wtorek, 9 września 2025



Rosjanie kontynuują natarcie w przygranicznych rejonach obwodu dniepropetrowskiego. Posuwając się na froncie szerokości 12–15 km od styku granic tego obwodu z obwodami donieckim i zaporoskim na południu do rzeki Wołcza na północy, zajęli dotąd siedem miejscowości (według DeepState trzy z nich nie są kontrolowane przez agresora i pozostają w szarej strefie) i wkroczyli w głąb obwodu dniepropetrowskiego na głębokość do 10 km. Ich postępy wynikają w pierwszej kolejności ze słabości obrony lokalnej (nieliczne umocnienia powstały z myślą o odparciu wrogiego uderzenia z południa, a nie ze wschodu). Wciąż brak sygnałów, by miały one zostać wykorzystane do rozwinięcia działań na większą skalę w kierunku węzłowego Pokrowśkego i, dalej, Zaporoża i/lub Dniepru. Prawdopodobnie wyłom pozwoli natomiast najeźdźcom na „zwinięcie” frontu we wschodniej części obwodu zaporoskiego – w przypadku zajęcia Pokrowśkego będą oni mogli uderzyć od północy na Hulajpole, główny ośrodek ukraińskiej obrony w tym rejonie, od 2023 r. bezskutecznie atakowany przez agresora od południa.

Siły rosyjskie odepchnęły przeciwnika od Nowoekonomicznego i wyszły na północno-wschodnie obrzeża Myrnohradu, niwelując tym samym efekty ukraińskich kontrataków z poprzednich tygodni. Poszerzyły też obszar kontrolowany na południowo-zachodnich obrzeżach Pokrowska. Ich pozycje po obu stronach worka są od siebie oddalone o 10–12 km, a aglomeracja pokrowska znajduje się pod ich całkowitą kontrolą ogniową. Najeźdźcy wyszli na wschodnie obrzeża Siewierska i zaktywizowali front na południe od tego miasta, względnie stabilny od 2023 r. Poczynili także kolejne postępy na północ i wschód od Łymanu, gdzie obrońcy mają coraz większe problemy z logistyką. W zasięgu rosyjskich dronów na światłowodach znalazła się bowiem główna obecnie trasa zaopatrzenia ukraińskiego zgrupowania w Donbasie, wiodąca z Charkowa do Kramatorska, a jej odcinek pomiędzy Iziumem a Słowiańskiem ma być permanentnie atakowany (obrońcy mówią o 10 utraconych samochodach na dobę i apelują o nieużywanie tej drogi przez cywilów). Rosyjska próba opanowania nagłym atakiem centrum Kupiańska zakończyła się niepowodzeniem, jednakże agresor najpewniej kontroluje jego północne kwartały. Po ponad stu dniach walk miał również zająć Junakiwkę w obwodzie sumskim.

7 września najeźdźcy przeprowadzili najpotężniejsze od rozpoczęcia pełnoskalowej agresji uderzenie powietrzne na Ukrainę. Według ukraińskiego Dowództwa Sił Powietrznych (DSP) użyli w nim 810 dronów uderzeniowych i ich imitatorów (o 82 więcej niż w poprzednim rekordowym ataku 9 lipca) oraz 13 pocisków balistycznych i manewrujących. Obrońcy zadeklarowali zneutralizowanie 747 bezzałogowców i zestrzelenie czterech rakiet. Do głównych celów należał Kijów, gdzie atakowano przede wszystkim obiekty przemysłowe (potwierdziła to mapa pożarów NASA FIRMS). Uszkodzone zostały siedziba ukraińskiego rządu (miała w nią trafić rakieta balistyczna Iskander-M, której głowica nie wybuchła) oraz budynek mieszkalny – trzy osoby zginęły, a 11 zostało rannych (łącznie w stolicy odnotowano 20 rannych). Największe poza Kijowem zniszczenia zarejestrowano w Zaporożu, gdzie w obiekty przemysłowe i infrastrukturę miało trafić co najmniej osiem „szahedów”, a rannych zostało 15 cywilów. Ucierpiały też Charków, Dniepr, Krzywy Róg, Odessa i Sumy (w tych ostatnich trafiona została m.in. siedziba obwodowej administracji wojskowej).

Z perspektywy wojskowej najistotniejszy cel uderzenia stanowił most na Dnieprze w Krzemieńczuku, przez który przechodziła istotna część zaopatrzenia ukraińskiego zgrupowania w Donbasie (via Charków). Drony uszkodziły część kolejową i mechanizm podnoszenia mostu, umożliwiający przechodzenie pod nim drogą wodną większych jednostek. Ostatecznie z użytku wyłączono również część drogową i zorganizowano przeprawę promową. Składy kolejowe z zaopatrzeniem dla frontu skierowano na trasy okrężne. Rosjanie wstrzymywali się dotąd z atakami na mające strategiczne znaczenie przeprawy na Dnieprze (do zniszczenia mostu Antoniwskiego k. Chersonia jesienią 2022 r. przyczynili się obrońcy, wymuszając w ten sposób wycofanie się wroga z prawego brzegu rzeki). Kontynuowanie przez najeźdźców uderzeń na nie świadczyłoby o tym, że agresor przygotowuje się do działań ofensywnych na większą skalę, z podjęciem próby powrotu do działań manewrowych włącznie. Zarazem sugerowałoby to, że Moskwa przynajmniej czasowo ograniczyła swoje plany aneksyjne do wschodniej części Ukrainy.

Głównym celem zmasowanego uderzenia powietrznego przeprowadzonego przez Rosjan 3 września było zaplecze obrońców na zachód od Dniepru. Do poważnych zniszczeń infrastruktury doszło w węźle kolejowym Znamjanka w obwodzie kirowohradzkim, przez który przechodzi zaopatrzenie na front via Krzemieńczuk i Charków. Przywracanie ruchu pociągów rozpoczęło się po siedmiu godzinach od zakończenia ataku. Do uderzeń w obiekty przemysłowe doszło w Chmielnickim (zakłady Kation i Nowator), we Lwowie (lotnicze zakłady remontowe) i w Łucku (Motor) oraz w obwodach iwanofrankiwskim i kijowskim. Atakowano także obwód rówieński i Zakarpacie. Zgodnie z przekazem DSP agresor wykorzystał 502 bezzałogowce i 24 rakiety, z których obrońcy unieszkodliwili odpowiednio 430 i 21.

Najeźdźcy kontynuowali uderzenia w infrastrukturę energetyczną w północno-wschodniej Ukrainie. W ich rezultacie 3 września doszło do okresowego odcięcia dostaw prądu w Niżynie (obwód czernihowski), następnego dnia – w Sumach, kolejnego – w Nowogrodzie Siewierskim (obwód czernihowski), zaś 8 września – w Szostce (obwód sumski), jak również w okolicach tych miast. 8 września rosyjskie drony uszkodziły Trypolską Elektrownię Cieplną na południe od Kijowa, przez co pozbawili energii część rejonu obuchowskiego. Wskutek ataku rakietowego na Czernihów 4 września poszkodowani zostali członkowie misji humanitarnej zajmującej się rozminowywaniem (dwie osoby zginęły, a osiem zostało rannych). Tego dnia wrogie rakiety lub drony uderzyły też w Białogród nad Dniestrem i Odessę, 5 września – w Dniepr, a 6 września – w Mikołajów i Zaporoże. Według źródeł ukraińskich od wieczora 2 września do rana 9 września najeźdźcy użyli łącznie (uwzględniając oba zmasowane ataki) 1951 dronów uderzeniowych i ich imitatorów oraz 62 rakiet. Obrońcy mieli zneutralizować 1670 bezzałogowców i 27 rakiet.

