środa, 2 kwietnia 2025



Michał Niewiadomski: Podsumowując ostatnie miesiące, widzimy, że do Europy napływa kapitał z Wall Street. Jak pan to ocenia?

Marek Rogalski: Wygląda na to, że inwestorzy przenoszą środki z amerykańskiej giełdy, która osiągnęła bardzo dobre wyniki w zeszłym roku, w kierunku innych interesujących rynków. Europa, wcześniej nieco zapomniana, teraz ożywa, zwłaszcza w kontekście rosnących wydatków zbrojeniowych, które będą większe w nadchodzących kwartałach i latach. Dodatkowo sytuacja w Niemczech, gdzie wprowadzono nowy pakiet stymulacyjny, stanowi istotną zmianę w podejściu do kwestii długu. To może być impuls dla ożywienia gospodarki europejskiej, co dostrzegają inwestorzy. Indeks DAX na giełdzie niemieckiej od stycznia notuje znaczny wzrost, a w Polsce również obserwujemy przełom w postrzeganiu naszej giełdy.

A co z walutami? Widzimy osłabienie dolara oraz euro w parze ze złotym. Jakie są pana prognozy?

Dolar osłabł w ostatnich dwóch miesiącach, co jest wynikiem rozczarowania polityką Donalda Trumpa. Wzrost rentowności obligacji niemieckich oraz ożywienie w strefie euro wspierają złotego. Możliwe, że w Polsce stopy procentowe zostaną obniżone, co może wpłynąć na osłabienie złotego.

Jakie są oczekiwania wobec Europejskiego Banku Centralnego?

Rynek oczekuje dwóch obniżek stóp procentowych w strefie euro. Podobne prognozy dotyczą Fedu, gdzie możliwe są obniżki od lipca.

A co z wojną handlową? Czy zapowiedzi Trumpa są preludium do większych konfliktów?

Kwiecień może być kluczowy. Trump zapowiada zmiany w polityce handlowej, ale obawy o negatywne skutki wojny celnej są uzasadnione. W krótkim okresie inflacja w USA może wzrosnąć, ale w dłuższej perspektywie może dojść do recesji.

Złoto zyskuje. Jak pan to interpretuje?

Złoto wróciło do łask, głównie z powodu obaw związanych z sytuacją geopolityczną. Wzrosty notowań złota są bardziej stabilne niż w przypadku bitcoina, który reaguje na sentymenty na Wall Street.

Jakie są prognozy dla europejskiej gospodarki?

Mówi się o skromnym ożywieniu, ale wzrost gospodarczy w Europie pozostaje na niskim poziomie. Niemcy mogą być kluczowe dzięki pakietowi infrastrukturalnemu, ale w dłuższej perspektywie amerykańska gospodarka wydaje się bardziej obiecująca.

bankier.pl


W nowojorskim świecie biznesu lat 80. Donald Trump wypracował sobie wyjątkową metodę komunikacji z mediami. "John Barron" stał się jego najbardziej znanym alter ego — fikcyjnym wiceprezesem Trump Organization i rzecznikiem, który regularnie kontaktował się z dziennikarzami. Pod tą wymyślną maską Trump mógł swobodnie kreować swoją reputację, bronić kontrowersyjnych decyzji i przekazywać informacje, których nie chciał bezpośrednio łączyć ze swoim nazwiskiem.

Pomysł na stosowanie pseudonimu nie był jednak oryginalnym konceptem Donalda Trumpa. Według magazynu "Fortune" jego ojciec, Fred Trump, również stosował tę taktykę, używając pseudonimu "Pan Green". Syn poszedł w ślady ojca, ale rozwinął tę praktykę na znacznie większą skalę, wykorzystując różne nazwiska do lansowania pomysłów, budowania własnego wizerunku i przekazywania mediom informacji na temat swoich rozwodów.

Najsłynniejszym i najdłużej używanym pseudonimem Trumpa był "John Barron", którego pierwszy raz wykorzystał w 1980 r. Jak podaje "The Washington Post", Barron był "stałym pseudonimem, gdy [Trump] znajdował się pod obserwacją, potrzebował twardego przedstawiciela lub chciał przekazać wiadomość bez podpisywania jej własnym nazwiskiem". Barron przedstawiany był jako wiceprezes Trump Organization i występował jako rzecznik swojego szefa.

Pseudonim po raz pierwszy pojawił się w artykule z 7 maja 1980 r., gdzie "John Barron, wiceprezes Trump Organization" przekazywał mediom plotki o potencjalnej transakcji wartej miliard dolarów na zakup World Trade Center. W artykule "New York Times" z 6 czerwca 1980 r., "Barron" bronił kontrowersyjnej decyzji Trumpa o zniszczeniu rzeźb z budynku Bonwit Teller, które obiecał przekazać Metropolitan Museum of Art.

Z biegiem lat "John Barron" stał się coraz bardziej aktywny. W 1984 r., rozmawiając z dziennikarzem "Forbesa" Jonathanem Greenbergiem, "Barron" celowo wprowadził go w błąd na temat majątku i aktywów Trumpa, aby umieścić go na liście Forbesa 400 najbogatszych Amerykanów. "Barron stwierdził, że 'większość aktywów [ojca Donalda, Freda Trumpa] została skonsolidowana przez pana [Donalda] Trumpa'" — pisał później Greenberg. W 2018 r. dziennikarz odnalazł i upublicznił oryginalne nagrania rozmowy z "Barronem" i przyznał, że jest zaskoczony, że nie rozpoznał podstępu: "Chociaż Trump zmienił sposób mówienia i udawał nieco silniejszy nowojorski akcent, wyraźnie to był on".

"Barron" odegrał również kluczową rolę w nagłośnieniu innych biznesów Trumpa. W 1985 r. nakłaniał właścicieli drużyn United States Football League do częściowego zwrotu kosztów, które Trump poniósł na zakup drogiego zawodnika. "Kiedy facet wydaje więcej pieniędzy, niż wart jest zawodnik, spodziewa się częściowego zwrotu kosztów od innych właścicieli" — mówił "Barron" cytowany przez "ProPublicę". Niektórzy dziennikarze z czasem zaczęli podejrzewać, że za Barronem kryje się sam Trump, ale trudno im było udowodnić tę teorię.

