niedziela, 28 września 2025



Amerykańska agencja prasowa Bloomberg poinformowała, że w tym tygodniu w Moskwie odbyło się nieoficjalne spotkanie z udziałem brytyjskich, francuskich i niemieckich dyplomatów. Mieli oni przekazać przedstawicielom Kremla, że NATO jest gotowe "zareagować z pełną siłą", jeśli rosyjskie samoloty nadal będą naruszać przestrzeń powietrzną państw Sojuszu Północnoatlantyckiego. Jak podkreślono, europejscy dyplomaci zaznaczyli, że NATO może w takich przypadkach zestrzeliwać rosyjskie samoloty. Bloomberg dostał informacje o spotkaniu od urzędników zaznajomionych ze sprawą.

Jak ustaliła amerykańska agencja informacyjna, podczas rozmów w Moskwie rosyjski dyplomata powiedział Europejczykom, że incydenty związane z naruszeniem przestrzeni powietrznej NATO były odpowiedzią Rosji na ukraińskie ataki na Krymie. Kreml twierdzi, że operacje te nie byłyby możliwe bez wsparcia NATO, co zdaniem rosyjskich władz oznacza zaangażowanie Sojuszu Północnoatlantyckiego w konfrontację z Rosją.

W piątek 26 września doniesienia Bloomberga skomentował Dmitrij Pieskow. Rzecznik Kremla został zapytany przez dziennikarzy, jak Rosja zareagowałaby na zestrzelenie rosyjskiego samolotu przez państwo należące do NATO. - Wiecie, nawet nie chcę o tym rozmawiać. To bardzo nieodpowiedzialne stwierdzenie - powiedział Pieskow, odnosząc się do deklaracji o możliwości zestrzeliwania rosyjskich samolotów. - To bardzo nieodpowiedzialne, ponieważ oskarżenia pod adresem Rosji, że jej samoloty wojskowe naruszyły czyjąś przestrzeń powietrzną i wtargnęły na czyjeś niebo, są bezpodstawne. Nie przedstawiono żadnych przekonujących dowodów - dodał.

W czwartek 25 września szef MSZ Rosji Siergiej Ławrow uczestniczył w spotkaniu ministrów spraw zagranicznych państw G20 w Nowym Jorku. Ławrow skrytykował postawę Zachodu wobec wojny w Ukrainie. - NATO i Unia Europejska za pośrednictwem Ukrainy wypowiedziały mojemu krajowi prawdziwą wojnę i są w nią bezpośrednio zaangażowane - stwierdził rosyjski minister spraw zagranicznych.

gazeta.pl


Donald Trump nakazał wysłanie wojsk federalnych do Portland. W mediach społecznościowych napisał, że decyzja ma związek z bezpieczeństwem miasta i obejmuje zgodę na użycie pełnej siły, jeśli zajdzie taka potrzeba. Amerykański przywódca przekazał, że działa na prośbę sekretarzyni bezpieczeństwa wewnętrznego Kristi Noem. Wojsko ma chronić Portland oraz federalne placówki imigracyjne przed - jak określił prezydent USA - atakami Antify i innych "krajowych terrorystów". Nie jest jasne, na jakiej podstawie prawnej mogłoby dojść do takiej operacji. Amerykańskie prawo ogranicza prezydentowi możliwość używania wojsk federalnych do egzekwowania prawa stanowego.

Gubernatorka stanu Oregon wyraziła sprzeciw przeciwko tej decyzji. Tina Kotek, jadąc do Portland, odbyła siedmiominutową rozmowę telefoniczną z Donaldem Trumpem, w czasie której próbowała przekonać go, aby nie wysyłał wojsko do miasta. Polityczka podkreślała, że "nie ma żadnych zamieszek", a lokalne władze są w stanie samodzielnie zapewnić bezpieczeństwo. - Nie ma potrzeby, aby wojsko stacjonowało w naszym mieście. Żołnierze powinni być zaangażowani w rzeczywiste sytuacje kryzysowe - powiedziała gubernatorka. - Jasno się wyraziłam. Nie potrzebujemy pomocy. Proszę, nie wysyłajcie wojsk - dodała.

Decyzja Donalda Trumpa wpisuje się w jego nasilającą się kampanię przeciwko - jak mówi - "radykalnej lewicy". Po zabójstwie konserwatywnego aktywisty Charliego Kirka prezydent zaostrzył retorykę wobec politycznych przeciwników (choć nie ma żadnych dowodów na związki zabójcy z lewicą, wręcz przeciwnie, najprawdopodobniej był skrajnym nacjonalistą i uważał Kirka za "udawanego konserwatystę", pochodzi też z rodziny o konserwatywnych poglądach). Wcześniej określił życie w Portland jako "życie w piekle", a samo miasto jako "spustoszałe wojną" i zapowiadał możliwość interwencji także w innych miastach, w tym Chicago i Baltimore.

gazeta.pl


Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski ogłosił 27 września, że Izrael dostarczył Ukrainie system Patriot w sierpniu 2025 r., a Ukraina otrzyma dwa systemy obrony powietrznej Patriot jesienią 2025 r.

Rzecznik Ministerstwa Spraw Zagranicznych Rosji (MSZ) Maria Zacharowa absurdalnie oskarżyła Ukrainę 26 września o wtargnięcie rosyjskich dronów na Polskę w dniach 9-10 września i wtargnięcie rosyjskich dronów na Rumunię 13 września. Zacharowa w dalszym ciągu zaprzeczała udziałowi Rosji w najazdach dronów na Polskę i Rumunię oraz twierdziła, że Ukraina jest odpowiedzialna i organizowała najazdy, aby wrobić Rosję i sprowokować wojnę między NATO a Rosją. Zacharowa twierdziła, że trzecia wojna światowa wybuchnie w najbliższym czasie, jeśli ktoś potwierdzi rzekomy udział Ukrainy w operacjach pod fałszywą flagą w Rumunii i Polsce. Władze polskie i rumuńskie zidentyfikowały wcześniej drony, które naruszyły ich przestrzenie powietrzne, jako rosyjskie.

