poniedziałek, 10 listopada 2025



Warto pamiętać, że obraz Rosji jako niemożliwej do zgłębienia tajemnicy oraz towarzyszące mu mity i fobie to w dużej mierze efekt celowych działań tamtejszego aparatu służb specjalnych od czasu jego uformowania się w XIX wieku.

Już wówczas carskie służby zajęły się aktywnym kreowaniem pożądanego wizerunku kraju poza jego granicami. Doświadczenia te zostały następnie przejęte przez służby ZSRS, a później FR. Strategia ta to element informacyjnych operacji wpływu i sterowania refleksyjnego – instrumentów wojny z Zachodem. Proceder romantyzacji i mitologizacji zataczał jednak szersze kręgi, a duży udział mieli w nim pisarze, poeci i intelektualiści.

Jedną z najbardziej rozpowszechnionych „skrzydlatych fraz” o Rosji tworzą wersy napisane w 1866 r. przez Fiodora Tiutczewa, poetę, publicystę i cenzora: „Umysłem Rosji nie obejmiesz/ I miarą zwykłą jej nie zmierzysz/ Postać szczególną ona ma/ W Rosję można tylko wierzyć”. Przypomina ona dość niefortunną konstatację Winstona Churchilla po zawarciu paktu Ribbentrop–Mołotow, iż „Rosja to zagadka owinięta w tajemnicę, ukryta w enigmie”, stąd prognozowanie jej posunięć jest skrajnie trudne. Choć, jak stwierdził premier, „być może” klucz do ich interpretacji stanowi interes narodowy – czego nie można uznać za szczególnie przenikliwą diagnozę.

Credo Tiutczewa do dziś rezonuje w społeczeństwie rosyjskim, powtarzane śmiertelnie poważnie przez tych, którzy pragną wierzyć w wyjątkowość swojej ojczyzny i jej szczególne, duchowe posłannictwo… a z gorzką ironią przez innych, dostrzegających absurdy i patologie opresyjnego systemu władzy. Tiutczewa cytują też niekiedy pół żartem, pół serio zachodni analitycy, borykający się z opisywaniem rosyjskiej rzeczywistości, nierzadko wymykającej się dostępnym im narzędziom i terminologii.

Kontrapunktem dla tej mieszanki filozofowania, fascynacji i bezradności jest rozpowszechniona w Polsce „mądrość ludowa” – a, jak wiadomo, u nas na Rosji i piłce nożnej zna się każdy. Domyślne założenie, utrwalone przez stulecia opresji i potwierdzone przez pełnoskalową agresję na Ukrainę w 2022 r., brzmi: po Rosji można się spodziewać wszystkiego najgorszego, a Rosjanie to… [źli ludzie – rozpowszechnione określenie jest bardziej dosadne]. Szach-mat dla zastępów analityków próbujących latami przeniknąć niuanse polityki Kremla („I na co wam te wszystkie rozkminy, jeśli my i tak wiemy swoje”). Intuicyjny pesymizm i niechęć to jednak wciąż nieoptymalny sposób analizowania rzeczywistości.

W ostatnich dekadach koszty niewiedzy i pomyłek w badaniach nad Rosją systematycznie rosły. W XXI wieku ponownie stała się ona wyzwaniem, a następnie bezpośrednim zagrożeniem dla porządku i prawa międzynarodowego. Jest otwarcie wroga wobec Polski, Unii Europejskiej i Sojuszu Północnoatlantyckiego. Mimo obfitości materiałów (dotyczących przede wszystkim tamtejszej polityki zagranicznej, a w mniejszym stopniu – wewnętrznej), w kwestiach kluczowych dla formułowania zachodniego podejścia do FR nadal widać niedostateczne pojmowanie mechanizmów, według których działa ten kraj, oraz motywacji władz i społeczeństwa.

Punktem wyjścia badań powinno być uświadomienie sobie głównych błędów, mitów i stereotypów utrudniających analizę, tym bardziej że – jak już wspomniano – stanowią one oręż w walce z zachodnimi demokracjami. Warto wymienić chociażby:
  • przenoszenie na Rosję pojęć i schematów znanych z systemów demokratycznych;
  • (...)
  • nadmierna racjonalizacja lub – odwrotnie – odmawianie racjonalności myśleniu oraz działaniom Kremla i obywateli FR;
  • jednoczesne przecenianie i niedocenianie zagrożeń związanych z Rosją, z czego wynika nadmierny pesymizm lub przesadny optymizm co do scenariuszy rozwoju sytuacji („jest zbyt późno, żeby czemukolwiek zaradzić” albo „nic złego się nie stanie, więc nie ma sensu podejmować działań zaradczych”);
  • zastępowanie trzeźwej analizy zagrożeń swoistym zauroczeniem potęgą, skutecznością przywództwa politycznego czy „wielką kulturą rosyjską” i tym samym zapewnianie Moskwie alibi, które pozwala jej dalej prowadzić politykę imperialną;
  • przyjmowanie rosyjskocentrycznej (kolonialnej) narracji w analizie i polityce względem regionów sąsiadujących z FR. Mimo etniczno-narodowej i kulturowej różnorodności kolejnych imperiów rządzonych z Moskwy i Petersburga każdorazowo utożsamiano je z „Rosją”. Do dziś ma to  konsekwencje – wystarczy przyjrzeć się skutecznemu wykorzystywaniu przez reżim putinowski niemieckiego poczucia winy wobec Rosji z powodu agresji na ZSRS w 1941 r., mimo że od nazistowskiej okupacji najbardziej ucierpiała ludność Białorusi i Ukrainy;
  • niechęć do wyciągania wniosków z przeszłości, np. z porażek prób nawiązania konstruktywnego dialogu i współpracy z Rosją. Wciąż słychać wezwania, by powrócić do tego modelu, mimo że to właśnie on umożliwił napełnienie budżetu wojennego FR petrodolarami, pozwolił tamtejszym agentom spenetrować zachodnie kręgi polityczno-biznesowe i – ostatecznie – zachęcił Moskwę do wojny;
  • niedostrzeganie lub bagatelizowanie faktycznych długofalowych celów Kremla (do których należy destrukcja Zachodu rozumianego jako wspólnota wartości, interesów i instytucji);
  • lekceważenie demodernizacji, militaryzacji i faszyzacji Rosji jako zjawisk nieprzystających do zachodnich wyobrażeń o współczesności lub jako wyzwań zbyt przytłaczających z punktu widzenia formułowania bieżących polityk. Dotyczy to m.in. geopolitycznego rewanżyzmu, supremacjonizmu wywodzonego ze zwycięstwa ZSRS nad nazizmem, kultu wojny i śmierci na polu walki czy antyintelektualizmu.
Nieporozumienia i błędy interpretacyjne wynikają najczęściej z daleko idącej odmienności kultur politycznych i strategicznych FR i krajów Zachodu. Zarazem, w przeciwieństwie do choćby Chin, Rosji nie postrzega się jako rzeczywistości na tyle „egzotycznej”, by wymuszało to wystarczającą pokorę badawczą i ostrożność w wyciąganiu wniosków. Jest ona jednocześnie podobna do znanych nam państw i zupełnie inna. Wiele różnic „ilościowych” pomiędzy nią a Europą (jak skala i rola korupcji czy przemocy w systemie politycznym) prowadzi do radykalnych rozbieżności jakościowych. (...)

Do największych problemów w analizowaniu Rosji należy współistnienie dwóch zjawisk, które wprowadzają wiele zamieszania w formułowanie założeń badawczych. Z jednej strony wiedza i intuicja podpowiadają nam, że „Rosja się nie zmienia”. Potrafimy zidentyfikować naczelne cechy systemu, jak centralizacja zarządzania i samowola „samodzierżawnej” władzy, represje, zapóźnienie rozwojowe, olbrzymia korupcja i pogarda dla ludzkiego życia. Określały one relacje rządzący–społeczeństwo zarówno w XVIII stuleciu, jak i dziś. Z drugiej – ten „niezmienny” system nieustannie ewoluuje, zatem uchwycenie jego bieżącej specyfiki nie może się opierać na prostych analogiach z wcześniejszymi etapami. Dylemat ten podsumowuje fraza przypisywana Piotrowi Stołypinowi, premierowi Imperium Rosyjskiego w latach 1906–1911: „W Rosji w ciągu dziesięciu lat zmienia się wszystko, w ciągu dwustu lat nie zmienia się nic”.

Odrodzenie imperializmu w polityce zagranicznej Moskwy w XXI wieku i reaktywacja sowieckich wzorców ideologicznych rodzą pokusę porównywania putinowskiej Rosji do ZSRS. Skłania do tego m.in. rehabilitacja terroru państwowego i figury Stalina jako przywódcy, powrót do narracji znanych z ówczesnej propagandy historycznej czy reaktywacja sowieckich instytucji (przykładowo ruch pionierów znalazł swoją inkarnację w utworzonym w 2022 r. Ruchu Pierwszych, przywrócono funkcję politruków w organach administracji i na uczelniach). Te podobieństwa prowadzą do niebezpiecznego samouspokojenia: mimo napięć i konfliktów towarzyszących zimnej wojnie demokratyczny Zachód przez kilka dekad był w stanie współistnieć ze Związkiem Sowieckim – po co więc poważnie traktować ostrzeżenia przed agresywnymi planami Władimira Putina względem NATO docierającymi z państw wschodniej flanki Sojuszu? Porównania te nie pozwalają pojąć realnych celów międzynarodowych współczesnej Rosji.

Istnieje kilka przyczyn, dla których jest ona krajem o wiele bardziej niebezpiecznym, nieprzewidywalnym i niewiarygodnym niż poststalinowski ZSRS. Można wskazać kilka fundamentalnych różnic między doświadczeniem zimnej wojny a radzeniem sobie z Rosją Putina sprawiających, że w stosunkach z dzisiejszym Kremlem potrzeba zupełnie innego instrumentarium powstrzymywania i odstraszania.

(...)

Federacja Rosyjska wymyka się też prostym porównaniom z innymi systemami politycznymi funkcjonującymi obecnie i w przeszłości. To pokłosie jednoczesnego występowania kilku cech systemowych niespotykanego nigdzie indziej. Tłumaczy ono zawiłe uwarunkowania postępowania Kremla i postaw społecznych. Chodzi m.in. o status potęgi nuklearnej i prawo weta w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, personalistyczny i neopatrymonialny charakter władzy (uznawanie kraju i zamieszkującej go ludności za własność lidera), dziedzictwo imperialne i totalitarne oraz świeżą pamięć rozpadu państwa (sowieckiego).

Jednocześnie Rosja jest niezwykle zróżnicowana geograficznie, gospodarczo, kulturowo i społecznie, co powinno stanowić przestrogę przed redukowaniem jej obrazu do Moskwy czy państwa etnicznych Rosjan.

Analiza polityki Kremla i postaw Rosjan wymaga zrozumienia specyficznego sposobu, w jaki działa tamtejszy aparat państwowy. Warto zwrócić uwagę na kilka elementów charakterystycznych dla tego modelu. Po pierwsze, instytucje państwowe i ich formalne kompetencje to zaledwie fasada, za którą kryją się faktyczne mechanizmy rządzenia. Część badaczy (m.in. zmarły w 2023 r. Gleb Pawłowski) opisuje wręcz Rosję nie w kategoriach „państwa”, lecz „systemu” (ros. sistiema). Formalne instytucje to przede wszystkim narzędzia eksploatacji ludności i terytorium przez pasożytnicze elity. Stosunki władzy opierają się na osobistych relacjach sieci klientów z patronami. U szczytu piramidy znajduje się lider – superpatron, który „wydzierżawia” swoim zausznikom kawałki majątku państwowego i niezbędne do zarządzania nimi kompetencje. Dzierżawa ta może zostać wypowiedziana przez przywódcę w dowolnym momencie. Granice pomiędzy finansami publicznymi i prywatnymi również uległy zatarciu (...).

Po drugie, patologie – takie jak korupcja, nepotyzm i przemoc – stały się normą, stanowią kościec systemu. Uchwycenie ich systemotwórczej roli pozwala lepiej pojąć logikę modelu władzy, w którym racjonalne kalkulacje ekonomiczne nieraz ustępują przed partykularnymi interesami konkretnych graczy, traktujących zasoby państwowe jako łup. Nadrzędny cel rządzących to nie maksymalizacja zysków gospodarczych czy poprawa bytu ludności, ale dożywotnie utrzymanie władzy (jej utrata w grze, gdzie „zwycięzca bierze wszystko”, grozi pozbawieniem nie tylko gromadzonego pieczołowicie majątku, lecz także życia). W wariancie maksymalistycznym chodzi natomiast o przekazanie władzy i fortuny dzieciom. Wszelkie metody osiągnięcia tego celu są dozwolone, a ich legitymizację mierzy się skutecznością, a nie zgodnością z prawem.

Zasady gry są często nieprzejrzyste dla zewnętrznych obserwatorów, ale na ogół czytelne dla uczestników – choć w imię dyscyplinowania elit Kreml potrafi arbitralnie i bez zapowiedzi owe reguły zmieniać, co w oczywisty sposób utrudnia formułowanie prognoz. Bazują one na nieformalnych poniatijach (niepisanych zasadach postępowania) i regule krugowoj poruki (podobnej do mechanizmu „ręka rękę myje” (...)). Prawo zostało całkowicie zinstrumentalizowane w rękach rządzących, a nieprzestrzeganie niewygodnych zobowiązań międzynarodowych – wyniesione do rangi normy konstytucyjnej. Nowelizacja ustawy zasadniczej z 2020 r. zakazała implementacji na terenie państwa decyzji, które organy międzynarodowe podjęły w oparciu o „sprzeczną z konstytucją FR” interpretację obowiązujących Rosję umów. Również nakazy sądów międzynarodowych, w tym arbitrażowych, nie będą przez nią wykonywane, jeśli stoją „w sprzeczności z podstawami publicznego porządku prawnego FR”. Trójpodział władzy od wielu lat jest w kraju fikcją, ponieważ parlament i wymiar sprawiedliwości stanowią funkcjonalną część władzy wykonawczej, a konkretnie – ośrodka prezydenckiego (rząd ma w tym modelu niewiele do powiedzenia – skupia się na bieżącym zarządzaniu państwem i dbaniu o funkcjonowanie gospodarki).

