wtorek, 4 listopada 2025



19 września br. w pobliżu osiedla Kokoszkino w Moskwie zastrzelił się Aleksander Tiunin, prezes rosyjskiej firmy Umatex należącej do koncernu Rosatom. Oficjalnie z powodu depresji, mniej oficjalnie — Tiunin znalazł się w kręgu zainteresowania organów ścigania z powodu sprzedajności.

23 września agenci Federalnej Służby Bezpieczeństwa (FSB) zatrzymali biznesmena i miliardera Aleksandra Bobrowa. Postawiono mu zarzuty dotyczące przestępstw gospodarczych i korupcyjnych na wielką skalę, wyprowadzania funduszy za granicę oraz prania brudnych pieniędzy.

25 września w Lesie Tichorieckim w Krasnodarskim Kraju powiesił się Witalij Kapustin, deputowany z partii Jedna Rosja. Oficjalnie z powodu depresji.

27 września z okna moskiewskiego hotelu wyskoczył Aleksander Fiedotow, wysoko postawiony rosyjski menedżer i biznesmen. Oczywiście z powodu depresji.

29 września pod zarzutem korupcji za kraty trafił zastępca gubernatora obwodu swierdłowskiego Oleg Czemizow. Miał brać łapówki w związku z realizacją kontraktów publicznych oraz wyprowadzać pieniądze na rzecz prywatnych podmiotów.

Tego samego dnia aresztowano generała majora Walerija Gołotę, szefa Zarządu Rosgwardii w Osetii Północnej. Zarzucono mu przyjmowanie łapówek w zamian za udzielanie kontraktów na dostawy sprzętu i usługi dla formacji, którą dowodził. Aresztowano też kilku jego współpracowników.

Czystka w szeregach administracji i wśród rosyjskich generałów zaczęła się w maju 2024 r., po dymisji ministra obrony Siergieja Szojgu, powszechnie krytykowanego za fatalnie prowadzone działania wojenne w Ukrainie oraz skandale korupcyjne w kierowanym przez niego resorcie. Za kraty trafił jego zastępca — generał major Timur Iwanow, od lat znany z luksusowego stylu życia. W 2019 r. magazyn "Forbes" umieścił go w pierwszej setce najbogatszych przedstawicieli rosyjskich służb bezpieczeństwa.

Nikogo nie dziwiło, że wraz z drugą żoną Swietłaną Maniowicz wynajmował mieszkanie o powierzchni 300 m kw. w centrum Moskwy, a w 2012 r. kupił w stolicy dworek szlachecki z XIX w. Miał też posiadłość liczącą ponad 10 tys. m kw. z domem o powierzchni 1,6 tys. m kw. w elitarnej wiosce Uspienskoje pod Moskwą. Jego proces przed sądem w Moskwie ruszył w styczniu 2025 r. Wraz z nim na ławie oskarżonych zasiadł były dyrektor państwowej korporacji zbrojeniowej Oboronlogistika — Anton Fiłatow.

W lipcu br. Iwanowa skazano na 13 lat więzienia w kolonii karnej o zaostrzonym rygorze, grzywnę w wysokości 100 mln rubli (ok. 4,6 mln zł) oraz przepadek mienia — gruntów, mieszkań, pieniędzy na rachunkach bankowych, a także floty pojazdów — o łącznej wartości 2,5 mld rubli (ok. 115 mln zł). Jego współpracownik Anton Fiłatow dostał wyrok 12,5 roku więzienia.

Na swoją kolejkę czekają w aresztach też generałowie. Dmitrij Bułhakow, wiceminister obrony ds. logistyki w latach 2008-2022, uhonorowany tytułem Bohatera Federacji Rosyjskiej, został zatrzymany przez FSB 25 lipca 2024 r. pod zarzutem korupcji. Miał zbudować system zaopatrzenia wojsk w żywność niskiej jakości po zawyżonych cenach oraz przyjmować łapówki od firm komercyjnych w zamian za kontrakty z Ministerstwem Obrony.

Jurij Kuzniecow, szef Głównego Zarządu Kadr Ministerstwa Obrony, został aresztowany 13 maja 2024 r. pod zarzutem przyjmowania łapówek w latach 2021-2023. Podczas rewizji w jego domu skonfiskowano ponad 100 mln rubli w gotówce, złote monety oraz luksusowe zegarki.

Wadim Szamarin, generał, zastępca szefa Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Rosji oraz naczelnik Głównego Zarządu Łączności, aresztowany 22 maja 2024 r. otrzymał zarzut przyjęcia korzyści majątkowej o szczególnie dużej wartości. Grozi mu do 15 lat więzienia.

Gen. Walerij Mumindżanow, zastępca dowódcy Leningradzkiego Okręgu Wojskowego, został aresztowany we wrześniu 2024 r. pod zarzutem przyjęcia łapówek o wartości ponad 20 mln rubli. Pełniąc wcześniej funkcję szefa departamentu zabezpieczenia materiałowego w Ministerstwie Obrony, sprzyjał firmom dostarczającym umundurowanie dla uczestników wojny w Ukrainie — kontrakty były warte 1,5 mld rubli. Mumindżanow i jego rodzina posiadają nieruchomości w Moskwie i Woroneżu o wartości przekraczającej 120 mln rubli

Władimir Szesterow, były zastępca naczelnika Głównego Zarządu Rozwoju Innowacyjnego Ministerstwa Obrony Rosji, już siedzi. Aresztowano go w sierpniu 2024 r. w związku z defraudacją, której dopuścił się podczas budowy Parku Patriotycznego. W lipcu br. roku skazano go na sześć lat w kolonii karnej o zaostrzonym rygorze, pozbawiono stopnia generała majora i medali oraz obciążono 24 mln rubli grzywny.