Europejscy urzędnicy nadal zgłaszają niezidentyfikowane drony działające w przestrzeni powietrznej NATO. Duńskie Ministerstwo Obrony (MON) poinformowało 27 września, że Duńskie Dowództwo Obrony obserwowało drony w pobliżu wielu duńskich obiektów wojskowych, w tym bazy lotniczej Skrydstrup i koszar Jutlandzkiego Pułku Dragonów w Holstebro. Wileńska Służba Bezpieczeństwa Publicznego poinformowała 26 września, że trzy niezidentyfikowane drony dwukrotnie zakłóciły loty na lotnisku w Wilnie po południu 26 września. Fiński outlet Yle poinformował 27 września, że nieznany podmiot pilotował drona nad elektrownią Valajaskoski w Rovaniemi w Laponii w północnej Finlandii.

(...)

Rzecznik ukraińskiego 11. Korpusu Armii (AC) Dmytro Zaporożec poinformował, że siły rosyjskie kontynuują ataki w rejonie lasu Serebryanske (na północ od Siwierska) i przepływają przez rzekę Siwierski Doniec, aby zaatakować w kierunku Serebryanki. Zaporożec stwierdził, że siły rosyjskie próbują zdobyć przyczółek na obrzeżach Siwierska przed nadejściem błotnistego sezonu jesiennego 2025. Zaporożec dodał, że siły rosyjskie wykorzystują ukrycie, jakie zapewniają liście lasu Serebryanske, do infiltracji pozycji ukraińskich w małych grupach liczących od jednego do dwóch piechurów. Zaporożec poinformował, że siły ukraińskie niszczą wszelkie siły rosyjskie, które czasami docierają do przedmieść Siwierska.

understandingwar.org


"Gigantyczne rus kotły" w rejonie Dobropola część II. Najnowsze komentarze ukr wojskowych.

Dzisiaj mamy na X kolejna falę wpisów informujących o różnej wielkości i kształtu "kotłach", w których znajdować się mają rzekomo tysiące rus żołnierze w rejonie Dobropola. Przypominam że ględzenie o tych kotłach trwa już 3 tydzień i nic z tego nie wynika za wyjątkiem wpisów na twiterze. Jest to wyolbrzymione przez tutejsze konta propagandowe, wojskowi ukr pozostają wstrzemięźliwi. Przykładowo gen Syrski zapytany dzisiaj przez dziennikarzy o sytuacje na froncie, nie wspomniał ani słowem o żadnych kotłach w rejonie Dobropola. 

"Jeśli chodzi o ogólną sytuację na froncie, pozostaje ona skomplikowana. Przeciwnik kontynuuje natarcie na głównych kierunkach, w szczególności pokrowskim i dobropolskim. Napięta sytuacja utrzymuje się również na kierunkach łymańskim i nowopawliwskim. Na innych kierunkach sytuacja charakteryzuje się działaniami bojowymi o niskiej intensywności. Ogólnie rzecz biorąc, sytuacja jest pod naszą kontrolą. Ostatnio mamy pewne sukcesy. "

Według danych przekazanych przez gen. Syrskiego, obecnie średnio codziennie dochodzi od 160 do 190 starć bojowych i około 15-20 akcji szturmowych ze strony ZSU. Rus mają używać obecnie także dwa razy więcej pocisków artyleryjskich od strony ukr. Syrski potwierdził info że rus zgrupowanie piechoty morskiej przerzucone z obw. sumskiego walczy obecnie w rejonie Dobropola.

 "Kontynuujemy taktykę aktywnych działań kontrofensywnych, aktywnej obrony. Pozwala nam to po pierwsze nie oddawać inicjatywy wrogowi. A także manewrować siłami i środkami, koncentrując główne wysiłki na problematycznych kierunkach."

Źródło: ukrinform.ua

Kilka dni temu dziennikarze tv Espresso przeprowadzili wywiad z sierżantem W. Piaseckim z 93 BZ. Powiedział on że brygada prowadzi obecnie wyłącznie działania obronne. Jej pas odpowiedzialności to obecnie rejon Rusyn Jaru, gdzie prawdopodobnie pod koniec sierpnia 2025 r. zastąpiła broniącą dotąd tego rejonu 44 BZ.

"Obecnie brygada nie prowadzi działań kontrofensywnych – prowadzimy walki obronne z jednostką Federacji Rosyjskiej, która odznaczyła się naruszeniami zasad prowadzenia wojny i zbrodniami wojennymi [chodzi o 155 Brygadę Piechoty Morskiej - przyp moje]. Kiedy dowiedzieliśmy się, że wejdzie ona w pas odpowiedzialności naszej brygady, przygotowywaliśmy się do odparcia zakrojonych na szeroką skalę szturmów z udziałem dużej ilości sprzętu pancernego. Jednak, jak pokazała praktyka ostatnich kilku tygodni, wróg jest również w pewnym stopniu wykrwawiony.Ponadto wróg ma problemy z zaopatrzeniem w broń i amunicję.Mimo to, działania szturmowe trwają – okupanci prowadzą je z udziałem małych grup piechoty. A liczba takich grup wzrosła"

x.com/Thorkill65

Według RFU News ukraińska kontrofensywa w okolicach Pokrowska doprowadziła do zamknięcia w okrążeniu kolejnego zgrupowania rosyjskich wojsk. Utworzony w ten sposób „kocioł” jest większy niż dwa pozostałe razem wzięte, które powstały w poprzednich działaniach ponad trzy tygodnie temu. Okrążeni tam rosyjscy żołnierze zostali w ten sposób skazani na zagładę, nie mając już żadnych szans na ewakuację lub uzupełnienie zapasów. Ci, którzy mieli im tę pomoc dostarczyć, sami zostali bowiem otoczeni i teraz to do nich w pierwszej kolejności próbują się przebić rosyjskie wojska.

