychologicznego przygotowania społeczeństwa do ewentualnego konfliktu zbrojnego.

Po stronie rosyjskiej pierwszym elementem tej fazy jest kształtowanie środowiska społecznego w taki sposób, żeby było podatne na manipulowanie informacjami. – Z formalnego punktu widzenia to już się dzieje. Bardzo często to, co się pojawia w przekazach w mediach społecznościowych to są elementy pokazujące brak odporności albo brak spójności – wskazał płk. Wrzosek.

Drugi etap fazy zero wymieniony przez rozmówcę PAP to infiltracja. Rosjanie wysyłają przygotowane osoby, żeby działały na szkodę danego państwa. – Mówimy o agentach wywiadu, ale to przesada. To po prostu ludzie, którzy podejmują się różnych zadań za pieniądze. Monitorują ruch na szlakach komunikacyjnych, szczególnie kolejowych, prowadzą obserwację poligonów, czy robią zdjęcia przemieszczającym się jednostkom wojskowym – wymienił ekspert.

Trzeci element tej fazy to polaryzacja i chaos. Polega na wywoływaniu niezadowolenia i podsycaniu konfliktów społecznych, bo wówczas społeczeństwo przestaje być spójne. – Jedni są za prawicą, inni są za lewicą. Jeszcze inni wolą środek, a kto inny jest za tym, żeby powstały nowe partie polityczne. Rosjanie bardzo często to podnoszą: „sami widzicie, że nie możecie się na tym zachodzie dogadać” – wskazał rozmówca PAP i dodał, że Polska nie stanowi tu wyjątku, bo Rosja próbuje grać również polityką wewnętrzną Włoch czy Francji.

Czwartym wskazanym przez niego elementem fazy zero są bezpośrednie kampanie dezinformacyjne, dezorganizacja całego systemu komunikacji i wprowadzania w błąd liderów politycznych oraz budowania kampanii informacyjnych mających na celu przygotowanie określonego sposobu myślenia lub wręcz zastraszania. Przykład tego ostatniego stanowią niedawne doniesienia o wystrzeleniu rakiety o napędzie atomowym Buriewiestnik. – To sygnał wysłany do społeczności zachodnich, głównie Amerykanów, „mamy broń atomową i nie zawahamy się jej użyć. A wy nie jesteście bezpieczni” – wyjaśnił ekspert.

Marek Wrzosek zwrócił uwagę, że te działania nie są niczym nowym. Jak podkreślił, podpalenia na terenie Polski nie zaczęły się w ostatnich miesiącach, a zdejmowanie przez ABW grup monitorujących szlaki kolejowe odbywało się w zasadzie od początku pełnoskalowej wojny na Ukrainie. To, co się zmieniło, to intensywność tych sygnałów. Na początku była na tyle nieduża, że z wyłączeniem nielicznych grup eksperckich, nie dostrzegano ich. Teraz jest już to tak widoczne, że nie da się powiedzieć „Rosjanie zawsze tak robili”.

– Częstotliwość naruszenia przestrzeni powietrznej, loty zintensyfikowane, loty nad Morzem Bałtyckim, przemieszczanie wojsk na terytorium Federacji Rosyjskiej. To są sygnały, które powinny wzbudzić zaniepokojenie. Z tym, że od momentu, kiedy – jak my mówimy po wojskowemu – wszyscy trafią do rejonów odpowiedzialności, to jeszcze chwilę zajmie – zastrzegł Wrzosek.

Rozmówca PAP zwrócił uwagę, że Rosja stoi przed dylematem: albo ogłosić mobilizację, co będzie dla Zachodu jednoznacznym sygnałem rychłej wojny, albo powoływać grupami, akceptując, że sprawność tego systemu mobilizacyjnego będzie mniejsza. Na razie Rosja realizuje drugi wariant.