Okazało się, że ludzie Aleksandra Bortnikowa, szefa Federalnej Służby Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej, i Aleksandra Bastrykina, przewodniczącego Komitetu Śledczego Federacji Rosyjskiej byli świetnie poinformowani o praktykach korupcyjnych na szczytach władzy i czekali tylko na sygnał "z góry", by przystąpić do działania. Część opinii publicznej czeka na ciąg dalszy.

Pierwszym, który w Rosji ostro zabrał się do walki z łapownikami, był panujący w latach 1682-1725 car Piotr I Wielki. Wydał ponad 390 dekretów (ukazów) wymierzonych w sprzedajnych urzędników.

Jednym z nich, "Ukazem o fiskałach i ich obowiązkach i działaniach" z 1714 r., powołał do życia pierwszą rosyjską służbę specjalną — Instytut Fiskałów, na czele którego stanął Aleksiej Nesterow. Zadaniem Instytutu była bezwzględna walka z urzędnikami okradającym państwo. Kary za łapownictwo były drakońskie. Winnych skazywano na śmierć, tortury, chłostę, więzienie i galery.

Najgłośniejszym skandalem epoki Piotra Wielkiego była sprawa pierwszego gubernatora Syberii (1711-1719) księcia Matwieja Gagarina, arystokraty i wybitnego urzędnika państwowego, a przy tym łapownika i grabieżcy mienia państwowego. Uwagę cara przykuły plotki o niewyobrażalnym luksusie, w jakim żyje książę Gagarin. Piotr I kazał wszcząć śledztwo. Z dokumentów wynikało, że książę stworzył na Syberii prawdziwe korupcyjne imperium: ustanowił własne monopole na handel wódką, piwem i tytoniem, przejął kontrolę nad handlem z Chinami, brał łapówki od kupców i zaniżał rzeczywiste dochody guberni, które powinny trafiać do Petersburga. Księcia Matwieja Gagarina powieszono. Egzekucji przyglądali się car Piotr I oraz żona księcia i członkowie jego rodziny. Zwłoki wisiały na szubienicy przez miesiąc. Miała to być przestroga dla innych.

Jednak Piotr I Wielki nigdy nie ukarał największego łapówkarza w dziejach Rosji, swojego przyjaciela i najbliższego współpracownika, księcia Aleksandra Mienszykowa. Jego majątek szacowano na 13 mln rubli, przy ówczesnym rocznym budżecie państwa rosyjskiego wynoszącym 6,5 mln rubli.

Książę posiadał 90 tys. chłopów pańszczyźnianych, sześć miast, 99 wsi, setki kilogramów złota i srebra, kamienie szlachetne, dzieła sztuki i wszelkie inne atrybuty bogactwa. Car wiedział, że Mienszykow "bierze", lecz dopóki nie przeszkadzało to w sprawach państwowych, tolerował go. Książę był wybitnym organizatorem i dowódcą wojskowym — miał tytuł generalissimusa, który de facto zbudował Petersburg.

(...)

Aby zrozumieć głębię problemu korupcji w Rosji, należy cofnąć się do jej średniowiecznych korzeni, a szczególnie do instytucji kormlenija (dosłownie: karmienia). System ten polegał na tym, że urzędnicy wysyłani z Moskwy do zarządzania odległymi terytoriami nie otrzymywali stałego wynagrodzenia z centralnego skarbca. Zamiast tego mieli prawo do utrzymywania się z dóbr i danin pobieranych od lokalnej ludności. I skwapliwie z tego korzystali.

W XIX w. bezskutecznie z korupcją usiłowali walczyć carowie Mikołaj I, Aleksander II i Aleksander III. Stalinowi udało się ją znacznie ograniczyć, lecz za czasów Leonida Breżniewa rozwinęła się z niebywałym rozmachem. Największą aferą tamtych czasów była tzw. afera uzbecka. Okazało się, że za Szarofa Raszidowa, I sekretarza Komunistycznej Partii Uzbekistanu, tamtejsze władze okradały budżet centralny ZSRR, fałszując dane na temat wielkości produkcji bawełny. Olbrzymie łapówki trafiały w ręce moskiewskich urzędników. Skandal wybuchł już po śmierci Rashidowa w 1983 r., a efektem była fala dymisji i aresztowań oraz polityczna kompromitacja uzbeckiej elity.

Przed wybuchem wojny w Ukrainie symbolami korupcji w Rosji stała się budowa na Syberii nowego kosmodromu o nazwie Wostocznyj. Budowę rozpoczęto w 2007 r. i do dziś jej nie skończono. Za to wszczęto ponad 200 postępowań w sprawie korupcji. Jeden z oskarżonych, Iwan Czopozow, właściciel firmy, która działała na terenie budowy, nakradł tyle, że karoserię swojego mercedesa klasy S kazał wyłożyć kryształami Swarovskiego!

