czwartek, 10 kwietnia 2025



Po tym, jak chwilowo się umocniły po ucieczce inwestorów z akcji na aktywa postrzegane jako bezpieczniejsze, amerykańskie obligacje skarbowe dołączyły do wyprzedaży. Rentowność benchmarkowych 10-letnich obligacji skarbowych USA wzrosła o 40 punktów bazowych od poniedziałku do środowego popołudnia, osiągając 4.4 proc., odwracając początkowo niższe rentowności celebrowane przez Trumpa i sekretarza skarbu Scotta Bessenta jako znak nadchodzących niższych kosztów finansowania zewnętrznego. To była "idealna burza złych wiadomości" dla amerykańskich obligacji, zauważył Lawrence Gillum, główny strateg ds. stałego dochodu w LPL Financial. "Lepka inflacja, cierpliwy Fed, potencjalne bojkoty zagranicznych nabywców, delewarowanie funduszy hedgingowych, równoważenie obligacji gotówką i niepłynny rynek obligacji skarbowych to powody, dla których rentowności obligacji skarbowych nadal rosną" - wyjaśnił Gillum. Wyższe rentowności oznaczają mniej wartościowe obligacje, ponieważ inwestorzy o stałym dochodzie żądają wyższych rocznych wypłat, aby utrzymać dług rządu federalnego. Te rentowności nie uległy większym zmianom w związku ze wzrostem cen akcji.

Recesja jest najbardziej "prawdopodobnym wynikiem" dla USA, powiedział Jamie Dimon, dyrektor generalny JPMorgan Chase, w wywiadzie dla Fox Business "Mornings With Maria" w środę. "Rynki nie zawsze mają rację, ale czasami mają rację" — zauważył Dimon, odnosząc się do "bólu" widocznego w ostatnich dniach we wszystkich klasach aktywów. "I myślę, że tym razem mają rację, ponieważ wyceniają niepewność na poziomie makro, niepewność na poziomie mikro, na poziomie rzeczywistej firmy, a następnie to, jak wpływa ona na nastroje konsumentów" — kontynuował Dimon. W tym wywiadzie Dimon zachęcał administrację Trumpa do skłaniania się ku wzmocnieniu handlu z sojusznikami w Europie i Azji: "Myślę, że celem tego handlu powinno być wzmocnienie Europy i naszych partnerów handlowych, Japonii, Korei, Filipin, a nie osłabienie ich. Zbliżenie ich do siebie".

onet.pl/Forbes


Jeszcze w grudniu inflacja SAAR (czyli roczna z wyłączeniem sezonowości) wynosiła 14,1 proc. W styczniu spadła do 10,6 proc., w lutym do 7,6 proc., a w połowie marca osiągnęła zaledwie 4 proc. Rubel, który na początku lutego balansował wokół 100 za dolara, nagle się wzmocnił – 20 marca kurs wahał się już między 80 a 85 rubli. Indeks giełdy moskiewskiej nie pozostawał w tyle: z poziomu 2500 ptk w grudniu podskoczył do 3100–3200 ptk w marcu.

Cały ten gospodarczy "rozkwit" Rosji ma jedną wspólną cechę — opiera się wyłącznie na nadziei na zakończenie wojny. Tymczasem twarde realia ekonomiczne nie tylko nie zniknęły – one się pogłębiają.

(...)

W styczniu i lutym 2025 r. nominalne dochody z ropy i gazu były już nieco niższe niż rok wcześniej, a po uwzględnieniu inflacji – spadły jeszcze bardziej. Inne źródła dochodów wzrosły tylko nominalnie – o około 11 proc. – co oznacza, że realnie (po uwzględnieniu inflacji) utrzymały się na podobnym poziomie. Łączne wpływy do budżetu wyniosły 5,3 bln rubli – zaledwie 0,3 bln więcej niż przed rokiem.

A wydatki? Poszybowały. Wzrost aż o 1,9 bln rubli – do ponad 8 bln. Większość z tej kwoty to koszty wojny – i to nie bieżące, ale zaplanowane z wyprzedzeniem, jakby szykowano się na długi konflikt. Efekt to bezprecedensowy deficyt: 2,7 bln rubli. Ponad dwa razy większy niż rok wcześniej.

