poniedziałek, 29 września 2025



Północnokoreański przywódca Kim Ir-sen kalkulował, że sytuacja międzynarodowa była niezwykle sprzyjająca. Licząca ponad pół miliona żołnierzy armia amerykańska pogrążała się w Wietnamie Południowym, który dla prezydenta Lyndona Johnsona miał absolutny priorytet. Od 21 stycznia wojska amerykańskie bronią się w Khe Sanh, nieopodal strefy rozgraniczającej Wietnam Południowy od Północnego, a niebawem 31 stycznia rozpocznie się wielka ofensywa Tet Viet Congu i regularnych wojsk północnowietnamskich. Atmosfera w Korei Południowej pozwala Korei Północnej na wyciągnięcie optymistycznych wniosków, gdyż rządy gen. Parka nie cieszył się popularnością.

I jak się okazało najbardziej zmilitaryzowana strefa zdemilitaryzowana DMZ bynajmniej nie jest nie do sforsowania. Tak zwany Incydent 21 stycznia, bądź nalot na Blue House (Błękitny Dom, nazwa siedziby prezydenta Republiki Korei) zakończył się całkowitym fiaskiem. Dla Korei Południowej a także jej sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi miało to daleko idące pozytywne konsekwencje.

W czerwcu 1957 r. odbyło się kolejne już spotkanie Międzynarodowej Komisji Rozjemowej (Military Armistice Committee, MAC), której skład tworzy pięciu przedstawicieli z Dowództwa Narodów Zjednoczonych (United Nations Command, UNC) oraz taka sama liczba reprezentantów Koreańskiej Armii Ludowej (Korean People’s Army, KPA) i chińskich sił Ludowej Armii Ochotniczej (People’s Volunteer Army, PVA). Znajdujące się pod faktycznym dowództwem amerykańskim UNC oznajmia jednoznacznie, iż nie czuje się związane paragrafem 13b z Porozumienia o zawieszeniu broni z 1953 r. w aspekcie niesprowadzania na Półwysep Koreański nowych rodzajów broni.

Decyzja podyktowana była potrzebą wzmocnienia obrony Korei Południowej związanej z USA traktatem sojuszniczym z 1953 r., w której rządy sprawuje prezydent Rhee Syng-man. Czas jego urzędowania był niezwykle trudny. Targany niepokojami społecznymi na tle gospodarczym i politycznym i bynajmniej nie wolny od wpływów komunistycznych kraj bardzo powoli podnosi się ze zniszczeń wojennych. Ale też i prezydent Rhee nie jest wolny od tendencji autorytarnych. Korea Południowa od czasu obowiązywania w USA strategii zawartej w NSC-68 czyli faktycznie od 1950 r. jest jednym z najważniejszych elementów amerykańskiej strategii powstrzymywania komunizmu w regionie Azji-Pacyfiku. W konsekwencji USA rozmieszczają na terytorium Korei Południowej broń nuklearną, m. in. pociski Honest John, pociski manewrujące Matador oraz działa atomowe. Są to środki prewencyjne mające zapobiec ewentualnej nowej agresji Północy i wydaje się, że adekwatne do zagrożenia. Jednak Korea Północna dostosuje się do nowej sytuacji i zmieni taktykę działania.

W 1967 r. weszło w życie dwustronne porozumienie zawarte między Koreą Południową a Stanami Zjednoczonymi dotyczące statusu amerykańskich sił zbrojnych stacjonujących w Korei tzw. Status of Forces Agreement (SOFA). Nie tylko, że precyzowało ono warunki stacjonowania wojsk amerykańskich na terytorium Korei Południowej, ale było wyraźnym sygnałem ugruntowania amerykańskiej obecności w tym kraju. W latach 1966-1967 ich liczba kształtowała się na poziomie 47-55 tys., i została zwiększona w następnych dwóch latach odpowiednio do 62 i 66 tys.

Zdając sobie sprawę ze znaczenia broni nuklearnej Kim Ir-sen nakazał rozpoczęcie badań w tym kierunku zaraz po podpisaniu zawieszenia broni. Był jednak zdany na własne siły, gdyż ani Związek Sowiecki ani Chiny nie zgodziły się udzielić mu pomocy w tej materii, toteż progres mógł zanotować dopiero na początku lat 70-ch. Dla Korei Północnej decyzja UNC godziła nie tylko w porozumienie o zawieszeniu broni, ale przekształcała Półwysep Koreański w amerykańską strefę atomową i definitywnie niweczyła plany ewentualnej nowej wojny ofensywnej.

