poniedziałek, 2 czerwca 2025



W poniedziałek rano Państwa Komisja Wyborcza ogłosiła oficjalne wyniki niedzielnego głosowania w wyborach prezydenckich. Karol Nawrocki uzyskał 10 mln 606 tys. 877 głosów (50,89 proc.), zaś Rafał Trzaskowski 10 mln 237 tys. 286 głosów (49,11 proc.). Frekwencja wyniosła 71,63 proc.

PAP


Siły rosyjskie przeprowadziły największy łączony atak dronów i rakiet podczas wojny, obejmujący ponad 400 dronów na Ukrainę, w nocy z 31 maja na 1 czerwca. Ukraińskie Siły Powietrzne poinformowały, że siły rosyjskie wystrzeliły trzy rakiety balistyczne Iskander-M/KN-23 z obwodów Kurska i Woroneża oraz cztery powietrzne i naziemne pociski manewrujące Ch-101 i Iskander-K z nieokreślonych kierunków. Ukraińskie Siły Powietrzne poinformowały, że siły rosyjskie wystrzeliły również 472 drony Szahed i wabiki z kierunków miast Kursk, Orzeł i Briańsk; Millerowo w obwodzie rostowskim; Szatałowo w obwodzie smoleńskim; i Primorsko-Achtarsk w Kraju Krasnodarskim. Ukraińskie Siły Powietrzne poinformowały, że siły ukraińskie zestrzeliły trzy rakiety Ch-101/Iskander-K i 213 dronów nad północną, wschodnią, południową, zachodnią i centralną Ukrainą, a 172 drony zostały „utraconych” lub stłumione przez ukraińską wojnę elektroniczną (EW). Ukraińscy urzędnicy poinformowali, że siły rosyjskie uderzyły w obwody dniepropietrowski, charkowski, kijowski i odeski oraz uszkodziły infrastrukturę cywilną i wojskową.

Siły ukraińskie nie były w stanie zestrzelić żadnej z trzech rakiet balistycznych, które Rosja wystrzeliła w nocy. Siły ukraińskie mają problemy z przechwytywaniem rakiet balistycznych z powodu ograniczonej liczby amerykańskich systemów obrony powietrznej i przechwytywaczy Patriot. ISW nadal ocenia, że ​​rosyjskie ataki rakietowe zmuszają Ukrainę do podejmowania trudnych decyzji co do tego, które obszary Ukrainy chronić za pomocą ograniczonych systemów Patriot. Rzecznik ukraińskich sił powietrznych, pułkownik Jurij Ihnat, oświadczył 24 maja, że ​​siły ukraińskie mają problemy z użyciem systemów obrony powietrznej Patriot do zestrzeliwania zmodyfikowanych rosyjskich rakiet balistycznych Iskander-M z powodu ostatnich rosyjskich ulepszeń, w tym udoskonaleń umożliwiających pociskowi zmianę trajektorii i wykonywanie manewrów, zamiast lotu w linii prostej. The Economist poinformował 25 maja, że ​​ukraińskie źródła rządowe szacują, że Kreml ma zapas 500 rakiet balistycznych.

(...)

Siły rosyjskie nadal dostosowują swoje pakiety uderzeniowe, aby przytłoczyć ukraińską obronę powietrzną. Rosja wystrzeliła największą liczbę dronów w wojnie w nocy z 31 maja na 1 czerwca. Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski oświadczył 1 czerwca, że ​​Rosja zwiększa liczbę dronów na uderzenie każdego tygodnia. The Economist niedawno poinformował, że Rosja jest w stanie wyprodukować około 100 Shahedów dziennie, a coraz większe pakiety uderzeniowe dronów Rosji są bezpośrednim wynikiem tej zwiększonej produkcji. Według doniesień siły ukraińskie nie były w stanie zestrzelić 67 z 355 dronów w nocy z 25 na 26 maja, a siły ukraińskie nie były w stanie zestrzelić 87 z 472 rosyjskich dronów w nocy z 31 maja na 1 czerwca, co wskazuje, że rosyjska taktyka wykorzystania ogromnej liczby dronów okazuje się skuteczna.

understandingwar.org

Ukraina przeprowadziła serię jednoczesnych i szeroko zakrojonych ataków dronów na wiele baz lotniczych w Rosji 1 czerwca. Źródła w Służbie Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU) poinformowały różne media, że ​​SBU przeprowadziła szeroko zakrojone ataki dronów z perspektywy pierwszej osoby (FPV), które uderzyły w cztery bazy lotnicze w Rosji. Źródła w SBU poinformowały, że siły ukraińskie zaatakowały bazę lotniczą Belaya w obwodzie irkuckim; bazę lotniczą Olenya w obwodzie murmańskim; bazę lotniczą Diagilevo w obwodzie riazańskim; i bazę lotniczą Iwanowo w obwodzie iwanowskim. Źródła w SBU potwierdziły, że ukraińscy operatorzy dronów zaatakowali 41 rosyjskich bombowców strategicznych, w tym samoloty radarowe dalekiego zasięgu A-50 oraz bombowce strategiczne Tu-95 i Tu-22M3 – samoloty ze stałym skrzydłem, których Rosja używa do wykrywania ukraińskiej obrony powietrznej i wystrzeliwania pocisków manewrujących przeciwko Ukrainie. SBU poinformowała, że ​​operacja wyrządziła Rosji szkody o wartości około 7 miliardów dolarów. Źródła SBU potwierdziły, że SBU ułatwiła ataki dronów, transportując drony FPV do Rosji w nieokreślonym czasie; przechowując drony FPV w ciężarówkach przewożących jednostki ładunkowe z chowanymi dachami; parkując ciężarówki w pobliżu rosyjskich baz lotniczych; i zdalnie otwierając dachy ciężarówek i wystrzeliwując FPV. Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski potwierdził, że w operacji wykorzystano 117 dronów i zniszczono 34 procent rosyjskich strategicznych nośników pocisków manewrujących. Zełenski oświadczył, że władze Ukrainy wycofały z Rosji ludzi, którzy „pomagali” Ukrainie w operacji przed operacją. Rosyjskie Ministerstwo Obrony (MON) twierdziło, że siły ukraińskie przeprowadziły ataki dronów FPV na bazy lotnicze w obwodach irkuckim i murmańskim, powodując podpalenie kilku samolotów. Rosyjskie Ministerstwo Obrony twierdziło, że siły rosyjskie odparły wszystkie ataki na bazy lotnicze w obwodach iwanowskim, riazańskim i amurskim, a rosyjskie władze podobno powiązały to z rosyjską opozycyjną agencją Mediazona, która podała, że ​​władze ukraińskie planują przeprowadzić ataki dronów FPV na bazę lotniczą w obwodzie amurskim. Rosyjskie źródła twierdziły natomiast, że ciężarówka przewożąca drony FPV w pobliżu bazy lotniczej Ukrainika w obwodzie amurskim zapaliła się, zanim siły ukraińskie zdążyły wystrzelić drony.