Zgodnie z wszelką logiką – tak ogromny deficyt, wsparty zwiększoną podażą pieniądza, powinien rozkręcić inflację. Ale w marcu inflacja nagle… wyhamowała. Dlaczego? Bo mocniejszy rubel obniżył ceny importowanych dóbr konsumpcyjnych. To jednak tylko połowa obrazu – ceny żywności wciąż rosną (bo produkcja jest lokalna), podobnie jak ceny usług: fryzjerzy, lekarze, turystyka, kultura – wszystko drożeje.

onet.pl


Ogłaszając cła, prezydent chciał zmusić inne kraje do negocjacji. "Telefon się urywa", cieszył się we wtorek Biały Dom. Chęć rozmów ogłosiło 70 krajów. "Nie wiem, kiedy porozmawiam z nimi wszystkimi" — zażartował we wtorek Trump. W jego oczach strategia zadziałała.

Fakt, że w międzyczasie cała światowa gospodarka groziła osunięciem się w otchłań, nie przeszkadzał mu. "Zachowaj spokój", napisał na Truth Social w środę rano, w obliczu spadających od kilku dni cen akcji. 

(...)

W ostatnich dniach stało się jednak jasne, że ta kalkulacja się nie sprawdzi. Na rynku obligacji nastąpił groźny rozwój sytuacji. Rentowność dziesięcioletnich amerykańskich obligacji skarbowych wzrosła do ponad 4,5 proc. Instrumenty dłużne o 30-letnim okresie zapadalności przyniosły nawet ponad 5 proc. Oznacza to, że rentowność wzrosła o ponad 0,6 p.p. w ciągu zaledwie kilku dni.

Miało to dwie poważne konsekwencje. Po pierwsze, wywołało panikę wśród ekonomistów. Amerykańskie obligacje skarbowe są uważane za bezpieczną przystań, zwłaszcza w czasach niepewności. Jeśli stopy procentowe rosną, pożyczanie pieniędzy staje się również droższe dla firm. W połączeniu z obciążeniem taryfami celnymi byłaby to toksyczna mieszanka, która podsyciłaby recesję.

Donald Trump prawdopodobnie przywiązywał jeszcze większą wagę do tej drugiej konsekwencji. Wynika to z faktu, że wyższe rentowności sprawiły, że roczne koszty, które należy zapłacić za dług publiczny USA w wysokości 36 bln dol. (139 bln 198 mld 863 mln zł), wzrosły o 216 mld dol. (835 mld dol.), jeśli wzrost stóp procentowych zostanie utrzymany. Amerykanie już teraz muszą płacić prawie 1,2 bln dol. (4 bln 639 mld 748 mln zł) odsetek. Zniwelowałoby to ewentualne dodatkowe przychody z ceł.

Po południu Trump potwierdził, że rynek obligacji częściowo wpłynął na jego decyzję. "Rynek obligacji jest bardzo podstępny. Obserwowałem go i widziałem, że ludzie mieli trochę mdłości" — powiedział prezydent.

onet.pl/Die Welt


Prezydent Trump "zakończy wojnę Obamy i Bidena o ciśnienie wody i ponownie uczyni amerykańskie prysznice wspaniałymi. Nadmierna regulacja dusi amerykańską gospodarkę, umacnia biurokratów i tłumi wolność osobistą" – ogłosił Biały Dom.

Reuters zwraca uwagę, że prezydent nakazał Departamentowi Energii uchylenie przepisu wprowadzonego przez Obamę i przywróconego przez Bidena dotyczącego ograniczenia przepływu wody w prysznicach dostępnych na rynku do 9,5 litra na minutę. Nowe rozporządzenie znosi też ograniczenia dotyczące zużycia wody w innych urządzeniach, takich jak toalety i zmywarki.