Tymczasem Kim Ir-sen podjął decyzję o przesunięciu sił konwencjonalnych bliżej DMZ, co miałoby obniżyć stopień zagrożenia nuklearnego ze strony USA i Korei Południowej. 10 grudnia 1962 r. przedstawił Komitetowi Centralnemu Koreańskiej Partii Robotniczej (Korean Worker’s Party, KWP) nową taktykę polegającą na przejściu na operacje o charakterze nieregularnym, czyli wojnę o niskim natężeniu zakładającą działania partyzanckie, dywersyjne a także propagandowe i agitacyjne zakładając osiągnięcie punktu kulminacyjnego do końca 1967 r. a więc wraz z zakończeniem realizacji Planu Siedmioletniego.

Planom tym sprzyjała sytuacja międzynarodowa jak i w samej Korei Południowej. Od marca 1965 r. trwała eskalacja wojny w Wietnamie Południowym, gdzie Ameryka angażowała coraz większe siły. Korea Północna wspomagała Wietnam Północny od 1966 r. nie tylko finansowo, ale i militarnie, a symboliczny, aczkolwiek istotny z propagandowego punktu widzenia udział północnokoreańskiej eskadry myśliwskiej z zadaniem ochrony strefy powietrznej nad Hanoi miał świadczyć o bliskich relacjach między dwoma komunistycznymi państwami. W tym samym czasie w wojnę w Wietnamie zaangażowała się Korea Południowa wysyłając swój 50-tysięczny kontyngent zbrojny.

Wietnam nie tylko, że ogniskował uwagę ówczesnego świata, ale pozwalał na zastosowanie taktyki wojny o niskim natężeniu na Półwyspie Koreańskim bez poważniejszych konsekwencji, tym bardziej, że Pyongyang pozostawał w przekonaniu, że inicjatywa leży po jego stronie.

Równie sprzyjająca wydawała się sytuacja w Korei Południowej. Park Chung-hae przejął władzę w 1961 r. w wyniku zamachu stanu obalając demokratycznie wybranego prezydenta Yun Bo-seona kończąc tym samym krótki okres demokracji. Wygrana w wyborach prezydenckich 1963 r. zapewniała mu legalizację władzy, a wybory prezydenckie i parlamentarne 1967 r. praktycznie wyeliminowały opozycję. Wdrażane z żelazną konsekwencją, ale i bardzo dotkliwe społecznie reformy gospodarcze wywoływały sprzeciw często wyrażający się w formie gwałtownych protestów i demonstracji. Oburzenie w kręgach liberalnych, ale też i wśród zwykłych obywateli budziła polityka normalizacji relacji z Japonią, z którą podpisano porozumienie o nawiązaniu stosunków dyplomatycznych w czerwcu 1965 r. Od lutego do czerwca kraj był widownią fali masowych protestów.

Korea Północna była również świadoma, że w Korei Południowej nie istniał żaden plan zwalczania infiltracji i działań wywrotowych, a ewentualne działania odwetowe ze strony Seulu wymagały porozumienia i akceptacji ze strony generała Charlesa Bonesteel, pod którego dowództwem znajdowały się siły UNC oraz United States Forces Korea (USFK), który nie chciał naruszać porozumienia o zawieszeniu broni. Nie oznacza to, by Korea Południowa nie odpowiadała na prowokacje. Były to jednak działania doraźne prowadzone bądź to przez siły zbrojne, policyjne bądź wywiad lub kontrwywiad. Bonesteel zidentyfikował obszary taktyki defensywnej przeciwko północnokoreańskim prowokacjom, która sprowadzała się do wzmocnienia DMZ, ochrony wód terytorialnych oraz przeciwdziałania ewentualnym aktom wojny partyzanckiej w głębi kraju. Wspólnie z prezydentem Park Chung-hae nadał jej ramy strukturalne – Instrukcja prezydencka nr 18, ale dopiero pod koniec 1967 r.