Sprawa jest o tyle beznadziejna, że Ukraińcy po otoczeniu Rosjan starają się ich nie atakować bezpośrednio, by nie tracić ludzi, a jedynie nękają ich za pomocą dronów i artylerii. W ten sposób rosyjscy żołnierze nie mogą się w ogóle poruszać poza ukryciami i są pod ciągłą presją. Odległość i ukraińskie przeciwdziałanie utrudniają także przedarcie się do terenu walk rosyjskim dronom. W ten sposób Ukraińcy mają łatwiejszą sytuację, organizując swoistą ofensywę systemów bezzałogowych.

Ukraińscy operatorzy dronów stali się tak skuteczni, że większość rosyjskich ataków kończy się jeszcze przed dotarciem do pozycji zajętych przez Ukraińców. Dzięki dronom udało się odciąć również linie logistyczne, pozbawiając walczących Rosjan potrzebnego zaopatrzenia. Dzięki takiej taktyce cała operacja, prowadzona przede wszystkim przez 1. Korpus „Azow”, może być realizowana praktycznie bez spektakularnych ataków dużych grup pojazdów opancerzonych.

Pomimo tego Ukraińcom udało się odzyskać miejscowość Pankiwka, przecinając rosyjskie zgrupowania z północy na południe. Reakcja Rosjan była nie tylko spóźniona, ale również nieskuteczna. Ukraińscy operatorzy za pomocą dronów atakowali bowiem nie tylko pojazdy, ale również pojedynczych rosyjskich żołnierzy w dużej odległości od linii styku wojsk. Otoczeni w trzech „kotłach” Rosjanie mają więc pełną świadomość, że nie tylko nie otrzymają uzupełnienia, ale dodatkowo zostali pozbawieni drogi ucieczki. Ukraińskie drony dominują bowiem w powietrzu i natychmiast reagują na każdy ruch. /Oszarowo i czasowo, ale nie na stałe - red./

defence24.pl


– 92 drony leciały w kierunku Polski. Zestrzeliliśmy wszystkie. 19 dotarło do nich. Zestrzeliliśmy je oczywiście na terytorium Ukrainy. Można powiedzieć, że leciały w naszym kierunku – powiedział Wołodymyr Zełenski. – Widzimy kierunek i – jak to się mówi – choreografię tego lotu. Dlatego uważamy, że leciały 92 drony. Zestrzeliliśmy wszystkie. 19 – naszym zdaniem – dotarło do nich. Cztery zostały zestrzelone przez Polaków. Nie porównuję naszych sił. My jesteśmy w stanie wojny, oni nie – dodał, zaznaczając, że „Ukraina jest gotowa podzielić się swoim doświadczeniem w odpieraniu takich ataków”. 

/Lepiej by milczał w tym temacie - a tak służy to tylko narracjom rosyjskim, że reagowaliśmy, my Polacy, żle, słabo, szkoda zachodu, itd. - red./

rp.pl


Na lotnisku Schiphol w Amsterdamie przez 45 minut wstrzymano ruch na pasie Polderbaan po zgłoszeniach o dronie zauważonym w pobliżu samolotów. Maszyna i jej operator nie zostali odnalezieni, poinformował nadawca publiczny NOS.

Jak poinformowała Królewska Żandarmeria Wojskowa (Koninklijke Marechaussee), około godziny 12:10 kilka załóg przekazało kontrolerom ruchu lotniczego informacje o urządzeniu lecącym na wysokości około 150 metrów.

Na jednej z internetowych transmisji na żywo słychać, jak kapitan samolotu linii Transavia zgłasza, że dron znajdował się zaledwie 50 metrów od jego maszyny.

Na miejsce skierowano kilka jednostek poszukiwawczych, w tym śmigłowiec policyjny, jednak ani dron, ani jego operator nie zostali odnalezieni. Według Marechaussee prawdopodobnie była to jedna osoba. Rzecznik podkreślił, że przypadki wstrzymania ruchu na pasie startowym z powodu drona są "dość rzadkie".

Na czas zamknięcia Polderbaan ruch lotniczy został przekierowany na sąsiedni pas Zwanenburgbaan. Około godziny 13:00 wznowiono normalne operacje.

W pobliżu Schiphol, podobnie jak nad innymi holenderskimi lotniskami, obowiązuje całkowity zakaz używania dronów ze względu na ryzyko dla bezpieczeństwa lotów. Od początku roku zgłoszono już 22 przypadki podejrzeń obecności dronów w rejonie portów lotniczych.

Do podobnych incydentów doszło w ostatnich dniach w Danii i Norwegii, gdzie czasowo zamknięto tamtejsze lotniska. Rząd duński określił sytuację jako "atak" i "zamach" na stołeczny port lotniczy.

PAP


W piątek Sąd Najwyższy zezwolił administracji Donalda Trumpa na wstrzymanie 4 miliardów dolarów pomocy zagranicznej, zatwierdzonej przez Kongres. Zostawił prezydentowi szerokie pole manewru w polityce zagranicznej.

"New York Times" zwrócił uwagę, że konserwatywna większość sędziów orzekła, że elastyczność prezydenta w polityce zagranicznej przeważa nad "potencjalnymi szkodami" dla beneficjentów pomocy. Decyzja ma charakter tymczasowy, dopóki toczy się postępowanie sądowe, ale w rzeczywistości zamraża fundusze.

Orzeczenie piątkowe stanowi ważny krok w staraniach Trumpa o zakwestionowanie kontroli Kongresu nad wydatkami rządowymi. Fundusze przeznaczono na bezpieczeństwo żywnościowe, rozwój handlu i pomoc humanitarną, w tym wsparcie dla ofiar tortur.

Dwie organizacje non-profit, AIDS Vaccine Advocacy Coalition i Global Health Council, wniosły pozew, argumentując, że zamrożenie funduszy narusza Konstytucję.