5 września ukraińskie drony zaatakowały rafinerię w Riazaniu, a dwa dni później – Ilską w Kraju Krasnodarskim. Na terenie tej pierwszej doszło do pożaru, a zgodnie z przekazem ukraińskiego Sztabu Generalnego trafiona została instalacja do przerobu ropy. To samo źródło poinformowało o uderzeniu w stację dystrybucyjną rurociągu „Stalowy Koń” w obwodzie briańskim, gdzie też wybuchł pożar. Prawdopodobnie chodziło o kolejny atak na obiekt rurociągu Drużba, o czym donosiły inne źródła (baza paliwowa i stacja dystrybucyjna o nazwie „Stalowy Koń” zlokalizowane są w obwodzie orłowskim). 4 września ukraińskie pociski trafiły w bazę paliwową w okupowanym Ługańsku, a 9 września – w obwodzie biełgorodzkim. Według dowódcy ukraińskich Sił Systemów Bezzałogowych Roberta Browdiego „Madiara” 8 września uszkodzona została stacja pompowa Wtorowo w obwodzie włodzimierskim, tłocząca olej napędowy do rurociągu zaopatrującego Moskwę. Powołując się na źródła wywiadowcze, ukraińskie media podały, że tego samego dnia doszło do uszkodzenia rurociągu i gazociągu w rejonie Penzy. Doniesień tych nie potwierdziły dotąd inne źródła.

osw.waw.pl


8 września kanclerz Friedrich Merz (CDU) otworzył w Berlinie doroczną konferencję ambasadorów, wskazując jako priorytet bezpieczeństwo i konkurencyjność RFN w warunkach konfliktu systemowego między demokracjami liberalnymi a osią autokracji. Zapowiedział budowę nowej europejskiej architektury bezpieczeństwa opartej na NATO, ze wzmocnionym filarem europejskim i kluczową rolą Niemiec, uzasadnianą wielkością gospodarki i geostrategicznym położeniem na Starym Kontynencie. Polityka zagraniczna RFN ma być pragmatyczna i zorientowana na realizację interesów. W UE istotnym partnerem pozostaje Francja, ale w Europie duże znaczenie ma też współpraca z Wielką Brytanią. USA nadal są najważniejszym pozaeuropejskim partnerem, lecz kooperacja z nimi ma być dostosowana do obecnego kursu Waszyngtonu. Merz potwierdził wsparcie dla Ukrainy na drodze do „sprawiedliwego pokoju” oraz ostrzegł przed imperialnym planem Putina i rosnącą presją Chin; współpraca z ChRL jest możliwa przy dywersyfikacji łańcuchów dostaw i surowców. RFN ma zacieśniać relacje z partnerami pozaeuropejskimi i działać na forach wielostronnych – m.in. w ONZ, gdzie zabiega o miejsce niestałego członka w Radzie Bezpieczeństwa na lata 2027–2028.

Deklarację zmian w polityce zagranicznej i bezpieczeństwa wygłoszoną przez kanclerza przed korpusem dyplomatycznym należy traktować jako silny symboliczny przekaz wysłany zarówno za granicę, jak i do własnego kraju. Ostatnio w takiej roli, przed takim gronem i także z opowieścią o potrzebie większej asertywności i ambicji w niemieckiej polityce przemawiał w 2000 r. kanclerz Gerhard Schröder. Przekaz Merza o „przejmowaniu odpowiedzialności” przez Niemcy oznacza wyznaczenie ambitnego planu. Berlin nie dysponuje na razie adekwatnymi zdolnościami wojskowymi ani wystarczającą legitymacją polityczną, by grać pierwsze skrzypce w bezpieczeństwie europejskim.

Komentarz
  • Przemówienie kanclerza Merza oznacza zmianę w niemieckim myśleniu o polityce zagranicznej i bezpieczeństwa – w kierunku ambitnej, ukierunkowanej na realizację własnych interesów strategii globalnego gracza. Merz odcina się od dotychczasowego języka moralnego uniwersalizmu Niemiec jako „potęgi cywilnej”, określając to podejście mianem „moralnej pychy” wynikającej z sukcesu gospodarczego, i wzywa do twardego realizmu. Oprócz deklaratywnego multilateralizmu pojawia się język interesu narodowego, partnerstw strategicznych i asertywnego kształtowania porządku międzynarodowego według norm i reguł. Nowością w tej doktrynie jest również silne podkreślenie suwerenności gospodarczej jako instrumentu politycznego. Niemcy mają nie tylko dywersyfikować źródła surowców i łańcuchy dostaw, lecz także aktywnie tworzyć nowy system handlu światowego, niezależny od dysfunkcyjnych instytucji, takich jak WTO. W połączeniu z globalnymi ambicjami i redefinicją partnerstw poza Zachodem – od Mercosuru po Azję Centralną i Afrykę – wyłania się obraz Niemiec jako państwa, które nie tylko uczestniczy w systemie międzynarodowym, ale też pretenduje do jego przebudowy w duchu własnych interesów i wartości.
  • Merz deklaruje wolę współpracy z USA, jednak jego przekaz jest wyraźnie emancypacyjny: Europa ma działać, dbając o własne interesy. Wzywa do „dostosowania” polityki europejskiej do nowej roli USA w świecie, wskazując na zmniejszającą się oczywistość partnerstwa transatlantyckiego. Ta emancypacyjna retoryka uwidacznia rozdźwięk między rosnącymi ambicjami a realnymi możliwościami Berlina. Pomysł stworzenia „nowej, trwałej architektury bezpieczeństwa” i traktowania Chin jako rywala systemowego oraz równoległego prowadzenia polityki wobec nich opartej na interesach niemieckich koncernów przemysłowych pozostaje wewnętrznie sprzeczny i strategicznie niewiarygodny. Wystąpienie Merza wskazuje również na inne napięcia: Berlin unika precyzyjnego określenia, w jakim zakresie jest gotów dzielić się władzą z partnerami europejskimi. Znamienne jest przy tym, że propozycja reform UE i usprawnienia jej funkcjonowania nie pada.
  • Polska pozostaje poza głównym kadrem nowej niemieckiej strategii. Przemówienie Merza stanowi niejednoznaczny sygnał. Z jednej strony wyraźna antyputinowska retoryka oraz deklaracje o potrzebie wzmocnienia europejskiego filaru NATO mogłyby wskazywać na większą zbieżność interesów niemieckich i polskich. Z drugiej zaś całkowite pominięcie przez Merza Polski jako partnera strategicznego jest uderzające. W przemówieniu wielokrotnie podkreśla on szczególną rolę Francji (jako „komory serca Europy”) i Wielkiej Brytanii jako kluczowych sojuszników. Wskazuje też na priorytet budowy relacji z państwami Globalnego Południa – od Brazylii po Azję Centralną. (...)
osw.waw.pl


Ćwiczenia Zapad-2025 są pierwszym od lat 90. XX wieku dużym przedsięwzięciem szkoleniowym Sił Zbrojnych FR, którego Moskwa nie rozgrywa informacyjnie, pozostawiając całokształt posunięć w tej sferze Mińskowi. Ograniczona względem poprzednich edycji skala nie przesądza ich potencjalnego wykorzystania jako przygotowania do działań zbrojnych przeciwko Ukrainie. Bardziej prawdopodobne jest jednak skierowanie ćwiczących pododdziałów na istniejące odcinki frontu niż użycie ich do ponownego wtargnięcia na Ukrainę z terytorium Białorusi.

