poniedziałek, 28 lipca 2025



Łukaszenko osobiście przekonywał, że Pratasiewicz „szczerze zmienił swoje przekonania”. Założył kilka nowych stron w mediach społecznościowych, poprzez które powiela tezy propagandy białoruskiej. Najwyraźniej tego wszystkiego nie wystarczyło, by zrobić karierę po drugiej stronie barykady.

Aleksander Łukaszenko nie wybacza przeciwnikom.

– Moje nazwisko i rozpoznawalność po raz kolejny zrobiły swoje. Od tygodnia szukam pracy. Po raz kolejny zmagam się z tym, że znalezienie czegokolwiek interesującego jest prawie niemożliwe, niezależnie od branży – narzekał ostatnio Pratasiewicz na swoim kanale w Telegramie.

– Próbuję prowadzić zwyczajne, spokojne życie i uczciwie pracować. Wszystko na nic. Niezależnie od tego, że władze i służby do mnie już od dawna nic nie mają, potencjalni pracodawcy obawiają się ryzyka […] Nie wiem, ile to będzie trwało i ile razy jeszcze mi odmówią. Moja sytuacja finansowa, mówiąc delikatnie, się pogarsza – opowiada. Narzekał na brak perspektyw na Białorusi i na to, że nie może znaleźć żadnej pracy, by „planować jakikolwiek rozwój”.

– Po raz pierwszy poważnie zaczynam myśleć o wyjeździe do jakichś dalekich krajów. Po to, by mieć pracę, zapomnieć o przeszłości i się rozwijać – napisał.

A jeszcze niedawno, występując w rządowych białoruskich mediach, przekonywał, że „nie narzeka na zarobki”, a we wrześniu ubiegłego roku nawet opublikował zdjęcia z wypoczynku w Dubaju. Wówczas pracował w Mińsku jako spawacz, co również odnotowywały wszystkie media rządowe w kraju Łukaszenki. Później na rowerze dostarczał zamawiane w mińskich restauracjach posiłki, pracując dla jednej z rosyjskich aplikacji mobilnych.

– Chcąc tam dobrze zarabiać, trzeba pracować po dwanaście godzin przez pięć dni w tygodniu – mówił pod koniec czerwca w rozmowie z białoruską redakcją rosyjskiej tuby propagandowej Sputnik. Znów zmienił pracę, skończył szkolenie barmańskie i już w lipcu pochwalił się zdjęciem z jednego ze stołecznych barów. W roli barmana, sądząc po ostatnich wpisach w Telegramie, też się nie odnalazł.

rp.pl


Trump stwierdził, że jest „bardzo rozczarowany prezydentem Rosji Putinem”. Dodał, że decyzja o skróceniu czasu ultimatum wynika z tego, że „zna on (jego) odpowiedź”.

– Gdyby mnie nie było, wybuchłoby sześć dużych wojen – oznajmił, wymieniając m.in. konflikt Tajlandia-Kambodża, Indie-Pakistan, Rwanda-Demokratyczna Republika Konga.

Prezydent USA Donald Trump zapowiedział w poniedziałek w Turnberry, w zachodniej Szkocji, że wyznaczy nowy termin ultimatum - 10 lub 12 dni od dziś - które postawi rosyjskiemu przywódcy Władimirowi Putinowi na zakończenie przez niego wojny w Ukrainie.

Zapytany o zapowiedziane wcześniej skrócenie 50-dniowego ultimatum, które do tej pory obowiązywało, Trump odpowiedział, że „nie ma sensu czekać”. Dodał, że „będzie hojny”, jeśli da Putinowi 15 dni na podjęcie decyzji.

Amerykański przywódca przyznał, że „nie widzi żadnego postępu” po stronie Rosji.

Prezydent USA Donald Trump stwierdził także, że jeśli nie dojdzie do porozumienia z rosyjskim przywódcą Władimirem Putinem w sprawie zakończenie wojny w Ukrainie, wówczas Stany Zjednoczone wprowadzą sankcje wtórne na Rosję.

Amerykański przywódca poinformował, że nowy, skrócony termin ultimatum zostanie przekazany stronie rosyjskiej jeszcze w poniedziałek lub we wtorek.

Zapytany, czy jego zdaniem prezydent Putin okłamał go w sprawie swojego zobowiązania do zawieszenia broni w Ukrainie, Trump odpowiedział, że zdarzały się chwile, kiedy mieli dobre rozmowy i myślał, że rosyjski przywódca mógłby się zgodzić na zawieszenie broni, ale nic takiego nie nastąpiło. Dodał, że zdarzało się to zbyt często i nie podobało mu się to. 

PAP


Według "Wall Stret Journal", amerykańskie zaangażowanie w wojnę z Iranem okazało się niezwykle kosztowne. Niezależnie od wątpliwych rezultatów nalotów na instalacje nuklearne, Amerykanie zaangażowali się także w obronę terytorium Izraela przed irańskimi atakami, prowadzonymi m.in. z użyciem pocisków balistycznych różnych typów i klas.

W tym celu na Bliskim Wschodzie znalazła się aż jedna czwarta amerykańskich wyrzutni THAAD. Do jednej, wcześniej rozlokowanej na terenie Izraela, dołączyła kolejna, przerzucona z macierzystego terytorium, więc Izraela broniły dwie – z ośmiu w ogóle dostępnych - baterie THAAD.

Podczas 12-dniowej kampanii baterie te wystrzeliły 150 pocisków po 15 mln dol., czyli niemal jedną czwartą zapasu, jaki Pentagon mozolnie budował od 2010 roku, gdy broń ta weszła do służby. Co więcej, przy obecnej skali produkcji, wynoszącej 37 pocisków na rok, uzupełnienie zasobów zużytych podczas niespełna dwóch tygodni walk zajmie cztery lata.

Czas ten - być może - ostatecznie okaże się krótszy, bo producent pocisków, koncern Lockheed Martin deklaruje możliwość zwiększenia skali produkcji do 100 pocisków rocznie. Będzie to jednak wymagało dodatkowych nakładów, przeznaczonych na rozwój linii produkcyjnych.

wp.pl

niedziela, 27 lipca 2025



Według Siergieja Siemionowa z Instytutu Globalnego Klimatu i Ekologii w Moskwie średnie temperatury na terenie Rosji rosną niemal dwukrotnie szybciej niż w pozostałych częściach świata: o 0,5 stopnia Celsjusza na dekadę. Im dalej na północ, tym bardziej odczuwalne są skutki zmian klimatu. Na przykład na półwyspie Tajmyr, położonym na Oceanie Arktycznym, średnia temperatura na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat wzrosła już o około 1 stopnia. W największym kraju na świecie kryzys klimatyczny manifestuje się w wielu postaciach: falami gorąca i suszami w jednych regionach, w innych – sprowadzającymi powodzie wiosennymi roztopami czy zanikaniem wieloletniej zmarzliny (która pokrywa ponad połowę terytorium państwa). To jednak nie skłania Kremla, by uznać ograniczenia emisji czy chociaż działania adaptacyjne za priorytet.

