wtorek, 22 kwietnia 2025


Rosyjskie media państwowe nagłośniły apele szefa okupacji obwodu chersońskiego Władimira Saldo o dodatkowe ustępstwa terytorialne ze strony Ukrainy na obszarach, do których Rosja jeszcze formalnie nie rościła sobie praw. Saldo oświadczył 21 kwietnia kremlowskiej agencji informacyjnej TASS, że „powrót” zachodniego (prawego) brzegu rzeki Dniepr jest „fundamentalnie ważny” i „absolutnym priorytetem” dla Rosji. Saldo twierdził, że siły ukraińskie będą kontynuować wysiłki, aby wykorzystać wschodni (lewy) brzeg rzeki jako „dźwignię nacisku” przeciwko Rosji i że obecność sił ukraińskich na zachodnim brzegu utrudnia wznowienie żeglugi wzdłuż rzeki. Saldo stwierdził, że „odcinek [rzeki Dniepr], który przepływa przez obwody chersoński, zaporoski i dniepropietrowski, musi być całkowicie pod [rosyjską] kontrolą”, aby zagwarantować rozwój infrastruktury „związanej z rzeką”. Siły rosyjskie zajmują obecnie pozycje tylko na wschodnim brzegu rzeki Dniepr w obwodach chersońskim i zaporoskim, jednak prezydent Rosji Władimir Putin od czerwca 2024 r. konsekwentnie domaga się, aby Ukraina oddała Rosji wszystkie obwody zaporoski i chersoński. Saldo wydaje się wzywać do dodatkowych roszczeń terytorialnych Rosji wzdłuż rzeki w centralnym obwodzie dniepropietrowskim — obwodzie, którego Rosja formalnie nie rościła sobie ani nielegalnie nie zaanektowała. Nie jest jasne, ile terytorium wzdłuż brzegów rzeki w obwodzie dniepropietrowskim, jak twierdzi Saldo, musi znajdować się pod kontrolą Rosji, czy też Saldo sugeruje, że siły rosyjskie muszą zajmować rozległe terytorium na wschód i północny wschód od rzeki, aby Rosja „całkowicie kontrolowała” rzekę i jej bezpośrednie otoczenie. Siły rosyjskie mogą chcieć kontrolować co najmniej 25 kilometrów terytorium na obu brzegach rzeki Dniepr, aby uniemożliwić siłom ukraińskim przeprowadzenie ataków artyleryjskich na ten obszar.

understandingwar.org

Awans dostojewszczyzny do rangi idei narodowej oraz ideologii putinowskiej Rosji to nic innego jak zwycięstwo kultu śmierci i nekropolityki. Skoro jedynym pomysłem władzy na istnienie Rosji jest utrzymywanie fantasmagorii imperium, to niezbędna staje się sakralizacja śmierci na ołtarzu ojczyzny.

Okazuje się jednak, że śmierć za ojczyznę trzeba kupić. Było nie było, mamy XXI wiek, a Rosja to kraj darwinistycznego kapitalizmu, gdzie każdy zdany jest wyłącznie na siebie. Rosjanie nauczyli się wyceniać swoje życie. Jeśli putinowski reżim wymaga od nich, by przenieśli na państwo przysięgę „póki śmierć nas nie rozłączy”, to musi im za to zapłacić. Sam terror nie wystarczy.

Kremlowski umysł zaproponował walczącym w Ukrainie żołnierzom – najczęściej z niższych warstw społecznych – wojenny pakiet ubezpieczeniowy NNW złożony z trzech elementów, który większość Rosjan przyjęła z uznaniem. Pierwszy składnik NNW to pensja kilkunastokrotnie przewyższająca płacę minimalną, czyli 195 tysięcy rubli (około 12 tysięcy złotych) dla szeregowych żołnierzy, 100 tysięcy rubli dla zrekrutowanych więźniów, 300 tysięcy rubli i więcej dla oficerów (wobec strat rosyjskiej armii nie jest trudno awansować). Drugi składnik to szeroka paleta zapomóg, takich jak jednorazowa wypłata kilkuset tysięcy rubli, darmowa ziemia, zawieszenie długów, wakacje kredytowe, priorytetowy dostęp do przedszkoli, żłobków i opieki zdrowotnej. Ale najważniejsze w putinowskim pakiecie „śmierć to dopiero początek” są odszkodowania: 3 miliony rubli (185 tysięcy złotych) za odniesione rany i 12 milionów rubli (740 tysięcy złotych) dla rodziny w wypadku śmierci.

Kremlowski umysł wykreował sytuację, w której śmierć Rosjanina na wojnie będzie dla jego bliskich nie tragedią, lecz drogą do wyjścia z biedy, dźwignią awansu społecznego i odskocznią do lepszego życia. Tym samym śmierć stanie się składową rosyjskiej gospodarki, życia rodzinnego i społecznego, a nade wszystko nowym spoiwem umowy społecznej między putinowskim człowiekiem-karaluchem a rosyjskimi nieobywatelami. Na głębszym poziomie nekropolityka oznacza, że państwo się tobą zaopiekuje, a nawet poprawi twój los, jeśli oddasz mu w nieograniczone użytkowanie członka swojej rodziny, którego życiem i zdrowiem rozporządzi wedle uznania – wyśle na samobójczą misję, oddeleguje do sprzątania szpitali polowych albo zrzuci bez spadochronu, jeśli taka będzie konieczność.

Jakub Benedyczak - Oddział chorych na Rosję

niedziela, 20 kwietnia 2025



Prezydent USA Donald Trump zakłócił jedność sojuszu transatlantyckiego, dążąc do szybkiego zakończenia wojny. Ale nawet jeśli zabiegi Trumpa skierowane do Putina doprowadzą do powierzchownej odwilży w stosunkach amerykańsko-rosyjskich, fundamentalna nieufność Putina do Zachodu sprawi, że prawdziwe pojednanie będzie niemożliwe. Nie może być pewien, że Trump skutecznie zmusi Europę do przywrócenia więzi z Rosją i wie, że w 2028 r. nowa administracja USA może po prostu dokonać kolejnego zwrotu w polityce. Niewiele amerykańskich korporacji ustawia się w kolejce, aby powrócić do Rosji. A Putin nie wycofa się ze swoich strategicznych relacji z chińskim przywódcą Xi Jinpingiem. Kreml będzie nadal przyjmował chińską technologię (w tym narzędzia cyfrowej represji), utrzyma zależność od chińskich rynków i systemu finansowego oraz pogłębi swoje więzi bezpieczeństwa z Pekinem, nawet jeśli postawi go to na kursie kolizyjnym z Waszyngtonem.

Niesmak strategii ustępstw Trumpa może jednak skłonić innych przywódców, szczególnie w Europie, do podwojenia wysiłków w kierunku powstrzymywania, a nawet do okazania otwartej wrogości wobec Rosji. Ale samo to byłoby błędem. Reżim Putina prawie na pewno nie upadnie od wewnątrz. Odstraszanie musi zatem pozostać kamieniem węgielnym polityki Zachodu, a zwłaszcza strategii europejskiej, przynajmniej w najbliższej przyszłości.

Pewnego dnia Putin jednak zniknie z pola widzenia. Nawet jeśli, co jest prawdopodobne, kolejni przywódcy Rosji wyłonią się z jego wewnętrznego kręgu, będą mieli większą elastyczność w kształtowaniu trajektorii kraju — i pewne praktyczne motywy, aby skorygować kurs. Chociaż jej ludzie nie są niespokojni, Rosja Putina jest wewnętrznie słaba. Najbardziej oczywistym sposobem dla następców Putina na poprawę pozycji kraju byłoby ponowne zrównoważenie jego polityki zagranicznej. Więc nawet jeśli przywódcy Europy wzmocnią odstraszanie wobec Rosji, muszą zacząć przygotowywać się do wykorzystania okna możliwości, które otworzy się wraz ze zniknięciem Putina ze sceny.

(...)