Jak zauważa były zastępca redaktora naczelnego agencji UPI David Tucker: "Niektórzy reporterzy zastanawiali się, czy Barron to w rzeczywistości sam Trump". Barbara Res, była wiceprezes Trump Organization, tłumaczyła później w materiale PBS: "Nie sądzę, żeby Donald był koniecznie wymijający wobec prasy, gdy używał swojego alter ego Johna Barrona. Myślę, że dawało mu to możliwość powiedzenia rzeczy, których nie mógł powiedzieć jako Donald Trump". Nowojorscy redaktorzy wspominali, że "telefony od Barrona były w pewnym momencie tak powszechne, że stały się powtarzającym się żartem w redakcji".

Kariera "Johna Barrona" dobiegła końca w 1990 r., gdy Trump został zmuszony do zeznawania pod przysięgą w procesie sądowym. Przyznał wówczas: "Używałem tego nazwiska". "The Washington Post" sugeruje, że Trump mógłby używać pseudonimu dłużej, gdyby nie "proces, w którym zeznał pod przysięgą w 1990 roku". 

onet.pl/Fakt.pl


Politico: - Jeśli nie dostrzegliśmy tego w przemówieniu wiceprezydenta J.D. Vance'a na Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa, to z pewnością dowiedzieliśmy się z czatu na Signalu, że ma on wiele pogardy dla Europy. Dał jasno do zrozumienia, że jego zdaniem interwencja wobec Hutich to ratowanie Europy. Czy możesz powiedzieć, co kryje się za tą niechęcią J.D. Vance'a do Europy? Oczywiście nie zgadzasz się z tym, prawda?

John Bolton, były doradca ds. bezpieczeństwa narodowego w pierwszej kadencji Donalda Trumpa: Cóż, nie potrafię wyjaśnić, co motywuje Vance'a, ale myślę, że odzwierciedla to bardzo prymitywny pogląd na stosunki międzynarodowe. I tak naprawdę nie różni się tak bardzo od Trumpa, u którego wszystko jest kwestią dolarów i centów. Nie doceniają, czym jest organizacja zbiorowego bezpieczeństwa i zbiorowej obrony, taka jak NATO, ani tego, jakie korzyści przynosi Stanom Zjednoczonym.

Sądzę, że po części cierpimy z powodu 35 lat po zakończeniu zimnej wojny, kiedy to w niewystarczający sposób mówiono nam o tym, dlaczego Ameryka ma strategiczne interesy na całym świecie i dlaczego musimy je chronić, dlaczego dalekowzroczna polityka amerykańska przynosi nam korzyści.

Szczerze mówiąc, zbyt wiele słyszeliśmy od liberałów o tym, że robimy to dla dobra demokracji na całym świecie. W rzeczywistości to nieprawda. Robimy to w znacznej mierze dlatego, że leży to w naszym interesie, że jakakikolwiek minimalny porządek na świecie przynosi nam korzyści. To prawda, że wielu naszych sojuszników nie ponosi sprawiedliwego udziału w obciążeniach, ale nie robimy tego dla nich. Robimy to dla siebie. A jeśli nie zrobimy tego dla siebie, nikt inny nie zrobi tego za nas.

Weźmy na przykład sytuację w Jemenie, gdzie Huti zablokowali Kanał Sueski i przejście morskie przez Morze Czerwone. I choć prawdą jest, że większość handlu, który przez niego przechodzi, odbywa się między Europą a innymi częściami świata, to fundamentalną zasadą amerykańskiej polityki zagranicznej była wiara w wolność mórz. I zdradzę mały sekret tym, którzy o tym nie wiedzą: morza rozciągają się wszędzie. Ostatecznie wszystkie są ze sobą połączone. Kiedy widzieliśmy naruszenie wolności mórz, w całej naszej historii działaliśmy, aby to zakończyć, bez względu na to, jak duży był w tym interes innych.

(...)

- Musimy porozmawiać o Ukrainie i Rosji. Sztuczką Trumpa jest najwyraźniej zwabienie Putina do stołu marchewką i próba przymuszenia Zełenskiego kijem. Czy istnieje pozytywne wyjaśnienie, dlaczego Trump okazuje tak wiele szacunku Rosji i tak surowo traktuje Ukrainę?

Trump postrzega stosunki międzynarodowe przez pryzmat swoich osobistych relacji z zagranicznymi przywódcami. Uważa więc, że jeśli on ma dobre stosunki z Putinem, to Stany Zjednoczone mają dobre stosunki z Rosją. To nieprawda, ale tak właśnie myśli. Uważa, że on i Putin są przyjaciółmi.

Dla kontrastu, nie miał dobrych relacji z Zełenskim od czasu słynnej "doskonałej rozmowy telefonicznej" z 2019 r., która doprowadziła do jego pierwszego impeachmentu. Dlatego uważa, że jeśli da swoim przyjaciołom pewne korzyści, takie jak wszystkie ustępstwa, które już poczynił w sprawie Ukrainy, pomoże to zaprowadzić pokój. Chce mieć tę wojnę za sobą. Uważa, że to wojna [Joego] Bidena. Podczas kampanii powiedział, że nigdy by do niej nie doszło, gdyby to on był prezydentem.

Putin nie uważa go za przyjaciela. Uważa, że Trump jest łatwym celem. I myśli, że można nim manipulować. I manipuluje nim, jak wtedy, gdy powiedział kilka tygodni temu: "Wiecie, Trump miał rację, że gdyby był prezydentem, nie byłoby wojny w Ukrainie". Cóż, może tak, może nie. Ale Trump był zachwycony, słysząc to.

Potem [Rosjanie] uwolnili zakładnika, Marka Foleya. Następnie [Aleksander] Łukaszenko i Białoruś uwolnili kolejnego amerykańskiego zakładnika. Tak działa manipulacja.