Kim Ir-sen dysponował zatem następującymi argumentami: 1. Priorytet wojny w Wietnamie, który kierował uwagę Stanów Zjednoczonych w stronę Półwyspu Indochińskiego, 2. Niestabilna sytuacja gospodarcza i polityczna w Korei Południowej, 3. Ugruntowanie obecności wojsk amerykańskich w Korei Południowej oraz 4. Nazbyt późne opracowanie Instrukcji prezydenckiej nr 18.

(...)

6 października podczas zjazdu Koreańskiej Partii Robotniczej Kim Ir-sen nakazał przejście do fazy realizacji operacji infiltracyjnych i prowokacji. Była to tak zwana druga wojna koreańska obejmująca czasokres od 1966 do 1969 r. W samych latach poprzedzających Incydent 21 stycznia liczba aktów przemocy w strefie granicznej wzrosła ponad ośmiokrotnie od 42 w 1966 r. do 360 w 1967 r., zanotowano przy tym ponad sto incydentów z użyciem broni automatycznej i małokalibrowej. W ich wyniku śmierć poniosło 63 żołnierzy amerykańskich i południowokoreańskich a 190 osób zostało rannych. Wszystko to było przygrywką do operacji styczniowej w 1968 r.

defence24.pl


Były prokurator generalny, minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro został w poniedziałek zatrzymany przez policję w celu doprowadzenia na przesłuchanie przed komisją śledczą ds. Pegasusa. Zatrzymanie odbyło się, gdy tylko polityk wyszedł z samolotu, którym przyleciał z Brukseli do Warszawy.

Ziobro, który ok. godz. 10.30 wylądował na Lotnisku Chopina, został zatrzymany po wyjściu na schody samolotu. Odjechał nieoznakowanym policyjnym radiowozem.

Na poniedziałek na godz. 10.30 zaplanowano przesłuchanie Zbigniewa Ziobry przed komisją śledczą ds. Pegasusa. Sąd wyraził zgodę na doprowadzenie polityka na posiedzenie komisji. To dziewiąta próba przesłuchania Ziobry. Policjanci realizujący nakaz doprowadzenia nie zatrzymali go w poniedziałek w jego domu w Jeruzalu (woj. łódzkie). Ziobro przyleciał do Warszawy z Brukseli. Jego zdaniem, komisja jest nielegalna.

PAP


Według polskiego ministra obecna wojna najprawdopodobniej zakończy się tak jak I wojna światowa. - Jedna albo druga strona wyczerpie zapasy (potrzebne) do jej kontynuowania - dodał.

Podkreślił, że Putin rozpoczął wojnę, kierując się bardzo optymistycznymi założeniami. - Myślał, że w Kijowie dojdzie do przewrotu, że zajmie to trzy dni, że Ukraińcy przyjmą ich z otwartymi ramionami, bo są tylko zagubionymi Rosjanami. Wszystkie te założenia okazały się błędne. Więc jest pogrążony w wojnie, która niszczy rosyjską przyszłość, która już spowodowała milion zabitych i rannych - powiedział Sikorski.

Według niego Putin nie może przyznać się do błędu przed samym sobą ani przed Rosjanami.

- Takie kolonialne wojny zazwyczaj trwają około dziesięciu lat. Kończą się tylko wtedy, gdy agresor uznaje, że nie może wygrać. I zazwyczaj kończy je strona, która ich nie zaczynała - kontynuował wicepremier.

Przypomniał, że Rosja przegrała wiele wojen, a wszystkie je łączy to, że dopiero po ich zakończeniu w Rosji zaszły reformy. - Więc przegrana Rosji w tej wojnie byłaby dobra nie tylko dla Ukrainy i Europy, ale też dla Rosji - ocenił Sikorski.

PAP


Wiceprezydent USA J.D. Vance potwierdził w niedzielę, że Stany Zjednoczone rozważają sprzedaż pocisków Tomahawk Ukrainie. W wywiadzie dla Fox News stwierdził też, że Rosja musi się "obudzić" i dostrzec, że jej ofensywa utknęła. Wiceprezydent mówił również o możliwym porozumieniu pokojowym w Gazie.

Vance potwierdził wcześniejsze doniesienia prasy oraz słowa prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego, który powiedział, że poprosił Trumpa o sprzedaż Tomahawków, na co otrzymał odpowiedź "popracujemy nad tym".