Sędzia Elena Kagan, a także Sonia Sotomayor i Ketanji Brown Jackson, wyrazili sprzeciw. Uznali, że "Stawka jest wysoka: chodzi o podział władzy między władzą wykonawczą a Kongresem".

- Ten wynik jeszcze bardziej podważa zasadę podziału władzy - ocenił Nicolas Sansone z organizacji non-profit Public Citizen Litigation Group. Dodał, że decyzja ta będzie miała "poważne konsekwencje humanitarne".

Trump wstrzymał finansowanie rozporządzeniem wykonawczym wydanym pierwszego dnia po objęciu urzędu w Białym Domu w drugiej kadencji. Chce dostosować pomoc do celów swej polityki zagranicznej.

- Sąd Najwyższy, z konserwatywną większością sześciu sędziów, wielokrotnie przychylał się do wniosków prezydenta o pomoc w nagłych wypadkach. Chociaż zarządzenia te mają formalnie charakter tymczasowy, miały daleko idące konsekwencje, pozwalając administracji na zniesienie ochrony setek tysięcy migrantów, zwolnienie niezależnych regulatorów rządowych i usunięcie osób transpłciowych z armii - podkreślił nowojorski dziennik.

PAP

sobota, 27 września 2025



Dowództwo Powietrzne NATO poinformowało 25 września, że w odpowiedzi na jeden rosyjski myśliwiec Su-30, jeden myśliwiec Su-35 i trzy myśliwce przechwytujące MiG-31, które przeleciały w pobliżu łotewskiej przestrzeni powietrznej, ale nie weszły do niej. Władze niemieckie zidentyfikowały kilka nieznanych dronów lecących w pobliżu granicy z Danią w północnoniemieckim kraju związkowym Szlezwik-Holsztyn w nocy z 25 na 26 września. Minister spraw wewnętrznych Szlezwiku-Holsztynu Sabine Sütterlin-Waack oświadczyła, że władze niemieckie prowadzą dochodzenie w sprawie najazdu, ponieważ pochodzenie dronów pozostaje niejasne. AFP poinformowało 25 września, powołując się na delegację francuskiego Departamentu Wojskowego, że niezidentyfikowane drony przeleciały nad bazą wojskową Murmelon-le-Grand w Marnie we Francji, zauważyło jednak, że obecnie nie ma dowodów na zaangażowanie zagraniczne. Duńska policja krajowa poinformowała 25 września, że na krótko zamknęła lotnisko w Aalborgu na północnym krańcu duńskiej wyspy Zelandia z którego korzysta również duńskie wojsko ze względu na niezidentyfikowaną aktywność dronów. Dyrektor generalny duńskiej służby wywiadu bezpieczeństwa Finn Borch Andersen oświadczył 25 września, że Dania nie może jeszcze wskazać konkretnego podmiotu odpowiedzialnego za działalność dronów, ale incydenty te przypominają model wojny hybrydowej obserwowany w innych częściach Europy i że Dania ocenia wysokie ryzyko rosyjskiego sabotażu w Danii. Władze szwedzkie potwierdziły 25 września wielokrotne obserwacje dronów w pobliżu szwedzkiej bazy morskiej w Karlstronie w Szwecji. Urzędnicy europejscy nie oskarżali bezpośrednio Rosji o naruszenie europejskiej przestrzeni powietrznej w tych konkretnych przypadkach — ale niedawny wzrost wrogiej aktywności dronów, podczas gdy Rosja kontynuuje najazdy powietrzne, a postawa wobec państw NATO jest godna uwagi i zdecydowanie sugeruje, że za niezidentyfikowanymi incydentami dronów stoi także Rosja. ISW w dalszym ciągu ocenia, że Rosja prowadzi kampanię mającą na celu przetestowanie obrony powietrznej NATO i woli politycznej w ramach szerszych wysiłków mających na celu zebranie przydatnych informacji wywiadowczych, które Rosja może następnie zastosować w potencjalnym przyszłym konflikcie przeciwko NATO.

(...)

Ukraiński oficer działający w kierunku Kupiańska poinformował, że siły rosyjskie przedostające się do Kupiańska unikają strzelanin z żołnierzami ukraińskimi, zamiast tego starają się zająć pozycje w wielopiętrowych budynkach, w których nadal przebywają cywile, aby chronić się przed ukraińskimi atakami.

understandingwar.org


- Zacznę od tej sceny, kiedy to w nocy z 9 na 10 września do Polski wleciało co najmniej 21 dronów, a zestrzelono pięć. Jak Pan to skomentuje? Co pokazuje ten obraz?

Pokazuje, że NATO zadziałało bardzo dobrze. Proszę nie dać sobie wmówić, że coś nie zadziałało, albo że pojawił się problem proceduralny. Tu wszystko przebiegło prawidłowo, choć nie o wszystkim mogę mówić. Mieliśmy do czynienia z realną operacją w przestrzeni powietrznej i tak naprawdę nie można rozdzielać Polski i NATO. To było wspólne ugrupowanie sojusznicze. Piloci, którzy startowali, mieli tzw. preautoryzację, czyli zgodę na otwieranie ognia do celów. Zarówno polscy, jak i holenderscy piloci mogli strzelać do celów. Jasno im zakomunikowano: jeżeli tylko coś przekroczy granicę i stanowi zagrożenie, mogą natychmiast otworzyć ogień. To zostało bardzo sprawnie przeprowadzone. W tamtym czasie nad Polską operowało wiele sojuszniczych samolotów, część z wyłączonymi transponderami. Widać więc, że NATO odrobiło lekcję. To było solidne ugrupowanie przygotowane do obrony. Nie możemy mówić, że to była polska operacja z udziałem sojuszników. To była operacja NATO w polskiej przestrzeni powietrznej. My jesteśmy NATO i to było tu bardzo widoczne.

