piątek, 17 października 2025



Niemieckie Ministerstwo Sprawiedliwości odmówiło komentarza w sprawie nieudzielenia przez polski sąd zgody na ekstradycję Wołodymyra Ż. podejrzanego o dokonanie eksplozji gazociągów Nord Stream. Natomiast minister spraw zagranicznych Johann Wadephul powiedział dziennikarzom podczas pobytu w Ankarze jedynie, że szanuje decyzję polskiego sądu. - Kiedy zapadają decyzje sądowe, zwłaszcza w innych krajach, nie jest zadaniem władzy wykonawczej ingerować w te sprawy - powiedział Wadephul.

Z kolei w Schwerinie, w piątek 17 października, przed komisją śledczą parlamentu krajowego Meklemburgii-Pomorza Przedniego budowy gazociągów bronił były kanclerz Niemiec, a później szef zarządu Nord Stream 2 Gerhard Schröder. Powiedział on, że chodziło o uniezależnienie niemieckiego zaopatrzenia w energię od energii jądrowej i węglowej oraz o pozyskiwanie gazu ziemnego z Rosji "po rozsądnych cenach". Według Gerharda Schrödera nie było powodu, aby odstępować od "sprawdzonej współpracy", którą jego poprzednicy na stanowisku kanclerza Niemiec nawiązali z Rosją w zakresie polityki energetycznej.

Sprzeciwy wobec budowy rurociągu przez Morze Bałtyckie, na przykład ze strony Polski, "nie interesowały mnie" - wyjaśnił polityk SPD. Rurociąg został zaprojektowany w ten sposób, "ponieważ nie chcieliśmy interwencji innych krajów".

Schröder nazwał ówczesną współpracę gospodarczą z Rosją "polityką pokojową" i według niego tak należy ją nazywać również dzisiaj. Schröder uzasadnił również utworzenie przez rząd kraju związkowego Meklemburgia-Pomorze Przednie w 2021 r. fundacji na rzecz ochrony klimatu. Fundacja miała między innymi zabezpieczyć ukończenie budowy gazociągu Nord Stream 2 za pomocą potajemnych transakcji, ponieważ firmy zaangażowane w projekt były rzekomo zagrożone sankcjami ze strony USA. Fundacja otrzymała 20 milionów euro od konsorcjum Nord Stream i według Schrödera "służyła kontynuacji projektu bez obawy przed sankcjami ze strony Stanów Zjednoczonych".

(...)

Poza ogólnymi ocenami dotyczącymi rurociągu i fundacji klimatycznej 81-latek nie udzielił konkretnych odpowiedzi na pytania posłów. Wielokrotnie powtarzał, że nie pamięta. Niektóre pytania określił jako "absurdalne" lub "nieistotne". W pewnym momencie zwrócił się do przewodniczącego komisji Sebastiana Ehlersa z CDU z pytaniem: "Czy może pan położyć kres tym bzdurom?". Inne pytania reinterpretował i próbował odpowiadać na nie z humorem. Zaprzeczył na przykład, jakoby miał wpływ na politykę zagraniczną USA. - Gdyby było na odwrót, polityka zagraniczna Stanów Zjednoczonych wyglądałaby inaczej - powiedział były kanclerz.

gazeta.pl


Stefan Schocher: W pewnym sensie amerykańsko-europejskie stosunki sprowadzają się do słynnego numeru telefonu, pod który Waszyngton nie może zadzwonić, gdy potrzebuje Europy.

Meaghan Mobbs, jedna z centralnych postaci obozu MAGA [...], zagorzała republikanka, córka specjalnego wysłannika USA ds. Ukrainy, gen. Keitha Kellogga: Tak i nie. Uważam, że w pewnym sensie wykazujemy większą jedność niż wcześniej. Ostatecznie europejscy przywódcy państw i rządów przybyli wspólnie do Waszyngtonu, aby pokazać światu, co się dzieje, gdy Europa i Stany Zjednoczone współpracują. Być może UE jest mozaiką różnych osobowości i państw narodowych. Ale wszyscy połączyli się w niezwykły sposób. Wszyscy swoją obecnością dali wyraz pragnieniu wspólnej polityki. I niezależnie od tego, co ich tam sprowadziło, wynik jest dokładnie tym, do czego powinien dążyć każdy, kto wierzy w relacje transnarodowe lub w wolną, suwerenną Ukrainę.

onet.pl\Die Welt


- Dla tych, którzy nie wiedzą czym jest tradycjonalizm Genona — o czym należy wspomnieć i jaki ma to związek z Duginem?

Jest to ezoteryczna filozofia pochodzenia francuskiego, rozwinięta przede wszystkim przez Rene Genona na początku XX w. Opiera się na przekonaniu o istnieniu czegoś, co Genon nazywał "tradycją pierwotną". Miało być to coś uniwersalnego, co istniało w najwcześniejszych kulturach. Według tradycjonalizmu to coś jest wspólną podstawą dla wszystkich religii i cywilizacji. Dlatego mówi się o "tradycji" — nie w rozumieniu zwykłego konserwatyzmu, ale jako pierwotnego rdzenia, który należy odtworzyć.

Idea ta istnieje od dawna, lecz tradycjonalizm łączy ją z głęboką krytyką współczesności. Skąd ta krytyka? Bo według tradycjonalistów, w okresie między początkami renesansu a Wielką Rewolucją Francuską [lata 1789–1799] z "tradycją" utracono kontakt. W efekcie ludzie coraz bardziej skupili się na sprawach — z punktu widzenia tradycjonalizmu — wtórnych: technologicznym rozwoju, rzekomym ideałom takim jak równość ludzi (co dla tradycjonalistów jest iluzją), demokracja (która w ich oczach nie istnieje w ogóle).

- A Dugin proponuje wersję tradycjonalizmu, w której prawosławie — a konkretnie prawosławie rosyjskie, a nie np. greckie — jest kulturą najbliższą tej "tradycji"?