 W moim przypadku lubię wziąć przyjemny prysznic, zadbać o swoje piękne włosy — mówił prezydent USA podczas ceremonii podpisania dokumentu w Gabinecie Owalnym. Argumentował, że zgodnie z obowiązującymi dotąd przepisami musiał stać pod prysznicem przez 15 minut. Nazwał to śmiesznym.

— Zmienimy to, aby ludzie mogli żyć — podkreślił Donald Trump.

PAP


Jak powiedział dziennikarzom po ogłoszeniu decyzji sekretarz finansów Scott Bessent, powodem wstrzymania ceł nie był chaos i spadki na giełdzie, lecz przytłaczająca liczba państw chcących negocjować warunki handlu z USA.

— Zobaczyliśmy udaną strategię negocjacyjną, którą prezydent Trump wdrożył tydzień temu. Skłoniła ona ponad 75 krajów do negocjacji. To wymagało wielkiej odwagi, wielkiej odwagi, aby pozostał na kursie aż do tego momentu — stwierdził Bessent. — Jak powiedziałem mu tydzień temu w tym samym miejscu: "nie stosujcie odwetu", a zostaniecie nagrodzeni. Więc każdy kraj na świecie chce przyjść i negocjować. Jesteśmy gotowi ich wysłuchać — dodał.

Do tego zwrotu dochodzi dzień po tym, gdy prezydent i jego rzeczniczka Karoline Leavitt zapewniali, że nie rozważa on 90-dniowego zawieszenia ceł. Ogłoszeniem decyzji wydawał się zaskoczony nawet przedstawiciel USA ds. Handlu (USTR) Jamieson Greer, który w chwili ogłoszenia pauzy występował przed komisją budżetową Izby Reprezentantów. Jak przyznał, dowiedział się o decyzji Trumpa podczas wysłuchania, choć dodał, że były na ten temat dyskusje. Przepytujący go kongresmen Demokratów Steven Horsford wybuchł gniewem i zaczął krzyczeć na Greera, oskarżając administrację o manipulację rynkiem.

— Kto tu podejmuje decyzje?! Wygląda na to, że z pewnością nie przedstawiciel USA ds. handlu (...) To nie jest gra! — krzyczał kongresmen.

onet.pl


Amerykański prezydent zawiesił częściowo wysokie cła, które ogłosił w ubiegłym tygodniu, pozostawiając je na poziomie 10 procent dla wszystkich państw. Trump dał 90 dni na negocjacje handlowe z poszczególnymi krajami. Ta decyzja wymiernie wpłynęła na kursy walut oraz akcji. 

(...)

Zwrot w globalnej wojnie handlowej, którego dokonał Donald Trump, zaskoczył inwestorów, którzy wcześniej masowo wyprzedawali akcje. Gdy dowiedzieli się o zmianie kursu, zareagowali entuzjastycznie. Wskaźnik spółek technologicznych Nasdaq wzrósł o 12 proc., co jest jego najlepszym dniem od 24 lat. Indeks S&P 500 wzrósł o 9,5 proc., osiągając największy wzrost od 2008 roku i trzeci największy od II wojny światowej. Z kolei Dow Jones zyskał 7,9 proc., co było jego najlepszym dniem od 2020 roku. - Nikt nigdy nie widział takiego dnia. Myślę, że to rekord, prawda? Zdecydowanie. Czy to rekord? Po weryfikacji będziemy mieli rekord - mówił Donald Trump.

gazeta.pl

środa, 9 kwietnia 2025



"[Minister spraw zagranicznych Siergiej] Ławrow był bardzo zaskoczony, widząc trzy krzesła po rosyjskiej stronie pokoju negocjacyjnego", przekazało anonimowe źródło Agenctwo, dodając, że nie może niezależnie zweryfikować niektórych twierdzeń informatora.

Kiedy Ławrow został poinformowany, że trzecie miejsce jest przeznaczone dla Dmitriewa, podobno zdenerwowany odsunął krzesło od stołu i powiedział: "Jeśli chce wziąć udział [w rozmowach], niech Władimir Władimirowicz [Putin] sam mi to przekaże".