- Pojawiały się komentarze, że użycie myśliwców F-16 czy F-35 to nie jest sprzęt do walki z tanimi dronami…

Od razu przerwę. W wojsku nie patrzy się na wartość tego, co zestrzeliwujemy. Patrzy się na wartość tego, co chronimy. Jeżeli bronimy zakładów wartych miliardy, to nie ma znaczenia, czy są atakowane rakietą manewrującą wartą kilka milionów, czy dronem za kilkadziesiąt dolarów. Liczy się, by nie dopuścić do zniszczenia celu. I każdy wojskowy odpowiedzialny za obronę powie, że to jest jedyne racjonalne podejście. Przykład: mamy dron obserwacyjny za 100 tys. dolarów. Ale informacje, które przekaże, pozwolą przeciwnikowi na atak, którego skutki będą liczone w miliardach. Dlatego nie ma znaczenia, czy strącamy go działkiem, czy rakietą Patriot. Taki cel trzeba zniszczyć, bo koszty jego niezniszczenia byłyby większe niż koszty użytej rakiety. U nas wielu ludzi tego nie rozumie i patrzy tylko na ceny, ale to kompletnie błędna perspektywa. Liczy się nie koszt drona czy rakiety, tylko skutki, jakie przyniesie niedostrzeżenie lub niezniszczenie celu.

- Zestrzelono tylko pięć dronów, a wleciał cały rój.

To kwestia terminologii. Gdybyśmy operowali ukraińskimi definicjami, moglibyśmy powiedzieć, że zneutralizowano wszystkie. Ukraina podaje np., że strąciła 750 z 800 dronów. Ale oni za zneutralizowany uznają każdy dron, który nie trafił w cel, także taki, który spadł, został zakłócony lub nie osiągnął zadania. To dlatego ich wskaźniki wyglądają tak imponująco. U nas lotnictwo strzelało do tego, co zostało uznane za realne zagrożenie. Dlatego oficjalnie mówimy o pięciu strąceniach. Ale byłbym bardzo ostrożny z mówieniem, że to były tylko drony – wabie typu „Gerbera”,

- Jakiego jeszcze rodzaju to były drony?

Tutaj wojsko, prokuratura i inne służby raczej nabierają wody w usta – i muszą. Ale z kilku bardzo dobrze poinformowanych źródeł słyszałem, że to nie były wyłącznie Gerbery.

- W opiniach po tym incydencie czytałam o zmyleniu radarów, znaczeniu krzywizny ziemi czy nocnych warunkach, które utrudniają wykrycie i przechwycenie dronów.

Tak, to są zawsze czynniki utrudniające. Ale przykład Ukrainy pokazuje, że główne zadania w przechwytywaniu dronów i rakiet manewrujących ma dziś lotnictwo. Tu relacja koszt–efekt jest najlepsza. Oczywiście naziemna obrona przeciwlotnicza też działa, ale ma ograniczenia: radar stoi w określonym miejscu, wyrzutnia się nie przemieszcza, chroni ograniczony obszar. Samoloty myśliwskie są mobilne, widzą więcej, mogą łatwiej rozpoznać, czy cel to śmieć, czy coś wartościowego. Dlatego tę rolę lotnictwa widać tu bardzo wyraźnie. I jeszcze raz: nie zakładałbym, że strzelano tylko do Gerberów. Mogą się tu pojawić niespodzianki. A po drugie, strzelano do tego, co zostało uznane za realne zagrożenie.

- Kto podejmuje decyzję o otwarciu ognia w takiej operacji?

Pilot, który ma preautoryzację.

- A jeśli chodzi o nalot na obszar cywilny, czy decyzję powinny podejmować także służby lokalne?

Nie. To decyzje wyłącznie wojskowe. Istotny jest tu czas; pilot ma okno około dziesięciu sekund na zniszczenie celu.

- Tylko jak żyć z ryzykiem spadających szczątków, zagrożenia, że mój dom zostanie uszkodzony?

Dlatego wcześniej w Polsce nie podejmowano decyzji o zestrzeliwaniu wszystkiego, co wlatuje. Uznano jednak, że nie można już tego Rosjanom odpuszczać. W momencie nalotu na tak dużą skalę trzeba było działać. Podjęto działania dwutorowo: to, co uznawano za mało wartościowe cele, czyli latające śmieci, to przepuszczano. Jeśli rozpadły się nad Polską, trudno. Natomiast to, co zakwalifikowano jako realne zagrożenie, zostało zestrzelone. Tu już nie było zmiłuj się; odpalano rakiety tak długo, aż wszystkie wskazane cele zostały zniszczone.

- Jak więc zabezpieczyć się przed dronami – proceduralnie i technicznie?

Proceduralnie jesteśmy zabezpieczeni. Ugrupowanie sojusznicze funkcjonuje bardzo dobrze, piloci NATO są cały czas obecni w polskiej przestrzeni powietrznej. Powtórzę: to jest wspólna operacja NATO prowadzona na terenie Polski, a nie „Polska z udziałem sojuszników”. My jesteśmy NATO. Operacja obronna rozciąga się od Bałtyku po Rumunię. Od strony wojskowej i proceduralnej wszystko jest bardzo dobrze dopięte. Wiadomo, kto podejmuje decyzję, wiadomo, kiedy piloci mają preautoryzację użycia uzbrojenia. Mechanizm wygląda tak: decyzję o zgodzie na użycie uzbrojenia podejmuje zarówno dowódca sojuszniczej operacji powietrznej w NATO, jak i generał Tomasz Klisz, dowódca operacyjny. Ale to generał Klisz ma w ręku tzw. czerwoną kartkę, bo jako jedyny może wstrzymać ogień. Cały system został skonstruowany tak, by piloci mieli błogosławieństwo na otwarcie ognia i by zdjąć z nich odpowiedzialność, jeśli szczątki spadną na budynek mieszkalny.

- Są opinie, że w praktyce strzelamy do dronów z czego popadnie, bo brakuje systemów, procedur, szkolenia. Co Pan na to?