Lecz łapówkarski rekord Rosji należy do dwóch pułkowników FSB — Kiriłła Czerkalina, u którego znaleziono 185 mln dol. w gotówce, i Dimitrija Zacharczenki, który zgromadził "tylko" 120 mln dol.

onet.pl

poniedziałek, 3 listopada 2025



Współtwórca kampanii wyborczych: Trendy światowe w polityce są niekorzystne dla nas i Tusk o tym wie. Na pewno myśli o tym, jak do 2027 roku trzymać tę całą konstrukcję w ryzach. A może też o tym, jaką legendę zbudować przed przejściem do opozycji. Być może na jego miejscu koncentrowałbym się teraz właśnie na tym. Mam jednak dziwne wrażenie, że on znajdzie jakiś pretekst i po prostu ucieknie. Może wyjedzie z Polski, bo nie będzie chciał być znowu ciągany po prokuraturach. Może negocjować swoje odejście z kimś, kto go zastąpi na funkcji premiera. Może Sikorski? A sam mógłby zostać marszałkiem Sejmu. Oczywiście to jest na razie polityczne science fiction, ale jakieś scenariusze na pewno są na stole.

Minister: Dzisiaj widać, że Donald trzyma w poczekalni co najmniej trzy osoby, którym może dać nadzieję na to, że w przyszłości w jakiejś formie go zastąpią. To jest oczywiście Radek Sikorski, Władek Kosiniak-Kamysz, a także - i tu może pana zaskoczę - Adam Szłapka. Widać, że Tusk mocno w niego inwestuje. To na razie jest oczywiście projekt w fazie początkowej, ale wydaje mi się, że dla Donalda on ma jakiś potencjał na przyszłość. Między innymi dlatego zrobił ze Szłapki rzecznika rządu. Ale na razie nikomu nie wyśle sygnału, żeby się szykował na coś dużego.

Doradca polityczny: To jest esencja metody Tuska: nie podejmować decyzji, dopóki to jest możliwe. Nie ma sensu robić przedwczesnych działań. Warto jak najdłużej trzymać w ręku wszystkie karty.

Ważny polityk obozu władzy: Słyszę te pomysły dotyczące wymiany premiera. Jego następca i tak byłby koncesjonowanym szefem rządu, bo nad nim stałby Tusk. Ale załóżmy, że Kierownik wpadłby na jakiś genialny pomysł personalny. Znalazłby kandydata, który miałby idealne cechy Trzaskowskiego i Sikorskiego, bez ich wad. Przecież znając realia tej koalicji, zaraz przyszedłby do niego Szymon, Władek i Włodek, i każdy z nich by stwierdził, że ma lepszy pomysł. A dlaczego po wyborach tak się ślimaczyła rekonstrukcja rządu? Bo nawet nie było pewne, kto będzie marszałkiem. Nie było wiadomo, jak ułożyć zdrowie, gospodarkę, sport, kto ma być wicepremierem, kto wypada z rządu. No i nie ma co udawać, że nie mamy potężnego problemu z Amerykanami

Minister: Pewnym sygnałem, jakie może być podejście obecnej ekipy w Waszyngtonie do nas, było to, że do Warszawy na ambasadora nie wysłali Mosbacherowej, która była tu za pierwszej kadencji Trumpa. Tym razem postawili na ultrakonserwatystę. Ją wysłali do Rumunii. Ewidentnie u Trumpa wiedzieli, że ona oprócz tego, że miała dobre relacje z PiS, cały czas utrzymywała świetne kontakty z nami. Najśmieszniejsze, że Amerykanie za czasów PiS traktowali Polskę jak kraj skolonizowany i pisowcy tak się dawali traktować. Obojętnie czy był tam Trump, czy Biden, po prostu Amerykanie mówili, że ma być tak i tak. Byłem w szoku, jak się dowiedziałem, że ambasador Brzezinski, który przecież był z ekipy Bidena i którego bardzo lubię, po prostu dzwonił, że chce się zaraz spotkać z premierem i chwilę później przyjeżdżał do KPRM. No przecież to jest wstyd.

Doradca polityczny: Amerykanie przysyłają teraz do Polski na ambasadora ortodoksyjnego Żyda, który nie cierpi Tuska i jest też źle nastawiony do Radka Sikorskiego. A na dodatek chce być de facto ambasadorem dwóch państw, czyli również reprezentantem interesów Izraela. Zresztą doskonale było widać, jak oni się zachowywali w trakcie naszej kampanii prezydenckiej. Słyszałem też, że syn Trumpa zainteresował się prowadzeniem jakichś biznesów w Polsce. Myślę, że Tusk początkowo nie docenił zmiany, jaka się dokonała w USA po tym, gdy Trump wrócił do władzy. To nie jest zwykła wymiana ekip, jaka następowała na przykład wtedy, gdy prezydentem został Obama i pozbywał się ludzi Busha. W Waszyngtonie dzisiaj stara gwardia republikańska nie zna dnia ani godziny. Trump nie przejmuje się trójpodziałem władzy. Sędzia? Sędziego wybrało jedenaście tysięcy osób, a Trumpa dziewięćdziesiąt milionów. Dlaczego on ma słuchać sędziego? A jak Trump już zupełnie przestanie słuchać sędziów, będziemy mieli do czynienia z zupełnie innym światem.