Podczas pierwszych dwóch kadencji Putina na Kremlu — między 2000 a 2008 rokiem — PKB Rosji prawie się podwoiło dzięki rosnącym cenom towarów, napływowi zachodnich inwestycji, reformom rynkowym i boomowi przedsiębiorczości. W porównaniu z dyktatorskimi epokami caratu i komunizmu w Rosji oraz jej chaotyczną dekadą po upadku Związku Radzieckiego, kraj ten nigdy nie był tak zamożny i wolny w tym samym czasie. Chociaż wzrost gospodarczy wyhamował w latach 2010., umowa społeczna pozostała w dużej mierze nienaruszona.

Jednak w trakcie wojny na Ukrainie gospodarka rosyjska i podtrzymywana przez nią umowa społeczna uległy znacznym zmianom. W styczniu 2024 roku ekonomistka Alexandra Prokopenko opisała sytuację, w jakiej znalazł się Kreml, jako „niemożliwy trilemat”. Kreml musiał sfinansować coraz bardziej kosztowną wojnę, utrzymać poziom życia obywateli i zabezpieczyć makroekonomiczną stabilność Rosji — cele, których nie można było osiągnąć jednocześnie.

Ale Putin rozwiązał zagadkę. Postanowił skupić się na finansowaniu wojny: w latach 2025–2027 rząd rosyjski planuje przeznaczyć około 40 procent swojego budżetu państwa na obronę i bezpieczeństwo, zaniedbując inne priorytety, takie jak opieka zdrowotna i edukacja. Wojna była dobra pod względem gospodarczym dla większości Rosjan. Po nieznacznym spadku w 2022 roku PKB Rosji wzrósł o 3,6 procent w 2023 roku i o kolejne 4,1 procent w 2024 roku, dzięki wydatkom na obronę. Główne niedogodności ekonomiczne wojny, takie jak dwucyfrowa inflacja, zaczęły się ujawniać dopiero pod koniec 2024 r. Nawet po tym, jak na Ukrainie ucichną działa, gospodarka Rosji pozostanie silnie zmilitaryzowana. Przemysł zbrojeniowy będzie musiał uzupełnić kolosalne straty sprzętu przez wojsko, a Putin rozpoczął kosztowny plan modernizacji armii.

Jeśli wojna na Ukrainie zostanie wznowiona lub będzie kontynuowana, sytuacja gospodarcza Rosjan może stać się znacznie gorsza. Jednak ten scenariusz raczej nie wywoła poważnej presji na zmianę reżimu. Im bardziej rosyjska gospodarka znajduje się w trudnej sytuacji, tym bardziej Moskwa podejmuje działania w celu wzmocnienia represji. Kreml kryminalizuje krytykę wojny i rosyjskiego wojska i wszczął głośne sprawy sądowe przeciwko wybitnym i mało znanym dysydentom. Reżim dramatycznie zwiększył również liczbę osób, które oficjalnie uznaje za „agentów zagranicznych” i ataki na organizacje uważane za „niepożądane”, stawiając krytyków wojny przed trudnym wyborem: wygnanie za granicę lub więzienie w kraju. Policja i siły bezpieczeństwa mają wszelkie powody, aby ścigać takie sprawy, ponieważ funkcjonariusze są wynagradzani za liczbę wrogów, których ujawniają.

Putin, czyniąc krytykę swojej wojny zaporową, jednocześnie uczynił ją narzędziem redystrybucji bogactwa. Jej głównymi beneficjentami byli oczywiście członkowie jego otoczenia i ich sieci patronackie. Niektórzy z nich skorzystali z odejścia zagranicznych i międzynarodowych korporacji z Rosji, kupując zdeprecjonowane aktywa lub po prostu je konfiskując, zazwyczaj przy wsparciu wpływowych osób z wewnątrz, takich jak czeczeński przywódca Ramzan Kadyrow. Jednak poza superbogatymi są dziesiątki tysięcy innych oportunistów, którzy skorzystali na wojnie, takich jak przedsiębiorcy zarabiający na łamaniu sankcji. Dalej w hierarchii setki tysięcy białych kołnierzyków — szczególnie w IT, finansach i usługach biznesowych — korzysta z wyższych pensji, ponieważ ich dysydenci emigrują, a ich umiejętności stają się rzadsze.

Wreszcie Putin kupił poparcie, przekupując zmobilizowanych na front mężczyzn, pracowników zakładów wojskowych i członków ich rodzin. Według Kremla w czerwcu 2024 r. na linii frontu znajdowało się około 700 000 Rosjan. Średnia pensja rosyjskiego żołnierza wynosi obecnie blisko 2000 USD miesięcznie, co stanowi dwukrotność średniej krajowej i czterokrotność średniej ogólnej w dziesiątkach regionów, które wysłały najwięcej poborowych. Od początku inwazji zginęło lub zostało rannych ponad 800 000 rosyjskich żołnierzy; rząd wysłał ich rodzinom do 80 000 USD za każdą ofiarę lub śmierć. Wydatki finansowe Kremla stworzyły w ten sposób dużą grupę ludzi, którzy zawdzięczają swój awans materialny — i perspektywy zawodowe — niesprawiedliwej wojnie. W 2024 r. Kreml uruchomił program szkolenia i umieszczania weteranów w sektorze publicznym lub pracy rządowej.

(...)

Na długo przed pełnoskalową wojną na Ukrainie i dzięki represjom Putina rosyjskie społeczeństwo cierpiało z powodu bezwładności i wyuczonej bezradności. Jednak w ostatnich latach Kreml stosował szeroko zakrojoną inżynierię społeczną, aby zakorzenić nieufność do Zachodu w rosyjskiej psychice. We wrześniu 2022 r. wprowadził do wszystkich szkół cotygodniowe sesje propagandowe, które uczą prowojennych narracji ukrytych pod postacią lekcji patriotyzmu. Państwo stało się bardziej interwencyjne w rozrywce i kulturze, zmuszając niezależnych muzyków, artystów i pisarzy do emigracji; etykietowanie dysydenckich pisarzy „ekstremistami”; i organizowanie pokazowych procesów liberalnych intelektualistów, którzy sprzeciwiali się wojnie. Czerpiąc inspirację z Komunistycznej Partii Chin, Kreml starał się zbudować cyfrową żelazną kurtynę, zakazując Instagrama i Facebooka oraz ograniczając YouTube, z którego prawie połowa Rosjan powyżej 12 roku życia korzystała wcześniej codziennie.

(...)

Wojna na Ukrainie nie zmieniła tymczasowo rosyjskiej polityki zagranicznej. Zmieniła ją na dobre. Polityka zagraniczna Rosji została podporządkowana trzem celom: budowaniu sojuszy w celu wsparcia wysiłków wojennych, utrzymaniu gospodarki objętej sankcjami i zemście na Zachodzie za wsparcie Ukrainy. Rosyjscy urzędnicy dokonali dużych nowych inwestycji w partnerstwa z reżimami i podmiotami gotowymi nałożyć dodatkowe koszty na Zachód, w szczególności Koreę Północną, Iran i irańskie pełnomocniki, takie jak milicja Huti w Jemenie.

Jeśli wojna się skończy, a Stany Zjednoczone zniosą sankcje, Kreml może tymczasowo wstrzymać niektóre ze swoich najbardziej zuchwałych działań antyamerykańskich, w tym dostarczanie broni wrogom USA, takim jak Huti. Jednak zachowa zdolność do wznowienia tych działań, gdy ekipa Trumpa odejdzie. (...)