Teraz myślę, że Putin musi być bardzo ostrożny, aby nie przesadzić i nie ryzykować utraty niektórych ustępstw poczynionych przez Trumpa. Trump wydał oświadczenie [w środę], które wskazywało, że być może uważa, że Putin działa powoli. Nie jest więc nieuniknione, że Putin dostanie wszystko, czego chce. Może popełnić błąd, ale szanse są teraz na jego korzyść. I myślę, że on chce powoli toczyć sprawy, ponieważ wierzy, że dynamika na polu bitwy płynie w jego kierunku.

(...)

- Byłeś bardzo krytyczny wobec prezydenta Trumpa i jego obecnej polityki zagranicznej, ale zastanawiam się, czy jest coś, co twoim zdaniem robi teraz dobrze na arenie międzynarodowej?

Wydaje mi się, że uszczelnianie południowej granicy [USA] idzie bardzo dobrze. Nie robi tego, co chce, jeśli chodzi o deportację. Być może nigdy mu się to nie uda, ale okazuje się, że był w stanie uszczelnić granicę w pierwszej kadencji i robi to teraz ponownie, ponieważ zasada odstraszania działa również przeciwko nieudokumentowanym imigrantom. Jeśli myślą, że przejdą przez Amerykę Środkową i Meksyk, dotrą do Rio Grande i nie dostaną się do USA, są na tyle rozsądni, by nie opuszczać swoich domów.

Myślę, że większość Amerykanów opowiada się za większą imigracją, ale powinniśmy wybierać, kto przyjeżdża. W tej kwestii odniósł więc zwycięstwo. Myślę, że nie ma co do tego żadnych wątpliwości.

onet.pl/Politico


Starsi wiekiem Polacy pamiętają zapewne dowcip z czasów PRL o barze mlecznym, w którym "pani z okienka" wykrzykuje w stronę klientów pytanie: "Kto prosił ruskie?". W odpowiedzi któryś z konsumentów stwierdza: "Nikt, same przyszli".

Kiedyś wszyscy się bawiliśmy, łagodząc sobie w ten sposób bolesne odczuwanie sowieckiego zniewolenia. Dzisiaj jednak wspominając stary kawał, powinniśmy się zadumać nad historycznym gwałtem, którego dokonała potoczna mowa Polaków na ważnym niegdyś i dumnym przymiotniku "ruski". W staropolskim wieku złotym i srebrnym wiązał się on z pojęciem "Ruś", a zatem dotyczył tej części dawnej Rzeczypospolitej, w której zbiorowa pamięć łączyła się ze wspomnieniem o zamierzchłej już wtedy potędze Rusi Kijowskiej i późniejszej, krótkotrwałej co prawda chwale Rusi Halickiej.

"Ruski" zatem był zapisywany cyrylicą język, który zachował status urzędowego w Wielkim Księstwie Litewskim (do 1698 r.) oraz na Wołyniu, Kijowszczyźnie i Bracławszczyźnie (do końca istnienia I Rzeczypospolitej, a nawet trochę dłużej), a używany był także na wielu innych terytoriach państwa. "Ruska" była również wiara, bo tak właśnie najczęściej nazywano w Rzeczypospolitej prawosławie. "Ruska" była wreszcie szlachta, choć ta kombinacja mogła funkcjonować w kilku, nieco odmiennych znaczeniach – "ruska", czyli prawosławna, "ruska", czyli pochodząca z którejkolwiek z ziem niegdyś należących do Rusi Kijowskiej, które znalazły się potem w granicach Rzeczypospolitej, oraz "ruska" w węższym znaczeniu, tzn. mieszkająca w województwie ruskim, zwanym też czasem Rusią Czerwoną.

Co istotne, użycie przymiotnika "ruska" w odniesieniu do szlachty danego terytorium nie wiązało się z poczuciem odrębności etnicznej, a z więzią regionalną, w której uczestniczyli także Polacy z pochodzenia. W dawnej Rzeczypospolitej w odniesieniu do owej szlachty ruskiej używano początkowo wymiennie rzeczowników "Rusacy" i "Rusini". Drugie z tych określeń stopniowo zdobyło sobie zdecydowaną przewagę. Dodajmy, że i przymiotnik "ruski", i rzeczownik "Rusin" służyły zarówno do samookreślenia, jak i do opisu przez nie-ruskich współmieszkańców państwa.

W XVI w. niektórzy pisarze (na przykład Maciej Stryjkowski) włączali do kręgu dziedzictwa wszystkiej Rusi także część moskiewską, ale było to ujęcie czysto historyczne. O współczesnych sobie prawosławnych sąsiadach ze wschodu w Rzeczypospolitej mówiono: "Moskwa", "Moskwicini". W XVI i XVII w. Rusini w Rzeczypospolitej mieli poczucie całkowitej odrębności w stosunku do moskiewskich sąsiadów, a jednocześnie skrystalizowała się świadomość tej odrębności w postrzeganiu ich przez polskich czy litewskich współobywateli. "Chtoż nie wiedajet jako wjelikoje grubjanstwo, upor і zabobony sut w narode Moskowskom" – pisał Rusin unita Hipacy Pociej do Rusina prawosławnego, kniazia Konstantego Ostrogskiego. W państwie polsko-litewskim nie stosowano zatem określeń "Rusin" i "ruski" w odniesieniu do mieszkańców Wielkiego Księstwa Moskiewskiego, nie zważając na uzurpacje sąsiada do panowania nad terytorium "wsieja Rusi", czyli całą spuścizną po Rusi Kijowskiej, które uwidoczniły się w tytulaturze władców moskiewskich już w 1492 r.