- Tak jak powiedział prezydent, przyglądamy się temu. Z pewnością przyglądamy się szeregowi wniosków od Europejczyków - powiedział Vance w niedzielnym wywiadzie dla Fox News. Zaznaczył, że ostateczną decyzję w sprawie podejmie sam prezydent, kierując się interesem Stanów Zjednoczonych.

- Pozwolę, by prezydent o tym mówił, ale wiem, że prowadzimy o tym rozmowy dosłownie w tej minucie - dodał wiceprezydent.

Pytany o zwrot w retoryce Trumpa i jego stwierdzenie, że Ukraina może odzyskać swoje ziemie okupowane przez Rosję, Vance stwierdził, że wynika to ze zmieniających się realiów na polu bitwy.

- Jedną z rzeczy, które naprawdę podziwiam w podejściu prezydenta do całego tego konfliktu, i szczerze mówiąc, wszystkich wysiłków dyplomatycznych administracji, jest to, że jest ono bardzo mocno osadzone w rzeczywistości - powiedział polityk. - A to, co dzieje się teraz, jak to określił prezydent, to fakt, że Rosja jest w impasie. Zabijają mnóstwo ludzi. Sami tracą mnóstwo ludzi i nie mają zbyt wielu korzyści terytorialnych. Prezydent więc przygląda się sytuacji. Mówi: spójrzcie, rosyjska gospodarka jest w ruinie. Rosjanie niewiele zyskują na polu bitwy. Najwyraźniej nadszedł czas, aby wysłuchali jego żarliwej prośby, aby zasiedli do stołu i poważnie porozmawiali o pokoju - dodał.

Vance zaznaczył, że Rosjanie "muszą się obudzić i zaakceptować rzeczywistość", że ich ataki nie przynoszą żadnych skutków.

Podczas wywiadu z Fox News Vance odniósł się również do zapowiedzi Trumpa dotyczących rychłego zawarcia porozumienia pokojowego w Strefie Gazy. Wiceprezydent wyraził optymizm, choć stwierdził, że wciąż możliwe jest wykolejenie się rozmów na ostatniej prostej. Vance stwierdził, że celem USA jest uwolnienie zakładników Hamasu, wyeliminowanie Hamasu jako zagrożenia dla Izraela i umożliwienie dotarcia pomocy humanitarnej dla Palestyńczyków. Stwierdził też, że prezydent chce, by Strefa Gazy i Zachodni Brzeg Jordanu były zarządzane przez Palestyńczyków.

Sam Trump, który już w piątek sugerował, że porozumienie zostało osiągnięte, w niedzielę dodatkowo podsycał nadzieję na przełom.

"Mamy realną szansę na WIELKOŚĆ NA BLISKIM WSCHODZIE. WSZYSCY SIĘ ZGADZAJĄ, BY ZROBIĆ COŚ WYJĄTKOWEGO, PO RAZ PIERWSZY W HISTORII. ZROBIMY TO!!!" - napisał prezydent na swoim portalu społecznościowym Truth Social. W poniedziałek Trump spotka się z premierem Izraela Benjaminem Netanjahu.

PAP


Dziennik "Washington Post" ocenił, że 21-punktowy plan pokojowy dla Strefy Gazy przedstawiony przez prezydenta USA Donalda Trumpa otwiera "drogę do utworzenia państwa palestyńskiego". Zakłada on m.in. zawieszenie broni i uwolnienie żyjących zakładników w ciągu 48 godzin.

Zgodnie z dokumentem, którego kopię zdobył waszyngtoński dziennik, projekt zakłada zniszczenie ofensywnego arsenału Hamasu, amnestię dla bojowników akceptujących pokojowe współistnienie oraz zapewnienie bezpiecznego przejścia dla tych, którzy zdecydują się na wygnanie.

Izrael miałby uwolnić 250 więźniów skazanych na dożywocie oraz 1700 mieszkańców Strefy Gazy zatrzymanych po 7 października 2023 roku, a także przekazać szczątki 15 zmarłych mieszkańców Strefy Gazy w zamian za każde zwrócone szczątki izraelskiego zakładnika. Pomoc humanitarna miałaby natychmiast napłynąć do Strefy Gazy, choć dokument nie precyzuje, kto realizowałby i finansował te działania.