Co najważniejsze, Rosja zdecydowanie zwróciła się w stronę Chin. Przed wojną oba kraje znajdowały się w stanie asymetrycznej współzależności, w której Chiny miały większą dźwignię, a Rosja zabezpieczała się, utrzymując handlowe, finansowe i technologiczne więzi z Europą. Jednak od 2022 r. Putin zaakceptował znacznie głębszą zależność od Chin w zamian za wsparcie wojenne Pekinu. Kremlowi udało się kontynuować wojnę przez trzy lata wyłącznie dzięki przepływowi kluczowych komponentów broni z Chin. Rosyjska gospodarka utrzymała się na powierzchni, ponieważ Chiny kupują obecnie 30 procent rosyjskiego eksportu, w porównaniu z 14 procentami w 2021 r., i dostarczają 40 procent swojego importu, w porównaniu z 24 procentami przed wojną. Pekin zapewnia również Moskwie infrastrukturę finansową denominowaną w juanach, za pomocą której może prowadzić handel zagraniczny.

foreignaffairs.com


Kreml stosuje ceny dynamiczne dla premii za zaciąg, aby rekrutować dodatkowych ochotników i próbować utrzymać przedłużający się wysiłek wojenny Rosji na Ukrainie. Liczni poddani federalni Rosji drastycznie podnieśli wysokość jednorazowych premii za zaciąg pod koniec 2024 r. i na początku 2025 r. oraz wprowadzili dodatkowe krótkoterminowe tymczasowe premie za podpisanie umowy, aby zachęcić więcej Rosjan do zgłaszania się na ochotnika do walki na Ukrainie. Samara, Omsk, Nowosybirsk i inne obwody wprowadziły dodatkowe wynagrodzenie pod koniec 2024 r. i na początku 2025 r. dla osób, które zarejestrują się w określonym krótkim okresie – zwykle od trzech tygodni do dwóch miesięcy – w celu rekrutacji dodatkowych ochotników. Podmioty federalne Rosji jednocześnie i szybko zwiększają stałe kwoty jednorazowych premii. Gubernator Kraju Nadmorskiego Oleg Kożemyako zwiększył regionalne premie za zaciąg trzykrotnie od początku 2025 r. – kraj zapłacił 800.000 rubli (9690 USD) przed 1 stycznia 2025 r.; milion rubli (12.114 USD) w okresie od 1 stycznia do połowy lutego 2025 r.; 1,6 miliona rubli (19.383 USD) w okresie od połowy lutego do 1 kwietnia 2025 r.; i 2,5 miliona rubli (30.284 USD) od 1 kwietnia 2025 r. Gubernator obwodu irkuckiego zwiększył jednorazowe premie za zaciąg z około 600.000 rubli (7207 USD) do 1,4 miliona rubli (16.960 USD) 19 marca 2025 r. Średnia jednorazowa premia za zaciąg oferowana w rosyjskich podmiotach federalnych i na okupowanej Ukrainie od 14 kwietnia 2025 r. wynosi 1,51 miliona rubli (18.292 USD). Kwota ta obejmuje premie oferowane zarówno przez władze regionalne, jak i federalne.

Rosyjskie wskaźniki rekrutacji najwyraźniej wzrosły na początku 2025 r., prawdopodobnie w wyniku tymczasowych podwyżek premii za zapisanie się przez Kreml i oczekiwań niektórych Rosjan na wynegocjowane zawieszenie broni na Ukrainie. Rosyjski opozycyjny portal Verstka poinformował 11 kwietnia, że ​​statystyki z Unified Selection Point (głównej rosyjskiej agencji rekrutacyjnej wolontariuszy) pokazują, że miesięczne wskaźniki rekrutacji kontraktowej w Moskwie prawie podwoiły się pod koniec marca i na początku kwietnia 2025 r. w porównaniu ze styczniem 2025 r. Verstka zauważył, że rosyjskie Ministerstwo Obrony (MON) zrekrutowało ponad 6300 osób za pośrednictwem ochotniczych kontraktów wojskowych w Moskwie od początku 2025 r. Verstka dodał, że wskaźniki rekrutacji nagle wzrosły od 17 marca, pośród doniesień o rozmowach pokojowych między Ukrainą a Rosją i wyparciu sił ukraińskich przez siły rosyjskie z dużej części obwodu kurskiego. Pracownik rosyjskiego centrum rekrutacyjnego w nieznanym mieście na Syberii powiedział Radiu Swoboda, że ​​wskaźniki rekrutacji w mieście osiągnęły szczyt w marcu 2025 r. po tym, jak władze regionalne zwiększyły jednorazowe premie za zaciąg do miliona rubli (12.114 dolarów). Pracownik dodał, że wielu ochotników, którzy się zaciągają, czekało, aż władze regionalne zwiększą jednorazową wypłatę i mają nadzieję, że rozmowy pokojowe między Ukrainą a Rosją doprowadzą do zawieszenia broni, które pozwoli im uniknąć walki. Analityk z Niemieckiego Instytutu Spraw Międzynarodowych i Bezpieczeństwa (SWP) ekstrapolował dane dotyczące rekrutacji dla 37 rosyjskich podmiotów federalnych i ocenił 13 kwietnia, że ​​Rosja obecnie rekrutuje około 1300 ochotników dziennie, czyli około 39.000 miesięcznie. (...)

Wydaje się, że rosyjscy poddani federalni zintensyfikowali swoje działania rekrutacyjne od marca 2025 r. i przeznaczają znaczne środki na reklamowanie służby wojskowej w Rosji, co sugeruje, że Kreml zamierza kontynuować obecne działania w zakresie generowania sił przez jakiś czas, pomimo rozmów pokojowych. Urzędnicy miejscy w Moskwie poinformowali Verstkę w połowie marca, że ​​Moskwa kontynuuje rekrutację ochotników, a rosyjskie Ministerstwo Obrony będzie nadal reklamować służbę wojskową. Verstka odkryła również, że obwód moskiewski ogłosił przetarg o wartości 78 milionów rubli (944.000 USD) na zorganizowanie internetowej kampanii rekrutacyjnej co najmniej do końca 2025 r. Verstka zauważył, że liczba rosyjskich ogłoszeń rekrutacyjnych do wojska na Telegramie wzrosła od końca marca 2025 r., przy czym rekruterzy opublikowali około 7000 ogłoszeń w pierwszym tygodniu kwietnia 2025 r. w porównaniu z 7300 ogłoszeniami opublikowanymi w całym styczniu 2025 r. Analityk SWP oszacował, że Rosja prawdopodobnie wydaje około 1,5 miliarda rubli (18 milionów dolarów) na regionalne premie za zaciąg i 500 milionów rubli (6 milionów dolarów) na federalne premie za zaciąg dziennie — czyli łącznie dwa miliardy rubli dziennie (24 miliony dolarów). Analityk SWP zauważył również, że średnie jednorazowe premie za zaciąg są w marcu 2025 r. o około 10 procent wyższe niż w grudniu 2024 r. Rosyjski portal opozycyjny Vazhnye Istorii (iStories) zauważył wcześniej, że wydatki rosyjskiego budżetu federalnego na lata 2025–2027 przeznaczono na federalne jednorazowe premie za zaciąg, nie wliczając premii rządowych.

understandingwar.org


Prokremlowscy tzw. korespondenci wojenni i "patriotyczni" blogerzy nie ukrywają, że nieoczekiwana inicjatywa Putina to gest w stronę Donalda Trumpa. Prezydent USA zaczął bowiem okazywać frustrację, że rozmowy pokojowe w sprawie Ukrainy utknęły w miejscu.

Operujący głównie na Telegramie prowojenni publicyści i korespondenci wojenni z jednej stronie zajmują się uprawianiem kremlowskiej propagandy, a z drugiej usiłują pełnić funkcję koncesjonowanej opinii publicznej. Często też mówią otwarcie, to czego Kremlowi powiedzieć nie wypada, tłumacząc obywatelom zawiłości państwowej polityki.

Związany blisko związany z Ministerstwem Obrony telegramowy kanał Rybar, nazwał zawieszenie broni "przede wszystkim działaniem na rzecz odbiorców zewnętrznych", które pozwoli Rosji stworzyć wizerunek "konstruktywnej strony". Autor zasugerował, że Ukraina z pewnością naruszy zawieszenie broni, a to wzmocniłoby pozycję dyplomatyczną Rosji i pokazało Zachodowi, że jest ona "gotowa do dialogu".

Telegramowy kanał "Wojennyj oswiedomitiel" zgodził się z tą opinią, zauważając, że zawieszenie broni ogłoszono nie po to, aby powstrzymać walki, ale by ugłaskać amerykańskiego prezydenta.

💬-Biorąc pod uwagę, że nagle ogłoszone zawieszenie broni ma rozpocząć się dosłownie za godzinę i potrwać mniej niż dwa dni, to jego naruszenia przez Siły Zbrojne Ukrainy są praktycznie nieuniknione, nawet gdyby chciały zaprzestać strzelania – napisano.