"Każdy idzie do Putina indywidualnie, a on mówi każdej osobie coś innego" — powiedziało źródło Agenctwa. "To jeden z powodów, dla których nikt nie jest w stanie jasno wyartykułować żądań Rosji podczas rozmów".

gazeta.pl
Szczególne emocje – zarówno po stronie europejskiej, jak i w USA – wzbudza sprawa bourbonu. Komisja zaproponowała aż 50-procentowe cło na ten flagowy amerykański trunek, co natychmiast spotkało się z ostrą reakcją Trumpa. Prezydent zagroził, że jeśli UE zdecyduje się na ten ruch, on sam odpowie 200-procentowym cłem na europejskie alkohole. Zaniepokojenie wyraziły już Francja i Włochy – czołowi eksporterzy win w Unii. Oba kraje, zwłaszcza drugi z wymienionych, zaczynają dostrzegać ryzyko eskalacji, która mogłaby uderzyć również w ich gospodarki.

Dzisiaj w Luksemburgu odbędzie się specjalne spotkanie unijnych ministrów ds. handlu. Celem rozmów jest wypracowanie wspólnego stanowiska w kwestii amerykańskich ceł - z jednej strony gotowości do negocjacji z Waszyngtonem, a z drugiej pełnej mobilizacji na wypadek konieczności wdrożenia środków odwetowych."Reakcja nie może być zbyt łagodna, bo nie przyniesie skutku, ale też nie może być zbyt agresywna, by nie doprowadzić do eskalacji" – tłumaczy jeden z unijnych urzędnik cytowany przez agencję Reuters. Jak to jednak zwykle w Unii bywa - wspólnota wspólnotą, ale każde państwo sobie rzepkę skrobie.

Francja chciałaby, by UE ostro postawiła się Donaldowi Trumpowi i nie poprzestała na cłach. Prezydent Emmanuel Macron sugeruje m.in. zawieszenie europejskich inwestycji w USA do czasu wyjaśnienia sytuacji. Z kolei Irlandia, której niemal jedna trzecia eksportu trafia za ocean, apeluje o "wyważone i przemyślane" podejście. Tymczasem Włochy – trzeci największy unijny eksporter do Stanów Zjednoczonych – w ogóle kwestionują sens działań odwetowych.

gazeta.pl

wtorek, 8 kwietnia 2025



- Ruchy, które są wykonywane wokół Jasionki, to naturalne przemieszczenia wojsk, nie tylko amerykańskich. To, co tam się dzieje, jest związane z podjętą na szczycie w Waszyngtonie w 2024 r. decyzją o przejęciu przez Sojusz odpowiedzialności za hub logistyczny, który był realizowany tak naprawdę przez stronę polską. Ustalono, że będzie zajmowała się tym specjalna misja pod dowództwem sojuszniczym - mówił we wtorek szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego Dariusz Łukowski.

- Elementem rozmów już po szczycie w Waszyngtonie, jeszcze za poprzedniej administracji amerykańskiej, była kwestia tego, kto i w jakiej kolejności będzie obejmował obowiązki na tym obiekcie. Zdecydowano o tym, że USA częściowo zredukują swoją obecność, wycofają pewne elementy z utrzymaniem techniki ukraińskiej, przemieszczą się do swoich lokalizacji w Polsce, które były uprzednio przez nich zajmowane i z tych lokalizacji będą kontynuowały zadania. Stwierdzili, że to bardziej efektywny sposób, mniej kosztochłonny - wyjaśniał Dariusz Łukowski. Zaznaczył, że "całość operacji, która jest wykonywana w Jasionce, nie uległa żadnemu zmniejszeniu czy redukcji".