– Generalne założenie jest takie, że globalne ocieplenie nie stanowi poważnego zagrożenia, bo chociaż na pewno spowoduje straty, przyniesie także fantastyczne możliwości – wyjaśnia Michaił Korostikow, specjalista do spraw zielonej taksonomii i finansowania działań klimatycznych. – To zresztą częściowo prawda, bo Rosja jest jednym z niewielu państw na świecie, które w pewnych aspektach skorzystałyby na zmianach klimatu.

Wśród potencjalnych pozytywów globalnego ocieplenia wymieniane są chociażby większe możliwości żeglugi na Oceanie Arktycznym czy zwiększenie dostępnych gruntów rolnych wraz z roztapianiem się wieloletniej zmarzliny. Sam Władimir Putin żartował w 2003 roku przy okazji negocjacji dotyczących dołączenia Rosji do protokołu z Kioto: „2 czy 3 stopnie więcej wcale by nie zaszkodziły – wydawalibyśmy mniej na futra”.

Argumenty te są jednak mało przekonujące w zestawieniu ze zniszczeniami, których kryzys klimatyczny już w Rosji dokonuje. Te same temperatury, które roztopią lód utrudniający przemieszczanie się statków po północnych morzach, naruszą także wieloletnią zmarzlinę, zagrażając infrastrukturze wydobywającej z ziemi surowce naturalne, drogom i budynkom mieszkalnym. Tereny rolne „odebrane” z rąk mrozu na północy zostaną okupione degradacją gruntów na południu, które zaczną ulegać pustynnieniu. A obszary skute dzisiaj wieloletnią zmarzliną nie zmienią się przecież od razu w pola uprawne, lecz w bagna.

Decydenci na Kremlu muszą zdawać sobie sprawę z tego, że wszelkie korzyści, jakie przyniosą zmiany klimatu, będą niewielkie w porównaniu ze stratami. Ale zaakceptowanie naukowego konsensusu i przyznanie, że emitowanie gazów cieplarnianych przez człowieka napędza globalny wzrost temperatur, to rzecz nie do pomyślenia dla władz kraju, którego gospodarka w ogromnej mierze opiera się na wydobyciu i eksporcie wysokoemisyjnych surowców energetycznych.

– Dominuje narracja, że globalne zarządzanie klimatem to oszustwo, wycelowane w interesy Rosji, wielkiego narodu produkującego ropę i gaz. Że jeśli zmiany klimatyczne istnieją, to są naturalne i nie mamy na nie wpływu – mówi Veli-Pekka Tynkkynen, profesor Uniwersytetu Helsińskiego w Centrum Badań nad Rosją i Europą Wschodnią. – Krytyka monokultury opartej na ropie i gazie, krytyka na temat pozycji Rosji w globalnym zarządzaniu klimatem, nawet stwierdzenie, że globalne ocieplenie szkodzi Rosji, wszystko to uznaje się za sprzeciw wobec reżimu. W końcu skąd pochodzą pieniądze, które umożliwiają toczenie wojny przeciwko Ukrainie? Przede wszystkim właśnie z ropy i gazu.

Do czasu agresji w 2022 roku Moskwa jeszcze próbowała stwarzać pozory, że dostrzega zagrożenie związane z globalnym ociepleniem. Podpisała zarówno wspomniany protokół z Kioto, jak i porozumienie paryskie, wyznaczała cele ograniczenia emisji, inwestowała nawet w projekty zielonej transformacji. Sam Putin jeszcze pięć lat temu przyznawał, że kryzys klimatyczny jest spowodowany działalnością człowieka i wymaga konkretnych działań.

– Lata 2019–2021 przyniosły krótkotrwałą szansę dla klimatycznej agendy, bo ktoś przekonał wówczas Putina, że może mieć sens – wspomina Korostikow. – Wtedy rozpoczęliśmy masę projektów: taksonomię, system handlu uprawnieniami do emisji na Sachalinie. Napisano także „Strategię dla społeczno-ekonomicznego rozwoju Federacji Rosyjskiej z niskimi emisjami gazów cieplarnianych do roku 2050”. To był bardzo pozytywny dokument dotyczący klimatu, pełen progresywnego języka, wyznaczający krótko-, średnio- i długoterminowe cele. W dużej mierze pokrywał się z europejskimi zobowiązaniami. Ale ta okazja zniknęła, gdy rozpoczęła się wojna.

Inwazja na Ukrainę i trwający do dziś konflikt sprawiły, że wszelkie możliwości przeciwdziałania zmianom klimatu zostały pogrzebane. Pytanie jednak, na ile Rosja brała swoje zobowiązania na poważnie. Przedwojenne zobowiązania i podpisywanie międzynarodowych umów z perspektywy czasu wyglądają na próby Kremla, by mieć ciastko i zjeść ciastko. Na przykład ambitne cele ograniczenia emisji Rosja zawsze odnosiła do 1990 roku, a więc ostatniego roku istnienia Związku Radzieckiego, kiedy to fabryki emitowały ogromne ilości gazów cieplarnianych. Moskwa mogła więc wykazywać obniżenie emisji o kilkadziesiąt procent, jednocześnie zwiększając wydobycie, spalanie i eksport paliw kopalnych.

Przykłady podobnej kreatywności można mnożyć.

– Władze mocno podkreślają, że Rosja ma największe tereny zalesione na świecie – mówi Korostikow. – Co oznacza, że rosyjskie lasy pochłaniają dużo dwutlenku węgla, a więc nie powinniśmy być zobowiązani do ograniczania swoich emisji. Co rok lub dwa lata ich zdolność do pochłaniania gazów cieplarnianych jest obliczana na nowo, by wykazać, że Rosja nie tylko nie musi nic robić, ale wręcz może sprzedawać kredyty węglowe. Tak naprawdę las sprzedawany jest po dwakroć: raz w postaci drewna, a raz jako kredyt węglowy. To doskonały biznes!