Ukraina nadal wprowadza innowacje w technologii i taktyce dronów, aby osiągnąć zaskoczenie operacyjne i skutecznie atakować rosyjską infrastrukturę wojskową na tyłach. SBU była podobno w stanie wystrzelić drony FPV w pobliżu docelowych rosyjskich baz lotniczych, co prawdopodobnie umożliwiło dronom FPV uniknięcie rosyjskich systemów walki elektronicznej (EW) i uniemożliwiło rosyjskim obrońcom powietrznym wykrycie dronów. Innowacyjne wykorzystanie przez SBU ciężarówek do wystrzeliwania dronów FPV bezpośrednio na terytorium Rosji umożliwiło ukraińskim operatorom dronów atakowanie celów głęboko na tyłach Rosji i przeprowadzenie pierwszego ataku dronów podczas wojny przeciwko celowi na Syberii. Taktyka SBU polegająca na użyciu dronów FPV, a nie dronów dalekiego zasięgu typu samolotowego, pozwoliła również operatorom dronów zachować zaskoczenie operacyjne, aby zadać maksymalne szkody i zminimalizować okno reakcji Rosji.

Operacja ataku dronów na strategiczne samoloty rosyjskie może przynajmniej tymczasowo ograniczyć zdolność Rosji do przeprowadzania ataków dronów i rakiet dalekiego zasięgu na Ukrainę. Operacja Ukrainy z 1 czerwca była skierowana przeciwko samolotom, których Rosja używa do wystrzeliwania pocisków manewrujących przeciwko Ukrainie, oraz przeciwko powietrznym systemom wczesnego ostrzegania i kontroli (AEW&C), których Rosja używa do identyfikowania ukraińskich systemów obrony powietrznej i koordynowania rosyjskich myśliwców. Rosja regularnie rozmieszcza Tu-95 i Tu-22M3 w celu wystrzeliwania pocisków manewrujących Ch-101/Ch-555 i Ch-59/69 przeciwko Ukrainie. Zestrzelenie rosyjskiego samolotu A-50 wcześniej tymczasowo ograniczyło działania rosyjskiego lotnictwa nad Ukrainą. (...)

Rosja prawdopodobnie będzie miała trudności z zastąpieniem samolotów, które siły ukraińskie uszkodziły i zniszczyły. Forbes podał we wrześniu 2023 r., że jeden samolot A-50 kosztuje około 500 milionów dolarów, a Kyiv Independent poinformował 1 czerwca, że ​​Rosja ma w użyciu mniej niż 10 A-50. Ukraiński obserwator wojskowy Jurij Butusow stwierdził 1 czerwca, że ​​siły ukraińskie zniszczyły niektóre samoloty strategiczne, których Rosja obecnie nie produkuje. Powiązany z Kremlem rosyjski bloger wojskowy twierdził, że Rosja nie produkuje już podwozi bombowców Tu-95 i Tu-22 i zauważył, że podwozia /kadłuba - red./ nie da się zastąpić. The Economist poinformował 1 czerwca, że ​​Rosja prawdopodobnie ma łącznie mniej niż 90 sprawnych Tu-22, Tu-95 i Tu-160. Źródła ukraińskie niedawno zauważyły, że Rosja coraz częściej używa samolotów Suchoj — a nie bombowców strategicznych — do wystrzeliwania pocisków manewrujących. Rosja najprawdopodobniej zdecydowała się na zakup samolotów Suchoja, aby nie narażać się na ryzyko związane z bombowcami strategicznymi, co sugeruje, że Rosja jest zaniepokojona ograniczoną liczbą bombowców strategicznych.

(...)

Moskiewskie media państwowe Moskovsky Komsomolets wzmocniły twierdzenia rosyjskiego politologa Siergieja Markowa, że ​​ukraińskie ataki na bazy lotnicze w Rosji są podstawą użycia broni jądrowej zgodnie z rosyjską doktryną nuklearną, ponieważ ataki te były wymierzone w strategiczny potencjał nuklearny Rosji. Wielu rosyjskich milblogerów, w tym milblogerzy powiązani z Kremlem, wysuwało podobne twierdzenia na temat doktrynalnego użycia broni jądrowej przez Rosję i wyraźnie wzywało Rosję do użycia broni jądrowej przeciwko Ukrainie w odpowiedzi na ataki.

understandingwar.org


Brytyjski minister obrony John Healey stwierdził w niedzielę, że Wielka Brytania straciła kontrolę nad swoimi granicami w ciągu ostatnich pięciu lat - podała stacja Sky News. Dzień wcześniej prawie 1200 imigrantów przepłynęło nielegalnie małymi łodziami przez kanał La Manche.