Dokładnie. To jest kluczowa zmiana, którą wprowadził do teorii tradycjonalizmu. U Genona tradycja mogła być odnaleziona na Wschodzie ("Orient") — dziś nazywanym Bliskim i Dalekim Wschodem — lub w hinduizmie czy islamie. Dugin natomiast, mówiąc o "Wschodzie", ma na myśli cywilizację rosyjską. W jednej ze swoich prac stwierdził, że prawosławie rosyjskie ucieleśnia "tradycję".

(...)

- A skąd bierze się tak wielka rozbieżność w ocenach wpływu Dugina między rosyjskimi a zachodnimi obserwatorami?

To cecha ludzka: jeśli ktoś nas krytykuje, często w pierwszej kolejności szukamy winy w nim, a nie w sobie. Dlatego zachodni dziennikarze często szukają wyjaśnienia, które nie zakłada, że to Zachód popełnił błąd — mówią wtedy: winny jest rosyjski filozof. Choć uważam, że do tanga trzeba dwojga: konflikt wymaga zaangażowania obu stron.

Natomiast rosyjscy dziennikarze nie potrzebują Dugina. Czasem przytaczają jego myśli, by interpretować stanowisko Zachodu. W każdym razie dziś jego idee są tak rozpowszechnione, że trudno stwierdzić, czy ludzie czerpią je bezpośrednio od niego.

- Jeśli chodzi o te "idee", to ma pan na myśli krytykę liberalizmu?

Tak, ale przede wszystkim krytykę nowoczesności, współczesności, a co za tym idzie całej cywilizacji zachodniej. Dugin robi coś takiego: najpierw adaptuje definicję Wschodu i ezoteryki do realiów rosyjskich, a potem włącza perspektywę geopolityczną. Mówi: nowoczesność to Zachód, tradycja to Wschód. To generuje konflikt cywilizacyjny — apokaliptyczny spór między Wschodem i Zachodem.

Jedna z jego najważniejszych idei polega na twierdzeniu, że po rozpadzie Związku Radzieckiego wszyscy myśleli, że będą żyli w zgodzie. Tak się jednak nie stało, bo między Wschodem a Zachodem istnieje nieunikniony konflikt cywilizacyjny.

(...)

- Czego rosyjskie państwo potrzebuje od Dugina i co on sam z tego ma?

Zacznę od niego. Ma z tego platformę i wsparcie. Chwilowo utracił je w 2014 r. po słowach "Ukraińców trzeba zabijać, zabijać i zabijać, mówię to jako profesor". Teraz wrócił do łask i prawdopodobnie ktoś go finansuje. Konferencja Forum Przyszłości 2050 bez wątpienia kosztowała niemało, a zapłacił za nią sam.

A co rosyjskie państwo zdobywa dzięki Duginowi? Przez lata był kontaktem z europejską skrajną prawicą — pomagał finansowo np. [szefowej frakcji parlamentarnej francuskiego skrajnie prawicowego Zjednoczenia Narodowego (RN) Marine] Le Pen. Wpływy Dugina za granicą świetnie wpisują się w tę strategię. Uważam, że nadal tak jest. Dugin to też skuteczny mówca i wygląda na to, że cenią go sobie także ludzie z otoczenia Donalda Trumpa.

(...)

- A nie uważa pan, że Dugin to po prostu wygodny eksport soft power ("miękkiej", kulturowej siły wpływu) — fasada "rosyjskiej cywilizacji" dla europejskiej i amerykańskiej skrajnej prawicy — podczas gdy ważniejsi dla tej koncepcji myśliciele pozostają na Zachodzie mniej znani?

Bez wątpienia eurazjatyzm [czyli ideologia rosyjskiej jedności kontynentalnej] istnieje od dawna i nie sprowadza się tylko do Dugina. Ale jego zasługą jest to, że tchnął nowe życie w tę starą część rosyjskiej myśli, dodając do niej elementy Genona. Oprócz tego Dugin, w odróżnieniu od reszty myślicieli mówi po francusku, hiszpańsku, angielsku i portugalsku. W wywiadach prezentuje się świetnie.

- Dlaczego zachodni ultrakonserwatyści popierają Dugina, skoro jego wizja "rosyjskiej" lub "eurazjatyckiej cywilizacji" uznaje za wroga właśnie cywilizację zachodnią?

Jest to ważny paradoks, szczególnie dziś, gdy konflikt między Rosją a Zachodem narasta. Logika ultrakonserwatywnych środowisk zachodnich jest taka: trzeba wrócić do podstaw ich wspólnej ideologii, czyli tradycjonalistycznej krytyki współczesności. Prawicowiec w Stanach Zjednoczonych nie mówi: "Jestem patriotą amerykańskim, więc kocham Putina". Mówi: "Jestem patriotą, cenię tradycję i gardzę nowoczesnością. Kto dziś broni tradycji? Putin!"

- Na początku lat 2000., pisząc o tradycjonalizmie, mówił pan, że tradycjonaliści z perspektywy większości Amerykanów czy Europejczyków wyglądali jak szaleńcy. Myślę, że niewiele się zmieniło.

Rzeczywiście, niewiele.

onet.pl\Meduza


"Sprawa ta ma niezwykle emocjonalny kontekst polityczny. A polityka nie jest domeną sądów, a polityków. Niezależnie od poglądów sądu na ten temat, odcinając się od wszelkich tematów politycznych, kwestie te nie zostały poddane ocenie w tym postępowaniu" - rozpoczął uzasadnianie postanowienia sędzia Sądu Okręgowego w Warszawie Dariusz Łubowski.

Sędzia Łubowski zaznaczył, że właściwość sądów ogranicza się wyłącznie do oceny aspektów prawnych sprawy. 

- W sprawie należało ocenić, czy opisany w ENA czyn stanowi przestępstwo w rozumieniu prawa polskiego i nie zachodzą okoliczności prawne wyłączające odpowiedzialność karną ściganego - usłyszeli zgromadzeni w sali rozpraw.