W tej terminologicznej mozaice nowy element pojawił się w drugiej połowie XVII w., kiedy w polszczyźnie zagościło określenie "Moskal". Nie miało ono wówczas charakteru jednoznacznie pejoratywnego, a raczej zwyczajnie opisowy i w tej roli pozostało w użyciu długo, zaś w XIX w. zaczęło dominować. Wyrazistym dowodem na jego wciąż obojętną zawartość emocjonalną może być wiersz Adama Mickiewicza "Do przyjaciół Moskali". Pozostawało w użyciu bardzo długo i jeszcze Maria Dąbrowska w swych pamiętnikach dotyczących okresu II wojny światowej pisała o "Moskalach", kiedy chodziło w istocie o "Sowietów". Zyskiwało stopniowo odcień z lekka pejoratywny wraz z rozpowszechnieniem się oficjalnego terminu "Rosjanin", ale nie stało się obraźliwe. Tę rolę przejęło pojęcie "kacap" zapożyczone – co charakterystyczne – z języka ukraińskiego, oznaczające mniej więcej "wielkiego capa", czyli kogoś z wielką brodą.

onet.pl/new.org.pl

wtorek, 1 kwietnia 2025



Wizyta Vance’a w Pituffik potwierdziła redefinicję amerykańskiej polityki względem Grenlandii. USA będą najprawdopodobniej dążyć do bilateralizacji kontaktów z Nuuk i wspierania niepodległości wyspy. Obecność sekretarza energii i doradcy ds. bezpieczeństwa wskazuje, że składową republikańskiej oferty dla Grenlandii będą inwestycje w sektor wydobywczy i zdolności militarne na kierunku arktycznym – głównie marynarki wojennej poprzez program rozbudowy floty lodołamaczy (wiceprezydent zaznaczył, że nie ma planów poszerzenia stałej obecności wojskowej na wyspie). Rozwój współpracy dwustronnej miałby w przyszłości stworzyć warunki do podjęcia przez Grenlandczyków decyzji o wyborze związku ze Stanami Zjednoczonymi. Jego formy nie sprecyzowano, ale Waszyngton ma doświadczenie w zarządzaniu umowami o wolnym stowarzyszeniu z wyspiarskimi państwami Pacyfiku. USA postrzegają Grenlandię jako element szerszej polityki powstrzymywania Rosji i Chin w Arktyce na polach militarnym, gospodarczym i handlowym w kontekście przyszłości żeglugi polarnej.

W najbliższym czasie polityka wobec wyspy nie przyniesie jednak oczekiwanych przez administrację Trumpa rezultatów. W pierwszych tygodniach jego prezydentury USA roztrwoniły pozytywny kapitał zbudowany w ostatnich latach dzięki zbliżeniu z Grenlandią. Według badań opinii zdecydowana większość mieszkańców (85% respondentów) nie chce przyłączenia do Stanów Zjednoczonych. Także po stronie amerykańskiej sprzeciwia się temu gros obywateli (zgodnie z wynikami marcowego sondażu dla Fox News – 70%).

USA nie potrzebują jednak zmiany statusu wyspy, aby zwiększać tam swoją aktywność wojskowo-gospodarczą. Duńsko-amerykańskie porozumienie o obronie Grenlandii z 1951 r. pozwala im swobodnie kształtować obecność militarną na jej terytorium. Również potencjalne inwestycje w górnictwo nie są skrępowane ograniczeniami zewnętrznymi (z wyjątkiem wydobycia uranu) – autonomiczne władze przejęły bowiem pełną odpowiedzialność za eksploatację złóż, a gospodarka nie podlega unijnym regulacjom (Grenlandia wystąpiła ze wspólnot europejskich w 1985 r.). Aktualnie z 85 aktywnych licencji wydobywczych na wyspie tylko jedna należy do podmiotu zarejestrowanego w Stanach Zjednoczonych.

Narastająca presja USA w sprawie przejęcia kontroli nad wyspą zaktywizowała społeczeństwo obywatelskie na Grenlandii. 14 marca liderzy partyjni wydali oświadczenie potępiające retorykę Trumpa. Dzień później odbyły się tam duże demonstracje antyamerykańskie. Początkowa powściągliwość Nuuk i podkreślanie woli ściślejszej współpracy z USA ustąpiły bardziej zdecydowanym reakcjom. Z obaw przed ich ingerencją wynikały też działania legislacyjne. W lutym zakazano anonimowych i zagranicznych donacji dla partii oraz ograniczono możliwość zakupu nieruchomości przez cudzoziemców. Różne grenlandzkie instytucje publiczne wstrzymały bieżącą kooperację ze Stanami Zjednoczonymi.

Kumulacją tego procesu była reakcja na ogłoszenie wizyty drugiej damy Ushy Vance, która 29 marca planowała udział we współfinansowanym przez USA wyścigu psich zaprzęgów w Sisimiut. Delegacja miała mieć charakter prywatny, choć zapowiadano również obecność Waltza i Wrighta. Na opór społeczny i zapowiadane protesty nałożyło się wysłanie przez Waszyngton dwóch samolotów z funkcjonariuszami i sprzętem do zabezpieczenia pobytu, co dodatkowo podniosło poziom emocji w nienawykłej do tego typu wydarzeń Grenlandii. Odwołanie pierwotnego programu i ograniczenie wizyty do amerykańskiej bazy Grenlandczycy poczytują za sukces i zaakcentowanie swojej podmiotowości w relacjach z USA.

Równocześnie Nuuk chce bliższych relacji z Waszyngtonem z poszanowaniem prawa do samostanowienia. Z perspektywy Grenlandii mają one znaczny niewykorzystany potencjał, odbiegający jednak od spraw związanych z rywalizacją mocarstw w Arktyce – zależy jej bowiem na ustanowieniu połączeń lotniczych i handlowego szlaku morskiego oraz na inwestycjach górniczych. Zdziwienie budzi tam republikańska narracja dotycząca wpływów Pekinu i Moskwy na wyspie. Choć Rosja i Dania/Grenlandia mają nakładające się roszczenia do szelfu kontynentalnego Oceanu Arktycznego, to Moskwa nie stosowała wobec wyspy prowokacji znanych z Bałtyku (naruszenia przestrzeni powietrznej, incydenty z podwodną infrastrukturą krytyczną). Ponadto dwa projekty górnicze z chińskim kapitałem zakończyły się fiaskiem, czyli wycofaniem licencji przez Nuuk (udział w australijskim przedsięwzięciu wydobycia metali rzadkich i przejęcie złoża żelaza), podobnie jak próby współpracy badawczej.

osw.waw.pl

poniedziałek, 31 marca 2025



Jak mówią Rosjanie w rozmowie z Faridaily, urzędnicy na wszystkich szczeblach czekają na wynik dialogu pokojowego, w wyniku czego zwykłe życie polityczne w Rosji praktycznie zamarło. Cała uwaga Putina i jego otoczenia rzekomo skupia się na trwających pertraktacjach ze Stanami Zjednoczonymi.