Oczywiście, także to rozumowanie ma słabe strony. Syberyjskie lasy są bowiem bardzo podatne na pożary, więc ich powierzchnia z roku na rok się zmniejsza. W dodatku w zdecydowanej większości tworzą je już dorosłe drzewa, które nie rosną – więc ich zdolność do pochłaniania dwutlenku węgla jest mocno ograniczona. Rosyjskie plany zielonej transformacji jeszcze przed wojną były budowane na podobnie chybotliwych fundamentach. 24 lutego 2022 roku nie stanowił pod tym względem trzęsienia ziemi.

new.org.pl
Pocisk trafia dziesięciu ludzi. Jeden umiera natychmiast. Dwaj kolejni umierają w ciągu pół godziny. Trzech można by uratować dzięki terminowej opiece medycznej, ale obecnie rzadko się to zdarza. Ewakuacja helikopterowa nie jest już możliwa i istnieje niewiele bezpiecznych dróg na zewnątrz. Z pozostałych czterech osób, trzy są unieruchomione i mogą przetrwać dzięki podstawowej pierwszej pomocy i transportowi w ciągu pięciu godzin. Ale nawet to zwykle nie jest możliwe. Oni też umierają. Dwóch ostatnich rannych chodzi. Muszą samodzielnie wrócić w bezpieczne miejsce, często przechodząc od pięciu do dziesięciu kilometrów pod groźbą dronów. Jeśli będą mieli szczęście, mogą zostać zabrani przez pojazd.

Ta relacja pochodzi z zeznań z pierwszej ręki udostępnionych publicznie na kanale Telegram “Transormator”. Dostarcza cennego wglądu w wysoką śmiertelność wśród rannych żołnierzy rosyjskich.

Z tym na co dzień mierzą się rosyjskie oddziały szturmowe. Na dziesięciu trafionych mężczyzn ośmiu umiera, a tylko dwóch przeżywa. Na każdego ocalałego ginie dwóch rannych. Ten stosunek dwa do jednego odpowiada raportom rosyjskich lekarzy wojskowych.

x.com/AndrewPerpetua

sobota, 26 lipca 2025



— Kto by pomyślał, że walka z korupcją jest zła. O wielu ruchach tej administracji można powiedzieć, że są przesadzone w swoim zakresie, ale w jakimś, nawet malutkim stopniu, jednak uzasadnione. Ale decyzji o zawieszeniu monitorowania przestrzegania Foreign Corrupt Practices Act (FCPA) nie da się obronić. Ktoś próbuje nas wszystkich po prostu okradać — powiedział mi Alec Ross, dzisiaj wykładowca akademicki na Uniwersytecie Bolońskim oraz inwestor w sektorze technologicznym. W swoim poprzednim życiu był jednak wysokim szczeblem urzędnikiem federalnym, głównym doradcą Hilary Clinton do spraw nowych technologii, gdy ta kierowała Departamentem Stanu w pierwszej kadencji Baracka Obamy.

Ross jest rzadkim przypadkiem doskonałego przewodnika po dwóch, często wzajemnie wykluczających się światach — wielkiego biznesu i poważnej polityki. Pracując w administracji federalnej, niejednokrotnie uczestniczył w spotkaniach chociażby na Kremlu, gdzie, jak mi opowiada, staczał wzrokowe pojedynki z Dmitrijem Pieskowem, niesławnym rzecznikiem Putina, podczas gdy rosyjski dyktator rozmawiał z Obamą za zamkniętymi drzwiami. Dzisiaj wspomina, że od zawsze w amerykańskich relacjach z Rosją kluczowa była kwestia korupcji — Moskwa miała tego próbować zawsze, wszędzie, na każdym kroku i wobec każdego. Tyle tylko, że wtedy jeszcze istniały ramy prawne powstrzymujące urzędników z USA przed angażowaniem się w relacje biznesowe, nawet legalne, z podmiotami z innych krajów.

Dzisiaj ram tych nie ma. A Ross w rozmowie ze mną załamywał się nad ich wycofaniem już w lutym, nieco ponad miesiąc po zaprzysiężeniu Trumpa na obecną kadencję.

Podpisany przez prezydenta dekret, w którym instruuje on prokurator generalną Pam Bondi, by ta wstrzymała nadzorowanie przestrzegania FCPA, był decyzją szokującą z dwóch powodów. Po pierwsze, wydarzył się niemal natychmiast, na długo przed atakami na kancelarie prawnicze, ofensywą przeciwko uniwersytetom, atakom na NATO czy przyspieszeniem deportacji nielegalnych imigrantów. Po drugie, był to rzadki przypadek decyzji naprawdę zerojedynkowej, bez odcieni interpretacyjnych. Sam prezydent, tłumacząc ją dziennikarzom, mówił na trawniku przed Białym Domem, że zawieszenie FCPA oznaczać będzie "bardzo dużo nowych transakcji biznesowych dla Ameryki".

FCPA był przepisem naprawdę przejrzystym. Wprowadzono go w 1977 r., po trudnych dla amerykańskiej polityki latach Watergate i innych skandali z udziałem urzędników federalnych. Dokument stanowił, że pracownicy amerykańskiej administracji, w tym dyplomaci na zagranicznych placówkach, nie mogli nawiązywać stosunków biznesowych ani z innym rządem, ani z przedsiębiorcami spoza USA w celu osobistego wzbogacenia się. Krótko mówiąc, FCPA było wpisaniem do amerykańskiego prawa federalnego całkowitego zakazu korupcji. Niby to oczywiste, ale każdy prawnik wie, że jeśli coś nie jest w legislacji wyraźnie zabronione, zawsze znajdzie się sposób, by było to dozwolone — tak więc lepiej przepisy mieć, nawet dotyczące rzeczy jasnych jak słońce.

Dekret o zawieszeniu FCPA początkowo interpretowany był jako prezent, który Trump robi swojej rodzinie. Nie jest bowiem tajemnicą, że na prezydenturze chce zarabiać sam i nie ma nic przeciwko temu, żeby wzbogaciła się na niej jego najbliższa rodzina. Tak było już za pierwszym razem, kiedy jego głównym doradcą był zięć, Jared Kushner, dzisiaj budujący luksusowe ośrodki wypoczynkowe na Bałkanach. Od większości dyplomatów mających styczność z obecną administracją można usłyszeć, że dokładnie takie poglądy na prezydenturę ojca mają też Donald Jr i Eric. Czapki, telefony komórkowe, meme-coiny, kryptowaluty, perfumy — cokolwiek, na czym da się zarobić miliard poprzez umieszczenie tam słowa Trump — najlepiej wygrawerowanego złotymi literami. O korupcji, kleptokracji, sprzedawaniu urzędu przez rodzinę Trumpów napisano już jednak opasłe tomy, głównie dlatego, że jest ona ostentacyjna. Nikt z nich nie ukrywa, że w prowadzeniu polityki chodzi im przede wszystkim o pieniądze.