Minister: Trump potraktował swoje ostatnie zwycięstwo jako akt uniewinnienia go od wszelkich zarzutów i oskarżeń. Wygrał, choć miał przeciw sobie media i część wymiaru sprawiedliwości. Teraz PiS tak samo traktuje zwycięstwo Nawrockiego - jako glejt na dorżnięcie watahy po kolejnych wyborach parlamentarnych.

Dyplomata: Amerykanie ewidentnie chcą, żeby w Polsce zmienił się rząd. Nie chcą Tuska. Skala niechęci do niego w Białym Domu jest olbrzymia. To naprawdę nie jest tak, że nikogo tam nie obchodzi, kto tu jest premierem. My jesteśmy w tej chwili zbyt ważnym krajem dla USA, żeby tam się nikt takimi sprawami nie przejmował.

Doświadczony parlamentarzysta: Ludzie w Platformie się śmiali z tego, jak ludzie mówili, że problemem w relacjach Warszawa-Waszyngton mogą być wypowiedzi Tuska sprzed lat, gdy on otwarcie mówił o tym, że Donald Trump jest ruskim agentem. A w Waszyngtonie o tych wypowiedziach dziś wie dosłownie każdy, od którego cokolwiek zależy za oceanem.

Ważny urzędnik: To Trump osobiście wyciął Tuska ze spotkania w szerszym formacie w sprawie Ukrainy, tuż przed jego rozmową z Władimirem Putinem na Alasce. Jak się dowiedział, że Tusk ma reprezentować Polskę, wysłał sygnał, że woli Nawrockiego. Spotkanie miało się odbyć online i w związku z tą zmianą trzeba było w ostatniej chwili przełączać się na Signala, zamiast korzystać z zabezpieczonego łącza. A Nawrocki wszedł w to jak w masło. Tusk był przejechany. Mocno go to trafiło, bo się okazało, że nowy prezydent chce wchodzić w działkę, którą on właściwie zmonopolizował w poprzednich dwóch latach. A najgorsze było to, że na pierwszym spotkaniu w cztery oczy premiera z Karolem Nawrockim ten mu powiedział wprost, że jego podejście do Ukrainy jest inne niż Tuska. Odciął się nawet w tej rozmowie od dotychczasowej polityki Dudy w tym zakresie. (...)

tokfm.pl

niedziela, 2 listopada 2025



W ostatnim dniu października Aleksander Łukaszenko nagle poruszył temat, którego nikt się nie spodziewał: Romana Protasiewicza, którego w maju 2021 r. białoruska armia przechwyciła w Mińsku, zatrzymując samolot Ryanair lecący z Aten do Wilna. W odpowiedzi Zachód nałożył sankcje na białoruskie linie lotnicze Belavia. Cztery i pół roku później Łukaszenko powiedział, że Protasiewicz jest agentem wywiadu.

— Nie będę wdawał się w szczegóły. Protasiewicz jest pracownikiem naszego wywiadu. (...) Musieliśmy przeprowadzić operację jego zatrzymania. Chociaż nie musieliśmy go zatrzymywać — powiedział Łukaszenko z pewnością siebie w głosie.

— Przyleciał do Grecji, został tam wezwany, przekazał wywiadowi wszystko, co go interesowało. Otrzymał zadanie i poleciał z powrotem, tam, gdzie pracował, przez Wilno. Oskarżyli nas o zatrzymanie opozycjonisty. A on nie jest opozycjonistą. Nie zatrzymaliśmy opozycjonisty. A nałożyli sankcje — dodał.

(...)

27 października Litwa podjęła decyzję o zamknięciu granicy z Białorusią co najmniej do końca listopada. Przyczyną tego były białoruskie balony, które od pewnego czasu naruszają jej przestrzeń powietrzną.

"Litwa uważa celową bezczynność białoruskich organów państwowych za atak hybrydowy i zamyka granicę państwową z Białorusią do odwołania" — napisało ministerstwa spraw zagranicznych tego kraju 27 października w serwisie X.

Łukaszenko twierdzi, że Litwini sami wypuszczają balony meteorologiczne z terytorium Białorusi. Jego zdaniem Białorusini legalnie kupują papierosy w fabrykach i sprzedają je Litwinom, a ci transportują je balonami na swoje terytorium, skąd następnie wysyłają towar do Europy Zachodniej.

Co więcej, według Łukaszenki odbywa się to za zgodą strażników granicznych. — Oni rozkręcili ten interes. Nasi ludzie w fabryce kupują papierosy po dobrej cenie i sprzedają je (żeby na tym zarobić) Litwinom. Muszą je przerzucać przez płot. Przerzucali je małymi partiami w tych balonach. Litwini je odbierali. Czy nasi [celnicy] to widzieli? Na pewno widzieli. (...) Litwini przyjęli te balony i kupili te papierosy. Nie sprzedawali ich na Litwie, ale w Holandii i Anglii. Mówią, że tam papierosy są najdroższe — powiedział.