Komentarz
  • Ćwiczenia Zapad-2025 będą znacząco mniejsze niż ostatnie edycje z lat 2021 i 2017, jednak skalą zaangażowanych sił i środków porównywalne z organizowanymi w pierwszej dekadzie XXI wieku. Kwestią otwartą pozostaje, w jakim stopniu takiej wielkości udział rosyjski wynika z konieczności zabezpieczenia bieżących działań na Ukrainie (i w związku z tym braku możliwości wysłania większej liczby jednostek), a w jakim ze świadomej decyzji Moskwy o samoograniczeniu skali przedsięwzięcia – zwłaszcza sił przerzuconych na Białoruś. Te ostatnie, opierając się na jedynych publicznie dostępnych danych litewskich, można było demonstracyjnie zwiększyć kosztem liczby ćwiczących na poligonach rosyjskich.
  • (...)
  • Wprowadzenie do ćwiczeń OUBZ kwestii planowania jądrowego – choćby wyłącznie na poziomie publicznej deklaracji – to swoisty ukłon Rosji w stronę sojuszników z tej organizacji. Najprawdopodobniej uzasadnieniem dopuszczenia państw OUBZ do grona uzgadniającego scenariusz ćwiczebnego użycia broni atomowej były działania na rzecz renuklearyzacji Białorusi obejmujące skierowanie tam potencjalnych nowoczesnych środków przenoszenia, tj. taktycznych pocisków balistycznych Iskander-M oraz (na razie w formie zapowiedzi) pocisków balistycznych średniego zasięgu Oriesznik, a także modernizację magazynów amunicji jądrowej.
  • W uzgodnieniu z Kremlem Mińsk wykorzystuje ćwiczenia do prowadzenia operacji dezinformacyjnej. Jej celem jest rozpowszechnienie tezy o rzekomej woli Białorusi do deeskalacji zagrożenia militarnego w regionie, choć w rzeczywistości operacja ta dzieje się za przyzwoleniem Rosji i służy wzmocnieniu wizerunku Alaksandra Łukaszenki jako równoprawnego partnera Moskwy. Już w maju minister obrony RB poinformował o ograniczeniu skali ćwiczeń oraz o ich zlokalizowaniu w rejonach oddalonych od granicy z Polską. Ma to być rzekomo gest sygnalizujący chęć powrotu do dialogu z Zachodem, podobnie jak fakt, że scenariusz ćwiczeń zakłada jedynie operację obronną w razie ataku na Państwo Związkowe.
  • Deeskalacyjna retoryka Mińska służy podważaniu zachodnich obaw o planowanie przez Rosję i Białoruś agresywnych działań militarnych. Towarzyszy temu operacja dezinformacyjna strony białoruskiej wskazująca, że Polska ponoć przygotowuje się do uderzenia na oba państwa. W celu wsparcia tej tezy białoruskie KGB posunęło się do prowokacji, zatrzymując 4 września polskiego duchownego pod rzekomym zarzutem szpiegostwa i pozyskiwania niejawnych materiałów o scenariuszu Zapad-2025.
osw.waw.pl

poniedziałek, 8 września 2025



Do bezprecedensowej obławy doszło na placu budowy fabryki Hyundai Motor w Stanach Zjednoczonych. Powstaje tam jedna z największych inwestycji koreańskiego producenta samochodów w USA. Amerykańskie władze przeprowadziły śledztwo, w trakcie którego odkryto, że pracujący przy jej budowie imigranci nie mieli odpowiednich zgód na wjazd i pracę w USA. Wyłapano w sumie 475 pracowników, z czego ponad 300 to obywatele Korei Południowej. Niektórzy zaczęli uciekać lub chowali się w stawie na terenie budowy. W operację zaangażowanych było ok. 400 funkcjonariuszy. Uznano ją za największą tego typu akcję w historii. 

Operacja wywołała duże oburzenie. Partia Demokratyczna wydała oświadczenie, w którym wskazała, że nalot był częścią "politycznie motywowanej taktyki zastraszania, mającej na celu terroryzowanie ludzi, którzy ciężko pracują, aby zarobić na życie, napędzając gospodarkę USA i przyczyniając się do rozwoju społeczności". Także Ministerstwo Spraw Zagranicznych Korei Południowej wyraziło ubolewanie i zaniepokojenie w związku z nalotem. "Działalność gospodarcza naszych firm inwestujących w Stanach Zjednoczonych oraz interesy naszych obywateli nie mogą być bezprawnie naruszane podczas egzekwowania prawa przez USA" - przekazano.

Prezydent USA Donald Trump niezbyt się tym  jednak przejmuje. W piątek nazwał setki pracowników aresztowanych podczas nalotu na południowokoreański "nielegalnymi imigrantami", podkreślając, że urzędnicy "po prostu wykonywali swoją pracę". W ten sam sposób tłumaczył zatrzymania rzecznik gubernatora Georgii (tam zlokalizowana była fabryka) Briana Kempa. - W Georgii zawsze będziemy egzekwować prawo, w tym wszystkie stanowe i federalne przepisy imigracyjne - podkreślał. Co ciekawe, przedstawiciele firmy Hyundai Motor America twierdzą, że żadna z zatrzymanych osób nie jest bezpośrednio zatrudniona w Hyundai Motor. Zapewniono też, że "Hyundai zobowiązuje się do pełnego przestrzegania wszystkich przepisów i regulacji obowiązujących na każdym rynku, na którym działa w tym wymogów weryfikacji zatrudnienia oraz przepisów imigracyjnych".

gazeta.pl

niedziela, 7 września 2025



Francja zdecydowała się na ograniczenie smartfonów, smartwatchów czy tabletów na terenie szkół podstawowych i średnich już w 2018 r. Złamanie zakazu grozi konfiskatą sprzętu do końca dnia, nakazem pozostania w szkole dłużej lub dodatkowymi pracami domowymi. W przypadku nagminnego łamania zakazu uczeń może zostać nawet relegowany. Mimo tak ostrych ograniczeń zakaz nie wywołał kontrowersji ze względu na drastyczne przypadki rówieśniczej cyberprzemocy. Obecnie Francuzi sprawdzają nowy sposób na ograniczenie elektroniki w szkole. Testuje się tam pause numérique – rozwiązanie, które zakłada oddanie urządzeń na czas pobytu w szkole przez niemal 50 tys. uczniów. Celem jest nie tylko cisza na lekcji, ale też budowanie uważności i zdrowych relacji rówieśniczych.

O krok dalej poszła Belgia – tam w ponad 370 placówkach (region Walonii i Brukseli) uczniowie oddają telefony do depozytów lub zamykanych szafek już od przedszkola.

W grudniu 2022 r. włoskie ministerstwo oświaty wprowadziło zakaz używania telefonów komórkowych podczas zajęć lekcyjnych w szkołach podstawowych. Po trzech latach we Włoszech wprowadzany jest taki sam zakaz dotyczący szkół średnich.

Rząd Portugalii zatwierdził na początku lipca tego roku zakaz korzystania przez uczniów ze smartfonów w szkołach podstawowych oraz gimnazjach. "Dekret rządu został podyktowany dobrymi wynikami uczniów szkół, w których w ostatnich latach obowiązywał zakaz korzystania z telefonów komórkowych", tłumaczył premier Luís Montenegro. Restrykcje zaczną obowiązywać z początkiem nowego roku szkolnego, czyli w połowie września.

W kolejnych państwach smartfon w szkole staje się synonimem rozproszenia. Ograniczanie używania tego typu urządzeń jest zaś sposobem na odbudowę uwagi i relacji oraz polepszenie jakości nauki. W Wielkiej Brytanii i Norwegii, które jako jedne z pierwszych zdecydowały się na bardziej rygorystyczne traktowanie telefonów w szkołach, widać wyraźną poprawę wyników egzaminów. Największy skok odnotowano wśród uczniów, którzy wcześniej mieli najsłabsze wyniki.

Spektakularne są jednak dopiero dane dotyczące zdrowia psychicznego i bezpieczeństwa. W norweskich szkołach po wprowadzeniu zakazu liczba wizyt uczniów u psychologów i psychiatrów zmalała o 60 proc. Znacząco poprawiły się również statystyki dotyczące przemocy rówieśniczej – odnotowano 43-procentowy spadek. Eksperci wiążą to bezpośrednio z ograniczeniem dostępu do narzędzia cyberprzemocy, jakim w tym wypadku jest smartfon. Drugie ważne osiągnięcie to większe zaangażowanie uczniów w życie szkolnej społeczności.

W Danii czy w Niemczech ograniczenia wprowadzane są lokalnie. Obserwuje się jednak takie same zmiany. Uczniowie są nie tylko bardziej skoncentrowani na lekcjach, ale też zaczęli inaczej spędzać przerwy. Częściej rozmawiają, bawią się, integrują, wracają do gier analogowych, a nawet czytają. Zmniejsza się napięcie, w jego miejsce pojawia się poczucie wspólnoty i bezpieczeństwa.

(...)

W Polsce nie ma centralnego zakazu korzystania ze smartfonów w szkołach. I chociaż MEN coraz częściej wypowiada się w sprawie ich wyeliminowania w klasach I-III, to nawet kiedy wspomina o opracowywanej przez siebie ustawie, nie dzieli się konkretami. Przedstawicielki MEN jeszcze w kwietniu br. w wypowiedziach medialnych zasłaniały się stwierdzeniem, że wprowadzanie zakazu powinno leżeć w gestii szkolnych społeczności. Słowem, ciężar decyzji spada na dyrekcje, które mają zapisywać zakazy w statutach placówek, o ile rodzice im pozwolą.

(...)