Sędzia przypomniał, że czyn, za który ścigany jest Ukrainiec, został dokonany w trakcie trwającej od 2014 roku "krwawej i ludobójczej napaści Rosji na Ukrainę". - Należy przypomnieć, że tylko w latach 2014-2021 poległo kilkanaście tysięcy rosyjskich żołnierzy, zatem wojna nie zaczęła się w 2022 roku - mówił Łubowski.

"A jaka to jest wojna z punktu widzenia Ukrainy?" - postawił pytanie sędzia i kontynuował: - Czy działania militarne mieszczą się w kategorii wojny sprawiedliwej? Sięgnąć należy do fundamentów prawa międzynarodowego i prawa wojny. Przypomnieć trzeba prawną koncepcję wojny sprawiedliwej.

Sędzia Łubowski powoływał się na historyczne opracowania, uznające wojnę za ostateczność, a jej prowadzenie słuszne tylko w obronie obrony ojczyzny i zaprowadzenia pokoju. 

Wszystkie te warunki niewątpliwie spełnia Ukraina w walce z rosyjską agresją i ludobójstwem. Ukraińscy żołnierze i wszyscy działający w ramach Sił Zbrojnych Ukrainy, także sił specjalnych, albo na zlecenie sił specjalnych, nie mogą być uznawani za terrorystów i sabotażystów, albowiem realizując wszelkimi sposobami cel, jakim jest obrona ich ojczyzny, osłabiają wroga. Wysadzenie infrastruktury krytycznej dowolnego państwa w czasie pokoju przez wrogie służby czy grupy terrorystyczne są sabotażem, natomiast tego rodzaju działania podejmowane w czasie wojny, ale wojny sprawiedliwej, obronnej, na infrastrukturze krytycznej agresora, nie są sabotażem, a działaniem militarnym o charakterze dywersji, które w żadnym razem przestępstwami być nie mogą. – powiedział orzekający w tej sprawie sędzia.

Sędzia Łubowski powiedział wprost: jeżeli to Ukraina i jej siły specjalne zorganizowały wysadzenie Nord Stream, to jej działania nie były bezprawne. 

- Przeciwnie, były uzasadnione, racjonalne i sprawiedliwe. Działanie w ramach wojny sprawiedliwej należy uznać za kontratyp wyłączający odpowiedzialność karną. Ściganemu przysługuje tzw. immunitet funkjonalny, który przysługuje w związku z działaniem w imieniu państwa ukraińskiego i nie ustaje wraz z zakończeniem funkcji. Czyn ten, ze względu na swój urzędowy charakter, przypisany może być jedynie państwu ukraińskiemu, na rzecz którego działał - dodał sędzia.

Sąd uznał, że jeśli to rzeczywiście Ukraina była organizatorem tego aktu dywersji, to wyłącznie państwo ukraińskie, a nie Wołodymyr Ż., może ponosić odpowiedzialność za to zdarzenie.

W ocenie Łubowskiego, gazociągi Nord Stream 1 i 2 należy uznać za infrastrukturę krytyczną wroga Ukrainy - Rosji. 

- W konsekwencji zniszczenie tych rosyjskich gazociągów i pozbawienia miliardów euro wypłacanych przez Niemcy za pompowany nimi gaz, miało głęboki sens militarny. Bo osłabiło potencjał zbrojny Rosji. Pośrednio państwo niemieckie, kupując gaz z Rosji i transferując miliardy euro w czasie już pełnoskalowej agresji militarnej i znanych już przed tym zdarzeniem, także stronie niemieckiej, aktów ludobójstwa dokonanych przez Rosję na ukraińskiej ludności cywilnej, państwo niemieckie współfinansowało tę agresję. Zachowanie Niemiec było z tego punktu widzenia wrogie wobec Ukrainy - powiedział sędzia Dariusz Łubowski.

Dodał, że oba gazociągi są własnością państwa wrogiego Ukrainie, czyli Rosji. W ocenie sędziego Łubowskiego, poważne wątpliwości budzi również sam niemiecki wniosek - gdyż prawo Niemiec ściśle wskazuje na to, jakie przestępstwa mogą być ścigane i gdzie miałyby być popełnione. W większości niemiecki kodeks karny może być stosowany do czynów popełnionych jedynie na terytorium Niemiec lub na niemieckich statkach wodnych, co w tym przypadku nie miało miejsca, bo zdarzenie działo się na wodach międzynarodowych.

"Niezależnie od tego, kto dokonał wysadzenia gazociągów Nord Stream 1 i 2, to o ile działał w ramach sprawiedliwej wojny obronnej na rzecz Ukrainy, nie popełnił przestępstwa. Państwo niemieckie nie ma juryscykcji do ścigania jakiejkolwiek osoby fizycznej za spowodowanie eksplozji rurociągów i nie miało podstaw do użycia prawa UE, wydając Europejski Nakaz Aresztowania" - podsumował sędzia Dariusz Łubowski.

niezalezna.pl


W ubiegłym miesiącu akredytowani dziennikarze, którzy pracowali na co dzień w Pentagonie, otrzymali notatkę od szefostwa departamentu zawierającą nowe wytyczne na temat dostępu do informacji. Przedstawiciele mediów mieli czas do środy, 15 października, na podpisanie się pod tą nową polityką. W przeciwnym razie zostaliby wydaleni z Pentagonu. Gdy wybiła godzina 16 tego dnia, dziennikarze z różnych redakcji solidarnie opuścili budynek. Można było ich zobaczyć, jak wychodzili z Pentagonu, wynosząc pudła z dokumentami, książki, osobiste przedmioty, a nawet krzesła czy kserokopiarki. - To jest smutne, ale jestem naprawdę dumna z korpusu prasowego, który się zjednoczył - powiedziała Associated Press Nancy Youssef, reporterka "The Atlantic", która w Pentagonie pracowała od 2007 roku. Na stosowanie się do nowych wytycznych nie zgodziły się czołowe redakcje, takie jak "The New York Times", "The Washington Post", CNN, BBC czy Reuters. Także kilka prawicowych stacji i gazet, w tym Fox News, "Washington Times" i Newsmax, oświadczyło, że ich reporterzy nie podpiszą się pod nową polityką. 