Nawet prace w rosyjskim parlamencie uległy spowolnieniu z powodu niepewności — uchwalanych jest mniej ustaw, a deputowani odmawiają komentowania polityki zagranicznej.

"W polityce wewnętrznej wszędzie zrobiło się cicho" — potwierdził jeden z deputowanych Dumy.

Według źródeł Faridaily obecna sytuacja w Rosji jest podobna do tej, jaka miała miejsce w miesiącach poprzedzających pełnowymiarową inwazję na Ukrainę w 2022 r.

"Wszyscy próbują odgadnąć, co dzieje się w głowie Putina. Albo nikomu nic nie mówi, albo mówi wszystkim różne rzeczy" — powiedział rozmówca zbliżony do rozmów amerykańsko-rosyjskich.

onet.pl/The Moscow Times


A co z tzw. mięsnymi szturmami? Czy one wciąż są realizowane?

Na początku trzeba sobie powiedzieć, że na obecnym froncie niewiele jest bezpośredniej walki strzeleckiej. Grupy szturmowe często wchodzą na pozycje, które zostały wcześniej rozbite przez drony i artylerię. Jednak takie szturmy wciąż się zdarzają. Są jednak bardziej złożone, niż przedstawia się to w mediach.

Jak one wyglądają?

Takie szturmy dokładnie się planuje, zwykle na 24 godziny, z czego część bojowa liczy dwie do trzech godzin. Najczęściej atakują o świcie, najlepiej, kiedy jest mgła, bo wtedy drony obserwacyjne, które wiszą nad naszymi pozycjami, słabiej widzą. Szturmująca jednostka składa się z czterech grup szturmowych oraz dwóch grup wsparcia – jedna z nich służy do dostarczania amunicji, a druga do ewakuacji rannych.

Na pierwszy ogień idą ci najmniej doświadczeni, często jest to tzw. świeża mobilizacja. Dlatego nazywa się te ataki mięsnymi szturmami, bo oni są masowo wybijani. Jednak każda z grup umożliwia następnej posuwanie się coraz dalej. Z reguły ostatnia, czwarta grupa jest złożona z profesjonalistów, często żołnierzy sił specjalnych.

W jaki sposób one działają?

Każda z takich grup liczy od 15 do 25 ludzi. W każdej znajdują się strzelcy, saper, operatorzy karabinów maszynowych oraz operatorzy granatników RPG. Pierwszy idzie saper, który sprawdza, czy teren jest zaminowany. Za nim poruszają się strzelcy. Jest też oddzielny strzelec, który osłania grupę podczas odwrotu. Zadaniem każdej z grup jest dojść jak najdalej i zabezpieczyć pozycje dla kolejnej grupy.

Jaka jest przeżywalność tej pierwsze grupy?

Pierwsza grupa raczej nie ma szans na przeżycie. Oni wybiegają na pozycje ogniowe, które trzeba zdobyć. Tych pierwszych kilkunastu ludzi idzie z reguły na odstrzał. Jeżeli kolejnej grupie uda się zająć wysunięte pozycje, zanim też zostanie wybita, to ona próbuje się tam okopać, co podręcznikowo zajmuje około 30 minut. Wtedy nadchodzi kolejna fala. A po niej jeszcze kolejna.

Czy istnieją jakieś sygnały, które pozwalają obrońcom przewidzieć taki atak?

Owszem i to bardzo wyraźne. Jeszcze przed szturmem Rosjanie z reguły próbują rozmiękczyć pozycje obrońców artylerią i dronami szturmowymi. Jeżeli więc tuż przed świtem zaczyna mocno walić rosyjska artyleria i drony, to możesz być pewny, że będzie szturm. Dlatego Rosjanie w niektórych sytuacjach rezygnują z uderzenia artyleryjskiego, żeby uzyskać element zaskoczenia.

Co jest najbardziej skomplikowane w odparciu takiego szturmu?

Trudne momenty następują, kiedy wróg zbliży się do pozycji obrońców. Wtedy znowu uderza artyleria i drony. Kiedy Ukraińcy się chowają, atakujący mają okazję nawrzucać do środka granatów.

Jak taki mięsny atak wygląda z waszej perspektywy? Czy trudno jest go odeprzeć?

Pracuję w elitarnym batalionie rozpoznania. To wyjątkowo skuteczny i dobrze zorganizowany batalion. Pierwszy raz na tej wojnie czuję, że system dba o moje życie. Jest mnóstwo procedur bezpieczeństwa i duży nacisk położony na komunikację i zrozumienie sytuacyjne przez żołnierza. Ostatni szturm ruskich nawet nie dotarł do naszych pozycji, został zniszczony 500 m od nas, za pomocą dronów FPV i artylerii. Przeżywalność wozów opancerzonych na nulu [pierwsza linia frontu, najbardziej wysunięte pozycje] to 15 minut. Żeby zdobyć wieś składającą się z czterech domów, Rosjanie muszą poświęcić dużo sprzętu i ludzi. Poza tym czuję, że zawsze jesteśmy jeden krok przed wrogiem. Zawsze jesteśmy przygotowani. Niestety na innych odcinkach frontu bywa gorzej.

A jak wyglądają wasze szturmy?