To kompletna bzdura. Jeśli ktoś tak twierdzi, to albo nie wie, o czym mówi, albo celowo dezinformuje. Procedury są bardzo jasne i precyzyjne. Ten nalot dronów pokazał właśnie, że procedury zadziałały znakomicie.

- Ale sami wojskowi mówią, że nie mamy systemów, że wojsko czegoś nie zakupiło, że trzeba się spieszyć. O co chodzi?

Mamy F-16, mamy samoloty wczesnego ostrzegania, są kupowane nowe systemy – m.in. w ramach programu Barbara. Wkrótce będą też w Polsce F-35. Systemy istnieją, natomiast nieprzypadkowo oparto tę operację głównie na lotnictwie. NATO jest potęgą w powietrzu. Oczywiście zwalczanie dronów systemami naziemnymi też jest potrzebne, bo to zawsze musi być całość, system złożony z wielu elementów. Ale najbardziej efektywne jest lotnictwo. Ostatnie, co można powiedzieć, to że nie mamy procedur albo że są złe. Jest dokładnie odwrotnie. Problem pojawił się gdzie indziej: w sferze cywilnej i informacyjnej. Rosjanie równolegle odpalili potężną operację dezinformacyjną, próbując wmówić, że to były ukraińskie drony. I w tym obszarze państwo nie zadziałało wystarczająco dobrze. Wojsko swoje zadania wykonało poprawnie.

- Jak więc chronić się przed dronami, także w sensie komunikacyjnym? Na przykładzie tego nalotu: gdzie popełniliśmy błędy?

Do momentu, w którym komunikacja wychodziła z MON, powiedzmy do godziny 9–10 rano następnego dnia, to wszystko było dobrze. Komunikaty Sztabu Generalnego i Ministerstwa Obrony były spójne, prowadzone profesjonalnie. Byłem wręcz zaskoczony, że zaczęto stosować cywilizowany stratcom i to w końcu po trzech latach wojny tuż za naszą granicą. Ale później wszystko się rozjechało. Zaczęły się spory o odpowiedzialność za komunikację: MON kontra BBN, BBN kontra Rada Ministrów. Sprawa uszkodzonego domu mieszkalnego w Wyrkach tylko to pogłębiła. I wtedy rosyjska dezinformacja miała już pełne pole do działania. Trzeba pamiętać, że to nie była jednorazowa akcja, ale operacja trwająca sześć godzin. Pierwszy dron wleciał o 23:30, ostatni o około 5:40. Rosjanie prowadzili ten atak świadomie i równolegle uruchomili kampanię informacyjną. Niestety, zabrakło szybkiej reakcji cywilnej strony państwa. Proszę zauważyć, jak bezprecedensowe było to, że sami wojskowi zaczęli chodzić do mediów. Generałowie Kukuła, Klisz i inni, a oni bardzo nie lubią takich wystąpień. Mimo to pojawiali się w mediach, bo uznali, że to konieczne.

(...)

- Chciałabym wrócić do systemów obrony powietrznej. Który z tych elementów jak wykrywanie, dowodzenie, neutralizacja, jest dziś najsłabszym ogniwem i co można poprawić?

To nie jest problem dowodzenia; wykrywanie też jest w trakcie poprawy i mamy w tym względzie duże, NATO-wskie możliwości. Najwięcej do zrobienia jest w zakresie neutralizacji, zwłaszcza w domenie wojsk lądowych. Siły powietrzne dysponują środkami do neutralizacji, a ugrupowanie sojusznicze też wniosło swoje zasoby, ale zestawy przeciwlotnicze dla wojsk lądowych wymagają wzmocnienia. Jesteśmy i będziemy dobrze przygotowani do zwalczania pocisków manewrujących i balistycznych (np. Kindżał, Iskander). Natomiast do zwalczania dronów potrzebne są inne rozwiązania, bardziej efektywne kosztowo i tańsze w eksploatacji. Tu leży zasadniczy problem.

- Na czym konkretnie trzeba się skupić, jeśli mówimy o neutralizacji?

Po pierwsze, środki walki radioelektronicznej. Potrzebne są systemy zakłócające: zagłuszarki GPS, zagłuszania kierunkowe i inne narzędzia EW. To jednak bardzo wymagająca dziedzina. Toczy się nieustanny wyścig częstotliwości. To, co jest skuteczne dziś, za kilka miesięcy może być nieskuteczne, bo przeciwnik zmieni pasma pracy, charakterystykę sygnału lub zastosuje inne sposoby emisji. Zagłuszarki to nie tylko software; często trzeba zmieniać hardware i anteny, żeby celnie działać na nowych częstotliwościach. Dlatego potrzebne są zarówno: większe zasoby sprzętowe EW, jak i elastyczność technologiczna, szybka wymiana anten, modułów, możliwość aktualizacji sprzętu. Po drugie, zakup większej liczby systemów przeciwlotniczych bliskiego zasięgu, przeznaczonych do zwalczania małych, niskolecących celów. To uzupełnienie lotnictwa, które i tak okazało się najefektywniejsze kosztowo w ostatniej nocy.

(...)

- Czy neutralizacja stanie się dominującą formą walki w kolejnych dekadach?