W 2017 r. naukowcy Adrian F. Ward, Kristen Duke, Ayelet Gneezy i Maarten W. Bos przeprowadzili serię eksperymentów, których wyniki przedstawili w publikacji "Brain Drain: The Mere Presence of One’s Own Smartphone Reduces Available Cognitive Capacity" (Drenaż mózgów: Sama obecność smartfona zmniejsza dostępną pojemność poznawczą). Badacze sprawdzali, jaki wpływ na skupienie ludzi ma obecność ich smartfona w pomieszczeniu.

Eksperyment odbywał się w trzech wersjach. Telefon albo leżał na biurku, albo znajdował się w kieszeni/plecaku, albo lądował w innym pomieszczeniu. W każdym z trzech opisanych przypadków komórka była wyłączona. Następnie za pomocą testów badano zakres uważności i tzw. inteligencję płynną. Osoby ze smartfonem na biurku miały najgorsze wyniki. Niewiele lepsze osiągnęli ci, którzy schowali go do kieszeni. Dopiero nieobecność telefonu znacznie poprawiła skupienie badanych.

Naukowcy podsumowują, że smartfon samą swoją obecnością zakłóca możliwości poznawcze – w psychiatrii mówi się o zaburzeniu myślenia. Im większa zależność od smartfona, tym silniejsze zaburzenie. Samo wyłączenie urządzenia lub położenie go ekranem do dołu niczego nie zmienia. Trzeba je wynieść do innego pomieszczenia. W kontekście szkolnych rozważań można założyć, że jedynym sposobem na to, by dzieci były skupione, jest zostawienie telefonów w depozycie przed wejściem do szkoły.

Należy przypomnieć, że aplikacje w smartfonach są zaprojektowane tak, aby powodować uzależniający behawioralnie wyrzut dopaminy. Instant scrolling, czyli bezmyślne przewijanie kolejnych treści na TikToku, Instagramie czy Facebooku, można przyrównać do brania działki przez narkomana. Mówił o tym otwarcie Sean Parker, były członek rady nadzorczej Facebooka: "Wykorzystaliśmy słaby punkt ludzkiej psychiki, dajemy ci działeczkę dopaminy".

Wszystko w nowych technologiach i mediach społecznościowych jest zbudowane tak, aby cały czas pobudzać układ nagrody w mózgu. Wydzielająca się przy tym dopamina, hormon przyjemności, sprawia, że chcemy w kółko sięgać do jej źródła.

Badania przedstawione w "Social Science Computer Review" wskazują, że większa liczba godzin spędzona przed ekranem wiąże się z gorszym samopoczuciem osób w wieku 2-17 lat. Wielokrotnie wskazywano też (m.in. naukowcy z Boston University czy Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne), że media takie jak TikTok, Snapchat, a szczególnie Instagram zwiększają ryzyko zaburzeń dysmorficznych, które najczęściej objawiają się jako ciągłe poczucie, że wygląda się nieestetycznie. Najczęściej dotyka to nastoletnie dziewczęta, ale odnosi się do każdego użytkownika.

onet.pl\Tygodnik Przegląd

sobota, 6 września 2025



29 sierpnia 2025. W środę wieczorem na lotnisku Domodiewo w Moskwie wylądował samolot Egypt Air. Przywiózł kilkadziesiąt osób. Kim są pasażerowie tego samolotu? I dlaczego wokół ich przylotu jest tak dużo znaków zapytania?

Prezes organizacji Russian America for Democracy in Russia (pomagającej obywatelom Federacji Rosyjskiej, którzy znaleźli się w obozach dla imigrantów na terytorium Stanów Zjednoczonych) Dmitrij Wałujew twierdzi, że to osoby deportowane z USA. I że to już druga grupa Rosjan wysłanych z Ameryki na chłodne łono Putina. Pierwsza deportacja miała miejsce w czerwcu i objęła około czterdziestu osób. Tym razem – z przesiadką w Kairze – dostarczono od 30 do 60 deportowanych.

Jak pisze „Nowa Gazeta. Europa” (...), powołując się na Wałujewa, na lotnisku w Kairze deportowanych otoczyli funkcjonariusze służb specjalnych, którzy następnie doprowadzili Rosjan na pokład samolotu lecącego do Moskwy. Kilka osób próbowało odmówić zajęcia miejsc w tym samolocie. Ale stanowczo wybito im z głowy zmianę trasy. Opornych dotkliwie pobito.

Kim są deportowani? To obywatele Rosji, którzy z takich czy innych względów, takimi czy innymi drogami i z takich czy innych powodów znaleźli się w Ameryce w obozach dla imigrantów. Niektórzy z nich ubiegali się o prawo pobytu, ale sąd im odmówił. Niektórzy chcieli uzyskać azyl polityczny, ale nie otrzymali zgody (m.in. były rosyjski wojskowy, który samowolnie opuścił jednostkę, uciekł z Rosji, trafił do USA, tam przegrał swoją sprawę w sądzie). Wśród wysłanych jest też grupa, która zdecydowała się opuścić USA, nie doczekawszy decyzji sądu.

W Moskwie na pasażerów tego wyjątkowego rejsu oczekiwała ekipa w mundurach. Deportowani zostali sprawdzeni i wypytani o wszystkie interesujące służby aspekty pobytu w USA i powrotu. Zatrzymano jedną osobę, reszta została wypuszczona po złożeniu odpowiednich zobowiązań (np. o nieopuszczaniu miejsca zamieszkania). Jak mówi założyciel organizacji Gulagu.net Władimir Osieczkin, niektórzy byli maglowani przez kilka godzin, niektórzy zostali pobici.

Zdaniem Wałujewa, w maju 2024 r. w Stanach zmieniono podejście do Rosjan, którzy przedostali się do USA przez meksykańską granicę: „Wcześniej wjazd od strony Meksyku wydawał się jednym z najprostszych sposobów ucieczki od wojny. Po przejściu granicy ludziom, którzy występowali o azyl, wręczano wezwanie do sądu, ale mogli oni pozostać na wolności. Wszystko zmieniło się ponad rok temu: Rosjan, którzy występowali o azyl lub prawo pobytu, kierowano do obozów dla imigrantów, tam spędzali całe miesiące. Niektórzy z tych, których deportowano ostatnio, siedzieli tam około roku”.

Jak pisze „The Insider”, w ostatnich latach o możliwość pobytu w USA ubiegały się dziesiątki tysięcy Rosjan. Po przejściu wymaganych procedur mogli zalegalizować swój status. Już przez ostatnie półrocze prezydentury Joe Bidena szanse na otrzymanie azylu w USA spadły, natomiast za czasów Trumpa, po zaostrzeniu polityki migracyjnej, amerykańskie władze mocno ograniczyły możliwości otrzymania zezwolenia na pobyt.

labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl

piątek, 5 września 2025



Opracowując budżet na 2025 r., ministerstwo finansów liczyło na radykalne zmniejszenie deficytu, który w ciągu trzech lat wojny osiągnął 10 bln rubli (445 mld zł). Oczekiwano, że wydatki przekroczą dochody tylko o 1,17 bln rubli (52 mld zł), czyli 0,5 proc. PKB. Jednak spadające ceny ropy naftowej i gwałtowne spowolnienie gospodarcze pokrzyżowały te optymistyczne plany.

Do końca lipca w federalnej kasie powstała "dziura" w wysokości 4,9 bln rubli (217 mld zł) — 4,4 razy więcej niż rok wcześniej, a co piąty rubel wydany przez rząd pozostał bez pokrycia z dochodów podatkowych.

Latem wprowadzono poprawki do ustawy budżetowej, które obniżyły plan dochodów z ropy i gazu o prawie 20 proc. i zwiększyły deficyt do 1,7 proc. PKB, czyli 3,8 bln rubli (169 mld zł). Jednak nawet ta prognoza najprawdopodobniej nie zostanie zrealizowana — poinformowało na początku tygodnia agencję Interfax źródło bliskie rządowi.

onet.pl


Branża odzieżowa jest jedną z najbardziej zanieczyszczających, zaraz po przemyśle wydobywczym, czyli takim ciężkim przemyśle, co wiąże się z dużymi emisjami gazów cieplarnianych, ale też z dużą chłonnością, jeśli chodzi o wodę, emisje i zużywanie chemikaliów. Jest to też branża, która generuje ogromne ilości odpadów. Dlatego jak pomyślimy sobie o szybkiej modzie, jako o takiej, w której dominuje zasada kupuj szybko i szybko pozbywaj się tego, co kupiłeś, żeby mieć miejsce na nowe ubrania, to mamy przepis na bardzo negatywny dla środowiska model biznesu. - dr Agata Rudnicka, UŁ.