Podstawowa różnica jest taka, że Rosjanie przyjmują założenie, że w szturmie zginie dużo ludzi. Dlatego na pierwszy ogień posyłają zwykłą piechotę bez doświadczenia. U nas szturmy realizują tylko doświadczeni żołnierze z grup szturmowych i z wywiadu. Tych żołnierzy nie ma aż tak wielu, dlatego my pracujemy w małych grupach. Wiele było zachwytów nad skutecznością tych małych grup. No tak, ale jeśli pracujesz w grupce 15-20 ludzi to mniej też zdobywasz – może 100 metrów terenu, jeden okop i to wszystko. Ostatnio szturmowaliśmy pozycję. Ruscy nas namierzyli i ostrzelali z artylerii i dronów FPV. Na dodatek ktoś nadepnął na minę lub jakiś niewypał. Szturm, zanim się zaczął, już się skończył. Na szczęście nikt nie zginął, ale byli ranni.

A więc Rosjanie po prostu zdobywają teren większą masą?

Tu nie chodzi tylko o masę, ale też o kwestię zmuszenia ludzi do tego rodzaju ataku. Możesz człowieka zmusić, żeby siedział w dziurze i jej pilnował, ale trudniej jest go zmusić do w zasadzie samobójczego ataku. U nas nie jest to takie łatwe.

A jednak Rosjanom udaje się zmuszać swoich ludzi do mięsnych szturmów.

Być może to jest kwestia innego mentalu Ukraińców i Rosjan. U Rosjan najważniejsza jest władza i siła, dlatego oni bezwarunkowo się jej podporządkowują. Dla nas najważniejsza jest wolność.

onet.pl


„Aby zrozumieć, ile szczęścia ma obecnie Europa, trzeba spojrzeć w przeszłość” – pisze publicysta niemieckiego tygodnika Matthias Krupa.

Przypomina, że gdy w 2017 r. Donald Trump po raz pierwszy obejmował stanowisko prezydenta USA, Unia Europejska i Wielka Brytania mierzyły się ze skutkami brexitu, a w Polsce władzę sprawował „prawicowy nacjonalista” Jarosław Kaczyński, którego „partia rządziła odwrócona plecami do UE”, często w konflikcie z pozostałą częścią Europy. Zdaniem komentatora, prezydent Francji Emmanuel Macron był wówczas „zupełnie niedoświadczony”, a ówczesna kanclerz Niemiec Angela Merkel, o której mówiono, że jest przywódczynią wolnego świata, rozpoczynała czwartą kadencję.

W ocenie Krupy obecna sytuacja różni się zasadniczo od tej sprzed ośmiu lat. „We wszystkich krajach europejskich, które mają coś do powiedzenia, na czele (władz) stoją politycy, którzy najwidoczniej zrozumieli, że żyjemy w historycznych czasach” – czytamy w „Die Zeit”. „Rozumieją, że muszą wspólnie bronić kontynentu przed Putinem i chronić go przed Trumpem” – podkreśla gazeta.

„Dynamiczny Francuz” Macron i „trzeźwo myślący” premier Wielkiej Brytanii Keir Starmer podjęli inicjatywę – pisze Krupa, wskazując na liczne spotkania organizowane przez obu polityków w minionych tygodniach. Przypomina, że w czwartek w Paryżu odbędzie się kolejne spotkanie. Francuski prezydent od dawna zastanawia się, jak uczynić Europę bardziej niezależną, także od Stanów Zjednoczonych, zaś Starmer pozostaje niezmiennie najbliższym sojusznikiem USA, ale postawił swój kraj po stronie UE.

„Trzecim w tym związku obecnych przywódców jest Donald Tusk, mimo że pozostaje nieco na drugim planie” – pisze Krupa, oceniając, że polski premier i były szef Rady Europejskiej zna wszystkie kruczki europejskiej polityki, a w dodatku pokazał, jak można pokonać wrogów UE we własnym kraju. „Bez Polski nowa europejska architektura bezpieczeństwa jest nie do pomyślenia. W drodze do tego celu Tusk jest przewidywalnym partnerem” – ocenił komentator „Die Zeit”.

Zdaniem Krupy, personalne warunki do tego, aby Europa poradziła sobie z wyzwaniami, są bardzo korzystne. Ważnym atutem jest też doświadczona, twarda i ambitna przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen.

Europie brakuje jeszcze kanclerza Niemiec, który uzupełniałby ten kwartet. „Niemcy, kraj w centrum, jest nieodzowny i niezbędny dla Europy” – podkreśla Krupa, dodając, że bez ambicji Berlina UE nie dokona postępu.

bankier.pl

niedziela, 30 marca 2025



Głęboka analiza potencjału wojsk pancernych Rosji na początek 2025 r. Proszę przeczytać całość. 

- 🇷🇺 zdjęła z magazynów do remontów 54% czołgów (tylko 342 w 2024 r.)
- w magazynach pozostało 3463 egz. (nie nadających się do remontu)
- przy fabrykach 1253 kolejnych czołgów
- 🇷🇺 zaczyna przeszukiwać „cmentarzyska pobitewnego sprzętu”, co wskazuje na wyczerpywanie się istniejących rezerw w magazynach
- rozpoczęto rozkonserwowanie BTR-60/70
- w II połowie 2025 r. główny nacisk zakładów remontowych zostanie przeniesiony na T-62 i T-55
- szacunkowa ocena możliwości odzysku/produkcji czołgów:
2022 - do 120 egz/m-c
2023 - do 90 egz/m-c
2024 - do 50 egz/m-c
2025 - 30-35 egz/m-c
- od II połowy 2025 r. obecne tempo remontów/produkcji hipotetycznie pokryje do 30% obecnych strat na froncie
- 80% czołgów trafiających do jednostek to pojazdy po remoncie/de-konserwacji
- 20% to nowa produkcja
- wg ISW w 2 lata (IV 2022- IV 2024) Rosja wyprodukowała 164 T-90M
- prognozowana liczba czołgów w 🇷🇺 frontowych jednostkach bojowych na koniec 2025 r. - 1200