Z powyższych cech systemu wynika następna: znane na Zachodzie instytucje pełnią w Rosji funkcje najczęściej sprzeczne z naszymi intuicyjnymi wyobrażeniami o ich istocie. „Federacja” Rosyjska to de facto państwo unitarne, w którym zakres autonomii regionów sprowadzono w zasadzie do zera. Parlament nie jest miejscem debat i konkurencji, ale dobrze naoliwioną machiną legitymizowania opresyjnych pomysłów Kremla i służb. Organy wymiaru sprawiedliwości odgrywają rolę aparatu represji prześladującego „nieprawomyślnych” obywateli. Prowadzona przez władze tzw. walka z przestępczością ułatwia ich przedstawicielom czerpanie korzyści z działalności kryminalnej – jak w osławionym przypadku nieistniejącej już Federalnej Służby Kontroli Obrotu Narkotykami, zaangażowanej w… handel narkotykami, czy byłego prokuratora generalnego Jurija Czajki, powiązanego z bandą Capków – jedną z najkrwawszych grup przestępczych, przez lata terroryzującą część Kraju Krasnodarskiego.

Co istotne, system skutecznie pozbawiono bezpieczników przeciwdziałających samowoli Kremla: wszystkie duże niezależne media znalazły się na wymuszonej emigracji, opozycja polityczna w kraju została efektywnie uciszona lub zlikwidowana (w tym fizycznie), społeczeństwo zniechęcono do protestów represjami, inwigilacją i indoktrynacją, a legalne ugrupowania „opozycyjne” (partie parlamentarne) na wszelkie sposoby demonstrują lojalność wobec władzy. Jedynym suwerennym wyborcą jest człowiek zajmujący fotel prezydenta: regularnie fałszowane głosowania mają zaledwie zatwierdzać decyzje podjęte wcześniej na Kremlu. W tej sytuacji rywalizacja polityczna przetrwała jedynie w postaci biurokratycznej wojny podjazdowej pomiędzy grupami wpływu, a rekonstrukcja jej logiki przypomina mozolne układanie kawałków wybrakowanych puzzli.

Rosyjska rzeczywistość polityczna wymyka się tym samym tradycyjnemu językowi opisu. Utrudnia to docieranie z przekazem do odbiorców ukształtowanych przez zachodnią tradycję analityczną i naukową. Przemiany, jakim podlega w ostatnich latach kurs wewnętrzny Kremla, sprawiają, że używany wcześniej termin „autorytaryzm” przestał być użyteczny dla wyjaśniania tamtejszego modelu rządów. O wiele lepiej tłumaczy go pojęcie „neototalitaryzm”, stosowane od kilku lat w analizach Ośrodka Studiów Wschodnich. Wśród przekłamań terminologicznych warto również wymienić tzw. rosyjski „konserwatyzm” i „tradycyjne wartości”. Za tymi chwytliwymi hasłami, wciąż atrakcyjnymi dla licznych środowisk prawicowych na świecie, kryje się pogarda dla ludzkiego życia, wykorzystywanie Cerkwi i religii jako narzędzia opresyjnego państwa, prześladowanie wyznawców protestantyzmu i innych nieprawosławnych wyznań, gloryfikacja przemocy, terroru i wojny.

Udanym przykładem adaptacji słownika analitycznego do realiów FR jest natomiast pojęcie „partia władzy” (zamiast „partia rządząca”), pozwalające adekwatnie zdefiniować funkcje, jakie pełni w miejscowym systemie najważniejsza partia polityczna – Jedna Rosja. To przybudówka władzy wykonawczej, a nie autonomiczny byt polityczny. Wybory, które regularnie wygrywa dzięki masowym fałszerstwom, też nie umożliwiają jej „rządzenia”, gdyż nim zajmuje się wąska grupa skupiona wokół Putina.

(...)

Wbrew rozpowszechnionemu w Polsce przekonaniu Rosjanie nie mają szczególnego „autorytarnego DNA”, które sprawia, że autokracja to jedyny skuteczny sposób rządzenia nimi. To, co wielu postrzega jako ich niemal genetyczną odmienność od sąsiednich narodów, to raczej – wyglądająca na bezgraniczną – zdolność do adaptacji i podporządkowania się nawet najgorszym okolicznościom w imię świętego spokoju, pokonania dysonansu poznawczego, uniknięcia represji. To w gruncie rzeczy racjonalna postawa przystosowawcza (nie chodzi tu o jej usprawiedliwianie, ale o wyjaśnienie), wypracowana w ciągu stuleci i przekazywana z pokolenia na pokolenie.

Obywateli systematycznie pozbawiano podmiotowości i poczucia sprawczości oraz karano za niezależne myślenie. Idea imperialna i duma z przynależenia do państwa budzącego na świecie strach wyrosły na jedyną dostępną formę podmiotowości i tożsamości zbiorowej. Wyuczona bezradność zwalnia przy tym mieszkańców we własnych oczach z odpowiedzialności za posunięcia reżimu, w tym zbrodnie wojenne. Będzie to niewątpliwie jeden z największych problemów w przyszłych relacjach Rosjan z ościennymi narodami – i ogromne wyzwanie zarówno dla analityków, jak i decydentów.

Jednocześnie w kraju zawsze znajdzie się mniejszość gotowa zaryzykować wszystko w imię przekonań: wziąć udział w ulicznym proteście, wesprzeć opozycję, głośno skrytykować wojnę, wyrazić solidarność z Ukrainą. Niekiedy to właśnie postawy tych grup dawały Rosji szansę na przemiany polityczne (jak za Michaiła Gorbaczowa i Borysa Jelcyna). Gdzieś pośrodku znajdują się ci, którzy nadal próbują współtworzyć coraz ryzykowniejszą „apolityczną” demokrację lokalną – angażują się w działalność organizacji pozarządowych, starają się upowszechniać w miejscowych społecznościach idee samorządności, toczą boje z urzędnikami w obronie swoich praw.

(...)

Z jednej strony dekady aktywności Centrum Lewady pokazują, że deklarowane w sondażach nastroje podążają za oficjalną linią propagandową, co wskazywałoby na daleko idącą podatność Rosjan na „lepienie” ich przekonań przez rządzących i – potwierdzaną przez fakty – niską skłonność do antyreżimowych wystąpień nawet w reakcji na kontrowersyjne decyzje Kremla. Z drugiej – zdarzają się sytuacje, kiedy władze w widoczny sposób obawiają się reakcji społeczeństwa: masowe niezadowolenie z przymusowej mobilizacji we wrześniu 2022 r. skłoniło Kreml do wyboru innych strategii rekrutacyjnych, w tym formowania de facto wojska najemnego (podpisujący kontrakty z armią inkasują sumy niewyobrażalne dla przeciętnego mieszkańca rosyjskiej prowincji).

(...)

Reakcja Zachodu na pełnoskalową wojnę w Europie uświadomiła ekspertom, że najpoważniejszym wyzwaniem jest sformułowanie skutecznych odpowiedzi na działania FR wynikające z jej specyficznej kultury strategicznej. Zagadnienie to zasługuje tym samym na szersze omówienie.

Aktualny kształt owej kultury to konsekwencja kilku uwarunkowań.
  • Przywódca i jego najbliższe otoczenie podejmują kluczowe decyzje dotyczące bezpieczeństwa narodowego i polityki zagranicznej bez żadnej kontroli ze strony szerszej elity lub społeczeństwa. Przetrwanie reżimu utożsamia się z przetrwaniem państwa.
  • Suwerenność jest definiowana w kategoriach nie prawnych, lecz siły militarnej i ekspansji geopolitycznej. Ci, którzy narzucają swoją wolę siłą, cieszą się większą suwerennością niż inni. Umowy międzynarodowe uważa się za wiążące, o ile nie ograniczają „suwerenności”.
  • Rdzeń dyskursu na temat tożsamości narodowej stanowi silne, imperialne państwo. Po upadku ZSRS przywódcy nie zaproponowali zatomizowanemu społeczeństwu spójnej koncepcji postimperialnej tożsamości zbiorowej. Z kolei w czasach putinizmu alternatywne punkty odniesienia dla identyfikacji (idea nacjonalizmu obywatelskiego, etnonacjonalizmu czy tożsamości regionalnych) są systematycznie dławione.
  • Dominującą pozycję w systemie zajmują byli funkcjonariusze KGB, na czele z Putinem. Ich światopogląd i sposób postępowania ukształtowała konfrontacja z Zachodem w okresie zimnej wojny. Przenieśli oni na grunt polityki państwowej sposób myślenia, nawyki i metody działania właściwe środowisku „czekistów”.
  • Kulturę polityczną i strategiczną współkształtują wartości, normy i metody kryminalne. To skutek zrośnięcia się polityki z przestępczością zorganizowaną w latach 90. Duża grupa decydentów, w tym Putin, uczestniczyła wówczas w działalności mafijnej.
Na kulturę strategiczną w postaci manifestowanej współcześnie przez Kreml składają się więc zarazem element „długiego trwania” i specyfika putinizmu. Z jednej strony reżim kontynuuje tradycje carskiego imperializmu i sowietyzmu (te ostatnie błyskotliwie zdiagnozowane m.in. przez Włodzimierza Bączkowskiego i George’a Kennana w latach 30. i 40.), a z drugiej – stanowi pokłosie rozpadu ZSRS, ewolucji wewnątrzpolitycznej Rosji po 1991 r. oraz osobistych cech przedstawicieli grupy rządzącej.

W rezultacie kultura strategiczna FR zawiera się w poniższych punktach.
  • Wartości demokratyczne, przedstawiane jako tajna broń Zachodu przeciwko „cywilizacji rosyjskiej”, są uznawane za fundamentalne zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa. Zagrożeniu temu należy przeciwdziałać wszelkimi środkami, w tym siłą militarną.
  • W „świętej wojnie” tzw. tradycyjnych wartości przeciwko „satanizmowi” Zachodu Rosja potrzebuje wysuniętej obrony i kordonu sanitarnego, aby zapobiec zarażeniu własnych obywateli szkodliwymi ideami. Instrumenty tej obrony przed dostrzeganymi zagrożeniami nie zostały apriorycznie ograniczone. Nie istnieją z góry ustalone zasady ani „czerwone linie”, których nie wolno przekraczać. Moskwa dąży również do zwalczania owych szkodliwych idei u źródeł – stąd próby wywierania wpływu na sytuację polityczną w państwach Zachodu w celu polaryzacji ich społeczeństw oraz podważenia ich zaufania do rządów i procedur demokratycznych.
  • Pozycję międzynarodową Rosji determinuje jej potencjał destrukcyjny. Nie mogąc jej zbudować dzięki rozwojowi gospodarczemu, innowacjom i miękkiej sile, rządzący za główny wyznacznik potęgi uważają arsenał nuklearny i zdolność do destabilizowania innych krajów.
  • W polityce międzynarodowej władze widzą w pierwszej kolejności sferę konfrontacji, nieustannej walki służb specjalnych i operacji specjalnych. W tej dziedzinie wykorzystuje się środki aktywne mające zniszczyć zdolności przeciwnika do stawiania oporu. Manipulacja, oszustwo i szantaż idą w parze z wysoką skłonnością do podejmowania ryzyka.
  • Rosja kieruje się logiką gry o sumie zerowej. Podejście to wyklucza negocjacje w rozumieniu zachodniej kultury politycznej, gdyż interesy przeciwnika z definicji nie są brane pod uwagę. Styl negocjacji Kremla przypomina postawę armii stawiającej warunki z pozycji siły. Nie należy mieć zatem złudzeń, że Moskwa jest skłonna współpracować z „wrogim” Zachodem w zakresie wspólnego zwalczania globalnych zagrożeń.
  • Model przywództwa w Rosji, podobnie jak w świecie przestępczym, bazuje na idei męskości hegemonicznej, odsyłającej do patriarchalnej  hierarchii i agresji. Zastraszanie, pogarda dla słabszych i gotowość do odwetu za rzeczywiste lub domniemane zniewagi służą manifestacji siły i brutalności, będących głównym źródłem legitymizacji. Pojednawczy język, wezwania do dialogu i kompromisu są postrzegane jako słabość, a słabość to zaproszenie do ataku.
  • Dyplomacja służy demonstrowaniu siły. Do jej instrumentarium na stałe weszły kłamstwo i teorie spiskowe, a polityka zagraniczna opiera się na wymuszeniach. Minister spraw zagranicznych ZSRS Andriej Gromyko doradzał swoim dyplomatom: „Żądajcie czegoś, co nigdy nie należało do was. Stawiajcie ultimatum. Nie szczędźcie gróźb; proponujcie negocjacje jako wyjście z sytuacji. Na Zachodzie zawsze znajdą się ludzie, którzy dadzą się na to nabrać. Nie ustępujcie ani na jotę w negocjacjach, ale wyciskajcie jak najwięcej. Oni się na to zgodzą. Możesz uważać się za dyplomatę, gdy uzyskasz połowę lub dwie trzecie tego, czego wcześniej nie miałeś”.
  • Myślenie plemienne wyklucza przestrzeganie reguł gry wobec adwersarzy. Zasady obowiązują tylko w obrębie własnej grupy, a zobowiązania wobec podmiotów zewnętrznych nie muszą być brane pod uwagę. Strona silniejsza ma prawo zapewnić sobie bezpieczeństwo kosztem suwerenności innych narodów, a nawet ich istnienia, w tym poprzez doktrynę agresji prewencyjnej.
  • Wojnę definiuje się o wiele szerzej niż na Zachodzie, a jej ważnym elementem jest komponent kognitywny („walce o umysły” służą informacyjne operacje wpływu i sterowanie refleksyjne). Jak wskazuje w książce "Zawładnąć umysłami i urządzić świat. Rosyjska strategia dywersji i dezinformacji" była dyrektorka i analityczka OSW Jolanta Darczewska, siłom zbrojnym przydzielono funkcje dalece wykraczające poza sferę obronną – m.in. ideologiczną, kulturotwórczą, światopoglądową. Nie ma też wyraźnej granicy między pokojem a wojną, zaś permanentny konflikt jest uważany za stan naturalny i pożądany. Świadoma względnej słabości swojej armii Rosja stara się używać jej dopiero po starannym przygotowaniu gruntu pod agresję za pomocą dywersji i propagandy. Nawet pozornie pokojowe obszary aktywności – sport, nauka czy biznes – służą jako kanały infiltracji terytorium wroga.
  • Koncepcja używania języka jako broni przeciwko wrogom wywodzi się z tradycji miejscowych służb specjalnych i propagandy państwowej. Oficjalne komunikaty Kremla czy Ministerstwa Obrony FR przypominają fragmenty powieści Orwella. Kłamstwa stały się atrybutem silnej władzy i wpisują się w głęboko zakorzenioną sowiecką tradycję podwójnego myślenia, bazującego na wierze w dwie przeciwstawne rzeczy jednocześnie. Komunikowanie rzeczywistych intencji za pomocą słów uznawane jest za obnażanie własnych słabości. Taki stan rzeczy wyklucza możliwość dojścia do porozumienia – z uwagi zarówno na świadome zafałszowywanie intencji przekazu, jak i na unicestwianie znaczeń.
(...)