Szef resortu ocenił, że poprzedni konserwatywny rząd pozostawił brytyjską politykę azylową "w chaosie" i obecny rząd musi sobie radzić z "rekordowym poziomem imigracji".

Władze brytyjskie podały, że w sobotę przez kanał La Manche przepłynęło 1194 imigrantów na 18 małych łodziach. Jest to najwyższa w tym roku liczba osób, które próbowały się dostać nielegalnie do Wielkiej Brytanii w ciągu jednego dnia. Poprzedni rekord padł w maju i było to 825 osób. W brytyjsko-francuskiej akcji ratującej imigrantów wzięło udział 11 statków oraz dwa samoloty.

Healey opisał sobotnie zdarzenie jako "szokujące", mówiąc, że na francuskim nabrzeżu przemytnicy ładowali ludzi do małych łodzi "jak do taksówek". Minister powiedział, że Francja zgodziła się na zmianę przepisów, tak aby policja mogła przechwytywać łodzie na wodzie i na lądzie, ale jeszcze nie wdrożyła tych zmian w życie. "Uzgodniliśmy, że (Francuzi) zmienią sposób działania, a teraz skupiamy się na tym, żeby ich zmusić, żeby wprowadzili prawo w życie, dzięki czemu będą mogli przechwytywać przemytników i zatrzymywać ludzi na łodziach, a nie tylko na brzegu" - wyjaśnił.

Ministerstwo spraw wewnętrznych opublikowało w czwartek dane, z których wynika, że Francja przechwytuje w kanale La Manche najmniej imigrantów w historii. W tym roku francuska policja zabiegła dotarciu do Wielkiej Brytanii 8347 osobom, które próbowały dostać się nielegalnie na brytyjskie wyspy, co oznacza 38 proc. skuteczności. W 2024 r. policja osiągnęła skuteczność w 45 proc., a w 2023 r, w 47 proc.

Od początku 2025 r. ponad 14,6 tys. osób próbowało przedostać się nielegalnie do Zjednoczonego Królestwa przepływając kanał La Manche. Oznacza to wzrost o ponad 30 proc. w porównaniu z tym samym okresem w roku ubiegłym. To także najwyższa liczba w ciągu pierwszych pięciu miesięcy w roku, odkąd w 2018 r. zaczęły przypływać do brzegów Wielkiej Brytanii małe łodzie z imigrantami.

PAP

niedziela, 1 czerwca 2025



Władywostok, podobnie jak znaczne połacie całego Rosyjskiego Dalekiego Wschodu, leży na dawnych terenach mandżurskich. W XVII wieku prące na wschód Wielkie Księstwo Moskiewskie zetknęło się nad Amurem z Chinami. I zostało w swej ekspansji zatrzymane. W traktacie nerczyńskim (1689), wynegocjowanym pod okiem dwunastotysięcznej armii chińskiej, a więc w modelu dla Rosjan zrozumiałym, Moskwa musiała zgodzić się na wycofanie się z Nadamurza, czasem zwanego północną Mandżurią.

Rosjanie powrócili w połowie XIX wieku, wykorzystując osłabienie mandżurskich Chin spowodowane wojnami opiumowymi. Dzięki brawurze komandora Gienadija Newelskoja, rosyjskiej wersji konkwistadora, oraz dyplomatycznej zręczności kolonizatorów-imperialistów Mikołaja Murawjowa-Amurskiego i Mikołaja Ignatiewa, Cesarstwo Rosyjskie przyłączyło w 1858 roku do swoich terenów niemal milion kilometrów kwadratowych Nadamurza. A potem poszło za ciosem.

Ignatiew dwa lata później (1860) wymusił na pogrążonych w kryzysie Chinach zrzeczenie się ziem nad Ussuri, aż do granicy koreańskiej. To był już polityczny rozbój w biały dzień: tereny te nigdy nie należały do Rosji, nie toczył się o nie również spór, jak to miało miejsce z Nadamurzem. Wszystkie swoje sukcesy Rosja osiągnęła bez potrzeby wypowiadania wojny, prowadzenia działań zbrojnych, strat w ludziach i zasobach. Słowem, bez jednego wystrzału. Sun Zi, autor słynnej „Sztuki wojny”, byłby z nich dumny.

A to miał być dopiero początek. Na zdobytych terenach nad Ussuri założono w 1860 roku miasto Władywostok, czyli „Władcę Wschodu”. Nazwa była nieprzypadkowa: Rosja planowała dalszą ekspansję na Chiny, Koreę i pół Azji. Nie wyszło przez Japonię, która w 1905 roku dała łupnia Rosjanom, zatrzymując ich imperialistyczny pochód. Zdobyte od Chin nadamurskie i ussuryjskie ziemie, nazwane z czasem „Rosyjskim Dalekim Wschodem”, zamiast stać się forpocztą dalszej ekspansji, okazały się ostatnim bastionem Rosji wyrzuconym hen, na kresy imperium.

Symbolicznie dobrze to widać w drugim największym mieście Rosyjskiego Dalekiego Wschodu, Chabarowsku, nazwanym na cześć siedemnastowiecznego konkwistadora, Jewgienija Chabarowa. Na wzgórzu nad Amurem dumnie wznosi się tam monumentalny pomnik gubernatora Mikołaja Murawjowa, nazwanego „Amurskim” za swoją rolę w przyłączeniu Nadamurza. Zwrócony ku rzece kolonizator spogląda na chiński brzeg, sugerując następny krok. Ale ten nigdy nie nastąpił, a – parafrazując wypowiedziane w innym kontekście zdanie – jego „ślepe oczy wpatrzone w pustkę pozostają najbardziej wymownym pomnikiem wielkich nadziei z przeszłości i najtrafniejszym symbolem ich upadku”.