— Wczoraj wieczorem KGB poinformowało mnie: "nie, wycofali się z tej pozycji w geście solidarności z Litwą za te balony". Odpowiedziałem: "przekażcie im pozdrowienia. Wycofali się — więc my też się wycofamy. Wstrzymujemy się. Jak będziecie gotowi, przyjdźcie, porozmawiamy — powiedział.

Na wszelki wypadek, gdyby ktoś zapomniał, czyim sojusznikiem jest Łukaszenko, postanowił przypomnieć. — Nie damy sobą manipulować. Widzę, że sytuacja w związku z tym się zaostrza. Chcą nas i Rosjan przycisnąć. Putin, Łukaszenko — jawni agresorzy. To się nie uda. Nie dadzą sobie z nami rady. Czy naprawdę chcą powtórki sytuacji z połowy ubiegłego wieku? Nie poradzą sobie z nami. Będziemy z Rosjanami bronić naszej ziemi do ostatniego człowieka. Ale nie będziemy się wtrącać — powiedział. Na koniec zasugerował gotowość do zawarcia dużego porozumienia ze Stanami Zjednoczonymi, ale pod warunkiem poszanowania własnych interesów.

onet.pl


Co zyskała Rosja?

Na to pytanie można odpowiedzieć, podając poniesione przez Rosję straty. Na całym froncie rosyjskie straty wynoszą 1,2 tys.-1,5 tys. osób dziennie. To trzy pełne bataliony piechoty zabite, ranne lub schwytane każdego dnia, siedem dni w tygodniu. W tym roku ok. 350 tys. Liczba ta nie obejmuje ponad 70 tys. rosyjskich żołnierzy, o których wiadomo, że zdezerterowali.

Rosyjskie straty czasami sięgają 2 tys. osób dziennie. To cała brygada piechoty zniszczona w ciągu 24 godzin. Żadna armia w historii nie wygrała (ani nawet nie przetrwała) konfliktu, ponosząc straty na takim poziomie.

Czy to tylko ukraińska propaganda? Dokumenty Kremla podają, że Rosja traci dziennie od 1,1 tys. do 1,6 tys. żołnierzy. We wrześniu straty piechoty rosyjskiej wzrosły o 30 proc. w porównaniu z sierpniem.

W kotle Pokrowsk-Donieck codziennie spala się od ośmiu do 12 czołgów, transporterów opancerzonych, bojowych wozów piechoty i 15-20 ciężarówek. To 250-350 pojazdów miesięcznie. Tylko w Pokrowsku. Zmechanizowana pięść Rosji jest miażdżona przez roje dronów.

(...)

Podobnie jak Bachmut, Pokrowsk był nieodpartym kryptonitem dla generałów Putina, a u podstaw ich pragnień leży złudzenie. Tzw. znaczenie strategiczne Pokrowska jest mirażem rozpowszechnianym przez boty Putina i komandosów klawiatury z otwartych źródeł wywiadowczych.

Kiedyś — 24 miesiące temu — był ważnym węzłem logistycznym. Podczas obrony Awdijiwki wysyłano stąd amunicję, fasolę i bandaże na wschód.

Dwa lata temu Pokrowsk był główną arterią, ważnym ośrodkiem zaopatrującym ukraińską armię. Teraz już nie. 

onet.pl


Walka w zwarciu, teren miejski i warunki pogodowe wpływają na ukraińską i rosyjską wojnę dronów oraz rosyjską taktykę infiltracji w Pokrowsku i jego okolicach. Ukraiński oficer powiedział 31 października Hromadske, że ukraińska piechota działająca na przednich krawędziach /frontu - red./ nie angażuje regularnie sił rosyjskich w walkę w zwarciu, ponieważ siły rosyjskie zamiast tego walczą z ukraińskimi załogami dronów i moździerzy w pobliżu tyłów. ISW zaobserwowało ostatnio doniesienia, że rosyjskie grupy infiltracyjne celowo angażują ukraińskie załogi dronów i artylerii w Pokrowsku, aby hamować ukraińskie ataki. Ukraiński operator dronów powiedział Hromadske, że zagrożenie ze strony rosyjskich grup infiltracyjnych zmusza ukraińskich operatorów dronów do ograniczenia czasu trwania lotów dronów, ponieważ operatorzy dronów muszą także zaangażować się w walkę z bronią strzelecką, aby odeprzeć rosyjskie infiltracje z tyłu. Ukraiński operator dronów stwierdził, że ciągłe rosyjskie infiltracje do Pokrowska zmuszają siły ukraińskie do wycofania drugiego rzutu operatorów dronów, uniemożliwiając siłom ukraińskim uderzenie w siły rosyjskie na obrzeżach Pokrowska. Wysoki rangą ukraiński oficer powiedział Hromadske, że około 30 do 40 rosyjskich pracowników może przedostać się do Pokrowska, gdy deszczowa lub mglista pogoda utrudnia ukraińskie operacje dronów, podczas gdy nie więcej niż 10 rosyjskich żołnierzy może przedostać się podczas dobrej pogody, gdy siły ukraińskie mogą obsługiwać drony. ISW zaobserwowało doniesienia, że siły rosyjskie intensyfikują wysiłki infiltracyjne podczas złej pogody oraz że opady hamują zarówno rosyjskie, jak i ukraińskie operacje dronów. Inny ukraiński pilot drona wskazał Hromadske, że siły rosyjskie i ukraińskie w Pokrowsku walczą o kontrolę nad wieżowcami i wzniesionym terenem, z którego mogą prowadzić operacje dronów, szczególnie przeciwko wrogim GLOC w odległości 30 kilometrów.