Władzę w Strefie Gazy sprawowaliby tymczasowo "wykwalifikowani Palestyńczycy i eksperci międzynarodowi", nadzorowani przez nowy organ międzynarodowy, podczas gdy Autonomia Palestyńska przechodziłaby proces reform w celu ostatecznego przejęcia nad nią kontroli.

USA "będą również współpracować z partnerami arabskimi i międzynarodowymi w celu utworzenia tymczasowych Międzynarodowych Sił Stabilizacyjnych, które będą natychmiast rozmieszczane i nadzorować bezpieczeństwo w Strefie Gazy", podczas gdy siły palestyńskie będą szkolone. Siły Obronne Izraela będą "stopniowo przekazywać okupowane terytorium Strefy Gazy" - stwierdza dokument. Ostatecznie Izraelczycy całkowicie się wycofają, z wyjątkiem nieokreślonej "obecności perymetrycznej".

Plan zapewnia, że żaden mieszkaniec Strefy Gazy nie zostanie zmuszony do jej opuszczenia, a ci, którzy to zrobią, będą mogli powrócić. Dokument zawiera również zobowiązanie Izraela do nieokupowania ani nieanektowania Strefy Gazy oraz do zaprzestania ataków na Katar, uznając jego rolę jako mediatora.

"Washington Post" przypomina, że ani Izrael, ani Hamas nie zaakceptowały jeszcze liczącego nieco ponad trzy strony planu, który amerykańscy urzędnicy przedstawili ostatnio rządom regionu i państw sojuszniczych podczas spotkań na wysokim szczeblu w Organizacji Narodów Zjednoczonych.

W nawiązaniu do nowej propozycji, prezydent Trump ocenił: "Być może mamy porozumienie w sprawie Strefy Gazy. Jesteśmy bardzo blisko… Myślę, że to porozumienie pozwoli nam odzyskać zakładników. To będzie porozumienie, które zakończy wojnę".

Dokument ostrożnie stwierdza, że po przeprowadzeniu wszystkich przewidzianych reform rozwojowych i politycznych "w końcu powstaną warunki dla wiarygodnej ścieżki do państwowości palestyńskiej, którą uznajemy za aspirację narodu palestyńskiego". Stany Zjednoczone "nawiążą dialog między Izraelem a Palestyńczykami, aby uzgodnić horyzont polityczny umożliwiający pokojowe i dostatnie współistnienie".

PAP

niedziela, 28 września 2025



Amerykańska agencja prasowa Bloomberg poinformowała, że w tym tygodniu w Moskwie odbyło się nieoficjalne spotkanie z udziałem brytyjskich, francuskich i niemieckich dyplomatów. Mieli oni przekazać przedstawicielom Kremla, że NATO jest gotowe "zareagować z pełną siłą", jeśli rosyjskie samoloty nadal będą naruszać przestrzeń powietrzną państw Sojuszu Północnoatlantyckiego. Jak podkreślono, europejscy dyplomaci zaznaczyli, że NATO może w takich przypadkach zestrzeliwać rosyjskie samoloty. Bloomberg dostał informacje o spotkaniu od urzędników zaznajomionych ze sprawą.

Jak ustaliła amerykańska agencja informacyjna, podczas rozmów w Moskwie rosyjski dyplomata powiedział Europejczykom, że incydenty związane z naruszeniem przestrzeni powietrznej NATO były odpowiedzią Rosji na ukraińskie ataki na Krymie. Kreml twierdzi, że operacje te nie byłyby możliwe bez wsparcia NATO, co zdaniem rosyjskich władz oznacza zaangażowanie Sojuszu Północnoatlantyckiego w konfrontację z Rosją.

W piątek 26 września doniesienia Bloomberga skomentował Dmitrij Pieskow. Rzecznik Kremla został zapytany przez dziennikarzy, jak Rosja zareagowałaby na zestrzelenie rosyjskiego samolotu przez państwo należące do NATO. - Wiecie, nawet nie chcę o tym rozmawiać. To bardzo nieodpowiedzialne stwierdzenie - powiedział Pieskow, odnosząc się do deklaracji o możliwości zestrzeliwania rosyjskich samolotów. - To bardzo nieodpowiedzialne, ponieważ oskarżenia pod adresem Rosji, że jej samoloty wojskowe naruszyły czyjąś przestrzeń powietrzną i wtargnęły na czyjeś niebo, są bezpodstawne. Nie przedstawiono żadnych przekonujących dowodów - dodał.