Patrząc na mapę, Rosyjski Daleki Wschód daje Rosji wyjście na Pacyfik. Bez niego Federacja Rosyjska byłaby większym Księstwem Moskiewskim z dołączoną syberyjską pustką, takim wielkim Turkmenistanem. Dostęp do wpadających do Pacyfiku mórz Ochockiego i Japońskiego daje Rosji strategiczną głębię i gospodarczy potencjał: możliwość podłączenia się do handlu azjatycko-pacyficznego i zbudowania w ten sposób bogactwa. Bo też Rosyjski Daleki Wschód powinien być miejscową wersją zachodnich wybrzeży w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie – motorów rozwoju. Ale Rosja nie jest USA ani Kanadą. Rosyjski Daleki Wschód to region biedny, zapóźniony i zdewastowany, borykający się z deindustrializacją, depopulacją i bezrobociem. Porównywany nie do Kalifornii czy Brytyjskiej Kolumbii, lecz do Korei Północnej.

(...)

Miasto zbudowano rękami azjatyckich gastarbeiterów. Po rosyjskich podbojach na te słabo do tej pory zaludnione tereny mandżurskie zaczęła się emigracja za chlebem Chińczyków i Koreańczyków przymierających głodem w swoich krajach. Znajdowali pracę przy powstawaniu nowych miast jak Władywostok, Chabarowsk czy Nikołajewsk nad Amurem, a także – niczym w USA, Kanadzie czy Australii – przy budowie kolei. Pod koniec XIX wieku prawie jedna trzecia wszystkich mieszkańców Rosyjskiego Dalekiego Wschodu pochodziła z Chin i Korei.

Rosjanom zaczęło to przeszkadzać, gdy z Zachodu dotarła do nich rasistowska koncepcja tak zwanego „żółtego zagrożenia”. To odwołująca się do najbardziej prymitywnych stereotypów spiskowa teoria głosząca perfidną chęć podboju przez rasę żółtą świata, a w wersji rosyjskiej – Syberii. Petersburg i Moskwa zaczęły więc stymulować słowiańską emigrację na te tereny, aż w końcu przyszedł Stalin i rozwiązał ten problem po swojemu: mordując albo zsyłając wszystkich wschodnich Azjatów do łagrów i na środkowoazjatyckie stepy. W efekcie, jak to ujęła pewna moskiewska badaczka, przez długie dekady ZSRR „w regionie było więcej Cyganów niż Chińczyków” (dziś pewnie napisałaby „Romów”).

Mit „żółtego zagrożenia” powrócił po upadku ZSRR. W warunkach chaosu terapii szokowej, chcąc ratować dalekowschodnich Rosjan od pustych półek w sklepach, wpuszczono Chińczyków, zezwalając na przygraniczny handel. W efekcie do Rosji ruszyły tysiące „mrówek”, kursujących w tę i z powrotem, sprowadzając tanią żywność, odzież i urządzenia RTV i AGD. Choć cel osiągnięto i chińskimi towarami złagodzono szok transformacji, to obudzono tym samym stare lęki. Dżin sinofobii został wypuszczony z butelki.

Dziesiątki tysięcy przebywających tymczasowo Chińczyków w rosyjskiej wyobraźni rozmnożyły się do setek tysięcy, a potem do milionów.

W połowie lat dziewięćdziesiątych XX wieku w Rosji zapanowała panika spod znaku „demograficznej ekspansji” Chin. Media, w tym najważniejsze (jak „Izwiestia”), straszyły rekonkwistą Syberii. Wrogą atmosferę napędzali politycy, od liberała Jawlińskiego po nacjonalistę Żyrinowskiego, straszący milionami Chińczyków na Syberii i utratą Rosyjskiego Dalekiego Wschodu na rzecz Chin. Na nic zdały się twarde dane, wyliczenia pokazujące, że Chińczyków w Rosji było (bo teraz już jest mniej) około pół miliona – na ponad 140 milionów obywateli Federacji Rosyjskiej – a na samym Rosyjskim Dalekim Wschodzie maksimum 200 tysięcy (dziś już mniej), na niecałe 8 milionów mieszkańców regionu (25 milionów, jeśli policzyć całą Syberię). Mit żył własnym życiem, aż przyszedł Putin i uciszył go metodami administracyjnymi.

Tymczasem najsłynniejszy fake news o Chińczykach na Syberii zreinkarnował się za granicą: na Zachodzie i zwłaszcza w Polsce, gdzie wciąż dominuje on w umysłach wielu ludzi. Łączy się on bowiem z innym popularnym, a błędnym przekonaniem: o chińskich planach rekonkwisty Syberii.

kulturaliberalna.pl

sobota, 31 maja 2025



Rozwój Chin jest godny podziwu. Ale o tym również warto rozmawiać, mając na uwadze szerszy kontekst ⬇︎

"[...]To  achieve  a  five-fold increase in its initial real GDP per capita, it took the UK more  than 160 years,  Germany more than  108 years, the USA more than 100 years and Japan more  than 75 years. A similar increase took South Korea just over  22  years,  Hong  Kong just  over  28  years, Taiwan just over 24 years and Singapore just over 26 years. China also took just over 25 years, but in this case transforming the lives of some one-fifth of the world’s population. [...]"

Każde kolejne państwo przechodzące rewolucję przemysłową robi to szybciej niż poprzednie. W przypadku Chin, ich rozwój, to rozwój 1.5 mld ludzi, co jest imponujące, ale ma to również swoje konsekwencje: średnia produktywność Chińczyka nadal jest na bardzo niskim poziomie (dużo niższa niż Polaka, a nawet niższa niż Albańczyka). Ich skala to ich błogosławieństwo, ale też przekleństwo.

x.com/LeszBuk

piątek, 30 maja 2025



Filipiny to bardzo specyficzny kraj. Niby azjatycki, choć z ducha bardziej latynoamerykański. Formalnie demokratyczny, realnie bardzo oligarchiczny. Na pewno zaś postkolonialny w podstawowym sensie, to znaczy takim, w którym skutki kolonializmu do dziś odgrywają fundamentalną rolę w życiu społecznym.