(...)

Ukraiński ekspert ds. wojny elektronicznej i radiowej Serhij “Flash” Beskrestnow poinformował 1 listopada, że siły rosyjskie użyły bezzałogowego statku powietrznego (UAV)-matki Molniya z dwoma dronami z widokiem z pierwszej osoby (FPV) do uderzenia w minibus w Mikołajówce (na zachód od miasta Sumy) około 36 kilometrów od linii frontu. Beskrestnow zauważył, że siły rosyjskie kontrolują drony-statki-matki Molniya za pośrednictwem lokalnych mobilnych sieci internetowych i latają tymi statkami-matkami przez obszary o stabilnym zasięgu mobilnym, po czym zrzucają FPV około pięciu do 10 kilometrów od celu.

understandingwar.org


Dziennik podał także, że również rozmowa prezydenta USA z Władimirem Putinem z 16 października nie przebiegła tak bezproblemowo, jak przekazał Biały Dom. Rosyjski dyktator miał zirytować Trumpa, gdy chwalił się sukcesami Rosji na froncie w pobliżu Kupińska i wzdłuż rzeki Oskil. Następnego dnia amerykański prezydent miał naciskać na Wołodymyra Zełenskiego, aby ten zgodził się na ustępstwa terytorialne wobec Rosji. Spotkanie tych polityków w Białym Domu miało być bardzo burzliwe, a Trump miał rzucać mapami Ukrainy i mówić, że ma "dość" ich oglądania. Ostatecznie Waszyngton przyjął stanowisko mówiące o zawieszeniu broni na obecnej linii frontu. 

gazeta.pl


Dowódca ukraińskich Sił Systemów Bezzałogowych (SBS) major Robert "Madiar" Browdi zapowiedział w sobotę ataki na infrastrukturę energetyczną Rosji i blackouty w tym kraju. "Blackouty to nic strasznego" - oświadczył zwracając się do Rosjan.

"Madiar" wyraził przekonanie, że drony Sił Systemów Bezzałogowych Ukrainy, które nazywa "ptakami", zmuszą Rosjan do szybkiego przystosowania się do nowych warunków życia.

"Robaki, blackout - to nic strasznego. To tylko pewne niedogodności - przyzwyczajajcie się, ale nad całym terytorium bagien (Rosji - PAP) lot Wolnego Ptaka jest nieprzewidywalny i nie (odbywa się) według rozkładu, dlatego nazywa się Wolnym Ukraińskim Ptakiem" - napisał na Facebooku.
"Ale dacie radę: zapałki, lampki, świece… Przy okazji skorzystajcie ponadplanowo ze swoich ulubionych girlandek na baterie" - podkreślił.

Wojskowy zaznaczył, że Rosjanie nie będą informowani o uszkodzeniach ich linii i stacji przesyłowych. "(…) Kierujcie się zasadą: światło/ciepło - BADA-BUM - ciemno/zimno" - wyjaśnił.

Zwrócił także uwagę, że paliwo w Rosji staje się towarem deficytowym w wyniku działań ukraińskich wojsk. "Tymczasem, niepodważalnie i nieustannie, robacze paliwo staje się towarem deficytowym, a gaz i ropa szybko się spalają" - napisał dowódca SBS.

PAP

sobota, 1 listopada 2025



Według śledztwa portalu "Wiorstka" opartego na relacjach żołnierzy i masowych skargach kierowanych do Głównej Prokuratury Wojskowej Federacji Rosyjskiej, egzekucje, tortury i "nielegalne rozrachunki" stały się elementem wewnętrznej dyscypliny. Rosyjskich wojskowych, którzy odmawiają wykonania rozkazu, krytykują dowództwo albo nie chcą uczestniczyć w korupcyjnych praktykach, czeka "wyzerowanie" - czyli fizyczna likwidacja. Zabijają ich koledzy z jednostki na rozkaz dowódców. Przemoc przybiera coraz brutalniejsze formy: od tzw. "mięsnych szturmów" bez broni czy wysyłania ludzi z granatem w kamizelce, przez rozstrzeliwania z bliskiej odległości, po zrzucanie granatów z dronów na własnych żołnierzy. Ciała ukrywa się w lasach, rzekach, zakopuje w polnych rowach lub po prostu pozostawia na polu walki. Oficjalnie znikają z ewidencji jako "zaginieni" lub "samowolnie opuszczający jednostkę".