- Nie możemy mówić o żadnych ruchach związanych z wycofaniem wojsk amerykańskich z terenu Polski. Wojska amerykańskie przelokowują część swoich sił, nie wszystkie, do baz m.in. w Żaganiu i Powidzu, będą kontynuowały te same zadania, które wykonywały na poziomie Jasionki - podkreślał szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego. 

gazeta.pl


Najbardziej skrajnym i wręcz przesadzonym pokazem siły jest przebazowanie przez Amerykanów co najmniej sześciu bombowców strategicznych B-2 do bazy Diego Garcia, położonej na niewielkim atolu o tej samej nazwie na Oceanie Indyjskim. Formalnie należy do Wielkiej Brytanii, ale w największym stopniu korzystają z niej Amerykanie. To najważniejszy przyczółek ich lotnictwa strategicznego w regionie. Po zimnej wojnie używany raczej mało intensywnie. Nie stacjonują tam na stałe żadne oddziały bojowe wojska USA. Jedynie czasowo w zależności od potrzeb pojawiają się najczęściej bombowce, samoloty transportowe i latające cysterny.

W minionym tygodniu na zdjęciach satelitarnych bazy dostrzeżono jednak pojawienie się nadzwyczajnych gości, czyli rzeczonych bombowców, które mają swoją bazę w Whiteman w stanie Missouri. Amerykanie mają tych maszyn tylko 19, z czego w danym momencie gotowych do działania zazwyczaj jest maksymalnie 2/3. Czyli na Diego Garcia trafiło około połowy sprawnej floty najcenniejszych bombowców strategicznych USA. Mniejszą liczbę Amerykanie mogliby ukryć w pobliskich hangarach, ale najwyraźniej nie mieli problemu z wystawieniem B-2 na widok satelitów. Można przypuszczać, że wręcz o to chodziło. Sygnał pod adresem Iranu jest bowiem wymowny.

B-2 są jedynymi nosicielami GBU-57 MOP, czyli bardzo ciężkich bomb penetrujących. Stworzono je w pierwszej dekadzie tego wieku głównie z myślą o atakowaniu głęboko ukrytych pod ziemią zakładów związanych z rozwojem i produkcją broni jądrowej Iranu oraz Korei Północnej. Ważą po 12 ton i mają być zdolne do przebicia nawet 60 metrów skał oraz betonu. Jeśli Amerykanie chcieliby faktycznie zaatakować irańskie podziemne zakłady wzbogacania uranu czy magazyny rakiet, to najpewniej musieliby to zrobić właśnie duetem B-2 i GBU-57. Ustawienie ich rządkiem na płycie postojowej bazy Diego Garcia, standardowej bazy dla bombowców strategicznych USA wykonujących ataki na Bliskimi Wschodzie, to jednoznaczny sygnał.

Choć jednocześnie nieoficjalni informatorzy amerykańskich mediów twierdzą, że maszyny są wykorzystywane aktualnie do uderzeń na sponsorowany przez Iran ruch Hutich w Jemenie. Jest to jednak delikatnie rzecz biorąc przesadny środek, ponieważ B-2 są cenne i drogie w eksploatacji, a jemeńscy bojówkarze mają jedynie szczątkowe zdolności obrony przeciwlotniczej, do której unikania zaprojektowano te maszyny. Wysłanie przy okazji sygnału do Iranu może czynić takie ich wykorzystanie bardziej racjonalnym.

(...)

Jednocześnie Amerykanie przesuwają w region dodatkowe siły floty. Jeszcze w marcu zapowiedziano, że do operującego w pobliżu Półwyspu Arabskiego zespołu skupionego wokół lotniskowca USS Harry S. Truman, dołączy przysłany z Oceanu Spokojnego zespół USS Carl Vinson. Przed weekendem przeszedł przez cieśninę Malakka i znalazł się na Oceanie Indyjskim. Aktualnie może już być gdzieś w jego centralnej części. Również pod koniec minionego tygodnia jeden z cywilnych entuzjastów śledzący ruchy okrętów na zdjęciach satelitarnych dostrzegł najpewniej amerykański niszczyciel typu Arleigh Burke idący kursem na Diego Garcia. 4 kwietnia był około 650 kilometrów na północny wschód od bazy. Teraz może być już w jej bezpośredniej okolicy. Okręty tego typu czasem zawijają na Diego Garcia, ale rzadko i na krótkie wizyty. Są natomiast standardowym narzędziem floty USA do obrony przed atakiem z powietrza.