Nowe zasady obowiązujące dziennikarzy wskazują, że wszystkie informacje Pentagonu "muszą zostać zatwierdzone do publicznego udostępnienia przez odpowiedniego urzędnika upoważniającego przed ich udostępnieniem, nawet jeśli nie są tajne". Informacje określone jako tajne podlegają jeszcze surowszym ograniczeniom. Według Associated Press oznacza to w praktyce, że dziennikarze relacjonujący sprawy dotyczące Departamentu Wojny zostaliby wydaleni, jeśli upubliczniliby informacje niezatwierdzone przez Pete'a Hegsetha. - Żądanie od niezależnych dziennikarzy podporządkowania się tego typu ograniczeniom stoi w jawnej sprzeczności z konstytucyjną ochroną wolnej prasy w demokracji i stanowi ciągłą próbę ograniczania prawa społeczeństwa do zrozumienia działań rządu - ocenił Charles Stadlander, rzecznik prasowy "The New York Times". Do tej pory dziennikarze i tak mieli ograniczenia w poruszaniu się po Pentagonie. Nie mieli dostępu do niektórych miejsc oraz informacji niejawnych.

Donald Trump pytany o konflikt między dziennikarzami a szefostwem Pentagonu poparł nowe zasady wprowadzone przez departament. - Prasa jest nieuczciwa - powiedział. Stwierdził następnie, że zmiany były konieczne, ponieważ Hegseth "uważa prasę za bardzo uciążliwą". Dodał, że jego samego "trochę niepokoi", gdy dziennikarze chodzą za wojskowymi i zadają im pytania, ponieważ może to mieć "tragiczne skutki". Sam Hegseth nazwał wówczas nową politykę "zdrowym rozsądkiem", która ma uniemożliwić reporterom "wałęsanie się" po Pentagonie. Warto zaznaczyć, że Pete Hegseth przez wiele lat był dziennikarzem i do 2024 roku prowadził program w Fox News. Wcześniej głos w sprawie zabrał główny rzecznik departamentu. "Nasza polityka jest jasna: nakłanianie żołnierzy DOW (Departamentu Wojny - red.) i cywilów do popełniania przestępstw jest surowo zabronione" - napisał Sean Parnell w mediach społecznościowych. Zaznaczył, że nie wymaga się od dziennikarzy zgody na wprowadzenie nowej polityki, a jedynie potwierdzenia, że ją rozumieją.

gazeta.pl


Prezydent USA Donald Trump powiedział, że Stany Zjednoczone potrzebują pocisków Tomahawk na własne potrzeby i nie mogą uszczuplić ich zapasów. Zasugerował, że nie sprzeda ich Ukrainie i dodał, że może to też nie być odpowiedni moment na wprowadzenie sankcji.

Trump odpowiedział w ten sposób na pytanie, czy rozmawiał na temat sprzedaży pocisków Ukrainie podczas czwartkowej rozmowy z Władimirem Putinem.

- Cóż, trochę o tym rozmawialiśmy. Nie powiedziałem zbyt wiele, ale powiem ci teraz, że Stany Zjednoczone również potrzebują Tomahawków. Mamy ich dużo, ale ich potrzebujemy. To znaczy, nie możemy uszczuplić ich zasobów dla naszego kraju. Więc wiesz, są bardzo ważne, są bardzo potężne, są bardzo dokładne, są bardzo dobre, ale my też ich potrzebujemy, więc nie wiem, co możemy z tym zrobić - powiedział.

We wtorek podczas spotkania z przywódcą Argentyny Javierem Mileiem Trump zapewniał, że USA mają "mnóstwo" Tomahawków.

Trump powiadomił też w czwartek, że zapytał Putina, czy przeszkadzałoby mu, gdyby przekazał kilka tysięcy Tomahawków jego przeciwnikom. - Nie spodobała mu się ta idea - stwierdził z sarkazmem.

Powiedział też, że podczas piątkowego spotkania z prezydentem Ukrainy Wołodymyrem Zełenski powiadomi go o przebiegu rozmowy z Putinem.

Według zapowiedzi sprzedaż tych amerykańskich pocisków manewrujących ma być tematem piątkowej rozmowy Trumpa z Zełenskim. Ukraiński przywódca, który już przybył do Waszyngtonu, ocenił, że Moskwa zechciała wznowić dialog z USA, gdy tylko usłyszała o rakietach Tomahawk dla Kijowa.

Prezydent USA poinformował też, że spotka się w Budapeszcie z przywódcą Rosji Władimirem Putinem najpewniej w ciągu dwóch tygodni. Podkreślił, że gospodarzem spotkania będzie premier Węgier Viktor Orban.

Zaznaczył, że sekretarz stanu Marco Rubio ma spotkać się wkrótce też ze swoim rosyjskim odpowiednikiem Siergiejem Ławrowem. - Mają wkrótce ustalić czas i miejsce spotkania. Może już to ustalili. Już ze sobą rozmawiali - przekazał Trump.

Prezydent USA stwierdził również, że "może to nie być odpowiedni moment" na wprowadzenie sankcji przeciwko Rosji, mimo że lider Republikanów w Senacie John Thune wyraził gotowość do procedowania ustawy o nowych restrykcjach.

PAP

czwartek, 16 października 2025



Kupiańsk, leżący na skrzyżowaniu ważnych szlaków komunikacyjnych, jest strategicznym punktem oporu wojsk ukraińskich. Jego potencjalny upadek spowoduje ostateczną utratę kontroli sił ukraińskich nad wschodnim brzegiem rzeki Oskił oraz otworzy Rosjanom ponownie drogę w kierunku Izium i Charkowa.

Opisywane miasto zostało odbite przez Ukraińców podczas pamiętnej kontrofensywy charkowskiej sprzed trzech lat. Rosyjska klęska w Kupiańsku umożliwiła przeprawę ukraińskich wojsk przez Oskił. O ile w dolnym biegu rzeki Oskił efekty wspomnianej kontrofensywy były okazałe (zajęto choćby Borową i Łyman), to impetu kontrofensywy pod samym Kupiańskiem nie wystarczyło na znaczne dalsze postępy. Linia frontu zatrzymała się na długie miesiące i lata pod Synkiwką, tworząc charakterystyczny łuk sięgający na przedpole Swatowego.