Pierwszy rodzaj źródeł otwartych to kontrolowane przez Kreml tradycyjne media, przede wszystkim kanały telewizyjne, elektroniczne wydania gazet i portale internetowe. Ich aktywność sprowadza się do uprawiania agresywnej propagandy i dezinformacji, niemniej stałe analizowanie ich treści pozwala dowiedzieć się, jaki przekaz otrzymują od władz obywatele i aparat państwowy, a tym samym – jakie posunięcia mogą przygotowywać rządzący i jak w związku z nimi „urabiają” opinię publiczną. Czasem niespójności w narracji pomagają wytropić oznaki sporów i dylematów w kręgach decyzyjnych, które są rezultatem kłopotów w zarządzaniu nastrojami i formułowaniu polityk.

Coraz więcej trudności przynosi korzystanie z danych publikowanych przez Rosstat – odpowiednik GUS – i inne rosyjskie urzędy. Statystyki w różnych sferach są systematycznie fałszowane (co nierzadko maskuje się zmianami metodologii ich sporządzania, jak w przypadku liczenia PKB czy określenia poziomu ubóstwa) lub utajniane (jak straty agresora na froncie). W 2025 r. utajniono rekordowe 32% wydatków budżetowych. Niekiedy skala przekłamań bywa szokująca: według niezależnych demografów ogólnorosyjski spis ludności przeprowadzony w szczycie pandemii (2021 r.) prawdopodobnie zawyżył wielkość populacji o 3–4 mln (wyniki zostały najpewniej zmanipulowane na szczeblu regionów, gdyż oficjalna liczba mieszkańców podmiotów federacji wpływa na wysokość transferów finansowych z budżetu centralnego).

(...)

Bardzo wysoki poziom prezentują media niezależne. Prawie wszystkie większe redakcje znalazły się na wymuszonej cenzurą i represjami emigracji, lecz wciąż utrzymują rozbudowaną sieć korespondentów w Rosji. Wartość tych podmiotów polega na rzetelnym warsztacie, w tym fact-checkingu, pogłębionych analizach wydarzeń i procesów zachodzących w kraju, zasięganiu opinii czołowych specjalistów w dziedzinach polityki, gospodarki i spraw społecznych.

Nieocenione źródło informacji zbieranych „pod lupą” stanowią niezależne media lokalne i regionalne. Koncentrują się one na sprawach o niewielkim zasięgu, przez co interesują się nimi miejscowe społeczności. Jednocześnie są zmuszone, w przeciwieństwie do mediów na emigracji, do autocenzury i apolityczności. Zapewniają jednak analitykom wgląd w nastroje społeczne, napięcia i problemy, których może nie wyłapać radar większych redakcji, a które w jakiejś mierze oddziałują na dynamikę wydarzeń i posunięcia władz federalnych.

O prawdziwy ból głowy przyprawia natomiast praca z mediami społecznościowymi, wśród których – jeśli chodzi o pluralizm – prym wiedzie Telegram. Na platformie tej funkcjonują obok siebie kanały niezależne oraz te powiązane z władzami różnych szczebli i służbami specjalnymi. Obfitość wiadomości i plotek o rozmaitej wiarygodności, obliczonych na manipulowanie emocjami, wzmaga jednak ryzyko dezinformacji. Niezależni komentatorzy, blogerzy, dziennikarze i eksperci zamieszczają również sporo pożytecznych materiałów na YouTubie, gdzie prokremlowskiej propagandy jest – wskutek polityki sankcyjnej – zauważalnie mniej. W tym miejscu na podkreślenie zasługuje ogromna waga krytyki źródeł informacji: badanie ich pochodzenia, dysponentów, ich biografii, powiązań, motywów działania itp. Ta niepowtarzalna wiedza, stanowiąca produkt lat żmudnej pracy ze źródłami, stanowi naczelną różnicę pomiędzy zawodowymi analitykami a licznymi internetowymi komentatorami amatorami.

(...)

Liczne kontrowersje towarzyszą natomiast sondażom dotyczącym nastrojów społecznych. Mimo że Kreml zaostrza kurs wewnątrzpolityczny, w Rosji wciąż istnieją niezależne ośrodki badania opinii publicznej (m.in. Centrum Lewady), a ciekawe informacje da się pozyskać nawet z danych udostępnianych przez podmioty państwowe (FOM, WCIOM). Unaoczniają one pewne tendencje i przesunięcia w nastrojach, które mogą zarówno sygnalizować przemiany, jak i je generować. Jednocześnie pod adresem niezależnych socjologów padają zarzuty niewystarczającej reprezentatywności ich badań, autocenzury respondentów oraz silnego wpływu propagandy na deklarowane postawy. Już na długo przed falą represji związanych z pełnoskalową inwazją na Ukrainę znaczny odsetek Rosjan obawiał się wypowiadać w ankietach (w 2016 r. 26% stwierdziło, że boi się mówić, co myśli, a według połowy taki lęk cechuje większość obywateli).

Niewskazane są więc wiara w konkretne liczby i tworzenie na ich podstawie prognoz politycznych (żaden sondaż w FR nie umożliwił przewidzenia kryzysów, takich jak ten z lat 2011–2012 czy wspomniany bunt Prigożyna z 2023 r.).

(...)

Rosja jako kraj, społeczeństwo, swoista tożsamość, wreszcie: podmiot stosunków międzynarodowych nie jest enigmą. Jej „tajemniczość” to nie cecha organiczna, lecz skutek mozolnego dławienia przez władze obiegu informacji i rezultat maskirowki – ukrywania stanu rzeczy przed „wrogami” poprzez dezinformację, utajnianie danych, kłamstwa i zastraszanie potencjalnych informatorów. Na analityczne remedium na te bolączki składają się: czasochłonne gromadzenie wiadomości z dostępnych źródeł, tropienie powiązań między różnymi sferami funkcjonowania systemu oraz przyjęcie określonej optyki badawczej. W zajmowaniu się tak złożonym państwem nie ma dróg na skróty. Da się jednak wskazać kilka „wytrychów”, którymi warto się posługiwać, by ułatwić sobie to zadanie.

Po pierwsze, należy dokonywać permanentnej dekonstrukcji treści serwowanych przez źródła. Polega ona na dekodowaniu ich kontekstu, intencji, języka, logiki wywodu oraz na krytycznej refleksji nad własnymi wnioskami. To ważne szczególnie w odniesieniu do wypowiedzi przedstawicieli władz oraz analityków prezentujących tezy i postulaty korzystne dla Kremla. Pamiętajmy też o interpretowaniu tez i postulatów środowisk niezależnych lub antyreżimowych (warto m.in. zwracać uwagę na przekazy noszące znamiona kryptoimperializmu, które studzą nadzieje na potencjał reformatorski demokratów). Umiejętność czytania między wierszami to jeden z najważniejszych atutów badaczki.

Po drugie, w analizie trzeba uwzględniać zmienne proporcje stabilności i zmiany, chaosu i spójności. Mimo daleko posuniętej centralizacji władzy i dążeń Kremla do nadzorowania wszelkich aspektów życia państwa, rosyjski system nie jest tak spójny, jak może się wydawać, a szalejąca korupcja i biurokratyczny bałagan potrafią wykoleić ambitne projekty nawet w obszarze wojskowości (stąd m.in. dymisje w Ministerstwie Obrony FR wiosną 2024 r.). Jednocześnie ów system wciąż wykazuje się dużą odpornością na wstrząsy – choć odporności tej również nie powinno się przeceniać: rządzący są silni tylko tak długo, jak długo takimi widzą ich elity i naród.

Po trzecie, unikanie powierzchownych porównań pomiędzy Rosją a innymi systemami chroni przed uproszczeniami, fałszywym symetryzmem i łatwymi analogiami historycznymi, które zaciemniają obraz sytuacji, a przez to uniemożliwiają formułowanie skutecznych polityk wobec FR. Wreszcie – warto czytać współczesną rosyjską literaturę piękną autorstwa antyreżimowych pisarzy i poetów. 

(...)

Do języka analityki wszedł szereg rusycyzmów, które lepiej niż ich zagraniczne odpowiedniki oddają specyfikę rosyjskich realiów. Wśród tych pojęć na uwagę szczególnie zasługują następujące:
  • Basen (ros. бассейн) – nielegalny budżet grupy rządzącej, gromadzony dzięki różnorodnym schematom korupcyjnym (w tym haraczom płaconym przez oligarchów), wykorzystywany przez ścisłą elitę władzy we własnych interesach.
  • Błat (ros. блат) – znajomości wykorzystywane w celu zdobycia deficytowych dóbr albo innych korzyści.
  • Czarna kasa (ros. черный нал) – nielegalny budżet organizacji (organu administracji, firmy, partii politycznej etc.), na ogół przechowywany w postaci gotówkowej, wydatkowany w sposób nieoficjalny w interesie wąskiej grupy beneficjentów.
  • Kompromat (ros. компромат) – materiały wykorzystywane do dyskredytowania przeciwników politycznych czy biznesowych.
  • Krugowaja poruka (ros. круговая порука) – wzajemne gwarancje lojalności obowiązujące między członkami zamkniętej grupy, wymuszone wspólnym uwikłaniem w działania nielegalne bądź kompromitujące. W tym mechanizmie odpowiedzialność zbiorowa gwarantuje, że żaden z członków grupy nie wyda pozostałych.
  • Krysza, kryszowanie (ros. крыша, крышевание, dosł. „zapewnianie dachu”) – szeroko pojmowana protekcja oferowana podmiotom biznesowym w ich legalnej bądź nielegalnej działalności w zamian za regularnie płacony haracz lub udział w zyskach (mechanizm tzw. otkatu – zob. dalej).
  • Obszczak (ros. общак) – w żargonie kryminalnym wspólny budżet organizacji przestępczej; termin stosowany w odniesieniu do schematów korupcyjnych w rosyjskich instytucjach państwowych. Obszczak powstaje dzięki odprowadzaniu do „wspólnej kasy” części indywidualnie pozyskiwanych dochodów z korupcji. Są one następnie przeznaczane na finansowanie potrzeb grupy wynikających z jej nielegalnej działalności (np. wręczanie łapówek).
  • Otkat (ros. откат) – haracz lub udział w zyskach firmy przekazywane w zamian za uzyskaną korzyść (np. nielegalnie wygrany przetarg czy ochronę – zob. krysza).
  • Poniatija (ros. понятия) – popularny termin pochodzący z kryminalnego (i więziennego) kodeksu zachowania oznaczający niepisane zasady postępowania, pierwotnie znane jedynie wtajemniczonym, „swoim”. W rosyjskiej sferze polityczno-biurokratycznej mają one bezwzględny prymat nad prawem pisanym w zakresie zarządzania wybranymi sferami życia publicznego oraz regulowania stosunków zwierzchności i podporządkowania. Odsyłają do siły i patrymonialnych współzależności jako źródeł prawa.
  • Raspił (ros. распил) – różnorodne mechanizmy defraudowania pieniędzy z budżetu albo majątku firmy (prywatnej lub państwowej).
  • Rejderstwo (ros. рейдерство) – przejmowanie dochodowych firm przez podmioty prywatne lub państwowe (nierzadko we współpracy z grupami kryminalnymi) z wykorzystaniem organów ścigania, służb specjalnych, wymiaru sprawiedliwości i organów kontrolno-nadzorczych. Celem jest przejęcie, a następnie maksymalna eksploatacja przynoszących dochody przedsiębiorstw, w tym wyprowadzenie ich aktywów na prywatne konta, co często prowadzi do bankructwa.
  • Rekiet (ros. рекет) – zorganizowany system wymuszania haraczy przy użyciu przemocy (gróźb, szantażu, przemocy fizycznej, porwań), niekiedy w zamian za rzeczywistą bądź iluzoryczną kryszę.
  • Zasób administracyjny (ros. админресурс) – potencjał wpływu na kształt sfery publicznej, jakim – dzięki pieniądzom z budżetu, kompetencjom ustawowym, aparatowi przymusu czy wykorzystywaniu nieformalnych współzależności patronalno-klientelistycznych – dysponują instytucje państwowe i ich indywidualni przedstawiciele. Termin używany najczęściej w odniesieniu do manipulowania przez administrację państwową przebiegiem i rezultatami wyborów różnych szczebli.
Maria Domańska - Przereklamowana zagadka. Rosja jako wyzwanie analityczne - OSW


W ciągu pierwszych 10 miesięcy 2025 r. dochody z ropy naftowej i gazu wyniosły łącznie 7,5 bln rubli, w porównaniu do 9,5 bln rubli w analogicznym okresie ubiegłego roku – spadek o ponad 2 bln rubli, czyli o 21 proc.