„Szybka moda drastycznie zwiększyła światowe zużycie energii. W rzeczywistości odpowiada ona za 2 proc. całkowitego światowego zużycia energii. Ten wzrost zużycia jest wynikiem szybkich cykli produkcyjnych, zwiększonej produkcji i energochłonnych procesów produkcyjnych” – przekazał w komentarzu dla E24 Todd Leahy z międzynarodowego ośrodka analitycznego IEEFA. Takie kraje jak Chiny, Bangladesz, Indie, Wietnam, Pakistan i Kambodża to światowe centra produkcji tekstyliów, gdzie wysokie zapotrzebowanie na energię jest często zaspokajane przez elektrownie węglowe. Do tego dochodzą kwestie tkanin syntetycznych, barwników i procesów wykończeniowych.

Z kolei kraje zalewane odpadami tekstylnymi to w przeważającej mierze kraje o niższym PKB. Wśród nich przodują Ghana, Kenia i Maroko, które rozwinęły przemysł zajmujący się utylizacją odpadów poprzez spalanie – dodał Leahy.

A skąd się bierze wielka potrzeba utylizacji odzieży, w tym nieużywanej? Właśnie z szybkości. Jak przekazała Zofia Piwowarek, współzałożycielka INTU Circularity, wykładowczyni Uniwersytetu Łazarskiego na kierunku Prawo i Biznes w Modzie, w przeszłości pracująca dla ONZ przy projektach związanych ze zrównoważoną modą, obecnie sklepy są przepełnione towarem. W jednym sklepie znajduje się kilka, a nawet kilkaset tysięcy ubrań „i tak naprawdę w przeciągu dwóch tygodni taka firma jest w stanie całkowicie wymienić cały sklep”. „Obok produktów, które stoją miesiącami, mamy nieustanny zalew nowych trendów i marketingową presję, by kupować więcej. Efekt? Przy tak szerokim asortymencie zawsze coś zostaje w tyle” – wyjaśniła Piwowarek.

„Ten system się nie sprawdza. Nie ma dość ludzi, by to kupić. Produkujemy odzież, która nigdy nie zostanie włożona. Zbyt wiele ubrań zabija ubrania” – oświadczył dramatycznie w 2016 r. francuski projektant mody haute-couture Jean-Paul Gaultier.

Unia Europejska pozbywa się rocznie 5,6 mln ton odzieży i tekstyliów. Na całym świecie wyrzucamy ich aż 2,1 mld ton. Autorka słynnego reportażu „Modopolis” Dana Thomas określiła trafnie to zjawisko „modową bulimią”.

Moda, a w szczególności moda szybka (fast fashion), w dużej mierze opiera się na materiałach syntetycznych, takich jak poliester. Z prognozowanym udziałem w rynku przekraczającym 188 miliardów dolarów do 2027 roku, produkcja tekstyliów stanowi 2 proc. światowego zapotrzebowania na ropę naftową. Oznacza to, że firmy naftowe postrzegają tkaniny jako sposób na kontynuację, a nawet zwiększenie, produkcji. - Todd Leahy, IEEFA.

energetyka24.com


Kreml ogłosił, że od czerwca tego roku Rosja zdobyła około 2346 km kw ukraińskiego terytorium oraz przejęła kontrolę nad 130 miejscowościami. W te dane nie uwierzyli nawet rosyjscy milblogerzy powiązani z reżimem skrytykowali Ministerstwo Obrony oraz generała Walerija Gierasimowa za zawyżanie wyników, twierdząc, że rzeczywiste postępy są znacznie mniejsze. Według nich Rosja nie zdobyła nawet 1 tys. km kw. terytorium podczas lata. I taki wynik potwierdzają dane geolokalizacyjne, które zbierają analitycy. Zarówno rosyjscy, jak i zachodni, powiązani choćby z Instytutem Studiów nad Wojną.

Oznacza to, że rosyjska wielka letnia ofensywa okazała się niewypałem. Według dostępnych informacji, przed letnią ofensywą w Donbasie w 2025 roku Rosja skoncentrowała około 700 tys. żołnierzy. Mimo dużej koncentracji sił ofensywa nie przyniosła oczekiwanych rezultatów. Rosyjskie jednostki napotkały silny opór, co spowodowało znaczne straty w ludziach i sprzęcie.

Wysokim kosztem padł jedynie Czasiw Jar, którego zdobycie zajęło Rosjanom ponad 600 dni, a średnie tempo natarcia w tym czasie wynosiło 14 metrów dziennie. A jeśli do tego dodamy, że ich zdobycie kosztowało Rosjan życie ok. 7-8 tys. żołnierzy, to już całkowicie dobrze nie świadczy o rosyjskich dowódcach. Przy czym Czasiw Jar to nie jest jakaś wielka metropolia, aby walczyć o nią przez niemal dwa lata. Przed wojną liczyła ok. 12 tys. mieszkańców. Czyli wielkości Brzegu Dolnego, Aleksandrowa Kujawskiego, czy Koluszek. Same działania w tym rejonie toczyły się na odcinku szerokości 20 km, co przy froncie liczącym 1,5 tys. km stanowi zaledwie 1,3 proc. całości.

Rosjanom nie udało się zdobyć ani Pokrowska, który był głównym celem ofensywy, ani Welikiej Nowosiłki. Nie udało się także dotrzeć do granicy obwodu dniepropietrowskiego, co miało być symbolicznym znakiem "wyzwolenia" Donbasu. Nie doszło także do przełamania frontu, choć rosyjska propaganda bardzo by tego chciała. Rosyjskie media w zasadzie już przestały informować o sytuacji pod Dobropilem.

Wyłom, który w dalszej perspektywie pozwoliłby im obejść Myrnohrad począwszy od 25 sierpnia jest powoli likwidowany. Odzyskali m.in. Nowe Szachowe, Zapowidne oraz Kuczeriw Jar, leżące na południowy-wschód od miasta. Wszystkie miejscowości mają spore znaczenie operacyjne, ponieważ zabezpieczają drogę prowadzącą w głąb miasta oraz blokują Rosjanom poszerzenie klina w kierunku północnym. Te trzy miejscowości były kluczowe, ponieważ stanowiły oparcie dla rosyjskiej flanki i umożliwiały im rozwinięcie ataku na zachód.

Ukraińskie działania były prowadzone w sposób zdecydowanie bardziej elastyczny niż rosyjskie natarcie. Zamiast frontalnych ataków dużymi formacjami pancerno-zmechanizowanymi, które w obecnych warunkach kończą się zwykle stratami, Ukraina zastosowała taktykę podgryzania odciętych rosyjskich punktów oporu. Polegały one na krótkotrwałym, ale skoordynowanym użyciu oddziałów piechoty wspartej dronami szturmowymi i artylerią lufową.

Każdy kontratak poprzedzało intensywne rozpoznanie powietrzne, które wyłapywało rosyjskie pozycje, w tym ukryte transportery opancerzone i stanowiska artylerii u podstawy wyłomu. Dopiero po ich zneutralizowaniu ogniem artylerii samobieżnej do akcji wchodziły oddziały szturmowe.

Według doniesień Armyinform, w działaniach tych brały udział pododdziały jedenastu samodzielnych brygad i 1. Korpusu Azow, które są regularnie rotowane. Jednak choć Ukraińcy likwidują rosyjskie pozycje, to tych oddziałów zabrakło na innych odcinkach frontu, co komplikuje choćby sytuację na kierunku Konstatniniwki. Zmiana kierunku Rosyjskie ugrupowania, w tym elementy 36. Brygady Strzelców Zmotoryzowanych, która prowadzi natarcie, koncentrują wysiłki na oskrzydleniu od południowego wschodu. Ich celem jest przede wszystkim przejęcie kontroli nad szlakami zaopatrzeniowymi, co przełoży się na destabilizację linii obrony. Według raportów ISW oraz Armyinform oddziały rosyjskie działają tu w dwu lub trzyosobowych grupach, często wspieranych przez artylerię dalekiego zasięgu i drony FPV.