Tzw. korespondent wojenny Roman Saponkow nazwał zawieszenie broni "czysto medialnym krokiem pod adresem Trumpa", mającym na celu "przynajmniej zapewnienie swoich wyborców i licznym przeciwnikom o pewnych sukcesów negocjacyjnych".

Jego kolega Aleksandr Koc uważa, że ​​rozejm wielkanocny pozwoli Rosji pokazać, że jest w stanie wstrzymać ogień na całej linii frontu. Koc jest przekonany, że ​​Ukraina nie będzie przestrzegać zawieszenia broni, co uczyni pozycję Rosji korzystniejszą:

💬-Nie mam wątpliwości, że lista naruszeń zawieszenia broni ponownie trafi na stół w Gabinecie Owalnym - dodał.

Również nacjonalistyczna i prowojenna poetka Anna Dołgariewa wątpiła w realność rozejmu, nazywając jednak "ideę Naczelnego Dowódcy głęboko chrześcijańską".

Ogłaszając zawieszenie broni, Putin wyjaśnił, że zadziała ono tylko wtedy, gdy poprze je strona ukraińska. Zażądał, aby szef Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Rosji Walerij Gierasimow przygotował armię rosyjską na możliwość przypadków "naruszeń zawieszenia broni i prowokacji".

Początkowo wiele prokremlowskich kanałów Telegramu ze sceptycyzmem odniosło się do niespodziewanej decyzji Putina. "Korespondent wojenny" Aleksandr Sładkow napisał, że nie rozumie, jak miałaby się zachować rosyjska armia, jeśli Ukraina złamie zawieszenie broni, zignoruje propozycję lub poprosi o czas na przygotowanie się do jego przestrzegania. Nazwał jednak decyzję prezydenta Rosji "mocną". "Nie wątpię w decyzję Naczelnego Dowódcy" – napisał później.

Te same wątpliwości miał bloger wojskowy Jegor Guzenko, występujący pod pseudonimem "Trzynasty".

💬-Cudowny rozkaz, po prostu cudowny, ale chcę zadać pytanie: co jeśli […] zaczną naruszać te zawieszenia broni na wszelkie możliwe sposoby, przeprowadzając ataki, niszcząc naszych żołnierzy, czy nie powinniśmy odpowiedzieć? — oburzył się.

Korespondent wojenny Aleksander Koc stwierdził, że zawieszenie broni nie zapobiegnie działaniom wojennym.

💬-Chochły (pogardliwie Ukraińcy - Biełsat)  nie będą przestrzegać żadnego rozejmu. Dlatego, jak poprzednio, będziemy ich gnębić. Ale już w ramach odpowiedzi na naruszenie zawieszenia broni – stwierdził.

Kanał Telegram "Dwóch Majorów" wypowiedział się zwięźle na temat decyzji Putina: "Z rozkazami Naczelnego Dowódcy się dyskutuje, lecz wykonuje". Dodał, że decyzja ta zapewni "dodatkowy dzień odpoczynku" rosyjskiemu wojsku i pozwoli mu kontynuować walkę "z nową energią".

Tymczasem o złamaniu przez Ukrainę zasad zawieszenia broni zaczęła już informować rosyjska rządową agencja TASS, która oskarżyła jej armię o zbombardowanie okupowanego Doniecka i pobliskiej Horliwki. Tymczasem gubernator obwodu kurskiego Aleksandr Chinsztejn oskarżył ukraińskich "nazistów" o dokonanie "nieludzkiej zbrodni". Od uderzenia ukraińskiego drona miała zgiąć podróżująca samochodem kobieta. Trudno określić, na ile te doniesienia są prawdziwe, bo w przeszłości rosyjskiej armii zdarzało się ostrzeliwać kontrolowane przez siebie terytoria i oskarżać o to Ukraińców.  

O łamaniu przez Rosjan zawieszenia broni tym razem na masową skalę informował też dziś rano prezydent Ukrainy Wołodmyr Zełenski.

Amerykański dziennik The Wall Street Journal podobnie jak rosyjscy propagandyści uważa, że ogłoszenie "rozejmu wielkanocnego" było na rękę rosyjskiemu przywódcy Władimirowi Putinowi, ponieważ pozwoliło mu odnieść łatwe zwycięstwo dyplomatyczne bez ryzyka.

Gazeta zwraca uwagę, że Putin ogłosił zawieszenie broni na Ukrainie w okresie Wielkanocy dzień po tym, jak administracja Donalda Trumpa zagroziła zaniechaniem wysiłków zmierzających do zawarcia zawieszenia broni na Ukrainie, jeśli wkrótce nie zostanie osiągnięty postęp.

O sukcesie Kremla, który rzekomo przymusił Ukrainę do zawieszenia broni, zaczęli mówić też rosyjscy politycy. Senator Aleksiej Puszkow nie podając źródeł tych informacji, stwierdził, że Wołodymyr Zełenski po ogłoszeniu przez Władimira Putina zapowiedzi wstrzymania walk, odbył "gorączkowe rozmowy" z premierem Wielkiej Brytanii Keirem Starmerem i prezydentem Francji Emmanuelem Macronem, po czym zgodził się na postawione warunki. 

Puszkow stwierdził, że odmowa zgody na zawieszenie broni oznaczałaby, że Kijów nie chce pokoju:

💬-Rosja skutecznie zmusiła Ukrainę do oficjalnego uznania rozejmu wielkanocnego – podsumował.

belsat.eu 

sobota, 19 kwietnia 2025



“Kierując się względami humanitarnymi, dziś od godz. 18:00 do północy z niedzieli na poniedziałek strona rosyjska ogłasza rozejm wielkanocny. Zarządzam wstrzymanie wszelkich działań wojennych na ten okres. Zakładamy, że strona ukraińska pójdzie za naszym przykładem. Jednocześnie nasze wojska muszą być przygotowane na odparcie możliwych naruszeń zawieszenia broni i prowokacji ze strony wroga, wszelkich jego agresywnych działań” - powiedział prezydent Rosji.

x.com/Bielsat_pl

piątek, 18 kwietnia 2025



Mimo protestów ulicznych i negatywnej opinii UE gruziński parlament uchwalił bądź znowelizował w ostatnich tygodniach kolejny pakiet ustaw poszerzających kontrolę państwa nad instytucjami społeczeństwa obywatelskiego i mediami, oficjalnie w celu zwiększenia przejrzystości ich funkcjonowania. Przyjęto m.in. ustawy: „O rejestracji obcych agentów”, która zastąpiła uchwaloną rok temu ustawę „O przejrzystości obcych wpływów” (...); „O radiu i telewizji”, która wprowadziła zakaz bezpośredniego i pośredniego finansowania nadawców z zagranicy – zapowiedziano przy tym podobne regulacje dotyczące nadawców internetowych; „O grantach”, która nakłada obowiązek uzyskania zgody rządu na skorzystanie z grantu zza granicy, choć przewidziano szereg wyjątków – w przypadku np. grantu na naukę za granicą. Ponadto wyeliminowano konsultacje z organizacjami pozarządowymi w procesach decyzyjnych w instytucjach państwowych, a w kodeksie karnym przywrócono artykuł o zdradzie państwa (za taką będzie uznany m.in. zamach na możliwości obronne kraju czy naruszenie jego bezpieczeństwa zewnętrznego). Nowe regulacje spotkały się z ostrą krytyką ze strony m.in. UE i państw członkowskich oraz ODIHR OBWE (w przypadku ustawy „O rejestracji obcych agentów”).