Problem w tym, że taka korupcja, przynajmniej w wydaniu synów prezydenta, nie jest wcale najniebezpieczniejsza. Oni, dokładnie jak ich ojciec, znani są z odrzucenia ideologii, kierowania się wyłącznie instynktami, próbując prowadzić działania polityczne w sposób analogiczny do zarządzania wielką korporacją. W orbicie Trumpa jest jednak ktoś, kto na poluzowaniu międzynarodowych przepisów korupcyjnych może zyskać znacznie więcej, niż dzieci prezydenta — i jest przy tym dużo groźniejszy, bo jego akurat pieniądze napędzają w takim samym stopniu, co głód władzy i imperialna ideologia.

onet.pl


– Ideologia powinna być prosta, wwiercać się pod korę mózgową, trafiać do przekonania. Im jest głupsza, tym lepsza – mówi niezależny politolog Andriej Kolesnikow. Rosjanom wbija się teraz „pod korę mózgową”, że oto Rosja prowadzi kolejną wojnę wyzwoleńczą, została napadnięta i broni się, jak zawsze staje do boju w obronie prawdy. Rosja to cywilizacja walcząca ze światowym złem, różnymi wcieleniami diabła, który zawsze nosi zachodni strój. Trzeba ludziom powiedzieć, że to, co się dzieje, ma jakiś sens. Jakikolwiek.

Wierzą? Może bardziej: pragną. Pragną zwycięstwa w myśl już od dawna istniejącej (choć tak oficjalnie nie nazywanej) ideologii putinizmu: kultu Pobiedy, wiecznego zwycięstwa. Kapłani tej ideologii wkładają do rosyjskich głów oczywistą nieprawdę, że „Rosja nie przegrała żadnej wojny”, choć przegrała niejedną, i to jak. Ale tego kanonu ideologii nikt nie śmie podważać, nie narażając się na zarzut dyskredytacji armii rosyjskiej i sianie fejków (a za to dostaje się dziś w Rosji realne wyroki łagru).

Przeciętny Rosjanin ma w myśl tej ideologii ślepo wierzyć w magię zwycięstwa, w to, że obecna wojna przeciwko Ukrainie jest przedłużeniem tamtej zwycięskiej, wielkiej wojny ojczyźnianej 1941-1945. Wyprawa na Ukrainę jest także wojną z wrażym Zachodem, niosącym nietradycyjne wartości i pragnącym wydrzeć Rosji jej wartości święte i tradycyjne. Ideologia obrony tradycyjnych wartości już jakiś czas temu też stała się ideologią państwową. Choć na dobrą sprawę nie wiadomo, czym są te wartości. Pojęcie jest nieprecyzyjne. I dlatego tak pojemne, że zmieścić się może w nim wszystko, co aktualnie potrzebne jest władzy. O tym będzie jeszcze poniżej.

Czym jest zatem to rosyjskie marzenie, Russian dream? Czymś w rodzaju Make Russia Great Again? Sposobem przywrócenia jedności narodu? Chcesz czy nie chcesz – musisz być z wodzem i zbiorowością? Bo choć projekt Karaganowa zakłada dobrowolne przyłączenie się do maszerujących w nogę budowniczych putinizmu, to rozwijający się pomyślnie aparat przymusu będzie mógł w każdej chwili sprawdzić poziom lojalności wobec narzuconego odgórnie kultu.

Kodeks budowniczego putinizmu dopiero się wykuwa. Jak wykłada popularny prokremlowski dziennik „Moskowskij Komsomolec”, podstawą kodeksu są trzy filary. Pierwszy to uświadomienie sobie tego, że „wszyscy jesteśmy jednym narodem – rosyjskim. W cywilizacyjnym, a nie narodowym sensie”. Do tego narodu zaliczają się i Rosjanie, i Białorusini, Tatarzy, Ukraińcy (nazywani „Małorosjanami”), Gruzini, Baszkirzy, Czeczeni, Uzbecy, Buriaci. Bo oni, zdaniem autora koncepcji, hołdują „naszym wartościom, znają język rosyjski i kochają naszą wspólną kulturę”.

Drugi filar to duch wojowniczy, w sprawiedliwych wojnach ćwiczony przez wieki. Oto naród wyzwoliciel, niosący wolność. Jeśli Karaganow ma na myśli szatkowanie Ukrainy w celu jej, ma się rozumieć, wyzwolenia, to obnaża istotę swojego kłamliwego założenia w reżimie realnogo wriemieni (na bieżąco), na oczach świata. A liczne przykłady „wyzwalania” ziem i narodów przez wieki stanowią wymowne tło historyczne.

Na deser jest filar trzeci. Tak, to tradycyjne wartości. „Rosja niesie sztandar Ludzkości – priorytetu wzajemnego szacunku, współpracy, służby, miłości i współczucia. Nasze wartości, służba Ojczyźnie i Bogu (…), a także honor, godność, uczciwość, miłość między kobietą i mężczyzną”.

Po przeczytaniu tego ociekającego fałszem steku „rosyjskich marzeń” na usta ciśnie się stalinowska pieśń „Nie znam drugiego takiego kraju, gdzie tak swobodnie oddycha człowiek” (Ja drugoj takoj strany nie znaju, gdie tak wolno dyszyt czełowiek). Pieśń pochodzi z filmu „Cyrk” z końca lat 30., (...).

tygodnikpowszechny.pl


A przecież do historii amerykańskiej popkultury przeszedł film "Ucieczka z Alcatraz" z Clintem Eastwoodem, oparty na historii trzech więźniów, którym udało się zbiec.

Wydarzenie miało miejsce w 1962 roku. Więźniowie odkryli istnienie niestrzeżonego korytarze technicznego, przebiegającego tuż za ich celami. Udało im się przebić dziury w ścianach i poprzez ten korytarz, a później szyb wentylacyjny przedostać się na dach. Strażników zmyliły specjalnie przygotowane manekiny, pozorujące obecność więźniów w łóżkach.