Od północnego wschodu nacisk Rosjan jest bardziej zorganizowany i systematyczny. Wykorzystują tu główne drogi prowadzące w kierunku Konstantyniwki, próbując oskrzydlić ukraińskie pozycje przy użyciu zmotoryzowanych grup bojowych, czasem wspartych pojazdami gąsienicowymi i ogniem artyleryjskim.

Ukraińskie dowództwo utrzymuje tu linię obrony, wykorzystując naturalne przeszkody terenowe, pozycje ufortyfikowane oraz wspomagając działania piechoty i jednostek lekkiej artylerii i bezzałogowcami. W ostatnich tygodniach Ukraińcy przeprowadzali także ograniczone kontrataki na flanki rosyjskich ugrupowań, co zmuszało ich do zwinięcia pozycji.

Na kierunku Konstantyniwki sytuacja jest wciąż dynamiczna. Rosjanie wykazują zdolność do przeprowadzania lokalnych manewrów i zdobywania niektórych pozycji, ale nie odnotowano dotąd znaczącego przełamania linii obrony Ukrainy ani opanowania samego miasta. Ukraińska armia pozostaje zdolna do odpierania kolejnych ataków dzięki skutecznej koordynacji bezzałogowców uderzeniowych, artylerii i systemów rozpoznania.

Długoterminowo kierunek Konstantyniwki pozostaje newralgiczny. Ewentualne przełamanie ukraińskiej obrony w tym rejonie mogłoby umożliwić Rosjanom dalsze manewry w kierunku północno zachodnim i stanowić zagrożenie dla integralności całego sektora Pokrowska i Myrnohradu. Ukraińskie siły, aby utrzymać pozycję, będą musiały stale rotować jednostki, co jest dość mocno skomplikowane przez brak sił. Pokrowsk-Myrnohrad Myrnohrad znajduje się pod coraz większym naciskiem ze wschodu i północnego wschodu. Rosjanie próbują wykorzystać fakt, że ukraińska obrona opiera się tu na stosunkowo wąskim pasie terenów zurbanizowanych oraz dawnych kopalniach, które trudno utrzymać przy ciągłym ostrzale artyleryjskim.

Głównym celem przeciwnika jest zmuszenie Ukraińców do odwrotu w kierunku Konstantyniwki, co pozwoliłoby Rosjanom połączyć natarcie z południa i północy. Jeżeli Rosjanie zdołają połączyć natarcie z obu kierunków, miasto może znaleźć się w półokrążeniu. To zmusi Ukraińców do wycofania znacznych sił w kierunku Konstantyniwki. To będzie oznaczało, że w zasadzie los Pokrowska będzie niemal przesądzony. Dlatego też Ukraińcy bronią pozycji niemal za wszelką cenę. Rosjanom dopiero po ponad tygodniu udało się zlikwidować ukraiński wyłom pod Nowoekonomicznym, choć ci nie mieli zamiaru go rozszerzać, a wprost Armyinform poinformował, że wypad miał na celu jedynie odrzucenie jednego ze skrzydeł rosyjskiego uderzenia. Co też się udało.

Wejście w rosyjskie pozycje spowodowało, że Rosjanie zatrzymali swoje operacje i przerzucili w rejon wyłomu większe grupy piechoty. Ukraińcy wykorzystali ten czas, aby umocnić pozycje polowe na tym odcinku, których Rosjanie nadal nie są w stanie pokonać. 

onet.pl\Newsweek

czwartek, 4 września 2025



W dniach 31 sierpnia – 3 września Władimir Putin przebywał w ChRL, gdzie uczestniczył w szczycie Szanghajskiej Organizacji Współpracy (SzOW) w Tiencinie, a następnie odbył wizytę w Pekinie i był gościem honorowym na paradzie z okazji rocznicy zakończenia II wojny światowej i kapitulacji Japonii. W trakcie pobytu podpisano ok. 20 porozumień dwustronnych o charakterze ramowym i technicznym. Na marginesie szczytu doszło też m.in. do spotkania przywódców ChRL, Rosji i Mongolii. Według Gazpromu podpisano „prawnie wiążące memorandum” z chińską CNPC o budowie gazociągu Siła Syberii-2 biegnącego z Rosji przez terytorium Mongolii do północno-wschodnich Chin, a także uzgodniono zwiększenie dostaw za pośrednictwem istniejących gazociągów (łącznie o 8 mld m3 rocznie). Jak dotąd strona chińska nie potwierdziła jednak żadnych szczegółów dotyczących porozumień gazowych.

Szczyt był polityczną demonstracją skierowaną przeciwko USA i Zachodowi. Pokazał efekty kilkunastoletniego procesu rozszerzania SzOW. Z chińsko-rosyjskiego projektu kontroli nad Azją Centralną organizację przekształcono w kolejną platformę gromadzenia poparcia dla supermocarstwowych ambicji ChRL. Moskwa również de facto w pełni poparła chińską wizję przebudowy porządku światowego, którą uznaje za wspólną, a także uznała aspiracje Pekinu do przywództwa nad państwami Globalnego Południa. W zamian uzyskała dalsze wsparcie polityczne i perspektywy pogłębiania współpracy politycznej i gospodarczej – w tym ogólnikową obietnicę szansy na zwiększenie eksportu gazu ziemnego do Chin.

Komentarz
  • Na szczycie SzOW, przy poparciu Rosji, ChRL przeprowadziła słabo zawoalowany atak na USA i ich system sojuszy. Na spotkaniu Xi Jinping ogłosił „Inicjatywę na rzecz globalnego zarządzania”, która ma przeciwstawić się „zimnowojennej mentalności, hegemonizmowi i protekcjonizmowi” poprzez „przestrzeganie suwerennej równości państw, międzynarodowego porządku prawnego czy praktykowanie prawdziwego multilateralizmu”. W tym samym duchu sformułowano ogłoszoną na szczycie „Deklarację z Tiencinu Rady Głów Państw SzOW”. Przyjęto też – z chińskiej inicjatywy – szereg porozumień, które mają być realizowane w ramach „Strategii rozwoju SzOW do 2035 r.”. Priorytetami są wzmocnienie bezpieczeństwa regionalnego, zwalczanie terroryzmu i ekstremizmu oraz promowanie integracji gospodarczej – skupienie się na transporcie, energii i technologiach informacyjnych. Zdaniem Wang Yi, ministra spraw zagranicznych ChRL, to „dziesięcioletni plan budowy świata wielobiegunowego”.
  • Wspólna narracja historyczna dotycząca II wojny światowej, przypisująca zwycięstwo nad Państwami Osi wspólnej walce ZSRR i KPCh w Chinach, ma na celu uzasadniać pretensje Pekinu i Moskwy do przebudowy porządku międzynarodowego. Ma delegitymizować system globalny stworzony przez USA i ich sojuszników, pomniejszając ich rolę lub wręcz negując istotny wkład w zwycięstwo. Jest również propagandowym fundamentem de facto sojuszu chińsko-rosyjskiego, co stanowi przekaz do sceptycznych wobec zacieśniania stosunków grup w obydwu państwach. Wspólna narracja o „braterstwie przelanej krwi” potwierdza także rosnącą koordynację propagandową – liczne podpisane dokumenty dotyczyły współpracy instytucji medialnych. Jest też manifestacją trwałości przymierza i ma być dowodem braku możliwości jego rozbicia, na co ma nadzieję część amerykańskiego establishmentu. Ogromna, perfekcyjnie przygotowana parada umożliwiła Pekinowi zaprezentowanie nowoczesnego potencjału militarnego, który ma być dla Globalnego Południa kolejnym dowodem sukcesu chińskiego modelu modernizacji.
  • Wizyta w Chinach pozwoliła Putinowi po raz kolejny zademonstrować, że Rosja nie jest izolowana międzynarodowo. Rozmiar jej delegacji (m.in. dwóch wicepremierów, 10 ministrów, szefowie korporacji państwowych i przedstawiciele biznesu) podkreślił znaczenie, jakie mają dla Moskwy relacje z Pekinem. Kreml wysłał zarazem zakamuflowany sygnał Waszyngtonowi, licząc na uzyskanie większych ustępstw USA, zaniepokojonych postępującym uzależnieniem Rosji od Chin. Dla Moskwy korzystne jest również ocieplenie stosunków na linii Pekin–Nowe Delhi (obecny na szczycie premier Narendra Modi spotkał się z Putinem), które w obliczu ostatnich napięć indyjsko-amerykańskich umożliwia Rosji przynajmniej czasowe odwrócenie negatywnego trendu w jej relacjach z Indiami (...). Zaproszenie i umieszczenie Kim Dzong Una na drugim miejscu, zaraz za Putinem, na liście honorowych gości na paradzie to sygnał, że ChRL zaakceptowała pogłębioną współpracę FR i KRLD (...).
  • Rosyjskie doniesienia w sprawie gazociągu Siła Syberii-2 tworzą wrażenie postępu w rozmowach, ukrywając zarazem rzeczywisty brak wymiernych korzyści ekonomicznych. Choć Rosja i Chiny podpisały ponad 20 dokumentów dotyczących kooperacji w różnych obszarach (m.in. energetycznym, rolniczym czy badań kosmosu), nie mają one większego znaczenia gospodarczego. Mimo niepotwierdzonych przez stronę chińską wypowiedzi szefa Gazpromu Aleksieja Millera negocjacje wokół projektu Siła Syberii-2 najprawdopodobniej nie posunęły się naprzód. Uzyskanie zgody na to połączenie jest kluczowe dla Moskwy, jako że Chiny są jedynym odbiorcą zdolnym do zaabsorbowania dużego wolumenu surowca pochodzącego z zachodniosyberyjskich złóż, które przed wojną zasilały rynek europejski (Siła Syberii-2 ma przesyłać 50 mld m3 gazu rocznie). Jeżeli gazociąg zostanie uruchomiony w latach 30., eksport Gazpromu mógłby zwiększyć się o blisko jedną trzecią pod względem wolumenu, a sprzedaż do Chin wzrosłaby dwukrotnie. Kwestie kluczowe (formuła cenowa i rozłożenie kosztów inwestycji) nadal są przedmiotem rozmów. Stronom nie udało się także porozumieć w sprawie poszerzenia współpracy bankowej (wznowienia działalności systemu UnionPay w Rosji i honorowania kart płatniczych Mir w Chinach). Za przychylny gest w stronę Moskwy należy uznać wprowadzenie od 15 września na rok „próbnego” reżimu bezwizowego dla wszystkich Rosjan (dotąd dotyczył on tylko zorganizowanych grup).
osw.waw.pl