Arabskie media donoszą też o wzmacnianiu lądowej obecności USA w rejonie, w postaci sił przerzucanych do Izraela. W weekend między innymi portale gazet "Al-Arabija" i "Al-Hadat" podały nieoficjalną informację o dostarczeniu elementów kolejnej baterii systemu antyrakietowego THAAD. Pierwsza jest w Izraelu już od minionego roku i pomagała odpierać irańskie ataki rakietowe. Teraz miała tam zostać dostarczona druga, lub jej elementy. Amerykanie mają ich tylko 7, więc przeniesienie 2 do Izraela oznaczałoby istotny wysiłek na rzecz obrony tego kraju. Brak jednak oficjalnego potwierdzenia, albo jednoznacznych dowodów na faktyczne przemieszczenie THAAD. Arabskie media twierdzą również, że do Izraela trafiły dwie dodatkowe baterie systemu Patriot, będącego niższym szczeblem ochrony antyrakietowej THAAD. W przypadku zaognienia konfliktu z Iranem lub wręcz nalotów na to państwo, Izrael na pewno byłby pierwszym i głównym celem uderzeń odwetowych. Wzmacnianie jego obrony jest więc w interesie Amerykanów i na pewno jest też jednym z podstawowych żądań Izraela na wypadek przygotowań do ataku na Iran.

Wszystko to zgrywa się z politycznymi manewrami związanym z parciem Trumpa do jakiegoś rodzaju negocjacji z Iranem i nowego układu ograniczającego jego prace nad bronią jądrową. Obecny prezydent USA wycofał się z poprzedniego (JCPOA) podczas swojej pierwszej kadencji w 2018 roku. Bez udziału Amerykanów i wobec nałożonych przez nich sankcji na Iran, porozumienie negocjowane przez długie lata i obowiązujące od 2016 roku, zawaliło się. Stało się tak pomimo jego poparcia przez wszystkich zaangażowanych, poza administracją Trumpa i Izraela. Teraz amerykański prezydent chce nowego, "lepszego" układu. Jak konkretnie miałby wyglądać, nie jest jasne. Trump zagroził jednak pod koniec marca, że jeśli Iran nie przystąpi ochoczo do negocjacji i nie zostanie osiągnięte porozumienie, to odpowiedzią będzie "bombardowanie, jakiego jeszcze nigdy nie widzieli".

Iran na razie nie wyraża woli przystąpienia do bezpośrednich negocjacji z USA. Prowadzona jest komunikacja poprzez służący za pośrednika Oman. W najbliższy weekend ma tam dojść do spotkania delegacji Iranu i USA, co potwierdzili zarówno Amerykanie, jak i Irańczycy. Teheran upiera się jednak przy twierdzeniu, że nie będą to bezpośrednie negocjacje, ale poprzez pośredniczących Omańczyków. Trump przedstawia to inaczej, o czym mówił w poniedziałek w Białym Domu podczas wizyty premiera Izraela Benjamina Netanjahu. - Prowadzimy bezpośrednie rozmowy z Iranem i to oni je zaczęli. W sobotę będziemy mieli bardzo duże spotkanie i zobaczymy, co z tego wyjdzie. Chyba wszyscy się zgadzają co do tego, że lepiej byłoby zawrzeć umowę - mówił Trump. Dodał do tego groźbę, że jeśli jej nie będzie, to Iran będzie w "wielkim niebezpieczeństwie" i powtórzył, że "nie może on mieć broni jądrowej".