Parlament na razie odłożył prace nad regulacjami utrudniającymi rejestrację nowych partii politycznych.Przewidują one, że Sąd Konstytucyjny będzie mógł zakazywać działalności formacji, których „deklarowane cele, charakter aktywności oraz skład osobowy” są identyczne z profilem partii już zdelegalizowanych. Nie ma wątpliwości, że chodzi o trwałe wyeliminowanie z życia publicznego środowisk prozachodniej opozycji, które wyrosły z założonego przez byłego prezydenta Micheila Saakaszwilego ZRN – do dziś czołowego ugrupowania tej strony sceny politycznej – bądź są z nim związane. Polityk ten od ponad trzech lat przebywa w więzieniu, a w marcu br. skazano go po raz czwarty – tym razem na cztery i pół roku pozbawienia wolności za nielegalne przekroczenie granicy państwa. Liderzy partii sprawującej władzę tłumaczą zwłokę koniecznością zakończenia prac przez parlamentarną komisję badającą działalność rządów ZRN, a szczególnie okoliczności wojny rosyjsko-gruzińskiej w 2008 r. (mandat komisji obejmuje także późniejszą działalność polityków ZRN, w tym Saakaszwilego). Najprawdopodobniej komisja, której prace działacze GM niemal oficjalnie nazywają „procesem norymberskim”, zawnioskuje o delegalizację ZRN i formacji założonych przez jego dawnych polityków. Wydaje się, że rządzące ugrupowanie chce ostatecznie rozprawić się z opozycją dopiero po wyborach lokalnych w październiku br., gdyż obawia się nasilenia protestów w przypadku niedopuszczenia opozycji do udziału w elekcji (większość prozachodnich ugrupowań rozważa skądinąd jej bojkot).

osw.waw.pl


- W marcu sondaże pokazywały szansę na wejście do drugiej tury dla Sławomira Mentzena. Nie było go jednak w Końskich, unika wywiadów, jego przeciwnicy regularnie przypominają słynną "piątkę Mentzena", a notowania spadają. Czy kandydat Konfederacji ma jeszcze szansę na tzw. mijankę z Karolem Nawrockim o drugie miejsce?

Sławomir Mentzen postanowił spektakularnie na oczach wszystkich, przy asyście zakochanego w nim Krzysztofa Stanowskiego, dokonać harakiri. Krzyżyk mu na drogę. Płakać po Mentzenie nie będę. Większość trzeźwo myślących Polek i Polaków odetchnęła z ulgą, gdy zobaczyła zjazd Konfederacji w sondażach. Trudno oczekiwać od Mentzena empatii, bo ma deficyt inteligencji emocjonalnej. Ze swojej "piątki" próbował już się świadomie wycofywać i unikać tych tematów. W Kanale Zero się jednak zagalopował i powiedział o płatnych studiach i karach za aborcję w przypadku gwałtu.

(...)

- Szymon Hołownia próbuje odebrać elektorat Sławomirowi Mentzenowi, regularnie wzywając go do debaty i wchodząc z nim w medialne dyskusje. Czy to możliwe?

W dużym stopniu tak, ponieważ w debatach Szymon Hołownia jest uprzywilejowany. Jego starcie ze Sławomirem Mentzenem działa na zasadzie: "gadał dziad do obrazu". To jest dialog sprawnego showmana z kawałkiem drewna lub Pinokiem przed jego wyrzeźbieniem. Te wszystkie żarty z Mentzena, że w kampanii pomagają mu zastępy humanoidalnych robotów zrobionych na jego podobiznę nie są wcale takie przesadzone. Jak katarynka powtarza tę samą formułę, jakby taśma mu się zacięła.

Z drugiej strony trzeba mieć świadomość, że wśród mniej obeznanych wyborców zdarzają się przypadki wahania, czy oddać głos na Sławomira Mentzena, czy na Rafała Trzaskowskiego. Niejednokrotnie badając lewicowy elektorat trafiałem na osoby, które nie wiedzą, czy zagłosować na Magdalenę Biejat, czy kandydata Konfederacji. Musimy mieć świadomość, że takie osoby też głosują i dzięki takim ludziom ten wynik nie będzie do końca pewny.

(...)

- Lewica w sondażach dołuje, w niektórych z nich nawet nie przekracza progu wyborczego. Ich kandydatka może liczyć na jeszcze mniejsze poparcie niż partia. Czy istnieje szansa, że kandydatury Adriana Zandberga i Joanny Senyszyn zatopią Magdalenę Biejat?

To najmniejszy problem. Te kandydatury mogą zatopić całą Lewicę. Środowisko, które ledwo przekracza próg wyborczy niewłaściwie wybrało strategię wzrostu przez podział komórek. Nawet najcierpliwsi wyborcy Lewicy stracili orientację, co tam się dzieje. Razem zmieniło strategię z popierania rządu, w którego skład nie weszli na przejście do opozycji. Większość lewicowych wyborców dowiedziała się o tym dopiero wtedy, gdy Adrian Zandberg zebrał 100 tys. podpisów i wystartował przeciwko Magdalenie Biejat.

Część dawnego SLD na tyle nienawidzi Włodzimierza Czarzastego, że postanowiła na złość zebrać podpisy na Joannę Senyszyn, bo inaczej tej kandydatury nie da się wyjaśnić. Tłumaczenie, że pani profesor się zgłosiła, bo nie ma na kogo głosować, jest wyłącznie zabiegiem telewizyjnym. Rzeczywisty motyw to dintojra dawnych towarzyszy z SLD.

Środowisko Lewicy weszło w fazę planktonizacji. Mamy do czynienia z kompletnym i niezrozumiałym dla elektoratu sekciarstwem. Zachowanie całej formacji przypomina bal na Titanicu. Jadą na czołowe zderzenie z rzeczywistością i kłócą się o to, kto będzie siedział na fotelu kierowcy, nie patrząc przy tym na drogę. Lewicowy wyborca musi być przygotowany na powtórzenie scenariusza z 2015 r., gdy Razem przekroczyło 3 proc., ale spowodowało, że lewicy w ogóle nie było w parlamencie. Może te cztery lata czyśćca to było za mało i trzeba czegoś więcej, aby ci ludzie oprzytomnieli.

- Co może okazać się kluczowe dla ostatnich tygodni kampanii? Czy zapowiadana na 12 maja kolejna debata będzie punktem kulminacyjnym?

Na pewno kluczowy będzie przebieg debaty i to, jak będą przygotowani kandydaci. Rafał Trzaskowski nie może sobie pozwolić na kolejny występ w słabej formie. Każdy ma prawo, aby mieć gorszy dzień. Jednak gdy sportowiec ma gorszy dzień podczas zawodów, to po prostu ma pecha. Tutaj pecha będziemy mieli my wszyscy, jeżeli to się powtórzy. Sytuacja jest naprawdę poważna.

Tąpnięcie w wynikach kandydata KO jest częściowo jego zasługą, ale zobaczmy jak sobie radzi Karol Nawrocki. On się wyrobił i to widać gołym okiem. Byłem pod wrażeniem, jak swobodnie się wypowiadał. Rafała Trzaskowskiego stać na dużo więcej. Dał się złapać na proste triki, taki jak ten z tęczową flagą. Nie był w stanie sobie z nią poradzić, co doskonale wykorzystała Magdalena Biejat. Takie błędy nie powinny się jednak zdarzać. Trudno mówić o jednym dużym błędzie, ale cały występ był po prostu słaby.

Musimy pamiętać, że Karol Nawrocki ma nadal rezerwę, ponieważ jego poparcie nadal jest niższe niż Prawa i Sprawiedliwości. Co więcej, trzeba pamiętać o możliwym przepływie wyborców Sławomira Mentzena do Karola Nawrockiego w drugiej turze. Przez ostatnich kilka tygodni żyliśmy w rzeczywistości, w której było wiadomo kto wygra. Nie wiedzieliśmy tylko z kim wygra w drugiej turze Trzaskowski. Teraz Mentzen stracił szansę na dogonienie Nawrockiego, a różnica między Trzaskowskim i Nawrockim znów zaczęła maleć. To powinien być dzwonek dla wszystkich sztabów partii koalicji rządowej, a przede wszystkim dla KO.

onet.pl


- Jako doradca prezydenta USA do spraw bezpieczeństwa narodowego blisko współpracował pan z Donaldem Trumpem. Jakie miejsce w jego wszechświecie zajmuje Polska?

John Bolton: Większość ludzi uważa, że świat jest nieco bardziej skomplikowany, ale według Donalda Trumpa Stany Zjednoczone mają dobre stosunki z danym krajem wtedy, gdy on sam ma przyjacielską relację z głową tego państwa. A prawda jest taka, że Trump faktycznie ma dobre, osobiste stosunki z prezydentem Andrzejem Dudą.