Ta presja prawdopodobnie się nasili. Pod koniec października br. Departament Skarbu USA nałożył sankcje na koncerny naftowe Rosnieft i Łukoil. Chociaż początkowo istniały obawy, że nowe ograniczenia mogą zmniejszyć globalną podaż i spowodować wzrost cen, rynki w dużej mierze je zignorowały po niewielkim  początkowym wzroście cen.

Warren Patterson, dyrektor ds. strategii surowcowej w ING, uważa, że ​​brak wpływu na ceny ropy wskazuje, iż rynek nie spodziewa się znaczącego spadku podaży surowca.

Chociaż Rosji udało się przekierować znaczną część swojej ropy na dostawy „flotą cieni”, ubezpieczenia niezachodnie i systemy płatności inne niż dolarowe, nabywcy mogą nadal napotykać na rosnące ryzyko związane z przestrzeganiem przepisów z powodu ostatnich sankcji USA. Bridget Payne, dyrektor ds. prognozowania energetycznego w Oxford Economics, napisała:

– Wpływ prawdopodobnie będzie bardziej skierowany na ceny niż na dostępność, ponieważ Rosja będzie musiała oferować większe rabaty, aby zrekompensować nabywcom wyższe ryzyko prawne i logistyczne.

Payne uważa, że ​​dodatkowe koszty ubezpieczenia i finansowania stanowią premię za sankcje na rosyjską ropę. Dodała, że ​​premia ta zwiększy dyskonto na gatunki rosyjskie i zmniejszy dochody netto Moskwy.

belsat.eu


– Średnie tygodniowe straty Rosji rosną wraz ze zbliżaniem się końca roku kalendarzowego. Wzrost ten obserwowano we wszystkich czterech okresach jesienno-zimowych tej wojny. Zjawisko to zbiega się z dążeniem rosyjskiego rządu do osiągnięcia ważnych celów strategicznych – ocenił /analityk wojskowy i emerytowany generał armii australijskiej Mick Ryan - red./.

Według Ryana obecny wzrost strat rosyjskich jest bezpośrednio związany z dążeniem Putina do zdobycia Pokrowska za wszelką cenę i – na tej podstawie – przekonania Trumpa o słuszności narracji dotyczącej rzekomej niezwyciężoności Rosji.

Analityk uważa, że średnia liczba strat rosyjskich w listopadzie i grudniu będzie nadal rosła.

– Mimo to jedynym wnioskiem, jaki można wyciągnąć z tych danych, jest to, że Ukraina zabija wystarczająco wielu Rosjan, aby uniemożliwić Rosji wygranie tej wojny, ale nie na tyle, by zmienić kalkulację Putina. Dopóki nie nastąpi gwałtowny wzrost ogólnej liczby zabitych Rosjan i nie poprawi się stosunek liczby poległych Rosjan do strat po stronie ukraińskiej, trudno dostrzec jakiekolwiek dramatyczne zmiany w trajektorii tej wojny – stwierdził generał.

Ryan przytacza również dane opublikowane niedawno przez Ukraińskie Siły Systemów Bezzałogowych: eliminacja jednego rosyjskiego żołnierza na froncie kosztuje Siły Obronne średnio 784 dolary, podczas gdy średni koszt zniszczenia jednostki sprzętu wojskowego wynosi 949 dolarów. Dane te odzwierciedlają jednak jedynie koszt zużytej broni, a nie wydatki towarzyszące, takie jak wynagrodzenia operatorów dronów.

– Każdy dolar zainwestowany w drony kosztuje wroga 101 dolarów strat w sprzęcie – podały Siły Systemów Bezzałogowych Ukrainy, publikując statystyki.

belsat.eu

niedziela, 9 listopada 2025



W porządku omawianego państwa cała aktywność polityczna ma de facto charakter wojskowy czy też – patrząc z szerszej perspektywy – organizowana jest przez konflikt (z wrogami wewnętrznymi i/lub zewnętrznymi, zależnie od potrzeby). Wojsko to najwyższy stopień zorganizowania społeczeństwa, a wojna – najważniejszy przejaw jego aktywności. Współczesna Rosja stanowi kontynuację Wielkiego Księstwa Moskiewskiego w jego postaci ukształtowanej po podboju mongolskim i wchłonięciu przez nie ziem i ludów Wielkiego Stepu. Istnieje jednak coś, co mimo tego dziedzictwa odróżnia jej mieszkańców od Azjatów: Imperium Rosyjskie budowały po części elity europejskie, głównie niemieckie, które szybko upajały się naturą i zakresem władzy, jaką oferowała im absolutystyczna Rosja. Dzięki nim państwo rządzone z Petersburga uzyskało formę, która zewnętrznie przypominała europejską, ale pozostało azjatyckie w treści. Trudno czasem nie mieć wrażenia, że Rosja to mongolska horda z pruskim szlifem.

(...)

Mieszkańcy Sewastopola i górnicy z Doniecka są otwarci i serdeczni do momentu, gdy gość z Polski pozostaje w poetyce doskonale pamiętanego jeszcze wówczas na obszarze posowieckim serialu Czterej pancerni i pies. Kiedy zaś próbuje poruszać jakieś trudne tematy – z historii Rosji i ZSRR oraz wzajemnych relacji z Polską i, szerzej, Zachodem – to mu się bardziej lub mniej dyskretnie i grzecznie sugeruje, by tego nie robił. Trudne tematy nie istnieją, a jeśli były czy są, to nie ma sensu ich rozpamiętywać. „Komu to służy? Tylko naszym wspólnym wrogom!”. Pozostaje być zachwyconym krążownikiem rakietowym „Moskwa”. No, może jeszcze okrętem podwodnym „Ałrosa”, zwłaszcza w zestawieniu z tym złomem „Zaporoże”, co to go Ukraińcy trzymają w „rosyjskim” doku i naprawić nie potrafią.

Były i są na terenach ruskiego miru jednostki, z którymi człowiekowi z Zachodu rozmawia się dobrze i swobodnie, o czym kilka słów dalej. Problemu nie generuje to, że mają inne poglądy i uważają je za jedynie słuszne, lecz ich powiązanie ze specyficznym systemem wartości. Przeciętni Rosjanie najczęściej godzą się z rolą przedmiotów polityki państwa, swoistych trybików w militarystyczno-mocarstwowej machinie, w której życie współobywateli (ale już niekoniecznie ich własne) ma znaczenie mniejsze niż inne narzędzia znajdujące się w dyspozycji imperium.

Najlepiej opisać to za pomocą kolejnego wspomnienia. Sierpień 2000 r., po katastrofie atomowego okrętu podwodnego „Kursk”. Górnik (znów górnik, ale podejście jest typowe nie tylko dla tego zawodu) z Workuty: „No tak, ponad setka chłopaków zginęła [to przykre – AW], ale TAKI OKRĘT żeśmy stracili! [to prawdziwa tragedia – AW]”. „Cywilizacja rosyjska” czy – jak kto woli – ruski mir myśli inaczej, a przez to często podejmuje działania co najmniej trudne do zrozumienia z naszej perspektywy.

Komentarz górnika o katastrofie „Kurska” potwierdza rangę, jaką zwłaszcza w Rosji cieszą się wiadomości dotyczące sfery militarnej. Ich ilość na niemal całym obszarze posowieckim jest ogromna. Likwidacja ZSRR i ogłoszona przez jego ostatniego przywódcę Michaiła Gorbaczowa głasnost (ros. гласность – jawność, otwartość) skutkowały m.in. lawiną ukazujących się publicznie materiałów o byłej armii sowieckiej – wcześniej objętych ściśle strzeżoną tajemnicą – a następnie o formacjach militarnych powstałych na jej gruzach. Wraz z krzepnięciem putinowskiej Rosji ich charakter ulegał stopniowej zmianie, a informacja w coraz większym stopniu stawała się dezinformacją.

Drogą tą podążyła również łukaszenkowska Białoruś. Do lutego 2022 r. swoista głasnost w kwestiach związanych z wojskowością utrzymywała się natomiast na Ukrainie, a i pełnoskalowa wojna nie zdołała jej w pełni zlikwidować. Postęp dezinformacji nie ograniczył jednak ilości słowa drukowanego i materiałów audiowizualnych, przez które trzeba przebrnąć, badając militarne aspekty funkcjonowania byłych republik sowieckich. Systematycznie poszerza ona zaś swoją przestrzeń życiową w internecie, jednak nie zawsze kosztem tradycyjnych nośników. Jeden człowiek nie da rady wszystkiego obejrzeć, przeczytać i wysłuchać. Przed badaczem trudna sztuka wyboru.

Jak zatem ma się sprawa z rosyjskimi źródłami wiedzy mogącej posłużyć do analizowania sektora wojskowego? Czy wszystko, co się w nich pojawia, to nieprawda? Odpowiedź na drugie pytanie jest przecząca. Co więcej, w warstwie stricte informacyjnej Rosjanie prawie zawsze opierają się na faktach. Dezinformują natomiast poprzez odpowiednio dobrane interpretacje i przyjętą narrację. Jeśli w tamtejszych źródłach pojawiają się wieści o wynaturzeniach w jednostce wojskowej numer taki i taki, ewentualnie o wykrwawieniu się batalionu w walkach o stację honorowego krwiodawstwa w „Krwiopijsku”, to najprawdopodobniej takie sytuacje miały miejsce i prędzej lub później się potwierdzą. Zarazem jeśli w tamtejszych źródłach pojawiają się wieści o pomyślnym zakończeniu prób z nową rakietą balistyczną i skierowaniu jej do produkcji, ewentualnie o zajęciu kolejnej wsi w Donbasie, najprawdopodobniej takie sytuacje także miały miejsce i prędzej lub później się potwierdzą. Ogólnie rzecz biorąc, warto być cierpliwym. Natomiast budowany na podstawie takowych (najczęściej kilku pokrewnych) informacji całościowy obraz Sił Zbrojnych FR czy jakiejkolwiek wojny z ich udziałem, co wciąż serwują nam Rosjanie, a od 2022 r. także – przeważnie ku pokrzepieniu serc – Ukraińcy, będzie fałszywy.

Jeśli mamy się posługiwać pojęciami z zakresu sztuki wojennej, to na poziomie taktycznym, najniższym, dotyczącym szczegółów, a nie całościowej oceny jakiejś sytuacji, Rosjanie zwykle nie kłamią. Trzeba jednak pamiętać, że ta „prawdomówność” odnosi się wyłącznie do zdarzeń, szczególnie takich, które trudno ukryć lub – zwykle – nie ma potrzeby tego robić. Nie obejmuje ona natomiast sfery deklaracji i opinii, w tamtejszym przekazie z reguły wymieszanej z faktami. Sztandarowy przykład to określanie nowo wprowadzanych do służby typów uzbrojenia mianem „niemający odpowiedników w świecie” (ros. не имеющий аналогов в мире). Wbrew zdaniu niektórych zachodnich analityków zwrot ten nie odnosi się do danych taktyczno-technicznych (które z reguły pozostają niejawne), ale stanowi formę promocji skierowaną na ogół do własnego społeczeństwa.

Dezinformacja pojawia się na szczeblu operacyjnym – gdzie z odpowiednio dobranych prawdziwych wydarzeń tworzy się fałszywy obraz całości – a dominuje na poziomie strategicznym (najwyższym, z innej perspektywy można o nim rzec – politycznym), na którym FR stara się wmówić światu, że jest ofiarą agresji Ukrainy i/lub Zachodu. Na tym ostatnim istnieje jeden wyjątek, w którym rosyjski przekaz zgadza się z rzeczywistością: jeśli Moskwa konsekwentnie powtarza, że coś niesie żywotne zagrożenie dla jej specyficznie rozumianego interesu narodowego, i wręcz wprost grozi interwencją zbrojną, to w sprzyjających jej okolicznościach się na to zdecyduje. Rozumowanie to dotyczy jednak tylko potencjalnego konfliktu konwencjonalnego, czym innym zaś jest w jej retoryce straszak atomowy. Kreml zdaje się mieć świadomość, że użycie broni jądrowej to ostateczność, a w wojnie nuklearnej – przynajmniej na obecnym poziomie rozwoju technologicznego – nie będzie zwycięzców. Zdaje się także przekonany, że analogicznie rozumują pozostałe mocarstwa atomowe. Dzięki temu może mniej lub bardziej oficjalnie straszyć tych, którzy jej nie mają, lecz na straszeniu poprzestaje. Owszem, trudno wykluczyć użycie przez Rosję broni jądrowej, gdyby wrogie armie maszerowały na jej stolicę. Jeszcze trudniej jednak wyobrazić sobie sytuację, w której to nie ona jest agresorem. Warto o tym pamiętać w kontekście oceny potencjalnych przyszłych działań militarnych FR.

Skoro Rosjanie na poziomie taktycznym zasadniczo posługują się faktami, to w czym problem? Otóż w tym, że nigdy nie przedstawiają ich w sposób kompleksowy – w opisie wydarzeń zawsze pomijają istotne elementy. Czytając wywiad z dowódcą brygady zmechanizowanej z Centralnego Okręgu Wojskowego, poza standardową, „ogólnowojskową” laurką dla jednostki poznamy otczestwo (imię ojca) jej szefa, ale często zabraknie informacji o miejscu jej dyslokacji – o numerze, strukturze i liczebności nie wspominając. Nie poznamy liczby dostarczonych czołgów lub samolotów (inna sprawa z okrętami – pod czujnym okiem satelitów trudno je ukryć), a przede wszystkim nie dowiemy się nic o problemach. Co więcej, wszystkie dane zostaną potraktowane niezwykle wybiórczo. Przeczytamy wywiad z przykładowym dowódcą z Jurgi, a kilkunastu jego odpowiedników nigdy nie poznamy, chyba że któryś malowniczo polegnie i dostanie pogrzeb z honorami. Doniesienia o przekazanym uzbrojeniu pojawią się tylko wtedy, gdy dostawy będą zbyt duże, by je ukryć lub – odwrotnie – gdy Moskwa uzna za stosowne je nagłośnić. Dodatkowo wyłowienie ziarenka przydatnej wiedzy wymaga czasami przebrnięcia przez wiele akapitów lub nawet stron tekstowego bagna.