W czwartek 25 września szef MSZ Rosji Siergiej Ławrow uczestniczył w spotkaniu ministrów spraw zagranicznych państw G20 w Nowym Jorku. Ławrow skrytykował postawę Zachodu wobec wojny w Ukrainie. - NATO i Unia Europejska za pośrednictwem Ukrainy wypowiedziały mojemu krajowi prawdziwą wojnę i są w nią bezpośrednio zaangażowane - stwierdził rosyjski minister spraw zagranicznych.

gazeta.pl


Donald Trump nakazał wysłanie wojsk federalnych do Portland. W mediach społecznościowych napisał, że decyzja ma związek z bezpieczeństwem miasta i obejmuje zgodę na użycie pełnej siły, jeśli zajdzie taka potrzeba. Amerykański przywódca przekazał, że działa na prośbę sekretarzyni bezpieczeństwa wewnętrznego Kristi Noem. Wojsko ma chronić Portland oraz federalne placówki imigracyjne przed - jak określił prezydent USA - atakami Antify i innych "krajowych terrorystów". Nie jest jasne, na jakiej podstawie prawnej mogłoby dojść do takiej operacji. Amerykańskie prawo ogranicza prezydentowi możliwość używania wojsk federalnych do egzekwowania prawa stanowego.

Gubernatorka stanu Oregon wyraziła sprzeciw przeciwko tej decyzji. Tina Kotek, jadąc do Portland, odbyła siedmiominutową rozmowę telefoniczną z Donaldem Trumpem, w czasie której próbowała przekonać go, aby nie wysyłał wojsko do miasta. Polityczka podkreślała, że "nie ma żadnych zamieszek", a lokalne władze są w stanie samodzielnie zapewnić bezpieczeństwo. - Nie ma potrzeby, aby wojsko stacjonowało w naszym mieście. Żołnierze powinni być zaangażowani w rzeczywiste sytuacje kryzysowe - powiedziała gubernatorka. - Jasno się wyraziłam. Nie potrzebujemy pomocy. Proszę, nie wysyłajcie wojsk - dodała.

Decyzja Donalda Trumpa wpisuje się w jego nasilającą się kampanię przeciwko - jak mówi - "radykalnej lewicy". Po zabójstwie konserwatywnego aktywisty Charliego Kirka prezydent zaostrzył retorykę wobec politycznych przeciwników (choć nie ma żadnych dowodów na związki zabójcy z lewicą, wręcz przeciwnie, najprawdopodobniej był skrajnym nacjonalistą i uważał Kirka za "udawanego konserwatystę", pochodzi też z rodziny o konserwatywnych poglądach). Wcześniej określił życie w Portland jako "życie w piekle", a samo miasto jako "spustoszałe wojną" i zapowiadał możliwość interwencji także w innych miastach, w tym Chicago i Baltimore.

gazeta.pl


Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski ogłosił 27 września, że Izrael dostarczył Ukrainie system Patriot w sierpniu 2025 r., a Ukraina otrzyma dwa systemy obrony powietrznej Patriot jesienią 2025 r.

Rzecznik Ministerstwa Spraw Zagranicznych Rosji (MSZ) Maria Zacharowa absurdalnie oskarżyła Ukrainę 26 września o wtargnięcie rosyjskich dronów na Polskę w dniach 9-10 września i wtargnięcie rosyjskich dronów na Rumunię 13 września. Zacharowa w dalszym ciągu zaprzeczała udziałowi Rosji w najazdach dronów na Polskę i Rumunię oraz twierdziła, że Ukraina jest odpowiedzialna i organizowała najazdy, aby wrobić Rosję i sprowokować wojnę między NATO a Rosją. Zacharowa twierdziła, że trzecia wojna światowa wybuchnie w najbliższym czasie, jeśli ktoś potwierdzi rzekomy udział Ukrainy w operacjach pod fałszywą flagą w Rumunii i Polsce. Władze polskie i rumuńskie zidentyfikowały wcześniej drony, które naruszyły ich przestrzenie powietrzne, jako rosyjskie.