Nic nie wskazuje na to, aby Iran ją już miał, albo podjął ostateczną decyzję o jej posiadaniu. Jednak według szacunków IAEA (Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej), Irańczycy posiadają już na tyle rozbudowane zdolności do wzbogacania uranu, że są w stanie wyprodukować dość materiałów rozszczepialnych do 5 prostych bomb jądrowych w ciągu tygodnia. Nie wiadomo czy posiada wszystko inne, aby złożyć praktycznie użyteczną broń jądrową. Jest jednak ewidentne, że prace nad nią doprowadził do niemal ostatniego możliwego momentu, zatrzymując się tuż przed decyzją o przekroczeniu Rubikonu i wejściu w jej faktyczne posiadanie. Sytuacja jest więc na ostrzu noża i stawka w negocjacjach bardzo wysoka.

gazeta.pl


Cła nałożono na 60 krajów, w tym na takie, których firmy są po prostu podwykonawcami dla amerykańskich koncernów. Donald Trump stwierdził, iż USA były „rabowane, gwałcone, niszczone” przez inne narody i to przez całe dekady. Nawet niektórzy Republikanie potępili te działania, ale najbardziej zaskoczeni i zakłopotani zarazem byli analitycy i ekonomiści próbujący się zorientować, jakie wyliczenia stały za takim a nie innym układem ceł.

Panel Squawk Box CNBC składający się z ekonomistów i analityków nazwał metodologię ich wyliczania „absurdalną”. Jak stwierdził kierujący działem informacji biznesowych, „większość ekspertów ekonomicznych zauważa, że twierdzenia Trumpa, że USA naliczają innym krajom połowę tego, co one naliczają nam, niewiele przypominało prawdziwe cła”.

„Największym zmartwieniem było to, że prezydent miał całkowicie wymyślić kwoty taryf, które inne kraje naliczyły USA. Zamiast tego Biały Dom użył formuły, którą niewielu widziało wcześniej, opartej na deficycie handlowym, która sprawiła, że ​​większość drapała się po głowie. Więc ta polityka celna wygląda jakby w zasadzie opierała się na wymyślonych kwotach” – powiedział Steve Liesman, kierujący kanałem informacji biznesowych. Jak dodała prowadząca kanał Becky Quick, traderzy uważają, że „sposób naliczania ceł to absurd i pokazuje zrozumienie handlu międzynarodowego na poziomie przedszkola”.

Biuro Przedstawiciela Handlowego Stanów Zjednoczonych stwierdziło oficjalnie, że nowe cła importowe zostały obliczone jako „stawka niezbędna do zrównoważenia deficytów w handlu dwustronnym między USA a każdym z naszych partnerów handlowych”, co wywołało wśród ekonomistów spore zakłopotanie z racji braku sensu.

Jak powiedział Financial Times adiunkt ekonomii w London School of Economics Thomas Sampson, cała formuła wyliczania ceł była „listkiem figowym dla obłędnej obsesji Trumpa na punkcie nierównowagi w handlu dwustronnym”.

„Za tymi cłami nie stoi żadne uzasadnienie ekonomiczne” – dodał.

Ostro ocenili Trumpa Paul Krugman, profesor ekonomii na City University of New York i Scott Lincicome, wiceprezes ds. ekonomii ogólnej w Cato Institute. Pierwszy powiedział, że „prezydent oszalał”, drugi, że pomysły Trumpa są „szalone”.

„To po prostu żenujące” – skomentowała sposób wyliczania ceł Erica York, wiceprezes ds. polityki podatkowej rządu federalnego w think tanku Tax Foundation.

Analityk Wedbush Securities Dan Ives nazwał nowe cła „nielogicznymi i absurdalnymi” i dodał, że wykres, którego Trump użył na Rose Lawn w Białym Domu, aby zilustrować podatki, będzie w przyszłości „pokazywany w klasach” jako przykład negatywny.

„Po pierwsze, pokazane liczby taryf celnych są niezgodne z faktami co inne kraje pobierają od USA. Gdyby uczeń dziewiątej klasy w szkole średniej przedstawił ten wykres taryf nauczycielowi na podstawowym kursie ekonomii, nauczyciel by się zaśmiał” – zauważył, ostrzegając zarazem przed „samospełniającym się Armageddonem gospodarczym”. Jednak widzi pewne możliwości odwrócenia sytuacji w tym, że Trump zamierza rozpocząć negocjacje. „Musimy założyć, że to początek negocjacji i te stawki się nie utrzymają” – stwierdził.

isbiznes.pl