Z przeciwnej strony rosyjskiej infosfery – tej uchodzącej za mniej lub bardziej niezależną od Kremla – funkcjonują źródła prezentujące sprawy niekorzystne dla armii i floty bądź wręcz je dyskredytujące. Tu również nie znajdziemy kompletu informacji. Często owe źródła są jak odbicie oficjalnego przekazu w krzywym zwierciadle, przy czym zbędna zawartość – wspomniane tekstowe bagno – dominuje w prawie każdym zakątku przestrzeni informacyjnej FR. Bywa jednak, że publikowane treści – nadzwyczaj klarowne – mają charakter swoistego wentylu bezpieczeństwa, zwłaszcza gdy dotykają zagadnień rozgrywających się na styku przeciętnego Rosjanina i machiny wojskowej państwa (vide m.in. zbierający dane o poległych w wojnie na Ukrainie portal Mediazona).

Przeciętny obywatel FR nie czytuje natomiast gazet pokroju „Kommiersanta” czy „The Moscow Times”, skąd o bolączkach krajowej wojskowości dowiaduje się przedstawiciel tamtejszych elit i – nierzadko – zachodni analityk. Podobnie jak poprzednie kategorie źródeł prasa ta też podchodzi do tematu wybiórczo. Jeśli zaś pojawiają – czy raczej pojawiały – się w niej materiały kompleksowe, jak wydawane przez „Kommiersant” raporty Cała armia rosyjska, to zawierały one sporą dawkę dezinformacji. Było to wszak informacyjne wejście z poziomu taktycznego na operacyjny.

Opisując całokształt swojej wojskowości czy odnosząc się do sytuacji ekstraordynaryjnych (roboczo zaliczmy do nich wojnę), Rosjanie tworzą wiele interpretacji i alternatywnych wersji rzeczywistości (naprawdę trudno wymyślić coś ponadto). Manipulując realiami, popełniają jednak błędy, dzięki którym także da się pozyskać ciekawe, a niekiedy decydujące dla odtworzenia przebiegu wydarzeń fakty.

(...)

Czy zbierając wszystkie te rozrzucone po różnych mediach odpryski wiedzy, uda się złożyć całościowy obraz Sił Zbrojnych FR (o ich aktywności nawet nie wspominając)? W dużej mierze tak, lecz pod warunkiem że badacz ma czas i determinację, by sięgnąć dwie lub trzy dekady wstecz. W okresie względnej otwartości mediów w latach 90. XX wieku w Rosji pojawiły się bowiem liczne materiały, które wciąż – mimo upływu lat – mogą służyć jako swego rodzaju szkielet, do którego daje się dopasować nawet najnowsze strzępy danych. Istotną rolę odgrywają tu dokumenty wymiany informacji w ramach traktatu o konwencjonalnych siłach zbrojnych w Europie (CFE), wydane chałupniczo w niewielkim nakładzie i oczywiście na przekór przyjętym przez Kreml zobowiązaniom – dziś białe kruki.

W badaniu rosyjskiej wojskowości nadal znajduje zastosowanie „zabytkowa” obecnie metoda zbierania informacji, czyli kontakt ze słowem drukowanym. W papierowych wydaniach gazet i periodyków poruszających problematykę militarną często można wyczytać więcej niż w wersjach elektronicznych. Chodzi o drobiazgi, acz z perspektywy analityka stanowiące ważne puzzle – jak doniesienia w „kronice towarzyskiej”  miesięcznika „Morskoj sbornik” wskazujące na sformowanie z marynarzy Floty Bałtyckiej na potrzeby agresji na Ukrainę 9 Pułku Zmechanizowanego. Wydania papierowe, mimo wojny wciąż przez OSW prenumerowane i docierające do Polski okrężnymi drogami, mają też inną przewagę nad internetowymi – ich zawartość nie ulega zmianie, co w wędrówce labiryntem rosyjskiej dezinformacji odgrywa rolę niebagatelną. Zapoczątkowana aneksją Krymu inwazja nie tylko ostatecznie przechyliła szalę na korzyść sieci, lecz także wysunęła na plan pierwszy wieści pojawiające się w serwisach społecznościowych. Przewodzi im Telegram – wytwór rosyjski, ale z powodzeniem wykorzystywany w działaniach informacyjnych przez obie strony konfliktu, ze strukturami Sił Zbrojnych Ukrainy włącznie. Konsekwencją upowszechnienia elektronicznych źródeł informacji, a zwłaszcza dominacji przekazu telegramowo-iksowego (dawniej twitterowego), jest niestety nadprodukcja doniesień niemających pokrycia w rzeczywistości (należy podkreślić, że za ich puszczeniem w obieg nie zawsze stoi czyjaś zła wola), co w ogromnej większości wyjaśnia się po kilku, najdalej kilkudziesięciu godzinach. Jeśli tylko sytuacja na to pozwala, warto być cierpliwym.

Czy w obliczu problemów z ogromem ukazujących się w Rosji doniesień wiedzy o rosyjskiej wojskowości nie warto poszukać gdzieś indziej? Wszak przy okazji konfliktu zbrojnego na Ukrainie sążniste raporty na temat potencjału militarnego FR wydają Amerykanie, Brytyjczycy, Francuzi, o Ukraińcach nie wspominając. Jeśli chcemy badać, a nie wpisywać się w powszechną w przekazie medialnym narrację, w warunkach wojennych ściśle podporządkowaną bieżącej polityce Kijowa i jego partnerów, odpowiedź jest przecząca. Ukraina i państwa NATO, w tym Polska, dysponują źródłami wywiadowczymi, lecz informacji faktycznie z nich pochodzących nie ujawniają. Ukraiński wywiad zdaje się z tego schematu wyłamywać, ale musimy pamiętać, że prowadzenie wojny informacyjnej należy do jego głównych zadań. W tym przypadku trzeba stawiać podobne pytania jak w odniesieniu do źródeł rosyjskich, bo wojna całkiem profesjonalnie dezinformować nauczyła również obrońców. Trafiające do publicznego obiegu wieści o wojskowości agresora – i korzystne, i niekorzystne – prawie zawsze pochodzą z Rosji. I wszyscy z nich korzystają, z Ukraińcami włącznie. Pozyskane w trakcie własnych badań dane dobrze przy tym skonfrontować z pracą innych, gdyż zawsze można przeoczyć coś istotnego.

(...)

Elita moskiewskich ekspertów od wojskowości opowiadała zaś o tym, o czym jej zdaniem gość – nie tylko znad Wisły – chciałby usłyszeć. Do sierpnia 2008 r. powtarzała, że rosyjska armia jest w stanie katastrofalnym. Kolokwialnie mówiąc, ludzie ci wieszali psy na sztabie generalnym, ministrze obrony, a nawet prezydencie. Swobodnie wyjeżdżali na Zachód, gdzie wszystko powtarzali po raz kolejny, wracali do siebie i znów wyjeżdżali. Coś tu nie pasuje – akurat w tak newralgicznej dziedzinie panuje „wolność słowa”, a za wydawałoby się znacznie mniejsze naruszenia „majestatu” armii imperium w 2006 r. zamordowano Annę Politkowską. Sytuacja wyjaśnia się w sierpniu 2008 r., kiedy to zszokowanemu agresją na Gruzję światu główna „europejska” twarz rosyjskiej ekspertyzy wojskowej – Paweł Felgengauer – tłumaczy, że Siły Zbrojne FR podniosły się z kolan i kroczą drogą ku potędze. A z tym katastrofalnym stanem to nie do końca była prawda.

(...)

Mając ku temu merytoryczne podstawy wynikające z możliwie rzetelnej kwerendy źródeł, warto trzymać się swojego zdania, nawet jeśli chwilowo reszta świata kupuje zupełnie odmienną narrację, a jakiś inny ekspert na podstawie własnych (lub prawie własnych) doświadczeń, bijąc się w piersi, przekonuje, że jest jeszcze inaczej. I zachować we wdzięcznej pamięci człowieka z Moskwy, który również nie wpisywał się w narrację, a za to jako jedyny mówił prawdę.

(...)

Doświadczenie uczy owej niezbędnej pokory, ale nawet gdy sprawia już wrażenie naprawdę dużego, i tak od błędów uciec się nie da. Ich przebogatą skarbnicą jest wojna rosyjsko-ukraińska, za której analityczne motto może służyć stare polskie przysłowie „co nagle, to po diable”. Tempo działań, spotęgowane zapotrzebowaniem na informację ze strony przełożonych, nierzadko nie pozwalało ekspertowi wykazać się należytą cierpliwością.

(...)

Wspomnienie z początku 2022 r. Postawiona w OSW w styczniu diagnoza, że armia FR przygotowuje się do uderzenia na Ukrainę, była – jak się później okazało – prawidłowa. Zgromadzone przez przyszłego agresora siły i środki zdawały się jednoznacznie unaoczniać, że Rosja pozazdrościła Stanom Zjednoczonym i planuje swój odpowiednik „Pustynnej Burzy”, czyli operacji w Iraku z 1991 r. Oto Moskwa, dla której Waszyngton pozostawał podstawowym punktem odniesienia, postanowiła wreszcie zrobić coś po amerykańsku!

Już w pierwszych dniach pełnoskalowej agresji na sąsiada coś zaczęło zgrzytać: w jego terytorium modelowo, jak na poligonie, wjechały batalionowe grupy taktyczne, ale gdzie się podziało spodziewane wcześniej zdobycie panowania w powietrzu? W następnych tygodniach, kiedy natarcie zaczęło tracić impet, pojawiły się kolejne pytania – o zmobilizowanie przez najeźdźców dalszych sił i środków. Przecież zgodnie z powszechnym przewidywaniem analityków wojskowych, a jeśli spojrzymy na zgromadzone siły i środki – także Rosjan, Ukraina powinna zostać pokonana w kilka tygodni! Ówczesny szef Kolegium Połączonych Szefów Sztabów USA generał Mark Milley twierdził wręcz, że Kijów padnie w trzy dni! Tymczasem obrońcy się nie dali, a wojna trwa dużo, dużo dłużej.

Niewielkim pocieszeniem dla badacza jest to, że nie tylko on niepoprawnie, bo w tym przypadku nazbyt pesymistycznie, przewidział rozwój wypadków. Przede wszystkim koncertowo zbłaźniły się struktury wywiadowcze agresora. Gdyby nie przekonanie, że oto stoimy w obliczu  wyczekiwanej zmiany, kiedy to Rosjanie będą toczyć wojny jak Amerykanie, analityk zajmujący się Siłami Zbrojnymi FR pamiętałby, że Rosja to Rosja, a nie USA. Pamiętałby, że prowadzi ona wojny po swojemu – z pogardą dla przeciwnika, jeśli uznaje go za słabszego. A do Ukrainy żywi wyjątkową pogardę. W rezultacie w początkowej fazie konfliktu zwykle potyka się o własne nogi (wskutek choćby niedocenienia stopnia zaangażowania po stronie ukraińskiej amerykańskiego rozpoznania i służb wywiadowczych), a później bywa różnie, lecz zawsze długo i krwawo. Agresja na Gruzję w sierpniu 2008 r. pozostaje w dziejach rosyjskiej wojskowości ewenementem najpewniej dlatego, że działania zbrojne przerwano po pięciu dniach.

(...)

Badając wojskowość i wojny – tym bardziej na obszarze posowieckim – nigdy nie uda nam się zbudować pełnego obrazu sytuacji. Często nie radzą sobie z tym nawet machiny wywiadów, zatem trudno wymagać tego od pojedynczego analityka. W czasie pokoju wszyscy lepiej lub gorzej starają się chronić wiedzę o swoich siłach zbrojnych, przynajmniej tę newralgiczną, a w trakcie wojny wszyscy kłamią. Takie jest odwieczne prawo konfliktów zbrojnych. Nie oznacza to, że mamy do czynienia wyłącznie z dezinformacją, ale że każda napływająca wiadomość może nie być zgodna z rzeczywistością – częściowo lub w całości.

Andrzej Wilk - Sztukowanie brakujących puzzli, czyli jak badać wojnę - OSW


Dziennik podkreślił, że działania Hegsetha nie mają precedensu w ostatnich dekadach i nie zostały w żaden sposób uzasadnione. Na dodatek według wysokich rangą wojskowych, w wielu przypadkach decyzje były sprzeczne z radami najwyższych dowódców, którzy walczyli wraz z tymi odsuniętymi generałami.

„NYT” ocenił, że całkowita nieprzewidywalność działań Hegsetha, wyłaniająca się z rozmów z 20 obecnymi i byłymi wojskowymi, stworzyła atmosferę niepokoju i nieufności, która zmusiła wyższych rangą oficerów do opowiedzenia się po jednej ze stron, a czasami skłóciła ich między sobą.

Jak twierdzi „NYT”, Hegseth opóźnił lub anulował awanse co najmniej czterech wysokich rangą oficerów, ponieważ wcześniej pracowali oni dla gen. Marka A. Milleya, byłego szefa Połączonych Sztabów, którego prezydent Donald Trump nie znosi i wielokrotnie oskarżał o nielojalność. Według rozmówców gazety, jednym z nich jest gen. James Patrick Work, który miał zostać zastępcą dowódcy Centralnego Dowództwa USA, nadzorującego wojska na Bliskim Wschodzie.

Gen. Work, jeden z najbardziej doświadczonych w boju dowódców armii, odegrał kluczową rolę w zwycięstwie nad Państwem Islamskim (IS) w Mosulu podczas pierwszej kadencji prezydenckiej Trumpa. W 2018 r. pełnił również funkcję zastępcy gen. Milleya, co mogło, jak twierdzą wysocy rangą oficerowie, skłonić Hegsetha do sceptycznego spojrzenia na niego. Pomimo silnego poparcia ze strony najwyższych dowódców armii, gen. Work pozostaje w stanie zawieszenia, a jego przyszłość jest niepewna.

Inni dowódcy stracili przychylność Hegsetha, gdy zostali zaatakowani na platformach społecznościowych przez prawicowych influencerów lub ponieważ przed laty wyrazili poparcie dla programów promujących różnorodność, równość i inkluzywność. Kontradmirał Milton Sands, dowódca Navy SEALs, który naciskał na zatrudnienie kobiet jako instruktorek w szkoleniach sił specjalnych, został zwolniony przez Hegsetha w sierpniu.