Europejscy urzędnicy nadal zgłaszają niezidentyfikowane drony działające w przestrzeni powietrznej NATO. Duńskie Ministerstwo Obrony (MON) poinformowało 27 września, że Duńskie Dowództwo Obrony obserwowało drony w pobliżu wielu duńskich obiektów wojskowych, w tym bazy lotniczej Skrydstrup i koszar Jutlandzkiego Pułku Dragonów w Holstebro. Wileńska Służba Bezpieczeństwa Publicznego poinformowała 26 września, że trzy niezidentyfikowane drony dwukrotnie zakłóciły loty na lotnisku w Wilnie po południu 26 września. Fiński outlet Yle poinformował 27 września, że nieznany podmiot pilotował drona nad elektrownią Valajaskoski w Rovaniemi w Laponii w północnej Finlandii.

(...)

Rzecznik ukraińskiego 11. Korpusu Armii (AC) Dmytro Zaporożec poinformował, że siły rosyjskie kontynuują ataki w rejonie lasu Serebryanske (na północ od Siwierska) i przepływają przez rzekę Siwierski Doniec, aby zaatakować w kierunku Serebryanki. Zaporożec stwierdził, że siły rosyjskie próbują zdobyć przyczółek na obrzeżach Siwierska przed nadejściem błotnistego sezonu jesiennego 2025. Zaporożec dodał, że siły rosyjskie wykorzystują ukrycie, jakie zapewniają liście lasu Serebryanske, do infiltracji pozycji ukraińskich w małych grupach liczących od jednego do dwóch piechurów. Zaporożec poinformował, że siły ukraińskie niszczą wszelkie siły rosyjskie, które czasami docierają do przedmieść Siwierska.

understandingwar.org


"Gigantyczne rus kotły" w rejonie Dobropola część II. Najnowsze komentarze ukr wojskowych.

Dzisiaj mamy na X kolejna falę wpisów informujących o różnej wielkości i kształtu "kotłach", w których znajdować się mają rzekomo tysiące rus żołnierze w rejonie Dobropola. Przypominam że ględzenie o tych kotłach trwa już 3 tydzień i nic z tego nie wynika za wyjątkiem wpisów na twiterze. Jest to wyolbrzymione przez tutejsze konta propagandowe, wojskowi ukr pozostają wstrzemięźliwi. Przykładowo gen Syrski zapytany dzisiaj przez dziennikarzy o sytuacje na froncie, nie wspomniał ani słowem o żadnych kotłach w rejonie Dobropola. 

"Jeśli chodzi o ogólną sytuację na froncie, pozostaje ona skomplikowana. Przeciwnik kontynuuje natarcie na głównych kierunkach, w szczególności pokrowskim i dobropolskim. Napięta sytuacja utrzymuje się również na kierunkach łymańskim i nowopawliwskim. Na innych kierunkach sytuacja charakteryzuje się działaniami bojowymi o niskiej intensywności. Ogólnie rzecz biorąc, sytuacja jest pod naszą kontrolą. Ostatnio mamy pewne sukcesy. "

Według danych przekazanych przez gen. Syrskiego, obecnie średnio codziennie dochodzi od 160 do 190 starć bojowych i około 15-20 akcji szturmowych ze strony ZSU. Rus mają używać obecnie także dwa razy więcej pocisków artyleryjskich od strony ukr. Syrski potwierdził info że rus zgrupowanie piechoty morskiej przerzucone z obw. sumskiego walczy obecnie w rejonie Dobropola.

 "Kontynuujemy taktykę aktywnych działań kontrofensywnych, aktywnej obrony. Pozwala nam to po pierwsze nie oddawać inicjatywy wrogowi. A także manewrować siłami i środkami, koncentrując główne wysiłki na problematycznych kierunkach."

Źródło: ukrinform.ua

Kilka dni temu dziennikarze tv Espresso przeprowadzili wywiad z sierżantem W. Piaseckim z 93 BZ. Powiedział on że brygada prowadzi obecnie wyłącznie działania obronne. Jej pas odpowiedzialności to obecnie rejon Rusyn Jaru, gdzie prawdopodobnie pod koniec sierpnia 2025 r. zastąpiła broniącą dotąd tego rejonu 44 BZ.