Nie udało się ich odnaleźć i schwytać. Po kilkunastu latach zamknięto śledztwo, uznając, że utonęli w zatoce San Francisco (mimo że więzienie znajduje się tylko nieco ponad dwa kilometry od brzegu, silny prąd i niska temperatura wody właściwie uniemożliwiają przepłynięcie takiego dystansu). W 2013 roku FBI otrzymało list, którego nadawca twierdził, że jest jednym ze zbiegów. Jednak autentyczność tego listu nie została potwierdzona.

Film o jedynej skutecznej próbie ucieczki z tego malowniczo położonego więzienia przypomniała na początku maja lokalna stacja telewizyjna na Florydzie. Dzień później, przebywający akurat w swojej rezydencji Mar-a-Lago prezydent Trump napisał: "ODBUDOWAĆ I OTWORZYĆ ALCATRAZ!" Dodał, że Ameryka zbyt długo jest gnębiona przez brutalnych przestępców, a w przeszłości lepiej potrafiła rozwiązać ten problem.

Nie można mieć pewności, czy prezydent zamieścił swój wpis właśnie pod wpływem obejrzanego filmu, ale nie byłoby to takie nadzwyczajne. Trump znany jest z działania (a zwłaszcza pisania w mediach społecznościowych) pod wpływem impulsu, a więzienie Alcatraz od dawna pobudza wyobraźnię.

(...)

Polityka imigracyjna Trumpa od początku zakłada, że osoby przebywające w Stanach Zjednoczonych nielegalnie trzeba wystraszyć. Państwo może nie podołać deportacji ponad 10 milionów ludzi, ale być może da się część z nich nakłonić do wyjazdu wyłącznie groźbą.

Stąd bardzo medialne zatrzymania prowadzone przez amerykańskie służby. Deportacje do Salwadoru. Przetrzymywanie migrantów w owianym złą sławą Guantanamo. A także otwarcie nowego ośrodka dla oczekujących na deportację na Florydzie. Jego nazwa? Aligator Alcatraz. Zdaniem samego prezydenta powinno być równie dobre jak samo Alcatraz, ze względu na okalające jego teren bagna i właśnie aligatory. "Nie ma stąd innej drogi ucieczki jak tylko deportacja" - przekonywał sam Trump.

Ale choć aligatory mające pilnować nowego obozu dla imigrantów stały się symbolem tego przedsięwzięcia, to nie one wydają się najbardziej kontrowersyjne. Obóz zbudowano tak, by mógł pomieścić nawet 3 tys. zatrzymanych. Składa się z szeregu białych namiotów. W środku umieszczono klatki z siatki ogrodzeniowej. Każda z nich pomieści 32 więźniów na piętrowych łóżkach.

Do dyspozycji są trzy toalety umieszczone w centrum klatki - ze względów bezpieczeństwa są całkowicie odsłonięte. Woda z tych toalet wylewa się na podłogę. Nieprzyjemny zapach potęguje temperatura, codziennie przekraczająca 30 stopni (na zewnątrz, w namiotach jest cieplej). Światło nie gaśnie przez 24 godziny na dobę. Więźniowie otrzymują jeden posiłek dziennie, często złej jakości - na przykład z robakami. Problemem są też komary.

(...)

Jednocześnie Aligator Alcatraz jest przedmiotem… internetowych memów. Departament Bezpieczeństwa Krajowego opublikował grafikę przedstawiającą aligatory w czapkach ICE (Urzędu Celno-Imigracyjnego), pilnujących więzienia. Inny obrazek przedstawia aligatora "odpoczywającego po pierwszej zmianie w Aligator Alcatraz". Na jeszcze innym mały aligator pyta mamy, co będą dziś jedli, a ona odpowiada, że w okolicy otwarto nowy "meksykański lokal".

Działania administracji mają nie tylko odstraszać. Chodzi również o to, by wyborcy Trumpa zobaczyli wyraźne efekty jego działań. Muszą zatem być widowiskowe, przyciągające uwagę i dające satysfakcję tym, którzy od lat uznawali, że sprawy w USA idą w złym kierunku. Ponowne otwarcie prawdziwego Alcatraz mieści się w podobnej logice.

interia.pl


„W armii ukraińskiej nazywają mnie Magyarem. Jestem dowódcą polowym pilotów dronów bojowych w Siłach Zbrojnych Ukrainy.

Propaganda Putina twierdzi, że jestem jednym z najbardziej poszukiwanych wrogów Rosji, więc nie mogę obiecać, że się jeszcze spotkamy, ale będę mówił w jasnych, czarno-białych słowach.

Dzisiaj dowodzę 12 jednostkami pilotów. Dziewięćdziesiąt pięć procent z nich stanowili przed wojną cywile – biznesmeni, sportowcy, prawnicy, piosenkarze, wszyscy poza personelem wojskowym. Stanowimy zaledwie 2% całej armii Ukrainy. A jednak niszczymy co trzeci wrogi personel i co trzeci wrogi cel. Putin, który obiecał nas pojmać w ciągu trzech dni, zamiast tego uczył nas przez ponad trzy i pół roku bronić naszej ojczyzny, naszych dzieci i naszej ziemi.

Jest absolutnie jasne, że nie widzimy końca tej wojny – ani jutro, ani za miesiąc, ani prawdopodobnie w tym roku. Dlatego pragmatycznie kalkulujemy naszą przyszłość i dostrzegamy największe zagrożenia, które…  Jeśli ta wojna nie zostanie zatrzymana, dotknie wiele krajów, które nieuchronnie zostaną w nią wciągnięte.

➤ Pierwszym zagrożeniem jest to, że Putin wysyła na wojnę więcej piechoty, niż jesteśmy w stanie zniszczyć każdego miesiąca. To jest główne wyzwanie.

➤ Po drugie, Putin znalazł bardzo wygodną, tanią i skuteczną broń do zastraszania ludności cywilnej Ukrainy i niszczenia naszej infrastruktury. Nazywa się Szahed (rosyjsko-irańskie drony kamikaze).

➤ Po trzecie, wszyscy na Ukrainie, którzy chcieli walczyć, już walczą. Nie oczekujemy cudów, ale wiemy, co robić, opierając się na własnym doświadczeniu, własnej krwi i wsparciu naszych partnerów.

Nie ma na świecie czołgu, którego nie mógłby zatrzymać dron za 300-400 dolarów. Taki czołg nie istnieje. Założę się o każdą kwotę, że niezależnie od tego, jak dobrze chroniony jest czołg, zostanie zatrzymany przez drona zbudowanego z ukraińskich komponentów. Dlatego twierdzę, że ukraińskie drony są najlepsze na świecie. Dziś.