Jak dalej pisze „NYT”, niektórzy dowódcy zostali usunięci ze stanowisk za przedstawianie szczerych ocen sytuacji militarnej. Hegseth miał zrazić się do admirała Alvina Holseya, szefa Południowego Dowództwa Stanów Zjednoczonych, gdy ten zgłosił wątpliwości dotyczące ataków na łodzie na Morzu Karaibskim. Administracja Trumpa twierdzi, nie przedstawiając jasnych dowodów, że łodzie służą do przemytu narkotyków. Holsey w październiku niespodziewanie ogłosił, że ustępuje ze stanowiska, niecały rok po jego objęciu.

Służący od 35 lat w siłach powietrznych gen. Jeffrey Kruse został w sierpniu zmuszony do odejścia ze stanowiska szefa Agencji Wywiadowczej Departamentu Obronny, gdy podała ona w wątpliwość twierdzenie Trumpa, że amerykańskie naloty w czerwcu „zniszczyły” irański program jądrowy.

„NYT” zwraca uwagę, że Hegseth w publicznych wystąpieniach często podkreśla, iż „jedność” jest kluczowym elementem skutecznej armii, ale według rozmówców gazety jego działania tę właśnie jedność w armii osłabiają.

PAP


W irackich wyborach o 329 miejsc w parlamencie ubiega się rekordowa liczba prawie 8 tys. kandydatów z 69 partii i koalicji wyborczych. Kandydatów mogłoby być jeszcze więcej ale ok. 800 zostało zdyskwalifikowanych przez komisję wyborczą, przeważnie pod zarzutem powiązań z obaloną w 2003 r. partią Baas (jej liderem był Saddam Husajn). Mandaty dzielone są proporcjonalnie w skali prowincji, przy czym najwięcej tj. 71 przypada Bagdadowi, a na drugim miejscu jest Niniwa z 34 mandatami. To w tych dwóch miejscach rozegrają się największe wyborcze bitwy. O ile w Bagdadzie stawką jest ponad 1/5 mandatów o tyle złożoność wyborów w Niniwie związana jest z jej skomplikowaną demografią – choć większość stanowią sunniccy Arabowie, to są również szyici, a znaczną cześć mieszkańców stanowią Kurdowie. Ponadto są również Turkmeni, a trzy specjalne mandaty przysługują chrześcijanom, jazydom i szabakom (łącznie w Iraku mniejszościom religijnym przypada dziewięć mandatów).  

Niemal wszystkie listy mają charakter etnosektariański, ale rywalizacja odbywa się zarówno między grupami etnosektariańskimi jak i wewnątrz nich. Stosunkowo najprostsza jest sytuacja wśród Kurdów, gdzie dominują dwie partie:Partia Demokratyczna Kurdystanuoraz Patriotyczna Unia Kurdystanu. Są one obecnie bardzo skłócone i od roku nie są w stanie dogadać się w sprawie stworzenia rządu Regionu Kurdystanu. Kurdowie zgarną prawdopodobnie ok 60 – 65 mandatów i PDK liczy na co najmniej połowę z nich, co dałoby jej kluczową rolę w tworzeniu rządu. W zamian będzie chciała zdobyć urząd prezydenta Iraku, który dotąd piastowali politycy PUK (stanowisko to należy się Kurdom). Wybór prezydenta jest przy tym najcięższym zadaniem parlamentu, gdyż w przeciwieństwie do premiera (należy się szyitom) i przewodniczącego parlamentu (sunnici), wymagana jest większość 2/3 głosów. Choć realna władza jest w rękach premiera to do jego wyboru nie może dojść przed wyborem prezydenta. Nieoficjalnie mówi się, że PDK będzie chciało nominować na prezydenta Iraku obecnego prezydenta Regionu Kurdystanu Neczirwana Barzaniego (realna władza w Regionie jest w rękach jego kuzyna – premiera Masrura Barzaniego). Jeżeli jednak PUK nie dostanie nic w zamian to oznaczać będzie to dalszy paraliż Regionu Kurdystanu. Już obecnie łatwiej jest wjechać z terenów federalnych do części Kurdystanu kontrolowanej przez PUK, niż poruszać się miedzy tzw. „żółtym Kurdystanem” (PDK) a „zielonym Kurdystanem” (PUK). PUK liczy natomiast na odbudowę swojej pozycji, a w okresie kampanii wyborczej kilku liderów konkurencji trafiło za kratki. W szczególności dotyczy to dotychczasowej trzeciej partii Kurdystanu tj. Ruchu Nowej Generacji, której lider Szaswar Abdulwahid został oskarżony o nieprawidłowości finansowe. Z kolei Lahur Talabani, kuzyn lidera PUK Bafela Talabaniego, został uwięziony po zbrojnej konfrontacji z siłami bezpieczeństwa. 

Obie kurdyjskie partie są obecnie w zupełnie innych sojuszach w Bagdadzie. PUK ma układ z proirańskimi grupami szyickimi, podczas gdy PDK jest przez nie znienawidzona. To jednak wcale nie oznacza, że po wyborach nie dojdzie do odwrócenia się sojuszy, gdyż iracka polityka była już świadkiem wielu cudów. Dla PDK najważniejsze jest wyeliminowanie PUK i zagwarantowanie strumienia pieniędzy z budżetu federalnego, podczas gdy PUK chce utrzymania w swych rękach prezydentury oraz przekierowania pieniędzy z Bagdadu bezpośrednio do rządzonej przez siebie Sulejmani, a nie za pośrednictwem Regionu Kurdystanu. Bafel Talabani jest przy tym na tyle pragmatyczny, że jest w stanie łatwo opuścić blok proirański jeśli otrzyma odpowiednią propozycję od USA. Nie można jednak wykluczyć, że dojdzie do dalszego osłabienia spójności Regionu Kurdystanu, co byłoby w interesie sił proirańskich, gdyż USA planują przerzucenie do Irbilu swoich sił stacjonujących obecnie w Iraku (w połowie 2025 r. było to 2,5 tys.). Zgodnie z umową między USA a Irakiem do września 2025 r. miało nastąpić całkowite wycofanie ich z części federalnej, przy czym część miała być przerzucona do Irbilu. Szyici żądają jednak pełnego wycofania, a USA, choć rozpoczęło je w sierpniu, szybko zmieniło plan i postanowiło utrzymać co najmniej 250 żołnierzy w bazie Al Assad, a resztę nie tyle wycofać co raczej przegrupować do Irbilu i Syrii Północno-Wschodniej (do której aby mieć dostęp potrzebna jest obecność w Kurdystanie). Pretekstem jest walka z ISIS, choć faktycznie odrodzenie tej organizacji w Iraku nie grozi (co innego w Syrii), gdyż ma on dostatecznie silne siły zbrojne. Tyle, że ich lwią cześć stanowi Haszed Szaabi, którego rozwiązania żądają USA, gdyż widzi w niej projekcję wpływów irańskich (w rzeczywistości jest ona raczej sojusznikiem Iranu niż jego instrumentem, a jej liderzy wykazują się również dużym pragmatyzmem, unikając włączenia Iraku w konflikt irańsko-izraelski). Niemniej do likwidacji tej formacji dąży też PDK (PUK już niekoniecznie) oraz większość sunnitów. Szyici natomiast chcą dalszego usankcjonowania jej formalnego charakteru poprzez przyjęcie ustawy o Haszed Szaabi (definiuje ona jej status jako odrębnej formacji z własnym ministerstwem), co USA zablokowały grożąc Irakowi sankcjami. Kwestia przyszłości Haszed Szaabi jest jedną z głównych stawek tych wyborów, przy czym obecnie z budżetu państwa jest wypłacany żołd dla 230 tys. członków tej formacji. Oznacza to, że założenie, iż jedną decyzją można ją rozwiązać jest całkowitą utopią. 

Sunnici idą do wyborów znacznie bardziej podzieleni. Cztery główne listy to blok Taqadum Mohammada al-Halbusiego, Azm Muthany as-Samaraiego, Sojusz Suwerenności Khamisa al Khanjara i Hasm Thabita al-Abbasiego. Ten ostatni szczególnie mocny jest w Niniwie. Halbusi, który w poprzednich wyborach okazał się najsilniejszy i przejął stanowisko przewodniczącego parlamentu, wszedł wówczas w koalicję z PDK i Muqtadą as-Sadrem. Wydawało się, że ta trójka będzie rozdawać karty, ale wszystko się wywróciło gdy Sadr przegrał, próbując wyeliminować szyicką konkurencję. W nowym rozdaniu, gdzie pierwsze skrzypce grały szyickie partie proirańskie, Sadr wycofał swoich ludzi z parlamentu, a Halbusi został na lodzie i z inicjatywy sunnickiej konkurencji został usunięty ze stanowiska przez Sąd Federalny. Jeśli szanse wyborcze oceniać po liczbie billboardów w irackiej stolicy to Halbusi jest również obecnie faworytem, przy czym ocenia się, iż raczej nie poprze obecnego premiera Mohammada as-Sudaniego na drugą kadencję jako premiera. Jednym z elementów nacisku na niego ze strony obozu proirańskiego jest to, że obóz ten wciąż ma w rękach Sąd Federalny, który może zablokować Halbusiemu drogę do odzyskania pozycji. Obecnie jednak wydaje się, że obóz proirański stawia na As-Samaraiego, natomiast wrogiem nr 1 jest dla niego Khanjar, który jest oskarżany o powiązania z partią Baas.  

Sunnici teoretycznie powinni zdobyć ok. 50-60 mandatów ale mają szansę na znaczne zwiększenie tej liczby kosztem szyitów. Wynika to z podziałów wewnątrzszyickich, a w szczególności bojkotu wyborów ogłoszonego przez Muqtadę as-Sadra. (...) Obecnie jednak wrogiem nr 1 Sadra jest szyicka konkurencja proirańska, a w szczególności Kais al-Chazali, który niegdyś był jego człowiekiem.

Niekoniecznie jednak oznacza to, że Sadr jest antyirański, choć istnieją spekulacje, że mimo ciągłej antyamerykańskiej i antybrytyjskiej retoryki dogadał się z USA i Wielką Brytanią, w czym miał pośredniczyć jego kuzyn Mohammed Jafaar as-Sadr, który od 2019 r. był ambasadorem w Wielkiej Brytanii, a niedawno objął iracką placówkę w Katarze. Zdaniem niektórych irackich ekspertów to właśnie ten polityk miałby być forsowany na premiera przez Sadra po wyborach i to przy wsparciu amerykańsko-brytyjskim. Sadr liczy na to, że niska frekwencja pozbawi jego konkurentów legitymacji wyborczej, a to z kolei da mu możliwość doprowadzenia do wybuchu społecznego (lub groźby jego zorganizowania). W rezultacie przeciwnicy polityczni zostaną zmuszeni do ustąpienia mu pola. Niemniej jeśli tak jest to stawianie na Sadra może okazać się katastrofalne w skutkach ze względu na zmienność jego nastrojów i w konsekwencji – nieprzewidywalność.  

Poza Sadrem wśród szyitów można wyróżnić dwie główne siły: tzw. Ramy Koordynacyjne oraz Koalicję Rozwoju i Odbudowy Sudaniego. Te pierwsze stanową konglomerat kilkunastu proirańskich ugrupowań politycznych, dysponujących przeważnie własnymi milicjami (formalnie stanowiącymi część państwowych sił bezpieczeństwa jako Haszed Szaabi). Choć idą one do wyborów osobno to przewiduje się, że po nich stworzą jeden blok, mający ambicje bycia „najliczniejszym w parlamencie”, co da im formalnie prawo do nominacji premiera. Niemniej wewnątrz tego bloku również trwa intensywna rywalizacja, w szczególności między Kaisem al-Chazalim, będącym duchowym liderem listy Sadikun i milicji Asaib Ahl al Hak oraz Nurim al-Malikim – b. premierem w latach 2006-2014 (wstawionym wówczas na to stanowisko przez USA), stojącym na czele listy „Państwo Prawa”. Ambicje politycznego przywództwa w obocie szyickim ma jednak tez Kataib Hezbollah (najmniej pragmatyczny z sił proirańskich i odpowiedzialny za większość ataków na siły USA), który stworzył partię o nazwie Hoquq. Warto dodać, że Chazali, uznawany przez USA za terrorystę, ma świetne relacje z ambasadorem Rosji w Iraku Elbrusem Kutraszewem, a jego telewizja al-Ahad promuje narrację prorosyjską. Główny człowiek Chazaliego w rządzie, minister szkolnictwa wyższego i badań naukowych Naem al-Aboudi (możliwy kandydat na premiera) niedawno zainaugurował współprace z Rosjanami w zakresie programu nuklearnego (teoretycznie ma on wymiar badań naukowych, ale może być wstępem do uruchomienia irackiego programu nuklearnego przy wsparciu rosyjskim). Warto dodać, że obóz ten ma też dobre relacje z Chinami, które zainwestowały w spółkę Muhandis będącą zapleczem finansowym Haszed Szaabi, a ostatnio obłożoną sankcjami przez USA.  

USA rozszerzyły też sankcje przeciwko grupom wchodzącym w skład tego obozu, a wielu irackich ekspertów obawia się, że w przypadku wyborczego zwycięstwa tego obozu Irak zostanie obłożony sankcjami USA. Również Sadr zrobi wszystko by zablokować premierostwo Malikiego lub jakiegokolwiek człowieka Chazaliego, gdyż obu tych osób nienawidzi. Z drugiej strony USA nie wydają się również wspierać Sudaniego, którego polityka balansowania relacji z USA, Iranem, sunnickimi państwami Zatoki, a także Chinami i Rosją, coraz mniej satysfakcjonuje którąkolwiek ze stron (w szczególności Iran i USA).