Nie można wyrokować w oderwaniu od polityki i strategii. NATO nie będzie prowadzić wojny tak jak Ukraina i to jest zasadnicza różnica. Jeśli Rosja zacznie atakować nas masowo falami dronów, naszym celem nie będzie bierne odparcie kolejnych ataków, aż do wyczerpania. Długofalowa reakcja polegałaby na uderzeniu w źródła zagrożenia: w fabryki i infrastruktury, które produkują te drony, a następnie, jeśli będzie to konieczne, w najważniejszą infrastrukturę militarną i cywilną, tak by zmusić agresora do cofnięcia działań. To twarda, ale logiczna strategia odstraszania: uniemożliwić przeciwnikowi prowadzenie masowych nalotów tysięcy dronów takich jak Szachedy i Geranie. Dla potencjalnego agresora musi być jasne przesłanie: że masowe, długotrwałe ataki mają strategiczne konsekwencje i spotkają się z proporcjonalną odpowiedzią I to jest jeden z elementów odstraszania. Dobrze, żeby to Rosjanie wiedzieli. Oni sobie uświadamiają, że NATO nie będzie się bawić i nie będzie walczyć tak, jak walczą Ukraińcy. Choć Ukraińcy teraz wzięli się za rosyjskie rafinerie i owszem, jest to skuteczne, wyłączyli prawie 40 procent przemysłu rafineryjnego, to sporo, ale to dalej jest za mało. Jeśli NATO będzie walczyć z Rosją, to nie będzie się bawić w pozwolenie sobie na bycie okładanym przez tysiące dronów rosyjskich miesięcznie tylko po prostu zniszczy rosyjskie fabryki, w których Rosjanie produkują drony, a następnie będzie niszczyć infrastrukturę cywilną tak długo, aż Rosjanie cofną się cywilizacyjnie do poziomu Iwana Groźnego. I to jest jedyny sposób prowadzenia wojny, jaki włodarze Kremla zrozumieją. Dlatego NATO nie będzie bierne, nie będzie bezwolną ofiarą tylko broniąca się przed gradem ciosów. W początkowej fazie konfliktu oczywiście działania paktu są nastawione na spójność sojuszniczą i obronę zaatakowanego kraju członkowskiego. Ale szybko następuje faza możliwie pewnego wywalczenia dominacji w powietrzu a potem pozbawiania przeciwnika źródeł jego siły – w tym zasobów przemysłowych, eliminowania przywództwa politycznego i dowództwa wojskowego itp. Nie na darmo NATO określane jest mianem najpotężniejszego sojuszu obronnego w dziejach ludzkości. Rosjanie o tym wiedzą, dlatego grają na podzielenie nas i agresję poniżej progu wojny. I NATO obecnie też nie zamierza na to pozwalać.

strefaobrony.pl


Czy w demokratycznym kraju zbudowanym na ideałach wolności słowa krytyczna ocena działań osoby publicznej winna być czynem karalnym? Po śmierci Kirka Amerykanie dowiedzieli się, że jak najbardziej tak. Trump już dzień po morderstwie przestrzegł naród, że nie będzie tolerował żadnego oczerniania "męczennika za prawdę i wolność", a J.D. Vance, który w ramach hołdu Kirkowi cztery dni później wcielił się w gospodarza jego podcastu "The Charlie Kirk Show", zachęcił Amerykanów, by składali donosy do pracodawców na tych, którzy wyrażają się o Kirku niepochlebnie.

Występujący u jego boku Stephen Miller, odpowiedzialny za kształtowanie w Białym Domu polityki imigracyjnej i bezpieczeństwa narodowego, dodał, że administracja wypowiada wojnę wszystkim liberałom i organizacjom liberalnym, bo od tej chwili uznaje je za "ruch terrorystyczny". I nie wygląda na to, że była to tylko hiperbola skonstruowana na potrzeby chwili. Susie Wiles, szefowa sztabu Białego Domu, po śmierci Kirka obwieściła w wywiadzie radiowym: "W zasadzie to już pracujemy (…) nad bardziej kompleksowym planem dotyczącym przemocy w Ameryce" ("The Scott Jennings Show", 11 września 2025 r.).

Poleciały już pierwsze głowy. Pracę stracił Howard Kurtz, popularny komentator i gospodarz programów w stacji Fox News, bo powiedział na antenie, że "Charlie Kirk nie był święty". "The Washington Post" zwolnił czarnoskórą publicystkę Karen Attiah, która przypomniała na prywatnym koncie społecznościowym, że Kirk był rasistą. Sugerował, że grono prominentnych czarnoskórych Amerykanek, w tym Michelle Obama, zrobiło karierę wyłącznie dzięki akcji afirmatywnej. Sekretarz transportu Sean Duffy ogłosił, że American Airlines zawiesiły kilku pilotów po odkryciu, że "celebrowali" oni na Facebooku śmierć Kirka. Republikańska senator z Tennessee Marsha Blackburn doprowadziła zaś do zwolnienia wykładowców i rektorów kilku stanowych uczelni za "nieodpowiednie" komentarze po tragedii w Utah.

Mamy już nawet pierwszą zagraniczną "ofiarę" trendu kasowania ludzi za nieprawomyślne opinie o amerykańskim prawicowcu. Jeden z holenderskich koncernów medialnych odwołał dalsze występy brytyjskiego duetu Bob Vylan, ponieważ lider grupy "zadedykował" na koncercie piosenkę Kirkowi, który był "kompletnym gnojem jako człowiek".

Inwigilacja zatacza coraz szersze kręgi, o czym świadczą posty udostępniane w mediach społecznościowych. Czas pokaże, czy jej ofiarą nie padną także eksperci, którzy zwracają uwagę, że doszło do kuriozalnego odwrócenia ról. Oto prawica, oskarżająca onegdaj oponentów o ograniczanie wolności słowa poprzez praktykowanie wokeizmu i niszczącej ludziom życie cancel culture, robi dziś dokładnie to samo. Tylko teraz nie widzi w tym nic złego, twierdząc wręcz, że broni wolności słowa, którą — jej zdaniem — propagował swoją osobą i działaniami Charlie Kirk.

Nie ma wątpliwości — Ameryka znalazła się w pułapce. Specyficzna odpowiedź rządu i części sceny politycznej na akt przemocy może skutkować eskalacją. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że sytuację, w jakiej znalazł się obecnie kraj — skrajnie podzielony i skłócony politycznie, ideowo i kulturowo — obie strony przedstawiają jako historyczny przełom lub wręcz katastrofę. A ta wymaga ekstremalnych środków zaradczych. Apokaliptyczna retoryka, w której nie brakuje, zwłaszcza na prawicy, biblijnego motywu ostatecznej, rozstrzygającej walki dobra ze złem, zbiegła się z czasem autentycznej słabości amerykańskiego państwa.