Drony tworzą strefę rażenia, rozciągającą się obecnie na około 20 km wokół linii frontu na Ukrainie. Kolejnym wyzwaniem jest zastąpienie ukraińskiej piechoty naziemnymi systemami robotycznymi, które zajmą się całą logistyką frontu.

➤ Po czwarte, budujemy wielowarstwowy, wielopoziomowy mur – znacznie potężniejszy niż Wielki Mur Chiński – który powstrzyma wszystko, co leci w naszym kierunku, od dronów szturmowych po drony rozpoznawcze. Budujemy ten mur dzisiaj.

Kiedy Putin wystrzelił 100 szahidów na Ukrainę, obiecał 500. Wtedy nie traktowaliśmy tego poważnie. Teraz nie ma się z czego śmiać, bo przekroczyliśmy już granicę 400. Nasze doświadczenie będzie nieocenione dla cywilizowanego świata, ponieważ każdy kraj może stanąć w obliczu takiej samej perspektywy. Nie wiem, które państwo członkowskie NATO mogłoby chronić jedno miasto, stawiając czoła 200-300 szahidom każdego dnia przez tydzień bez przerwy.

Twoje bezpieczeństwo narodowe wymaga pilnej ponownej oceny.

Rzadko podróżuję za granicę. To moja druga podróż.  Jutro o tej porze będę z powrotem na froncie. Ale w zeszłym roku odwiedziłem bazę wojskową jednego z członków NATO w Europie. Pokazali mi dobrze zorganizowany obiekt z mnóstwem sprzętu, wszystko w idealnym stanie.

Zapytali, co o tym myślę. Moja odpowiedź ich nie zadowoliła. Nie podchodząc bliżej niż 10 km, cztery zespoły ukraińskich pilotów mogłyby w 15 minut zamienić to miejsce w Pearl Harbor.

Nie mówię tego, żeby kogokolwiek straszyć. Mówię, że te technologie są tak łatwo dostępne i tanie, że gdyby wpadły w ręce terrorystów, 100 terrorystów mogłoby zburzyć porządek w każdym kraju. Nasza walka, nasza wspólna walka z naszymi partnerami, leży w naszym wspólnym interesie. Płacimy życiem; Wy skorzystacie z naszego doświadczenia, którym podzielimy się z sumiennymi narodami świata, które w dobrej wierze wspierają Ukrainę.

x.com/Wyrwal

piątek, 25 lipca 2025



Wybuch pełnoskalowej wojny w Ukrainie ujawnił jeszcze jedno oblicze Waldemara Skrzypczaka – wziętego komentatora. Na początku marca 2022 roku, gdy wszyscy zastanawiali się nie czy, lecz kiedy Rosjanie wezmą Kijów, generał wiedział już, że Putin tej bitwy nie wygra. I generalnie, że Ukrainy nie pokona. Był pierwszym ekspertem, który mówił o tym głośno. Ze skrawków dostępnych informacji wywnioskował to, czego inni nie potrafili dojrzeć. Dał tu o sobie znać jego kunszt dowódcy i analityka.

Później, komentując bieżące wydarzenia na Wschodzie, nie zawsze miał rację, ale zawsze jego publiczne wypowiedzi doprowadzały do szału kremlowską propagandę. Za słowami Skrzypczaka stał bowiem jego wielki autorytet. – Jeszcze kilka tygodni temu pozostawał na służbie, nie odpuszczał sobie – zwraca uwagę gen. Andrzejczak. – Komentował wojnę w Ukrainie, wszędzie go było pełno. Jego stan był już poważny, ale to Waldek, on był przeciwpancerny.

polska-zbrojna.pl


Andrij Jermak nie jest prezydentem Ukrainy. Ale często zachowuje się jak on. Jako Szef Kancelarii Prezydenta Ukrainy — to jego oficjalny tytuł — Yermak, lat 53, opracowuje plany pokojowe, kieruje dyplomacją back-channel i ręcznie wybiera urzędników państwowych. Premier i najwyższa władza wojskowa często mu się podporządkowują. Jeśli chodzi o negocjacje o wysoką stawkę — zamianę więźniów z Moskwą; powrót uprowadzonych ukraińskich dzieci; oferty do utrzymania ziarna spływającego przez Morze Czarne — Yermak prowadzi spektakl. Rządy europejskie koordynują z nim pomoc wojskową i finansową. Jest po imieniu z globalnymi brokerami władzy i gwiazdami Hollywood.

W Kijowie, w pozłacanych salach siedziby prezydenta Jermak nadzoruje zgrany zespół około dwudziestu osobiście wybranych, pobożnych doradców, którzy mają dostęp do odpraw dotyczących bezpieczeństwa narodowego i spotkań z wizytującymi głowami państw, co większość zachodnich rządów uważa za wysoce niekonwencjonalne standardy. Ta grupa wspólnie zarządza krajem. Rola Jermaka została opisana w niezliczony sposób przez tych, którzy obserwowali go — od prawej ręki Zełenskiego po faktycznego wiceprezydenta Ukrainy. Jednak jego sojusznicy i krytycy zgadzają się, że na Ukrainie prawie nic się nie dzieje bez jego wiedzy i aprobaty. Nikt nie dostaje się do prezydenta, nie przechodząc przez niego.

(...)

“Jego problemem jest mikrozarządzanie. Stara się być wszędzie i robić wszystko - powiedział Alexander Rodnyansky, dyrektor ukraińskiej telewizji i stary przyjaciel Jermaka.

Jermak stał się uosobieniem debaty toczącej się w kraju na temat tego, czy scentralizowane uprawnienia narzucone przez administrację wojenną mogą sparaliżować demokratyczną przyszłość Ukrainy po zakończeniu wojny. Dla wielu Ukraińców jest symbolem starego porządku, który desperacko chce pozostać. W tym tygodniu Zełenski stanął przed najpoważniejszym krajowym wyzwaniem swojej prezydentury, po radykalnym posunięciu mającym na celu odsunięcie na bok niezależnych organów antykorupcyjnych Ukrainy, które wywołało pierwsze duże masowe protesty od początku wojny. Wśród wielotysięcznych tłumów zgromadzonych w Kijowie śpiewano “Yermak out” i “Fuck Yermak”.