Ponadto uwadze Trumpa nie umykają wydatki Polski na obronność, znacznie przewyższające obecne standardy wewnątrz NATO. Sądzę więc, że ma pozytywne odczucia względem waszego kraju. Ale co z tego, skoro nie wiadomo, co będzie jutro?

- Donald Trump potrafi zmieniać poglądy z dnia na dzień?

Ależ oczywiście.

- A Polacy wkrótce wybiorą nowego prezydenta.

I to bez wątpienia wpłynie na to, co myśli Donald Trump. Ale można zarówno spodziewać się, że będzie źle, jak i że będzie niespodziewanie dobrze. Nigdy nie wiadomo, jak zareaguje na daną osobę.

Spójrzmy chociażby na to, jak traktował Justina Trudeau, do niedawna premiera Kanady. Trump dosłownie go trollował, nazywał go "gubernatorem", robiąc aluzje do tego, że Kanada będzie 51. stanem. Trudeau w zeszłym miesiącu zastąpiony został przez Mike’a Carneya, który podobnie jak jego poprzednik związany jest z Liberalną Partią Kanady — stoi na jej czele. Można było więc spodziewać się, że Trump także jego nie polubi. Tymczasem po rozmowie z amerykańskim prezydentem Carney twierdzi, że wcale tak nie jest. Zatem nim nasz prezydent nie zasiądzie do rozmowy z nowym prezydentem Polski, nie warto nic przesądzać.

(...)

- Donald Trump sugerował niedawno, że może być prezydentem o wiele dłużej, aniżeli sądzimy. Niektórzy uważają, że mówił poważnie, a niektórzy, że lubi żarty, które rozgrzewają świat. Jego słowa na temat wyjścia USA z NATO z pewnością nie są od początku do końca żartem, natomiast zastanawiać się można, w jakim stopniu realny jest ów scenariusz, a w jakim stopniu Donald Trump próbuje wywołać pewną dyskusję, bądź też po prostu sensację.

U Trumpa zawsze jest ten element żartu, przy czym ja próbuję unikać słowa "żart" i zastępuję je słowem "okrucieństwo". On po prostu droczy się ze światem.

Niemniej jednak uważam, że ryzyko wyjścia USA z NATO jest poważne. Już w 2018 r. Trump był niebezpiecznie bliski podjęcia takiej decyzji i sytuacja niewątpliwie może się powtórzyć. Szczerze mówiąc, wszystko zależy od tego, co akurat jest na szczycie listy jego przemyśleń i czy coś lub ktoś spowoduje, że temat Sojuszu nagle na ten szczyt wskoczy.

Jeśli więc chcemy zapobiec wyjściu USA z NATO, możemy stosować bardzo prostą strategię – zaprzątać mu głowę innymi problemami. Ponadto to szalenie istotne, by nasi przyjaciele w Europie nie dawali mu kolejnych argumentów do wycofania się z Sojuszu. A Trump może wykorzystać byle wymówkę, jak chociażby niedawny komentarz Friedricha Merza.

- Gdy przyszły kanclerz Niemiec wspomniał o "niepodległości od USA"?

Tak. Usłyszawszy to, Trump może po prostu powiedzieć, że nie chce, by ktokolwiek czuł się niekomfortowo i że skoro tak się mają sprawy, to USA żegna się z NATO. Naprawdę niewiele mu wystarczy, więc należy być bardzo ostrożnym. Jednocześnie należy pamiętać, że wymagając od krajów członkowskich zwiększenia wydatków na obronność, Trump potencjalnie wytycza sobie drogę do kolejnych argumentów.

- Kwoty są zbyt wysokie, by wszystkie kraje mogły sprostać jego oczekiwaniom?

Tak. Sądzę, że Trump chce postawić poprzeczkę tak wysoko, by w końcu jakieś państwo, na przykład Niemcy, powiedziało: "nie wydamy tyle".

W 2014 r. kraje członkowskie podjęły decyzję, że będą przeznaczać co najmniej 2 proc. swojego PKB na obronność. Wiele państw musiało przejść pewną ścieżkę, by osiągnąć ten cel. Słysząc, że poprzeczka jest bezustannie stawiana wyżej, niektórzy mogą zacząć się zastanawiać, czy są jakieś granice. A w oczach Trumpa NATO to sojusz, w którym Ameryka broni Europy i nie otrzymuje nic w zamian. Szczerze? Sam nie chciałbym być częścią NATO, gdybym tak je postrzegał. Tyle że Trump nie ma racji – bo w NATO chodzi o to, że łącząc siły, wszyscy jesteśmy bezpieczniejsi.

- Czy Donald Trump ma poczucie, że Ameryka cokolwiek straci, wychodząc z NATO?

Uważa, że nie stracimy absolutnie nic i zadaje sobie pytanie: po co zawracać sobie głowę tymi Europejczykami? Jakieś małe państewko tu, jakieś małe państewko tam — a Ameryka ma według niego mieć do czynienia z grubymi rybami — takimi jak te, które rozdają karty na Kremlu.

- Jak bardzo na przyszłość USA w NATO wpłynąć mogą wydarzenia w Ukrainie?

Są to tematy bardzo blisko powiązane, natomiast sądzę, że uwagę Trumpa skupiają obecnie inne zagadnienia – chociażby problemy z Iranem i opatrywanie ran, które sam sobie zadał, nakładając cła. Z Ukrainą ewidentnie mu nie wyszło — przecież jeszcze nie tak dawno twierdził, że zakończy wojnę w 24 godziny. Było to bzdurą wówczas i jest bzdurą nadal, zwłaszcza że nie udało mu się nawet doprowadzić do zawieszenia broni. Rosjanie postępują wręcz w sposób dokładnie odwrotny do tego, co kryje się pod terminem "zawieszenie broni".

- Jakie reakcje wśród amerykańskich wojskowych wywołują słowa Donalda Trumpa na temat Sojuszu Północnoatlantyckiego?

Pośród najwyższych rangą oficerów naszego wojska panuje duży niepokój. Dla nich to oczywiste, że członkostwo w NATO daje nam strategiczną przewagę. Pomysł opuszczenia Sojuszu lub choćby nawet osłabienia go to coś wręcz niepojętego.

W mojej opinii NATO jest najbardziej udanym sojuszem w historii. Dlaczego ktoś chciałby z niego wyjść? To dziwi przecież nie tylko naszych wojskowych, ale ludzi na całym świecie.

Dwie dekady temu były premier Hiszpanii Jose Maria Aznar powiedział, że NATO powinno być globalnym sojuszem i że należy przyjąć do niego Japonię, Australię, Izrael, Singapur, Południową Koreę i szereg innych państw. I to jest rozmowa, którą powinno się dziś prowadzić – rozmowa o poszerzeniu NATO, a nie o wychodzeniu z Sojuszu. Uważam, że większość amerykańskich dowódców wojskowych podziela tę opinię.

Tymczasem Trump ma izolacjonistyczne pomysły i jest otoczony ludźmi, którzy mają podobne — choćby J.D. Vance, który bez wątpienia jest izolacjonistą.

(...)

- Pracował pan dla Donalda Trumpa. Bycie doradcą osoby, która nie chce, by jej doradzano, jest chyba trudnym zadaniem?

Podczas kampanii prezydenckiej w 2016 r. Rudy Giuliani został zapytany, jak często Donald Trump słucha jego rad. Powiedział, że raz na pięć razy. Myślę, że to naprawdę optymistyczny szacunek. Trump, mając jakiś pomysł, często chodzi od osoby do osoby, szukając takiej, która w końcu się z nim zgodzi.

I wie pan, co dzieje się wówczas?

- Realizuje swój pomysł, powołując się na rozmowę z tą osobą?

Tak, robi to, co chciał zrobić od samego początku, powtarzając: "ludzie wokół mówią mi, że mam tak postąpić". A my musimy zaciskać zęby i łagodzić skutki jego decyzji. Pamiętajmy, że wraz z odejściem Donalda Trumpa świat się nie skończy. Będziemy musieli żyć w posttrumpowskiej rzeczywistości.

onet.pl


— Stany Zjednoczone w ciągu kilku dni zrezygnują z prób doprowadzenia do pokoju między Rosją i Ukrainą, jeśli nie będzie sygnałów, że porozumienie w tej sprawie jest do osiągnięcia — oświadczył Marco Rubio, sekretarz stanu USA.