Dwa lata temu Colby ostrzegał, że amerykańska prawica, szczególnie ta nowa, redefiniująca się po erze „wiecznych wojen”, nie może pozwolić sobie na obojętność wobec rosnącej potęgi Chin. Jak twierdzi, zagrożenie ze strony Pekinu jest jakościowo odmienne od tych, z którymi mierzyły się Stany Zjednoczone w przeszłości i „znacznie poważniejsze niż to, które stwarzały »państwa zbójeckie«, terroryzm czy nawet Rosja”.

Colby odwołuje się do naturalnego instynktu konserwatystów, by unikać kosztownego interwencjonizmu i uzdrawiać amerykańską politykę zagraniczną przez pryzmat interesów zwykłego obywatela. Jednak ostrzega, że jeśli USA pozwolą Chinom zdobyć hegemonię nad Azją, będzie to oznaczać nie tylko porażkę geostrategiczną, ale i degradację ekonomiczną społeczeństwa amerykańskiego. Bo – jak pisze – „zastąpienie Stanów Zjednoczonych przez Chiny jako najważniejszą gospodarkę światową oznaczałoby z definicji spadek dobrobytu i bezpieczeństwa ekonomicznego Amerykanów”.

Wizja przedstawiona przez Colby’ego to nie świat równowagi czy współistnienia, ale podporządkowany chińskim interesom, w którym centrum ekonomiczne, regulacyjne i technologiczne przenosi się do Azji – a dokładniej do Pekinu. Jego zdaniem Chiny chcą stworzyć ogromną, bezpieczną strefę wpływów gospodarczych, która zapewni im dostęp do rynków zbytu, surowców, danych i inwestycji – wszystko to w skali, która pozwoli im „wyprzedzić i zastąpić USA”. Jak zauważa, naturalnym centrum tej strefy będzie Azja, która już wkrótce będzie odpowiadać za ponad połowę światowego PKB.

Taka dominacja oznaczałaby, że Stany Zjednoczone straciłyby wpływ na podstawowe procesy gospodarcze i technologiczne świata, a wszelkie próby reindustrializacji, repatriacji łańcuchów dostaw czy ochrony własności intelektualnej stałyby się iluzoryczne. Colby pyta: „Jak dużo akademickich badań i własności intelektualnej można by utrzymać w USA, gdyby najważniejsze konferencje i źródła finansowania znajdowały się po drugiej stronie Pacyfiku?”.

Co więcej, taka sytuacja nie byłaby jedynie przegraną w grze o wpływy – to byłaby strukturalna zmiana układu sił, w której Stany Zjednoczone z głównego rozgrywającego stałyby się petentem.

Zamiast lobbować w Waszyngtonie, innowatorzy i przedsiębiorcy musieliby szukać aprobaty w Pekinie – nowym centrum światowej regulacji, waluty i technologii.

Colby nie ogranicza się jednak do alarmistycznych diagnoz. Proponuje realistyczne rozwiązanie: strategię odmowy (denial defense), czyli budowę takiej siły militarnej i sieci sojuszy, która uniemożliwi Chinom zdobycie i utrzymanie kluczowych terytoriów w Azji. Kluczowy jest tutaj sojusz z krajami regionu, które – choć często handlują z Chinami – nie chcą żyć pod ich polityczną dominacją.

„Większość państw chce korzystać z chińskiego bogactwa, ale nie chce żyć pod jego butem” – pisze Colby. Problem w tym, że Pekin coraz chętniej sięga po instrumenty przymusu – w tym również militarnego. Dlatego właśnie – podkreśla Colby – „jeśli Pekin nie będzie mógł zdobyć i utrzymać terytorium państwa sojuszniczego, prawdopodobnie nie podporządkuje sobie zdecydowanych państw”.

Tym, co szczególnie wyróżnia analizę Colby’ego, jest spójność jego argumentów z filozofią polityczną Nowej Prawicy, która coraz wyraźniej odrzuca globalistyczne dogmaty ery neoliberalnej. Przypomina on, że „wbrew prognozom Toma Friedmana i jemu podobnych, to kto sprawuje władzę – i w jakim celu – ma ogromne znaczenie także dla ekonomii”. Konserwatyści od dawna wiedzą to na gruncie polityki krajowej, a Colby przekonuje, że pora przenieść tę świadomość na poziom polityki globalnej.

Jego przesłanie do Nowej Prawicy jest jasne: walka o interesy klasy średniej i suwerenność ekonomiczną USA wymaga twardej strategii wobec Chin, nie dlatego, że Nowa Prawica ma wrócić do starego interwencjonizmu, ale dlatego, że brak działania oznacza realną stratę – i to nie tylko w punktach procentowych PKB, ale również w pozycji USA jako wolnego, samostanowiącego państwa.

Choć Colby uchodzi w niektórych kręgach za architekta przyszłej polityki obronnej USA, jego nominacja na stanowisko podsekretarza obrony ds. polityki wywołuje gwałtowne kontrowersje nie tylko wśród demokratów, ale też wewnątrz obozu Trumpa. „Colby coraz bardziej oddala się od rzeczywistych poglądów prezydenta” – powtarzają z niepokojem nawet jego dotychczasowi sojusznicy. Wskazują, że jego doktryna – skupienie się wyłącznie na Chinach i niemal całkowite porzucenie Europy oraz Bliskiego Wschodu – przypomina bardziej zwrot w kierunku Azji z czasów Obamy niż politykę „America First” firmowaną przez Trumpa.

W tym sensie Colby staje się dla Demokratów figurą podwójnie dwuznaczną. Z jednej strony jego biografia – współpraca z CNAS i WestExec Advisors, think tankami wyrosłymi z administracji Obamy – sugeruje im bliskość ideologiczną. Z drugiej – jego pomysły na demilitaryzację zaangażowania USA w Europie i ostrożne podejście wobec Iranu oraz Rosji są dla demokratycznego establishmentu równie podejrzane jak dla republikańskich jastrzębi. Gdy Colby twierdzi, że „Ameryka mogłaby przetrwać bez Tajwanu” i że „uderzenie w irański program nuklearny byłoby błędem większym niż sam fakt posiadania przez Teheran broni jądrowej” – nie brzmi to jak głos człowieka, który zamierza realnie odstraszać przeciwników Stanów Zjednoczonych.