Pogranicze obwodu charkowskiego i ługańskiego zamieniło się więc w arenę wojny pozycyjnej. Sytuacja zaczęła się zmieniać latem 2024 r. kiedy siły rosyjskie postanowiły całkowicie zająć wschodni (lewy) brzeg rzeki Oskił. Atak prowadzony był dwutorowo, ruszając spod drogi H-26 i miejscowości Berestowe oraz Tabajiwka, siły napastnika chciały osiągnąć rzekę Oskił (co udało się jesienią 2024 r.). Drugi kierunek ataku nastąpił na Synkiwkę, okrzykniętą już wcześniej „wuhłedarem północnym”, gdzie w walkach pozycyjnych Rosjanie, bez żadnego efektu, tracili kilotony sprzętu i setki ludzi.

Synkiwka ostatecznie została zdobyta w dniu 30 sierpnia 2024 r. Stanowiło to bezpośrednie zagrożenie dla Kupiańska, gdyż Rosjanie, idąc za ciosem, podeszli bezpośrednio pod jego wschodnią bramę. Ukraińcy, którzy ryzykowali fizycznym odcięciem na lewym brzegu Oskiłu (most łączący lewo i prawobrzeżną część miasta został zniszczony jeszcze w 2023 r.) nie dali za wygraną i po serii ciężkich walk w marcu 2025 r. odepchnęli Rosjan spod Kupiańska i zatrzymali linię frontu ponownie pod Synkiwką. Flanka wschodnia została więc zabezpieczona.

W międzyczasie, gdy jeszcze w listopadzie 2024 r. Rosjanie, zdając sobie już sprawę z niemożności wykonania frontalnego ataku na Kupiańsk od wschodu, przeprawili się przez Oskił na północ od Kupiańska, rozbudowując tam przyczółki. Skutkiem tego było zajęcie w styczniu 2025 r. Dworicznej. Upadek miasteczka w kolejnych miesiącach skutkował zajęciem drogi P-79, która stanowiła północny wlot do Kupiańska. W okresie maj-lipiec 2025 r. Rosjanie zintensyfikowali swoje działania na północnej osi, walcząc na linii Zapadne - Kałynowe – Kindrasziwka. Umożliwiły one pod koniec lipca 2025 r. siłom rosyjskim, składającym się z 25. Brygady Strzelców Zmotoryzowanych i 69. Dywizji Strzelców Zmotoryzowanychpodejście bezpośrednio pod administracyjne granice Kupiańska Jednakże wkroczenie na teren miasta na tym etapie okazało się niemożliwe.

Co więcej, Ukraińcy byli zdolni do odpychania sił wroga i przecinania drogi P-79. Głównym problemem Rosjan było skuteczne utrzymanie prowizorycznych mostów pontonowych na rzece Oskił, systematycznie niszczonych przez ukraińskie środki napadu powietrznego. Skutkowało to ospałym tempem rosyjskiego natarcia.

Doszło do tego że Rosjanie na początku września 2025 r. w celu aprowizacji i przerzucenia kolejnych żołnierzy bezpośrednio pod północną granicę Kupiańska, wykorzystali rurociąg. Mianowicie żołnierze wroga wchodzili do rurociągu w zalesionym terenie w pobliżu Łymana Perszyjego pod Synkiwką i przemieszczali się nim aż do Radkiwki, graniczącej od północy z Kupiańskiem. Wedle oświadczeń Ukraińskiego Sztabu Generalnego, po kilku dniach tego procederu, rurociąg miał zostać zniszczony. Nie był to pierwszy przypadek, kiedy siły rosyjskie wykorzystywały podziemne rurociągi do przemieszczania się w terenie. Działo się tak też podczas natarcia na ukraińskie pozycje obronne w Awdijiwce w obwodzie donieckim w styczniu 2024 r. oraz w Sudży w obwodzie kurskim w marcu 2025 r.

Rosyjska taktyka walki polegała na infiltracji miasta małymi grupami szturmowymi, liczącymi 2-3 żołnierzy, wspieranych dronami i artylerią. Dodatkowo pozycje ukraińskie są bombardowane nieustannie bombami kierowanymi FAB, i atakami dronami Łancet oraz Orlan-10.

Wedle relacji ukraińskiego dowództwa Rosjanie stosują powyższą taktykę, aby wykorzystać luki w ukraińskich liniach obronnych, cierpiących na niedobór żołnierzy. Rosyjscy wojskowi poruszają się w niewielkich grupach i nierzadko noszą cywilne ubrania, skradzione z lokalnych domów. Do połowy września 2025 r. Rosjanie zajęli dzięki tej taktyce północne dzielnice miasta i ruszyli dwutorowym atakiem w kierunku centrum i południa.

Pomimo wyraźnych problemów z zapewnieniem ciągłości logistyki spowodowanych działaniami ukraińskimi polegającymi na niszczeniu mostów pontonowych, Rosjanie budynek po budynku przemieszczali się na południe, w efekcie czego do końca września 2025 r. osiągnęli zarówno miejsce zniszczonego mostu na rzece Oskił, jak i trasę H-26 na zachodniej osi miasta.

Oznaczało to postawienie w trudnym położeniu ukraińskich pozycji, obecnych nadal w centrum Kupiańska, w krytycznym położeniu, zagrożonym fizycznym odcięciem. W kolejnych dniach pojawiły się informacje o wzmożonych walkach w centrum miasta, a 11 października Ukraińcy wycofali się z Kupiańska (3. Brygada Szturmowa).