Archipelag był pierwotnie kolonią hiszpańską (zarządzaną z Nowej Hiszpanii, a więc z Meksyku), a następnie amerykańską. W tym pierwszym okresie wykształciła się klasa miejscowych plantatorów-obszarników. Za Amerykanów uzyskała ona dostęp do wielkiego kapitału i zdominowała życie polityczno-gospodarcze kraju, monopolizując najwyższe stanowiska w polityce, gospodarce, biznesie i mass mediach. W efekcie Filipiny są co prawda demokracją, w której władze się wybiera, ale niemal zawsze jej przedstawiciele pochodzą z wielkich rodów politycznych. To mniej więcej tak, jakbyśmy w RP wyłaniali swoich przywódców spośród Potockich, Czartoryskich, Lubomirskich, Radziwiłłów, Sapiehów, Lanckorońskich, Zamoyskich tudzież pomniejszych klanów i dynastii. Wybór niby by był.

Klan Dutertów na tym tle był prowincjonalnym drugoligowcem, silnym tylko na wyspie Mindanao. To charyzma i bezwzględność Rodrigo dały mu awans do politycznej ekstraklasy (złośliwi twierdzą, że sukces klanu był podstawowym celem rządów Rodrigo, reszta pozostała środkami doń prowadzącymi). Nagle wczorajsi parweniusze usiedli do stołu z magnatami z rodów Aquino, Arroyo czy Romualdez. Wzbudzali zapewne niesmak swym niskim pochodzeniem, byli jednak zbyt silni, by ich zignorować.

A Rodrigo dobrze poruszał się w gąszczu politycznych intryg, umiał „rozmawiać z klanami i przestrzegał niepisanych reguł filipińskiej gry politycznej”, jak to ujął najważniejszy polski filipinolog, profesor Franciszek Czech z UJ. Innymi słowy, Rodrigo wiedział, co może (zabijać, nawet masowo biedaków, więzić – ale nie mordować – przeciwników politycznych), a czego nie (doprowadzić do zamachu stanu czy popchnąć kraj w ramiona Chin). W efekcie dokończył prezydenturę z wysokim poparciem i utorował swojej córce, Sarze, drogę ku wiceprezydenturze.

W międzyklanowych układankach Dutertowie porozumieli się z inną pierwotnie parweniuszowską dynastą: Marcosami. Wywodzący się z północnego Luzonu, a więc z obrzeży rdzenia (Luzon to wyspa stołeczna, ale wszystko poza Manilą to już prowincja) ród wszedł na filipiński polityczny Olimp przebojem w latach pięćdziesiątych XX wieku. Dekadę później jego przywódca, Ferdynand Marcos (starszy) został prezydentem, a potem dyktatorem, zapewniając klanowi dwadzieścia lat rządów – dobrych dla familii, katastrofalnych dla kraju.

Marcosa i jego barwną żonę Imeldę (pochodzącą, nawiasem mówiąc, ze starego klanu Romualdezów), znaną głównie z imponującej kolekcji butów, obaliła ludowa rewolucja w 1986 roku. Wyniosła ona do władzy… nie, nie lud – co za niedorzeczny pomysł! – lecz stare klany, na czele z Aquino. Dość skutecznie blokowały one Marcosom polityczny comeback aż do momentu pojawienia się Dutertów w drugiej dekadzie XXI wieku.

Przed prezydenckimi wyborami w 2022 roku doszło do sojuszu Północ–Południe, otaczającego centralną Manilę. Północny klan Marcosów razem z południowym klanem Duterte uzbierał wystarczająco szabel (czytaj: głosów), by uzyskać podwójne zwycięstwo. Prezydentem został syn Marcosa, Ferdynand młodszy, a wiceprezydentką córka Duterte – Sara.

Układ przewidywał mijankę za sześć lat, Sara miała zostać prezydentem, a ktoś od Marcosów – wice. Tyle tylko, że raz zdobytą władzę trudno się dzieli. Już po roku pojawiły się niesnaski dotyczące personaliów. Dynastie pokłóciły się między innymi o rozdział ministerstwa obrony (armia!), pozycję marszałka senatu Martina Romualdeza (tak, z tych Romualdezów, to kuzyn prezydenta) i sprawę charyzmatycznego protestanckiego kaznodziei Apollo Quiboloya, napastującego seksualnie swoje wierne w przerwach między duchowym doradztwem Dutertom.

Publicznie konflikt eskalował w typowy filipiński, to znaczy operetkowy, sposób: Sara Duterte oświadczyła, że jeśli prezydent Marcos ją zabije, to ona już wynajęła płatnych kilerów i oni ją pomszczą (w pakiecie uśmiercą też Romualdeza). Politycznie spór pchnął Dutertów do zwrotu w stronę starych przeciwników Marcosów, klanu Arroyo. Z kolei Marcosowie odpowiedzieli, najpierw inicjując impeachment Sary Duterte, a następnie zrzucając na swoich dawnych sojuszników przemienionych teraz we wrogów, polityczną bombę atomową.

Będąc burmistrzem, a następnie prezydentem, Rodrigo Duterte był bardzo ostrożny. Owszem, raz czy drugi palnął, że tego zabił, a tamtego wyrzucił z lecącego helikoptera. Potem jednak od razu wkraczał jego rzecznik i uściślał, że to tylko licencia poetica, ot, taka tam przenośnia, hiperbola. Duterte, jak przystało na prawnika, umiejętnie unikał podpisywania czegokolwiek. Wolał wydawać polecenia ustne, najlepiej niejednoznaczne (Haga będzie miała zagwozdkę w udowodnieniu mu winy, nawiasem mówiąc). Na wszelki wypadek wycofał też Filipiny z Międzynarodowego Trybunału Karnego.