Wciąż jednak ma on szanse na zdobycie ok 60 mandatów, co teoretycznie dałoby mu zwycięstwo wyborcze. Teoretycznie, bo jeśli proirańska konkurencja zjednoczy się po wyborach w jeden blok, to przejmie prymat, a Sudani prawdopodobnie utraci szanse na ponowną nominację na premiera. Sudani próbował zyskać wsparcie Sadra, ale bezskutecznie. Warto dodać, że Sadr trzy lata temu blokował jego wybór gdyż uznawał go za marionetkę Malikiego ale Sudani bardzo szybko wybił się na niezależność. Sudani podjął również próbę zyskania wsparcie PDK doprowadzając do rozwiązania sporu w sprawie środków budżetowych dla Regionu Kurdystanu oraz wznowienia transportu ropy rurociągiem z Kurdystanu do Turcji. To wszystko jednak może się okazać niewystarczające, choć kontynuacja jego rządów wydaje się być obecnie najlepszym scenariuszem dla Iraku. 

defence24.pl


Michał Górski, Defence24: Czy słusznie część ekspertów ocenia, że niedawna decyzja Ministerstwa Handlu ChRL – dotycząca wprowadzenia dla zagranicznych podmiotów obowiązku wnioskowania o licencje na obrót produktami wykorzystującymi chińskie metale ziem rzadkich – jest decyzją, którą można uznać za przełomową, mocno pogarszającą pozycję USA w kontekście wojny handlowej z Chinami?

Paulina Uznańska, OSW: Tak, to decyzja przełomowa. Po raz pierwszy Pekin sięga po narzędzie o charakterze eksterytorialnym w sektorze metali ziem rzadkich: dotyczą one produktów zawierających choćby śladowe ilości chińskich metali ziem rzadkich lub powstałych z użyciem chińskich technologii. W praktyce oznacza to, że jeśli na przykład japońska firma zainwestowałaby w fabrykę baterii w Europie, używając w niej chińskich metali ziem rzadkich, Pekin miałby podstawę prawną do ingerencji w tę inwestycję.

Ta konstrukcja prawna przypomina amerykańską Foreign Direct Product Rule, czyli mechanizm, który USA wypracowały już w 1959 r. i stosowały wcześniej wobec Chin kilkukrotnie, np. wobec Huawei, a potem przy ograniczeniach dot. zaawansowanych półprzewodników i sprzętu do ich produkcji. Innymi słowy, narzędzie, które dotąd było domeną Waszyngtonu w obszarze technologicznym i które ChRL zaciekle krytykowała, Pekin sam zaczął wykorzystywać w domenie surowcowej.

Skutki dla pozycji USA w rywalizacji gospodarczej z Chinami są istotne z kilku powodów. Po pierwsze, uznaniowość mechanizmu licencji pozwala Chinom kalibrować presję sektorowo i geograficznie, co przekłada się na niepewność biznesową i zakłócenia dostaw. Przykładowo po wprowadzeniu „pierwszej tury” ograniczeń eksportowych w kwietniu br. liczba wniosków licencyjnych rozpatrywanych pozytywnie miała być wyższa w przypadku firm europejskich niż amerykańskich. Po drugie, wzrasta wachlarz narzędzi ChRL w zakresie szpiegostwa przemysłowego. System licencji eksportowych umożliwia bowiem pozyskiwanie wrażliwych danych handlowych od zagranicznych przedsiębiorstw: od szczegółów technicznych, przez zdjęcia zakładów produkcyjnych, po informacje o odbiorcach końcowych. Długofalowo decyzja Pekinu przyspieszy dywersyfikację i budowę alternatywnych źródeł przez USA, ale w horyzoncie najbliższych kwartałów wzmacnia przewagę przetargową Pekinu i może prowadzić do zakłóceń w łańcuchach dostaw.

(...)

Decyzja Chin rzeczywiście może znacząco opóźnić rozwój potencjału militarnego NATO? Na jakie zdolności (sprzęt) może wpływać ta decyzja?

W chińskich dokumentach wykonawczych wskazano wprost, że jeśli ostatecznym odbiorcą są podmioty zbrojeniowe, licencje eksportowe na metale ziem rzadkich oraz wytwarzane z nich magnesy trwałe nie będą wydawane. Uzasadnieniem jest „bezpieczeństwo narodowe” i „zobowiązania międzynarodowe w zakresie nierozprzestrzeniania broni”, code facto kieruje środek przeciwko zachodniemu sektorowi obronnemu.

To nie jest zaskoczenie: już w 2010 r. Chiny użyły „dźwigni” metali ziem rzadkich nieformalnie wobec Japonii, ograniczając eksport do tego państwa po tym, jak zaostrzył się spór terytorialny o wyspy Senkaku/Diaoyu. Były to wówczas ograniczenia nieformalne, powoływano się na kwestie środowiskowe. Od 2021 r. funkcjonuje w ChRL ustawa o ograniczeniach eksportowych oraz regulacje administracyjne, które nadają tym instrumentom solidną podstawę prawną. Od 2023 r. Pekin stopniowo rozszerzał i uszczegóławiał reżim kontroli, wpisując do niego kolejne surowce, jak m.in. gal, german, antymon, grafit i wolfram. Kierunek działań ChRL był zatem czytelny.

Skala realnego wpływu na potencjał NATO zależy od przygotowania przemysłu do scenariusza odcięcia od chińskich metali ziem rzadkich: poziomu zapasów, liczby dostawców spoza Chin, tempa rozwoju alternatywnych technologii i łańcuchów dostaw. Zgodnie z decyzjami Kongresu USA od 1 stycznia 2027 r. w systemach uzbrojenia zamawianych przez Pentagon nie powinny być stosowane komponenty zawierające metale ziem rzadkich lub magnesy pochodzenia chińskiego. Nowy chiński reżim licencyjny wymusi jednak korekty harmonogramów i przyspieszenie kwalifikacji łańcuchów dostaw spoza Chin. To będzie jednak trudniejsze, bo ograniczony zostaje również transfer know-how między Chinami a Zachodem. O ile od 2023 r. obowiązywał już zakaz eksportu wybranych technologii przetwórstwa metali ziem rzadkich, o tyle obecny reżim kontroli rozszerza wymogi licencyjne Ministerstwa Handlu ChRL, także na współpracę i świadczenie usług przez chińskich specjalistów dla podmiotów zagranicznych. W praktyce każda forma kontaktu zawodowego (konsultacje, szkolenia, wsparcie techniczne) ma wymagać uzyskania licencji, a w tym obszarze Chiny mają przewagę nie tylko surowcową, lecz także technologiczną i kompetencyjną.

defence24.pl


Groźba znalezienia się pod amerykańskimi sankcjami wtórnymi (nakładanymi na podmioty nadal prowadzące interesy z objętymi sankcjami firmami lub państwami) wprawiła w ruch proces derusyfikacji rafinerii w Europie. Jak domino kolejne kraje wdrażają procedury, które mają zupełnie wyrugować wciąż jeszcze posiadane przez Rosjan udziały w zakładach położonych w Europie. Czasu jest niewiele, ponieważ amerykańska administracja próg zapadalności obostrzeń ustaliła na 21 listopada.

22 października USA nałożyły sankcje na największe rosyjskie koncerny naftowe Rosnieft i Łukoil oraz ich 34 spółki zależne. Te dwie rosyjskie firmy odpowiadają za połowę eksportu surowca z kraju, co przekłada się na eksport 2,2 mln baryłek ropy dziennie. Po dodaniu do tego objętych sankcjami przez poprzednią administrację USA firm Surgutnieftiegaz i Gazprom Nieft amerykańskim sankcjom podlegać będzie już 70 proc. rosyjskiej ropy.

Siła rażenia sankcji okazała się większa, niż początkowo zakładano. Kolejni importerzy, nawet Indii czy Chin, zadeklarowali ograniczenie zakupu rosyjskiej ropy naftowej.

Wdrożenie sankcji wobec Serbskiego Przemysłu Naftowego (NIS), największej firmy naftowej w Serbii, było odkładane sześciokrotnie od momentu ich ogłoszenia w styczniu 2025 roku. Ostatecznie jednak 9 października sankcje weszły w życie.

NIS znalazł się na liście firm zagrożonych sankcjami wtórnymi USA, gdyż większość jego udziałów należała do rosyjskich Gazpromu i Gazprom Nieft. Władze w Belgradzie liczyły, że uda im się uniknąć sankcji po drobnych zmianach w akcjonariacie, tak jak to miało miejsce w 2022 roku (w zamian NIS musiał zrezygnować z przetwarzania rosyjskiej ropy w wyniku embarga UE na jej dostawy drogą morską).

Tym razem jednak USA pozostały nieugięte. Mógł to być również efekt zniecierpliwienia Donalda Trumpa postawą Władimira Putina. Serbski koncern był dotąd kluczowym elementem rosyjskich wpływów na Bałkanach, z którego Moskwa nie zamierzała zrezygnować. Jak przypomina Marta Szpala, analityczka Ośrodka Studiów Wschodnich w swoim ostatnim komentarzu, Rosja wykorzystywała uzależnienie Serbii od rosyjskiego importu, aby powstrzymać ją przed podejmowaniem działań szkodzących interesom Kremla.

22 września Gazprom był zmuszony sprzedać swoje udziały w NIS również rosyjskiej Intelligence, której jednak amerykańskie sankcje miały nie dotyczyć.

Rosyjskie firmy naftowe posiadają udziały w co najmniej 10 rafineriach w Europie. Część z nich, jak choćby niemieckie zakłady, znajdują się pod zarządem komisarycznym. W innych toczy się proces ustawowego wymuszenia sprzedaży rosyjskich pakietów akcji.

Jedną z głośnych likwidacji rosyjskich udziałów była odsprzedaż całego pakietu akcji Łukoilu w rafinerii ISAB S.r.l. w miejscowości Priolo na Sycylii spółce G.O.I. Energy w maju 2023 r.

Najnowszy przykład dotyczy ważnej rafinerii w Bułgarii. Od 6 listopada władze w Sofii przygotowują się do przejęcia zakładu należącego w większości do Łukoilu w Burgas, jedynej w kraju, po tym jak rosyjski koncern został objęty amerykańskimi sankcjami.

Także niemieckie władze rozważają nacjonalizację aktywów spółki Rosnieft, które obecnie znajdują się pod ich zarządem powierniczym. Chodzi przede wszystkim o rafinerię PCK w Schwedt, (...).

Do tej pory Berlin unikał pełnej nacjonalizacji lokalnych aktywów Rosnieftu, obawiając się konieczności wypłaty odszkodowania Rosji.

Jednak to niejedyna niemiecka rafineria, w której udziały mają rosyjskie firmy. W MiRo Karlsruhe Rosnieft wciąż utrzymał 24 proc. udziałów, a w zakładach Bayernoil Vohburg/Neustadt blisko 29 proc.

Problem rosyjskich wpływów jest również w rafineriach Zeeland Refinery (Vlissingen) w Niderlandach, gdzie akcjonariat dzieli Łukoil (45 proc.) z JV i TotalEnergies (55 proc.). Z kolei w rumuńskiej Petrotel-ŁUKOIL w Ploiesti właśnie toczy się proces wymuszonej sprzedaży aktywów Łukoilu, ale właściciel wciąż pozostaje rosyjski.

Rosjanie mają również udziały w Rafinerija Nafte Brod zlokalizowanej w miejscowości Bosanski Brod w Bośni i Hercegowinie. Tamtejszy zakład kontrolowany jest przez rosyjski Zarubezhneft/Neftegazinko. Co istotne, na liście sankcyjnej ("SDN List") znajduje się nie tylko spółka Zarubezhneft, ale wpisany został na nią jej prezes Sergei Kudryashov. Choć Neftegazinko nie figuruje bezpośrednio na czarnych listach, to jest wymieniana jako spółka córka Zarubezhneft. Narażona jest również na sankcje wtórne poprzez współpracę z objętymi sankcjami podmiotami. Do tej pory jednak nie ma informacji, aby zapadły decyzje o sprzedaży, choć BiH poparła politykę sankcji UE wobec Rosji i Białorusi.

Proces rugowania Rosjan z rafinerii jednak wyraźnie przyśpiesza. - To z jednej strony szansa na faktyczną derusyfikację, do której przymuszają nas USA, z drugiej - dość krótki czas na reakcję może stwarzać potencjalne zagrożenia - ocenia w rozmowie z money.pl Tymon Pastucha, analityk PISM.

Jak zaznacza, aktywa Łukoilu i Rosnieftu dla części krajów są aktywami strategicznymi.

- Konieczność ich sprzedaży do 21 listopada może być problematyczne. Mówimy o rafineriach Łukoilu w Bułgarii i Rumunii, Holandii i Rosnieftu w Niemczech. W Serbii już ten problem zaistniał - zaznacza. 

Jak jednak podkreśla, wyrzucenie Rosjan z Europy to strategicznie ważne zadnie, a działania Waszyngtonu dały nowy impuls do przeprowadzenia tego procesu. - Jest jednak druga strona amerykańskich sankcji - zauważa Tymon Pastucha. - One rykoszetem uderzają w Europę Środkową - dodaje.

- Zatrzymanie funkcjonowania może odbić się na bezpieczeństwie paliwowym, dostawach diesla - przypomina. Dodaje jednak, że nie jest to sytuacja bez wyjścia. - Problem aktywów w Europie jest jednak do rozwiązania. Wszystko zależy od elastyczności Trumpa i determinacji poszczególnych państw - wyjaśnia Pastucha.

Przykłady już są. Berlin wynegocjował z Trumpem ustępstwa, aby kupić sobie czas. Waszyngton wydał zgodę na zwolnienie niemieckiego oddziału Rosnieftu z amerykańskich sankcji wobec rosyjskiego sektora naftowego do końca kwietnia 2026 roku.

money.pl

sobota, 8 listopada 2025



Sobota, 10 kwietnia 2010 roku. Po zakończeniu specjalnego wydania „Wiadomości” cała redakcja zebrała się w newsroomie na trzecim piętrze budynku przy pl. Powstańców Warszawy. Miejska legenda głosi, że wówczas Jacek Karnowski, wówczas szef „Wiadomości” miał powiedzieć, że to był zamach.