Słowa te padły po jego spotkaniu z przywódcami europejskimi i ukraińskimi w Paryżu. Stwierdził on, że Donald Trump nadal zainteresowany jest porozumieniem pokojowym, ale ma wiele innych priorytetów na całym świecie i jest skłonny iść naprzód tylko wtedy, gdy pojawią się oznaki postępu w rozmowach pokojowych.

To duża zmiana w porównaniu do tego, co prezydenta USA mówił jeszcze kilka tygodni temu.

— Musimy zrozumieć w ciągu dni, a nie tygodni, czy możliwe jest zakończenie tej wojny. Jeśli tak, jesteśmy gotowi zrobić wszystko, co w naszej mocy, aby to ułatwić i zapewnić, że konflikt może zostać zakończony w korzystny i sprawiedliwy sposób — powiedział sekretarz stanu USA, przemawiając do dziennikarzy w Paryżu.

Podkreślił, że w przeciwnym razie Donald Trump odmówi dalszego pośredniczenia w rozmowach pokojowych dotyczących zakończenia wojny w Ukrainie. — Nie zamierzamy nadal wyznaczać terminu [rozmów] na tygodnie lub miesiące do przodu... Jeśli będzie można zrobić to szybko, pozostaniemy zaangażowani. Jeśli nie będzie to możliwe, mamy inne priorytety — podsumował.

Sekretarz stanu USA uczestniczył w czwartek w Paryżu w rozmowach z przedstawicielami Europy i Ukrainy na temat sytuacji w Ukrainie. Odbywają się w czasie, gdy wysiłki Waszyngtonu na rzecz zawieszenia broni wydają się nie przynosić większych rezultatów /nic dziwnego - red./.

Marco Rubio podkreślił znaczenie zaangażowania w proces pokojowy europejskich sojuszników Ukrainy. — Myślę, że Wielka Brytania, Francja i Niemcy mogą nam pomóc. Mogą posunąć sprawy do przodu i przybliżyć nas do rozwiązania. Uważam, że ich pomysły są bardzo przydatne i konstruktywne — powiedział.

onet.pl

czwartek, 17 kwietnia 2025



8 kwietnia Senat USA zatwierdził nominację Elbridge’a Colby’ego na stanowisko podsekretarza obrony do spraw polityki (Under Secretary of Defense for Policy), co czyni go głównym doradcą sekretarza obrony w zakresie kształtowania polityki bezpieczeństwa narodowego i trzecią najważniejszą osobą w Departamencie Obrony. W czasie pierwszej kadencji Donalda Trumpa Colby piastował stanowisko zastępcy asystenta sekretarza obrony ds. strategii i rozwoju sił zbrojnych (Deputy Assistant Secretary of Defense for Strategy and Force Development) i odegrał pierwszoplanową rolę przy tworzeniu Strategii obrony narodowej z 2018 r. Jest znany z poglądu, że Stany Zjednoczone powinny się skupić na odstraszaniu i powstrzymywaniu Chin oraz zredukować swoją obecność na innych teatrach (europejskim i bliskowschodnim). Z tego względu jego kandydatura wzbudziła opór części senatorów republikańskich, zwłaszcza tych szczególnie zaniepokojonych irańskim programem nuklearnym. Wyrazem tego była ponadmiesięczna przerwa pomiędzy przesłuchaniem Colby’ego przed senacką komisją a głosowaniem nad jego nominacją. Ostatecznie tylko jeden senator opowiedział się przeciw niej.

Już w dniu inauguracji prezydenta Trumpa, 20 stycznia, w Departamencie Obrony zaprzysiężono grono nowych urzędników wyższego szczebla, których powołanie nie wymagało zatwierdzenia przez Senat, a którzy będą współkształtowali strategię obronną USA. Na szczególną uwagę zasługują Austin Dahmer (Deputy Assistant Secretary of Defense for Strategy) i Alexander Velez-Green (Senior Advisor to the Under Secretary of Defense for Policy). Ten pierwszy był wcześniej doradcą do spraw bezpieczeństwa narodowego senatora Josha Hawleya (także zwolennika priorytetyzacji zagrożenia ze strony Chin). Ten drugi zaś w przeszłości również doradzał Hawleyowi w kwestiach bezpieczeństwa, a ostatnio zajmował się obronnością w The Heritage Foundation.

Colby wraz z Dahmerem i Velezem-Greenem będą mieli kluczowy wpływ na kształt nowej Strategii obrony narodowej oraz obecność Sił Zbrojnych USA na całym świecie. Aktualnie w Pentagonie trwa rewizja tej obecności (Global Force Posture Review), a jej rezultaty mogą stać się punktem wyjścia do ewentualnych zmian. Zarówno Colby, jak i jego współpracownicy od lat opowiadali się za zmniejszeniem amerykańskich sił w Europie, a nawet za cięciami w Wojskach Lądowych Stanów Zjednoczonych na rzecz wzmocnienia Marynarki Wojennej w konfrontacji z Chińską Republiką Ludową. Wszyscy trzej są autorami opracowań i raportów, w których prezentują szczegółowe rozwiązania, jakie chcieliby zaimplementować w Siłach Zbrojnych USA.

Komentarz
  • W kształtowaniu strategii obronnej Colby będzie odgrywał rolę szczególną ze względu na ograniczone doświadczenie sekretarza obrony Pete’a Hegsetha. Do tej pory Colby proponował skupienie się na największych wyzwaniach: powstrzymywaniu chińskiej dominacji na Indo-Pacyfiku i ochronie własnego terytorium. Optował za ograniczeniem zaangażowania USA w innych regionach świata, choć nie mówił o wycofaniu się z nich, a raczej o przerzuceniu większej odpowiedzialności na sojuszników i partnerów we współpracy z Waszyngtonem. Podczas przesłuchania przed senacką Komisją Sił Zbrojnych wskazywał, że Stany Zjednoczone nie są w stanie prowadzić równoległych konfliktów zbrojnych na różnych teatrach, a to Pekin stanowi dziś podstawowe zagrożenie dla Waszyngtonu. Podkreślił, że nadrzędnym celem USA powinno być powstrzymanie hegemonii Chin na Indo-Pacyfiku.
  • Pojawiają się sygnały wskazujące, że Departament Obrony rozważa ograniczenie amerykańskiej obecności wojskowej w Europie. Pod koniec marca „The Washington Post” donosił o tymczasowych wytycznych dotyczących Strategii obrony narodowej (Interim National Defense Strategic Guidance), jakie miał rozesłać Hegseth. Z relacji prasowej wynika, że mówią one o skoncentrowaniu Sił Zbrojnych USA na zagrożeniach w regionie Indo-Pacyfiku oraz na bezpieczeństwie krajowym przy jednoczesnej akceptacji większego ryzyka na innych teatrach (w tym europejskim). Podczas przesłuchania przed komisją Izby Reprezentantów przedstawicielka Departamentu Obrony Katherine Thompson nie chciała potwierdzić, że Pentagon popiera dalszą obecność sił zbrojnych na Starym Kontynencie, zasłaniając się trwającym Global Force Posture Review – przeglądem amerykańskiej obecności militarnej w świecie, który może stanowić podstawę decyzji o ewentualnej relokacji wojsk USA zaangażowanych poza granicami kraju. Na początku kwietnia stacja NBC informowała o planach zredukowania amerykańskiej obecności na wschodniej flance NATO o nawet 10 tys. żołnierzy.
  • Kluczowe dla decyzji w kwestii zaangażowania wojskowego Stanów Zjednoczonych za granicą będzie to, jak duży budżet Departamentu Obrony uda się uchwalić nowej administracji. Jeżeli okaże się on znacznie wyższy niż ten przyjęty za prezydentury Joego Bidena, a tym samym środki te zaspokoją oczekiwania antychińskich jastrzębi w zakresie finansowania odstraszania w regionie Indo-Pacyfiku, to możliwe będzie zachowanie przynajmniej części obecności rotacyjnej w Europie. Prowizorium budżetowe obowiązujące do końca tego roku fiskalnego nieznacznie (o 6 mld dolarów) zwiększa wydatki względem zeszłego roku. Niewykluczone jest jednak również istotne podniesienie nakładów na obronność w ramach trwającego procesu rekoncyliacji budżetowej. Z niedawnej zapowiedzi Trumpa wynika, że łącznie wydatki na ten cel mogą wynieść ponad 1 bln dolarów (w 2024 r. – 886 mld). Dodatkowe fundusze mają zostać przeznaczone przede wszystkim na modernizację marynarki i sił powietrznych. Byłoby to zbieżne z postulatami zgłaszanymi przez Dahmera i Veleza-Greena (zob. Aneks).
Aneks. 