W wywiadach z ponad 40 osobami, w tym obecnymi i byłymi urzędnikami ukraińskimi, zachodnimi dyplomatami w Kijowie oraz urzędnikami rządów europejskich i Waszyngtonu, którzy mieli bezpośredni kontakt z Jermakiem, często mówiono mi, że ma on takie same wpływy jak Zełenski, a może większe. Dla krytyków Jermak jest niewybranym carem gromadzącym bezgraniczną władzę, która podważa demokratyczne mechanizmy kontroli i równowagi, które Kijów wprowadził od czasu rewolucji na Euromajdanie w 2014 roku. Sporządza listy wewnętrznych wrogów politycznych, które Rada Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony Ukrainy ma nałożyć sankcje. Został oskarżony o manipulowanie dochodzeniami sądowymi w celu zdyskredytowania rywali i wstrzymywanie dochodzeń antykorupcyjnych. Mówi się, że organizuje tajne operacje, rozpowszechniając przecieki i plotki za pośrednictwem anonimowych kanałów w Telegramie. “Jego celem jest centralizacja wszystkiego w poradzieckim stylu rządów, który przypomina coś nie tak odmiennego od autokracji” powiedziała jedna z osób, która blisko współpracowała z Yermakiem w biurze prezydenckim

W zeszłym tygodniu jedna z bliskich sojuszniczek Jermaka, Julia Swyrydenko, została mianowana nowym premierem Ukrainy — co było szeroko komentowane jako dowód jego rosnącej władzy nad Zełenskim. Ambasador Zachodu bez ogródek opisał rolę Yermaka: “On jest prezydentem, premierem, ministrem spraw zagranicznych... wszyscy ministrowie razem wzięci”. Jeden z ukraińskich ministrów ostrzegł mnie, że niewielu członków rządu odważy się mówić o Jermaku do protokołu, co okazało się prawdą.

“Przyszłość i losy wszystkich” powiedział “są zdeterminowane przez Andriya Yermaka”.

(...)

Jednak nie przeszedł przez politykę ani wojsko. Nie należał do świty przyjaciół z dzieciństwa Zełenskiego ani do jego trupy komediowej Kvartal 95. Urodzony w sowieckim Kijowie w 1971 r. Jermak cieszył się wieloma przywilejami inteligencji mieszczańskiej ZSRR. Jego ojciec, Borys, pracował w renomowanym zakładzie produkcyjnym Artem w dziedzinie obronności, zanim został wysokim rangą dyplomatą w ambasadzie radzieckiej w Afganistanie podczas wojny radziecko-afgańskiej. To zadanie doprowadziło do spekulacji, że jego rola wiąże się z powiązaniami z sowieckimi służbami bezpieczeństwa. Kiedy poruszyłem te pogłoski z Yermakiem, ten odrzucił je ponuro: “Gdzie jest dowód?”

Jako młody człowiek Yermak marzył o zostaniu pilotem myśliwca odrzutowego. Zamiast tego wstąpił na Uniwersytet Narodowy im. Tarasa Szewczenki, uzyskując tytuł magistra prawa międzynarodowego. Podczas gdy wielu jego kolegów z klasy kontynuowało naukę na Zachodzie i dołączyło do czołowych europejskich kancelarii prawnych, Jermak pozostał w Kijowie i otworzył własną praktykę, koncentrując się na prawie własności intelektualnej. (...)

Dopiero gdy w 2011 roku Jermak (...), poznał młodego Wołodymyra Zełenskiego, już gwiazdę kraju i generalnego producenta tego kanału. Ich pierwsza rozmowa nie trwała długo, ale kliknęli od razu. “Widziałem, że był bardzo mądrą, bardzo inteligentną osobą - wspominał ” Yermak. (...)

Na początku 2019 roku wkroczył w politykę, przyłączając się do kampanii prezydenckiej Zełenskiego. Kiedy Zełenski wygrał wybory, mianował Jermaka swoim głównym doradcą w sprawach międzynarodowych. Nawet bliscy nowego prezydenta byli zaskoczeni. Zespół Zełenskiego składał się głównie z przyjaciół, których znał od czasów szkolnych w szorstkim przemysłowym mieście Krzywy Róg. Jednak obaj mężczyźni wspólnie rozpoczęli pracę nad niektórymi z najbardziej ambitnych obietnic Zełenskiego, w tym zakończeniem wojny, która toczyła się na wschodniej Ukrainie od aneksji Krymu przez Rosję w 2014 r. oraz inwazji na regiony Doniecka i Ługańska.

W pierwszym teście swojej przenikliwości politycznej tego lata Jermak stał się głównym punktem kontaktowym między Kijowem a kręgiem prezydenta USA Donalda Trumpa, gdy amerykańscy urzędnicy naciskali na Ukrainę, aby wszczęła śledztwo w sprawie rzekomej korupcji ze strony demokratycznego rywala Trumpa, Joe Bidena i jego syna Huntera. (...)

Największym dokonaniem Jermaka latem 2019 r. były negocjacje w sprawie wymiany więźniów z Moskwą, zapewniające powrót uznanego reżysera Ołeha Sencowa i 34 innych osób. Poleciał do Moskwy, aby osobiście odebrać więźniów — o czym później wspominał, mieszając dumę i żal. “Żadnego mojego zdjęcia” powiedział mi. (...) Na początku 2020 r. Zełenski zwolnił szefa sztabu i mianował na jego miejsce Jermaka.

Więź między Zełenskim a Jermakiem została naprawdę wykuta w tyglu wojny. Od 24 lutego 2022 r., kiedy siły Putina przekroczyły granicę ukraińską, są oni nierozłączni. Mieszkają i pracują na terenie kompleksu prezydenckiego, barokowego budynku, w którym mieścił się komitet centralny Komunistycznej Partii Ukrainy aż do uzyskania niepodległości od Związku Radzieckiego w 1991 roku. (...)

Biuro Jermaka znajduje się dwa piętra niżej od biura Zełenskiego. Tam pracuje przy rozległym biurku otoczonym prezentami od zagranicznych dygnitarzy i ukraińskich żołnierzy, w tym ceramiczną czaszką namalowaną z wizerunkiem Kremla w płomieniach. Jermak, który nie jest żonaty i nie ma dzieci, całkowicie poświęcił się swojej pracy. Jego stare mieszkanie jest w dużej mierze nieużywane i rzadko odwiedza rodziców, którzy pozostają w Kijowie. “Może pracować 24 godziny bez przerwy, bez przesady" - powiedział Sybiha, minister spraw zagranicznych. “To nie tylko jego ambicja. To jego system operacyjny.”