Jak zaznaczył ekspert, ISW pokusił się o prognozę, ale to wcale nie oznacza, że podejmowane działania militarne są równoznaczne z tym, co się dzieje w fazie zerowej. Z punktu widzenia wojskowego patrzy się na to, ile dzieli armię rosyjską od uzyskania pełnej gotowości bojowej. Dopóki trwa konflikt na Ukrainie, dopóty mamy pewność, że kierunek wschodni czy flanka wschodnia jest bezpieczna. – Pod warunkiem, że gdzieś na kierunku Finlandii czy krajów bałtyckich nie nastąpi zgrupowanie wojsk rosyjskich. Byłby to sygnał, że Rosja rzeczywiście zechce wyprowadzić je na któryś z tych kierunków – zastrzegł Wrzosek.

Kolejny rozmówca PAP – kmdr por. rez. Maksymilian Dura – jest zdania, że ISW powinien zachować większą powściągliwość w formułowaniu takich wniosków: – Analiza, która pokazuje, że jest jakaś faza zero, że Rosjanie próbują coś zrobić, jeżeli chodzi o kraje bałtyckie, działa na korzyść Federacji Rosyjskiej. Niestety takich analiz będzie coraz więcej, bo Rosjanie o to dbają – przekonywał.

Jak podkreślił, obecnie nie ma żadnej możliwości, żeby Rosja fizycznie zaatakowała kraje bałtyckie. Bo te są w NATO. Nawet, gdyby udało się zająć jakiś fragment ich terytorium, odpowiedź byłaby natychmiastowa. I nie tylko zbrojna, lecz przede wszystkim polityczna.

(...)

Zdaniem eksperta w wypowiedziach Ławrowa wyraża się fakt, że Rosja ma poważny problem z obwodem królewieckim. – Połączenia lotnicze mogą być realizowane tylko w międzynarodowej przestrzeni powietrznej, a statków Rosji brakuje. Jeśli kraje bałtyckie całkowicie zablokują transport lądowy, po prostu zaduszą obwód królewiecki. Rosja o tym wie, dlatego straszy – zaakcentował Maksymilian Dura i dodał, że najlepsze, co obecnie można zrobić, to spokojnie przygotowywać się do ewentualnego konfliktu zbrojowego, który o ile w ogóle nastąpi, to nie prędzej niż za pięć lat.

Zwolennikiem twierdzeń zawartych w raporcie ISW nie jest również trzeci rozmówca PAP, Konrad Muzyka, analityk ds. wojskowości Rosji i Białorusi, Rochan Consulting. – Określanie tych działań jako faza zero, sugeruje, że po niej nastąpi faza jeden, dwa czy trzy. A to podprogowo może prowadzić do wybuchu konfliktu – przekonywał.

Jak wyjaśnił ekspert, Rosja uważa, że na Ukrainie toczy się wojna, w której aktywnie biorą udział trzy strony – Rosja, Ukraina oraz świat zachodni. Przy czym komponent kinetyczny konfliktu jest ograniczony do terytorium Ukrainy. To nie oznacza, że Rosja nie podejmuje działań poniżej poziomu wojny wobec „trzeciej ze stron”. Robi to nie tylko w krajach bałtyckich, lecz w Polsce, Niemczech, Francji, generalnie w Europie Zachodniej. – Ale robi to przez ostatnie parę lat i jestem przekonany, że będzie to robić w dającej się przewidzieć przyszłości – ocenił rozmówca PAP.

Jak podkreślił analityk, atak Rosji na kraje bałtyckie nie jest kwestią tego, co robi Rosja, tylko jak na jej działania odpowiada NATO. – Jeżeli Sojusz zachowa spójność, jeżeli będą tam siły amerykańskie, siły europejskie, jeżeli dalej zostanie utrzymane duże tempo wydatków na zbrojenia, to po prostu wojny w naszym rejonie nie będzie – uspokoił Konrad Muzyka. 

pap.pl


Przypomnijmy, że w niedzielę rano maszynista pociągu zgłosił telefonicznie nieprawidłowości w infrastrukturze kolejowej w rejonie miejscowości Życzyn w powiecie garwolińskim (woj. mazowieckie), niedaleko stacji PKP Mika. Wstępne oględziny miejsca "wykazały uszkodzenie fragmentu torowiska, które spowodowało zatrzymanie pociągu".

Tory zostały zniszczone w wyniku wysadzenia materiału wybuchowego. W pobliżu miejsca uszkodzenia torów we wsi Mika funkcjonariusze mieli znaleźć kamerę, a także drugi ładunek wybuchowy, który nie eksplodował.