– Ale to nieprawda – zaprzecza zdecydowanie jedna z osób, która była wtedy na miejscu. – Takie słowa padły, ale nie z ust Jacka. On powiedział tylko, że to, co się wydarzyło, będzie miało wielkie znaczenie dla przyszłości Polski. I że w tej chwili przerasta to każdego z nas – opowiada uczestnik tamtego spotkania. I dodaje: – Ale w tamtym momencie skończył się Jacek Karnowski, spokojny, raczej wyważony dziennikarz. Zaczął się liczyć radykalizm.

Pod koniec października 2010 roku Jacek Karnowski przestanie być szefem „Wiadomości”. – Znał swój los. Odliczał dni. Bardziej skupiony już był na portalu wPolityce.pl – słyszymy od ówczesnej reporterki „Wiadomości”. Michał w tym czasie kończył pracę w dzienniku „Polska The Times”. – Zastanawiali się, co zrobić, by zarabiać kasę. I wpadli wtedy na pomysł z wydawnictwem Fratria, którego są współwłaścicielami.

Zaczęło się od portalu, potem było pismo „W sieci”, kolejne portale… – mówi nam osoba, która była wówczas blisko braci. – Zbudowali imperium medialne będące narzędziem walki politycznej. Pełno jest tam agresji, nienawiści i szczucia. Najgorsze, że to, co publikują, przestało nawet oburzać, bo stało się to normą – dodaje Wojciech Maziarski, były dziennikarz i redaktor naczelny „Newsweeka”.

– Od dziewięciu lat walczycie o prawdę, wolność, sprawiedliwość – mówił przed rokiem premier Mateusz Morawiecki, odbierając nagrodę Biało-Czerwonych Róż przyznaną przez portal wPolityce.pl. Także Jarosław Kaczyński chwalił braci Karnowskich, tłumacząc, że „po tragedii smoleńskiej doszło do aktywizacji wielu grup społecznych…”. – Były wspaniałe pomysły jak ten pomysł z portalem. Tylko dzięki temu można było zmienić bieg historii w Polsce – mówił prezes PiS we wrześniu 2018 roku, również odbierając nagrodę Biało-Czerwonych Róż.

„Stojąc w obliczu wielkiej osobistej tragedii, której rozmiar – wybaczcie państwo tę osobistą nutę – zrozumieć może tylko ktoś, kto sam ma brata bliźniaka, znalazł w sobie siłę, by podjąć zadanie dalszej walki o szansę naprawy państwa polskiego, by gromadzić wokół siebie ludzi, konstruować programy, prowadzić kampanie” – to fragment laudacji wygłoszonej wówczas przez Michała Karnowskiego, który o prezesie mówił dalej: „Ale umiał też dać impuls wielu środowiskom naukowym, medialnym, kulturalnym, lokalnym, które podjęły wysiłek samoorganizacji, oddolnej budowy wysp, które złożyły się na archipelag polskości i wywalczyły zmianę”.

(...)

Po szkole średniej obaj bracia Karnowscy związali się z „Gazetą Olsztyńską”. Szybko jednak trafili do Warszawy. Michał do katolickiego Radia Plus, gdzie pracowali m.in. Piotr Semka, Jacek Łęski, Bogdan Rymanowski. – Dbano o linię programową. Wiadomo było na przykład, że Wałęsa i Okrągły Stół to samo zło – wspomina Beata Tadla, która w radiu Plus przygotowywała wówczas serwisy informacyjne. Zapamiętała Michała jako zdolnego reportera, który bardzo szybko się uczył radia.

– Zbyt szybko szefowie pozwolili mu jednak uwierzyć, że jest wielki. Gdy został wydawcą i dostał odrobinę władzy, popłynął i zmienił się nie do poznania – mówi Tadla. Jedno ze wspomnień opisała w swej książce „Czego oczy nie widzą”. Poszło o sytuację, gdy nie zdążyła wrzucić do serwisu informacji o porwaniu wenezuelskiego księdza w Rwandzie. Gdy wróciła ze studia do newsroomu, czekali na nią przełożeni. „Wydawca urządził pokazówkę, wrzeszcząc na mnie przy szefach, obrażając, wmawiając, że gdyby zabili jakiegoś gangstera, to na pewno zdążyłaby to włożyć do serwisu. Krzyczał jak szalony. Łzy ciekły mi po policzkach” – tak wspominała to zdarzenie dziennikarka, która była wówczas w dziewiątym miesiącu ciąży. – Ani ciąża, ani to, że byłam starsza, ani to, że jestem kobietą, zupełnie mu nie przeszkadzało – wspomina Tadla.

Jacek w tym czasie pracował w polskiej sekcji BBC. Tam przez kilka siedział biurko w biurko z Renatą Kim, dziś szefową działu Społeczeństwo „Newsweeka”. – Łagodny, uczciwy, sympatyczny, bez rysy arogancji – wspomina Karnowskiego. – Byliśmy na szkoleniu w BBC w Londynie. Byłam u niego na weselu. Przyjaźń to może za duże słowo, ale na pewno się kolegowaliśmy – dodaje.

Ale wszystkie pochlebne opinie wypowiada w czasie przeszłym. – Za każdym razem, gdy patrzę na okładki tygodnika „Sieci”, zastanawiam się, co się stało z moim dawnym kolegą? Co stało się z tymi wartościami, których uczono nas w BBC? Gdzie rzetelność, obiektywizm czy wręcz zwykła przyzwoitość? Pytanie – czy to on się tak zmienił, czy też jest to cyniczna gra obliczona na zarabianie pieniędzy. Zrobili biznes oparty na szczuciu, skłócaniu ludzi i na nieprawdzie – wylicza Renata Kim.

(...)

Z Michałem Karnowskim spotkała się w redakcji „Dziennika”. On był tam najpierw szefem działów, potem jednym z zastępców redaktora naczelnego. Kim – szefową działu opinie i społeczeństwo. Spotykali się na kolegiach. – Pewny siebie, hołubiony przez szefów, dobrze zarządzający zespołem. Bardzo ambitny. Dbający, by dziennikarze zdobywali newsy. By o tekstach zamieszczanych w „Dzienniku”, który wtedy już skręcał w stronę PiS, było jak najgłośniej – opisuje Michała Renata Kim.

(...)

Karnowscy chwalili też oczywiście Jarosława Kaczyńskiego. Dziennikarze zajmujący się polityką do dziś wspominają tekst Michała opublikowany w „Dzienniku” w styczniu 2007 roku pt. „Jarosław Kaczyński chce być żelaznym kanclerzem IV RP”. Była to relacja z jednej z krajowych wizyt ówczesnego premiera. „Krótkie, ale twarde przemówienie. Wyraźny polityczny komunikat. I charakterystyczna reakcja sali, artystów i menedżerów kultury: postawa stojąca, gdy premier wchodzi, mocne oklaski, absolutna cisza i bezruch w czasie 10-minutowego wystąpienia.

Dająca się wyczuć, tu i na innych spotkaniach, świadomość spotkania z politykiem, który jest w stanie narzucić innym swoją wolę” – opisywał Michał Karnowski. I dalej: „Ciepłe przyjęcie przez radnych tej miejscowości, która w styczniu tego roku otrzymała prawa miejskie, wielki kosz lokalnych smakołyków i radosne gaworzenie z babciami i wnukami wspólnie uprawiającymi sztuki plastyczne w miejscowym domu kultury wyraźnie dobrze nastroiły premiera”.

Z kolei Jacek Karnowski z okazji przyznania Jarosławowi Kaczyńskiemu tytułu „Człowieka Roku 2014” Forum Ekonomicznego w Krynicy wymieniając rozliczne talenty prezesa PiS, mówił: „jest naprawdę niewielu ludzi, którzy mając takie talenty, poświęcają je nie osobistej karierze, nie zabieganiu o dobra, zaszczyty, ale służbie publicznej”.

(...)

Nim Michał Karnowski znalazł się w „Dzienniku”, przez pięć lat pracował w tygodniku „Newsweek Polska”. – „Newsweek” to takie moje dziecko – mówił w 2006 roku we wspomnianym już wspólnym wywiadzie dla magazynu „Press”. Brat zwrócił mu uwagę: – Chyba ty jesteś jego dzieckiem? Michał odpowiedział: – Dlaczego? Przecież jestem tam od początku. Współtworzyłem to pismo. Ale dobrze, zmieniam odpowiedź: Jestem dzieckiem „Newsweeka”. Tamta była trochę zarozumiała.

Z tamtego czasu dobrze pamięta go Wojciech Maziarski, były dziennikarz, a potem redaktor naczelny tygodnika „Newsweek”. – Od początku było widać, że Michał jest dość utalentowany. Umie pisać, zbierać materiały, ma pomysły i energię – wspomina. Mistrzem dla młodego wówczas Karnowskiego był – według Maziarskiego – Piotr Zaremba. – To była typowa relacja mistrz – uczeń. Michał był wpatrzony w Piotra. Wszystko z nim konsultował, zasięgał rady.

Z czasem ich drogi zaczynały się coraz bardziej rozchodzić, co pokazuje różnicę osobowości. O Piotrze wciąż można powiedzieć, że choć ma poglądy, to jest dziennikarzem niezależnym. Michał to funkcjonariusz partyjny – opowiada Wojciech Maziarski, który dziś braci Karnowskich traktuje jako sztandarowych przedstawicieli tego, co w obozie dobrej zmiany najobrzydliwsze. – Nie wierzyłem, że tak agresywna retoryka ma szansę się przebić na rynku. Okazało się, jak byłem naiwny – przyznaje Maziarski.

Według niego jest to czysta kalkulacja. Karnowscy uznali, że na rynku medialnym jest wolne miejsce na tak ostre dziennikarstwo i cynicznie poszli tą drogą: – W miarę upływu czasu, nawet siedząc w jakiejś niszy, człowiek nasiąka tym radykalizmem. I to się stało z Karnowskimi.

(...)

Gdy projekt programu informacyjnego w telewizji Puls upadł, Jacek Karnowski pojawił się w Telewizji Polskiej. Najpierw został szefem „Panoramy” w TVP2, potem – „Wiadomości”. „Po jego nominacji główny dziennik informacyjny TVP1 stał się tubą propagandową Prawa i Sprawiedliwości. W trakcie kampanii prezydenckiej, jak podkreślały inne media, „Wiadomości” były niemal sztabem wyborczym PiS i Jarosława Kaczyńskiego” – pisała w październiku 2010 roku „Gazeta Wyborcza”.

– Po katastrofie smoleńskiej Jacek dbał o to, by było wzniośle i patriotycznie. Nie przypominam sobie, by choć raz pojawiło się na antenie słowo „zamach”. To nie był jeszcze ten czas – wspomina jeden z reporterów, który podkreśla, że tamte „Wiadomości” nijak się mają do obecnego programu. – Był skręt w prawo, ale z całą pewnością nie była to taka propaganda jak dziś. Poza tym Jacek bardzo dbał o warsztat dziennikarski. Myślę, że gdyby dziś kierował tym programem, wstydziłby się za warsztat, jaki prezentują reporterzy.

(...)

Byli pracownicy TVP zwracają uwagę, że choć Platforma Obywatelska wygrała wybory w 2007 roku, to jeszcze w 2010 roku szefem „Wiadomości” był nie kto inny jak Jacek Karnowski. A i później zdarzało się, że bracia byli zapraszani do programów TVP. – Skończyło się, gdy portale braci Karnowskich opublikowały informację, że Andrzej Turski miał odejść z redakcji „Panoramy”, ponieważ prowadził program w stanie nietrzeźwości – przypomina były dziennikarz TVP.

– To wyjątkowo ohydne zniesławienie. Idziemy z tym do sądu – mówił wtedy rzecznik TVP Jacek Rakowiecki. – To była po prostu nieprawda. Andrzej Turski źle się czuł, bo był ciężko chory na cukrzycę. Trafił zresztą wtedy do szpitala. Kilkanaście dni później zmarł – wyjaśnia były pracownik TVP. Sprawa zakończyła się ugodą.

newsweek.pl


Maduro stoi przed wyborem: zostać i ponieść potencjalne konsekwencje czy uciec - zaznaczył portal. Jednak Trump nie spieszy się zbytnio z konfrontacją z Maduro, tylko wysyła sojusznikom mieszane sygnały w sprawie tego, czy kampania nacisków jest wstępem do próby odsunięcia przywódcy od władzy siłą militarną, czy też jest to blef - przekazali byli i obecni przedstawiciele władz.

Jednocześnie wygląda na to, że zainteresowanie Trumpa negocjacjami w sprawie odejścia Maduro może się zwiększyć w nadchodzących tygodniach - uważa jedno ze źródeł.

Osoby, opowiadające się za negocjacjami, utrzymują, że próba siłowego odsunięcia Maduro byłaby nieprzewidywalna i potencjalnie ryzykowna. Administracja Trumpa nie sprecyzowała, kogo chciałaby widzieć na stanowisku przywódcy Wenezueli.

Według serwisu Maduro jest skłonny odejść w sposób zorganizowany, gdyby Stany Zjednoczone udzieliły jemu i jego najważniejszym współpracownikom amnestii, zniosły nagrodę za jego schwytanie i zagwarantowały mu wygodne życie na wygnaniu - twierdzą osoby mające kontakty z reżimem w Caracas.

- Jeśli będzie wystarczający nacisk i wystarczająco dużo na talerzu, wszystkie opcje z Maduro są na stole - przekazała osoba, która prowadzi rozmowy z obiema stronami.

Krytycy tego rozwiązania podkreślają jednak, że Maduro nie złożył żadnych poważnych ofert w sprawie pokojowego odejścia od władzy, więc jedyną skuteczną strategią może być siła militarna.

- To nie znaczy, że nie może wyjść z dołka, który sam wykopał, ale jest w nim dosyć głęboko - powiedział wysoki rangą przedstawiciel administracji.

Trump zawsze może się wycofać, przedstawiając gromadzenie sił w regionie jako kampanię antynarkotykową, i ogłosić, że zagrożenie zostało neutralizowane bez ataków na Wenezuelę, nawet jeśli Maduro pozostanie u władzy - zauważył Atlantic.

PAP