x.com/JanR210


Zaangażowanie Ukrainy w Afryce i na Bliskim Wschodzie może dziwić, a nawet oburzać. Chociażby w polskich dyskusjach przewija się argument, że Kijów „gra powyżej swojej ligi”. Za takimi opiniami stoi przekonanie, że nasz sąsiad nie ma prawa do organizowania operacji sił specjalnych na innych kontynentach czy prowadzenia ambitnej polityki handlowej i humanitarnej, której celem jest budowa ukraińskiej soft power. Poglądy te mogą wynikać z pogardy lub protekcjonalizmu wobec Ukrainy, ale faktycznie są dowodem wasalnej postawy, która każe postrzegać państwa naszego regionu, w tym Polskę, jako pionki na wielkiej geopolitycznej szachownicy, na której partię rozgrywają tylko państwa postrzegane jako mocarstwa. Ukraina nie zadaje sobie jednak takich pytań i korzysta ze wszelkich dostępnych środków, by zyskać karty przydatne w relacjach z partnerami oraz konfrontacji z wrogami.

O ironio, atak Trumpa i Vance’a na Zełenskiego w Gabinecie Owalnym oraz polityka nowej administracji amerykańskiej pomogły Ukrainie wizerunkowo w oczach mieszkańców globalnego Południa. Dotychczas postrzegali oni Kijów jako satelitę znienawidzonych przez nich USA, a Rosję jako kraj przeciwstawiający się amerykańskiemu imperializmowi. Dzisiaj część z nich czuje się zdezorientowana zbliżeniem amerykańsko-rosyjskim, co może pomóc w ograniczaniu wpływów Moskwy na globalnym Południu. W ten sposób Kijów uzyskał dodatkowe możliwości w zakresie ograniczania wpływów rosyjskich. Potencjalne zawieszenie broni lub zawarcie umowy pokojowej nie wpłynie raczej na antyrosyjską aktywność Ukrainy w Afryce i na Bliskim Wschodzie.

new.org.pl


Według prezydenta Donalda Trumpa Ukraina nie ma żadnych „kart”, podczas gdy Rosja ma ich wiele. Wiceprezydent J. D. Vance stwierdził, że wyższa rosyjska siła ognia i liczebność oznacza, że ​​wojna może zakończyć się tylko zwycięstwem Rosji. Inni rzekomo realistyczni komentatorzy zgadzają się z tym, argumentując, że przewaga Rosji jest nie do pokonania.

Jako historycy wojskowości uważamy, że jest to błędna interpretacja nie tylko tego, co dzieje się na ziemi, ale także tego, jak rozwijają się wojny — a w szczególności różnicy między kampaniami wyniszczającymi a tymi opartymi na manewrach. Luftwaffe i niemieckie siły podwodne podczas II wojny światowej, aby podać tylko dwa przykłady, zostały pokonane nie jednym ciosem, ale technologicznie zaawansowanym, taktycznie i operacyjnie wyrafinowanym podejściem, które sprawiło, że te organizacje, mimo że były duże, nie były w stanie działać skutecznie. W tym samym duchu postępy armii niemieckiej wiosną 1918 r. ukryły podstawową słabość tej armii spowodowaną wyniszczeniem, która ostatecznie skazała armię cesarza i reżim, za który walczyła.

Już to przerabialiśmy. Przed wojną społeczność wywiadowcza, przywódcy polityczni i wielu studentów rosyjskiej armii doszło do wniosku, że Rosja z łatwością pokona Ukrainę militarnie — że Kijów upadnie w ciągu kilku dni, a sama Ukraina może zostać podbita w ciągu kilku tygodni. Powinniśmy rozważyć tę porażkę, oceniając pewność Vance'a i tych, którzy myślą podobnie do niego.

Wojny rzadko wygrywa się tak zdecydowanie, ponieważ wyczerpanie jest nie tylko warunkiem wojny, ale także wyborem strategicznym. Mniejsze mocarstwa mogą, poprzez inteligentne zastosowanie wyczerpania, osiągnąć swoje cele. Jest to szczególnie prawdziwe, jeśli, podobnie jak Ukraina, potrafią wykorzystać zmiany technologiczne i uzyskać jak najwięcej z zewnętrznego wsparcia i sojuszników. Wietnam został przewyższony przez Stany Zjednoczone, tak jak kolonie amerykańskie zostały przewyższone przez Imperium Brytyjskie. Siły irańskie przewyższały liczebnie siły Iraku podczas długiej i brutalnej wojny w latach 80. i mimo to przegrały.

(...)

Słabość Rosji jest szczególnie widoczna w armii. Jeden z raportów Międzynarodowego Instytutu Studiów Strategicznych oszacował, że w samym 2024 roku Rosjanie stracili 1400 czołgów podstawowych i ponad 3700 bojowych wozów piechoty i transporterów opancerzonych. Jednocześnie rosyjska produkcja takich pojazdów, w tym jednostek odnowionych, wyniosła zaledwie 4300, co nie wystarczyło, aby zrekompensować straty. W desperacji Rosja zwróciła się ku renowacji swoich najstarszych i najmniej skutecznych pojazdów bojowych, z których wiele pochodzi z czasów radzieckich. Jedno z ostatnich badań przeprowadzonych przez Chatham House stwierdza, że ​​rosyjski kompleks militarno-przemysłowy jest „źle przystosowany do radzenia sobie ze skutkami przedłużającej się wojny z Ukrainą lub do osiągnięcia zrównoważonej przyszłości pod względem produkcji, innowacji i rozwoju”.

To samo dotyczy rosyjskiej siły roboczej. Liczba żołnierzy, których Rosjanie byli w stanie utrzymać na froncie, wydawała się osiągać szczyt wiosną i latem 2024 r., przekraczając 650.000. Do końca roku spadła bliżej 600.000, pomimo nadzwyczajnych premii, jakie rosyjski rząd oferuje nowym rekrutom, wynoszących około dwa i pół razy więcej niż średnia roczna pensja Rosjan w 2023 r.