Według ustaleń "Rzeczpospolitej" karta SIM, którą sprawcy zostawili w telefonie nagrywającym efekty sabotażu, pozwoliła śledczym w ciągu 70 godzin ustalić tożsamość dywersantów. Analiza połączeń i logowań do różnych urządzeń umożliwiła szybkie namierzenie użytkownika karty. Dodatkowo, na miejscu znaleziono odciski palców należące do mężczyzny notowanego w ukraińskich bazach kryminalnych, co potwierdził we wtorek premier Donald Tusk, informując, że chodzi o Ukraińca ze Lwowa, który był wcześniej skazany za dywersję.

Połączenie danych z karty SIM i odcisków palców pozwoliło zidentyfikować pierwszego sprawcę, a następnie drugiego — również obywatela Ukrainy, pochodzącego z Donbasu — wskazuje "Rzeczpospolita". Obaj mężczyźni przyjechali do Polski przez Białoruś, a po przeprowadzeniu sabotażu uciekli na Białoruś przez przejście graniczne w Terespolu.

(...)

Sprawcy podłożyli dwa ładunki wybuchowe w odległości około jednego metra od siebie. Służby nie mają pewności, czy nie było trzeciego ładunku lub czy nie znaleziono jedynie pozostałości po urządzeniach. Eksplodował tylko pierwszy ładunek, powodując pęknięcie w szynie. Z informacji Onetu wynika, że po uszkodzonych torach przejechało aż 12 pociągów.

Pociągi nie wykoleiły się wyłącznie dlatego, że poruszały się z prędkością ponad 160 km na godz. Jednak z każdym kolejnym przejazdem uszkodzenie szyny się powiększało. Dopiero nad ranem w niedzielę maszynista dostrzegł wyrwę w torach i zdecydował się na zatrzymanie pociągu.

Materiał wybuchowy użyty przez dywersantów pochodził z zasobów wojskowych, a do zainicjowania eksplozji wykorzystano kabel elektryczny o długości 300 metrów. Wybór miejsca nie był przypadkowy — sprawcy wybrali łuk trasy na nasypie, gdzie w razie wykolejenia pociągu siła odśrodkowa mogłaby zepchnąć skład z dużą siłą w dół, co mogłoby doprowadzić do tragicznych skutków.

onet.pl


- Rosja jest oskarżana o wszelkie przejawy wojny hybrydowej i bezpośredniej, do jakich dochodzi - powiedział rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow dziennikarzowi rosyjskiej telewizji państwowej.

- Można powiedzieć, że w Polsce wszyscy próbują pod tym względem wyprzedzić europejską lokomotywę. I oczywiście kwitnie tam rusofobia - dodał.

Na trasie Warszawa - Dorohusk doszło 15-17 listopada do dwóch aktów dywersji. Podczas pierwszego, w miejscowości Mika (woj. mazowieckie, pow. garwoliński), eksplozja ładunku wybuchowego zniszczyła tor kolejowy. W innym miejscu, niedaleko stacji kolejowej Gołąb (pow. puławski, woj. lubelskie) w niedzielę, pociąg z 475 pasażerami musiał nagle hamować z powodu uszkodzonej linii kolejowej.

Premier Donald Tusk poinformował we wtorek w Sejmie, że udało się ustalić osoby odpowiedzialne za akt dywersji na infrastrukturę linii kolejowej nr 7 - to dwóch obywateli Ukrainy współpracujących od dłuższego czasu z rosyjskimi służbami. - To, na czym zależy władzom rosyjskim, to nie tylko na bezpośrednim efekcie tego typu akcji, ale także na konsekwencjach społecznych, politycznych faktu, że ta akcja ma miejsce. To jest oczywiście dezorganizacja, chaos, panika, spekulacje, niepewność - ocenił Tusk. Przestrzegł przed rozbudzaniem nastrojów antyukraińskich, szerzeniem dezinformacji i uleganiu spekulacjom. Zapewnił, że służby będą na bieżąco informować o sytuacji opinie publiczną.

PAP