Demokraci nie ufają mu także dlatego, że jego deklarowany realizm coraz częściej wygląda jak cyniczne wycofywanie się z globalnych zobowiązań pod płaszczykiem pragmatyzmu. W ich oczach to polityka kosztów i rachunków, a nie wartości i zobowiązań. Sceptycy pytają: skoro Colby sam uważa, że Tajwan to „ważny, ale nie egzystencjalny interes USA”, to dlaczego akurat on ma być odpowiedzialny za strategiczne myślenie o przyszłości regionu Indo-Pacyfiku?

Co więcej, zarzuca się mu niekonsekwencję i tendencję do przesuwania definicji interesu narodowego zgodnie z aktualnym trendem. Gdy argumentował, że USA nie stać na obecność w Europie i na Bliskim Wschodzie, uzasadniał to potrzebą koncentracji na Chinach. Ale gdy napięcia w Azji Wschodniej rzeczywiście wzrosły, zaczął publicznie powątpiewać, czy obrona Tajwanu jest w ogóle możliwa – wskazując, że „Ameryka wyczerpała zapasy” i że „Tajwańczycy sami wydają za mało na obronność”.

To wszystko sprawia, że demokraci postrzegają Colby’ego jako człowieka „znikąd i zewsząd” – jednego dnia związanego z realistycznym skrzydłem Partii Republikańskiej, drugiego – konsultanta z firm zakładanych przez ludzi Obamy, a trzeciego – krytyka samego Trumpa, który „nie posłuchał jego ostrzeżeń” w sprawie Iranu. Problem polega na tym, że wiceminister nie tyle buduje strategię – ile próbuje jednocześnie uczestniczyć we wszystkich możliwych narracjach. A to w polityce bezpieczeństwa może być groźniejsze niż każda ideologia.

(...)

A co amerykański polityk myśli o Polsce i jej sytuacji geopolitycznej? Kiedy trwała kampania przed ostatnimi wyborami w USA z trumpowskim strategiem rozmawiał Kamil Turecki. Colby formułuje niezwykle wyraźne przesłanie: Polska znajduje się dziś w wyjątkowo korzystnej pozycji strategicznej, a Europa, zwłaszcza jej zachodnia część, powinna podążyć jej śladem. Jak mówi: „Polska zasługuje na ogromne uznanie, ponieważ ma w planach wydawanie 5 proc. swojego PKB na obronę”. Podkreśla przy tym, że Warszawa nie jest problemem w sojuszu transatlantyckim, przeciwnie – to przykład odpowiedzialnego państwa frontowego, które poważnie traktuje rzeczywistość strategiczną.

W ostrym kontraście do postawy Polski amerykański wiceminister przedstawia Niemcy, które według niego nie wywiązały się ze zobowiązań wobec NATO i „od 30 lat wydają nieco ponad 1 proc. PKB na obronność”. Na tle geopolitycznych wyzwań – zwłaszcza wojny w Ukrainie i zagrożenia ze strony Chin – taka postawa jest, jego zdaniem, nieakceptowalna. Amerykanin podkreśla, że to nie Stany Zjednoczone, ale Europa – z Berlinem, Paryżem i Londynem na czele – powinna wziąć odpowiedzialność za bezpieczeństwo kontynentu.

Polityk nie ukrywa, że USA są obecnie przeciążone. Wprost mówi, że amerykańskie zasoby wojskowe są zbyt ograniczone, by prowadzić równocześnie dwa duże konflikty – w Europie i Azji. „Nie mamy armii, która byłaby w stanie prowadzić więcej niż jedną poważną wojnę naraz” – mówi. Jego zdaniem największym strategicznym zagrożeniem dla USA są dziś Chiny, a nie Rosja, dlatego priorytetem Waszyngtonu musi być obszar Indo-Pacyfiku. To oznacza, że Europa, jeśli chce nadal cieszyć się amerykańskimi gwarancjami bezpieczeństwa, musi realnie się dozbroić.

„Czy powinniśmy poświęcić nasze interesy w Azji z powodu inercji Europy?” – pyta retorycznie i sugeruje, że prośby Europy Zachodniej o zwiększenie amerykańskiej obecności militarnej mogą spotkać się z odmową, jeśli nie będzie im towarzyszyć konkretne zobowiązanie po stronie europejskich partnerów.

(...)

To nie tylko teoretyk nowej ery rywalizacji mocarstw, ale też autor intelektualnego rusztowania, które dziś zaczyna kształtować realną politykę Pentagonu.

Jego myśl można sprowadzić do jednego zasadniczego imperatywu: jeśli chcesz odstraszać, musisz być gotów działać – szybko, precyzyjnie i eskalacyjnie.

Wiceszef Pentagonu wychodzi od diagnozy brutalnej i pozbawionej złudzeń: największym zagrożeniem w epoce po zimnej wojnie nie jest wojna totalna, lecz strategia błyskawicznego uderzenia, które stawia przeciwnika przed faktem dokonanym. To właśnie – przekonuje – uczyniła Rosja na Krymie i to samo planują Chiny względem Tajwanu. „Przewaga przypadnie temu, kto pierwszy podejmie ryzyko i zdoła utrzymać zajęte terytorium” – pisze Colby. W takiej logice liczy się nie liczba dywizji, ale tempo decyzji i gotowość do ponoszenia kosztów.

Z tego założenia wynikają jego najbardziej kontrowersyjne postulaty.

Po pierwsze: ograniczona wojna jądrowa jest realna, a nawet – w pewnych warunkach – racjonalna. Colby domaga się budowy arsenału nuklearnego zdolnego do „selektywnych i użytecznych” uderzeń, np. przeciwko flotom inwazyjnym. Przypomina, że samo przekroczenie nuklearnego Rubikonu – o ile jest kontrolowane – może działać odstraszająco, zmuszając przeciwnika do kalkulowania ryzyka. Dla wielu to herezja, ale dla Colby’ego – niezbędny element wiarygodności odstraszania.

Po drugie, Trumpowski ideolog zrywa z tabu „no first use” i formułuje koncepcję eskalacyjnej przewagi, zakładającą, że to nie ostatnie, lecz pierwsze kroki w eskalacji mogą przesądzić o wyniku konfliktu. Ameryka nie powinna więc ograniczać się do deklaratywnej siły, ale mieć w ręku wachlarz opcji – od cyberataków, przez konwencjonalne uderzenia, po niskojądrowe riposty – które przesuwają ciężar eskalacji na barki Pekinu czy Moskwy.

Z tą koncepcją wiąże się jego czwarty postulat: budowy nowoczesnej, elastycznej doktryny nuklearnej. Takiej, która dopuszcza broń o obniżonej sile rażenia, mniej radioaktywne uderzenia, nowe środki przenoszenia. To nie apokaliptyczne bomby z czasów MAD (doktryna wzajemnego gwarantowanego zniszczenia), ale chirurgiczne narzędzia politycznego nacisku. To także powrót do myślenia o broni jądrowej jako instrumencie gry geopolitycznej, a nie tylko jako ostateczności.

Wreszcie – i to dla Europy najważniejsze – Colby przypomina, że wiarygodność sojuszy nie wynika z moralnych deklaracji, lecz z przekonania przeciwnika, że USA naprawdę podejmą działanie – nawet za cenę eskalacji. W świecie wzajemnego zagrożenia totalną destrukcją kluczowa jest zdolność zarządzania ryzykiem w taki sposób, by to Moskwa lub Pekin musiały kalkulować, czy gra jest warta świeczki.

Wszystko to razem składa się na myśl, która – choć uformowana w 2018 roku – dziś znajduje coraz silniejsze odbicie w realnych debatach strategicznych Waszyngtonu. Ale jej konsekwencje dla Polski i Europy Środkowej są poważne: zastępca sekretarza obrony nie kryje, że Europa nie jest już głównym teatrem interesów USA.

Jeśli Ameryka ma się skoncentrować na Chinach, to od naszych rządów zależy, czy potrafimy zbudować lokalne mechanizmy odstraszania.

oko.press