Według ustaleń "Wiorstki", niemal wszystkie przypadki mają wspólny mianownik: utrzymanie władzy przez dowódców i pieniądze. W wielu rosyjskich jednostkach istnieje nieformalny "podatek" dla przełożonych, a odmowa jego płacenia może skończyć się śmiercią. Mechanizm ten działa już nie tylko wobec mobilizowanych cywilów, ale i doświadczonych żołnierzy. Dziennikarze zidentyfikowali ponad 100 "katów" - od dowódców plutonów po oficerów na poziomie batalionów i dywizji, średnio w wieku około 40 lat. Do rosyjskiej prokuratury wojskowej od początku pełnoskalowej wojny miało trafić ponad 12 tys. skarg dotyczących mordów i tortur, ale jak twierdzą źródła, obowiązuje nieformalny zakaz ich badania. W efekcie armia państwa-agresora przypomina coraz bardziej nie regularne wojsko lecz brutalną strukturę paramilitarną, w której życie szeregowca niewiele różni się od losu więźnia obozu karnego.

(...)

W rozmowie z Gazeta.pl były funkcjonariusz Służby Bezpieczeństwa Ukrainy i wojskowy analityk Iwan Stupak podkreśla, że skala przemocy w armii rosyjskiej ma długie korzenie. - Dla wielu Europejczyków to ekstremalnie odległa kultura, ale to nie jest coś nowego dla Rosji. Praktyki likwidacji opozycji, otrucia, zamachów i represji wobec przeciwników politycznych znane były już w erze sowieckiej. W tych warunkach przemoc wobec własnych wojskowych jest logiczną konsekwencją: władza nie toleruje buntu ani kwestionowania jej autorytetu, a za przejaw takiej postawy grozi surowa kara - mówi.

Stupak tłumaczy mechanikę działania: jeśli dowódca nie budzi wystarczającego lęku, podwładni przestają go respektować i wykonywać rozkazy. - Jeśli nie ma strachu, to nie ma posłuszeństwa. To prowadzi do sytuacji, w której jednostki przestają być skuteczne, a dowódca - aby wymusić posłuszeństwo - sięga po przemoc, degradacje albo wysyła "niewygodnych" na pewną śmierć w pierwszej linii. W najlepszym razie takiego dowódcę zdejmują z funkcji, w gorszym - wysyłają do okopów jako zwykłego żołnierza. To logika zastraszania, która ma utrzymać efektywność poprzez stały przykład karania - wyjaśnia.

Według analityka przyczyną eskalacji przemocy jest też system nagród i kar: wykonanie zadania oznacza awans, lepsze warunki, odsunięcie od frontu. Niewykonanie - represje. W praktyce więc siła i brutalność stają się walutą w hierarchii wojskowej. To tłumaczy, dlaczego wielu funkcjonariuszy i oficerów woli pozostać lojalnymi wobec brutalnego porządku, niż stawić mu opór.

Stupak zwraca też uwagę na psychologiczny wymiar zjawiska: mundur i stopień nadają ludziom poczucie władzy, a w warunkach wojennych brak kontroli nad losem i lęk o przetrwanie wzmacniają skłonność do przemocy. - Wiele osób, które przed wojną były szarymi obywatelami, po założeniu munduru odkrywa w sobie skłonność do dominowania, szczególnie gdy struktura społeczna i prawna tego nie powstrzymuje. Dlatego opisywani przez dziennikarzy "główni sadyści" to często byli zwykli obywatele, którym nowa rola dała poczucie znaczenia i bezkarności - mówi ekspert.

Na pytanie, dlaczego w Rosji nie dochodzi do masowych buntów przeciw takim praktykom, Stupak odpowiada jednoznacznie: społeczeństwo zostało ukształtowane do akceptacji twardej władzy. - Bunt jest tam zjawiskiem ekstremalnie rzadkim - Rosjanie akceptują lidera, pod warunkiem że jest "silny". Gdy ktoś zostaje ukarany publicznie, reszta uczy się posłuszeństwa przez strach. W efekcie system reprodukuje sam siebie: represje tłumią opór, a brak mechanizmów kontroli pozwala na dalsze okrucieństwa - tłumaczy ekspert.

gazeta.pl

piątek, 31 października 2025



Pentagon dał prezydentowi Donaldowi Trumpowi zielone światło w sprawie udostępnienia rakiet dalekiego zasięgu Tomahawk Ukrainie, oceniając, że nie wpłynęłoby to negatywnie na amerykańskie zapasy - podała w piątek stacja CNN, powołując się na źródła.

Pentagon pozostawił ostateczną polityczną decyzję dotyczącą rakiet prezydentowi. Połączony Sztab poinformował o swojej ocenie dotyczącej Tomahawków jeszcze przed spotkaniem Trumpa z przywódcą Ukrainy Wołodymyrem Zełenskikm przed dwoma tygodniami.

Trump zasugerował podczas niego, że nie sprzeda Ukraińcom tych pocisków, bo USA potrzebują rakiet Tomahawk na własne potrzeby, a ich przekazanie byłoby dużą eskalacją. Kilka dni przed rozmową z Zełenskim Trump utrzymywał natomiast, że USA mają "dużo Tomahawków", które potencjalnie mogłyby przekazać Ukrainie.

Według CNN ta ocena dodała otuchy europejskim sojusznikom USA, którzy uważają, że Amerykanie mają teraz mniej wymówek, by nie dostarczać tych pocisków Ukrainie - przekazali stacji dwaj europejscy urzędnicy.

Amerykańscy i europejscy urzędnicy byli więc zaskoczeni, gdy Trump zmienił ton swoich wypowiedzi dotyczących tych rakiet.