Liczba ofiar rosyjskich stale rośnie. Według brytyjskiego Ministerstwa Obrony w grudniu 2022 r. wynosiła około 500 dziennie; w grudniu 2023 r. nieco poniżej 1000; a w grudniu 2024 r. ponad 1500. Tylko w 2024 r. Rosja straciła prawie 430.000 zabitych i rannych, w porównaniu z nieco ponad 250.000 w 2023 r.

Północnokoreańskie posiłki przyciągnęły uwagę prasy, ale te wojska, liczące co najwyżej dziesiątki tysięcy, nie mogą zrekompensować podstawowych niedoborów rosyjskiej siły roboczej. Co więcej, wysokie wskaźniki ubytków, jakich doświadczyli Rosjanie — mniej więcej takie same jak liczba personelu mobilizowanego każdego roku — oznaczają, że rosyjskiej siły militarnej nie udało się odtworzyć. Jest to coraz bardziej prymitywna siła, słabo wyszkolona i kierowana, napędzana wyłącznie strachem.

Przerwa w amerykańskiej pomocy w zeszłym roku zaszkodziła Ukrainie. Teraz jednak zapasy większości rodzajów broni wydają się być w lepszym stanie. Produkcja Ukrainy osiągnęła imponujący poziom w niektórych ważnych kategoriach, w szczególności, ale nie wyłącznie, bezzałogowych statków powietrznych. W 2024 r. ukraińskie wojsko otrzymało ponad 1,2 miliona różnych ukraińskich bezzałogowych statków powietrznych — dwa rzędy wielkości więcej niż Ukraina posiadała, nie mówiąc już o wyprodukowaniu, na początku wojny. Ukraińskie wskaźniki produkcji nadal rosną; w tym roku zamierza wyprodukować 4 miliony dronów.

Bezzałogowe statki powietrzne są kluczowe, ponieważ zastąpiły artylerię jako najskuteczniejszy system na polu bitwy. Według szacunków bezzałogowe statki powietrzne powodują obecnie 70 procent strat Rosji. Silny przemysł obronny Ukrainy wprowadza innowacje szybciej i skuteczniej niż Rosja i jej sojusznicy.

Wojny na wyniszczenie toczą się na wielu frontach. Na przykład prawdą jest, że Rosja zwiększyła ataki na ukraiński przemysł i cele cywilne, a także infrastrukturę energetyczną. Ukraińska obrona powietrzna okazała się jednak niezwykle skuteczna w neutralizowaniu większości tych ataków, dlatego liczba ofiar wśród cywilów na Ukrainie maleje. Ukraina ponadto również przeszła do ofensywy. Wyprodukowała około 6000 ciężkich bezzałogowych statków powietrznych o większym zasięgu, których użyła do ataków w głąb Rosji, zmniejszając rosyjską produkcję ropy naftowej. Co godne uwagi, Ukraina wydaje się dorównywać tempu, w jakim Rosja produkuje własnego podobnego drona, Shaheda, który jest budowany na licencji Iranu.

Pomimo niechęci Amerykanów do udzielania dalszej pomocy, europejscy przyjaciele Ukrainy mogą znacząco wpłynąć na sytuację, nawet jeśli nie mogą po prostu zastąpić tego, co dostarczają Stany Zjednoczone. Na przykład nie produkują zaawansowanego systemu przeciwrakietowego Patriot, chociaż mają inne skuteczne bronie obrony powietrznej. Jednak Europa może pomóc Ukrainie w dalszym rozwijaniu produkcji bezzałogowych statków powietrznych; Europejczycy mają na przykład zdolność do produkcji silników do bezzałogowych statków powietrznych dalekiego zasięgu w znacznie szybszym tempie.

A niektóre europejskie systemy, które jeszcze nie zostały dostarczone — takie jak niemiecki pocisk manewrujący Taurus — mogłyby zwiększyć przewagę Ukrainy. Niemcy jak dotąd odmówiły Ukrainie Taurusa, znacznie skuteczniejszego systemu o większym zasięgu i większym ładunku niż francusko-brytyjskie pociski Storm Shadow/Scalp. Nowy kanclerz Niemiec, Friedrich Merz, powiedział już, że wyśle ​​pociski Taurus na Ukrainę, jeśli Rosjanie nie ustąpią. Dzięki tym systemom Ukraina mogłaby zwiększyć znaczne szkody, jakie już wyrządziła w Rosji.

Kampanie wyniszczające zależą od bazy przemysłowej. Sama Unia Europejska ma PKB około 10 razy większe od PKB Rosji, a jeśli do tego obliczenia dodasz Wielką Brytanię i Norwegię, nierównowaga na korzyść Ukrainy staje się jeszcze większa. Tak jak jest, Europa i Stany Zjednoczone dostarczyły Ukrainie mniej więcej równe ilości jej zasobów wojskowych (po 30 procent), podczas gdy Ukraina wyprodukowała 40 procent sama.

Stany Zjednoczone dostarczyły nie tylko materiały wojskowe — dostarczyły również informacje wywiadowcze i dostęp do usług internetowych Starlink. Nic z tego nie da się szybko nadrobić, choć, powtórzę, nie należy niedoceniać głębi zasobów technologicznych i wywiadowczych dostępnych w Europie i życzliwych krajach azjatyckich, gdyby się zmobilizowały. Stany Zjednoczone do tej pory ograniczały swoją pomoc, ale sama Ukraina i jej europejscy sojusznicy wypełniają luki.

Ukraina nie jest na skraju upadku, a to Rosja, a nie Ukraina, przegrywa wojnę na wyniszczenie, co sprawia, że ​​decyzje administracji Trumpa są szczególnie krótkowzroczne i tragiczne. Ukraina ma wiele kart, nawet jeśli Trump i Vance ich nie widzą. Gdyby przywódcy Ameryki zdołali wywrzeć na Rosję presję porównywalną z tą, którą wywierają na Ukrainę, mogliby pomóc Ukrainie osiągnąć coś o wiele bardziej przypominającego zwycięstwo.

theatlantic.com