Niezwykle trudna pozycja wojsk ukraińskich w Kupiańsku nie załamała do końca ich woli walki, gdyż w dniach 11-13 października Ukraińcy przeprowadzili kontruderzenie na północ od Kupiańska na linii Tyszczenkiwka – Radkiwka, podchodząc pod szosę P-79. Manewr ten potwierdzili również rosyjscy milblogerzy. Uderzenie to ma na celu nie tylko przecięcie wspomnianej drogi, która i tak jest w tzw. szarej strefie, ale realnie pozwala myśleć o całkowitym odcięciu Rosjan w Kupiańsku, gdyż ich logistyka oparta jest jedynie o drogi polne usytuowane wzdłuż Oskiłu. Do rzeki siły ukraińskie dzieli dystans 3,5 km.

defence24.pl


9 października Ministerstwo Handlu ChRL ogłosiło rozszerzenie nadzoru nad sprzedażą zagraniczną towarów o podwójnym zastosowaniu cywilno-wojskowym, m.in. metali ziem rzadkich i technologii do ich produkcji oraz zaawansowanych akumulatorów litowo-jonowych i anod z grafitu syntetycznego, a także wybranych materiałów supertwardych. Część regulacji ma charakter eksterytorialny. Od 1 grudnia eksport produktów wytworzonych poza krajem, w których tamtejsze pierwiastki ziem rzadkich stanowią co najmniej 0,1% wartości, bądź powstałych przy użyciu chińskich technologii z tego obszaru będzie możliwy wyłącznie po uzyskaniu licencji. Co do zasady nie będą one przyznawane, jeśli ostateczny odbiorca to firmy zbrojeniowe. Z kolei wnioski dotyczące komponentów zaawansowanych półprzewodników (14 nm i poniżej) oraz sprzętu do ich produkcji mają być rozpatrywane indywidualnie.

Katalog metali objętych restrykcjami poszerzy się o holm, erb, tul, europ i iterb. Na mocy nowych przepisów obywatele ChRL nie będą też mogli bez uprzedniej zgody władz brać udziału w zagranicznych projektach dotyczących poszukiwania, wydobycia i przetwarzania metali ziem rzadkich ani produkcji magnesów. Rządzący uzasadniają zaostrzenie kontroli eksportu wymienionych towarów i technologii względami bezpieczeństwa narodowego i interesem Chin oraz międzynarodowymi zobowiązaniami w zakresie zapobiegania rozprzestrzenianiu broni.

Ruch Pekinu stanowi wyraźną eskalację w wojnie gospodarczej przeciwko Zachodowi, a eksterytorialny wymiar regulacji ma charakter bezprecedensowy dla ChRL. Podobnie jak poprzednia runda restrykcji z wiosny nowe przepisy posłużą jako forma szantażu ekonomicznego wobec cywilnych sektorów przemysłu państw rozwiniętych, a ograniczenia dla zbrojeniówki będą zapewne trwałe.

Komentarz

Posunięcie uderza w globalny, w tym europejski, przemysł zbrojeniowy i plany zwiększenia zdolności obronnych państw UE. Może doprowadzić do spowolnienia rozbudowy zdolności militarnych Stanów Zjednoczonych i europejskich członków NATO, a w krótkim okresie – negatywnie wpłynąć na możliwości zaopatrzenia Ukrainy. Dla Chin to również ostatnia szansa, aby spowolnić proces zwiększania amerykańskiej produkcji zbrojeniowej, ponieważ zgodnie z decyzją Kongresu USA od 1 stycznia 2027 r. w tamtejszych systemach uzbrojenia nie będą wykorzystywane żadne komponenty zawierające metale ziem rzadkich ani magnesy chińskiego pochodzenia.

Działania Pekinu mogą być po części elementem negocjacji z Waszyngtonem przed spotkaniem Xi Jinpinga i Donalda Trumpa na marginesie szczytu APEC na przełomie października i listopada. Władze postanowiły wywrzeć jak największą presję na amerykańską administrację (szczególnie poprzez potencjalne ograniczenie surowców niezbędnych dla sektora procesorów), licząc, że ta się ugnie i pójdzie na daleko idący kompromis. Nie można wykluczyć, że Chiny będą m.in. oczekiwały ustępstw politycznych, w tym deklaracji Trumpa dotyczącej Tajwanu. Niemniej należy uznać, że część regulacji, zwłaszcza te uderzające w przemysł obronny na Zachodzie, zostanie wdrożona bez względu na wynik bilateralnych negocjacji, ponieważ są korzystne strategicznie dla ChRL. Przepisy wprowadzone przez Pekin w obszarze metali ziem rzadkich są analogiczne do ograniczeń amerykańskich w zakresie półprzewodników, lecz w przeciwieństwie do posunięć Waszyngtonu nie są bezpośrednio wymierzone jedynie w głównego rywala, lecz obejmują cały świat. Dzięki temu mogą być bardziej szczelne i skuteczne.

Krok Pekinu ogranicza możliwość rozwijania łańcuchów dostaw metali ziem rzadkich poza Chinami. Władze innych państw oraz niektóre firmy globalne podejmują próby dywersyfikacji źródeł i uniezależnienia się od importu z ChRL. Nowe regulacje utrudnią ten proces, m.in. poprzez zawężenie dostępu do chińskich technologii, know-how i komponentów. Na typ etapie nie wiadomo, jak głęboko w łańcuchy dostaw będą ingerowały przepisy. Konieczność uzyskania chińskich licencji eksportowych przez podmioty wytwarzające za granicą będzie je skłaniało do rekonfiguracji produkcji tak, by ograniczyć obciążenia regulacyjne i uniknąć ewentualnych opóźnień czy zakazów. Może to też zmusić niektóre z nich do przeniesienia większej części produkcji do Chin.

osw.waw.pl


Podczas spotkania Rutte, podobnie jak Hegseth, zażądał dalszych środków na zakup broni dla Ukrainy. Miał ku temu wszelkie powody: według najnowszego raportu "Ukraine Support Tracker" [dotyczącego wsparcia Ukrainy] Instytutu Gospodarki Światowej (IfW) w Kilonii, pomoc wojskowa Europy dla Ukrainy załamała się tego lata: w lipcu i sierpniu średni miesięczny poziom — w tym zakupy broni w USA — spadł o 57 proc. w porównaniu z pierwszą połową 2025 r.