Trump sugerował, że nie sprzeda rakiet dzień po rozmowie z rosyjskim przywódcą Władimirem Putinem, który powiedział Amerykaninowi, że Tomahawki mogłyby uderzyć w takie miasta jak Moskwa i Petersburg, co nie zmieniłoby znacząco sytuacji na polu bitwy, lecz zaszkodziłoby stosunkom amerykańsko-rosyjskim.

Źródła CNN przekazały, że Trump nie podjął jednak jeszcze ostatecznej decyzji w sprawie tych rakiet. Administracja przygotuje plany udostępnienia ich Ukrainie, jeśli Trump wyda taki rozkaz.

PAP


Prezydent Wenezueli Nicolas Maduro poprosił Rosję, Chiny i Iran o wsparcie we wzmocnieniu wenezuelskich zdolności militarnych na tle rosnącej obecności amerykańskich sił w regionie Karaibów - poinformował w piątek dziennik "Washington Post".

Wenezuelski przywódca poprosił o radary, wsparcie w naprawach samolotów i potencjalnie o dostawy pocisków - wynika z dokumentów wewnętrznych amerykańskiego rządu, do których dotarła gazeta. Nie wiadomo, jaka była odpowiedź Rosji, Chin i Iranu.

Prośby do Kremla zostały skierowane w postaci listu adresowanego do Władimira Putina, który miał zostać mu przekazany przez wysokiego rangą wenezuelskiego urzędnika podczas wizyty w Moskwie w tym miesiącu.

Maduro napisał też list do przywódcy Chin Xi Jinpinga, w którym wyraził chęć "pogłębionej współpracy wojskowej" Caracas z Pekinem, by stawić czoła "eskalacji między USA i Wenezuelą".

Prezydent zwrócił się do Chin z prośbą o przyspieszenie produkcji przez chińskie firmy systemów radarowych - prawdopodobnie po to, aby Wenezuela mogła zwiększyć swoje możliwości w tym zakresie - powiadomił dziennik.

Z dokumentów wynika, że minister transportu Ramon Celestino Velasquez koordynował w ostatnim czasie wysyłkę sprzętu wojskowego i dronów z Iranu i planuje wizytę w tym kraju. Miał powiedzieć stronie irańskiej, że Wenezuela potrzebuje "urządzeń do wykrywania pasywnego", "szyfratorów GPS" i "prawie z pewnością dronów o zasięgu 1 tys. km".

W liście miał przedstawić działania militarne USA przeciwko Wenezueli jako aktywność wymierzoną w Chiny ze względu na bliskość ideologiczną tych krajów - napisano w dokumentach.

Dziennik zaznaczył, że Rosja jest głównym kołem ratunkowym Wenezueli. W niedzielę (26 października) w stołecznym Caracas wylądował rosyjski samolot transportowy Ił-76, który jest objęty sankcjami USA. Dzień wcześniej Moskwa ratyfikowała nowy traktat o stosunkach strategicznych z Wenezuelą.

W piątek prezydent USA Donald Trump zaprzeczył, by planował uderzenia na instalacje wojskowe w Wenezueli. Wcześniej o tym, że decyzja o atakach została już podjęta, donosił "Miami Herald", a uderzenia przeciwko gangom narkotykowym na lądzie zapowiadał sam prezydent.

Nieopodal wybrzeży Wenezueli doszło do większości amerykańskich ataków na łodzie, które miały przewozić narkotyki. USA oskarżają Maduro o kierowanie przemytem narkotyków. Od tygodni gromadzą siły w regionie, dokonały dwóch demonstracyjnych przelotów bombowców w kierunku Wenezueli oraz skierowały tam z Europy lotniskowcową grupę uderzeniową Gerald Ford.

PAP


Samolot transportowy Iljuszyn Il-76 o rejestracji RA-78765 przybył do Caracas w niedzielę po dwudniowej podróży, która zabrała go z Rosji przez Armenię, Algierię, Maroko, Senegal i Mauretanię do Ameryki Łacińskiej, (..). Wygląda na to, że samolot wyruszył w podróż z lotniska w aglomeracji Moskwy, a sygnał transpondera został po raz pierwszy odebrany wkrótce po starcie.

Podróż z wieloma przystankami jest symbolem okrężnych tras wykorzystywanych do omijania zachodniej przestrzeni powietrznej lub ewentualnych inspekcji ładunków w nieprzyjaznych krajach. Możliwe jest również, że po drodze realizowano dostawy lub odbiory.

Rosja jest obecna wojskowo w Algierii, utrzymuje ślad przemysłowy w Senegalu, a stosunki z Marokiem są serdeczne. Rosyjscy najemnicy byli także obecni w Mauretanii, przekraczając sąsiednie Mali. Zatrzymanie się w przyjaznych Rosji krajach Afryki Zachodniej umożliwiło także zatankowanie samolotu przed przekroczeniem Atlantyku.

Il-76 może przewieźć do 50 ton ładunku lub do 200 osób. Samoloty tego typu są znane dostarczanie w przeszłości broni strzeleckiej, zaopatrzenia wojskowego, a nawet najemników w imieniu Rosji. Większe dostawy, takie jak system obrony powietrznej S-400, prawdopodobnie wymagałyby kilku podróży.

defensenews.com