Był przezorny i ubezpieczony, ale nie docenił swoich przeciwników i to będzie go kosztować wolność. Marcosowie do aresztowania wykorzystali Interpol, a nie MTK, a z Interpolu Duterte Filipin nie wyprowadził. Tę partię polityczno-klanowych szachów kończącą się zbiciem królowej przeciwników Marcosowie rozegrali naprawdę koronkowo. Gdy Duterte wracał z Hongkongu, Interpol (po zakulisowych negocjacjach) formalnie zwrócił się do Manili o aresztowanie Duterte. Prezydent Marcos, obudzony rano, miał usłyszeć, że wydano za Duterte międzynarodowy nakaz aresztowania. I choć – jak to ujął później jeden z jego ministrów – podkreślał, że „nie ma powodu do świętowania” i „nikt nie powinien się cieszyć”, ba, wręcz ogarnęła go „melancholia”, to jako przywódca praworządnego, demokratycznego państwa nie mógł odmówić wspólnocie międzynarodowej. Z żalem podpisał zgodę na areszt. Była to po prostu filipińska wersja „nie chcem, ale muszem”.

Co dowodzi, że syn nauczył się na błędach ojca. Marcos starszy na własnej skórze przekonał się, że zabójstwa polityczne są kosztowne i ryzykowne (jego upadek zaczął się od zgładzenia o jednego człowieka z elit za dużo, Ninoya Aquino). Dla odmiany odesłanie wroga do Hagi, będące de facto polityczną eliminacją, ma same zalety. Można umyć ręce i obłudnie przedstawić się jako obrońca praworządności i sprawiedliwości.

A co na to Filipińczycy? Część się cieszy, inni są wściekli, ale większość jest w szoku. Przeważa niedowierzanie. W końcu nikt się nie spodziewał takiego manewru – Duterte jest pierwszym azjatyckim przywódcą postawionym przed MTK. Filipińczycy w większości czekają więc na to, co będzie. „Lud milczy”, można powiedzieć, parafrazując Puszkina.

Może odezwie się 12 maja, gdy odbędą się wybory uzupełniające do senatu. W nich to Marcosowie chcą wyciąć dutertowców, by uzyskać większość do usunięcia Sary z wiceprezydentury. Jak tłumaczy mi profesor Czech, jeśli im się uda, to klan Duterte czeka marginalizacja. Jednak, gdyby Dutertom udało się zdobyć dużo głosów, to będą kontratakować, a „Filipiny czekają trzy lata walki klanów”. Dlatego wybory mogą pokazać, co Filipińczycy sądzą o odesłaniu Rodrigo do Hagi.

Dla niego samego to już koniec. Może jeszcze zabłyśnie, jak ongiś Slobodan Miloszević, sprawną retoryką na sali sądowej, (...)

kulturaliberalna.pl

czwartek, 29 maja 2025



Nie skupiajcie się na tym, co precyzyjne i lokalne. Mówiąc wprost, nie miejcie wąskich horyzontów. Pasteur, wielki odkrywca i autor maksymy „Szczęście sprzyja przygotowanym”, rozumiał, że nie należy szukać w życiu jednej, konkretnej rzeczy, tylko codziennie ciężko pracować, żeby otworzyć przed sobą różne możliwości. Jak to ujął inny znany myśliciel Yogi Berra, „Jeśli nie wiesz, dokąd zmierzasz, musisz być bardzo ostrożny, bo możesz tam nie dotrzeć”.

Nassim Nicholas Taleb - Czarny łabędź

środa, 28 maja 2025



W weekend 24–26 maja agresor przeprowadził serię zmasowanych uderzeń na całym terytorium Ukrainy. Użył w nich łącznie ponad tysiąc dronów i rakiet. Celami były obiekty przemysłowe, lotniska i logistyka armii przeciwnika, ucierpiała jednak również ludność cywilna. Największy i najpoważniejszy w skutkach atak miał miejsce 25 maja – objął 13 regionów, w których łącznie zginęło 12, a rannych zostało 60 cywilów. Zgodnie z danymi ukraińskimi wróg wykorzystał tego dnia 298 bezzałogowców i – zgodnie z podsumowującym komunikatem tamtejszego Sztabu Generalnego – 84 rakiety (wcześniej Dowództwo Sił Powietrznych informowało o 69). Zestrzelone miały zostać 53 rakiety i 139 dronów, a 127 bezzałogowców lokacyjnie utracono. Do bezpośrednich trafień miało dojść w 22 lokalizacjach, zaś zniszczenia w 15 kolejnych miały być skutkiem upadku odłamków.

Zmasowane uderzenia objęły głównie Kijów i Odessę wraz z okolicami. Rakiety i/lub drony atakowały te miasta 24, 25 i 26 maja. W stolicy zniszczenia odnotowano m.in. na terenie zakładu Antonowa, a w Odessie – w rejonie portowym. Z większych miast ucierpiały też Charków (25 i 26 maja), Dniepr, Mikołajów, Pawłohrad, Sumy i Tarnopol (wszystkie 25 maja). 25 i 26 maja celem był obwód chmielnicki, gdzie atakowano głównie lotnisko Starokonstantynów, miało tam także dojść do zniszczeń w czterech zakładach przemysłowych. W okresie przed zmasowanymi uderzeniami i po nich celami bezzałogowców i rakiet były m.in.: Charków (20, 21 i 22 maja), Kropywnycki (22 maja), Mikołajów (22 maja), Odessa (23 maja), gdzie według niektórych źródeł pociski balistyczne Iskander-M trafiły w kontenerowiec z zaopatrzeniem dla armii, Sumy (21 i 27 maja) oraz Zaporoże (23 maja).

Zgodnie z danymi ukraińskimi od wieczora 20 maja do rana 27 maja najeźdźcy mieli łącznie użyć 1342 dronów uderzeniowych i ich imitatorów oraz 112 rakiet. Strącone miały zostać 722 drony, a lokacyjnie utracono 445. Obrońcy zadeklarowali również zestrzelenie 68 rakiet.