— To krytyczna sytuacja — powiedział szwedzki minister obrony Pal Jonson. — Widzimy, że w kwestii wsparcia dla Ukrainy obrano złą drogę. Sytuacja się pogarsza, ale chcemy, aby się poprawiła — dodał. Do października Zełenski poprosił o zakup broni z USA o łącznej wartości 3,5 mld dol. [12,7 mld zł], ale do sierpnia zebrano tylko 1,9 mld euro [ponad 8 mld zł].

Lista broni, o którą poprosiła Ukraina, jest tajna. Na początku w inicjatywie PURL uczestniczyło tylko sześć krajów NATO. Według Rutte obecnie jest to "ponad połowa członków sojuszu". Nie ujawnił jednak, czy Francja, Wielka Brytania, Hiszpania i Włochy również dołączyły do inicjatywy i ile zamierzają przeznaczyć na ten cel.

Presja wewnętrzna na te cztery kraje była duża, podobnie jak niezadowolenie z powodu ich wielomiesięcznej odmowy okazania solidarności.

Berlin już na początku przeznaczył 500 mln euro [2,12 mld zł] na zakup broni z USA, podobnie jak Holandia. Szwecja, Norwegia i Dania również sfinansowały pakiet o wartości 500 mln euro [2,12 mld zł]. Łączna kwota 1,9 mld euro [ponad 8 mld zł] od lipca jest jednak znacznie niższa od oczekiwań i potrzeb Kijowa. Jednak po spotkaniu ministrów obrony zobowiązania te powinny jeszcze wzrosnąć.

onet.pl


9 października Izrael, Hamas oraz mediatorzy (m.in. Steve Witkoff) podpisali w Egipcie dokument dotyczący zakończenia wojny w Gazie, który przewiduje m.in. cofnięcie (w ramach Strefy) izraelskich wojsk, dopuszczenie pomocy humanitarnej oraz wymianę Izraelczyków przetrzymywanych przez Hamas (ok. 20 żyjących) na część Palestyńczyków więzionych lub przetrzymywanych przez Izrael (niemal 2 tys.). Postanowienia te – stanowiące realizację pierwszej fazy kompleksowego planu zakończenia konfliktu w Strefie Gazy, przedstawionego przez Donalda Trumpa pod koniec września – są od 13 października realizowane przez obie strony. Plan zakłada m.in., że Trump symbolicznie stanie na czele ciała nadzorującego powojenną administrację Gazy.

Również 13 października prezydenci USA, Turcji i Egiptu oraz emir Kataru w obecności przedstawicieli 26 innych państw sygnowali w mieście Szarm el-Szejk w Egipcie deklarację Trumpa na rzecz trwałego pokoju i dobrobytu (premier Izraela zrezygnował z przyjazdu). Dokument popiera wysiłki amerykańskiego przywódcy na rzecz zakończenia wojny w Gazie i zapowiada współpracę na rzecz stabilizacji regionu.

Pomimo stwierdzeń Trumpa, że udało mu się doprowadzić do ostatecznego końca wojny, oraz wstępnych sukcesów planu, czyli wstrzymania większości działań wojennych i wymiany przetrzymywanych ludzi między stronami, perspektywy pokoju w Gazie pozostają niepewne.

Komentarz
  • Porozumienie Izrael–Hamas i szczyt w Egipcie stanowią najpoważniejszą próbę zakończenia wojny od czasu zerwania w marcu przez stronę izraelską zawieszenia broni (wynegocjowanego w styczniu przy wsparciu ustępującej i wstępującej administracji amerykańskiej). To efekt osobistego zaangażowania Trumpa, upublicznionego – pod postacią 20-punktowego kompleksowego planu – w czasie wizyty premiera Binjamina Netanjahu w Waszyngtonie 29 września br. Na determinację prezydenta Stanów Zjednoczonych w dążeniu do zakończenia konfliktu mogło wpłynąć kilka czynników: nadzieje (niespełnione) na Pokojową Nagrodę Nobla, izraelski atak na stolicę Kataru (ważnego sojusznika USA) 9 września br. oraz wzbierająca w amerykańskim społeczeństwie fala krytyki wobec izraelskich działań w Gazie.
  • Obecną próbę doprowadzenia do końca wojny wyróżnia skala zaangażowania autorytetu Trumpa, jak również włączenie w proces państw trzecich. Prezydent firmuje ją swoim nazwiskiem, przemówił w tej sprawie w Knesecie (13 października), wystąpił de facto w roli gospodarza szczytu w Egipcie i ma symbolicznie stanąć na czele gremium nadzorującego powojenną administrację Gazy. Rangę procesu podnosi udział Egiptu, Turcji i Kataru, które są sygnatariuszami deklaracji, uczestniczyły w negocjowaniu porozumienia oraz mają monitorować jego realizację. Rozbudowana oprawa medialna szczytu i wielokrotne zapewnienia przywódcy USA, że to koniec wojny (a nie zawieszenie broni), mają na celu ograniczenie pola manewru Netanjahu – przede wszystkim uniemożliwienie mu wznowienia konfliktu po odzyskaniu przez Izrael swoich obywateli.
  • Starania prezydenta Stanów Zjednoczonych wydają się mieć – krótkoterminowo – szansę powodzenia. Nie dają jednak gwarancji, że plan wyjdzie poza pierwszą fazę, a Izrael – dotąd zainteresowany kontynuowaniem wojny – nie będzie jego dalszych stadiów opóźniał, rozmywał czy jednostronnie reinterpretował (przypisując zarazem winę drugiej stronie). W tym kontekście zwraca uwagę nieobecność Netanjahu w Egipcie oraz fakt, że nie jest on sygnatariuszem przyjętej tam deklaracji. Oznacza to, że Izrael przyjął na siebie zobowiązania wynikające wyłącznie z – wdrażanej aktualnie – „pierwszej fazy” i formalnie zachowuje swobodę dalszych poczynań.
  • Konieczność angażowania przez Trumpa tak rozbudowanych środków (przy niepewności rezultatów) obrazuje ograniczenia USA w zakresie wywierania skutecznej presji na Izrael – i to mimo że jest on pod wieloma względami od nich zależny, a Waszyngton w ciągu ostatnich dwóch lat wydał na jego obronę (bezpośrednio i pośrednio) 31–34 mld dolarów (dane Uniwersytetu Browna).
  • Kolejne etapy planu, mające prowadzić do trwałego pokoju, sformułowane są ogólnikowo i nie zawierają harmonogramu ani mechanizmów wymuszających na stronach ich realizację. Obejmują m.in.: rezygnację przez Hamas z rządzenia Gazą, jego rozbrojenie, amnestię dla bojowników, którzy zrezygnują z walki, oraz prawo opuszczenia Gazy dla pozostałych, otwarcie przejścia granicznego z Egiptem, zniszczenie „całej infrastruktury wojskowej, terrorystycznej i ofensywnej, włącznie z tunelami”, dalsze cofnięcie sił izraelskich (które nadal pozostaną w granicach Strefy), powojenną „przebudowę” Gazy, przejęcie administrowania Strefą przez technokratyczne ciało (złożone z Palestyńczyków), nad którym nadzór sprawować będzie Rada Pokoju z Trumpem na czele i m.in. Tonym Blairem w składzie, wreszcie – czasowe wprowadzenie do Gazy „Międzynarodowych Sił Stabilizujących”, złożonych m.in. z jednostek z państw arabskich. Założeń tych nie skonkretyzowano jednak w żadnym formalnym porozumieniu, więc nie mają mocy wiążącej. Ponadto ustawiają one w znacznie korzystniejszej pozycji Izrael, który będzie miał prawo recenzowania działań Hamasu, sam zaś – w myśl zapisów 20-punktowego planu – ma zobowiązać się wyłącznie do nieokupowania całej Strefy.
osw.waw.pl