"W historii demokracji bywają chwile wielkiej desperacji, gdy wydaje się, że system polityczny nie jest wystarczająco responsywny, zaangażowany, a nawet w całości legalny, i z tym mamy dziś do czynienia", mówi Jon Michaels, prawnik z Uniwersytetu Kalifornii w Los Angeles i autor książki "Vigilante Nation. How State-Sponsored Terror Threatens our Democracy" ("Naród samosądów. W jaki sposób terror wspierany przez państwo zagraża naszej demokracji"). Oczywiście, jak wskazuje Michaels, nie jest to zjawisko Ameryce nieznane. Przemoc zawsze wzrasta w okresach wzmożonych przemian społecznych. W latach 60. minionego wieku, gdy trwała walka o równość rasową i obywatelską, kraj mierzył się z falą terroryzmu wewnętrznego.

"Martwi mnie co innego — tłumaczy Michaels. — To, że akty przemocy zdarzają się dziś częściej, w krótszych odstępach czasu, a podziały, które przecież charakteryzowały nas od zawsze, opuściły arenę ideologicznej debaty i kontestacji i stały się o wiele bardziej kinetyczne".

Przypomnijmy, że w czerwcu tego roku zastrzelono demokratkę z Minnesoty, byłą spikerkę stanowej Izby Reprezentantów, Melissę Hortman i jej męża. Również w czerwcu zamordowani zostali pracownicy ambasady izraelskiej w Waszyngtonie, a w Boulder w stanie Kolorado doszło do podpalenia uczestników manifestacji przeciwko wojnie w Gazie. W kwietniu podpalono dom demokratycznego gubernatora Pensylwanii Josha Shapiro (Shapiro uszedł z życiem), w grudniu 2024 r. w Nowym Jorku został zaś zastrzelony dyrektor koncernu ubezpieczeniowego UnitedHealth Brian Thompson. Morderca, Luigi Mangione, w niektórych kręgach uchodzi za bohatera wojny o sprawiedliwość społeczną.

Nie można w tym miejscu nie wspomnieć o zamachu na Donalda Trumpa podczas jego wiecu wyborczego latem 2024 r. (drugi zamach udaremniono), o makabrycznym pobiciu w 2022 r. męża Nancy Pelosi, wieloletniej przewodniczącej demokratów w niższej izbie Kongresu, i o próbie egzekucji w 2011 r. demokratycznej kongresmenki Gabrielle Giffords w Tucson w Arizonie. Giffords przeżyła, ale w wyniku ataku jest niepełnosprawna.

(...)

Przywodzi nas to jednocześnie do ostatniego punktu w rozważaniach o tym, co napędza i co może jeszcze bardziej napędzać przemoc polityczną w USA. Barbara Walter, politolożka i historyczka z Uniwersytetu Kalifornii w San Diego oraz autorka bestselleru "How Civil Wars Start And How To Stop Them" ("Jak wybuchają wojny domowe i jak je powstrzymać"), ma na to odpowiedź zawartą w dwóch słowach: broń i algorytmy.

Na każdego ze 100 mieszkańców w USA (w tym niemowlęta) przypada już dziś 120 sztuk broni. Większość morderców ma do niej legalny dostęp. Zabójstwo Kirka nie było jedyną tragedią, w której broń odegrała tego dnia główną rolę, choć media ledwie o tym napomknęły. W sąsiadującym z Utah stanie Kolorado mniej więcej w tym samym czasie 16-letni licealista urządził strzelaninę w swojej szkole. Ofiarami śmiertelnymi byli dwójka uczniów i on sam.

"Za radykalizacją polityczną, która często poprzedza akt przemocy, oraz polaryzacją ideową, która prowadzi do coraz większego upadku norm społecznych, odpowiada internet. Nie przypadkiem problem z mową nienawiści zaczął narastać od końca pierwszej dekady XXI w., gdy dostaliśmy do ręki smartfona i mogliśmy jeszcze bardziej zanurzyć się w media społecznościowe. Odkąd big techy odkryły, że najłatwiej utrzymać naszą uwagę, serwując informacje dające nam poczucie, że ktoś lub coś stanowi dla nas niemal śmiertelne zagrożenie — było po sprawie. Prawda jest taka, że gdyby nie algorytmy, morderca Kirka najprawdopodobniej byłby dziś studentem z przyszłością, a Charlie Kirk by żył", powiedziała Walter w podcaście Scotta Gallowaya "Civil War Ahead" (14 września 2025 r.).

Czy eskalacja przemocy oznacza, że Ameryka rzeczywiście może się znajdować w przededniu wojny domowej?

Specjalny zespół zadaniowy CIA badający zagrożenie krajów wojną domową już jesienią 2020 r., po tym jak Trump zanegował wyniki wyborów i ruszył z akcją "Stop the Steal", uznał Amerykę za anokrację i wpisał na listę krajów do obserwacji. Walter uważa, że sytuacja obecnie jest dużo gorsza.

"Ostatni raz, gdy mieliśmy do czynienia z porównywalnym do dzisiejszego ruchem uzbrojonych po zęby bojówek i milicji, które doprowadziły do zamachu bombowego w Oklahomie w 1995 r., społeczeństwo jednomyślnie potępiło ten akt przemocy jako niedopuszczalny, a FBI rozpoczęło agresywną akcję przeciwko tym ugrupowaniom, co doprowadziło do załamania się ich aktywności. Nic takiego nie ma dzisiaj miejsca, ani ze strony służb, ani społeczeństwa. Przeciwnie, słyszymy głosy, że już mamy wojnę i dobrze, bo trzeba się zemścić, wyeliminować wroga. To przerażająca dynamika. Jeszcze bardziej przerażająca jest jednak świadomość, że nie mamy w tej chwili polityków, którzy chcieliby powstrzymać to szaleństwo w racjonalny sposób. Nie ma ich po żadnej stronie", konkluduje prof. Walter.

onet.pl