Wzrost skuteczności rosyjskich ataków jest możliwy dzięki technicznej modernizacji uzbrojenia i zmianom w taktyce – wynika ze słów rzecznika Dowództwa Sił Powietrznych Ukrainy pułkownika Jurija Ihnata. Atak na Kijów nocą 24 maja pokazał, że systemy Patriot mają problemy z przechwytywaniem nowej wersji pocisków Iskander-M (zestrzelonych miało zostać sześć z dziewięciu użytych przez agresora rakiet). Najeźdźcy coraz powszechniej wykorzystują także imitatory dronów uderzeniowych, co pozwala im mylić obronę przeciwlotniczą. Stosunek bezzałogowców z głowicą bojową do ich atrap ma aktualnie wynosić 60 do 40. Z kolei stosowanie uderzeń z wysokiego pułapu znacznie ograniczyło możliwość zestrzeliwania dronów z broni strzeleckiej. Zmiany te wymuszają zdecydowanie częstsze używanie systemów rakietowych, a przez to – szybsze wyczerpywanie zapasów pocisków do nich.

Siły ukraińskie zintensyfikowały ataki dronami w głąb terytorium FR, a ich celem były zwłaszcza obiekty przemysłowe. Zgodnie z rosyjskimi źródłami od wieczora 20 maja do rana 27 maja Ukraińcy wykorzystali co najmniej 1052 bezzałogowce (taką ich liczbę wskazano jako zestrzelone) – niewiele mniej niż agresor. Uszkodzenie infrastruktury odnotowano na terenie wytwórni półprzewodników w Bołchowie w obwodzie orłowskim (21 maja) i w produkujących wieloprowadnicowe wyrzutnie pocisków rakietowych zakładach Spław w Tule (22 maja). 23 maja drony lub ich szczątki wywołały pożary na obszarze wytwórni akumulatorów i baterii Energia w Jelcu w obwodzie lipieckim oraz w rafinerii Rosniefti w Riazaniu, a dzień później uszkodziły gazociąg w Nowomoskowsku w obwodzie tulskim. W rezultacie ataku na Tułę 26 maja doszło do czasowego odcięcia dostaw energii elektrycznej do niektórych dzielnic i okolicznych miejscowości. W części regionów – m.in. obwodzie moskiewskim – ukraińskie ataki spowodowały okresowe wstrzymanie pracy lotnisk.

(...)

Obrońcy najprawdopodobniej wyczerpali pociski do systemów obrony powietrznej SAMP/T i Crotale, a donatorzy mają kłopot z uzupełnieniem ich zapasów – powiadomił 26 maja dziennik „Le Monde”. Szczególne problemy wiążą się z dwiema bateriami systemu SAMP/T, przekazanymi kolejno przez Francję i Włochy. Obok amerykańskich patriotów są one bowiem jedynymi w wyposażeniu armii ukraińskiej systemami średniego zasięgu zdolnymi do zestrzeliwania pocisków balistycznych. Według francuskiej gazety dostarczone przez Francję jeszcze w 2022 r. dwie baterie wysłużonych systemów krótkiego zasięgu Crotale nie doczekały się nowych pocisków „od półtora roku”.

(...)

20 maja szef rosyjskiego Komitetu Śledczego Aleksandr Bastrykin poinformował, że 20 tys. migrantów, którzy uzyskali rosyjski paszport, wysłano na wojnę na Ukrainie w ramach obowiązkowej służby wojskowej. Wcześniej wskutek operacji przeprowadzonej przez MSW i Gwardię Narodową ujawniono 80 tys. nowych obywateli FR, którzy nie zarejestrowali się do służby wojskowej. Część z nich – głównie pochodzących z Uzbekistanu, Tadżykistanu i Kirgistanu – zmobilizowano i trafili oni bezpośrednio na linię frontu. W lipcu 2024 r. Duma Państwowa przyjęła ustawę, zgodnie z którą cudzoziemcy otrzymujący rosyjski paszport muszą jednocześnie właśnie zarejestrować się do służby. Nieuczynienie tego może skutkować odebraniem obywatelstwa.

25 maja szef Służby Wywiadu Zagranicznego Ukrainy Ołeh Iwaszczenko potwierdził, że Chiny dostarczają obrabiarki, chemikalia i proch strzelniczy do ponad 20 rosyjskich przedsiębiorstw wojskowych. Według niego w latach 2024–2025 zrejestrowano co najmniej pięć lotów transportowych z ChRL z dostawami sprzętu, części zamiennych i dokumentacji, potwierdzono też sześć dużych transportów specjalistycznych chemikaliów. Wypowiedź Iwaszczenki spotkała się z reakcją chińskiego MSZ – 27 maja stanowczo zaprzeczyło ono, jakoby Pekin przekazywał śmiercionośną broń stronom konfliktu na Ukrainie, i sprzeciwiło się „bezpodstawnym oskarżeniom i manipulacjom politycznym” dotyczącym współpracy ChRL z Rosją.

osw.waw.pl


Nowa wersja dyplomatycznych mieszanych sztuk walki, która ma miejsce w Gabinecie Owalnym, wyrosła ze skromnych początków. Sesje zdjęciowe zawsze były skromnymi wydarzeniami, podczas których prezydent i jego gość podawali sobie ręce i wymieniali frazesy przez pięć do 10 minut, po czym ochroniarze wyprowadzali dziennikarzy, a akcja przenosiła się do sali gabinetowej.