Wpływ priorytetyzacji zagrożenia chińskiego na budżet Pentagonu według raportów Dahmera i Veleza-Greena

Austin Dahmer (Deputy Assistant Secretary of Defense) w raporcie Resourcing the Strategy of Denial: Optimizing the Defense Budget in Three Alternative Futures, opublikowanym w 2023 r. w Marathon Initiative (think tanku współzałożonym przez Colby’ego), analizuje trzy możliwe scenariusze zmian w amerykańskim budżecie obronnym.

1. Utrzymanie obecnego poziomu finansowania Pentagonu

Bez zwiększenia budżetu Pentagonu o 10% rocznie w tej dekadzie niemożliwe będzie utrzymanie amerykańskiego zaangażowania wojskowego w Europie, na Bliskim Wschodzie i na Indo-Pacyfiku. Dahmer zaleca:
  • zmniejszenie wydatków na Wojska Lądowe o ok. 70 mld dolarów rocznie i przesunięcie tych środków – wraz z innymi oszczędnościami – na Marynarkę Wojenną i Siły Powietrzne, które zyskałyby dodatkowo po ok. 40 mld dolarów;
  • zmniejszenie obecności Sił Zbrojnych USA o ok. 20 tys. żołnierzy w Europie oraz ograniczenie personelu cywilnego o 5% poprzez całkowitą rezygnację z Europejskiej Inicjatywy Odstraszania (European Deterrence Initiative), czyli sił rotacyjnie rozmieszczonych na wschodniej flance NATO po 2017 r. (dowództwa dywizji, dwóch brygadowych zespołów pancernych ABCT, brygadowego zespołu piechoty IBCT i brygady lotnictwa wojsk lądowych CAB);
  • zmniejszenie Wojsk Lądowych USA o ekwiwalent trzech dywizji (w tym dwóch Gwardii Narodowej) poprzez likwidację czterech brygadowych zespołów bojowych Stryker SBCT (w tym dwóch Gwardii Narodowej), sześciu brygadowych zespołów bojowych piechoty IBCT (w tym pięciu Gwardii Narodowej) i dwóch brygad lotnictwa CAB Gwardii Narodowej;
  • wstrzymanie licznych programów modernizacji i zakupu pojazdów lądowych, w tym czołgów M1A2 SEPv3 Abrams, transporterów opancerzonych AMPV, śmigłowców AH-64 Apache i UH-60 Black Hawk;
  • wycofanie z Sił Powietrznych wszystkich samolotów szturmowych A-10C (aktualnie jest ich tam ok. 200);
  • przeznaczenie zaoszczędzonych w ten sposób środków budżetowych na pozyskanie większej liczby okrętów dla Marynarki Wojennej (dwie fregaty, trzy myśliwskie atomowe okręty podwodne, ponad 30-letni plan rozwoju U.S. Navy), przyśpieszony rozwój bombowców strategicznych B-21 Raider oraz zwiększenie liczby zamawianych i produkowanych rocznie samolotów F-35.
2. Zmniejszenie finansowania Pentagonu

Zmniejszenie budżetu Pentagonu o ok. 10% miałoby przede wszystkim uderzyć w Wojska Lądowe, choć cięcia dotyczyłyby wszystkich rodzajów sił zbrojnych:
  • Wojska Lądowe utraciłyby ekwiwalent siedmiu dywizji, czyli dziewięciu brygadowych zespołów bojowych Stryker (w tym dwóch Gwardii Narodowej), 10 brygadowych zespołów bojowych piechoty IBCT (w tym ośmiu Gwardii Narodowej), dwóch brygadowych zespołów pancernych ABCT (w tym jednej Gwardii Narodowej) oraz pięciu brygad lotnictwa Wojsk Lądowych CAB (w tym dwóch Gwardii Narodowej). W zamian proponuje się rozbudowę struktur obrony powietrznej, w tym systemów Patriot;
  • Marynarka Wojenna miałaby wycofać przedwcześnie ze służby dwa najstarsze lotniskowce typu Nimitz i dwa najstarsze okręty desantowe z ciągłym pokładem lotniczym (ekwiwalent lekkiego lotniskowca) typu Wasp, rozwiązane miałoby też zostać jedno (z dziewięciu) skrzydeł lotnictwa lotniskowcowego CVW. Uwolnione fundusze miałyby posłużyć do inwestycji w wydłużenie służby trzech najstarszych okrętów podwodnych typu Ohio (nosicieli pocisków manewrujących Tomahawk), zakup trzech dodatkowych myśliwskich okrętów podwodnych typu Virginia i dwóch dodatkowych fregat rakietowych oraz przyśpieszyć rozwój morskich bezzałogowców;
  • Siły Powietrzne i Korpus Piechoty Morskiej miałyby zmniejszyć o nieokreśloną wartość liczbę swoich eskadr lotniczych.
3. Zwiększenie finansowania Pentagonu
  • W przypadku podwyższenia budżetu Pentagonu o 10% rocznie Dahmer postuluje rozwój Wojsk Lądowych o ekwiwalent czterech dywizji (4 ABCT, 2 SBCT, 5 IBCT, 2 CAB), lecz zastrzega, że wszelkie inwestycje w U.S. Army należy opóźnić do czasu wysycenia inwestycjami i dodatkowymi środkami Marynarki Wojennej oraz Sił Powietrznych;
  • Marynarka Wojenna miałaby przedłużyć służbę 17 starych krążowników typu Ticonderoga i trzech najstarszych okrętów podwodnych typu Ohio oraz zakupić trzy dodatkowe myśliwskie okręty podwodne typu Virginia i dwie dodatkowe fregaty rakietowe, a także przyśpieszyć rozwój morskich bezzałogowców i lotnictwa morskiego;
  • Siły Powietrzne miałyby przyśpieszyć prace nad bombowcem strategicznym nowej generacji B-21 i myśliwcem nowej generacji NGAD oraz znacząco zwiększyć liczbę zamawianych samolotów transportowych i latających tankowców;
  • Dodatkowe środki miałyby pozwolić Korpusowi Piechoty Morskiej na utworzenie dodatkowych pięciu batalionów piechoty oraz zwiększyć planowaną liczbę eskadr samolotów F-35 B/C.
Alexander Velez-Green (Senior Advisor to the Under Secretary of Defense for Policy) w 2024 r. przygotował analogiczny raport dla The Heritage Fundation – A Conservative Defense Budget for Fiscal Year 2025. Podkreśla w nim brak wystarczających środków budżetowych na jednoczesne zaangażowanie militarne USA w Europie, na Bliskim Wschodzie i na Pacyfiku. Uznaje, że:
  • Stany Zjednoczone muszą skupić się na Indo-Pacyfiku oraz będą musiały przenieść fundusze, sprzęt i personel z Europy do tego regionu przy utrzymaniu znacznie zmniejszonej obecności na Starym Kontynencie;
  • sojusznicy europejscy muszą wydawać więcej na obronność – osiągać co najmniej 2% PKB wydatków na ten cel i dążyć do 3% PKB;
  • sojusznicy europejscy muszą przewodzić w pomocy wojskowej dla Ukrainy i wziąć na siebie główną odpowiedzialność za bezpieczeństwo Europy, pozwalając USA skoncentrować się na Indo-Pacyfiku.
osw.waw.pl