"Obecnie brygada nie prowadzi działań kontrofensywnych – prowadzimy walki obronne z jednostką Federacji Rosyjskiej, która odznaczyła się naruszeniami zasad prowadzenia wojny i zbrodniami wojennymi [chodzi o 155 Brygadę Piechoty Morskiej - przyp moje]. Kiedy dowiedzieliśmy się, że wejdzie ona w pas odpowiedzialności naszej brygady, przygotowywaliśmy się do odparcia zakrojonych na szeroką skalę szturmów z udziałem dużej ilości sprzętu pancernego. Jednak, jak pokazała praktyka ostatnich kilku tygodni, wróg jest również w pewnym stopniu wykrwawiony.Ponadto wróg ma problemy z zaopatrzeniem w broń i amunicję.Mimo to, działania szturmowe trwają – okupanci prowadzą je z udziałem małych grup piechoty. A liczba takich grup wzrosła"

x.com/Thorkill65

Według RFU News ukraińska kontrofensywa w okolicach Pokrowska doprowadziła do zamknięcia w okrążeniu kolejnego zgrupowania rosyjskich wojsk. Utworzony w ten sposób „kocioł” jest większy niż dwa pozostałe razem wzięte, które powstały w poprzednich działaniach ponad trzy tygodnie temu. Okrążeni tam rosyjscy żołnierze zostali w ten sposób skazani na zagładę, nie mając już żadnych szans na ewakuację lub uzupełnienie zapasów. Ci, którzy mieli im tę pomoc dostarczyć, sami zostali bowiem otoczeni i teraz to do nich w pierwszej kolejności próbują się przebić rosyjskie wojska.

Sprawa jest o tyle beznadziejna, że Ukraińcy po otoczeniu Rosjan starają się ich nie atakować bezpośrednio, by nie tracić ludzi, a jedynie nękają ich za pomocą dronów i artylerii. W ten sposób rosyjscy żołnierze nie mogą się w ogóle poruszać poza ukryciami i są pod ciągłą presją. Odległość i ukraińskie przeciwdziałanie utrudniają także przedarcie się do terenu walk rosyjskim dronom. W ten sposób Ukraińcy mają łatwiejszą sytuację, organizując swoistą ofensywę systemów bezzałogowych.

Ukraińscy operatorzy dronów stali się tak skuteczni, że większość rosyjskich ataków kończy się jeszcze przed dotarciem do pozycji zajętych przez Ukraińców. Dzięki dronom udało się odciąć również linie logistyczne, pozbawiając walczących Rosjan potrzebnego zaopatrzenia. Dzięki takiej taktyce cała operacja, prowadzona przede wszystkim przez 1. Korpus „Azow”, może być realizowana praktycznie bez spektakularnych ataków dużych grup pojazdów opancerzonych.

Pomimo tego Ukraińcom udało się odzyskać miejscowość Pankiwka, przecinając rosyjskie zgrupowania z północy na południe. Reakcja Rosjan była nie tylko spóźniona, ale również nieskuteczna. Ukraińscy operatorzy za pomocą dronów atakowali bowiem nie tylko pojazdy, ale również pojedynczych rosyjskich żołnierzy w dużej odległości od linii styku wojsk. Otoczeni w trzech „kotłach” Rosjanie mają więc pełną świadomość, że nie tylko nie otrzymają uzupełnienia, ale dodatkowo zostali pozbawieni drogi ucieczki. Ukraińskie drony dominują bowiem w powietrzu i natychmiast reagują na każdy ruch. /Oszarowo i czasowo, ale nie na stałe - red./

defence24.pl


– 92 drony leciały w kierunku Polski. Zestrzeliliśmy wszystkie. 19 dotarło do nich. Zestrzeliliśmy je oczywiście na terytorium Ukrainy. Można powiedzieć, że leciały w naszym kierunku – powiedział Wołodymyr Zełenski. – Widzimy kierunek i – jak to się mówi – choreografię tego lotu. Dlatego uważamy, że leciały 92 drony. Zestrzeliliśmy wszystkie. 19 – naszym zdaniem – dotarło do nich. Cztery zostały zestrzelone przez Polaków. Nie porównuję naszych sił. My jesteśmy w stanie wojny, oni nie – dodał, zaznaczając, że „Ukraina jest gotowa podzielić się swoim doświadczeniem w odpieraniu takich ataków”. 

/Lepiej by milczał w tym temacie - a tak służy to tylko narracjom rosyjskim, że reagowaliśmy, my Polacy, żle, słabo, szkoda zachodu, itd. - red./

rp.pl