Trump przetasował karty. W sesjach zdjęciowych uczestniczą teraz członkowie gabinetu, w tym Vance, a także cała gama mediów popierających MAGA [ruch Make America Great Again, Uczyńmy Amerykę znów wielką], i przekształciły się one w pełnoprawne konferencje prasowe, które prezydent wyraźnie lubi. — Cała królewska świta jest teraz na miejscu — mówi Bolton.

onet.pl/The Financial Times


Problem dla Ukraińców jest duży, bo gra idzie o ominięcie od zachodu Konstantynówki, która jest ważnym centrum oporu w całej okolicy. Jeśli Rosjanom uda się przebić polami na tyły tego miasta, to jego ukraińscy obrońcy znajdą się w trudnej sytuacji i najpewniej zostaną w końcu zmuszeni do wycofania się z dużymi stratami. Problem w tym, że nie widać poważniejszych fortyfikacji na drodze Rosjan. Te, które były, właśnie zostały przełamane.

Ponieważ wojna ma teraz charakter pozycyjny, to nie ma tutaj mowy o wielkim przełamaniu rodem z podręcznikowych operacji wojsk zmechanizowanych, które by oznaczało po nawet kilkadziesiąt kilometrów postępów dziennie przy pomocy wielkich kolumn ciężkiego sprzętu. Od początku tej fazy rosyjskich sukcesów mowa o maksymalnie kilkunastu kilometrach postępu w linii prostej. Na ponad miesiąc. Tempo w teorii żółwie, ale jak na tę wojnę znaczące.

Miejscem opisywanych wydarzeń są pola i małe wsie w obwodzie donieckim, na przestrzeni 50 kilometrów pomiędzy miastami Pokrowsk i Konstantynówka. Oba są połączone dobrą drogą, w pobliżu której, wykorzystując małe rzeki, stawy i zagajniki, ciągnęła się ukraińska linia umocnień. Od mniej więcej wiosny 2024 roku front był tam względnie stabilny. Początkowo Rosjanie skupiali się na bezpośrednim uderzeniu na Pokrowsk, ale zostali tam skutecznie zatrzymani wczesną jesienią. Na drugim końcu tego odcinka do początku tej wiosny byli uwikłani w krwawe i statyczne walki o miasto Toreck położone na południe od Konstantynówki. Z Pokrowska jednak tymczasowo zrezygnowali, a drugie miasto opanowali w marcu. W tym samym okresie zaczęli atakować na mniejszą skalę pomiędzy nimi i szybko okazało się, że to ma przyszłość.

Ponieważ wspomniany odcinek frontu pomiędzy Pokrowskiem a Konstantynówką był spokojny prawie rok, to stopniowo Ukraińcy ogołocili go z wartościowych jednostek. Kołdra wszędzie jest przykrótka, więc żeby wzmocnić jeden punkt, trzeba zabrać z innego. Pierwsze próbne ataki Rosjan w styczniu były częściowo udane, ale Ukraińcy zdołali ściągnąć skromne rezerwy, kontratakować i ustabilizować sytuację po utracie dwóch wiosek. Czując jednak słabość, rosyjskie wojsko zgromadziło jeszcze większe siły i w marcu nacisnęło ponownie, do końca miesiąca osiągając pierwsze sukcesy. Jednocześnie Rosjanie atakowali też nieco dalej na wschód w kierunku niedawno zajętego Torecka, zaczynając tworzyć worek wokół mocno trzymanej przez Ukraińców wsi Stara Mikolaiwka. Pod koniec kwietnia po stronie ukraińskiej coś pękło i zaczęły się szybkie postępy Rosjan.

Sukces jest efektem głównie słabej ukraińskiej obrony cierpiącej na skrajny niedobór piechoty. Całe umocnione pozycje są zazwyczaj bronione przez kilku żołnierzy, których jedyną nadzieją na przetrwanie ataków jest skuteczne wsparcie artylerii i dronów. Rosjanie jednak nie próżnują i ze swojej strony okładają każdą taką pozycję bombami lotniczymi, artylerią i własnymi dronami, wyczerpując obrońców. Dodatkowo w całym regionie aktywność rosyjskich bezzałogowców ma być bardzo wysoka i poważnie utrudniać funkcjonowanie ukraińskiej logistyki. Zaopatrzenie frontowych pozycji w wodę, żywność i amunicję, a do tego wymienianie żołnierzy i ewakuacja rannych, to karkołomne zadania zazwyczaj muszące się odbywać na piechotę. Rejon 15-20 kilometrów w głąb od linii kontaktu to strefa śmierci od dronów.

Rosjanie też mają taki problem, ale w przeciwieństwie do Ukraińców nie brakuje im ludzi. Ciągle ponawiają więc swoje małe ataki, w których zazwyczaj bierze udział nie więcej niż 10 ludzi, 1-2 pojazdy opancerzone, albo kilka samochodów czy motocykli. Ich zadaniem jest jak najszybsze przebycie ziemi niczyjej, wpadnięcie do ruin wioski czy ukraińskiej pozycji, zajęcie jej i trwanie. Następny atak idzie dalej i tak stopniowo front jest przesuwany. Wioska po wiosce, pozycja po pozycji.

W obecnej sytuacji problemem jest to, że na atakowanym przez Rosjan odcinku skończyły się widoczne z satelitów poważniejsze ukraińskie pozycje obronne. Cały obszar aż do odległej o około 25 kilometrów na północ Drużkiwki to głównie pola z niewielką ilością wiosek i jednym słabym pasem fortyfikacji. Rosjanie najpewniej skupią się teraz na jego zajęciu, co pozwoli im obejść od zachodu Konstantynówkę, poważnie utrudniając życie jej obrońcom. Tym bardziej że z tego kierunku umocnienia miasta są najsłabsze. Jednocześnie umożliwi to atakowanie od boku silnych ukraińskich fortyfikacji na południe od Konstantynówki. Zajmie to pewnie miesiące, ale może oznaczać utratę tego ważnego miasta przez Ukraińców jeszcze w tym roku. Jednocześnie analogicznie utrudniona zostanie obrona Pokrowska, bo Rosjanie będą mogli na nią naciskać też ze wschodu, choć tam ukraińskie umocnienia są znacznie silniejsze.

gazeta.pl