Relacje między obydwoma mężczyznami wykraczają poza pracę, twierdzą ich współpracownicy i sojusznicy. “Jest najbliższy prezydentowi soratnik” - powiedział Sybiha. Słowo to można przetłumaczyć jako towarzysz lub szwagier. Śpią blisko siebie w bunkrze budynku, osłoniętym przed rosyjskimi nalotami, które nasiliły się od wiosny tego roku. Tam po długim dniu pracy mogą odpocząć grając w tenisa stołowego lub oglądając klasyczne filmy, które tak dobrze znają, że potrafią recytować wersety. Większość poranków zaczynają od treningu, obaj obok siebie, podnosząc ciężary. “Uwielbia wyglądać jak przystojny mężczyzna” - powiedział Rodnyansky, przyjaciel Yermaka, producenta filmowego. “Obaj ciężko pracują.”

(...)

Kiedy Kreml zadzwonił do Kijowa we wczesnych godzinach inwazji na pełną skalę, aby zmusić go do przyznania się do porażki, zadzwonił telefon Jermaka. Na linii był zastępca szefa sztabu Putina Dmitrij Kozak. Kazał Jermakowi przekonać Zełenskiego do poddania się lub przygotowania się na stawienie czoła pełnej potędze armii rosyjskiej. “Pieprz się!” Yermak odpowiedział, rozłączając się.

Według dwóch ukraińskich urzędników zaangażowanych w planowanie wojskowe Jermak kilkakrotnie uchylał przywództwo wojskowe i w pewnych sytuacjach miał “pełny wpływ” na operacje na polu bitwy. Twierdzą, że jednym z najbardziej rażących przykładów był jego wpływ na bitwę pod Bachmutem.

Bachmut został wzniesiony jako osada-twierdza w 1571 roku, kiedy Iwan Groźny nakazał obronę południowej granicy Rosji. Nigdy nie miał powrócić do swojego pierwotnego celu, ale pod koniec 2022 roku został ponownie oblężony, gdy siły rosyjskie się zbliżyły. Wielu dowódców frontu Ukrainy nalegało na strategiczny odwrót, ale Jermak dostrzegł okazję do opowiedzenia innej historii. Swoją historią twierdza Bachmut niosła ze sobą pewną surową moc narracyjną. Stałaby się symbolem nierozerwalnego oporu Ukrainy. Zełenski również chciał wielkiego zwycięstwa na polu bitwy, które podniosłoby morale narodowe. Bakhmut nie upadł; nie mógł upaść.

Ale Bachmut był już piekłem po siedmiu miesiącach zaciętych walk. Kiedy na początku grudnia 2022 roku zgłosiłem się z miasta, centrum zostało zdewastowane. Rosyjskie ataki naziemne były bezlitosne. Nawet zatwardziali amerykańscy generałowie byli zdumieni brutalnością walki i oszałamiającymi stratami Moskwy. A jednak wciąż przychodzili.

W szczytowym momencie bitwy, 20 grudnia, Zełenski wraz z Jermakiem u boku złożył tajną i ryzykowną wizytę na linii frontu bachmuckiego. Następnego dnia Zełenski poleciał do Stanów Zjednoczonych i podczas wspólnej sesji Kongresu przedstawił postrzępioną ukraińską flagę podpisaną przez wojska w Bachmucie. Spikerka Izby Reprezentantów Nancy Pelosi przytrzymała ją nad podwyższeniem, ku owacji na stojąco. Ukraina miała swoje Alamo.

Za kulisami zachodni urzędnicy byli zaniepokojeni ofiarami. Ukraińscy dowódcy skarżyli się, że marnuje się zasoby, aby uzyskać niewielki zwrot taktyczny. Wielu twierdziło, że decyzja o pozostaniu została podjęta w kręgu prezydenta, a nie przez wojsko. “Manewr polityczny przebrany za bohaterstwo” był tym, jak opisał mi to jeden z dowódców walk.

Ostatecznie twierdza Bachmut upadła. Koszty ludzkie podważyły ukraińską kontrofensywę latem 2023 roku, która również zakończyła się porażką. “Bycie w Bachmucie tak długo było błędem" powiedział wyższy rangą urzędnik ukraiński zaangażowany w planowanie wojskowe. “Mieliśmy nasze rozkazy” Zapytałem od kogo, a on wskazał dowódcę sił lądowych Ukrainy. Urzędnik dodał jednak, że generał otrzymał własny rozkaz. Pochodził z biura prezydenta. “Można zgadnąć od kogo”.

 (...)

Publicznie Jermak przemawia wyważonym, niemal monotonnym głosem, nieco wyższym, niż można by się spodziewać po mężczyźnie jego wzrostu. Mówi tak długo, że często gubi się jego znaczenie. “Na początku myślałem, że to taktyka, która nas męczy i zmniejsza zainteresowanie przeprowadzaniem z nim wywiadów” powiedział ukraiński dziennikarz, który nie chciał być zidentyfikowany. “Ale teraz zdaję sobie sprawę, że on po prostu mówi i mówi.” (...)

“On jest czasami brutalny - przyznał minister spraw zagranicznych Sybiha. Zapytany o przykłady, zaoferował jedynie chytry uśmiech: “Proszę, zapytaj kilku innych urzędników.” Zapytałem kilku przedstawicieli różnych stopni, którzy współpracowali z Yermakiem na różnych stanowiskach, ale większość w żadnym wypadku nie chciała zabierać głosu. “Samobójstwo w karierze” powiedział jeden. “Nie, przepraszam” inny odpowiedział. “Chciałbym zachować swoją pracę.” Jeden z bliskich doradców opisał Yermaka jako “twardego, ale skutecznego". Inny przyznał, że był “ruthless” i “cunning”. Może nie jest typem osoby, której chcesz pomóc przewodzić w czasie pokoju - dodał - ale to była wojna. A kto jeszcze mógłby zrobić to, co on robi dla prezydenta?

Zełenski nie zgodził się na wywiad w tej sprawie, ale prezydent zaciekle bronił swojego szefa sztabu, mówiąc w zeszłym roku reporterowi, że Jermak był “jednym z najsilniejszych menedżerów ” w swoim zespole. “Szanuję go za wyniki, robi to, co mu mówię.” W jednym z naszych wywiadów Yermak przyznał, że może ostro krytykować swój personel, ale zlekceważył skargi, które mógł być apodyktyczny. “Nie da się nie być twardym i uzyskać rezultatów, wiesz?” powiedział. “Większy krytyk mnie samego niż ja sam nie istnieje”,

“Jestem menadżerem prezydenta" - kontynuował Yermak. “To nie tylko dzisiejszy przywódca Ukrainy — Wierzę, że jest przywódcą wolnego świata".  (...)

ft.com