Według doniesień portalu Naval News, w Pearl Harbor – miejscu, które pozostaje symbolem amerykańskiej potęgi morskiej i jej najboleśniejszego ciosu – trwa modernizacja na miarę XXI wieku. Nabrzeża M1 i M2, stare doki i infrastruktura z czasów zimnej wojny dostają drugie życie, tym razem dla jednostek o futurystycznych kształtach, takich jak USS Zumwalt (DDG 1000), który zawijał do portu w Pearl Harbor, zanim trafił do stoczni Huntington Ingalls w Pascagoula na przebudowę pod kątem nowego uzbrojenia.

Według planów US Navy, wszystkie trzy niszczyciele typu Zumwalt – które jeszcze kilka lat temu uchodziły za kosztowny eksperyment – oraz dwa do trzech okrętów podwodnych typu Virginia w wersji Block V z modułem VPM mają rozpocząć stałe bazowanie na Hawajach od połowy 2028 r., po zakończeniu rozbudowy infrastruktury w Pearl Harbor.

Tutaj nie chodzi tylko o logistykę. To przestawienie ciężaru całej amerykańskiej obecności na oceanicznym froncie. Nie tyle zmiana portu, co zmiana filozofii. Zamiast czekać, aż chińska flota wyjdzie na otwarte wody, Amerykanie chcą mieć swoje „młoty” już w środku Indo-Pacyfiku. W założeniu ma to skrócić czas reakcji z kilku dni do kilkunastu godzin. Tam, gdzie do tej pory dominowały lotniskowce, pojawi się nowa kategoria okrętów – mniejszych, trudniejszych do wykrycia, lecz zdolnych do uderzenia z prędkością ponad pięciokrotnie większą od dźwięku.

(...)

Okręty typu Zumwalt przez lata były niemal morskim żartem – drogim eksperymentem, który zamiast rewolucji przyniósł tylko kłopoty. Teraz stają się poligonem doświadczalnym dla całej koncepcji broni hipersonicznej.

Dwa z nich już przechodzą modernizację w stoczni Huntington Ingalls w Pascagoula, trzeci dołączy w 2026 roku. Po przebudowie trzy jednostki będą mogły przenosić łącznie 36 pocisków Conventional Prompt Strike (CPS). To broń, której znaczenia wciąż do końca nie zrozumieliśmy – błyskawiczna, trudna do przechwycenia, zaprojektowana do zniszczenia celu na lądzie w czasie krótszym niż jedna reklama w telewizji.

Do tego dochodzą nowe systemy rozpoznania, łączności i obrony powietrznej. Niszczyciele typu Zumwalt mają być samodzielnymi platformami uderzeniowymi, działającymi z dala od wsparcia lotniskowców. W praktyce: miniaturowe „superokręty”, które mogą uderzyć pierwsze i przetrwać kontratak.

Nie mniej istotny jest wątek okrętów podwodnych o napędzie jądrowym. Zespół z Pearl Harbor w tej dekadzie mają tworzyć jednostki typu Virginia, w tym wersja Block V z modułem VPM. Ten fragment kadłuba, dodany w środkowej sekcji, to nic innego jak dodatkowe 28 komór dla pocisków manewrujących Tomahawk; po przezbrojeniu w wariancie z CPS przewiduje się 12 pocisków hipersonicznych na okręt. Pierwszymi jednostkami w tym wariancie mają być USS Arizona (SSN-803) oraz USS Barb (SSN-804) jak podaje US Navy.

(...)

Żeby przyjąć tę nową flotę, US Navy rozbudowuje bazę i stocznię Pearl Harbor do rozmiarów niespotykanych od II wojny światowej. Modernizowane są doki, instalacje elektryczne o mocy 4160 V oraz miejsca do cumowania i napraw. To infrastruktura przygotowywana na długie lata obecności floty. Prace prowadzi NAVFAC – dowództwo inżynieryjne Marynarki Wojennej USA, odpowiedzialne za budowę i utrzymanie obiektów brzegowych. Modernizacja ma potrwać do 2028 roku, równolegle z przebudową nabrzeży M1, M2, B24 i B26. W gruncie rzeczy nie chodzi jednak o samo miejsce, lecz o kierunek: Pacyfik przestaje być oceanem rozległym i pustym. Staje się głównym polem rywalizacji.

portalstoczniowy.pl